wystawy

środa, 22 lutego 2017

 

 Paphiopedilum Victoria Regina

  Chodzenie na wystawę kwiatów egzotycznych, a głównie orchidei do ogrodu botanicznego w Kew,  stało sią taką naszą małą tradycją. Nie jestem botanikiem, więc moja wiedza o tych pięknych roślin ogranicza się do tego, że są roślinami i mają liście, łodygi, korzonki i kwiaty. Staram się podpisywać zdjęcia, ale czasem tabliczka była między okazami, albo napis był na patyczku ręcznie pisany i trochę się rozmazał … itp. Niektóre są do siebie tak podobne, a miały inne nazwy na tych patyczkach, że mi się mogło pomieszać. Jedno jest pewne – to są po prostu przepiękne kwiatki i nigdy ich nie mamy dosyć. Na wystawie także były inne egzotyczne rośliny jak bromeliowate, ananasy i rośliny jedzące owady itd. 

W tym roku tematem przewodnim wystawy były Indie oraz znaczenie kwiatów w kulturze i zwyczajach tego kraju. Organizatorzy starają się trochę urozmaicić wystawę np. w ubiegłym roku były rytmy Brazylijskiego karnawału obecnie mamy dźwięki ulicy w Kalkucie czy Bombaju – głównie trąbienia i dzwonki rowerowe. Było też parę rzeźb kwiatowo roślinnych np. ryksiarza, słonia czy wielkiego pawia.

Oto nasza fotograficzna relacja z tej wystawy na zachętę dla tych co mieszkają na Wyspach lub się tu wybierają w najbliższym czasie – wystawa jest czynna do 5 marca 2017.

 

 Phalaenopsis „moth orchid” czyli po naszemu Falenopsis „ćmówka” to podobno jedna z najłatwiejszych w uprawie orchidei i z tego powodu jest bardzo popularna wśród hodowców i kolekcjonerów, czego efektem są różne mieszańce. Na wystawie ten rodzaj był licznie reprezentowany. Pokazujemy tylko parę zdjęć bo w poprzednich latach już je pokazywaliśmy. Orchidee w Brazylijskim rytmie i Orchidea piękna jest

Phalaeonopsis  "Pebble Beach"

Phalaenopsis Miraflore 

 Cymbidium  to kolejny popularny rodzaj orchidei, łatwe w uprawie roślinki i mające przepiękne ubarwienie, wytwarzają pseudo bulwy a niektóre rosną naprawdę wysoko mamy bliskie spotkania trzeciego stopnia z piękną orchideą. Nazwane są one potocznie „Boat Orchids” czyli łódkowate.

Cymbidium "Ice Nymph"


Cymbidium Goddon Loch "Vieux"


 

Cymbidium Liz Johnson 

 

Cymbidium Strathbraan "Cooksbridge Pearl"


 

 Cymbidium Latigo "Cooksbridge Sunset"

 

 Cymbidium Ray bilton "Cooksbridge Satin"

 

 Cymbidium Maugham Down "Cooksbridge Rajah"


Cymbidium Loch Eck

Loch Heilen "Hamsey" 

 

 Cymbidium Linlithgow Loch "Lewes Gleam" 




 Cymbidium Loch Insh "Lewes"

 

Cymbidium Holy Loch "Lewes"


 Cymbidium Loch Tay

  

Cymbidium Mighty Mouse "Minnie" 

 Vanda (Wanda) to kolejny rodzaj orchidei występujący na wystawie w dużej ilości. Jest to dość popularny gatunek, zwłaszcza wśród hodowców produkujących hybrydy. Niektóre  kwiaty z tego rodzaju są zagrożone, handel dzikimi orchideami jest zabroniony, zwłaszcza Vanda Coerulea ( Blue Orchid – Błękitna Orchidea). Ten rodzaj jest także narodowym kwiatem Singapuru. Nazwa Vanda pochodzi z Sanskrytu, a kwiaty te są używane w hinduizmie jako ofiary dla bogów i w czasie obrzędów religijnych „Puja” (Pudźa).

 

Vanda Coerulea Błękitna Orchidea 

 

 

Vanda Natcha Honey Drops

 

 

Vanda Divana Pink 

Dendrobium – to jedna z liczniejszych rodzajów, ma około 1200 gatunków, które są bardzo różnorodne, niektóre z nich żyją na drzewach, rosną w tropikach i subtropikach.

 

Dendrobium So Nook Thailand Black

 

Inne ciekawe orchidee to Miltonia, Oncidium, Epidendrum czy wyglądające jak pantofelki Paphiopedilum. Dwie pierwsze odmiany to kolejne fikuśne rodzaje tej roślinki. Często wyglądają bardzo podobnie i obie mają urocze kwiatki, które pobudzają naszą wyobraźnie, a ja często widzę w nich postacie np., panny w balowych sukniach albo wesołych skoczków spadochronowych. 

 

 

Miltonium Regnellii

Miltonia Bluntii 

 

Oncidium Altisium nazywana Wydlers Dancing Lady lub jak ktoś woli Popcorn Orchid (Kukurydzianka)

Oncidium Maculatum

 

Oncidium Sharry Baby


 Oncidium Wilsonara nad i pod różne jej odmiany

 

 

Laelia Superbiens "St Joseph Staff"

 

Zygopetalum "Blue Caribou" 

 

Oncidium lub Miltonia  

Paphiopedilum Gratixianum

 

Paphiopedilum Maudiae Femma


Zapraszamy na wystawę do Ogrodów Botanicznych w Kew Londynie.

