wycieczki

czwartek, 09 lipca 2015

 

Ponieważ New Place and Nash House były zamknięte w czasie naszej majowej wizyty, otworzono dom pod numerem 26 (kiedyś nazywany Ancient House – Stary Dom) z tej samej epoki (Tudorów) po drugiej strony ulicy –High Street. Dom ten został zbudowany w 1596 roku dla lokalnego rzeźnika Tomasa Rogersa. Data budowy i inicjały pierwszych właścicieli m.in. drugiej żony Rogersa, Alice zostały wyrzeźbione w drewnianej fasadzie domu.


Rogers był bogaty, w jego posiadaniu były domy po sąsiedzku 27 i 28 High Street, był zamożnym przedsiębiorcą, oprócz rzeźnictwa zajmował się on też handlem zbożem i bydłem. Był członkiem Rady Miejskiej, w której zasiadał obok Johna Shakespeare’a - ojca Williama. Taki dom, z pięknie wyrzeźbionymi detalami na fasadzie, to typowe oświadczenie o statusie społeczno-majątkowym. W czasie renowacji na początku XX wieku znaleziono malowane szkło, były to fragmenty pochodzące z okna. Takie elementy dekoracyjne spotyka się zazwyczaj w kościelnych budynkach, gdzie mamy piękne witraże, w domach prywatnych jest to kolejne przypomnienie o statusie majątkowym. Szkło to datowano na XV wiek i zostało ono prawdopodobnie przyniesione do tego budynku z innego miejsca, może ze starego domu. Rośliny na oknie to kopie rycin z dzieła Johna Gerarda „ The Herball or Generall historie of plants”, i są na nich przedstawione:  narcyz, pierwiosnek bezłodygowy , orlik (columbine, Aquilegia), dąb i ostrokrzew.


Rogers miał 60 lat, gdy zbudowano ten dom i sporę gromadkę dzieci z obu małżeństw. Gdy zmarł w 1611 roku dom przeszedł w posiadanie jego syna z drugiego małżeństwa, też Tomasa. Był on też „maltsterem”, zajmował się on produkcją słodu (skiełkowanych i wysuszonych ziaren zbóż) używanego w piwowarstwie, (słodownik). Na pewno był to dochodowy biznes, trunki jak piwo i „ale” tzw. piwo górnej fermentacji, były pite w ogromnych ilościach, nawet dzieci piły je rozcieńczone, bowiem procesy produkcyjne i zawarty w nich alkohol odkażały wodę.

Po jego śmierci dom odziedziczył jego syn Edward Rogers, którego profesją było składanie i oprawianie książek. W połowie XVII stulecia sprzedał on ten dom kowalowi Johnowi Capp, który żył tu z rodziną, w ich rękach dom pozostał do 1725 roku. Wtedy zaczął się czas gdy posesję tę wynajmowano i tak mieszkali tu m.in. sprzedawcy książek, krawcy, a w 1871 roku wprowadzili się tu agenci nieruchomości.


Na początku XX wieku pisarka Marie Corelli, mieszkająca przez 20 ponad lat właśnie w Stratford, entuzjastka ratowania starych budynków, namówiła amerykańskiego milionera Edwarda Morrisa z Chicago do zakupu tego domu.  M. Corelli była bardzo popularna w swoim czasie, rodzina Churchilów oraz Królowa Wiktoria zaliczali się do miłośników jej pisarstwa. Dom został odrestaurowany i podarowany Uniwersytetowi Harvarda i obecnie jest znany jako Harvard House. 


Na pierwszy rzut oka to może się wydać dziwne, ale jest w tym trochę logiki. Otóż musimy wrócić do Thomasa Rogersa, a raczej jego córki z drugiego małżeństwa Katherine. Wyszła ona za mąż za rzeźnika z Londynu, za Roberta Harvarda z Soutwark. Robert Haward był nie tylko rzeźnikiem, ale także właścicielem gospody i „churchwardenem”, czyli takim świeckim członkiem rady parafialnej przy kościele Zbawiciela -obecnie Katedra w Southwark. Ich syn John Harvard urodził się w 1607 roku i ze względu na pozycję społeczną ojca uczęszczał on do szkoły przykościelnej (St. Saviour’s Gramma School). W 1625 roku zaraza zabrała mu ojca i czworo rodzeństwa, jego matka wyszła za mąż jeszcze dwa razy, ale owdowiała za każdym razem. Katherine była mądrą kobietą i wykorzystała swoją bardzo dobrą pozycję majątkową ( z domu była bogata, miała bogatych mężów) i wysłała syna na studia do Emmanuel College do Camgridge, gdzie zdobył on tytuł Master of Arts (magistra) w 1635 roku.

Katherine zmarła w 1635 roku, a jego brat Thomas dwa lata później, gdy John był w drodze do Ameryki. W spadku po matce otrzymał on m.in. 250 funtów i gospodę Queens Head oraz połowę domów w miejscowości Barking do podziału z bratem, po jego śmierci posiadłości te przeszły na niego.

John Harvard poślubił w 1636 roku siostrę kolegi z uniwersytetu Ann Sadler i po roku wyemigrowali oni do kolonii w Ameryce do Massachusetts. Sprzedał on najpierw za 130 funtów 4 domy i uzupełnił swoją bibliotekę, wydał na książki około 200 funtów. Dotarli oni do Charlestown w lecie 1637 roku,  a 2 listopada otrzymał posadę nauczyciela w szkole przykościelnej. Zbudował dom na Country Road (później Market a teraz Main Street – obecnie mieści się tu centrum handlowe).

Prawie jedna trzecia kolonistów w Massachusetts Bay pobierała nauki w Cambridge i w 1636 roku rada mieszkańców zdecydowała się powołać „college” i przeznaczono na ten cel sumę 400 funtów. Na początku niewiele się działo na terenie budowy. Niestety John nie miał szczęścia i zmarł po krótkiej chorobie 14 września 1638 roku w wieku 31 lat.

Mówi się, że kochał naukę szerzenie wiedzy, więc połowę swojego majątku i całą bibliotekę pozostawił on w swoim testamencie (złożonym w sposób ustny) nowo utworzonej uczelni w Cambridge - Newtown (na cześć miasta, gdzie wykształciła się duża część kolonistów). Reszta majątku przypadła wdowie Ann, która 15 miesięcy po jego śmierci wyszła ponownie za mąż za Thomasa Allena. To on zajął się wykonaniem woli zmarłego, podliczył wartość spadku na rzecz uczelni na 779 funtów 12 szylingów i 2 cztropensówki, w zbiorach bibliotecznych to było 400 książek. W przeliczeniu na obecne czasy była to suma przekraczająca 3 miliony funtów. To był porządny zastrzyk finansowy i książkowy i w uznaniu za ten dar zostało ustalone, że uczelnia powininna nazywać się Harvard College.

Jego posąg stoi przed budynkiem Uniwersytetu na Harvard Yard.

Tak więc wnuk i syn rzeźnika stał się patronem jednego z najsłynniejszych uniwersytetów. Dlatego dom rodzinny matki Johna, Katherine Harvard z domu Rogers został przemianowany na Harvard House.


Ciekawe to miejsce i bardzo interesująca historia.

Polecamy

poniedziałek, 06 lipca 2015

Naszym następnym krokiem był dom, w którym wychowała się i mieszkała żona Shakespeara Anne Hathaway. Obie rodziny znały się i często spędzały czas razem pracując i świętując. Ojciec Anny, Richard był rolnikiem, a termin którym określano jego pozycję społeczno-ekonomiczną to „yeoman farmer”. Był wolny (tzn. nie był chłopem pańszczyźnianym)  i posiadał ziemię, na której pracowała jego rodzina i pomocnicy (mogli uprawiać więcej ziemi niż mieli, biorąc pola w dzierżawę). Bieda im nie zaglądała w oczy, bo gdy ojciec Anny umarł w 1581 roku zostawił swojej córce sporą jak na owe czasy sumkę w posagu - 6 funtów 13 szylingów i 4 czteropensówki.

w maju

Praca na roli była dochodowa, ale i ciężka, oraz zależna od kaprysów pogody. Żniwa to czas wytężonej pracy, gdy każda para rąk sią liczy, trzeba plony jak najszybciej zebrać z pola, bo czas ucieka, a pogoda może spłatać figla. Od tego zależy nie tylko dobrobyt rodziny, a często nawet zdrowie i życie. Być może William pomagał zaprzyjaźnionej rodzinie i uczestniczył w biesiadowaniu na koniec żniw. Musieli oni sobie wpaść w oko, bowiem już jesienią 18-letni William musiał prosić ojca o zgodę na zawarcie małżeństwa z Anną. Pośpiech był potrzebny, bo 26-letnia Anna okazała się być przy nadziei. Musieli wystąpić do sądu biskupiego o licencje na zawarcie małżeństwa, za którą dwóch rolników z tej miejscowości wpłaciło 40 funtów poręczenia. Niektóry uważają, że małżeństwo było poprzedzone tzw. „plight troth” ceremonią porównywalną do zrękowin, w czasie której para przy świadkach deklarowała zamiar zawarcia małżeństwa i był to na tyle oficjalny akt, że mogły po nim nastąpić „pokładziny” i nie było tu żadnego grzechu. Ślub odbył się w listopadzie. Anna założyła swoje najlepsze ubranie, włosy miała zapewne przystrojone wiankiem z ziół. William także w najlepszym odzieniu, zapewne zgodnie ze zwyczajem przybył do domu panny młodej z drużbami, przy dźwiękach muzyki i z podarunkiem w postaci rękawic, które wymieniono na kwiaty i zioła. Ceremonia ślubna zaczynała się przed kościołem, gdzie obrączka była poświęcona, a państwo młodzi składali sobie przyrzeczenia, dopiero potem całe towarzystwo wchodziło do kościoła na wysłuchanie specjalnej mszy. Trochę się te zwyczaje ślubne zmieniły.



Dziewięć miesięcy po żniwach pojawił się jeszcze jeden owoc poprzedniego lata - pierwsza pociecha w rodzinie Williama, córka Susanna. Dwa lata później na świat przyszły bliźniaki, Hamnet i Judith, imiona po parze przyjaciół mieszkających za tzw. rogiem, którzy to nazwali swojego syna William. Niestety Hamnet zmarł gdy miał 11 lat, gdy do Stratford zawitała zaraza. Judith za to cieszyła się końskim zdrowiem, dożyła bowiem sędziwego wieku lat 77. Jest dużo spekulacji wśród biografów poety i współczesnych pisarzy i scenarzystów na temat tego związku, niektórzy twierdzą, że Anne go złapała na ciąże, że on jej nie kochał, bo mieszkał w Londynie. Ale co roku spędzał czas w Stratford z rodziną, kupił tu duży dom, a gdy w 1613 przeszedł na swego rodzaju emeryturę to wrócił do Stratford i zamieszkał tu z rodziną a nie w Londynie.

jesienią

Dom rodzinny Anny znajduje się w osadzie Shottery, można powiedzieć, że na dalekich obrzeżach Stratford. Spacerkiem można tam dotrzeć w pół godziny idąc opłotkami według ulicznych wskazówek, a dojazd autem to około 5-10 minut.

Jest to uroczy domek (cottage) otoczony ogródkiem z parkiem wkoło. W czasach Shakespearowskich były tu pola, obecnie jest trochę więcej zabudowy. Domek ten, bo nie mogę go nazywać chatą, bo takie jest tłumaczenie słowa cottage, był w rodzinie Hathaway prawie do końca XIX wieku, przechodząc po linii braci Anny, aż do wygaśnięcia męskich potomków, w 1746 roku przechodząc w ręce żeńskie. W 1892 roku gdy zakupiło ten dom The Shakespeare Birthplace Trust mieszkała tu Mary Baker też z rodu Hathaway, trochę już siódma woda po kisielu, ale nadal kuzynka. Została ona pierwszą opiekunką domu i oprowadzała po nim zwiedzających. Jej zdjęcie można zobaczyć w jednym z pomieszczeń, jak i jej „bonnet” – czepek, nakrycie głowy, w którym chodziły kobiety w XIX wieku, oraz mamy tu też krzesło, na którym ona siedzi na zdjęciu.

sypialnia w rozbudowanej części domu

Najstarsza część domu to ta parterowa od ulicy, wchodzimy do domu tym samym wejściem co Anne i odwiedzający ten dom William. Najpierw mamy swego rodzaju korytarz, po prawo jest kuchnia, a skręcając w lewo wchodzimy do tzw. „parlour” - taki salon. Gdy mieszkała tu Anna nie było kominków, tylko palenisko na podłodze, a dym uchodził przez otwór wentylacyjny w dachu. Zwiedzanie zaczyna się właśnie od tego pomieszczenia, potem korytarzykiem w lewo i przechodzi się obok pomieszczeń gospodarczych, m.in. pantry ( taka spiżarnia). Potem schodkami na górę, która jest wynikiem rozbudowy domu przez rodzinę Anne, głównie przez jej brata Bartholomew Hathaway.

 

kuchnia

pomieszczenia gospodarcze





Zachowały się też meble rodzinne m.in. słynne łóżko Hathaway (Hathaway Bed). Otóż Shakespeare w swoim testamencie zapisał Anne „ second Best Bed with the furniture”. Część osób uważa, że jest to dodatkowy dowód, że William nie był zbyt zakochany w swojej żonie. Jednak jest na to całkiem inne wyjaśnienie, otóż określenie „Best Bed”, czyli najlepsze łóżko było meblem pokazowym oraz dla gości, co by się pochwalić, jak to nam się dobrze powodzi. Drugie najlepsze łóżko (Second Best Bed) było tym, w którym para małżeńska spała, w sumie to był to raczej romantyczny gest. Taka interpretacja bardziej mi pasuje.



