Przeczytane

niedziela, 08 lutego 2015



To jest pożegnanie z Plantagenetami dla pisarki, to ostatnia napisana przez autorkę książka o tej zwariowanej rodzinie i dynastii, która kontrolowała obszary od Muru Hadriana do Pirenejów. Chronologicznie została mi jeszcze Trylogia Walijska, więc smutna nie byłam. Ta część sagi o Richardzie bardziej mi się podobała, wydawało mi się, że pisarce znów słowa spływały na klawiaturę jak w poprzednich opowieściach. Znów czytało się to jak powieść awanturniczą, z tą różnicą, że zamiast wymyślonych postaci osadzonymi w realiach historycznych głównymi bohaterami byli prawdziwi, znani nam z historii osobnicy, uczłowieczeni piórem pisarki.

I tak oto Ryszard dowiedziawszy się, że jego ukochany młodszy braciszek książę Jan ( zły John z legendy o Robin Hoodzie) znów knuje z zasiadającym na Francuskim tronie Filipem, postanawia wrócić do swojego królestwa. Pierwsze wyruszają żona Berengaria i siostra Joanna. Kiedy Ryszard w końcu wypływa w powrotną podróż, u wybrzeża wyspy Korfu napotyka piratów, którzy po krótkich negocjacjach wstąpili do służby pod sztandarem Lwiego Serca. Jak stwierdza jeden z służących królowi tłumaczy - można być jednocześnie piratem i chrześcijaninem. Ryszard zdecydował się przenieść na wynajęte pirackie statki z kilkoma zaufanymi rycerzami, a resztę wysłać dalej normalną drogą. Chce szybko i bez zwracania na siebie uwagi przedostać się do przyjaznej Saksonii. Okazuje się bowiem, że Cesarz Rzymski Henryk rozstawił sieci i czeka, aż mu królewski łup wpadnie w ręce.

Wiatry nie były jednak pomyślne, wręcz przeciwnie i po strasznym sztormie statki osiadają mocno zniszczone na wyspie La Croma ( Lokrum u wybrzeży Horwacji, teraz jest tam słynna plaża nudystów). Sztorm był tak silny, że zgromadzeni na pokładzie myśleli, że oto nadchodzi ich koniec, sam król obiecał darowiznę 100 tysięcy dukatów na budowę kościoła w miejscu, gdzie wyjdą ocaleni na ląd. Gdy jeden z jego towarzyszy, dostrzegł ląd stwierdził, że oto zostali uratowani, bo jakby mógł Bóg nie skusić się na taką sumę, okup królewski. Można by powiedzieć wykrakał! Ale właśnie tak Sharon Penman buduje akcję, znane fakty ubiera w bogate szaty, przystraja w pióropusze, a czasem ogołaca z tego przepychu i podaje nam wszystko wprost i do rzeczy. 

Obywatele pobliskiej Republiki Ragusa (obecnie Dubrownik) przyjęli rozbitków z otwartymi sercami. Ich serca i domy jeszcze bardziej zostały otwarte, gdy okazało się jaka czeka ich nagroda. Nic nie jest jednak proste, bo w sumie to wylądowali oni na wyspie opodal i oficjale kościelni spierali się, kto ma otrzymać darowiznę, klasztor na wyspie czy katedra w mieście.

Niestety miłe towarzystwo i bezpieczną przystań trzeba opuścić, a choć powracający krzyżowcy byli objęci specjalną ochroną kościelną, Ryszard miał tylu wrogów, że trudno było im znaleźć bezpieczną drogę do domu. Znów wypłynęli na morze, a ich celem był port Zadar, będący pod panowaniem Węgierskim. Nie mieli szczęścia - najpierw cisza morska, a potem mgła i kolejny sztorm. Tu pomaga żeglarzom magnetyczna igła wbita w korek, która pływa w wiadrze z wodą i zawsze wskazuje północ. Statek został uszkodzony, stracił ster i pozostawał na łasce wiatru i fal, ale udało się ostatecznie doprowadzić dryfujący wrak na wybrzeże, puste, zasolone błota - ziemia bez życia. Zły omen. Rozbitkowie nie wiedzą gdzie są, czy na terenach przyjaznych, czy wrogich, ale nie mają wyjścia i muszą resztę podróży odbyć lądem. Rozpoczynają niebezpieczną przeprawę przez tereny pełne szpiegów cesarskich i każda chwila jest pełna grozy. Nie wiedzą gdzie i kiedy ich los zostanie zakuty w kajdany. Penman jest genialna w wykorzystaniu informacji źródłowych, strzępki jakie czasem posiada, przekształca swoim piórem w pasjonujące opowieści i tak jest z momentem pojmania Króla Ryszarda. Choć wiemy, że to się stało, bo znamy historię, nawet, jeżeli nie uczyliśmy się jej pilnie w szkole, to każdy słyszał o legendzie Robin Hooda. To jednak w jaki sposób pisarka nam to wydarzenie opisuje tak przykuwa nas do kartek, a mnie do Kindla, że można przegapić stacje metra i w rezultacie spóźnić się do pracy. Postać Arne -niemieckiego chłopca w służbie angielskiego króla i jego historia wylęgła się z jednej wzmianki kronikarskiej, że był przy nim młody tłumacz. Arne pojawia się dużo wcześniej i znów jest jednym z nośników informacji o zwyczajach, czasach i wydarzeniach, podobnie jak Morgan walijski kuzyn króla, który jest kontynuacją wątku Ranulfa z pierwszych części sagi – jest jego synem, czy Mariam przyjaciółka Joanny królowej Sycylii i siostra z nieprawego łoża jej męża Williama II. Te fikcyjne osoby wprowadzają nas, czytelników XXI już wieku, w realia średniowiecza, pozwalają na dialogi między nami a bohaterami opowieści kronikarskich.

 

Kiedy Morgan, walijski kuzyn króla, zadaje mu pytanie czy nigdy nie boi się o swoje życie, zwłaszcza walcząc na polu bitwy, ten po długim namyśle odpowiada, „ że w ferworze walki, gdy krew szybko krąży w żyłach czasem trudno jest odróżnić podniecenie od strachu”. To jedna z rzeczy, które mi się podobają w u tej pisarki, dialogi, które przypisuje postaciom są takie ludzkie, prawdopodobne i pozwalają bliżej poznać danego bohatera, sztywna postać historyczna staje się normalnym śmiertelnikiem.

Doskonale to widać w udręce jakiej doznaje Ryszard w czasie swojego uwięzienia w Trifels, gdy stara się zachować godność, a jednocześnie przetrwać samotność, opuszczenie, odizolowanie. W pewnym momencie mówi sam do siebie, wspominając 16 lat aresztu domowego ( zamkowego w zasadzie) swojej matki Eleonory Akwitańskiej – jak ty to zniosłaś. Gdy jest chory ma wizje, majaczy w gorączce, a odwiedza go wtedy jego ojciec Król Henryk II i niemalże go błaga, aby nie zaprzepaścił tego, co on z matką zbudowali, aby ocalił Imperium Andegaweńskie.

Tymczasem kobiety w drodze do domu i matka pozostawiona na straży królestwa zaczynają się niepokoić, brak wieści nie jest tu obiecujący i zaczynają krążyć złowrogie plotki. Wkrótce staje się jasne, że coś niedobrego spotkało powracającego do kraju króla, rozpozna się walka dyplomatyczna między tymi, którym ta nieobecność jest po myśli, a tymi co są w stanie zrobić wszystko, aby króla odzyskać. Kto da więcej? Jan i Filip, aby Henryk króla sobie zatrzymał, czy Eleonora i jej stronnictwo, aby króla odkupić. Pisarka zabiera nas też do Speyer na sąd nad królem, gdzie sędziami są możni i książęta Kościoła (Imperial Diet) i tu swoją przemową Ryszard zwycięża nad Cesarzem, nie tylko genialny strateg na polu walki, ale i niezły mówca. Niemalże zaciskamy kciuki chcąc, aby mu się powiodło. Wolność nie przychodzi łatwo, Henryk sprawnie i okrutnie pociąga za sznurki i co chwile perspektywa swobody jest od naszego bohatera okrutnie oddalana.

Nie zdradzę tu tajemnicy, że Ryszard odzyska wolność i wróci do swojego królestwa, ale to nie jest koniec opowieści. Autorka zręcznie wpisuje naszą wiedzę XX-go wieku na temat psychologii i wpływu dramatycznych wydarzeń na zachowanie człowieka w średniowieczne realia. Ryszard boryka się z tym, co przeżył. Mamy jego dziwne zachowanie wobec żony Berengarii, wydawało się, że ją kochał w czasie wyprawy krzyżowej, teraz nie bardzo się kwapi, aby ją znów zobaczyć. Co się za tym kryje? Król niemal nie zdejmuje zbroi i nie zsiada z konia, ciągle w ruchu ciągle tłumi jakąś rebelię. Nie ma czasu na bycie mężem, a przydałoby się, bo koronie potrzebny jest następca. Niby jest Jan, ale czy to najlepsza opcja?

Ostatecznie zabiera nas pod Chalus i tu wycisnęła ze mnie łzy – taka jestem płaczliwa. Umierający król wzywa do siebie matkę - królową Eleonorę Akwitańską, ale nie żonę Berengarię, później biskup jej mówi, starając się wytłumaczyć ten gest, że chciał jej oszczędzić cierpienia. Drobna rana przynosi śmierć, medycy średniowieczni są bezsilni w walce z gangreną. Ryszard wie, że umiera i stara się zrobić wszystko, aby jego brat Jan mógł zasiąść na tronie. Sprawa się skomplikowała, bo w tym czasie Jan był na dworze w Bretanii, a tam znajdował się potencjalny konkurent do tronu w postaci Artura, syna ich  brata Geoffrey’a (Godfryda II)  księcia Bretanii. Umierający Ryszard nie chce wzbudzać podejrzeń, stara się żyć tak długo, aby zabezpieczyć Janowi sukcesję, stawia królestwo przed żoną. Przyjazd Berengarii byłby podejrzany, a matki nie, bo często się z nią konsultował w sprawach wagi państwowej. Eleonora zdążyła przed śmiercią i ten dialog między nimi jest znów majstersztykiem Penman. Jest tu czarny humor - gdy matka pyta się czy była spowiedź i ostatnie namaszczenie, Ryszard żartuje, że tyle miał do spowiedzi, że zajęło to pół dnia. Gdy prosi o pochówek w Fontervrault przy stopach swojego ojca Henryka II, Eleonora mówi łagodnie, że on mu na pewno przebaczył. Ryszard prosi też, aby zrobiła, co może dla Jana i ona przytakuje. Jesteśmy z Eleonorą w tych najcięższych dla niej chwilach, kolejne z jej dzieci umiera, przyszłość jej imperium umiera, jesteśmy tam do ostatniego oddechu, do ostatniego uderzenia serca jej ukochanego syna.

