Film

poniedziałek, 16 lutego 2015

 

 

Moja przygoda z Barankiem Shaun zaczęła się w pracy, przez przypadek obejrzałam kilka odcinków w telewizji. Koleżanka jest wielką fanką tego serialu, więc zaczęło się układanie przerw pod kątem: „kto chce oglądać Baranka?”( Shaun the Sheep, wykreowanego przez Nicka Parkera). Padaliśmy ze śmiechu i wygłupialiśmy się chodząc i cytując Baranka: „myeee meee”, choć tu, w Zjednoczonym Królestwie, owce mówią raczej „Baaa”. Mniejsza o to, Barank Shaun stał się naszym ulubieńcem w pracy, krótkie odcinki były w sam raz na popołudniową przerwę. Potem serial się skończył, żal nam ściskał serca.


Na szczęście w wytwórni pomyśleli o fanach i dwaj panowie Richard Starzak (Richard Goleszowski) i Mark Burton stworzyli pełnometrażowy film o przygodach Baranka Shaun. Hura!!!!

Baranek powstał w Studiu Aardman w Brystolu, które specjalizuje się w  filmach kręconych metodą „stop motion”, czyli animacją poklatkową. Modele (postacie, przedmioty itp.) są fotografowane, następnie przesuwane odrobinę i znów fotografowane. Połączone fotografie tworzą film. To bardzo żmudna i długa praca, wymagająca precyzji, sprawnych rąk, a przede wszystkim cierpliwości. W tej wytwórni powstały takie hity jak zdobywca Oskara w 2006 „Wallace and Gromit: klątwa królika” (Wallace and Gromit: The Curse of the Were-Rabbit) i „Uciekające Kurczaki” (Chicken Run).


Postać Baranka Shaun po raz pierwszy pojawiła sią w serialu „Wallace and Gromit”, chyba była tak urocza, że dostała angaż na własny serial. Shaun zwykle ma pomysły, jak urozmaicić sobie i reszcie stada, monotonne życie na farmie, gdzie tylko ciągle wyprowadzane są na pastwisko, jedzą trawę i są co jakiś czas golone/strzyżone.

Marzy im się dzień wolny. Mądry Baranek Shaun wpada na pomysł jak to zrobić i wszystko idzie jak po maśle - do czasu. Niestety Bitzer, psi asystent Farmera, wywąchał, że coś tu nie gra i musiał wtrącić swoje trzy grosze, no i stało się nieszczęście. Farmer został przetransportowany do miasta, gdzie uległ wypadkowi i stracił pamięć, jego śladami wiernie podążył pies Bitzer. Tymczasem na farmie zwierzaki zaczęły tęsknić za Farmerem i odważny Baranek Shaun postanowił wyruszyć do Wielkiego Miasta, aby znaleźć Farmera. Owca w wielkim mieście nie ma łatwo, zwłaszcza sama, ale nadjeżdżają posiłki (reszta stada) i zaczynają się prawdziwe kłopoty. Nie tylko nie wiadomo, gdzie zacząć poszukiwanie, ale jeszcze na biedne owce czeka tyle niebezpieczeństw w Wielkim Mieście. Wróg numer jeden to hycel Trumper, pracujący w miejskim zakładzie utylizacji zwierząt, oczywiście bierze on sobie za punkt honoru oczyszczenie miasta z futrzaków.


Oj dzieje się, dzieje, film jest uroczy, pełen aluzji do innych filmów, można się prześcigać w wynajdywaniu tych momentów. Człowiek ogląda, śmieje się, zachwyca inteligencją Baranka i ma żal na końcu, że się skończyło. Chyba sobie kupimy DVD, jak wyjdzie. Polecam, ale uwaga, nie jest to typowy film dla dzieciaków, człowiek dorosły tu się świetnie bawi, zwłaszcza że niektórych aluzji (np. do „Milczenia owiec” itd.) , dzieciaki nie wyłapią. Nam się łezka w oku zakręciła, gdy Shaun odnalazł Farmera, a po kinie poszedł pomruk „uuuauu”. W filmie nie ma dialogów, tylko pomrukiwanie i to jest druga ogromna zaleta, bo jest to film, który opiera się na efektach wizualnych, gestach, minach, pomrukach, jest to więc film bez granic. Polecam, pędźcie owczym pędem do kina i zostańcie do końca seansu, dla cierpliwych kurczak ma specjalną nagrodę.

Fotki z Press Association

Na zachętę zwiastun.



środa, 06 listopada 2013

  

W tym roku mamy wysyp filmów opartych na prawdziwych wydarzeniach, opowiadających historię ludzi których znamy, taka epidemia po prostu. Niki Lauda - to imię jest znane nie tylko miłośnikom Formuły 1, prawie każdy o nim słyszał, James Hunt to dla mnie ktoś nowy, może jego imię obiło mi się o uszy, ale pierwszy raz poznałam jego historię w lecie tego roku słuchając audycji Czwórki BBC. To taka niekomercyjna brytyjska stacja radiowa, która nadaje programy „mówione” jak wiadomości, słuchowiska radiowe, reportaże, biuletyny, wywiady, kabarety itp. Lata temu poleciła mi ją moja nauczycielka angielskiego, mówiąc, że się osłucham i będę lepiej rozumieć oraz nauczę się nowego słownictwa itp. Posłuchałam się jej i opłaciło się na egzaminach miałam najlepsze wyniki właśnie ze słuchania i rozumienia tekstu. Od lat jestem wierną słuchaczką, a kiedy doszła stacja BBC7, teraz funkcjonująca jako BBC4 Extra, to mało nie dostałam rozdwojenia, bo ta nowa prezentowała nagrania archiwalne sprzed lat wielu. Ale odbiegam tu od tematu. Otóż walczyłam z górą prania, która wymagała prasowania i jak zwykle włączyłam sobie „Czwórkę”, aby nie było nudno i wtedy leciała w radio specjalna audycja o tych dwóch legendach Formuły 1. Wtedy to po raz pierwszy wbiło mi się w głowę nazwisko James Hunt. Był to program poświęcony właśnie słynnej rywalizacji między Niki Laudą a Jamesem Huntem o mistrzostwo w Formule 1 w sezonie 1976. Były tam wywiady z ludźmi, który ich obu znali, z nimi pracowali i komentowali ich zmagania na torze. Program był bardzo dobrze zrealizowany i zapadł mi w pamięci, a parę dni później zobaczyłam zwiastun filmu „Rush” i od razu było wiadomo, że jest to film na który wybierzemy się do kina.