Na piętrze można też zobaczyć elementy konstrukcyjne domu, m.in. tej najstarszej części, drewniane bale podtrzymujące dach i ściany oraz gołe ściany wykonane w technice „wattle and daub”, czyli plecionka z gałęzi pokryta mieszanką błota, pociętej słomy i odchodów zwierzęcych.

element konstrukcyjne



Obecnie teren wokół domu to piękny ogródek, kwiatki, ziółka itp., ale w czasach, gdy mieszkała tu Anne i rodzina Hathaway było to gospodarstwo rolne z budynkami gospodarczymi i zwierzakami. Dziś można się tu przechadzać wśród drzew w zagajniku, po sadzie, w lawendowym labiryncie, usiąść w zakątku sonetowym, gdzie można posłuchać poezji Williama, poszukać rzeźb związanych z jego sztukami. Gdy zgłodniejemy to kawiarenka jest po drugiej stronie ulicy lub możemy urządzić sobie piknik na trawie lub specjalnie przygotowanych stołach.

Naprawdę jest to urocze miejsce, byliśmy już tu dwa razy, raz wiosną, a raz jesienią i każda pora ma swoje uroki.



Miejsce to jest pod opieką The Shakespeare Birthplace Trust, jest w cenie biletu „Five House Pass” - łączonego na wszystkie miejsca którymi się opiekuje ta organizacja (Shakespeare’s Birthplace – dom rodzinny; Hall’s Croft; Mary Arden’s Farm; Anne Hathaway Cottage; Shakespeare’s Grave, New Place and Nash House – zamknięte na czas prac konserwatorskich – udostępniono natomiast Harvard House na czas tego zamknięcia).

Ceny: w lipcu 2015 roku –

Tylko do Anne Hathaway Cottage 

Dorośli - £ 9.50

Dzieci- £5.50

Ulgowe - £8.50

Rodzinne - £ 24.50

Ceny biletu łączonego “Five House Pass”

Dorośli – £ 23.90

Dzieci – £ 14

Ulgowe – £ 21.90

Rodzinne – £ 61.90

Dodatkowym plusem jest fakt, że bilet jest swego rodzaju biletem sezonowym i jest ważny przez 12 miesięcy od daty zakupu.

Szukając Szekspira 

Birthplace - miejsce urodzin

Stratford upon Avon - ulicami miasta



sobota, 21 marca 2015

Pojechaliśmy do Canterbury, aby obejrzeć katedrę, ale że odbywał się tam ślub i była zamknięta na jakiś czas dla zwiedzających, wybraliśmy się na spacer po mieście i znaleźliśmy to urocze miejsce.

Można powiedzieć, że jest to kolebka „odrodzonego” chrześcijaństwa na Wyspach i warto jest spędzić tu trochę czasu. Najpierw może przedstawię krótki rys historyczny. Otóż, opactwo to zostało założone w 598 roku przez Augustyna (świętego), który to został wysłany na misję reewangelizacji południowej Anglii przez papieża Grzegorza Wielkiego ( wracał się z tej misji, nie bardzo był chętny, ale ostatecznie przybył tu). Chrześcijaństwo zawitało do Wielkiej Brytanii już w czasie panowania Rzymian, ale po upadku Imperium i napływie pogańskiej ludności (Anglosasów, Jutów) ostały się tylko małe enklawy głównie w Walii i na zachodzie wśród ludności Celtyckiej (BBC ostatnio pokazała arcyciekawy program o klasztorach „Saints and Sinners” i pierwszy odcinek właśnie temu tematowi był poświęcony).

Na wyspach były różne królestwa i region znany jako Kent był pod panowaniem króla Ethelberta, którego frankońska żona Bertha były chrześcijanką. Dlatego więc papież wybrał ich jako cel tej misji. Królowa miała swojego pasterza Liudharda i używali oni pobliskiego kościoła Św Marcina. Misjonarze przybyli na dwór królewski w 597 roku i wkrótce potem prawdopodobnie sam król Etherbert przyjął chrześcijaństwo. Misjonarze otrzymali stary rzymski kościół w Canterbury, który stał się katedrą oraz tereny na wschód od miasta przeznaczone na klasztor pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła.

Klasztor miał kilka funkcji, tu mieszkali mnisi przybyli z Augustynem, tu było też miejsce pochówku królów i arcybiskupów, których według rzymskich zwyczajów grzebano poza murami miasta. Na początku Augustyn był zarówno arcybiskupem jak i stał na czele klasztoru. Gdy pierwsze budynku klasztorne zostały ukończone Piotr, który przybył razem z Augustynem został wybrany pierwszym Opatem. Pierwszych 6 Opatów było właśnie z pochodzenia Włochami, a rządziły tu reguły zakonu Benedyktynów. Dzień był podzielony na obrządki religijne i modlitwy, a także na prace fizyczne i naukę. Ośrodki kościelne były centrami nauczania, w zasadzie jedynymi dostępnymi miejscami kształcenia. Tak było do XII wieku, gdy zaczęły powstawać uniwersytety.

Opactwo Św. Piotra i Pawła składało się z budynków mieszkalnych m.in. jadalni (dinning hall), sypialni (dormitory) oraz z szeregu kaplic. Misja ta miała ciągłe wsparcie papieża Grzegorza, który przesyłał im dary w postaci naczyń liturgicznych, relikwii oraz ksiąg, jedna z nich zachowała się i jest w zbiorach Corpus Christi College w Cambridge.   

Przyklasztorna szkoła szybko zdobyła sobie uznanie, zwłaszcza za czasów Opatów Hadriana (669-706)  i Arcybiskupa Theodora (668-690). W szkole nauczano czy raczej wykładano Stary i Nowy Testament, poezję, prawo, kaligrafię, astronomię, muzykę i medycynę. Mnisi byli osobami wyedukowanymi, często wychowanymi w klasztorze od dziecka (oblate). Opactwo to było prężnym ośrodkiem, produkowano tu manuskrypty i nawet podbój Normański nie zakłócił tej pracy. Nowy Opat Scolland (1070-1087) był kopistą w klasztorze w Mont St Mitchel i przywiózł ze sobą trochę manuskryptów historycznych i medycznych. Pod koniec XV wieku w bibliotece klasztornej skatalogowanych było 2000 ksiąg, do dziś zachowało się, porozrzucanych po kraju, tylko 200.



Opactwo było wielokrotnie przebudowywane. Jeszcze w X wieku powiększono kościół Św. Piotra i Pawła, a w 978 roku Arcybiskup Dunstan dodał imię Świętego Augustyna (tego misjonarza z VI wieku) w poczet patronów i od tego czasu opactwo było znane właśnie od jego imienia. Wkrótce potem dobudowano krużganki klasztorne (cloister), wieżę, kaplice oraz zaczęto budowę rotundy, której niestety nie ukończono.  Nowy Opat Scolland zmienił plany rozbudowy kościoła. Nowy panujący to nowy styl i przebudowy w stylu Romańskim, najpierw kościoła, a potem obiektów mieszkalnych i gospodarczych, jak jadalnia, kuchnie, piekarnie i warzelnie trunków (codzienny napitek „Ale” to taki trunek piwny otrzymywany za pomocą drożdży górnej fermentacji – trunek ten był obecny na każdym stole w każdym domu), a także stajnie i stodoły.

Opactwo kwitło do czasu, gdy Henryk VIII zdecydował się na drastyczne reformy zrywając ze stolicą apostolską. Jako głowa kościoła w Anglii, wydał szereg zarządzeń i w 1535 roku jego główny minister Thomas Cromwell zorganizował spis kościelnych majątków i odwiedził on m.in. klasztory w celu znalezienia tych, w których upadła dyscyplina itp. Rok później mniejsze klasztory o dochodzie do 200 funtów zostały zamknięte. Opactwo Św. Augustyna przetrwało tylko parę lat dłużej i ostatecznie ostatni Opat John Essex razem z trzydziestoma mnichami poddali się woli króla 30 lipca 1538 roku.

Opactwo trwało tu przez dziewięć wieków, potem był tu pałac królewski (taki przystanek w drodze do portów morskich), potem używane przez okoliczną ludność w celach rekreacyjnych, browar itp. i miejsce to powoli odchodziło w zapomnienie. W 1848 roku w części budynków mieścił się St Augustine’s College, a w 1947 roku utworzono Fundację Św. Augustyna w celu odzyskania terenów opactwa, prowadzenia wykopalisk i ochrony ruin. Na części terenów mieści się teraz King’s School, pozostałe tereny są zarządzane i chronione przez English Heritage. W 1989 roku teren opactwa, katedra w mieście i kościół Św. Marcina zostały wpisane przez UNESCO na listę World Heritage.

Miejsce jest trochę na uboczu, ale warto czasem odejść od głównego traktu, aby zobaczyć coś interesującego. Być może jest to kupa ruin, cegieł wśród traw, ale to kolebka chrześcijaństwa na Wyspach i miejsce o niezwykle barwnej historii.

Główna brama opactwa jest doskonale zachowana i jest wejściem szkoły znajdującej się na części terenów klasztoru. Pochodzi ona z XIV wieku i nazywana jest Fyndon Gate (Brama Fyndona) od imienia Opata, za którego dokonano przebudowy. Brama jest piękna, kunsztowna i bogata takie musiały być i inne budynki na terenie opactwa, łezka się kręci w oku, że nie możemy tego zobaczyć, i tylko rysunki i rekonstrukcje artystyczne nam pozostały.

Najważniejszym budynkiem opactwa był oczywiście kościół, trudno sobie wyobrazić patrząc na te ruiny, wystające z trawy i fragmenty murów ten imponujący Romański kościół, na szczęście na tablicach są ilustracje, a jeżeli skorzystacie z „audio guida – słuchawek ” to otrzymacie dodatkowe informacje.

Zachował się fragment muru północnej części budynku, obok mamy fragmenty wieży Ethelberta.



 

W południowym transepcie umieszczono groby królów Anglosaskich przeniesionych z kaplicy Św. Mari, tu spoczęli Edbald, Lothaire, Wihtred (królowie Kentu). Król Ethelbert i kapłan jego żony Liudhard zostali złożeni (przełożenie z pierwszego miejsca pochówku w kościele św. Piotra i Pawła) przy Ołtarzu głównym, na miejscu honorowym. Trzeba przyznać, że zdobywcy nie starali się zamazać historii, a nawet wydaje się, że starali się do niej nawiązywać. Te niezwykle interesujące czasy Anglosasów popadły w zapomnienie znacznie później. Czasem mam wrażenie, że tu na Wyspach byli Rzymianie potem długo dług nic i pojawiają się Normanowie z Wilhelmem Zdobywcą na czele. A przecież tyle się tu działo, dlatego chyba tak polubiłam średniowiecze. Ostatnio pojawiło się wiele programów w Brytyjskiej telewizji właśnie dotyczących tych mrocznych wieków, tych czasów zapomnianych, zapyziałych i zarośniętych trawą. Szkoda, że nasza telewizja nie ma pieniędzy i pomysłu na podobne programy o ziemiach polskich.

Ale wróćmy do opactwa w Canterbury. Następny przystanek to ruiny normańskiej krypty w stylu romańskim, to była pierwsza ukończona część nowego kościoła. Tu w czasach Anglosaskich stał kościół Św. Marii.

Krypta ta miała trzy kaplice  m.in. Św. Tomasza Apostoła i jest najlepiej zachowana kaplica w krypcie, mamy tu resztki ołtarza, dwie wnęki – schowki?, a podłoga pochodzi z XIII wieku.

Centralna kaplica była na początku dedykowana Błogosławionej Dziewicy Marii i była używana do odprawiania mszy do lat 80-tych XIII wieku. W 1325 roku została ona poświęcona Św. Marii i Aniołom. Ściany tej kaplicy były pokryte tynkiem i malowane, sam ołtarz był pokryty poziomymi czerwonymi wstęgami. Są tu też kawałki średniowiecznej posadzki.

Daszek został wybudowany w 1937 roku dla ochrony nowo odrestaurowanego i poświęconego ołtarza. Jest on sporadycznie używany przez studentów Misjonarskiego Koledżu Św. Augustyna.

W centrum krypty został pochowany wspomniany już Opat Scolland, któremu dla towarzystwa dołożono innego zasłużonego Opata Wulfrica I. Krypta miała sufit wsparty na kolumnach, przy przebudowach wykorzystywano starsze elementy anglosaskie i rzymskie.

Nad kryptą znajdowało się prezbiterium o takim samym kształcie, więc też miało trzy kaplice, a także 13 sanktuariów m.in. Św. Mildred, której relikwie zostały sprowadzone z Minsteru na Thanet w 1030 roku, a także arcybiskupów i Opata Hadriana. Pochówki te zostały z ceremoniałem przeniesione w nowe miejsce z Saksońskiego pierwszego kościoła pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła. Tu też w samym centrum znajdowało się sanktuarium z relikwiami Św. Augustyna (założyciela misjonarza), obstawione było ono księgami prezentami od Papieża Grzegorza.

Wielki Ołtarz i Sanktuaria znajdowały się na podwyższeniu trzeba się było wspiąć po kilku schodkach i były punktem centralnym kościoła.

Początkowo na terenie klasztoru znajdowało się cztery kościoły i kaplice: kościół główny Św. Piotra i Pawła, mała kapliczka na zachód od tego kościoła, kościół Św. Marii, kościół Św. Pankracego.