Jest jeszcze Joanna, jej wdowieństwo i wydanie jej za mąż za Raymonda VI Hrabiego Tuluzy, którego poznała w czasie powrotnej podróży z Ziemi Świętej. Niezwykła kobieta i niezwykłe małżeństwo z człowiekiem, który kochał poezję, uznawał tolerancję wobec innych wyznań czy heretyków. Został on uznany przez to za wroga Kościoła i tyrana, który znęcał się nad swoją żoną. Sharon Penman ukazuje inną historię - małżeństwo, w którym Joanna była szczęśliwa, bo znalazła człowieka, który nie uważał, że kobieta to osoba niższa intelektualnie i bez żadnych praw. Tu raz jeszcze wspomnę, że w bardzo przystępny sposób ukazuje autorka nam nie tylko wydarzenia historyczna, ale i realia społeczne i kulturowe życia w średniowieczu. Joanna bezdzietna w pierwszym małżeństwie – wina zawsze była po stronie kobiety – rodzi po bardzo trudnych ciążach Raymondowi syna i córkę. Ostatnia ciąża jest niestety niezbyt szczęśliwa, gdyby to była fikcja to bym złorzeczyła, że tak sobie ktoś wymyślił, ale niestety los był dla niej okrutny. Dla Joanny bycie w ciąży nie było stanem błogosławionym, przechodziła je bardzo ciężko. Pisarka konsultowała się z lekarzami specjalistami i sugeruje, że tego przyczyną była hyperemesis gravidarum (HG), po naszemu niepowściągliwe wymioty ciężarnych, a fakt, że Joanna miała cesarskie cięcie jest jednym z najwcześniejszych zapisów o tego typu operacji. Czytałam, a łzy mi ciekły strumieniami po policzkach.

Powieść ta kończy się dojściem do władzy Jana i śmiercią Eleonory. W tej ostatniej kwestii autorka znów pozwala sobie na swoją pisarską wspaniałą fantazję. Otóż w gorączce Eleonora widzi przy swoim łożu Henryka II, swojego męża, który przygania jej, że już ma 80 latek, i że on z Ryszardem czekają na nią tak długo.

Wspaniała lektura, trzyma w napięciu nawet, jeżeli wiemy, co się ma stać, bo wystarczy otworzyć podręcznik lub wpisać na Google imię Ryszard Lwie Serce. Pisarka jest genialna i udowadnia po raz kolejny, że historia to nie są nudy, tylko trzeba umieć o niej opowiadać. Dobrze, że czekała na mnie tzw. Walijska Trylogia, bo trudno by się było z jej pisarstwem rozstać.

Polecam

Inne części sagi o Plantagenetach. 

When Christ and His Saints Slept - pierwsza część, czasy anarchii 

Time and Chance - opowieść o Henryku II i Eleonorze Akwitańskiej

Devil's Brood - bunty i walka o tron w Imperium Andegaweńskim

Lionheart - Ryszard Lwie Serce, w drodze na krucjatę i walki na Ziemi Świętej

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kapitan Borchardt – taki żaglowiec był na liście polskich jednostek biorących udział w zlocie żaglowców Tall Ship w 2014 roku, którego kulminacją były parady i postoje na Tamizie w Londynie. Znaleźliśmy go przycumowanego wśród innych stateczków, gdy szukaliśmy Daru Młodzieży. Stwierdziłam wtedy, że to bardzo egzotyczne imię dla polskiej łajby. Mój ukochany – żeglarz pełną gębą, poinformował mnie, że nosi ona imię Karola Olgierda Borchardta - słynnego żeglarza i pisarza-marynisty autora takich książek jak „Znaczy Kapitan” czy „Szaman Morski”. Nerwowo szukałam w pamięci wśród przeczytanych książek i znanych mi autorów, ale coś mi tylko świtało i to z daleka, o tym szamanie, choć może to mi się pomerdało z wilkiem morskim. Nazwisko to zapadło mi więc w pamięć i gdy w czasie ostatniej wizyty w Polsce buszowaliśmy po księgarni i nagle zobaczyłam to nazwisko na książce stojącej na półce, to od razu ją złapałam. Z triumfem na twarzy i zdobyczą w ręce pobiegłam w poszukiwaniu mojej żeglarskiej połowy. Na moje radosne - zobacz, co znalazłam moja chłopina ze spokojem zapytała, czy tylko ten jeden tytuł był? Wtedy się okazało, że nie wiem. Tak szybko pobiegłam z moją zdobyczą, że nawet nie spojrzałam, co jest jeszcze na półce. Na dodatek, teraz nawet nie pamiętałam, gdzie była ta książka.  Kiedy udało się półkę odnaleźć, okazało się, że były tam jeszcze dwa inne tytuły, które także ostatecznie wylądowały w naszych walizkach i zostały przytachane do Londynu.

Książkę „Znaczy Kapitan” zaczęłam czytać jeszcze w Polsce i potem ją tachałam w plecaku do i z pracy i czytałam w każdej chwili, wybuchając w głos niekontrolowanym śmiechem, przyciągając wzrok współpasażerów w metrze. Jest to zbiór 37 opowiadań, których głównym wątkiem jest postać kapitana Mamerta Stankiewicza. Każdą wypowiedz i myśl swoją rozpoczynał on od słowa „znaczy”.

W pierwszym opowiadaniu poznajemy Tenangę, bohatera dziecięcych lektur autora książki. Karol Borchardt chciał zostać Indianinem, na podwórku razem z kolegami odgrywali sceny z książek. Kiedy sobie uświadomił, że z powodu koloru skóry nigdy Indianinem nie zostanie , postanowił pójść w ślady drugiego bohatera książki Orła Śnieżnych Wierchów. Zainspirowała go ilustracja z opowieści przedstawiająca marynarza wspinającego się po linie na rufę statku z podpisem „ Jako ostatni wspiął się marynarz olbrzymiego wzrostu”, więc aby stać się, jak ów Orzeł Śnieżnych Wierchów, olbrzymem o nadludzkiej sile nasz autor zaczął ćwiczyć i trenować. Niestety został on odrzucony na pierwszej komisji lekarskiej, ale ten młody olbrzym nie poddawał się tak łatwo i udało mu się dostać do Szkoły Morskiej w Tczewie i na statek szkoleniowy „Lwów”. Tu nasz młody żeglarz został przydzielony do obsługi kabestanu, urządzenia do podnoszenia i opuszczania kotwicy. Otóż połamał on handszpaki (takie drągi wkładane w głowicę kabestanu) i pierwszy oficer wpadł w ogromną złość, krzycząc, że mu jeszcze cały statek połamie. Kiedy nadszedł Kapitan i wysłuchał, o co chodzi, to zakończył całą sprawę słowami „Znaczy panie Konstanty, znaczy co? Znaczy za silny?”

Znaczy Kapitan jest osobą niesamowitą, wzorem do naśladowania. Uczniowie i załoga mają do niego ogromny szacunek. Jego wiedza i umiejętności ciągle im imponują, jest on osobą wymagającą i surową, ale dba o swoją załogę. Każdy robi swoją robotę porządnie, bo nie chce zawieść kapitana, bo jest dumny z tego, że pływa z nim na żaglowcu, czy innym statku pod polską banderą.

Czyta się te opowiadania jednym tchem, ciekawość przekręca kartki i nawet nie wiemy, kiedy zbliżamy się do końca. Ostatnie opowieści czytałam ze łzami w oczach, trudno mi się było pożegnać z legendą i z dobrą książką – na szczęście, na półce są jeszcze dwie tego autora i wiem, że czekają na mnie z niesamowitą przygodą i że znów poczuję podmuch wiatru i smak soli na ustach.

Polecam ten zbiór opowiadań z całego serca, poznacie narodziny polskiej żeglugi, popłyniecie śladami piratów na wody mórz południowych, znajdziecie się pod palącym słońcem i pełnymi żaglami, na polach lodowych, w przepastnych otchłaniach oceanu wzburzonego huraganami. Potem wpadniecie do herbaciarni w Londynie, zamówicie w restauracji walijskiego królika, obejrzycie korridę w Hiszpanii, będziecie oblegani przez pasażerki na mostku i handlowców w portach. Wszystkie te przygody okraszone oczywiście zdrową dawką wyśmienitego humoru. Łezka się w oku kręci nad minionym czasem, oj kręci … .

Jest  to wspaniała lektura na każdą porę roku, na wakacje, na zimowe wieczory i nie trzeba być znawcą żaglowców, takielunku itp., bo K. O. Borchardt tak potrafi pisać, że taki szczur lądowy jak ja, czuje się jak ryba w wodzie czytając te opowieści.

Jeżeli mieszkacie w okolicach Hartlepool w północno-wschodniej Anglii to wstąpcie któregoś dnia na nadmorski cmentarz i zapalcie znicz lub złóżcie kwiaty na grobie Kapitana, Znaczy się Mamerta Stankiewicza. My mamy postanowienie, że jeżeli drogi nas w tamte strony poprowadzą to też wstąpimy i się pokłonimy.

Tymczasem do księgarń, kochani, do księgarń! 

niedziela, 16 listopada 2014

 

To już czwarte spotkanie z monarchami dynastii Plantagenetów, tym razem pozostawiamy Imperium Andegaweńskie i razem z Ryszardem udajemy się na krucjatę do Ziemi Świętej. „Devil’s Brood” kończy się śmiercią mojego ulubionego króla Henryka II, któremu serce pękło i ciało poddało się chorobie, po tym jak się dowiedział, że został zdradzony przez tych, którym najbardziej ufał i tych, których kochał. Król zmarł, niech żyje król i Ryszard nareszcie mógł zasiąść na tronie. Niestety nic nie jest proste i oczywiste, a kto zna historię wie, że panowanie Króla Ryszarda nie było usłane różami.

Autorka zabiera nas od razu na słoneczną Sycylię, gdzie poznajemy ulubioną siostrę braci Plantagenetów Joannę - Królową Sycylii. Migała ona w poprzednich książkach, ale jako dziecko została wyswatana i dość wcześnie wysłana na dwór swego przyszłego męża – takie były zwyczaje wśród średniowiecznych dynastii. Joanna pokochała swoją nową ojczyznę, nauczyła się tam tolerancji, bowiem jej królestwo zamieszkiwali także Saraceni, Chrześcijanie Obrządku Wschodniego i Żydzi. Do szczęścia brakowało jej tylko rodziny, niestety jedyne dziecko, jakie przyszło na świat w jej małżeństwie zmarło bardzo szybko. Poznajemy Joannę w chwilach dla niej trudnych, bowiem jej mąż William II de Hauteville umiera i spokojny świat, w jakim żyła to młoda kobieta się kończy. Kandydatów do objęcia tronu jest paru, najgroźniejszy, choć znajdujący się najdalej jest Cesarz Rzymski Henryk mąż Konstancji, siostry zmarłego Króla Sycylii. Ta kandydatura nie cieszyła się zbytnim powodzeniem, toteż miejscowa arystokracja wybiera na króla Tankreda, kuzyna zmarłego monarchy - nieślubnego syna brata ojca Williama II, czyli mieli wspólnego dziadka. Tak się zaczyna ta opowieść o legendarnym Królu Lwie Serce.

Po takim wstępie wracamy na północ, na dwór Andegaweński, pojawiają się stare i znane postacie – jest oczywiście kobieta, której sława i chwała przetrwała stulecia Eleonora Akwitańska, mamy Wilhelma Marshala, pojawia się znów Tilda córka Eleonory i Henryka II no i oczywiście John, który żyje spiskując, Alys francuska wieczna narzeczona Ryszarda, no i król Francji tchórzliwy Filip.  Pojawiają się nowe postacie np. rodzina królewska z Nawarry, gdzie Ryszard potajemnie negocjuje o żonę z Królem Sancho.  Jest tu także Morgan, syn Ranulfa wuja Henryka II. Młody Walijczyk jest co prawda postacią fikcyjną ale łącząca tę sagę o Plantagenetach, jest on często w centrum wydarzeń, a podążając za Ryszardem na krucjatę znajduje miłość swojego życia na Sycylii, gdzie poznaje Mariam siostrę z nieprawego łoża króla Williama II i oddaną przyjaciółkę Joanny.