Film ten długo nam uciekał, godziny pracy, zmęczenie, wyjazd na urlop, wszyscy w pracy już byli i zachwycali się, a ja nie. W końcu udało nam się i dopadliśmy go. Przesiedziałam cały film prawdopodobnie z otwartą gębą i bojąc się mrugnąć, aby czegoś nie przegapić. Znałam ich historię, miałam to świeżo w pamięci. ale nie zmniejszyło to napięcia z jakim śledziliśmy wydarzenia na ekranie. Film jest tak fantastycznie zrobiony, że nawet gdy wiemy co się stanie, to zaciskamy pięści, kciuki i czujemy dreszcz przerażenia. Wypadek Niki Laudy, jego pobyt w szpitalu to po prostu koszmar, a to że wsiadł po tym wszystkim do bolidu i wrócił na tor to jest po prostu niesamowite, gdyby nie to, że tak się tak się naprawdę stało i on to zrobił to, można by powiedzieć, że nam scenarzysta wyciskacza łez tu podsuwa pod nos.

Daniel Bruhl as Niki Lauda

Główną zaletą filmu jest obsada, i w oczy rzuca się oczywiście przystojny Chris Hemsworth odtwarzający rolę Jamesa Hunta, ale na mnie wrażenie wywarł grający Niki Laudę Daniel Brühl. Różnice między tymi dwoma są diametralne, na pierwszy rzut oka, ale obaj dzielą pasję, zapał i umiejętności – z którymi trzeba się urodzić, bo tego nie można się nauczyć. Obaj obrzucają się obelgami, złośliwościami, ale szanują umiejętności jakie posiadają. Jest między nimi niewidzialna więź, więcej ich łączy niż dzieli, obaj wybrali karierę wbrew opinii rodziny.  Na końcu filmu Niki Lauda przyznaje, że James Hunt był rywalem, dla którego miał respekt, za jego umiejętności, mógł jechać obok niego z zabójczą prędkością w odległości 2 cm i wiedział, że James jest w stanie utrzymać samochód.

Ch. Hemsworth as James Hunt

Dodatkowym atutem filmu jest muzyka skomponowana przez Hansa Zimmera, oczywiście są kawałki z lat 70-tych, ale to ta instrumentalna muzyka wciska w fotel na równi z pędzącymi po torze samochodami.

Jest w tym filmie dużo humoru, scena gdy Niki i dopiero co poznana przez niego Malrene stoją przy zepsutym samochodzie rozkłada człowieka kompletnie. Oto Niki próbuje zatrzymać inny samochód, bez skutku, wtedy odstrojona kobieta przystępuje do akcji, bo to są w końcu Włochy no i samochód się zatrzymuje, ale dlaczego i z jakim efektem to już musicie zobaczyć w kinie.

Jednym ze smutnych faktów związanych z tym filmem jest śmierć w październiku na torze w Australii jednego z kaskaderów biorących udział w kręceniu scen wyścigowych. Sean Edwards zagrał swojego ojca Guya Edwardsa, to był jeden z kierowców, który wyciągał Laudę z płonącego bolidu. Szkoda.

Niki Lauda powiedział, że był pod wrażeniem filmu, że wszyscy wykonali dobrą robotę. Zaimponowała mu gra Daniela, który będąc Niemcem zagrał Austriaka  (to nie jest łatwe), a dodatkowa trudność to mówenie po angielsku z austriackim akcentem. Lauda spotkał się z aktorem i spędzili trochę czasu razem, aby on mógł go lepiej poznać. Był też pod wrażeniem Ch. Hemswortha grającego Jamesa. Najbardziej żałuje, że po tej premierze nie mogli sobie z Jamesem pójść do knajpy i się upić. James Hunt zmarł w 1993 roku na atak serca.

Jest to jeden z lepszych filmów, jakie obejrzałam w kinie w tym roku, wbił mnie w fotel i jest to film który na pewno zagości na naszej półce z DVD. Zachęcam was do pójścia do kina, i wcale nie musicie być wielbicielami czy znawcami Formuły 1, to film dla każdego.

Polecam

 

Images by Press Association

 

Tagi: film historia
15:30, edyta1972 , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lutego 2013

 

Fabuła tego filmu opiera się  na prawdziwych wydarzeniach i jest dziwniejsza niż fikcja. Gdyby nie fakt, że to się naprawdę wydarzyło, możny by śmiało powiedzieć, że to jest niemożliwe. Akcja filmu opowiada o zdarzeniach, które pamiętam, bo wydarzenia te pokazywane były w telewizji. Otóż w listopadzie 1979 roku grupa muzułmańskich studentów i bojowników wtargnęła na teren Amerykańskiej Ambasady w Teheranie, a wszyscy jej pracownicy stali się zakładnikami.

Okazało się, że szóstka: Robert Anders (Tate Donovan), Cora Lijek (Clea DuVall), Mark Lijek (Christopher Denham), Joe Stafford (Scoot McNairy), Kathy Stafford (Kerry Bishe) i Lee Schatz (Rory Chochrane,  wymknęła się z Ambasady niezauważona i udało się tej grupce dotrzeć do domu Kanadyjskiego Ambasadora Kena Taylora (Victor Garber), który to udzielił im schronienia. Film „Argo” opowiada właśnie ich historię, akcję ratunkową opracowaną przez eksperta CIA Toniego Mendeza (Ben Afflek) przy współpracy rządu kanadyjskiego oraz ludzi z Hollywood, w świetnie obsadzonych rolach Alan Arkin jako Lester Siegel i John Goodman jako John Chambers.  Pojawiają sią różne plany wydostania ich z Iranu, jeden bardziej niemożliwy od drugiego, sprawę utrudnia fakt, że każdy wyglądający na Europejczyka i mówiąc po angielsku jest traktowany jak potencjalny wróg rewolucji i państwa irańskiego. Propozycje wysłania do nich rowerów i map lub udawanie przez nich członków organizacji dobroczynnych były równie nieprawdopodobne, jak ta ostatecznie przyjęta, zwana „wersją hollywoodzką”. Zwierzchnicy Mendeza byli bardzo sceptyczni ale jak on to sam stwierdził to jest „najlepszy z najgorszych pomysłów jakie mają”.