Kościół Św. Piotra i Pawła został zbudowany przy użyciu rzymskich cegieł (to popularna praktyka Anglosasów – tak np. było w kościele na zamku w Dover St Mary in Castro). Był to stosunkowo prosty budynek składający się z nawy, przedsionka i kaplic bocznych znanych jako „porticus” pod wezwaniami Św. Grzegorza i Marcina. Było to miejsce spoczynku królów Kentu, arcybiskupów i opatów m.in. pierwszych opatów Augustyna i Laurence’a. Król Ethelbert i jego żona Bertha zostali pochowani w południowym porticus Św. Marcina. Gdy zabrakło miejsca w tych kaplicach chowano dostojników w nawie głównej.

Innymi kamieniami rzucającymi się w oczy, są kamienne ruiny bloków o trapezowatym kształcie. To jest krypta nieukończonej Rotundy Opata Wulfrica.  To pozostałość po Anglosaskim opactwie.

Opat Wulfric postanowił przebudować kościół i dostawić rotundę łącząc kościół główny Św. Piotra i Pawła z kościółem Św. Marii. Inspiracją do takiej konstrukcji były zapewne budowle, które widział on w czasie swojej podróży po Francji m.in. w Rheims. Niestety ta budowla nigdy nie została ukończona, a potem została przykryta Normańskim nowym kościołem w stylu Romańskim.

Kaplica Św. Pankracego to najlepiej zachowane pozostałości po Anglosaskim opactwie. Zbudowana z rzymskich cegieł, przetrwała, bo nie przeszkadzała w Normańskiej przebudowie. Była używana, jako kaplica cmentarna i zawiera także pochówki. Był to prosty budynek jednonawowy z przedsionkiem, prezbiterium i małymi kapliczkami na obu bokach. Nawę oddzielała od prezbiterium wczesna forma lektorium – przegrody chórowej wspartej na czterech kolumnach (użyto tu też rzymskich kolumn). Istnieje przekonanie, że właśnie w okolicy tej kaplicy Augustyn odprawił pierwszą Mszę w Canterbury.



Najbardziej charakterystycznym motywem architektonicznym klasztoru jest krużganek (the cloister), nawet stał się on synonimem klasztoru - mówiło się np., że ktoś wybrał „cloister(ed) life”. Niestety został się tu ino placyk z trawką i troszkę murów. Krużganki miały rozmiar 37 na 35 metrów, w centrum był ogród (wirydarz), a po bokach alejki. To było centrum gospodarczo-domowe opactwa, stąd prowadziły drzwi i korytarze do różnych budynków opactwa np. refektarza (jadalni), kapitularza (sala zebrań) , dormitorium (sypialnie), infirmerii (sala szpitalna dla chorych mnichów) , domu Opata, armarium (alkowa biblioteczna) itp. W korytarzach były „carrels”,  takie wnęki do studiowania, w każdym mnich mógł sobie siedzieć i czytać, a że często czytano na głos, aby się wprawić, taki podział był bardziej praktyczny.



Po refektarzu i kuchni na planie sześciokąta zostało trochę widocznych w trawie kamieni. Posiłki to głównie chleb i potrawka z warzyw lub zupa (broth) na wywarze z kości, z rybą, warzywami i ziarnami. Mięso było serwowane tylko na specjalne okazje. Żywność pochodziła z ziem uprawnych należących do opactwa. Kuchnie przetrwały rewolucję  religijną Henryka VIII i stały się kuchniami pałacowymi. Miały one 2 wejścia, jedno do jadalni, a drugie do magazynów przy dziedzińcu. Sypialnia to był piętrowy budynek, mnisi spali na piętrze, do dziś ostało się tylko parę filarów przyporowych i „gable” - fragment szczytu. Infirmeria i przyległe budynki to dziś boisko – w przewodniku jest fotka z lotu ptaka i można się tu w trawie dopatrywać zarysów.

Wycieczkę po tym opactwie warto zakończyć na the Campanile Mound – tu stała wieża z dzwonem ( campanile od campana – dzwon, z Włoskiego oznacza dzwonnicę zwłaszcza taką wolnostojącą). Łady jest stąd widok. W tle mamy katedrę. Może się wydać, że to kupa kamieni ukrytych w trawie, ale to niezwykle interesująca kupa kamieni. Warto tu wpaść i zadumać się nad upływem czasu. Polecam, zwłaszcza, że jest to krótki spacerek od katedry i centrum miasta. Jest tu małe muzeum z zabytkami, fragmentami dekoracji wydobytymi w czasie wykopalisk.

Godziny otwarcia ( na rok 2015/16)

Zima tylko w weekendy od 10 do 16.

Od 28 Marca do 30 Września: codziennie od 10 do 18.

Od 1 Października do 1 Listopada: środa – niedziela od 10 do 17.

Po 2 Listopada do 24 Marca 2016 tylko weekendy od 10 -16.

Ceny biletów

Posiadacze karty English Heritage za darmo.

 

 

Cena standard

Cena z Gift Aid (z
  darowizną)

Dorośli

£5.40

£6.00

Dzieci (5 do 15 lat)

£3.20

£3.60

Ulgowe (studenci i osoby po 60-tce)

£4.90

£5.40

Rodzina ( 2 dorosłych i max 3 dzieci)

£14.00

£15.60

Godziny otwarcia i ceny biletów aktualne w czasie publikacji wpisu. Można sprawdzić na stronie English Heritage.

 

sobota, 17 stycznia 2015



Tak zwane okno urodziń z wydrapanymi imionami zwiedzających w poprzednich stuleciach. 

Na Henley Street stoi dom będący miejscem pielgrzymek wielbicieli Szekspira od stuleci. To tu wielki poeta i pisarz się urodził, to tu spędził dzieciństwo i młodość. Przed domem każdy turysta robi sobie pamiątkowe zdjęcie, czy wchodzi i zwiedza, czy tylko przechodzi. Dom został zakupiony dla dobra narodu, ale dzięki temu został ocalony i można go zwiedzać. Służy nie tylko jego rodakom, ale i całym stadom turystów z różnych zakątków świata. Byliśmy tam jesienią, wydawało się, że poza sezonem turystycznym a ludzi było jak mrówek. Czasem trzeba było czekać, aby wejść do kolejnego pomieszczenia.

Trochę historii rodziny: otóż dziadek Szekspira Richard był farmerem, wynajmował ziemię od Roberta Arden (ojca Mary Arden matki poety) w miejscowości Snitterfield około 6 i pół kilometra na północny –wschód od Stratford. Na początku lat 50-tych XVI wieku John syn Richarda opuścił rodzinną farmę i przeprowadził się do miasta, gdzie został uznanym rzemieślnikiem – rękawicznikiem.


Dom, w którym się urodził nasz poeta, wszedł w posiadanie jego ojca Johna, krótko po przeprowadzce do miasta, bowiem już w 1552 rok został odnotowany jako mieszkaniec domu na Henley Street. W 1556 roku dokupuje dom obok i łączy oba budynki. Kolejny dodatek to dwupokojowy aneks po stronie wschodniej domu. To tu prawdopodobnie wprowadzili się nowożeńcy w 1582 roku, gdy William poślubił Anne Hathaway. Tu zamieszkała na początku XVII wieku siostra Szekspira ze swoim mężem Williamem Hart – kapelusznikiem.

Obok domu stoi nowoczesne centrum Szekspirowskie, to tu można kupić bilety, odebrać te kupione przez Internet, tu jest wystawa wstępna i kawiarenka, gdzie można coś przekąsić i ugasić pragnienie.

Tu zapoznajemy się z miastem w czasach gdy żył poeta, wielka mapa ukazuje miejsca jemu znajome, potem można sobie spacerkiem te miejsca odwiedzić i zobaczyć co z nich zostało. W gablotach są liczne eksponaty związane z autorem, epoką i miastem.

Jest tu np. jedno z pierwszych wydań jego dzieł zebranych.


W innej gablotce mamy zbiór dokumentów z lat 1575 1647, potwierdzających, że rodzina Szekspira była właścicielami tej posesji. Gdy William zmarł zostawił ten dom w spadku swojej córce Susanie i mamy tu m.in. jej podpis.

Jest tu też tzw. „horn book” z 1680 roku, to taka tabliczka, na której dzieciaki w średniowieczu ćwiczyły pisanie alfabetu w czasie lekcji. Otóż papier był przytrzymywany na drewnianej podstawie właśnie przez tę rogową oprawkę.


Jest tu także „book of common prayer” – zawiera ona modlitwy używane w czasie mszy w obrządku anglikańskim (starowinka, mocno nadgryziona przez ząb czasu), złoty pierścień z inicjałami WS, znaleziony niedaleko kościoła Świętej Trójcy w XIX wieku.

Jest tu też podstawa krzyża targowego („market cross”) wyznaczającego obszar, na którym sprzedawano żywność, ubrania i sprzęty domowe w dni targowe.


Są tu przetłumaczone dzieła na różne języki, przedmioty związane z obchodami różnych rocznic urodzin, ilustracje sztuk, itp.

Potem wychodzimy do ogrodu, w którym m.in rosną zioła i roślinki wspominane w jego sztukach i poezji.


Zwiedzanie samego domu rozpoczynamy od tego dwupokojowego aneksu. Jest tu miejsce do spania i kuchnia, więc osoby tu mieszkające cieszyły się swojego rodzaju niezależnością.

Możemy tu zobaczyć rekonstrukcję warsztatu rękawicznika. W takim właśnie pracował ojciec poety. Rękawiczki to był wyrób luksusowy, posiadanie rękawiczek wskazywało pozycję społeczną i sytuację finansową, był również to popularny prezent. John Szekspir zajmował się też handlem skórami i wełną.

Czasem zdarzało mu się wejść w konflikt z prawem np. za pobieraniem procentu od pożyczki powyżej ustalonego limit, za handel wełną bez licencji na taką działalność i za to m.in. że przed jego domem leżało nieposprzątane końskie łajno. Te drobne wpadki nie przeszkadzały mu jednak w piastowaniu urzędów miejskich, nawet tak wysokich jak burmistrz.

pokój w którym się urodził wielki poeta i dramaturg

William był trzecim dzieckiem z ośmiorga, ale i najstarszym bowiem pierwsza dwójka zmarła nie przeżywszy nawet roku. Jest tu pokój, w którym się prawdopodobnie pisarz urodził. Data jego urodzenia jest przybliżona i określana na 23 kwietnia, jako że ochrzczony został 26 kwietnia.


Poeta zapewne poszedł do szkoły Kings New School w wieku 7 lat, do tej założonej przez Edwarda VI. Tu uczył się czytać i pisać po łacinie, poznając klasykę literatury spisanej po łacinie. Dom rodzinny był zapewne bardzo gwarny, nie dość że pełen dzieciaków to jeszcze klienci, dostawcy, koledzy ojca itp. Bawił się na ulicy z dzieciakami z sąsiedztwa i wyrastał na geniusza.


Za czasów szekspirowskich obecny ogród wyglądał trochę inaczej, były tu oczywiście grządki z warzywami, ziółkami, drzewka owocowe, ale też były tu pomieszczenia do obróbki skóry, stajnie dla koni, chlewik oraz kurnik. Domostwa były w dużym stopniu samowystarczalne, a przynajmniej starały się być.


Teraz w sąsiednim dom mieści się sklep z pamiątkami, a za czasów Szekspira mieszkał tu kowal Richard Hornby z rodziną. W sklepie oczywiście można kupić wszystko o Szekspirze, magnesy, koszulki, kałamarze, kubki, książki,  a wśród nich znaleźliśmy Szekspirowskie Gwiezdne Wojny.

Ciekawostką jest fakt że po śmierci Szekspira w XVII wieku część domu była użytkowana jako pub o wdzięcznej nazwie „Swan and maidenhead” czyli panna i łabędź.

Urocze to miejsce i polecam tu wpaść na chwilę, ale proszę sobie zarezerwować taką dłuższą chwilę.

Szukając Szekspira:

Anne Hathaway Cottage

Stratford upon Avon - ulicami miasta

środa, 14 stycznia 2015



  

Tym razem pojechaliśmy do Stratford upon Avon w poszukiwaniu Szekspira. Miasteczko jest po prostu urocze, żyje Szekspirem, jest pełne zabytków, uroczych budynków i uliczek. W poszukiwaniu Szekspira udaliśmy się najpierw do jego miejsca urodzenia - Shakespeare’s Birthplace – jest to dom jego rodziców, w którym pisarz się urodził i spędził swoje dzieciństwo, młodość oraz 5 pierwszych lat swojego małżeńskiego życia. Tu mamy szanse naprawdę stanąć oko w oko z wielkim pisarzem, poetą, dramaturgiem, chodzimy po podłodze, pokojach, po których biegał mały William.

 


Budynek ten i inne w mieście, związane z poetą, są zarządzane przez The Shakespeare Birthplace Trust. Gdy dom w stanie mocno podupadłym został w 1846 roku wystawiony na sprzedaż, stworzono komitet w celu zebrania funduszy do nabyciu domu, w którym poeta się urodził. Wśród silnie działających na ten cel był m.in. Karol Dickens. Udało się uzbierać 3 000 funtów i uratować to miejsce. Rok później komitet przekształcił się w Shakespeare’s Birthplace.


W 1876 roku dokupiono Shakespeare’s New Place - miejsce, na którym stał dom, w którym mieszkał poeta ze swoją rodziną i dom, w którym mieszkał Thomas Nash - mąż wnuczki poety Elżbiety. W 1892 roku zakupiono Anne Hathaway’s Cottage – dom, w którym wychowała się żona Szekspira, a w 1930 roku Mary Arden’s House - dom, w którym dorastała matka Szekspira Mary Arden.