Wyruszamy na wyprawę krzyżową razem z Ryszardem i królem Filipem, a tymczasem wiekowa już Eleonora udaje się do królestwa Nawarry, aby poznać Berengarię  nową narzeczoną i dostarczyć ją Ryszardowi przed ołtarz, gdzieś w drodze do Ziemi Świętej. Każda krucjata wpada po drodze na Sycylię i tak też zjednoczone siły Angielsko – Francuskie. Tutaj oczywiście Ryszard dowiaduje się, że Joanna jest w areszcie pałacowym, no i jak na rycerskiego brata przystało ujmuje się za swoją pokrzywdzoną siostrą. Dochodzi on do porozumienia z Tankredem, robiąc sobie wiecznego wroga w Henryku Cesarzu Rzymskim. Krucjata dopiero się zaczęła, a już pojawiają się problemy. Obie koronowane głowy nie mogą na siebie patrzeć, nie do pomyślenia jest to, że jeszcze niedawno byli to sojusznicy zwalczający Henryka II. Monarchowie mieli się dzielić zdobyczamia więc Filip domaga się połowy wypłaty uposażenia wdowiego, jaką dostał Ryszard dla swojej siostry Joanny - no i co ma tu piernik do wiatraka. Francuzi nawet grożą opuszczeniem wyprawy i Ryszard w końcu zgadza się wypłacić jedną trzecią sumy, Joanna oczywiście nie ma nic do powiedzenia.

Obie armie postanowiły przeczekać zimę w Messynie, Filip czekając na sprzyjające wiosenne wiatry, a Ryszard na swoją nową narzeczoną. Tymczasem Eleonora zawitała na Pampeluński Dwór i zabrała młodą, cichą, nieśmiałą i niezmiernie religijną księżniczkę w długą podróż do ołtarza. Czeka ich niezwykła podróż, przekraczają Alpy i jak orzeka Eleonora – „ nie spodziewała się, że będzie w swoim nobliwym wieku zjeżdżać z gór…” Po drodze spotykają Henryka będącego w drodze do Rzymu, muszą ukrywać, kim jest Berengaria, bowiem Henryk i Filip to sojusznicy.

A tymczasem w „Outremere” – tak określano tereny Ziemi Świętej pojawiają się nowe problemy, umiera Sybilla Królowa Jerozolimy, zaraza zbiera obfite żniwo, a Saraceni odnoszą sukcesy. Siostra przyrodnia Sybilli -  Isabella jest teraz dziedziczką korony, siłą rozwiedziona z mężem Humpreyem de Toron wydana zostaje za Conrada z Monteferrat, lepszego żołnierza i stratega. Wdowiec po Sybilli - Guy de Lusignan też chce władzy, a że jest on wasalem Ryszarda, a Conrad kuzynem Filipa i Henryka nie wróży to dobrze krucjacie.

Oczywiście Filip nie jest zadowolony, gdy dowiaduje się, że Ryszard żeni się z jakąś Berengarią z Nawarry, miał się żenić z jego siostrą Alys, zaręczeni byli od małego, już prawie 20 lat, a tu taka niespodzianka. Niestety dla Filipa Ryszard miał asa w rękawie, wykorzystał ziarna, które posiał kiedyś Francuski Król, aby poróżnić Ryszarda z jego ojcem Henrykiem II. No cóż, kto mieczem wojuje ….

Tyle się wydarzyło a to dopiero początek tej pasjonującej opowieści.

S. Penman zabiera nas w tej powieści na nowe tereny, na bardzo atrakcyjną podróż do Ziemi Świętej, na krucjatę. Ukazuje nam średniowiecze z punktu widzenia człowieka żyjącego w tej epoce. Religijność, wiara i męczeństwo w parze z normalnym codziennym życiem. Widzenie i postrzeganie świata, medycyna, technologia, strategia oraz rola kobiety są tu oddane w bardzo przystępny sposób, autorka naprawdę poświęciła dużo czasu studiowaniu epoki, a gdy popełnia błędy, to się do nich otwarcie przyznaje.

W notatkach od autorki dowiadujemy się, że Ryszard nie był jej ulubionym bohaterem, ale im więcej się o nim dowiadywała tym bardziej ją fascynował. Powoli rozpracowuje Ryszarda znanego z mitów i Ryszarda odkrytego z kronik itp. Poznajemy go jako wariata z mieczem w ręku, który pierwszy rwie się do walki, chce być w centrum każdej bitwy, ale z drugiej strony dba o swoich żołnierzy, troszczy się o nich, dlatego był tak uwielbiany przez swoich podkomendnych, którzy byli mu tak oddani, że poszliby za nim do piekła.

Czytając tę powieść miałam wrażenia, że jakoś pisanie szło Sharon ciężko tym razem, mi również czytanie na początku szło jak po grudzie, może to, dlatego że Ryszard nie był jej faworytem. Może dlatego, że brakowało tu silnej postaci kobiecej, Eleonora występuje, ale już w wieku sędziwym, nie może grać pierwszoplanowej roli. Żona Ryszarda to gołębica, jak on ją czasem pieszczotliwie nazywa, nie jest ona w stanie zaognić tej historii, jej jedynym problemem jest to, aby spełnić swój małżeńsko królewski obowiązek – dostarczyć męskiego potomka do królewskiej kołyski. A że do tanga trzeba dwojga nie bardzo jej się udaje, Ryszarda bardziej interesują bitwy, negocjacje, oblężenia i odsiecze. Prawdopodobnie kochał swoją żonę, musiała go na swój sposób pociągać, bo nie zabrał by jej po ślubie na wyprawę krzyżową, a zostawił w bezpiecznym miejscu na Sycylii, może wydawało mu się, że na wszystko ma jeszcze czas.

Joanna natomiast okazuje się być niezwykle barwną postacią, ona trzyma tę powieść w kupie, jest łącznikiem i katalizatorem podobnie jak fikcyjny Morgan.

Ta opowieść jest pełna akcji, humoru, dramatu, np.: okręt z Berengarią i Joanną na pokładzie po burzy osamotniony dopływa do Cypru, gdzie despotyczny władcy Isaaca Comnenusa wystawia im ultimatum, Ryszard o mały włos nie został pojmany w czasie polowania z sokołami, gdy napotkali liczny oddział Saracenów itd. Oj dzieje się tu i dzieje, knowania, negocjacje, rzezie i małe nieporozumienia o wielkich konsekwencjach, jak incydent ze sztandarem Leopolda V z Austrii. Po pierwszych wertepach w czytaniu, gdy nastąpiła dłuższa przerwa, czułam potrzebę zerknięcia na kartki, aby się dowiedzieć, co nowego się dzieje na krucjacie.

Sharon Penman kończy opowieść o Ryszardzie Lwie Serce w momencie, gdy z wyprawy wraca on do kraju, by ratować swoje Imperium, bo niedobry brat książę Jan i tchórzliwy Król Francji Filip knują planują i dołki pod nim kopią. To jednak nie koniec i o dalszych losach Ryszarda dowiemy się w powieści „King’s Ransom” (Królewski Okup).

Jak zwykle zachęcam was do lektury i mam nadzieje, że ktoś te powieści przetłumaczy na język polski, bo takiej pisarki jak ona to ze świecą i ogarkiem szukać. Ona zaprzecza twierdzeniu tych nieszczęsnych osobników, co uważają, że historia jest nudna. Nadal mnie zastanawia to, że nie powstał żaden hollywoodzki film na podstawie jej powieści. Dramat, akcja, romans, wszystko tu jest i nic nie trzeba wymyślać i podkolorować.

 



Inne powieści tej autorki, które polecam :

When Christ and His Saints Slept część pierwsza sagi.

Time and Chance  historia Eleonory Akwitańskiej i Henryka II.

Devil's Brood  bunty i walka o tron w Imperium Andegaweńskim.

środa, 11 września 2013

 

Do przeczytania tej książki namówił mnie mój ukochany i powiem Wam, że przeszłam przez nią jak burza. Jest to urocza opowieść o świecie autobusów i ludziach, którzy nimi kierują. Co jest najciekawsze została ona napisana przez kierowcę autobusu. Magnus od 1986 roku mieszka i pracuje jako kierowca autobusu w Londynie. Zna to środowisko od podszewki i w tej opowieści ukazuje nam realia pracy w transporcie publicznym w wielkiej metropolii jaką jest Londyn. Poznajemy reguły jakimi rządzi się ten świat, problemy z jakimi borykają się kierowcy, a wszystko to jest okraszone inteligentnym humorem. Tak mi się jego pisanie spodobało, że na półce stoją już następne książki Magnusa  i czekają w kolejce.

Bohaterowie tej nowelki są zlepkami charakterologicznymi ludzi, którzy przewinęli się przez garaże, w których pracował ten pisarz, niektóre są bardzo malownicze. Ciekawa jestem, czy niektórzy jego koledzy się rozpoznali, czy mieli jakieś uwagi itp.

Oprócz kierowców, przez kartki przewijają się we wspomnieniach też konduktorzy – książka pisana była w momencie gdy stare Routemastery (to te autobusy bez drzwi na tyle)  wyszły już praktycznie z użycia i miały pojawić się autobusy przegubowe. Nota bene teraz te wyszły z użycia i wprowadzono nowe Routemastery – Borisbusy ( kroi się wpis o nich) .  Kolejni bohaterowie to kontrolerzy, który czuwają nad tym, aby autobusy zjawiały sią na przystankach o czasie, bowiem autobusy mają jechać w ustalonej z góry kolejności. Prawie każdy kierujący autobusem na naturalną tendencję do bycia przed czasem, ale to jest zabronione. Nie ma bowiem powodu do bycia przed czasem, bycie przed czasem jest wysoce niewskazane, jak się dowiadujemy na pierwszej stronie, gdy nasz bohater zostaje przyłapany przez kontrolera Breslina – był 6 minut przed czasem i musiał odczekać 2 minuty. Więc jak jedziecie autobusem i nagle autobus stoi na przystanku „bez powodu”, to z pewnością jest to na polecenie kontrolera, który przyłapał kierowcę na byciu za wcześnie na danym przystanku. Oczywiście od czasu gdy M. Mills napisał swoją opowieść minęło parę lat i kierowców pilnują nie tylko inspektorzy stojący na przystankach, ale także kontrolerzy monitorujący ruch autobusowy przy użyciu GPS-u. Wielki Brat czuwa nad rozkładem autobusowym.

Oczywiście jak udowadniają bohaterowie w noweli Millsa jest to walka z wiatrakami, syzyfowa praca itd. Osiągnięcie tego jest wręcz niemożliwe, za dużo jest bowiem przeciwności losu a np. na kontynencie, gdzie transport jest o niebo lepsze, wszystko jest lepsze od dróg do pasażerów. Tu w Londynie jest za dużo przejść dla pieszych, świateł, ulicznych targów, pękniętych rurociągów wodnych, napraw i remontów, śmieciarek blokujących przejazd, marszów protestacyjnych, samochodów dostawczych, kawalkady przewożącej polityków, taksówkarzy, rowerzystów, ryksiarzy a wszyscy oni są w konspiracji, aby utrudnić poruszanie są autobusom.