Rozpoczynają się przygotowania, strony rządowe amerykańska i kanadyjska pracują nad dokumentami – paszporty, wizy…. Tony udaje się do Hollywood i zbiera ekipę do produkcji filmu, jak mówi postać grana przez J. Goodmana -  „…więc chcesz przyjechać do Hollywood, zachowywać się jak gruba ryba i w zasadzie nic nie robić? – gdy Tony odpowiada potwierdzająco– acha – ten mu mówi – to się idealnie wpasujesz…”. Robią przeglądy aktorów, castingi, pojawiają się informacje w prasie, pracują nad kostiumami, szkicami lokacyjnymi, odbywa się nawet spotkanie promocyjne z udziałem prasy. Zaangażowane zostało też studio produkcyjne z biurem i telefonem – żeby to wyglądało na poważna produkcję.

Otóż Mendez jedzie do Iranu i ma wrócić z uciekinierami jako ekipa filmowa robiąca rozpoznanie do zdjęć filmowych, są im potrzebne egzotyczne plenery do filmu fantastyczno-naukowego „Argo”.  Nie jest to jednak takie proste, Wielki Irański Brat czuwa i biurokracja utrudnia całą operację, po pierwsze na wszystko jest potrzebne zezwolenie z ministerstwa, a po drugie dzieci segregują i układają zniszczone w niszczarkach dokumenty m.in. zdjęcia pracowników ambasady – wkrótce bojownicy się zorientują, że kogoś im brakuje. Dom Kanadyjskiego ambasadora to gościnna kryjówka, ale niebezpieczeństwo wisi nie tylko nad uciekinierami, ale i nad rodziną ambasadora i jego pracownikami. Uciekinierzy nic nie mogą zrobić tylko czekać i mieć nadzieję, że ktoś ich stamtąd wyciągnie. Muszą bardzo uważać, aby ich nikt nie zobaczył, bo szpiedzy i fanatycy są wszędzie. Uciekinierzy to normalni ludzie i boją się, nie wiedzą komu ufać, bardzo szybko muszą nauczyć się konspiracji, nowych ról aby ocalić swoje życie.

Są dramatyczne momenty, aby dodać historyjce autentyczności Mendez i ekipa filmowa udają się na wybrane plenery filmowe, oczywiście pod kontrolą obserwatora z ministerstwa. Po drodze przejeżdżają przez antyzachodnią demonstrację, która testuje nerwy bohaterów filmu ale także nasze. Potem cała operacja zostaje niemal odwołana, a gdy już przechodzą przez kontrolę paszportową, a potem ideologiczną nerwowo ściskamy za nich kciuki. Choć wiedzieliśmy, jaki jest koniec, to siedzieliśmy na krawędzi foteli, tak ten film trzymał nas w napięciu. Kiedy koła samolotu oderwały się od pasa startowego i zagrożenie minęło połowa kina odetchnęła z ulgą.

Dobrze się tę historię dziwniejszą niż fikcja oglądało, a Ben Afflek znów pokazał nam ze ma główkę nie od parady.

poniedziałek, 04 lutego 2013

 

To kolejny film szokującego publiczność reżysera, tym razem na warsztat poszedł western i oto mamy przeróbkę, lub jakby to powiedzieć film inspirowany, czy też obrazkowy hołd złożony klasycznym wersjom Django z Franco Nero w roli głównej.

Film jest ten w zasadzie o miłości, bowiem główny bohater Django (Jamie Foxx) ma jeden cel – odnaleźć i uwolnić swoją ukochaną. Dobry los stawia na jego drodze  uroczego, ekscentrycznego i elokwentnego dentystę.

Django unchained

Doktor King Schultz ( genialny w tej roli Christoph Waltz -  to już drugi występ u Tarantino – czyżby pojawił się nowy ulubieniec u tego reżysera ?) nie jest jednak zwykłym wyrwizębem, a człowiekiem w służbie prawa.  Szuka zbiegłych i ukrywających się przestępców, za którymi sądy wysłały listy gończe  w stylu „ Poszukiwany żywy lub martwy” i dostarcza owych delikwentów ( w stanie wiecznego spoczynku ), pobierając sowite nagrody. Im „gorszy” bandyta tym lepsza nagroda.

Django unchained

Django jest potrzebny dobremu doktorowi, który najpierw usiłuje go kupić po dobroci, ale gdy te starania spełzają na niczym, sięga po mocniejsze argumenty. I tak oto obaj wyruszają w drogę, a doktor, który jest urodzonym humanistą, obiecuje naszemu bohaterowi wolność, jeśli ten pomoże mu znaleźć braci Brittle, poszukiwanych bandytów, bezlitosnych zabójców na usługach właścicieli plantacji. Django ich zna doskonale, bo to oni są przyczyną jego cierpienia, to oni złapali jego i jego żonę, wychłostali ją i wypalili znamię na twarzy, to oni rozdzielili ich, jak się wydaje, na wieczność. Oto pojawia się okazja zemsty, ale na tym nie kończy się oferta dobrego doktora. Gdy Django wyjawia imię jego ukochanej – Broomhilda von Shaft i to, że mówi ona także po niemiecku, to niezwykle zdziwiony Schultz oferuję pomoc z znalezieniu i uwolnieniu dziewczyny, dodając, że jako Niemiec czuje, że jest to jego moralnym obowiązek – przytacza tu legendę o Zygfrydzie i Broomhildzie. Mi jako Polce to imię kojarzy ze zjawą biegającą po zamku, wykrzykującą „Przebacz mi Brumhildo ” .