W 1949 roku do kolekcji dołączono Hall’s Croft - tu zamieszkała ze swoim mężem doktorem Johnem Hallem córka Szekspira Susanna. Ten Trust zajmuje się też bibliotekę i archiwami związanymi z pisarzem oraz zajmuje się propagowaniem i edukowaniem nowych miłośników szekspirowskiej literatury. Trust także zajmuje się także Tudorowym budynkiem Howard House w imieniu Uniwersytetu Harvard.

Tu są ulice, którymi William i jego rodzina podążali każdego dnia, tu obok mieszkał Richard Hornby kowal, prawdopodobnie mały William bawił się z jego dziećmi. Idziemy Henley Street, na której stoi Shakespeare’s Birthplace, potem skręcamy w High Street i przechodzimy do Chapel Street, gdzie stoi Guild Chapel, tu mamy witraż z postacią jego ojca Johna, potem mamy szkołę King Edward VI Grammar School (wtedy King’s New Shcool), do której uczęszczał Szekspir jako dziecko.

 

Mijamy tu sporo uroczych budynków zbudowanych w stylu Tudorowym, na każdym kroku są jakieś odnośniki do Szekspira, teatru, czy epoki, w której on żył i tworzył. Nad rzeką jest uroczy stary kościółek Holy Trinity Church (Trójcy Świętej) - tu spoczywa nie tylko sam poeta, ale i jego rodzina, oraz inni zasłużeni obywatele tego miasta.


Oczywiście, gdy już podrepczecie jego śladami po mieście, możecie się udać na przedstawienie teatralne w kompleksie Szekspirowskim nad rzeką Avon. Tradycja teatralna jest długa w tym mieście, Stratford było odwiedzane przez Lord Leicester’s Man (słynną w owym czasie trupę teatralną) w latach 1573-4 i 1576-7. Jeżeli młody Szekspir był na jakimś przedstawieniu, to na pewno wywarło ono na nim duże wrażenie.


Polecam wycieczkę śladami wielkiego pisarza, bo Szekspir był wielkim pisarzem, poetą, dramaturgiem itd. Jego imię jest znane na całym świecie, jego sztuki wystawiane na scenach wszystkich kontynentów, a przynajmniej tych zamieszkałych, jego dzieła zostały przetłumaczone na ponad 70 jezyków. Chodząc po miejscach z nim związanych, nie tylko drepczemy po jego śladach, ale pokonujemy tę samą drogę, jaką podążali tu jego inny słynni wielbiciele jak np. Karol Dickens, John Keats czy Thomas Hardy.


Jeżeli zdecydujecie się tam pojechać, polecam kupić bilety przez Internet na stronie Trustu, jest też opcja łączonego biletu – Five House Pass - na wszystkie miejsca pod opieką Shakespeare’s Trust, jest to tańsze i praktyczne, a bilet jest ważny przez 12 miesięcy od zakupu. Jeśli więc, nie uda się Wam wszystkiego zobaczyć w czasie jednej wizyty, to możecie jeszcze wpaść za jakiś czas. Nam została Mary Arden’s Farm. Obecnie New Place and Nash’s House jest zamknięty z powodu konserwacji i przebudowy.

CDN...

Wpis o domu w którym się pisarz urodził Birthplace

Anne Hathaway Cottage - dom rodzinny żony Szekspira

poniedziałek, 27 października 2014



Dotarliśmy tam podczas mojej drugiej wycieczki do Winchesteru, to urocze miasteczko przyciąga człowieka, ma tak bogatą historię, a zwłaszcza tę mnie najbardziej interesującą – dosłownie można się tu potknąć o średniowiecze.

Tym razem wybraliśmy się m.in. na spacer brzegiem rzeczki Itchen, a naszym celem był St. Cross Hospital (szpital pod św. Krzyżem). Spacer po bardzo malowniczej okolicy, momentami między dwoma ciekami wodnymi: rzeczką i jakimś kanalikiem czy odpływem/dopływem, a jeden z nich był na wyższym poziomie a drugi niższym, potem łąki z bydłem rogatym wylegującym się na popołudniowej drzemce. Wreszcie dotarliśmy do szpitala – choć bardziej do tego przybytku pasuje określeni przytułek, znaczenie słowa szpital zmieniło się od czasów średniowiecza.


Szpital pod św. Krzyżem w pobliżu Winchesteru to bardzo ciekawe miejsce. Jego historia sięga średniowiecza (lata 1132-36) i jak mówi legenda został on założony przez biskupa Winchesteru Henryka z Blois, wnuka Wilchelma Zdobywcy i młodszego brata króla Stefana z Blois. Otóż w czasie wojny domowej (czasów anarchii) między Stefanem a Maud (polecam doskonałą książkę o wydarzeniach z tego okresu autorstwa Sharon Pennman), biskup przejeżdżał przez okolicę i został zatrzymany przez młodą wieśniaczkę, która błagała go o pomoc dla swojej wsi, w której ludzie umierali z głodu, plony były niszczone w ciągłych walkach. Poruszony dolą ludu biednego, czcigodny biskup ustanowił ten Hospital pod św. Krzyżem dla 13 biednych i starych mężczyzn, którzy nie byli w stanie sami się o siebie zatroszczyć – nazwano ich braćmi św. Krzyża. Nie byli oni jednak mnichami i nie był to klasztor, a taka instytucja dobroczynna (almhouse).


Obowiązkiem tej instytucji było też wydanie posiłku dla 100 głodnych dziennie, kawiarenka jest w budynku nazywanym Hundred Man’s Hall. Szpital był dobrze wyposażony w ziemię, młyny i gospodarstwa, z których dochody wpływały do kasy i utrzymywały mieszkających tu braci i głodnych przybywających do bram przytułku. Szpital ten kultywował tradycję rozpoczętą przez mnichów benedyktyńskich z Opactwa w Cluny tzw „Wayfarer’s Dole” – otóż znużony wędrowiec mógł u bram poprosić o wsparcie. Najpierw była to butelka wina i bochenek chleba. Z biegiem czasu jednak zostało to zredukowane do „ cup of Beer and a piece of bread” czyli szklankę piwa i kromkę chleba – ale cóż dobre i to. Zwyczaj ten podobno jest przestrzegany do dziś, korciło nas, aby o to poprosić, ale jako, że przyszliśmy tam na pół godziny przed zamknięciem stwierdziłam, że lepiej pochodźmy sobie i pooglądajmy.


A jest, co oglądać, oto bowiem mamy okazję wkroczyć w progi najstarszej instytucji dobroczynnej w Anglii. Do istniejącej już społeczności braci w XV wieku a dokładnie w 1445 roku kolejny biskup Winchesteru dołączył Order of Noble Poverty (zubożała szlachta) dla 12 mężczyzn o błękitniej krwi, którym tak się w życiu ułożyło, że na starość nie ma ich kto nakarmić, napoić i dać schronienie. Tak więc od tamtej pory ten przytułek zapewnia godne życie 25 staruszkom.  Co rano staruszkowie udają się na modlitwy w swoich specjalnych strojach ci od św. Krzyża w czarnych szatach i czapkach (trencher hats) a ci od Zubożałej Szlachty w bordowych szatach i czapkach tego samego rodzaju.

Ponieważ jest to budynek zamieszkały i nadal funkcjonujący, jako przytułek nie można sobie tak łazić wszędzie gdzie popadnie, mieszkający tu staruszkowie mają prawo do prywatności i spokoju, ale to, co można zwiedzić naprawdę jest warte zachodu.

Gdy wejdziemy na teren przytułku, to naprzeciwko bramy znajduje się najstarszy zachowany obiekt - jest to dość duży kościół w stylu romańskim (Norman jak to oni tu określają). Został on nazwany miniaturową katedrą i zaliczony w poczet 1000 najlepszych kościołów w Anglii przez Simona Jenkinsa dziennikarza i publicysty związanego z dwoma wielkimi organizacjami zajmującymi się zabytkami w Wielkiej Brytanii – National Trust i English Heritage.


Budowę kościoła rozpoczęto w 1135 roku, a ostatnie dodatki wykonano 200 lat później. Rzucają się tu w oczy klasyczne założenia architektoniczne - plan krzyża z wieżą na środku. Mury kościoła mają grubość 1 metra a materiały budowlane sprowadzano aż z kamieniołomów w Caen (w Normandii), z Dorset i wyspy Wright, kawałki krzemienia pochodzą ze złóż lokalnych. Na kolumnie w północnej nawie jest wyrzeźbiony krzyż, a ciekawostką jest, że kamienie w oknie najbliżej wschodu w północnym transepcie są tak ułożone, że słońce oświetla ten krzyż tylko dwa razy w roku 3 Maja ( Invention of the Cross – Znalezienie Krzyża Świętego) i 14 Września (Holy Cross Day – Podwyższenie Krzyża Świętego). W kościele odbywają się msze niedzielne dla Braci oraz lokalnej społeczności oraz wszystkich chętnych, w normalne dni tygodnia jest to kaplica prywatna, ale udostępniona do zwiedzania.

 


Brethren’s Hall też jest udostępniony do zwiedzania. Jest to jak każdy średniowieczny Hall główne pomieszczenie w którym tętniło życie, tu przez stulecia braciszkowie spożywali swoje posiłki. Schody wiodą do pokoju tzw., Mistrza, na środku jest palenisko, galeria dla muzyków, podium na którym Mistrz jadał swoje posiłki, a w rogu złożony stół, który miał być prezentem dla króla Stefana od Henryka de Blois. Człowiek tu stoi i rozgląda się bo takie cudeńka się tu zachowały, że aż się serce i oczy radują.


Ale to nie koniec atrakcji, korytarzem, schodkami wydeptanymi przez tysiące bratnich stóp dochodzimy do kuchni. Obecny budynek kuchni został zbudowany w 1450 roku i przez następne 500 lat tu przygotowywano posiłki dla braci i służących w przytułku. Kuchnię zmodernizowano 200 lat temu wstawiając tzw. range – najbliższe słowo w polskiej terminologii to chyba kuchenka, było to bardzo nowoczesne urządzenie do przygotowywania posiłków. W taki oto sposób w średniowiecznej skorupce mamy kuchnię z okresu tzw. georgian ( czas panowania królów z dynastii Hanowerskiej). Pomieszczenie jest wysokie ponieważ uwzględniono miejsce na dym i gorące, unoszące się powietrze. Obecnie okna są przeszklone, ale w czasach średniowiecznych, a nawet później nie było w nich szyb działały one jak otwory wentylacyjne.


Ta unowocześniona kuchnia jest bardzo ciekawa, naprawdę ułatwiała życie kucharzom przygotowującym posiłki dla braciszków. Są tu zadziwiające elementy np. ta część na lewo od rusztu – tam jest ukryty za cegłami bojler – kocioł. W tym kotle utrzymywano gorącą wodę zawsze pod ręką do gotowania i zmywania, obok mamy studnię z wodą i zlew.


Środkowa część kuchni była głównie używana do przygotowywania posiłków i było to urządzenie naprawdę wielofunkcyjne. Mamy tu specjalnie umocowane wysięgniki na których zawieszano na łańcuchach sagany i czajniki do gotowania, można było regulować odległość od ognia aby uzyskać wymaganą temperaturę. Są tu też dwa trójnogi (trivets) nad paleniskiem na różnych wysokościach w zależności od potrzeb. Następne genialne rozwiązanie to specjalny mechanizm zębatkowo-zapadkowy - urządzenie to pozwalało na ustawienie metalowych belek w formie platformy ułatwiającej gotowanie.


Bardzo ciekawy jest też mechanizm obracający rusztem. Otóż aby coś upiec na ruszcie trzeba regularnie nim kręcić, jest to bardzo nudna i wymagająca siły i cierpliwości robota. W kuchni zawsze zaganiano do niej najniżej w hierarchii stojących pomagierów, a jak coś przypiekli z jednej strony to obrywali po uszach. Otóż nad paleniskiem umocowano w okapie wiatrak który był obracany przez gorące unoszące się do góry powietrze, a to, poprzez układ kół zębatych, porusza łańcuchy do których zamocowane jest ruszt. Wynalazek bardzo ułatwiający życie, zwłaszcza, że można także regulować odległość rusztu od ognia i wysokość na jakiej mięsko przypiekano.

Po lewej stronie tej bardzo nowoczesnej kuchni mamy piec chlebowy. Nie ma tu ani paleniska ani przewodu kominowego, piecyk ten nagrzewano spalając drewno lub węgiel drzewny na specjalnej tacy, cegły się nagrzewały i do takiego nagrzanego pieca wkładano chleb.

Po tej kuchni chodziliśmy najwięcej, bo te urządzenia są bardzo ciekawe, a nas zawsze interesują takie normalne aspekty życia. Jest to niesamowita okazja zobaczyć taki mechanizm na własne oczy. Obok w pomieszczeniu za szybą stoją inne przydatne w kuchni przedmioty, michy, durszlaki, dzbany, moździerze, talerze itp., cuda takie że aż miło.

W każdym szanującym się domu jest też piwniczka, a w piwniczce baryłeczki, pisałam już chyba o tym nie jeden raz, że w dawnych czasach pito więcej trunków alkoholowych niż wody, woda bowiem często była zanieczyszczona, a napitek z procentami zabijał te złośliwe drobnoustroje. Bogaci pili wino, czasem rozcieńczane wodą, biedniejsi pili „ale” taki podpiwek, każda pani domu wiedziała jak się to przygotowuje. W inwentarzu tego przybytku mamy także budynek do produkcji tego trunku (ale), jako że używano tego trunku bardzo dużo, składowano je w większym pomieszczeniu pod głównym holem. Co teraz wydaje się nam dziwne, ale dzieciom dawano także taki trunek tylko trochę rozcieńczony wodą.