Jeśli autobus jest spóźniony to pasażerowie tego nie lubią, ale spóźnienie może być wytłumaczone. Jeśli autobus jest za wcześnie, to urzędnicy tego nie lubią bo to jest nie do przyjęcia. Drugim świętym „Gralem” urzędników jest owo tytułowe „maintenance of headway” czyli zachowanie odstępów między autobusami. Mieszkając w Londynie, na pewno zauważyliście, że czasami autobusy jeżdżą  stadami, nawet się tu mówi o tym, że czeka się, czeka, a potem dwa autobusy zjawiają się naraz, albo że wszystkie jadą w drugą stronę. Temu się starają zapobiec właśnie kontrolerzy i czasami kończy się to tak, że nagle zostajemy „wyrzuceni” z autobusu, bo jak jeden z kontrolerów tłumaczy naszemu bohaterowi: „mam za dużo autobusów na tym odcinku a za mało na tym w drugą stronę” i skracają lub zawracają kierowców, a biedni pasażerowie muszą czekać na następny. Dla urzędników to jednak nie ma znaczenia, pasażerowie to drugorzędna sprawa, najważniejszy jest ruch autobusów.

Edward to znawca i stary wyga, wie o tej pracy więcej niż ktokolwiek inny, dzieli kierowców na mrówki – to taki kierowca, który z prostej pracy robi sobie ciężką robotę. Jego pierwszym błędem jest niestosowanie się do Teorii Jazdy Przed Czasem – to podstawa jaką powinien znać każdy kierowca, im bliżej jesteś poprzedzającego cię autobusu, tym mniej zabierasz pasażerów. Im mniej masz pasażerów, tym mniej czasu tracisz na przystanku. Jak jesteś wcześniej, to zabierasz mniej ludzi niż jak jesteś spóźniony, bo już się zdążyło ludzi nazbierać na przystanku – proste jak drut. Mrówki starają się jechać na czas i często się spóźniają i na dodatek nie wpisują sobie za to nadgodzin, bo nie chcą kłopotać szefów. I tak sobie utrudniają życie.

Oczywiście są specjalne przepadki, które nie dają się ani zreformować, ani dostosować to rytmu pracy za kółkiem czerwonego autobusu. Jedną taką niezwykle barwną postacią jest Pani Baker, to kierowca za którą nikt nie lubi jeździć, bo jest tak powolna, że trzeba mieć anielską cierpliwość, aby utrzymać ów odstęp. Dla niej zasada trzymani odstępu, a zwłaszcza Teoria Jazdy Przed Czasem nie istniały. Ona jechała w swoim własnym świecie, wypuszczała ludzi poza przystankami, jeżeli tak było dla nich wygodnie, wyliczała specjalne taryfy, czekała na pasażerów, którzy czegoś zapomnieli. Ci, którym pomogła, uważali ją za skarb, ale część pasażerów uciekała z jej autobusu, bo wlókł się on wolniej niż ślimak. To przez nią trzeba było zawracać inne autobusy, skracać i zmieniać. Koszmar dla jadącego za nią i koszmar dla kontrolerów.  Jednego dnia gdy nasz bohater ją wyprzedził, zorientował się, że między nimi powinno być 3 autobusy.

Jason to też specyficzny typek, kierowca z piekła rodem, jego autobusy często były puste lub pół puste, on miał Teorię Jazdy Przed Czasem opanowaną do takiej perfekcji, że zdarzało mu się omijać przystanki, gdy były zbyt zapełnione. Raz wyskoczył z autobusu i gonił rowerzystę, który przejechał na czerwonym świetle i przez którego musiał ostro zahamować. Potem żałował, że nacisnął na hamulec. On potrafił całą trasę przejechać, a wspomniana Pani Baker była dopiero w połowie. I jak tu pogodzić takie temperamenty?  O ile większość kierowców stosowała tę Teorię Jazdy Przed Czasem z wyczuciem, to Jason był zmorą dla urzędników, nie dał się ujarzmić, A jak tu sobie z takim indywiduum poradzić? Odpowiedz na to jest w książce - zaskakuje, a potem kiwamy głową ze zrozumieniem.

Jednym z uroczych wątków, trzymających nas w napięciu do końca książki, jest postać Thomsona -  tajemniczego kierowcy, którego tylko pamięta nasz bohater, a który zapisał się w historii garażu czymś niesamowitym. Został zwolniony z pracy – co jest niebywałym osiągnięciem, ale za co został zwolniony nikt nie pamięta, bo jego też ledwie pamiętają. O tym co zrobił Thomson dowiemy się także na końcu.

Na razie ta książka nie została przetłumaczona na język polski (chętnie bym ją sama przetłumaczyła), ale w Polsce przetłumaczono i wydano cztery inne jego książki m.in. „Poskramianie bydła” (nieszczęśliwe tłumaczenie tytułu), oraz „W Orient Expressie bez zmian” .  „ The maintenance of headway”  napisana została bardzo przyjemnym i przystępnym językiem, można po nią śmiało sięgnąć w ramach rozszerzenia  słownictwa itp. Poznamy realia życia w Londynie, a dla wybierających się do pracy w tym zawodzie do tego konglomeratu miejskiego, powinna to być lektura obowiązkowa.

autobus piętrowy  w Londynie

niedziela, 21 kwietnia 2013

Jest to ciąg dalszy wpisu o książce Davida Lewis-Williamsa "The Mind in the Cave".

W ten sposób dochodzimy do rozdziału 4. - „The Matter of the Mind”, w którym autor w końcu dobiera się do sedna sprawy. czyli do umysłu. Na początku tego rozdziału jeszcze raz podkreśla, że zachowania typowe dla Homo Sapiens ukształtowały się poza Europą i to specyfika środowiska spowodowała, iż wydaje się nam, że nastąpiła tu jakaś przełomowa eksplozja twórcza. Po raz kolejny też skupia się na metodologii, przedstawiając dwa różne podejścia do interpretacji faktów i wyciągania wniosków. Jedną z nich nazywa łańcuchową - gdzie idziemy po ogniwach łańcucha i mamy problem, gdy nam czegoś brakuje lub ogniwo zostanie podważone. Druga, to metoda propagowana przez Alison Wylie, a nazwana „cabling” - najlepszym tłumaczeniem wydaje mi się być sznurek, który jest wykonany z wielu nici, z wielu elementów i nawet jeżeli jeden z tych elementów pęknie, lub go nie ma, to reszta utrzyma nas na drodze i doprowadzi to przysłowiowego kłębka. Podkreśla on, że wytłumaczenie zagadki sztuki górnego paleolitu leży nie tylko w jednej dziedzinie, potrzebne jest szerokie podejście do tego tematu i współpraca z innymi dyscyplinami naukowymi - o wpływie lingwistyki już była mowa w poprzednich rozdziałach.

W tym rozdziale wkraczamy w świat neurobiologii, neuropsychologii i wszystkiego neuro- związanego z pracą naszych szarych komórek. Jeszcze raz autor porusza zależność między mózgiem, umysłem a świadomością. Nie jest to takie proste, jak na pierwszy rzut oka nam się to wydaje. O mózgu wiemy dość dużo, możemy go pokroić, oznaczyć części odpowiedzialne z mowę, słuch, ruch itd. Jednak, mimo postępów medycyny, nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, jak on pracuje bez użycia metafor porównując go do komputera czy scyzoryka.

Jednym z ciekawszych porównań procesów zachodzących w mózgu – umyśle jest metafora „Katedry” Stevena Mithena. Wyróżnia on cztery podstawowe moduły: socjologiczną, technologiczną, przyrodniczą i lingwistyczną. Te moduły kryły się w kaplicach przy głównej nawie katedry, w której to funkcjonowała ogólna inteligencja. Jednak między nimi były mury i dlatego umysły ludzi z środkowego paleolitu nie były w stanie w pełni wykorzystać swoich możliwości. Potem nastąpiła neurologiczna demolka murów i runął stary świat, bowiem nastąpiła wymiana i przepływ informacji między poszczególnymi kaplicami.

Autor także zwaraca uwagę że zbytnio koncentrujemy się na inteligencji, a zapominamy o świadomości, czy nawet o podświadomości. Mamy tu też przegląd historyczny rozumienia co to jest świadomość, i próbę podziału świadomości i zrozumienia, co stoi za poszczególnymi pojęciami. Wkraczamy w świat snów, halucynacji, odmiennych stanów świadomości (altered state of consciousness), transu itp. – bardzo ciekawe. Przedstawione zostają nam etapy modelu neuropsychologicznego, który może wytłumaczyć nam zagadkę sztuki paleolitycznej. Autor podkreśla, że zanim wstąpimy na ten neurologiczny most łączący nas z człowiekiem górnego paleolitu, musimy przyjrzeć się obrazom jakie towarzyszą nam w stanach odmiennej świadomości. Identyfikuje się 3 etapy: pierwszy – lekki to motywy geometryczne jak: szlaczki, kropki, zygzaczki itp. Ponieważ jest to wpisane w nasz system nerwowy, każdy człowiek może tego doświadczyć. Ludzie którzy cierpią na migrenę mają takie doświadczenia wzbogacone dodatkowo czarną dziurą w środku obrazu, lub silnym światłem. Zostały one określone jako zjawiska entoptyczne  (entopic phenomena). Etap drugi to próba zrozumienia tych zjawisk entoptycznych poprzez nadanie im znajomych kształtów, a w trzecim etapie zastępują zmiany w obrazach i pojawiają się wirujące i wciągające tunele i tak oto zjawiska entoptyczne ustępują wizjom halucynogennym. Pojawia się światełko w tunelu. Ten etap jest bardzo silny i pełen emocjonalnych przeżyć.

Autor podkreśla, że jeżeli człowiek górnego paleolitu (Homo Sapiens) był fizycznie taki sam jak my, to powinniśmy przyjąć, że psychicznie odczuwał te same emocje, a jego mózg, pracując tak jak nasz, wystawiał go na takie same odczucia i wizje w odmiennych stanach świadomości. Sztuka górnego paleolity wydawałaby się próbą ogarnięcia i zrozumienia, tego co nasz umysł kreował. W tym rozdziale autor przytacza i wyjaśnia pojęcie „szamanizmu”, ale błędem by było twierdzenie ze jest to wyjaśnienie zagadki sztuki paleolitu. Otóż wydaje mi się że dla nas ludzi XXI wieku, przesiąkniętych cywilzacją, w dobie DNA, tabletów, telefonów komórkowych i podróży w kosmos użycie tego pojęcia przybliża nam trochę skomplikowany psychologiczno-emocjonalny świat naszych przodków. Nie jest to uproszczenie, ani trywializowanie, za tym pojęciem nie ma jednolitego zrozumienia świata, ale wielowątkowy, rozwarstwiony sposób patrzenia na świat i próbę zrozumienia rzeczywistości.

Rozdział 5 i 6 to są dwa przykłady etnograficzne - jeden z Afryki południowej opisujący zwyczaje ludu San, a drugi z Ameryki Północnej m.in. tradycje Szoszonów, ludności zamieszkującej tereny Kalifornii - góry Yokut. Te dwa rozdziały są niezwykle fascynujące, a światy w których te plemiona zamieszkiwały tak różne i tak podobne zarazem, że jest to w sam w sobie doskonały przykład, że nie można zaprezentować jedynego słusznego wytłumaczenia fenomenu sztuki naskalnej, a jedynie próbować zrozumieć procesy jaki przyczyniły się do jego stworzenia.

Kolejny rozdział „An Origin on Image-Making”  (początki tworzenia) ukazuje nam, że przepiękne malowidła to tylko część „artystycznej aktywności” człowieka górnego paleolitu, a niektóre z nich ,jako że nie są tak spektakularne, nie funkcjonują w masowej publicystyce. Jednak są one bardzo ważne, są bowiem uzupełnieniem rzeczywistości w jakiej żyli nasi przodkowie, a zwłaszcza relacji międzyludzkich, np.: znaki rąk na ścianach czy odciski pięt w jaskini Tuc d’Audoubert itp.