Django unchained

I tak obaj panowie jeżdżą sobie po Dzikim Zachodzie w poszukiwaniu zbiegów i przestępców, a że tych jest nie mało, to mają oni dużo pracy. Udaje im się odnaleźć wrednych braciszków i zaczynają przygotowania do odnalezienia słodkiej Broomhildy. Niestety, jej nowym właścicielem jest ziemskie wcielenie zła – Calvin Candie ( wyśmienita rola Leonada DiCaprio) i aby dotrzeć do dziewczyny potrzebny jest przebiegły fortel i to nie jeden. Wszystko idzie zgodnie z planem, choć nie bez potknięć i dylematów moralnych, ale oto na drodze do spełnienia i szczęścia staje wierny niewolnik, rasista to setnej potęgi Steven  -  przerażający i porażający Samuel L. Jackson.

Quentin Tarantino wydaje się być wiernym wyznawcą teorii „ po trupach do celu”, bo trup się ścieli tutaj często, a krew się leje po ścianach ( a podobno przeciętny człowiek ma tylko 5-6 litrów krwi), słychać dźwięki łamanych kości, rozszarpywanych ciał, itd. Jest to bardzo krwisty film, ale jak to u Tarantino, w najbardziej „nieodpowiednich” momentach wtłacza on nam przed oczy odrobinę czarnego humoru i człowiek wybucha nerwowym śmiechem, mając nadzieję, że nieznajomy osobnik siedzący przed lub za nami, też tak odebrał tę scenę. Jak zwykle też u Tarantino  bawi się on swoim filmem. I tak oto mamy super scenę spotkania Django Jamiego Foxxa z Franco Nero, który grał postać Django we włoskich oryginałach. Gdy Jamie Foxx literuje mu swoje imię, podkreślając że „D” się nie wymawia, Franco Nero mówi trochę z rozrzewnieniem – „Wiem”. Obejrzeliśmy ten film do końca, po same napisy, a po nich nastąpiło całe podsumowanie filmu w parusekundowej migawce i jednym zdaniu. Warto siedzieć w kinie do końca.

 

Ilustracje udostępnione przez Press Assiociation. 

sobota, 26 stycznia 2013

 

 Quartet, Kwartet

Niektórzy aktorzy gdy już osiągnęli wszystko w swojej karierze to decydują się stanąć po drugiej stronie kamery i porządzić trochę tym co się dzieje na planie. Tak postąpił teraz Dustin Hoffman, który zdecydował się przenieść na srebrny ekran sztukę teatralną pióra Ronalda Harwooda o tym samym tytule. Jest to słodka historia o domu spokojnej starości (Beecham House) dla osób z muzycznych kręgów : śpiewaków operowych, muzyków itp. gdzie to zacni staruszkowie i staruszki żyją sobie w pełnej harmonii ….

Quartet, Collins, Connelly, Courtenay

Ale to tylko teoria, bo świat ten jest pełen emocji, intryg, rywalizacji i zazdrości, które to uwidoczniają się z okazji wielkiej Gali Muzycznej jaką dom przygotowuje z okazji urodzin Giuseppe Verdi. Koncert ten jest o tyle ważny bowiem od jego powodzenia i ilości sprzedanych biletów i zainteresowania sponsorów zależy przetrwanie rezydencji Beecham House. Wszyscy chodzą poddenerwowani, odbywają się tajne spotkania i próby do tego wydarzenia kulturalnego, a różne grupy artystyczne ciągle wchodzą sobie w drogę, muzykanci śpiewakom operowym a ci z kolei operetkowym itd. Do tego jeszcze od czasu do czasu zajeżdża na dziedziniec karetka i na następnym śniadaniu brakuje kolejnego mieszkańca. W roli przewodniczącego komitetu organizującego Galę Muzyczną genialny Michael Gambon, ale wspaniale spisali się w swoich rolach członkowie tytułowego kwartetu Tom Courtenay jako Reginald Paget romantyk uwielbiający operę, Bill Connolly w roli rubasznego śpiewaka, Pauline Collins jako zapominalska Cissy Robson i oczywiście Maggie Smith jako diva operowa Jean Horton.

Mieszkańcy tej placówki są dość aktywną grupą, udzielają lekcji muzyki, Regi prowadzi pogadanki z młodzieżą, jego pogadanka o operze jest bardzo interesująca , udało mu się trafić do młodych ludzi - szukając analogii do opery we współczesnej muzyce mówiąc min. ,” że kiedy bohater operowy dostaje nożem w plecy to wstaje i o tym śpiewa a kiedy to samo się przytrafia raperowi to on o tym mówi…”. Mówi im że opera była dla wszystkich, opowiadała romantyczne, dramatyczne a czasem humorystyczne historyjki dla widowni pełnej normalnych ludzi a dopiero potem została zawłaszczona przez snobów. Udowadnia że śpiewanie w obu przypadkach wyzwala emocje, które w nas drzemią.

Maggie Smith and Tom Courtenay

Atmosferę podgrzewa przybycie nowej rezydentki  - słynnej śpiewaczki Jean Horton, która nie może się pogodzić z tym że musi mieszkać w takiej placówce. Nie jest to łatwe także dla Reginalda bowiem on i Jean byli małżeństwem ( bardzo krótko), ale dla niego była to wielka miłość i  zostało mu złamane serce i samo jej przybycie wywołuje powrót tych uczuć i bolesnych wspomnień.

Cała czwórka w młodości występowała razem śpiewając słynny kwartet w operze G. Verdiego „Rigoletto”, i oto pojawia się pomysł, aby oni zaśpiewali to na Gali Muzycznej. Jean nie ma ochoty a Regi nie może sobie poradzić z jej obecnością ale reszta się nie poddaje i stara się doprowadzić do pojednania i koncertu.

koncert 

Kreacje aktorskie, finezyjny humor, ciekawa historia, piękna lokalizacja powodują że się ten film dobrze ogląda. Jest to ciepły obraz o jesieni ludzkiego życia, gdy może ciało już nie jest takie młode i piękne ale dusza ciągle śpiewa i chce się cieszyć życiem. Polecam.