Moja koleżanka z pracy stwierdziła kiedyś, że to nic dziwnego że średniowiecze spływało krwią: tu bunt, tam wojenka itp., bo jak mogło być inaczej skoro wszyscy chodzili wiecznie nabzdryngoleni.

W piwniczce która była taką małego kalibru chłodnią trzymano także mięso zarówno surowe jak i pieczone itp. Beczki nie są oczywiście oryginalne ale półki już tak.

To miejsce jest po prostu urocze, tyle tu ciekawych rzeczy do zobaczenia, a potem zmęczonym nogom można dać odpocząć w cichym przytulnym ogródku.

Zachęcam Was do odwiedzenia tego miejsca, jest to unikat historyczno-społeczny. Proszę jednak pamiętać, że mieszkają tam staruszkowie, po trudach życia zasłużyli na odrobinę spokoju na stare lata. Proszę w czasie swojej wizyty uszanować to miejsce, jest to bowiem ich dom.

Godziny otwarcia

1 Listopada – 31 Marcha; od poniedziałku do soboty; od 10:30 do 15:30

Zamknięte w Niedzielę i Boże Narodzenie.

1 Kwietnia – 31 Października; od poniedziałku do soboty; od 9:30 do 17:00; w niedzielę od 13:00 do 17:00.

Zamknięte w Wielki Piątek.

Ceny biletów:

Dorośli - £4

Ulgowe (studenci i emeryci po 60-tce) – £3.50

Dzieci – £2

Rodzinne - £10

środa, 09 października 2013



Z jaskini Blue Johna wróciliśmy na trakt i pojechaliśmy do zamku Peveril. Stoi on, a raczej jego ruiny, na wzgórzu przy uroczym miasteczku Castleton. Zamek widać z daleka i jak się dowiedzieliśmy w informacji trzeba do niego dojść ulicą Zamkową (Castle Street) i potem wypatrywać małej ścieżki po prawej stronie na końcu ulicy, uwaga - znak wskazuje, aby iść w lewo.

Do zamku trzeba się wspiąć krętą dróżką. Dobrze, że ktoś pomyślał o ławeczkach i ustawił je przy ścieżce -  można pod pretekstem podziwiania widoków usiąść sobie na chwilę, aby złapać oddech i dać nogom odpocząć. Zamek został zbudowany tutaj zaraz po podboju wyspy przez Normanów w 1066 roku, a jego pierwszym zarządcą był Wilhelm (William)  Peveril, baron, który przybył z Wilhelmem Zdobywcą z Normandii. Brał on udział w ujarzmianiu terenów określanych jako Midlands i został za to sowicie wynagrodzony włościami w Nottinghamshire i Derbyshire . W 1086 roku Wilhelm Zdobywca zarządził spis dóbr w swoim królestwie i tu pojawia się pierwszy zapis o tym zamku. Wilhelm Peveril zbudował dla króla zamek z kamienia, co było nietypowe dla wczesnych zamków  na terenie Anglii, które zwykle budowano z drewna oraz fortyfikowano konstrukcjami drewniano- ziemnymi, ale być może tu był łatwiejszy dostęp do kamiennego surowca. W 1100 roku król Henryk I dał mu ten zamek w nagrodę za lojalność Wilhelma wobec nowej dynastii. W ten oto sposób zamek ten i osada ( Castleton), która urosła u jego podnóży stały się ważnym centrum polityczno-gospodarczym.

model zamku Peveril

Okolica ta była bogata w złoża ołowiu, a był to surowiec bardzo ważny, używany głównie w budownictwie – kryto nim budynki i to właśnie Wilhelm Peveril był odpowiedzialny za  opiekę i doglądanie złóż. Monarcha dostawał część produkcji jako zapłatę za udzielenie pozwolenia na wydobycie ( unormowało się to do 1/13 produkcji). Król miał też prawo pierwokupu i tak np. w 1250 roku zarządca zamku musiał dostarczyć około 50 ton tego surowca na budowę zamku królewskiego w Winchesterze. Pod koniec średniowiecza wydobycie ołowiu podupadło, głównie z powodu wytrzebienia lasów. Górnictwo powróciło na te tereny w XVII wieku, gdy wzrosło zapotrzebowanie i pojawiły się nowe technologie pozyskiwania tego surowca. 

W 1114 zamek odziedziczył syn Wilhelm Peveril II, ale pod koniec swojego życia stanął on po stronie króla Stefana I w czasie wojny o koronę (pisze o tym konflikcie  Ken Follet i Sharon Penman, polecam zwłaszcza jej książki, jest może mniej znana, a pisze wspaniale). Dodatkowo popadł w konflikt z Hrabią z Chester. Taka postawa spowodowała, że stał się wrogiem Henryka Plantageneta, który został królem w 1154 i jest znany w historii jako Henryk II (ten co miał za żonę Eleonorę Akwitańską i który pokłócił się z arcybiskupem Thomasem Becketem, znów odsyłam do lektury S. Penman). Henryk przywrócił zamek do korony, co nie spodobało się dziedzicom Peverila, zwłaszcza baronowi Ferrers, który ożenił się z córką Peverila i domagał się tej schedy w jej imieniu. Henryk II utrzymywał zamek z powodu tych buntowniczych nastrojów okolicznych możnych. Tutaj też przyjął króla Szkockiego Malcolma IV w 1157 roku.  W latach 70-tych XII wieku w czasie buntu baronów, król wydał na utrzymanie zamku 116 funtów (bardzo znaczna suma w tamtych czasach). W skład sił militarnych stacjonujących tutaj wchodziło m.in. 20 rycerzy. Zamek w Peveril pozostał w rękach rodziny królewskiej aż do początku XIII wieku, gdy to król Jan, najmłodszy syn Henryka II (brat Ryszarda Lwie Serce i ten książę Jan od Robin Hooda), po objęciu tronu musiał się znów borykać z buntowniczymi baronami. Ferrers dostał ziemie swojego teścia (Peverila) za opłatą 2000 marek  (1 marka to 2/3 funta), ale mimo takiego wydatku nie otrzymał samego zamku. Dopiero w czasie wojny domowej monarcha oddał tej rodzinie zamek, jednak zawiadujący nim kasztelan Brian de Lisle odmówił opuszczenia warowni. Wszystko się przedłużało i gdy młody król Henryk III wstąpił na tron w 1216, odziedziczył także ten problem. Ferrers ostatecznie zajął to miejsce w wyniku negocjacji, ale miał go oddać, gdy młody król osiągnie pełnoletność, i znów był problem z przejęciem zamku bo Ferrersowie uważali, że jest to ich własność. Ostatecznie wycofali się z zamku w 1223 r.

W 1250 roku wybudowano Nowy Hall i dokonano różnych napraw i przeróbek m.in. odnowiono ołowiany dach na donżonie i wieży obserwacyjnej, zreperowano: piekarnię, mury, bramy, oraz podłogi. Ponownie w rękach królewskich zamek był powierzany zaufanym zarządcom zwanymi „constables”. Zamek i jego okolica, stały się źródłem dochodów poszczególnych członków rodziny królewskiej, był m.in. zabezpieczeniem dla wdów królewskich. W XIV wieku Peveril zaczął podupadać, pod koniec tego stulecia stwierdzono, że nie warto go rozbudowywać i unowocześniać. Został on włączony do Księstw Lancaster, lokalni administratorzy nadal sprawowali pieczę nad tym miejscem, ale nie przywiązywano do niego zbytniej wagi. W 1561 roku królowa Elżbieta zarządziła spis swoich zamków i zamek ten został określony jako ruina nie warta remontowania. Tak skończyła się kariera tego miejsca jako twierdzy i zaczęła jako urokliwego zakątka, ładnego widoczku itp.

widok z zamku w Peveril

Dziś są to ruiny pod opieką English Heritage. Opuszczone mury, po niektórych budowlach ledwo ocalałe kamienie na powierzchni, bowiem okoliczni mieszkańcy traktowali to miejsce jako źródło surowca budowlanego m.in. z donżonu pozrywano kamienną okładzinę, ale widoki nadal są piękne, kiedyś to miejsce królowało nad okolicą, pilnując ładu i porządku, dziś można tu sobie usiąść na ławeczce i podumać nad zmieniającą się historią. Gdzie wrzało życie, codzienny gwar obijał się o mury teraz hula wiatr i deszcz zacina prosto w twarz. Trzeba uruchomić wyobraźnię, a pomogą  w tym tablice informacyjne ukazujące życie w zamku w okresie świetności.

Po wdrapaniu się na tę górkę i złapaniu oddechu, rozumiemy dlaczego zbudowano tu zamek i dlaczego był on przedmiotem wielopokoleniowego sporu. Choć może nigdy nie była to imponująca twierdza, to jednak położona na skalnym urwisku pozwalała na kontrolowanie przyległych rejonów bogatych w surowce mineralne. Miejsce to było także w sercu obfitych terenów łowieckich, a to była jedna z ulubionych rozrywek rodzin królewskich.

Na teren zamku wchodzimy przez bramę po której zostały tylko fragmenty, kiedyś była ona szeroka na 7 metrów, a samo wejście miało około 2.5 metra szerokości. To było wejście do zamku dla pieszych i konnych jeźdźców. Od razu po wejściu rzuca nam się w oczy donżon (keep) w rogu po przeciwnej stronie dziedzińca (bailey). Po prawej stronie na drugim końcu murów mamy wystające  ociupinkę nad trawą zarysy kamienne Nowego Holu (New Hall) – budowla ta pojawia się w liście króla Henryka III z 1251 roku sugerując, że był na zamku Stary Hol. Nowy budynek został prawdopodobnie wybudowany na wizytę królewską w 1235 roku. Jest tu plansza pokazująca rekonstrukcję tego budynku – wygląda to  imponująco.  

Następnie skierowaliśmy się do najlepiej zachowanego budynku tego zamczyska i ścieżką przy murze udaliśmy się do donżonu (keep). Niwelacja gruntu oraz ślady murów wydają się wskazywać, że były tu jakieś pomieszczenia być może mieszkalne. Po drodze w murze jest wnęka służąca kiedyś jako latryna - nieczystości wypadały za mur, naturalne nawożąc wąwóz, który ma tu głębokość około 70 metrów.

Peveril Keep

Tu przy donżonie była brama główna,  z drugą stroną wąwozu łączył ten zamek  most, ale ani on ani budynki na podgrodziu po drugiej stronie nie istnieją. To była główna droga i wejście na zamek, tędy mogły wjechać wozy z zaopatrzeniem. Zapiski o wydatkach na utrzymanie mostu pojawiają się w dokumentach dość często aż do XV wieku. Tam po drugiej stronie miały być budynki gospodarcze, magazyny na budulce w czasie napraw i rozbudowy oraz stajnie.

Donżon (keep) może wydawać się mało imponujący ale proszę pamiętać że w czasach gdy go wybudowano większość ludzi mieszkała w ziemiankach lub ubogich chatkach. Taka kamienna budowla to było naprawdę coś, to był wyraz władzy i bogactwa. W porównaniu do zamku w Dover, czy Wieży Londyńskiej (Tower of London) jest to skromna budowla, jak i cały zamek. Król Henryk II wydał na tę wieżę w latach 1175-7 około 184 funtów. Wieża ta jest na planie czworokąta  o boku długości 12 metrów. Wejście do środka jest na wysokości około 10 metrów od ziemi i prowadziły do niego zapewne drewniane schody.

zamek w Peveril

Okna wychodzą na dziedziniec, pomieszczenie było jedno, pokryte spadzistym dachem, którego zarys widać na murach. Po kręconych schodach schodzimy na dół do pomieszczenia magazynowego, tu składowano cenne zapasy, może podatki lub broń. Oczywiście teraz nie ma tu podłogi więc jak wejdziemy do donżonu to mamy jedną wielką dziurę i chodzimy po pomostach zbudowanych dla potrzeb zwiedzających.

keep in Peveril Castle

We wnęce na lewo od wejścia mamy kolejną latrynę, która sądząc po zapachu nadal jest w użyciu – no cóż nie każdy turysta to rozumny człowiek. Trudno jest określić jaka była funkcja tego donżonu, nie ma tu kominka, ( może było tylko palenisko na środku po którym oczywiście nie ma już śladu), nie ma tu też dostępu do wody. Raczej była to więc rezydencja reprezentacyjna, takie biuro zarządcy zamku, tu przyjmował interesantów, załatwiał ważne sprawy lokalne, rozsądzał spory itp. Na murach są ślady ładnie obrobionych kamieni którymi wykończona była elewacja tego budynku, wyglądać musiał wtedy znacznie lepiej niż teraz.

Peveril castle keep

Z murów po stronie południowej roztaczają się piękne widoki na okolicę, zielono tu i malowniczo, a dołem, przez wąwóz można udać się na spacer, chyba następnym razem się tam wybierzemy.

Schodząc w kierunku bramy po prawej stronie znów jakieś kamienie wystają z trawy, to pozostałości Starego Holu i Kaplicy – o tym, że ta istniała wiemy z inwentaryzacji z 1246 roku, w której wspomina się, że na wyposarzeniu kaplicy zamkowej był m.in. srebrny kielich mszalny, ornaty i księgi. I tyle tej wycieczki po ruinach zamku Peveril.

Polecam to miejsce, najlepiej w ładną pogodę, po zwiedzeniu zamku warto pospacerować sobie po uroczym miasteczku Castleton leżącym u jego stóp.

Jak tam dojechać?

Z Buxton w sercu Peak District drogą A6 na północ, potem odbić w prawo (są znaki) na Sparrowpit, a potem drogą bez numeru w stronę Castleton, droga była bardzo malownicza  - 20% spadku. Kod pocztowy S33 8WQ.