Znów wkraczamy na pole nauk neurologicznych i pytanie jak to się stało, że człowiek przenosi wizję ze swojego umysłu na świat materialny. Jakie znaczenie miały sny i możliwość ich zapamiętania i dyskusji na ten temat a powstanie sztuki? Rozpatrywane są też zabytki ruchome, ich znaczenie i przeznaczenie.

Następny rozdział to zabawa słowna „The Cave in the Mind” (jaskinia w umyśle) i zaczyna sią oczywiście historyjką spisaną przez Platona o Sokratesie i jego jaskini z więźniami i sposobie w jaki oni odbierają świat. Jeszcze raz powraca do modelu neuropsychologicznego i próbuje nałożyć go na człowieka górnego paleolitu, wskazując przykłady, gdzie to jest widoczne w sztuce. Podkreśla że wrażenia spirytualne zostały zmaterializowane w sztuce naskalnej i zabytkach ruchomych. Jeszcze ciekawsze są dwa następne rozdziały „Cave and Community” (jaskinia i społeczeństwo)  oraz „Cave and Conflict”  (jaskinia i konflikt). Przyglądamy się w nich relacjom między obrazami pojawiającymi się w umysłach ludzkich, a kształtami na ścianach jaskiń, oraz strukturze społecznej i jak to się ma do topografii jaskiń. Autor próbuje nam uświadomić, że nie były to proste malunki, ale efekt skomplikowanych procesów psychologiczno- społecznych, pojawia się tu pojęcie membrany – powierzchni, która jest swego rodzaju przejściem między światami materialnym a duchowym. Te dwie jaskinie są bardzo różne właśnie w tym socjologicznym kontekście. Autor odnosi się też do tematu konfliktu i obrazów z włóczniami, strzałami wystającymi z ciał – odnosząc się do analogii etnograficznych i wiedzy z neuropsychologii – wiele osób w stanie odmiennej świadomości mówi o uczuciu szczypania, przebijania, czucia się jak poduszeczka na szpilki itp. Przytacza informacje o procesie przejścia, inicjacji, śmierci i zejścia do dolnego świata i czy mają one związek z malowidłami przestawiającymi tzw. „wounded men”  (poranionego człowieka). Czy nasza interpretacja i doszukiwanie konfliktu nie jest tu narzucona naszym postrzeganiem świata i schematom jakie tkwią w naszej świadomości?

Książka ta przede wszystkim wyzwala nasz umysł z owej jaskini, pomaga nam wyjść poza granice poznania narzucone przez religię, konwenanse, schematy, a nawet trendy naukowe.  Co jest najciekawsze w tym podejściu do tego tematu nie jest to koniec, a jedynie początek w procesie zrozumienia, a nie tylko wyjaśnienia naszej przeszłości. Jest to możliwe poprzez rozszerzenie naszych horyzontów, bowiem oto na naszych oczach archeologia stała się nauką łączącą wiele dziedzin, i im szerzej patrzymy, tym mniejsza jest szansa, że coś przegapimy. Książka jest naprawdę super, nie wiem jak to się stało, że nie została jeszcze przetłumaczona na polski, nie jest ona tylko skierowana do archeologów i antropologów, zwykły śmiertelnik może się wiele z niej nauczyć. Jest to chyba najdłuższa recenzja – czy może raczej streszczenie jakie napisałam ale każde słowo wydawało mi się ważne, nie chciałam niczego przegapić, ale i tak nie wspomniałam o wielu rzeczach.

 

Zachęcam do tej niezwykle interesującej lektury.

 

sobota, 20 kwietnia 2013

Mind in the Cave

 



Książka ta wpadła mi w ręce dawno temu, gdy padała księgarnia Borders, ale postawiłam ją na półkę i czekałam na odpowiedni moment, aby ją przeczytać. No i nadeszła ta wiekopomna chwila, otóż w Muzeum Brytyjskim zagościła wystawa „Ice Age Art arrival of the modern mind„ na którą się wybieram i zdecydowałam, że najpierw poczytam sobie trochę, wejdę w temat i odświeżę swoją wiedzę. Książka ta zaczyna się cytatem z dzieła Karola Marksa, co mnie trochę zdziwiło, ale na zachodzie podchodzi się do tego myśliciela w inny, zdecydowanie mniej emocjonalny, a bardziej merytoryczny sposób.

„Umysł z jaskini” Davida Lewis-Williamsa, bo tak sobie ten tytuł przetłumaczyłam, to próba przedstawienia najbardziej intrygujących zagadnień z naszej historii: pojawienie się sztuki, pojawienie się współczesnego odbierania rzeczywistości, pojawienie się współczesnego człowieka. Jest to próba zrozumienia człowieka jaskiniowego, jego świata, a przede wszystkim jego umysłu, świadomości i fenomenu jakim były malowidła naskalne występujące w Europie Zachodniej, datowane na epokę górnego paleolitu.

Autor na początku przedstawia nam trzy scenariusze i nazywa je „Time Byte” : pierwszy to wydarzenie z odległej przeszłości, 13-14 tysięcy lat temu, gdy człowiek wszedł do jaskini Les Trois Freres (Francja) i z małą lampką przeciskał się przez wąskie przesmyki i długie tunele, aby w niewielkiej szczelinie jednej z komnat umieścić ząb niedźwiedzia jaskiniowego. Drugi „Time Byte” to jaskinia Niaux (Francja) i rok 1660; do jaskini, znanej w okolicy jako swego rodzaju atrakcja turystyczna, wchodzi grupka, w której znajduje się Ruben de la Vialle, udają się do komnaty znanej jako Salon Noir i na końcu umieszcza on swoje imię i datę, tylko metr od wspaniałego malowidła bizona. Jaskinia jest pokryta malowidłami, ale on i jego współtowarzysze wyprawy nie są nimi zainteresowani, nie mieli świadomości co oglądają. „Time Byte” trzeci to rok 1994 i jaskinia Chauvet (Francja) i tu trzej przyjaciele m.in. Jean-Marie Chauvet  wchodzą do niezbyt obiecującej jaskini i odkrywają bogate w malowidła miejsce, w którym jak później opisali czuli obecność artystów i duchów, odnieśli wrażenie się, że są tam intruzami. Te trzy punkty w czasie są szkieletem książki i autor będzie się to nich wielokrotnie odnosił.

Pytania jakie nasuwają się nam do głowy z pierwszej sceny to m.in. Dlaczego ten człowiek przed tysiącami lat podjął tak niebezpieczną wyprawę w głąb jaskini? Co czuł? Czy był to mężczyzna czy kobieta? Ile miał/a lat? Dlaczego wierzył/a, że należało umieścić ten niedźwiedzi ząb w szczelinie jaskini? Jak on/a odbierał/a malowidła na ścianach? Jakie miała dla niego/niej znaczenie ta wyprawa w głąb jaskini? Wydaje się być więcej pytań niż odpowiedzi. Autor podkreśla i to wielokrotnie, że jest to poszukiwanie esencji człowieczeństwa.  Nie chodzi tu o zaawansowanie technologiczne,  ale o duchowy rozwój, rozdziela pojęcie mózgu od umysłu, zadaje pytanie o związek tego organu z inteligencją i świadomością.

Bardzo interesujący jest rozdział pierwszy pt. „Discovering Human Antiquity”, w którym mamy doskonały przegląd historii badań nad przeszłością. Przybliża nam postacie ważne dla rozwoju archeologii oraz prądy naukowe, teorie i hipotezy próbujące rozwikłać tajemnicę malowideł naskalnych prehistorycznej Europy. Przeprowadza nas przez burzliwe lata, gdy Darwin i inni badacze podważyli chrześcijańskie spojrzenie na świat, ogłaszając teorię ewolucji. Te osiągnięcia otworzyły drzwi do badań nad prehistorią. Podział duńskiego badacza C. J. Thompsena na epokę kamienia, brązu i żelaza doczekał się powszechnego uznania i pojawiły się nowe pojęcia Paleolit i Neolit.

Wiele obiektów sztuki odkrytych na początku XIX czekało właśnie na rewolucję w sposobie myślenia, jaką wywołały nowe teorię i odkrycia. Kiedy w 1861 roku francuski archeolog Edouard Lartet opublikował wyniki swoich wykopalisk w jaskini Massat, załączając rysunki przedmiotów zdobionych artystycznie, wywołał tym prawdziwą burzę. Zaczęto się przyglądać innym zabytkom, pochodzeniu i prehistorii człowieka,  a zwłaszcza twierdzeniu o jego dzikiej i prymitywnej naturze.  Słynna jest wypowiedz jednej z Wiktoriańskich dam „ Miejmy nadzieje, że to nie jest prawda, a jeżeli to jest prawda, módlmy się, aby nie stała się wiedzą ogólnie dostępną”. Jeżeli takie emocje wzbudzały drobne, zdobione przedmioty, to jakim wstrząsem musiała być sztuka naskalna?!

Pierwsze odkrycie malowideł to ciekawa historia sama w sobie, otóż będąc pod wrażeniem zabytków ruchomych przedstawionych na wystawie w Paryżu w 1878 roku i rozmową z prehistorykiem E. Piette, właściciel ziemski Don Marcelino Sanz de Sautuola rozpoczął badania w jaskini na terenie swoich posiadłościach. Gdy on przeszukiwał ziemię w jaskini szukając kamiennych i kościanych artefaktów, jego 8-letnia córka Maria zadarła głowę do góry i odkryła piękne malowidło bizona, jej ojcu opadła szczęka, czegoś takiego się zdecydowanie nie spodziewał. De Sautoula opublikował wyniki swoich wykopalisk, opisując znaleziska oraz datując malowidła ze swojej jaskini na okres Paleolitu. Niestety bardzo szybko zainteresowanie tą jaskinią zgasło. Otóż przepiękne malowidła z Altamiry nie pasowały do opinii, że ludzie Paleolitu byli prymitywnymi myśliwymi, nie mogli oni więc stworzyć czegoś, co nosiło znamiona sztuki. Ogłoszono nawet, że było to oszustwo, oskarżając samego de Sautoulę. Uczeni nie byli w stanie przekroczyć barier w sposobie myślenia i zaakceptować tego odkrycia, nie byli w stanie wyjść poza granice wyznaczone przez religię i konwenanse.

Taki stan rzeczy trwał przez lata, nowe okrycia daremnie biły o zamknięta na cztery spusty drzwi szanowanych głów wielu uczonych, malowidła naskalne po prostu nie pasowały do schematu. Dopiero w 1902 roku dokonał się przełom i największy opozycjonista we francuskim świecie archeologicznym Emile Cartailhac przyznał się, że był w błędzie publikując artykuł „ Mea culpa d’un sceotuque”, kajając się za swój sceptycyzm. Pojawiają się nowe jaskinie i nowe niesamowite odkrycia m.in. wyżłobione i ozdobione kamienne lampy oraz figury wyrobione z gliny. Potem autor podkreśla znaczenie nowoczesnych technik datowania jakie pojawiły się w XX wieku m.in. C14.

Drugi rozdział „Seeking Answers” to prezentacja teorii próbujących wyjaśnić zagadkę malowideł z jaskiń. Rozpoczyna się ten rozdział próbą definicji pojęcia sztuka i jak autor podkreśla - niby wszyscy wiedzą o co chodzi, ale nikt nie umie tego sprecyzować. Podkreśla, że nasze zachodnie rozumienie sztuki i artysty (autora sztuki), to wynik epoki romantyzmu ze swoimi teoriami o bycie transcendentnym. W średniowieczu nie było artysty w naszym pojęciu, malarze np. mieli swój własny cech rzemieślniczy podobnie jak złotnicy, sukiennicy, kowale, rymarze itp.