Images udostępnione przez Press Association.

21:55, edyta1972 , Film
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 07 maja 2012

 

„Stawka większa niż życie” – widziałam ten serial tyle razy w telewizji, a na półce stoi teraz cały na DVD. Ulubieni bohaterowie, ulubione sceny i zdania wypowiadane przez postacie … czy można coś do tego arcydzieła telewizyjnego dodać?

Kiedy się dowiedzieliśmy, że kręcą pełnometrażowy film to się zastanawialiśmy, jak pewnie cała filmowa Polska - czy to wypali? Gdy już wszedł na ekrany to czekaliśmy niecierpliwie, czy wejdzie do kin na Wyspach? Udało się, załapaliśmy się na ostatni seans w pobliskim kinie i muszę przyznać, że jako zagorzali wielbiciele daliśmy kciuki w górę dla reżysera (Patryk Vega), scenarzystów (Władysław Pasikowski i Przemysław Wos) i aktorów. Intryga ciekawa, chodzi o największy skarb zrabowany w czasie drugiej wojny światowej, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, o którym napisano setki artykułów i książek, a poszukiwacze skarbów do dziś sobie łamią głowę nad tą zagadką – mowa oczywiście o słynnej Bursztynowej Komnacie.

Akcja filmu dzieje się w dwóch płaszczyznach czasowych - w latach 70-tych i w marcu 1945 roku. Oto mamy starych aktorów znów wcielających się w swoje role: Stanisław Mikulski jako Janek vel Hans Kloss i Emil Karewicz, jako Herman Brunner. Spotykają się oni ponownie po latach rozłąki i znów stają po przeciwnych stronach. Ta para to ewenement w skali światowej, wrogowie tak genialnie dobrani i tak genialnie sportretowani przez aktorów (Mikulski - Karewicz), że trudno znaleźć inny przykład, a jeszcze trudniej było zapewne dobrać kogoś, kto by godnie ich zastąpił. Zawsze mi się wydawało, że nawet James Bond nie dorastał Klossowi do pięt, a drugiego takiego super-negatywnego bohatera jak Bruner to ze świecą szukać.

Oczywiście postacie w czasie wojny grane są przez aktorów współczesnego pokolenia, Piotr Adamczyk w przefarbowanych na czarno włosach i z wąsikiem to Brunner, a Tomasz Kot to Hans – trochę jak dla mnie zbyt wysoki, ale też przystojny.  Nowy Brunner jest brutalem i czasem głos oraz sposób mówienia wypada jak starego Brunnera, pojawiają się słowa „Rączki, rączki..”, ale czegoś mu było brak. Brunner Karewicza był łajdakiem, brutalem, ale był przy tym czarującym draniem, tu tego czaru było za mało. Może jednak za dużo wymagamy, to są przecież inni aktorzy i mają swoje osobowości, swoje prawo do interpretacji postaci, swoją wizję, – choć może te postacie tak bardzo należą już do publiczności, że takie rzeczy są niezbyt dozwolone.

Film jest zrobiony z rozmachem, oczywiście nie mamy tylu funduszy, aby było to na wielką skalę, ale nie ma się, czego wstydzić. Jest tu romans, humor i dużo akcji - film może się podobać. Jedyne, co mi przeszkadzało to jakaś głupia krowa, co siedziała przede mną i nawet jak się film zaczął, to nadal pisała jakiegoś niezwykle ważnego smsa…!!!!



wtorek, 20 marca 2012

Poszliśmy na ten film w czasie urlopu w Polsce a teraz wszedł on do kin w Wielkiej Brytanii. Jest to film niezwykły, który trzyma nas w napięciu i niepewności do ostatniego kadru, film po obejrzeniu, którego zadamy sobie pytanie czy ja bym mogła to zrobić? Chodzi tu zarówno o ryzykowanie swojego życia i życia najbliższych dla grupy obcych ludzi, ale także o to życie w ciemności i smrodzie, kanałów ściekowych, życie w strachu i niepewności przez ponad rok.

Film oparty jest na powieści Roberta Marshalla „In The Severs of Lvov” ( W kanałach Lwowa) oraz na wspomnieniach Krystyny Chiger „Dziewczynka w zielonym sweterku”, która przeżyła tę gehennę i została fantastycznie sportretowana przez Millę Bankowicz w tym filmie. Szczególnie dzieci były ofiarami tej wojny, zabrała ona im dzieciństwo, niektórym życie - a większości pozostawiła niewyobrażalne koszmary. Krysia w filmie dzielnie adaptuje się do sytuacji, przyzwyczaja się nawet do szczurów, ale dla niej te miesiące to większość jej krótkiego życia i popada w apatię. Aby jej przywrócić wiarę i nadzieję Leopold Socha( wyśmienita rola Roberta Więckiewicza) zabiera ją na chwilkę do góry i pokazuje świat i pozwala odetchnąć świeżym powietrzem, to jedna z bardziej wzruszających scen w tym filmie.

Leopold Socha to nietypowy bohater, swój człowiek, drobny złodziejaszek – poznajemy go, gdy okrada dom jakiś Niemców czy folksdojczów. Pracuje on w instytucji zajmującej się kanałami we Lwowie i pewnego dnia natrafia on na grupę Żydów, której udało się przebić do kanałów. Widzi on w tym okazję do zarobku, wie, że somo ukrycie się na niewiele się zda, jeśli nie ma się dostępu do jedzenia, itp. Niemcy likwidują getto i czas nagli, ta zorganizowana grupa min. rodzina Chigerów małżeństwo Ignacy z Pauliną i dziećmi Pawełkiem i Krysią oraz ich znajomi schodzą do kanałów, ale takich jak oni jest więcej. Leopold będąc realistą stwierdza, że może tylko pomóc grupce 12 osób, dochodzi do krótkich rozważań teologicznych na temat ilości apostołów i po selekcji zabiera on swoją grupę w bezpieczne miejsce. Chiger jest głównym sponsorem całego przedsięwzięcia i płaci Poldkowi i jego współpracownikowi. Możemy się oburzać, jaki on bohater skoro robił to dla pieniędzy, ale utrzymanie przy życiu grupy ludzi kosztuje a on ze swojej pensji nie wiele by mógł zdziałać. Opowieść obfituje w dramaty, niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku, ktoś może ich usłyszeć, wyczuć, ofiarowane są nagrody za znalezienie Żydów, deszcz zalewa kanały, a nieopacznie wypowiedziane słowa dziecka mogą sprowadzić śmierć na całą rodzinę, a także kończą się rodzinie Chigerów fundusze.