Ceny:

Posiadacze karty English Heritage – za darmo

Dorośli: £4.60

Dzieci:£ 2.80

Ulgowe (studenci z legitymacją, seniorzy): £4.10

Rodzinne  : £12.00

Godziny otwarcia:

Do 3 Listopada 2013 – codziennie od 10 do 17.

Zamknięte w czasie Świąt Bożego Narodzenia, w Sylwester i Nowy Rok

Od 4 listopada 2013 do 16 Lutego 2014 weekendy od 10 do 16.

17 – 23 Luty 2014 codziennie od 10 do 16.

24 Luty – 31 Marca 2014 weekendy od 10 do 16.

środa, 25 września 2013

jaskinia Blue John, 

Tym razem zabieram was na wycieczkę na północ od Londynu do Peak District. Pojechaliśmy tam na parę dni i postaram się wam pokazać jakie to urocze miejsce. Pierwszy punkt naszego programu był trochę przypadkowy, oto jechaliśmy do zamku Peveril i w oczy rzucił nam się drogowskaz „Blue John Cavern”. Na pytanie mojego ukochanego, czy jedziemy, odparłam, że jedziemy no i pojechaliśmy. Nie pożałowaliśmy, bo wyprawa w głąb ziemi okazała się bardzo interesująca i malownicza.

jasninai Blue John, nurt rzeki

Jaskinię zwiedza się z przewodnikiem, jest dużo wchodzenia i schodzenia po schodkach, ciasne przejścia i dużo zadzierania głowy do góry, bo tam cały urok tego miejsca. Zwiedzanie trwa około 1 godziny, nasz przewodnik był uroczy, miał dar opowiadania, a fakty geologiczne przeplatał anegdotkami i żartami.

nacieki w jaskini

Blue John to kamień półszlachetny, z rodziny fluorytów, a w tej jaskini występuje osiem z czternastu znanych rodzajów tego surowca. W Wielkiej Brytani występuje on właśnie tylko na terenie Peak District, w okolicach miejscowości Castleton, a ta jaskinia to jedna z dwóch, w której jest on obecny.  Jest to uroczy kamień o niezwykle barwnych odcieniach od  fioletowo - niebieskiego po żółtawy. Podobno minerał ten był już wydobywany przez Rzymian, ale pierwsza wzmianka w słowie pisanym pojawia się o nim w 1766 roku, a dwa lata później mamy list przemysłowca M. Boultona, który to starał się o licencję na wydobycie lub kupno kopalni wydobywającej minerał określany jako „Blue John”. W hotelu Friary jest plakietka wykonana z tego minerału datowana na 1760 rok. W tym samym mniej więcej czasie architekt R. Adam używał tego surowca do wykonania okładzin na kominki do rezydencji Kedleston Hall.

zabytkow narzędzia górnicze

 Skąd wzięła się nazwa tego surowca? Jest parę teorii, jedna mówi że okoliczna ludność zangielszczyła francuskie słowa „bleujaune” ( czyli niebiesko żółty), druga, że tak ten minerał nazwali Kornwalijscy górnicy, którzy pracowali w XVIII wieku w kopalniach na tym terenie ( bluejenn po Kornwalijsku, a na terenie Kornwalii nazywano tak różne niebieskie skały ). Minerał ten jest nadal wydobywany poza sezonem turystycznym, używane do tego są kilofy. W czasie wycieczki pokazano nam obecnie eksplorowaną żyłę nośną. Pozyskiwana jest ograniczona ilość minerału, do uzupełnienia zapasów itp., nie jest to wydobycie na skalę przemysłową.

 depozyt minerału

W przykopalnianym sklepiku można kupić małe pamiątki, ale pobliskiej miejscowości Castleton mamy sklep z wiekowymi tradycjami, można tu podziwiać zdolności rzemieślnicze. Z tego minerału wyrabia się głównie ozdoby, misy, jaja, biżuterię.

Castleton, sklep, Blue John 

Polecam taką wyprawę, dla odmiany można się przyjrzeć cudom natury skrytym pod naszymi stopami.

Gdzie to jest?

W Peak District, trzeba wyjechać z Buxton drogą A6 na północ w stronę Chapel en le Firth, potem odbić w prawo na Sparrowpit, a potem to już po znakach. Jaskinia jest otwarta od 9:30 do 17:30 w lecie, w zimie do zmierzchu (zależy też od pogody) , zamknięta w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Parking za darmo.

Ceny aktualne w momencie publikacji wpisu:

Dorośli : £9.00

Dzieci: £4.50

Ulgowe (studenci z legitymacją i emeryci): £7.00

Rodzinne: £25.00

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

 

Po archeologicznych eskapadach ( Carn Euny  i Chysauster)  w odległą przeszłość zdecydowaliśmy się na podróż w czasie i przeskoczyliśmy do połowy XIX wieku - wybraliśmy się do stacji telegraficznej w Porthcurno.

Oto epoka rozwoju przemysłowego, wielkich zmian polityczno-społecznych, powstają nowe imperia, rodzą się fortuny i czas zaczyna szybciej płynąć. Nadchodzi nowa era, w której posiadanie i szybki przekaz informacji jest na wagę złota, stare metody posłańca na koniu, a nawet rozwijająca się poczta, nie są już wystarczającym środkiem przekazywania informacji.

Sytuację poprawiło (przełom XVIII/XIX wieku) zastosowanie nowego rodzaju telegrafu optycznego (shutter telegraph system) opracowanego na wzór francuskiego telegrafu Chappe’a. Otóż, w czasie wojen Napoleońskich francuscy bracia Chappe opracowali system optycznego przekazywania informacji na odległość, opierał się on na sieci wież w odległości 9-10 mil od siebie, które były w stanie przekazać informacje z szybkością 1.75 słowa na minutę. Dla porównania:  wiadomość w Królestwie Brytyjskim z bazy morskiej w Portsmouth do siedziby Dowództwa Floty w Londynie, niesiona w torbie przez jeźdźca na koniu – to 4.5 godziny. To duża strata czasu, zwłaszcza w czasie działań wojennych.

Wielka Brytania potrzebowała swojego własnego systemu, pojawiło się parę propozycji, ale ostateczne wybrano dzieło Lorda Geogre’a Murraya. Machina o wysokości 20 stóp ( około 6 metrów) to konstrukcja ram w dwóch kolumnach o 6 polach -2x3, w ramach są „okiennice”, które mogą być w pozycji zasłaniającej – wypełniającej pole, lub w pozycji otwartej. Poszczególny układ reprezentuje litery itp., w ten sposób wiadomość jest przesyłana na duże odległości szybciej niż starymi metodami. Murray otrzymał za ten wynalazek 2000 funtów, a pierwszy szef tego przedsięwzięcia = G. Roebuck otrzymywał pensję 300 funtów rocznie. Linia biegła od Portsmouth przez wzgórze Beacon, Hascombe (Telegraph Hill) , Chessington, Putney (niedaleko Telegraph Inn), Chelsea do Whitehallu – czas przekazania wiadomości to 7.5 minuty – jak błyskawica w porównaniu z konnym jeźdźcem. W każdej wieży pracowało 4 mężczyzn, dwóch do obserwowania przez lunety sąsiedniej stacji - odczytywali oni wiadomości i krzyczeli do pozostałych dwóch, którzy pociągając za sznury odsłaniali i zasłaniali okiennicami pola w ramkach konstrukcji, przekazując wiadomość do następnej stacji. Czasami stacjonował z nimi oficer z Marynarki Królewskiej.  Potem pojawiły się telegrafy z ramionami (semafory), których ułożenie przesyłało zakodowaną wiadomość. Oczywiście taka komunikacja miała swoje wady, była ograniczona przez warunki atmosferyczne i nie można jej było używać przy braku widoczności.

Potrzebne były nowe wynalazki i odkrycia, i tak ujarzmienie elektryczności przez Volta, a zwłaszcza jego bateria otworzyły nowe perspektywy w rozwoju szybkiej komunikacji. Wszystko zaczęło się na kolei w latach 30tych XIX wieku, gdy zaczęto wykorzystywać prąd elektryczny do przesyłania sygnałów i komunikacji między stacjami kolejowymi. Najpierw używano kabli żelaznych, które następnie zostały zastąpione przez kable miedziane. Gdy okazało się, że jest technologia i jest potrzeba, doszło do porozumienia firm telegraficznych z kolejowymi w sprawie wykorzystania już istniejącej infrastruktury do przekazywania informacji. Na początku odcinki były krótkie, bowiem sygnał słabł ze wzrostem  odległości, ale rozwój technologii umożliwił powiększenie sieci telegraficznej, która rozrastała się łącząc różne zakątki Wysp Brytyjskich. Nowe materiały izolujące - „gutta percha” (gutaperka), umożliwiły działanie kabli pod wodą i zaczęto układać kable międzykontynentalne (1865 rok) , i tak powstawała siec globalna. Pierwsza próba połączenia dwóch kontynentów była nieudana, bowiem źle oszacowano odległość i zabrakło kabla.

5 needle galvanometer,

Zasada działania telegrafu jest dość „prosta” – wiadomość jest wysyłana impulsem eklektycznym ( prze użyciu klucza lub wyłącznika) i biegnie po kablu do odbiorcy, tam czekał na nią galwanometr –urządzenie odbiorcze. Pierwsze takie urządzenie odbierające sygnał telegraficzny wyszło z firmy Wheatstone’a i Cooke’a – jeden z jej zołożycieli to naukowiec i wynalazca, a drugi to zaplecze finansowo-marketingowe. Maszyna ta miała 5 igieł i choć była skomplikowana w konstrukcji, to jej obsługa nie wymagała znajomości żadnego kodu. Litery były ułożone na tarczy romboidalnej, a impulsy eklektyczne powodowały, że owe igły wskazywały na daną literę i tak cała wiadomość była literowana – odbiorca musiał jedynie znać alfabet i umieć to zapisać. Następnie firma ta wyprodukowała dwu-igłowy i jedno-igłowy odbiornik telegraficzny. Instrumenty te były mniej skomplikowane, za to ich obsługa wymagała szkolenia, gdyż wiadomości były przesyłane kodem Morse’a (stworzonym w 1840 roku). System ten używał kombinacji sygnału krótkiego (kropki) i długiego (kreski)  jako reprezentacji liter i cyfr, po kablu sygnały transmitowane były jako krótkie i długie impulsy elektryczne.

Morse inker

Kolejna innowacja to „Morse inker” skonstruowany przez Thomasa Johna z Wiednia w 1854 roku. Maszyna ta nakręcana była kluczem, taśma papierowa poruszała się pod kółkiem, które naciskając na papier pozostawiało znaki kropki i kreski, reprezentujące kod Morse’a. Weszła ona do użycia w latach 60-tych XIX wieku i sprawdzała się ona szczególnie na krótkich dystansach. Niestety w długich podmorskich kablach impulsy słabły wraz z przebieganą odległością i pojawiały się problemy w odczytywaniu wiadomości. Jeden ze sposobów pokonania tego problemu to lepsze, bardziej wrażliwe odbiorniki i tak pojawia się kolejny wynalazek opatentowany w 1858 roku przez W. Thomsona (Lorda Kelvina tego od zera absolutnego) - lustrzany galwanometr. W maszynie tej użyto światła świeczki lub lampy w celu wzmocnienia ruchów igły tradycyjnego galwanometru.

galwanometr

Problem słabnięcia sygnału jednak pozostał, aż została wynaleziona nowa metoda przesyłania sygnału tzw. kod kablowy – użyto tu podwójnego klucza, nadal używano kropek i kresek, ale zamiast krótkiego i długiego impulsu przesyłano pozytywny i negatywny impuls jako reprezentacja kropki i kreski. W galwanometrze światło biegło w prawo (kropka) lub lewo (kreska). Do obsługiwania takiego galwanometru potrzeba było dwóch pracowników, jednego do obserwacji drugiego do zapisywania tego, co ten pierwszy mu odczytał na maszynie. Ponieważ nie było wiadomo kiedy przyjdzie wiadomość, odbiornik ten musiał być pod stałą obserwacją, trzeba było mieć oczy szeroko otwarte bo nawet przegapienie jednego symbolu mogło mieć tragiczne konsekwencje.

Prawdziwą rewolucją okazał się kolejny wynalazek W. Thomsona (Lorda Kelvina) z 1869 roku znany jako  „The Thomson Siphon Recorder” (Drukarka Syfonowa?) . Maszyna ta była nie tylko wystarczająco czuła i odbierała sygnały biegnące po podmorskich kablach, ale jeszcze drukowała otrzymany przekaz. Delikatna wykonana ze szkła tuba (siphon) spryskiwała atrament na papierową taśmę. Wydruk to zygzakowate szlaczki – góra to kropki a dół to kreski. Następnie telegrafista odczytywał zakodowaną wiadomość i zapisywał ją ręcznie w specjalnym formularzu.

W miarę rozwoju technologii, malały koszty i ten sposób komunikacji stał się bardziej dostępny także dla mniej zamożnych. Dostarczaniem telegramów po całym kraju zajmowała się Królewska Poczta. Pojawiają się też prostsze w użyciu aparaty, działały one na krótkich dystansach i jak podkreślano wtedy mogły być obsługiwane nawet przez kobiety! Chodzi tu o ABC telegraf używany na poczcie, a często tu właśnie pracowały kobiety. Działanie tego aparatu było dość proste – obok liter były guziki, naciskało się guzik i pokręcało korbką – wtedy sygnał był transmitowany po kablu jako seria impulsów. Potem kolejna litera i pokręcenie korbką itd., aż cała wiadomość została przeliterowana. Z drugiej strony na odbiorniku igła wskazywała na tarczy literę i tak aż cała informacja została odczytana. Pracownicy poczty musieli umieć czytać i pisać, ale nie musieli znać kodu Morse’a. Jeżeli oglądaliście brytyjski serial „Lark Rise to Candleford” to tam na poczcie właśnie używano takiej maszyny. Twórcy serialu byli w tym muzeum w Porthcurno, aby poznać zasady działania tego aparatu.