Na pierwszy ogień idzie teoria „art pour l’art” czyli sztuka dla sztuki. Według tej teorii tak polepszyły się warunki życie, że człowiek mógł się skoncentrować na innych aktywnościach m.in. na sztuce. Malowidłami dekorowano otoczenie, wykonywano je dla zabicia czasu i z nudów i był to wynik indywidualnej aktywności. Oczywiście pojawia się pytanie – dlaczego dekorowali ciemnie, trudno dostępne jaskinie? Etnograficzne przykłady z Australii ukazały ludność żyjącą w trudnych warunkach, a nadal tworzących przepiękne malowidła naskalne. Coś tu nie pasowało i powoli ta koncepcja odeszła do lamusa.

Potem autor rozprawia się z Totemizmem i Magią Sympatyczną. Otóż na początku XX wieku antropologia kulturowa i socjologia stają się uznanymi dyscyplinami naukowymi, a przyczynił się do tego wzrost zainteresowania prymitywnymi ludami zamieszkującymi dziewicze tereny coraz intensywniej kolonizowane i cywilizowane przez państwa Europejskie.

E. Tylor jeszcze w poprzednim stuleciu wyczuwał związek między magią, a prehistoryczną sztuką, ale ojcem takiego myślenia jest Salomon Reinach (1858-1932). To on podkreślił, że aby choć trochę zrozumieć sztukę górnego paleolitu, musimy poznać i zbadać  życie teraźniejszych ludów prymitywnych. Nasuwa się tu jednak mały problem, który do dziś trapi wielu naukowców – Czy jest możliwe zrozumienie sztuki górnego paleolitu bez odnoszenia się do analogii? Czy używając analogy, nie kreujemy po prostu przeszłości na wzór teraźniejszości? Malowidła naskalne miałyby więc zapewnić powodzenie w polowaniach, ale czy na pewno? Tylko około 15% bizonów wyglądało na poranione. Obecność zaś drapieżców miała zapewnić, że ich cechy i umiejętności polowania przejdą na myśliwych?

Następnie na widelec idzie strukturalizm i analiza strukturalna. Przytacza tu pracę włoskiego uczonego Giambattista Vico żyjącego w latach 1668-1744, który był pionierem nowoczesnego myślenia, ale jego teorie poszły szybko w zapomnienie. Vico był humanistą i propagował kierunki dziś zaliczane do nauk społecznych, uważał że nie ma różnicy między umysłem ludów prymitywnych, zamieszkujących na ziemi, a tzw. ludźmi cywilizowanymi. Uważał, że to ludzki umysł kreuje świat materialny, i że to ta kreacja pozwala na zrozumienie i odniesienie się do tego świata w sposób efektywny. Świat jest tworem ludzkiego umysłu, i to ludzie stworzyli ten świat jaki znamy, a więc musi być jakiś uniwersalny język umysłu, a jedną z ludzkich cech jest tworzenie porządku z chaosu, kształtowanie właśnie owych struktur. Jego opinie poszły w zapomnienie, a o strukturze zaczęto rozprawiać ponownie, gdy na scenę naukową wkroczyli lingwiści m.in. Ferdinand de Saussure (1857-1913). Był to niezwykły uczony, ojciec strukturalizmu i lingwistyki, ale on nigdy nie napisał żadnej książki, jego wiedza skupiona została w pracy „Course in General Linguistics” z 1915 roku, a która została zebrana z wykładów przez jego wiernych studentów. Ukuł on pojęcia langue (język) i parole (mowa), langue to struktura, a parole to indywidualny produkt w obrębie tej struktury.

W latach 40-tych ubiegłego stulecia na scenę dyskusji o sztuce paleolitu wkracza niemiecki marksista Max Raphael, który m.in. uważa że sztuka naskalna to przejaw współczesności ludzi, którzy ją wykonywali. Inne jego teorie wynikają z filozoficznych przemyśleć Karola Marksa o rozwoju socjalnym i społecznym i szuka ich początków właśnie w górnej epoce kamienia. Ukazuje związek infrastruktury – podstawy życia ekonomicznego (bazy) w tworzeniu superstructure  nadbudowy – do których zaliczał ideologie, wierzenia, zwyczaje itp. W sztuce też widział przejaw początków konfliktów społecznych np. bizony walczyły z końmi, dostrzegał elementy męskie i żeńskie.

Następnie autor przedstawia nam dwoje wybitnych uczonych, którzy szczególnie wyróżnili się w próbie wyjaśnienia zagadki sztuki paleolitycznej Anne Laming-Emperaire (1917-78) i Anddre Leroi-Gourhan (1911-86). Anne opublikowała w 1959 roku rozprawę o jaskini Lascaux, która została odkryta 8 września 1940 roku przez psa Robota, który wpadł do dziury w ziemi. Jego właściciel 17-letni Marcel Ravidat wraz z kolegami uratowali go i wrócili po paru dniach, aby lepiej się przyjrzeć temu miejscu. Mieli ze sobą lampę i ich oczom ukazały się malowidła zwierząt w części zwanej Axial Gallery ( Galerię Osiową). Wiedzieli, że to co zobaczyli jest niezwykłe i powiadomili swojego nauczyciela Leona Lavala, który jednak ze względu na podeszły wiek nie był w stanie eksplorować jaskini. Poprosił uczniów o wykonanie rysunków i zawiadomił o znalezisku archeologa Abbe Breuila.

W swojej analizie malowideł z tej jaskini Anna Laming-Emperaire wydaje się iść śladami Raphaela (choć na początku nie przyznaje się otwarcie do inspiracji w marksistowskim uczonym)  m.in. zadaje pytanie o słuszność etnograficznych porównań; podkreśla, że fakt, iż niektóre obrazy są w trudno dostępnych miejscach sugeruje „święte” intencje malującego. Odrzuca proste formy totemizmu, podsuwa ideę, że rozwój intelektualny człowieka z górnego paleolitu był bardziej zaawansowany niż nam to się wydaje; postuluje aby malowidła rozpatrywać jako kompozycje, a nie indywidualne malunki na potrzeby poszczególnych polowań. W późniejszych pracach ta uczona wysuwa hipotezę o reprezentacji płci na ścianach jaskiń. Ostatecznie porzuca tę hipotezę i powraca do idei Raphaela o walce klanowej, rozwoju społecznym i tworzeniu mitów. Postulowała ona dokładne badanie jaskiń, inwentaryzację znalezisk, tworzenie mapy dystrybucji rodzajów rysunków względem miejsca w jaskini w jakim zostały umieszczone, zabytków jakie im towarzyszyły, śladów użycia, kontekstu w jakim występowały. Drugi uczony Leroi-Gourhan rozwijał swoje interpretacje w cieniu wielkiego Claude’a Levi-Straussa - uznanego za ojca strukturalizmu w antropologii i archeologii. Leroi-Gourhan twierdził, że ludzie paleolitu mieli takie same umysły jak my; że to umysł kreował świat; sugerował że analiza zabytków paleolitu pozwoli na lepsze poznanie tego właśnie umysłu i sposobu w jaki on funkcjonował. Zaakceptował on sugestię Levi- Straussa, że umysł ludzki pracuje jak komputer na zasadzie przeciwności i klucz do zrozumienia leży w relacji między tymi przeciwnościami np. światło – ciemność, kobieta – mężczyzna itp. Poszedł on za sugestiami Anne i dokonał inwentaryzacji i zmapował znaleziska, pogrupował zwierzęta i znaki, przypisał im znaczenie, próbując znaleźć pod wszystkim wspólny mianownik, czy jakiś kod strukturalny. Jak jednak autor podkreśla wizerunek bizona jest powszechny w sztuce jaskiniowej, ale czy zawsze miał taką samą wymowę dla tego kto go malował i oglądał? W pędzie do wyjaśnienia zagadki sztuki górnego paleolitu zbytnio skoncentrowaliśmy się na odkryciu znaczenia malowideł, ale czy jest to możliwe bez poznania kontekstu nie tylko materialnego ale i psychologicznego w jakim ta sztuka powstawała?

I tak dobrnęliśmy do rozdziału 3 „A Creative Illusion”, w którym poznajemy ludność jaka zamieszkiwała Europę w okresie paleolitu, zwłaszcza górnego paleolitu. Najpierw autor przedstawia nam Neardertalczyka i jego odkrycie w połowie XIX wieku. Kości znalezione w jaskini Feldhofer  zostały pokazane miejscowemu nauczycielowi jako prawdopodobne szczątki jakiegoś niedźwiedzia, ale Fuhlrott - amator przyrodnik - stwierdził, że to co ma przed sobą, to nie jest fragmentem czaszki niedźwiedzia, ale i nie człowieka współczesnego, czyżby pochodziły od jakiegoś chorego osobnika? Rozumiał, że były one wiekowe, ale bez znajomości teorii ewolucji nie potrafił sobie poradzić z interpretacją znaleziska i skontaktował się z profesorem Hermanem Schaaffhausenem anatomistą na Universytecie w Bonn. Ich wyjaśnienie sugerowało, że jest to egzemplarz rasy dzikiego osobnika żyjącego w tym samym okresie co wymarłe zwierzęta. Dodali także, że niektóre rasy mogły wyginąć razem z owymi okazami fauny, gdy inne - których organizacja (społeczna?) się rozwinęła przetrwały. Niechcący zapachniało ewolucją!!!

Oczywiście pojawili się przeciwnicy, np. August Meyer, patolog z tego samego uniwersytetu co Herman, twierdził, że są to szczątki Kozaka z rosyjskiej armii ścigającej Napoleona w 1814 roku, który śmiertelnie ranny dowlókł się do jaskini w dolinie Neander i tam zmarł. Negował to znalezisko także inny słynny anatomista Rudolf Virchow – no cóż, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Obaj panowie mieli więcej szczęścia na Wyspach Brytyjskich, gdzie Huxley i William King docenili to znalezisko, a ten ostatni sklasyfikował tego osobnika jako Homo Neanderthalensis. Wydawało się, że znaleziono zaginione ogniwo między naszymi małpowatymi przodkami, a człowiekiem współczesnym. To był początek próby ogarnięcia zmian jakie zaszły w prehistorycznej Europie około 45 – 35 tysięcy lat temu. Pojawia się wtedy sztuka i okres ten często jest nazywany „Creative Explosion” (kreatywną eksplozją) oraz „Upper Palaeolithic Revolution” (rewolucją górnopaleolityczną), choć najbardziej popularny jest termin Middle to Upper Palaeolihtic Transition (przejście ze środkowego do górnego paleolitu). Okres ten wydaje się być przełomowy dla naszej historii, oto pojawia się człowiek współczesny ze wszystkimi jego atrybutami. Jak przytacza autor większość opisów tego okresu i wydarzeń mówi o zmianach klimatyczno-ekologicznych, technologicznych i związanym z tym rozwoju socjologicznym - wspominając o tworzeniu sztuki jakby, to było oczywistym etapem rozwojowym ewoluującego estetycznego podejścia do otaczającej człowieka rzeczywistości. Autor uważa, że pojawienie się sztuki było ważnym ogniwem przyczynowo skutkowym w naszym rozwoju, a produkcja malowideł odzwierciedla ten proces, zaś odczucia estetyczne są czynnikiem drugorzędnym.