Historia jest niesamowita, pięknie opowiedziana, dobra obsada aktorska, ale dodatkowym atutem jest sposób filmowania, naprawdę widzi się tę klaustrofobiczną ciemność pomieszczeń, w których oni się ukrywali.

Pod koniec filmu dowiadujemy się, że trwało to 14 miesięcy i oczy nam zachodzą łzami. Chcemy, aby nic złego im już się nie wydarzyło, dlatego zawodzi nas fakt, że Leopold Socha zginął w1946 roku pod kołami rosyjskiej ciężarówki ratując życie swojej córeczki. Pochowany został na cmentarzu w Gliwicach, bo tam się przeprowadzili po zakończeniu wojny.

Widziałam w księgarni książkę, w której były opisane powojenne losy uratowanych, ale ostatecznie jej nie kupiłam, brakowało mi tego rozliczenia w napisach końcowych, dlatego ucieszył mnie artykuł w Evening Standard o taksówkarzu w Londynie, którego rodzice to Klara Keller i Mundek Margulies. Ta dwójka pobrała się i wyjechała do Anglii, w końcu lat 40-tych, założyli swój własny biznes, a zmarli w 1997 roku. Ich syn Henry stwierdził, że Socha był prawdziwym bohaterem, bez dwóch zdań.

Jeżeli jeszcze tego filmu nie widzieliście to polecam, jest to piękna historia, o zwykłych ludziach, o ludziach, których odwaga i determinacja poruszy was i wyciśnie łzy z oczu.



sobota, 17 marca 2012

Poszliśmy na ten film przez przypadek, wybieraliśmy się na „Hugo” ale że był wyprzedany musieliśmy zmienić plany a na ten jeszcze były bilety. Film jest fantastyczny, uśmiałam się na nim i popłakałam sobie. Jest to ekranizacja książki D. Moggach „These Foolish Things” a na ekran przenieśli ją John Madden i Ol Parker. Wspaniała obsada, same gwiazdy Judy Dench, Maggie Smith, Celia Imrie, Bill Nighy, Tom Wilkinson i młodziak w porównaniu z nimi Dev Patel.

Jest to zabawna historyjka z morałami ukrytymi prawie na każdym kroku i nawet nie zauważamy, że one tam są. Film opowiada o grupie emerytów, których skusiła oferta o luksusowym życiu na emeryturze w Indiach w nowo odrestaurowanym hotelu. Kiedy tam przyjeżdżają okazuje się że to nie jest całkiem tak jak w folderze….

Judy Dench and Celia Imrie

Evelyn (Judy Dench) to wdowa, po śmierci męża okazało się, że konieczna jest sprzedaż jej mieszkania, aby pokryć długi. Kobieta wbrew protestom synów wyrusza do Indii do hotelu określanego „domem dla pięknych staruszków”. Evelyn zakłada blog, na którym opisuje swoje nowe życie, pełne nowych wyzwań i niespodzianek min. po raz pierwszy podejmuje ona pracę i zarabia swoje własne pieniądze.

Graham (Tom Wilkinson) jest sędzią sądu najwyższego i na przyjęciu pożegnalnym innego sędziego postanawia, że ma już tego dość i postanawia wrócić do Indii. Graham mieszkał tam do 18 roku życia i wplątał się w związek, który nie miał przyszłości a zakończył się incydentem, które nie dawał mu spokoju przez całe życie. Postanawia odnaleźć swoją pierwszą miłość, ale nie jest to łatwe. Jego entuzjazm dla Indii udziela się większości emerytów.

Douglas (Bill Nighy) i Jean (Penelope Wilton) to niezwykła para, podziwiam męża za cierpliwość do tej niezwykle irytującej i kapryśnej żony – wspaniała rola P. Wilton – jeśli oglądacie serial „Dowton Abbey” to gra ona tam matkę Mathew Crawley młodego dziedzica rodu. Jean nie może przeżyć faktu, że nie jest ich stać na coś porządnego, ponieważ stracili oszczędności, gdy firma ich córki okazało się być klapą. Wszystko ją irytuje i nie potrafi znaleźć nic pozytywnego w życiu, szkoda mi jej męża, bo on stara się wszystko nadrobić i ma niesamowite poczucie humoru –genialna rola B. Nighy, po prostu jakby napisana specjalnie dla niego.

Madge (Celia Imrie) to notoryczna mężatka, która gdy nie ma własnego męża łapie się za cudzych, co jest utrapieniem dla jej córki, która stara się ją utrzymać w domu, aby znów jej nie kompromitowała na starość. Madge jest pełna życia, wie jak z niego korzystać i szuka nowego ukochanego.

Moją ulubioną postacią jest Muriel (Maggie Smith), jest to starsza pani była zawodowa gospodyni domowa, zgorzkniała rasistka, która nie ufa i nie lubi ludzi o odmiennym kolorze skóry. Jest ona bardzo bezpośrednia i ma najlepsze kwestie w filmie. Gdy potrzebna jest jej operacja - wymiana biodra i okazuje się że trzeba czekać w kolejce i gdy lekarz jej mówi że może to być około pół roku ona zdesperowana odpowiada – „pół roku! Ja nie wiem ile mi zostało, ja nawet nie kupuję zielonych bananów!” Jest jeszcze możliwość wyjazdu na operację do Indii, służba zdrowia opłaca taki wypad no i zatwardziała rasistka znajduje się w kraju, w którym jest pełno hindusów. Jej reakcje i dialogi a zwłaszcza jak ona je wypowiada są fenomenalne, to jest aktorka najwyższej klasy i ogląda się jej perypetie z przyjemnością. Postać przez nią grana jest jedną z ciekawszych w tym filmie, bo powoli poznajemy, dlaczego jest tak zgorzkniała i ona powoli otwiera się na świat pełen kolorów i ….