ABC telegraf

Tyle w bardzo „telegraficznym” skrócie o początkach telegrafu, teraz trochę o tym skąd się wzięło to muzeum w Porthcurno. W połowie XIX wieku była to mała osada, parę chatek (hamlet) bez własnego kościoła, gdzieś niemal na końcu świata (na półwyspie nazwanym Lands End). Tymczasem w wielkim świecie rozwija się sieć telegraficzna, o ile sieć lądowa jest dobrze rozwinięta, to brak jest połączenia między lądami, a jest potrzeba szybkiego przesyłania wiadomości do zamorskich krajów. Została utworzona Spółka Telegraficzna – Falmouth, Giblartar i Malta Telegraph Company i właśnie Falmouth zostało wybrane na miejsce, skąd miano pociągnąć zamorskie kable. Jednak jako, że był to mocno uczęszczany port obawiano się, że kotwice, sieci rybackie mogą go uszkadzać, to postanowiono zmienić lokalizację na ten zakątek. Jest to miejsce urocze, sielskie anielskie, o piaszczystej plaży i błękitnej wodzie. Właśnie ta piaszczysta plaża była dodatkowym walorem, bo chroniłaby kable wychodzące na ląd na tym dość skalistym generalnie wybrzeżu.

Porthcurno sandy beach

Pierwszy kabel do Indii pociągnięto w 1870 roku, został on potem przedłużony do Australii. Oczywiście rozwój sieci telegraficznej spowodował wzrost zapotrzebowania na wyszkolony personel i to właśnie w Porthcurno chętni do pracy mogli odbyć szkolenie. Warunki były szokujące, bowiem przez pierwsze 6 miesięcy w czasie szkolenia pracowali oni za darmo a na dodatek musieli sami sobie zapewnić utrzymanie. Szkolenie w tej pierwszej fazie obejmował naukę kodu Morse’a, obsługę lustrzanego galwanometru i odbiornika syfonowego (Thomson Siphon Recorder). Całkowite szkolenie trwało 18 miesięcy i po tym czasie delikwent był gotów do podjęcia pracy w różnych zakątkach Imperium.

Pracownicy w Porthcurno zarabiali 100-150 funtów rocznie, a dwa lata po otwarciu stacji pracowało tu 27 mężczyzn i uczniów. Osada zaczęła się rozrastać, do budynku stacji kablowej z kwaterą superintendenta (dyrektora) i kwaterami kawalerów doszły kwatery dla żonatych i służby pomocniczej – kucharek, ogrodników i fachowców od wszystkiego (handyman – taka złota rączka). Zwiększa się też ilość kabli, w 1873 roku pociągnięto drugi kabel tym razem do Vigo w Hiszpanii, w 1878 roku do wysp Scilly (Isles of Scilly) u zachodnich wybrzeży Kornwalii. W latach 70-tych XIX wieku przez kable w Porthcurno przeszło 200 000 słów, a w 1900 roku stacja doglądała połączenia kablowego z Indiami, oboma Amerykami, Południową Afryką, Australią i następnie z Nową Zelandią. I znów trzeba było rozbudować zaplecze techniczne.

Nowe kable to większa załoga obsługująca, a zatem więcej problemów. Pojawiają się zapiski o nieprzyzwoitym zachowaniu się uczniów i dziewczyn ze służby. Superintendent miał książkę zasad zachowania i wśród czynności zakazanych w niedzielę było m.in. pływanie i śpiewanie śmiesznych piosenek. Było trudno o pracowników do tej bazy, jako że była on w strasznym odludziu – jak to się mówi „diabeł tu mówił dobranoc” czy „wrony tu zawracały” – było tylko jedno połączenie powozem do odległego o 9 mil (14.5 km)  Penzance. W 1891 roku firma zakupiła kawałek ziemi z przeznaczeniem na tereny rekreacyjne – co by młodzi się zajęli sportem, a nie bałamuceniem niewiast. Doskonałym źródłem informacji o życiu na tej placówce są dzienniki superintendenta Spratta. Pisał on o rywalizacji między pracownikami, prozie życia codziennego. Jego córka Edith była pierwszym dzieckiem urodzonym na tej placówce. Opowiada on także o chorobach i śmierci, założeniu biblioteki, pogadankach edukacyjnych, meczach krykieta itd. Pracował on w Porthcurno od początku założenia stacji do 1893 roku gdy został oddelegowany na Gibraltar.

Tymczasem na pobliskim półwyspie Jaszczurzym (Lizard) włoski wynalazca Gugliemo Marconi prowadził swoje eksperymenty z falami radiowymi, które to lecąc przez powietrze potrafiły docierać na długie dystanse. To było zagrożenie dla kabli, bo nie były by one potrzebne, więc załoga z Porthcurno szpiegowała poczynania zdolnego Włocha.

Czasy się zmieniają, zwiększa się użycie telegrafu, w latach 20tych ubiegłego wieku przez stację przechodziło 180 milionów słów rocznie. W 1925 roku wprowadzono innowację – zautomatyzowano stacje wzmacniające sygnał – otóż jako, że jak już wiemy impuls biegnąc po kablu słabł (męczył się), ustanowiono więc stacje w których odbierano sygnał, odczytywano i przekazywano dalej, wzmacniając go w ten sposób (podawano go odnowie, dawano odżywki) i tak biegł dalej do miejsca przeznaczenia – do tej pory wykonywano to „ręcznie”. Teraz wprowadzono nowe maszyny które synchronizowały, wzmacniały i przesyłały dalej impulsy.  W tym nowym systemie dokonano dalszych udoskonaleń, otóż wiadomość była zapisywana na taśmie przy użyciu klawiatury, która zamiast liter wybijała dziury po dwóch stronach ciągłej perforacji. Ta taśma była wkładana do automatycznego nadajnika, który odczytywał kod i wysyłał go jako pozytywne i negatywne impulsy. Zwiększało to także szybkość przekazywania informacji. Odbiorniki także drukowały wiadomość w formie literowej na taśmie papieru, która to mogła być pocięta i naklejona na formularz telegraficzny i już była gotowa do doręczenia do adresata. To się nazywa progres.

Niestety ten nowy automatyczny system spowodował, że nie potrzeba było tylu pracowników, spadło zatrudnienie mi.in w Porthcurno, miało to tu także dodatkowy efekt, nie potrzeba było tylu uczniów i duża część kwater popadła w ruinę, aż do czasów II Wojny Światowej. Dodatkowo komunikacja radiowa zaczęła się mocno rozwijać i konkurencja na rynku przesyłania informacji były dość duża. W 1934 roku doszło do porozumienia - Eastern Telegraph Company i Marconi Wireless Telegraph Company, najwięksi gracze na rynku połączyli swoje szeregi tworząc Cable & Wireless Ltd. Zasada była taka, że używano takiej metody komunikacji jaka była najbardziej użyteczna w danym środowisku geograficznym, iście Salomonowa decyzja. To przyniosło nawet więcej kabli do Porthcurno, i tak u progu II Wojny Światowej zbiegało ich się tu 14, a ich łączna długość to 150 000 mil (około 241 395 km) i łączyły one Zjednoczone Królestwo z resztą świata.

Gdy rozpoczęła się II Wojna, ważne szychy w Gabinecie Wojennym, zwłaszcza po zniszczeniach biur w Londynie, zdecydowały, że biały budynek w tej zatoczce to zbyt łatwy cel dla wroga i zdecydowano się przenieść całą stację pod ziemię. Planowano wkopać się w granitową górę i przedsięwzięcie to wzięli na siebie górnicy z pobliskiego St. Ives. Wcięli się oni w zbocze, tworząc system dwóch tuneli, następnie zbudowano wewnętrzną drewnianą konstrukcję, doprowadzono system wentylacyjny, aby czułe instrumenty mogły pracować. Stacja miała własny generator prądu na wypadek odcięcia zasilania, ciężkie drzwi pancerne chroniły dojście do stacji, były one także pokryte farbą reagującą na gaz. Wykuto również tunel ewakuacyjny schodami w górę na szczyt góry, w wypadku gdyby wejście zostało zablokowane przez wybuch bomb. Wszystko to zajęło zaledwie rok i stacja została przeniesiona do nowej siedziby w 1941 roku. Jako że było to ważne strategicznie miejsce, przysłano tu cały pluton, który stacjonował na boisku do gry w kulki, potem zwiększono kontyngent do 300 żołnierzy. Każdy pracownik i mieszkaniec miał przepustki, które musiał mieć zawsze przy sobie. Na plaży zamontowano specjalne miotacze ognia i dodatkowe stanowiska obronne m.in. zakamuflowane jako przystanki autobusowe. Stacja ta przekazywała wiadomości i była doskonale przystosowana, bo mogła korzystać z kabli, a także z drogi radiowej (wireless).

schody ewakuacyjne

W czasie wojny wykorzystywano kable głównie do przesyłania informacji o znaczeniu strategiczno-narodowym. Używano również tej metody do zawiadomienia o śmierci w służbie wojskowej – dlatego bliscy żołnierzy, zwłaszcza matki i żony, drżały gdy do drzwi pukał niosący telegram posłaniec. Firma Cable & Wireless oferowała dla osób w służbie i ich rodzin darmowe przesyłanie wiadomości, a tym rodzinom, których dzieci zostały ewakuowane w bezpieczne miejsca z terenów przemysłowo-strategicznych, zezwalała na dwa darmowe telegramy rocznie. Dla usprawnienia komunikacji stworzono księgę wiadomości z przykładami najbardziej popularnych i tak na przykład można było poprosić o wysłanie wiadomości 46 „All well at home” czyli „ w domu wszystko w porządku” , numer 23 „letters arriving regularly” czyli „listy dochodzą regularnie” a także 98 „ please send me £x” – „ proszę przyślij pieniądze za x wstawiało się sumę” i ten zawsze z nadzieją pisany o bliskim spotkaniu  „Hope to see you soon” .

Po II Wojne Światowej znaczenie telegrafu zmalało, a kiedy w 1956 roku przeciągnięto pierwszy kabel telefoniczny do Ameryki był to początek końca. Nadal była tu szkoła i uczyła nowoczesnych technologii,  jednak w 1970 roku dokładnie po 100 latach stacja ta odeszła na emeryturę. W 1993 roku przeniesiono szkołę do bardziej dostępnego miejsca w Coventry, i tak powoli miejsce to pustoszało.

W Wielkiej Brytanii serwis telegraficzny zamarł w 1982 roku, w Stanach Zjednoczonych firma Western Union zaprzestała używać go w 2006, a parę tygodni temu w lipcu w Indiach wysłano ostatni telegram. Choć to jeszcze nie koniec, bo działają tzw. historyczne serwisy (heritage services), a w Argentynie np. rezygnację z pracy podobno zwyczajowo wysyła się telegramem, to są to już ostatnie tchnienia tego systemu komunikacji. Niedawno Guardian ( gazeta ) przypomniała nam o paru ciekawych telegramach które przeszły do historii. W 1903 Orville Wright  przesłał telegram „SUCCESS FOUR FLIGHTS THURSDAY MORNING ALL AGAINST TWENTY ONE MILE WIND” informując o swoim sukcesie lotniczym. Niektórzy użytkownicy popisywali się swoim humorem i tak Robert Benchley wysłał telegram do edytora New Yorkera Harolda Rosa ze swojej wyprawy do Wenecji „STREETS FULL OF WATER. PLEASE ADVISE," czyli „na ulicach pełno wody, co robić” . Najkrótsza wymiana telegraficzna to Wiktor Hugo i jego wydawca – pisarz wysłał telegram „ ? „  pytając się o sprzedaż najnowszej książki, a  wydawca odpowiedział „ ! „ Tę anegdotę przypisuje się też do Oskara Wilde. Tu przypomniała mi się historyjka o Sienkiewiczu który pisał „Potop” w odcinkach do gazety i wysłał telegram do wydawcy -  jakoś to tak było „ gdzie jest i co robi Kmicic”, a ten odpowiedział coś w rodzaju „ jest w Częstochowie właśnie wysadził kolumbrynę” no i o mały włos nie została włączona w to policja, ale superintendent na poczcie okazał się zagorzałym czytelnikiem powieści w odcinkach i się kapnął o co chodzi. Ach działo się to, a działo. W tym muzeum proszą o stare telegramy jakie ludzie mają w domu, zbierają je jako kolejne źródło historii społecznej. Dobry pomysł, bo można zapewne wiele informacji ocalić od zapomnienia.

maszyny telegraficzne stare

To, że możemy to miejsce zwiedzić i dowiedzieć się tyle ciekawych rzeczy o początkach komunikacji, zobaczyć te wspaniałe maszyny, które zmieniły świat zawdzięczamy jednemu z nauczycieli w tej placówce Dawidowi Kendall-Carpenterowi. Jego zainteresowanie starymi instrumentami ocaliło wiele z eksponatów ze śmietnika historii, odnalazł je, odnowił i pokazywał studentom ich działanie. On i kilku jemu podobnych zapaleńców stworzyli małe muzeum w tunelach z czasów wojny, oprowadzali chętnych pokazując swoje skarby. W 1998 roku fundusze z Lotterii i firmy Cable & Wireless pozwoliły na stworzenie zaplecza turystycznego i konieczne remonty w tunelach i tzw. Eastern House budynku z 1904 roku. Obecnie muzeum jest w rękach PK Trust utworzonego w 1997 roku przez Cable & Wireless w celu ochrony, konserwacji kolekcji instrumentów oraz edukacji przyszłych pokoleń. Możemy zwiedzać budynek z 1904 roku oraz tunele, są też plany rozbudowy muzeum.

muzeum telegrafu w Porthcurno

Jest ono małe, ale bardzo przyjemne, ma dużo eksponatów, można sobie popróbować na tych których można dotknąć, są filmy pokazujące działanie instrumentów, pogadanki, wystawy, a schodami ewakuacyjnymi można wejść na samą górę.  Polecam, można to miejsce umieścić w planach wycieczki po Kornwalii, a jak mieszkacie w okolicy to warto się tam wybrać, jeżeli jeszcze nie byliście. Jeśli mieszkacie, pracujecie i płacicie podatki w UK to po zadeklarowaniu Gift Aid, - podaje się dane osobowe i adres – dostaje się kwitek na wstęp przez cały rok, taka opcja także dodatkowo wspomaga to miejsce finansowo.