Następnie autor po krótce przedstawia nam zmiany jakie nastąpiły w tym kluczowym okresie. Podkreśla że wspomniany proces „Transition” (Przejście) nie może być po prostu wytłumaczony zmianami klimatycznymi, oziębienie klimatu około 35 tysięcy lat temu nie doprowadziło do zmian jakie obserwujemy, Neandertalczyk przetrwał poprzednie, a ostatnie zlodowacenie miało miejsce już po tym przełomie cywilizacyjnym. Twierdzi on, że to był kontekst, a nie przyczyna owego „Przejścia” . Zwraca uwagę na różnice technologiczne w zabytkach pozostawionych przez ludność zamieszkującą tereny Europy, zasiedziałych tubylców (Neandertalczyków) i nowo przybyłych Homo Sapiens. Mustierski przemysł obróbki kamienia był charakterystyczny dla środkowopaleolitycznych mieszkańców Europy z gatunku Neandertalensis, a technologia określana jako Oryniacka (od miasteczka Aurignac we Francji) charakterystyczna była dla napływowego gatunku Homo Sapiens ( zwanego też Cro-Magnon). Dwie różne techniki produkcyjne i różne narzędzia z nich wykonane, zwraca uwagę na różnorodność kształtów i większe zróżnicowanie w młodszej technologii, w tym wykorzystanie materiałów jak kości, rogi, kości słoniowej (mamuciej), drewna oraz pojawienie się elementów ozdobnych jak np. paciorki, zawieszki, bransolety i rzeźbione figurki. To kompletnie coś nowego, nowa moda czy nowy trend niosący ze sobą poważne zmiany? Oba gatunki występowały w Europie w tym samym czasie, a  „ostatni” Neandertalczycy zamieszkiwali okolice Gibraltaru około 27 tysięcy lat temu. Pytanie jest czy były między nimi kontakty, czy były konflikty, wymiana technologiczna, ideowa czy nawet genetyczna.

Autor przytacza przykłady gdy Neandertalczyk mógł pożyczyć elementy z ludności napływowej np.: zdobienie ciała, użycie ochry - ale nie przekształciło się to w sztukę jaką znamy ze stanowisk okupowanych przez „imigrantów” , niektóre aspekty w technologii obróbki kamienia etc. Jednak nie nastąpiła transformacja zachowań, bowiem przybysze mieli całkiem inne spojrzenie na świat. Odnosi się on też do stwierdzenia, że nastąpiła tu jakaś eksplozja twórcza, przypominając nam, że można prześledzić początki takich zachować wraz z rozprzestrzenianiem się gatunku Homo Sapiens i przestrzega przed eurocentralizacją naszego spojrzenia.

Tak się rozpisałam że trzeba to podzielić - CDN...

Druga część wpisu "The Mind in the Cave" cz. 2


niedziela, 17 marca 2013

 

Kolejna wyprawa z panią Beatą do pełnej tajemnic egzotycznej krainy, tym razem jest to Gwatemala – jeden z najniebezpieczniejszych krajów świata. Pani Beata jak zwykle podróżuje sama, przeciera szlaki nieturystyczne, wiedzie nas tropami dawnych kultur, pokazuje, a raczej opisuje i przedstawia nam obrzeża cywilizacji starych i nowych, pozwala poczuć smak odległych miejsc, poznać ludzi i ich obyczaje oraz mity z odległej przeszłości wplątane w codzienność teraźniejszości. Podoba mi się język, którym ona pisze, jest prosty, a zarazem bardzo bogaty, barwny i obrazowy, pobudza wyobraźnię do pracy i wywołuje uśmiech na ustach. A że śmiech to zdrowie to jest dodatkowy powód, aby sięgnąć po jej książki. Pani Beata często mówi o robieniu zdjęć, jednak w tym wydaniu nie ma ani jednego, za to są urocze rysunki autorki.

Tym razem pani Beata zabiera nas na drogi i bezdroża Gwatemali, na tereny podbite kiedyś przez imperium Majów. Główną metodą transportu są autobusy, przeładowane, jadące bez rozkładu, bez przystanków, w których można spotkać barwie ubranych tubylców, podróżujących z inwentarzem. Razem z autorką spędzamy noce w podejrzanych hotelach z pokojami bez okien i kranami bez wody, przemykamy się ulicami miast, ścieżkami w dżungli, zachodzimy na msze do kościołów i kręcimy się po targowiskach.

W czasie tej podróży po teraźniejszości pani Beata przytacza nam liczne i ciekawe informacji o przeszłości tych terenów, budując w ten sposób niezwykle barwy obraz kulturowo-historyczny. Zabiera nas także do kawałków tej dzikiej krainy zawłaszczonych przez zachodnią cywilizację, piękno i dzikość zostały stłamszone i przerobione na zachodnią, cywilizowaną modłę. Tak to się dzieje, gdy miejsce jest tak piękne, że turyści decydują się tam zamieszkać i przywlekają ze sobą wszystko to, co powoduje, że miejsce przestaje być już takie wyjątkowe – tak się stało z jeziorem Atitlan – kiedyś okrzykniętym najpiękniejszym jeziorem świata. Poznajemy też legendę o bohaterskich bliźniakach, kryształowych czaszkach, dowiadujemy się, jak mieszkańcy Antigui spędzają Wielkanoc, poznajemy zasady gry w pitz, zwiedzamy starożytne Tikal i miasteczko Fray Bartolome de Las Casas pamiętające czasy konkwisty, a które założył idealista, który próbował przekonać wszystkich, że tylko dobro może zbawić świat i walczył o prawa tubylców.

Niesamowite, że na tych 207 stronach zostało zawartych tyle ciekawych informacji, jest to kolejna jej opowieść i wiem, że jak będę miała okazję, to sobie kupię następną.

Książka jest wydana w serii National Geeogrphic, jest mała, lekka i dobrze się mieści w torbie. Polecam, świetnie się ją czyta zwłaszcza w czasie podróżowania komunikacją miejską.

sobota, 23 lutego 2013

 

Zawsze jest taki drobny dreszczyk emocji, gdy bierzemy do ręki nową książkę autorki którą lubimy i cenimy. Tak było i teraz, bardzo mi się podobała rodzinna saga osadzona wokół „Cukierni pod Amorem” i sięgając po nową powieść pani Małgorzaty, nie bardzo wiedziałam czego oczekiwać. Jest to opowieść ze świata teatralnego, dziejąca się w ciągu kilkunastu tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Powieść ta ma być komediowym podejściem do tematu – i dobrze, bo do tej pory króluje w tej tematyce patos z nielicznymi wyjątkami.  Akcja powieści dzieje się w teatrze na prowincji, a bohaterami są pracownicy tej kulturalnej instytucji – aktorzy, dyrektor, reżyser, bufetowa  itd., wpadający co chwilę pierwszy sekretarz, handlarka, córka bufetowej i jej francuski przyjaciel, ksiądz i jego ulubiony dramaturg przerabiający sztuki na współczesne czasy… . Jest to komedia pomyłek i absurdu w której nikt nic nie wie, ale wszyscy coś ukrywają, lekka przyjemna i zabawna, o tak wartkiej akcji, że nawet człowiek się nie zdąży zaśmiać, a już coś nowego się bohaterom przydarza.

W teatrze na prowincji nowy reżyser, prosto ze stolicy, młoda nadzieja polskiej sztuki reżyserskiej męczy sią nad nową premierą sztuki „Horsztyński”. Aktorzy się spóźniają, żona dyrektora widzi w nim nowego kandydata na romans, główny aktor stroi do niego migdałowe oczy, a pierwszy sekretarz mu się wtrąca w repertuar. Jak tu w takich warunkach pracować? Dyrektor teatru marzy o dziedzicu nazwiska i romansuje z sekretarką, która ma ambicję na bycie kolejną żoną dyrektora, a nawet wskoczenie na jakieś stanowisko kierownicze. Na pyszne obiadki do teatralnego bufetu wpada po sąsiedzku pierwszy sekretarz i w ramach dopieszczania swojej ulubionej placówki teatralnej przysyła im świnię – co by nie zabrakło mięsiwa na te pyszne obiadki. Artyści jednak nie mają serca aby uśmiercić zwierzaka, zwłaszcza, gdy okazuje się, że jest ona prośna i tak w teatrze rozpoczyna się hodowla żywca. Jest to problem zwłaszcza, gdy na teatr spada kontrola NIK-u, której przewodniczy kobieta uwiedziona w młodości przez szanownego dyrektora. Wszystko podpada pod jakiś paragraf i zbiera się, zbiera na wielką aferę. Do tego jeszcze dyrektorowa wpada w oko pierwszemu sekretarzowi, Magda córka bufetowej spodobała się reżyserowi, a obrazy abstrakcyjne francuskiemu koledze Magdy. Wraz z wizytą Magdy pojawia się powielacz, a potem nawet trzy, a żeby dorzucić oliwy do ognia to jeszcze się pojawia się legenda opozycji w regionie w przebraniu hydraulika, a taki fachowiec jest na wagę złota, więc nic dziwnego, że go chce przechwycić pierwszy sekretarz. Na zapleczu pracownicy pędzą bimber, przyprawiają go kukułkami i zlewają w butelki po koniaku. Tyle się dzieje, że aż dziwne, że tam jeszcze sztuki wystawiają, a i na scenie nie jest bezpiecznie - w czasie jednego przedstawienia dwa wypadki niemalże eliminują ważne postacie z tej gry. I jak tu w takim galimatiasie przygotować premierę na 12-ego grudnia, która to ma być głównym punktem artystycznym kończącym manewry wojskowe, jaką sztukę wybrać dla towarzyszy ze wschodu, kto ma grać itp. Nic dziwnego że dyrektor Zbytek co chwila woła o krople – zresztą przygotowane przez zaprzyjaźnionego księdza, który się domaga przedstawienia jasełkowego. 

Historia wydaje się być śmieszna, pełna farsy i absurdu, ale jakoś mi nie było do śmiechu i sama się wiem dlaczego. Może było zbyt nasycone tym humorem, zbyt mało ilustracji, a zbyt dużo sytuacji komicznych. Dopiero jak sobie zaczęłam przypisywać aktorów do postaci to pojawił śmiech. Stworzyłam sobie obsadę marzeń do tej powieści i wydaje mi się że fajna by była z tego komedia na srebrnym ekranie, niż powieść na kartkach. Moją ulubioną postacią powieści był pan Czesio, do tej roli Tadeusz Fijewski, w roli Zbytka zdecydowanie Kowalewski, Paulina to Anna Seniuk ( prosto z Czterdziestolatka), Mariola to Katarzyna Figura, pierwszy sekretarz to Jerzy Stuhr, a udający hydraulika działacz legenda to Stefan Friedmann. Przy scenie na ławeczce między Seniuk a Stuhrem to padałam ze śmiechu, jak mi to ukazało się w mojej wyobraźni. No cóż, rzecz to niemożliwa taka obsada, ale pofantazjować przecież można, a w ten sposób zdecydowanie lepiej się tę powieść czytało.

środa, 30 stycznia 2013

Książka ta stała na półce książek nie przeczytanych dość długo i czekała na swój moment. Teraz po dwóch dniach powędruje na półkę przeczytanych, a ja na listę zakupów wpiszę sobie dalsze części.