Maggie Smith

Oczywiście nie można pominąć właściciela, menadżera, kompletnego lunatyka, niepowtarzalnego marzyciela i optymisty Sonniego ( Dev Patel) granego przez młodego aktora w porównaniu z całą resztą. Sonny stara się uratować hotel swojego ojca od totalnej demolki, ma marzenia, ale brak mu funduszy, a do tego jeszcze jego wszystko wiedząca i ingerująca matka zjawia się niespodziewanie. Całe przedsięwzięcie staje pod znakiem zapytania, przyszłość staruszków, hotelu i romantycznego związku Sonniego z Sunainą. Ale jak to w takich komediach bywa nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i z czyjąś bardzo pomocną dłonią cały ten projekt ma szanse na sukces.

Dev Patel and Tena Desae

Film jest wspaniały pełen humoru, i trudnych prawd i wyborów życiowych, opowiada o tym, że życie nie kończy się po 60 a wręcz przeciwnie dopiero się zaczyna i że nigdy nie jest za późno na miłość i marzenia. Podoba mi się mądrość, którą Sonny często wypowiada: wszystko będzie dobrze na końcu, jeżeli nie jest dobrze to znaczy że to jeszcze nie jest koniec.

Gorąco polecam to ciepły i mądry film w sam raz na przedwiośnie, pełen nadziei i słońca.

Fotki Press Association.



poniedziałek, 05 marca 2012

Poszliśmy do kina, bo temat wydał nam się bardzo interesujący, filmy ze zwierzętami w roli głównej zawsze przyciągają uwagę. Pamiętam z dzieciństwa: Lessie, czy psa który jeździł koleją, czy naszego rodzimego psa Cywila albo Szarika ulubionego bohatera załogi 102, w literaturze też mieliśmy Łyska z pokładu Idy i Naszą Szkapę. To właśnie ukazując zwierzaki najlepiej opisuje się ludzki dramat, często zwierzęta noszą te cechy którym wymagamy od ludzi jak bohaterstwo, lojalność, wytrwałość czy szlachetność i stają się wzorem i inspiracją. Podobnie jest w tym przypadku.

Film ten jest adaptacją książki dla dzieci pod tym samym tytułem autorstwa Michaela Murpurgo. Autor mieszka w małej wiosce Iddesleigh w regionie zwanym Devon i tam w pubie przysłuchiwał się historii opowiadanej przez weteranów I Wojny Światowej, którzy pracowali z końmi lub służyli w kawalerii. W wiosce też pamiętano, że w czasie wojny przyjechali tam min. właśnie po konie. Tak narodził się pomysł napisania książki dla dzieci o okropieństwach pierwszej wojny światowej, opowiedzianej z punktu widzenia właśnie konia. Dodatkowym bodźcem była zaobserwowane wydarzenie na farmie. Przyjechały tam dzieci z Birmingham a wśród nich jąkający się chłopiec, który przez dwa lata do nikogo się nie odzywał. Zaprzyjaźnił się on z koniem i wieczorami z nim rozmawiał płynnie jego jąkanie znikało, a koń wydawał się słuchać zainteresowany z wyciągniętym łbem. Kolejna inspiracja to obraz F.W. Reeda z 1917 roku ukazujący atak kawalerii brytyjskiej na pozycje niemieckie i konie zaplątanie w druty kolczaste. Wszystko to nałożyło się na siebie i powstała opowieść o wojnie dla dzieci. Była ona popularna wśród czytelników i krytyków autor został wyróżniony drugą nagrodą w corocznym konkursie Whitebread Book Award. W 2007 została ona zaadoptowana i trafiła na deski teatru Narodowego w Londynie a trzy lata później na Broadway w Nowym Yorku. Opowieść ta stała się takim sukcesem, że turyści zaczęli przyjeżdżać do Iddesleigh gdzie mieszka autor i byli rozczarowani, gdy okazało się że w „village hall” - takim miejscu spotkań na wzór naszego domu kultur zmieszanym z remizą – nie było portretu Joeyego. W 2011 Murpurgo zamówił obraz u artysty „wizażysty końskiego” który pracował przy produkcji filmu Spielberga i tak oto mamy obraz przedstawiający tego bohaterskiego konia.

Joey from War Horse by Ali Bannister

Nie czytałam książki ani nie widziałam przedstawienia teatralnego, znajomi z pracy byli i mówili, że jest genialne. Film mi się podobał, dużo w nim okrucieństwa jak na opowieść dla dzieci, ale jest też bohaterstwo, lojalność, wierność i dobroć – może taki sposób ukazania wojny oczami zwierzęcia bardziej jest w stanie do nas przemówić, poruszyć dziecięce umysły i serca i utkwić w pamięci.

Głównym bohaterem jest koń, Joey, którego poznajemy, gdy rodzi się na łące i stawia pierwsze kroki, razem z nami ogląda to chłopiec Albert (Jeremz Irvine), który stara się zaprzyjaźnić ze źrebakiem. Nie może on uwierzyć, kiedy jego ojciec Ted (wspaniała rola Petera Mullana) któregoś dnia wraca do domu z targu z tym koniem – miał kupić zwierzę pociągowe do orania pola a nie takiego ładnego i delikatnego rumaka. Pole trzeba jednak zaorać, bo trzeba zapłacić czynsz za farmę i młody Albert podejmuje się zadania nauczenia konia chodzenia z pługiem, nie jest to łatwe, ale więź, jaka się wytworzyła miedzy człowiekiem a zwierzęciem spowodowała, że rzeczy niemożliwe stały się możliwe. Niestety biednemu zawsze wiatr w oczy wieje i gdy wybucha wojna ojciec Alberta jest zmuszony do sprzedaży wierzchowca do armii. Chłopiec jest załamany i stara się zaciągnąć do wojska, ale jest za młody, i wtedy kapitan kawalerii Nicholls (Tom Hiddleston) obiecuje mu że będzie się nim opiekował. Joey trafia do oddziału Kawalerii i zaprzyjaźnia się z czarnym rumakiem o imieniu Topthorn, razem trenują i razem idą do ataku, trafiają do „niewoli”, ale zostają przy życiu dzięki temu, że przeznaczono je do ciągnięcia wozów z rannymi. Ich losy splątują się z młodymi niemieckimi żołnierzami, chorą francuską dziewczynką i jej dziadkiem, a w końcu trafiają do artylerii niemieckiej gdzie ciągną ciężkie działa – jest to wyczerpujące i konie naokoło padają jak muchy, aż trudno uwierzyć, że można tę wyczerpującą pracę przetrwać.