Godziny otwarcia

Codziennie od 10-17.

Od 16 wrześnie 2013 muzeum będzie zamknięte z powodu rozbudowy.

Ceny:

Dorośli – £7.20

Dzieci  (wiek 5-15) – £4.20

Rodzina – £18

Emeryci (powyżej 60tki) – £6.50

Studenci z legitymacją – £5.20

Dojazd - TR19 6JX to kod pocztowy 
Z Penzance A30 w stronę Lands End, potem B3283 i znów biała droga bez numerka ale są znaki, parking płatny. Widzieliśmy tam też autobusy, 501 i 504 jadą one z Penzance i St. Ives, są zniżki (10%) jak się przyjedzie autobusem – trzeba zachować bilet.

Więcej szczegółów na stronie Porthcurno – telegraph museum.

sobota, 03 sierpnia 2013



Zwiedzanie tego miejsca mieliśmy w planach od początku naszej wyprawy do Kornwalii, jako że leży ono także w pobliżu Penzance. Pojechaliśmy tam prosto z Carn Euny, jest to już miejsce o bardziej cywilizowanym dojeździe i ma parking z toaletami, oraz kasę biletową. My jechaliśmy od Carn Euny do Penzance i potem na Gulval drogą B3311 a potem trzeba znów na drogę oznaczoną na biało, ale jest to dość dobrze oznaczone. Parking jest tylko dla zwiedzających osadę, do której jeszcze trzeba dojść przechodząc przez drogę i idąc wyznaczonym szlaki wśród pól i łąk, czasem nam zajączki drogę zabiegną i speszone czmychną znów w krzaki. Potem schodami w górę i schodami w dął i dochodzimy do wielkiej łąki z małym baraczkiem, który jest zarówno kasą biletową jak i sklepem. Po zakupieniu biletu wyznaczonym szlakiem – wykoszona pas trawy – możemy udać się do tej wyjątkowej wioski.  

House 4 Chysauster

Chysauster w odróżnieniu od Carn Euny zamieszkiwane było w stosunkowo krótkim okresie – głównie w okresie rzymski, chociaż znaleziono ceramikę z wcześniejszego okresu epoki żelaza to nie udało się jeszcze jednak zidentyfikowani pozostałości konstrukcji mieszkalnych. Osada ta jest także przykładem charakterystycznego dla tego rejonu typu zabudowy – domostwa z dziedzińcem (courtyard houses). Jest to jednak specyficzna wioska ponieważ jest dość regularnie rozplanowana i występuje duża standaryzacja układu poszczególnych domostw – powielają one podobny schemat z drobnymi wariacjami. Chysauster podobnie jak osady z tego okresu leży wśród systemu pó,l który niestety ulega dość gwałtownej degradacji.

Wioska ta została datowana na okres rzymski, większość ceramiki pochodzi z II i III wieku naszej ery. W tym czasie typy osad ufortyfikowanych z poprzedniego okresu są nadal używane i budowane, większość domostw ma jest okrągła lub w kształcie łodzi to tu na tym południowo zachodnim skrawku Kornwalii dominują domostwa  z dziedzińcem (courtyard houses). Wioska została zbudowana na granicy ziem uprawnych i tzw. „moorland” terenów zbliżonych do wrzosowisk. W tej część Kornwalii zachował się tylko jeden fort rzymski, okupacja militarna była krótka i mało dotkliwa, życie w wioskach nie zmieniło się zbytnio po podboju. Nadal uprawiano pola ( zboża ) hodowano zwierzęta (kozo-owce) tkano, mielono mąkę itp. W III AD gdy hiszpańskie złoża cyny zaczęły wyczerpywać to w Kornwalii zaczęto intensywnie eksploatować ten surowiec. Często było to na małą skalę w sposób chałupniczy – Anglicy nazywają to wtedy „cottage industry” . Pod koniec obecności Rzymian na Wyspach ta osada została opuszczona i wprowadziła się tu flora oraz te co skaczą, fruwają, pełzają i dziwne odgłosy wydają. Jak sobie po tym miejscu chodziliśmy to co rusz nam obok ucha coś bzykało, spod nóg pierzchało a w zaroślach pokrzykiwał jakiś dość duży ptak – sądząc po głosie, ale był zbyt nieśmiały bo nie chciał nam się pokazać.

Zabudowa jest bardzo ciekawa i większość domostw powiela schemat z mniejszymi lub większymi wariacjami. Wejście do zagrody dość logicznie umieszczono z dala od uciążliwych południowo-zachodnich wiatrów. Mury zewnętrzne są dość grube, przejście często jest wyłożone kamiennym chodnikiem i prowadziło do wewnętrznego Dziedzińca.

Chysauster, Kornwalia, Courtyard house no 4

Po lewej stronie w większości zabudowań występuje Wnęka (Bay) o półkolistym kształcie. O ile generalnie przyjmuje się że dziedziniec nie był zadaszony to czasami te wnęki mogły mieć małą konstrukcję zadaszającą -  przeznaczenie to schronienie dla inwentarza: koni, bydła, kóz- czy owiec.

Naprzeciwko wejścia mamy Okrągły Pokój (Round Room) – ze względu na ilość zabytków ruchomych znalezionych w oraz przed tym pomieszczeniem przyjmuje sią że była to główna część mieszkalna.

Na prawo od wejścia występuje Długi Pokój (Long Room), czasami jest on dzielony na dwa pomieszczenia. Możemy też jeszcze spotkać po prawej stronie Mały Okrągły Pokój (Small Round Room).

Taki był generalny schemat ale jak to w życiu bywa zapewne każda zamieszkująca dane domostwo rodzina adaptowała zabudowę do swoich potrzeb.

Jak już pisałam generalnie uważa się że Dziedziniec nie był zadaszony, to boczne pomieszczenia kryte były strzechą lub darnią. W tej osadzie wydaje się także że niektóre małe pomieszczenia miały kamienne zadaszenie. W każdym Okrągłym Pokoju znaleziono w czasie wykopalisk „ Kamień z Dziurą” (stone with a hollow) – uważa się że była to część konstrukcji podpierającej stożkowaty dach.

stone with a hollow, Chysauster, Kornwalia 

Kamienie takie znaleziono też na dziedzińcu ale niektóre z nich nie były w ich oryginalnym miejscu, zostały przesunięte już po opuszczeniu osady przez jej mieszkańców. Pojawia sią też sugestia że niektóre z tych kamieni to żarna, jak opisywał pierwszy pracujący na tym stanowisku W C Borlase obok tych kamieni były inne kamienie opisane jako rozcieracze itp.

Na pewne elementy konstrukcyjne trzeba zwróci uwagę, mury ( bez zaprawy – tzw. suchy mur) są dość grube, a przy wejściu zwłaszcza są one też ułożone warstwami -  kolejna warstwa wystaje nad dolną warstwę (corbelled inwards). Niektóre wejścia są dodatkowo obstawione większymi kamieniami i wydaje się że posiadały nadproże (lintel). Niektóre dziedzińce mogły być całe wykładane kamieniami – płyty kamienne zostały prawdopodobnie zabrane przez okolicznych mieszkańców, takie obiekty archeologiczne były niestety źródłem surowców budowlanych przez wieki.

dry wall, suchy mur, Chysauster

Jeszcze ciekawszym elementem tej zabudowy są Kanały Wodne (Water Chanells), wyłożone i pokryte kamiennymi płytami doprowadzały i odprowadzały one wodę na dziedziniec i do niektórych pomieszczeń.

Każde domostwo ma też swój ogródek przydomowy, wyodrębniony od reszty osady. To wydaje się potwierdzać hipotezę że to była nowa osada i została zaplanowana, wykorzystano przestrzeń do stworzenia funkcjonalnego miejsca zamieszkania, w przeciwieństwie do zatłoczonych osad jak np. opisana już na tym blogu Carn Euny.  

Najciekawszym domostwem w tej wiosce jest Dom 3 (numery nadane współcześnie oczywiście), jest to wielka wariacja (numer 3) na temat tej typowej zabudowy. Wydaje się, że mamy tu tak zwany „semi-detached house” po naszemu bliźniak – dwa domy w jednym. Mamy tu dwa wejścia, dwa Okrągłe Pokoje, dwa Dziedzińce, dwie Wnęki, i dwa pomieszczenia w jednym z domów zamiast Długiego Pokoju. Oba wejścia są obok siebie to po prawej stronie prowadzi na Dziedziniec, po lewej stronie jest Wnęka a po prawej zamiast Długiego Pokoju są dwa pomieszczenia Małe Okrągłe Pokoje (?), a naprzeciw Okrągły Pokój. Dwa pokoje zamiast Długiego Pokoju wydają się być tak pomyślane od początku, nie ma wyraźnych śladów przebudowy. W Okrągłym Pokoju zachowała się dziwna struktura kamienna – najpierw myślano że było tu palenisko, ale nie znaleziono żadnych śladów popiołów czy spalenizny, być może ma to związek z używaniem tego miejsca przez Metodystów do organizowania spotkań religijnych na początku XIX wieku.

House no 3, Chysauster, ancient village

Drugi dom ma wejście i Wnękę po lewej stronie oraz Okrągły Pokój tu Kamień z Dziurą zachował się w oryginalnym miejscu  – nie ma Długiego Pokoju.

Oba domy mają Kanały Wodne i nie można określić czy jeden z nich został rozbudowany i przebudowany, przyjmuje się że taka konstrukcja była zamierzona, pozostaje nam tylko snuć domysły dlaczego? Być może była to duża rodzina i chcieli być blisko siebie, być może teściowa i synowa nie bardzo potrafiły znaleźć wspólny język … możliwości jest wiele.

Dom numer 6 jest także nietypowy, ma on bardzo dużo dodatkowych pomieszczeń i wnęk. Domostwo to ma długie wejście, mur w tej części jest wyjątkowo gruby. Po lewej stronie dziedzińca mamy Wnękę ale przy samym wejściu jest małe pomieszczenie do którego dobiegało szereg Kanałów Wodnych, wydaje się to być swego rodzaju system odwodnienia domostwa czy regulacji wodnej, a po drugiej stronie Wnęki jest niski murek niewiadomego przeznaczenia.

Naprzeciw wejścia jest oczywiście Okrągły Pokój, palenisko wyznaczone jest przez płaski kamień, a w czasie wykopalisk znaleziono platformę w kształcie podkowy przylegającej do murów – interpretowanej jako ława do spania. Pomieszczenie to posiadało też tylne wyjście-wejście.

house 6 long room with 2 doors

Długi Pokój ma dwa wejścia ale nie został on podzielony jak w przypadku Domu numer 3, posiada on jednak mały okrągły aneks w części wschodniej, jego podłoga jest wyżej niż powierzchnia Dziedzińca, układ kamieni wskazuje że to pomieszczenie mogło być zadaszone – (corbelled inwards) kamienie tworzyły coś w rodzaju pozornej kopuły.

House 6, annex in the long room

Ale to nie koniec wariacji w tym domostwie, zaraz przy wejściu po lewej stronie jest okrągłe pomieszczenie taki Mały Okrągły Pokój, o kamiennej podłodze także wyżej niż poziom Dziedzińca. W czasie wykopalisk znaleziono tu pozostałości paleniska oraz fragment ceramiki.

Small Round Room house 6 Chysauster

Jest to niezwykle ciekawe miejsce, nie miałam pojęcia o takich osadach, o domostwach z kamienia, to była porządna wioska, o przemyślanej i funkcjonalnej zabudowie. To co zostało odkryte budzi podziw, a ile jeszcze kryje ziemia. Niesamowite jest to że w latach 30tych ubiegłego wieku właściciel ziemi na której te obiekty odkryto przekazał je w opiekę urzędnikom z  departamentu „Office of Works” (dziwna nazwa), który to później został przekształcony w Departament Przyrody (środowiska). Od 1984 roku wioska ta znajduje się pod opieką English Heritage.

Jest to niezwykłe miejsce i jeżeli się wybieracie do Kornwalii albo mieszacie w tej części Zjednoczonego Królestwa to warto poszukać go na mapie i wpaść na parę chwil.

Godziny otwarcia:

29 Marca – 30 Czerwca: 10-17

1 Lipca – 31 Sierpnia: 10-18

1 – 30 Września: 10-17

1 Października – 3 Listopada: 10-16

Od 4 Listopada do 31 Marca 2014- zamknięte.

Ceny na rok 2013:

Dorośli – £3.60

Ulgowe – £3.20

Dzieci – £2.2

Posiadacze Karty English Heritage – za darmo.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Flag Counter