Książka ta jest dość schematyczna oto panienka (Patrycja zwana też Pipi) z wielkiego miasta wyjeżdża na prowincję w poszukiwaniu szczęścia, a konkretnie Chatki Wiedzmy, Amrego (ukochanego) z wizji jakiej doznała na Sabacie czarownic. Poczekajka to mała wioska pod Zamościem, z osobliwymi mieszkańcami, Sklepem Sporzywczym ( tak właśnie przez RZ). Tam to urocza pani weterynarz znalazła wymarzoną Chatkę i będzie czekać na Wymarzonego Księcia na Czarnym Rumaku. Pracuje sobie ona tymczasem w Zamojskim Zoo i usiłuje przystosować się do wiejskiego życia, zamieniając min. forda na jak się później okazało zołzowatą kobyłkę. W jej obejściu pojawiają się także kotka z Kluską (uratowanym od utopienia kociakiem),  krowa Zosia - Wiedźma, a w całych tych przygodach wiernie towarzyszy jej Panda-pies. Oczywiście nie wszyscy są zadowoleni z takiego obiegu sprawy, najbardziej Matka głównej bohaterki, budząca grozę pani Mecenas , lubiąca kontrolować jej życie i postanawia zrobić wszystko aby sprowadzić córkę na równą drogę i oszczędzić sobie kompromitacji. Są też czary i wiedzmy.

Romansidło to jest klasyczne, ale przesympatyczne, lekkie pióro, ciekawy sposób prowadzenia historyjki, niesamowite poczucie humoru, soczysty i barwny język – wszystko to sprawiło, że tę książkę dosłownie połknęłam. Często wybuchałam niepowstrzymywanym, szczerym i radosnym śmiechem, powodującym zdziwione spojrzenia poważnych współpasażerów metra, podnoszących oczy znad lektury poważnych gazet finansowych. Ubawiłam sią na całego, naprawdę fajna to była lektura i mam dużą ochotę na więcej. Dziękuję pani Katarzyno .

wtorek, 29 stycznia 2013

Tytuł tej powieści na polski można by przetłumaczyć „ Czarci pomiot”, bo rzecz jest o niesfornych dzieciach Henryk II, króla Anglii, księcia Normandii, Akwitanii, Hrabiego Anjou, itd. Po raz kolejny rozkoszuję się wspaniałą literaturą historyczną i poznaję dalsze losy tej niezwykłej rodziny królewskiej, władającej po obu stronach kanału La Manche. Wciąż mnie zachwyca kunszt pisarski i polot z jakim S. Penman przedstawia nam wydarzenia z tej odległej epoki.

„Time and Chance” zakończyło się dramatycznym zabójstwem w katedrze Canterbury, król Anglii jest w niełasce, a Tomas jest pewnym kandydatem na świętego. Henryk II stara się poprawić swój wizerunek, odwiedza różne sanktuaria i odbywa publiczną pokutę w kościele św. Andrzeja Apostoła. Z tej okazji zebrały się tłumy, ale władze kościelne nie chciały upokorzyć wielkiego monarchy i nie było to widowisko, jakiego się spodziewała zebrana gawiedź. Król tylko klęknął na bruku i zdjął nakrycie głowy, a dwaj kardynałowie udzielili mu publicznego rozgrzeszenia. Tymczasem roznoszą się wieści o cudach przy grobie zamordowanego arcybiskupa w katedrze w Canterbury.

Drobne rysy na małżeństwie królewskich głów, jakie poznaliśmy w poprzedniej książce, przekształcają się w przepaście. Udane małżeństwo zmienia się w koszmar i wojna znów gości na ziemiach średniowiecznej Europy. Po jednej stronie staje Henryk II, a po drugiej jego „ukochana żona” Eleonora i ich synowie. Henryk jest zaskoczony, bowiem sam miał doskonały kontakt ze swoim ojcem i nie potrafi zrozumieć, gdzie mu uciekł czas i jak to się stało, że jego synowie są dorośli i skłaniają się przeciw niemu. Jego dzieciństwo nie było sielanką, ale nigdy nie był wplątany w konflikty swoich rodziców. Teraz jednak, ku jego przerażeniu, własne potomstwo staje po przeciwnej stronie i jest głównym zarzewiem buntu, który jak pożar rozprzestrzenia się po jego wielkim królestwie. Do tego konfliktu rodzinnego dołączają starzy wrogowie: król Francji Ludwik oraz książęta Flamandcy, a także głowy podnoszą baronowie w Anglii i na północy w Szkocji.

Autorka, jak i wielu historyków, stara się dotrzeć do źródeł takiej sytuacji, szukając przyczyny rozpadu i małżeństwa, i imperium, jakim oni władali. Henryk nie był zbyt zaskoczony buntem synów, no cóż nastolatkowi to jeszcze byli, mleko mieli pod nosem, złych doradców i widział też trochę swojej winy w tym wszystkim - zaniedbał ich, tak był zajęty królowaniem. Taka duża rodzina to i problemy są, zwłaszcza w zapewnieniu każdemu godziwej schedy.  Ale jego próby pojednania trafiają w próżnię i o ile, gdyby to była zwykła rodzina, to dzieciaki potrzaskałyby trochę drzwiami, pokrzyczałyby, popyskowały,  może nawet uciekłyby na trochę itp., to tutaj domowa sprzeczka przeradza się w międzynarodową awanturę.

Henryk w desperacji zdecydował się na pielgrzymkę do Canterbury i tym razem odbył solidną pokutę. Wszedł do miasta boso, w koszuli przemoczony do suchej nitki, zgodził się założyć zieloną pelerynę (jeden z doradców przekonał go, że jak się przeziębi i umrze to cały świat uzna to za karę za grzech, którego mu św. Tomasz nie jest w stanie przebaczyć). W publicznej deklaracji zostało podkreślone, że nie rozkazał zabójstwa męczennika, przyznał jednak, że słowa jakich użył mogły być przyczyną całego zajścia. Prosi o przebaczenie i obiecuje zwrot skonfiskowanego majątku, obiecał też asygnować £30 funtów rocznie dla katedry oraz £10 rocznie ze specjalnym przeznaczeniem na świece, aby zawsze się paliły przy sarkofagu świętego. Potem nastąpiła chłosta przy grobie męczennika, król zdjął koszulę i każdy biskup i opat uderzył go 5 razy, a mnisi 3 razy. Następnie król spędził całą noc na czuwaniu przy grobowcu Tomasa Becketta.  S. Penman wspaniale opisała to wydarzenie, ale najciekawszy jest monolog, jaki przypisała królowi, w czasie tej samotnej nocy, min.  domaga się on dowodu, rzuca arcybiskupowi wyzwanie i prosi o ochronę imperium.

Henryk wydaje się być osaczony, ma więcej wrogów niż sojuszników, a jednak jest w stanie wyjść cało z tego konfliktu. Czy była w tym interwencja Tomasa? Otóż dołączający do rebelii król Szkocji, przegrał bitwę i dostał się do niewoli – uznano to za cud i dowód, że św. Thomas przebaczył swojemu dawnemu przyjacielowi.

Prawdziwym ciosem dla króla jest jednak postawa jego ukochanej żony, aktywnej uczestniczki buntu. O ile przebacza on swoim synom, to Eleonorę spotyka dotkliwa kara, zostaje ona osadzona w areszcie domowym, a raczej zamkowym. Znów autorka puszcza wodze swojej fantazji i stwarza niezwykle gwałtowną i pełną emocji, straconych złudzeń i zranionych serc scenę pierwszego spotkania króla i pochwyconej w czasie ucieczki do Paryża Eleonory. Mówi się że od wielkiej miłości jest tylko krok do wielkiej nienawiści, pewnie jest w tym ziarnko prawdy bo iskry lecą przy tym spotkaniu i wiadomo po nim, że tylko cud potrafiłby te dwie zranione dusze i dumy pojednać. Henryk myśli, że chodzi Eleonorze o jego konkubinę Rosamundę Clifford a ona wykrzykuje mu że chodzi jej o Ryszarda i Akwitanię. Historycy piszący biografie obu postaci zwykle stają po stronie swoich podopiecznych, starają się winą obarczyć drugą stronę, i większość uważa że przyczyną rozpadu małżeństwa i królestwa była ta młodziutka kochanka, a zwłaszcza reakcja królowej na ten związek – niektórzy twierdzą, że ta reakcja była mocno przewrażliwiona, wiadomo przecież że nie był to pierwszy, czy ostatni monarcha co miał kobietkę na boku. Sharon Penman nie ocenia, nie podsuwa nam opinii, nie wprost przynajmniej, ale daje sygnały, alternatywne rozwiązania, zmusza do aktywnego czytania między wierszami swojej prozy i do zadawania pytań.

 Czytelnik więc zadaje sobie pytania: Dlaczego ta piękność średniowiecznej Europy, inteligenta kobieta o nieprzeciętnym zmyśle politycznym tak to rozegrała, że jej ukochana Akwitania stała się z biegiem czasu prowincją Francji? Czy była zbyt dumna aby walczyć z jakąś młódką o królewskie serce? Dlaczego Henryk nie był w stanie rozmawiać o swoich planach w sprawie królestwa? Czasem chciało by się obojgu nawtykać i nagadać, bo aż człowieka złość brała z powodu tego co oni wyrabiali. Jak mogła, cała ta rodzinka z piekła rodem dopuścić do rozpadu tego Imperium. Jak inna była by Europa gdyby Akwitania, Normandia i Bretania pozostały pod wpływem i władzą Korony Angielskiej.

Nie był to jednak ostatni bunt z jakim musiał się rozprawiać król, synkowie zaczęli w pewnym momencie nawet walczyć między sobą, ku uciesze Filipa, zasiadającego na tronie w Paryżu, młodego następcy pobożnego Ludwika. Pokój nigdy nie trwał w tym Imperium Andegaweńskim zbyt długo i na kolejnych stronach powieści znów brniemy przez spiski i knowania. Nad tą rodziną ciąży chyba jakieś fatum, bowiem w czasie kolejnego buntu Henryk traci młodego następcę tronu też Henryka - zwanego Halem. Młody król jest przekonany, że umiera za karę za świętokradztwo jakiego się dopuścił w licznych sanktuariach – a może za to, że się zbuntował przeciw ojcu. Henryk jest zdruzgotany, stracił kolejnego syna,  ale to nie koniec dramatów można powiedzieć, że od tego momentu jest już coraz gorzej. Nawet chwilowe ocieplenie atmosfery między Eleonorą i Henrykiem nie jest w stanie uratować rodziny i imperium, na które spadają kolejne nieszczęścia i pogrzeby. Ryszard występuje przeciw ojcu, spiskując z francuskim monarchą, a Henryk nie ma już siły, a na dodatek odzywają się stare rany i król powoli traci ducha. Ostatecznym gwoździem do trumny jest lista baronów, którzy przeszli na stronę buntowników, a zwłaszcza pierwsze imię na tej liście. Król umiera na zamku w Chinon, po 35 latach panowania na Angielskim tronie, jak niektórzy twierdzą główną przyczyną jego śmierci było złamane serce i przygnębiona dusza, bardziej niż choroby ciała. Został on pochowany w opactwie Fontevrault w Księstwie Anjou, jego ojczyźnie.

 Tymczasem Eleonora odzyskała wolność, a Ryszard rozpoczął przygotowania do koronacji i swojej wymarzonej wyprawy do ziemi świętej. O tym jednak już będzie w czwartej powieści spod pióra S. Penman pt. „Lionheart”. Stoi ta książka na półce i czeka, a ja nie wiem, czy sięgnąć po nią od razu, czy sobie zrobić przerwę i odurzyć się jakimś babskim romansidłem.

Poprzednie części sagi:

"When Christ and His Saints Slept"

"Time and Chance" 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Flag Counter