Oczywiście jest to opowieść dla dzieci i musi się dobrze kończyć i Albert musi odnaleźć Joeyego a ten musi przeżyć te wszystkie okropieństwa wojny! Tego oczekujemy zapatrzeni w ekran i dlatego na końcu poleciały mi łzy po policzkach. Jest to piękna opowieść o przyjaźni, bohaterstwie, lojalności, sile przetrwania osadzona w lekcji historii, mamy tu wojnę w całym jej okrucieństwie. Okopy i czekanie na rozkaz, atak za atakiem i przedzieranie się przez pola usiane drutami kolczastymi, nowe technologie użycie gazów bojowych – gaz musztardowy, pojawiają się czołgi, rabunki na ludność cywilnej, wyjaśnione jest pojęcie ziemi niczyjej,- jest piękna scena, gdy jeden cel jednoczy na chwilę żołnierzy po obu wrogich stronach frontu. Albert, jako żołnierz w końcu jest w stanie zrozumieć swojego ojca weterana drugiej wojny burskiej odznaczonego medalem za odwagę na polu bitwy, wojna to krew, brud, cierpienie i bezradność.

Jest to epik, pięknie opowiedziany, jest tu humor i tragedia, i łzy mogą się zakręcić w oczach, co wrażliwszych. Piękna kinematografia to zasługa Janusza Kamińskiego a muzyka J.T Williamsa dodaje tu niezwykłej atmosfery. Zdecydowanie warto się na niego wybrać. Polecam.



piątek, 10 lutego 2012

 

Jest to film akcji o dość popularnej tematyce oto mamy, bowiem niesłużenie skazanego za kradzież diamentu Nicka Cassidy (Sam Worthington – „Avatar” „Terminator 4 Salvation” „Clash of the Titans”), który postanawia dowieść swojej niewinności. Robi to jednak w bardzo oryginalny sposób, wprowadza się do hotelu, którego właścicielem jest David Englander (Ed Harris) człowiek, który go wrobił, zjada luksusowy posiłek, homary itp. pisze list pożegnalny, wyłazi przez okno i staje na parapecie. Oczywiście jakiś przypadkowy przechodzień, a zwykle jest to starsza kobieta o sokolim wzroku - go tam wypatruje i alarmuje krzykiem całą ulicę.

man on a ledge, sam worthington, film

Zjeżdża się policja, straż pożarna, którzy mają za zadanie go uratować, a przede wszystkim zabezpieczyć teren żeby nikomu on nie spadł na głowę. Nick żąda zmiany negocjatora z Jacka (Edward Burns) na ładną blondynkę Lydię Mercer (Elizabeth Banks), która teraz przechodzi kryzys, bo jej ostatnie negocjacje ze „skoczkiem” skończyły się tragicznie. Potem dojeżdża jeszcze odział specjalny, bo sprawa robi się poważna - Nick uciekł z więzienia.

Elizabeth Banks, man on the ledge, lydia mercer

Tymczasem w dole zbiera się tłum gapiów, w ruch wchodzą telefony komórkowe, ludzie zaczynają skandować „- skacz-„ i oczywiście pojawia się wszędobylska i żądna krwi dziennikarka ze swoim kamerzystą. Po drugiej stronie ulicy wróg numer jeden naszego głównego bohatera zbiera się do konferencji prasowej, aby ukazać światu swój nowy projekt a tu taki kłopot i zamieszanie.

man on a ledge, Jamie Bell, Genesis Rodriguez

Gdy Nick sprytnie zagaduje negocjatorkę i skupia uwagę na sobie, jego brat Joey (Jamie Bell „Billiy Elliot”, „Defiance”,”The Eagle” ) z dziewczyną Angie (Genesis Rodriguez) wprowadzają do akcji drugą warstwę planu mającego udowodnić niewinność brata. Nick twierdzi, że diament „the monarch” nigdy nie opuścił rąk Davida Englandera i że to było oszustwo ubezpieczeniowe, a pieniądze jakie dostał od agencji ubezpieczającej pozwoliły mu wyjść z kryzysu a Nick stał się kozłem ofiarnym. Gdy on stoi na krawędzie jego brat szuka diamentu wartego 40 milionów dolarów. Pojawiają się też wątki o skorumpowanych policjantach, bo jakby było inaczej muszą być źli i dobrzy stróże prawa.

Można by powiedzieć, że takie wątki już były np. w filmie „Negocjator” czy nawet „Fugitive” (Ścigany), ale ten film się dobrze ogląda, są momenty grozy i śmiechu a aktorzy dobrze się sprawdzili w swoich rolach a zwłaszcza duet Bell - Rodriguez - bardzo udany. Film trzyma trochę w napięciu i kibicujemy braciom w ich dążeniu do pokonania chciwego drania, jakim jest biznesmen David Englander. Kiedy już prawie wszystko się wyjaśniło jeszcze nam dokładają jak to się mówi tu na wyspach „icing on the cake” i zakończenie jest słodkie, ale nie przesłodzone. Dobre kino akcji i przystojny aktor w roli głównej, pokonane zło - czego wymagać więcej? Polecam.

Fotki ze zbiorów Press Association.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Flag Counter