Ceny biletów

Dorośli =£16.50 *z darowizną, £15 standardowy

Ulgowe (studenci z legitymacją, seniorzy po 60-tce) = £15.50 *z darowizną, £14 standardowy

Dzieci ( 4-16) = £3.50

Rodzina ( 2+2) = £37.50 *z darowizną, £34 standardowy

Rodzina (1 +2) = £21 *z darowizną, £19 standardowy

Bilety kupione przez Internet na stronie Kew Gardens są o funta  taniej.

czwartek, 26 stycznia 2017



Jak zawsze o tej porze roku popędziliśmy do Muzeum Historii Naturalnej na przyrodniczą wystawę fotograficzną. To już nasza szósta impreza i choć tym razem nie wyszliśmy z niej oszołomieni, to jednak były zdjęcia, które nas zachwyciły i zainspirowały. Po latach chodzenia na tę wystawy zaczęliśmy już rozpoznawać style różnych fotografów i wspominaliśmy ich inne fotki z przeszłych lat. Sędziowie nie mają łatwego zadania wyłaniając zwycięzców, bo chcą wybrać coś oryginalnego, coś niezwykłego, z jakimś przekazem, a potem przychodzą tacy jak my i im grymaszą. ( hi hi). Wystawa ta pokazuje zwycięzców konkursu fotograficznego organizowanego przez Muzeum Historii Naturalnej, pierwszy raz została zorganizowana w 1965 roku i miała 3 kategorie oraz 500 zgłoszonych zdjęć. W tym roku zgłoszono 50 000 zdjęć, fotografowie pochodzili z 95 krajów. Sędziami byli Bruno D’Amicis, Orsolya Haarberg, Rosamund „Roz” Kidman Cox, Piotr Naskrecki, Klaus Nigge i Lewis Blackwell. Nadal mamy podział na kategorie dla dorosłych i grupy wiekowe dla młodocianych (15-17 lat; 11-14, i poniżej 10 lat . Kategorie są podobne jak w ubiegłym roku, brak jest kategorii The TimeLapse, czyli serii zdjęć – nie przyznano też nagrody wschodzącej gwiazdy (Rising Star Award). Tegoroczne kategorie: Ssaki, Ptaki, Płazy, Gady i Ryby, Bezkręgowce, Rośliny  zgrupowane w Różnorodności Ziemi (Earth’s Diversity) , w Środowisku Naturalnym (Earth’s Environments), mamy Krajobraz, Środowisko Miejskie (Urban), Pod Wodą   oraz Kreacje Ziemi (Earth’s Design) z kategoriami Czarno Białe, Detale, Impresje. Kategoria Fotoreporterska (The Wildlife Photojournalist Award Single Image) pojedyncze zdjęcie, oraz historia w zdjęciach (The Wildlife Photojournalist Award : Story)

Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, “Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.” , „Wildlife photographer of the year 2014” a ubiegłoroczna „Wildlife photographer of the year 2015”

Ogólnym zwycięzcom został Tim Laman i jego zdjęcie „Entwined lives”, którego też wyróżniono za historię opowiedzianą w 6 zdjęciach w Kategorii - Photojournalist Award Story. Jest on biologiem i fotoreporterem, bardzo mocno zaangażowanym w ochronę środowiska, zwłaszcza orangutanów w na Borneo, jego żona zajmuje się tam projektem ochrony tych uroczych i zagrożonych wyginięciem naczelnych małp człekokształtnych. Jego fotoreportaż o osieroconych orangutanach i przyczynach tej sytuacji łamie serce, zdjęcia mówią za siebie.


Zwycięzcą w kategorii Młodocianych został 16-letni mieszkaniec Londynu Gideon Knight za zdjęcie „The moon and the Crow” zrobione w Parku Valentine. Gideon jest miłośnikiem środowiska naturalnego i fotografuje w londyńskich parkach. Planuje kontynuować naukę w przedmiotach ścisłych i nadal fotografować w wolnych chwilach. Zdjęcie to przedstawia kruka na drzewie z księżycem w tle. Spodobało się ono nam bo ma takie specyficzny klimat, mogło by być ilustracją do opowieści Edgara Alana Poe. Kolorystyka to czerń, ciemny błękit, granat,a rozmazana biel księżyca nadaje temu zdjęciu też takiego specyficznego charakteru kreskówki. Ma się wrażenie ze ptak zaraz wzleci ze złowrogim krakaniem.


©Gideon Knight „The moon and the crow”

Kategoria z ptakami jako temat miała bardzo fajne zdjęcia i dwa z nich Wam przybliżę. Pierwsze to zdjęcie zwycięzcy w tej kategorii, wykonane przez Ganesha H Shankara zatytułowane „Eviction attempt” ( Próba wysiedlenia). Zdjęcie przedstawia scenkę z życia w Indyjkim Parku Narodowym Keoladeo, znanym także jako ptasie sanktuarium. Otóż ptaszek o bardzo dziwnej nazwie Aleksandretta obrożna ( rose ringed parakeets) wrócił do swojej dziury w gałęzi, a tam tymczasem zamieszkał sobie intruz w postaci warana bengalskiego (Bengal monitor lizard). Zadziorne ptaki dziobały jaszczurkę i jedna uczepiła się jej ogona i tak wisiała, dopóki ten nie schował się do dziury. Atakowały jaszczurkę jak tylko wystawiła ona nosek aby się nagrzać w słońcu i tak przez dwa dni, aż w końcu ptaki się poddały i pofrunęły w poszukiwaniu innej wolnej od mieszkańców dziury. Ten zadziorny i skrzekliwy ptak adaptuje się bardzo szybko do otaczającego go środowiska, rozpowszechnił się w Europie można go spotkać m.in. w Londyńskich parkach. 


© Ganesh H Shankar “Eviction attempt”

Druga fotka to „ I spy with my raven eye” (Wypatrzyłem moim kruczym oczkiem) autorstwa Jose Joana Hernandeza Martineza z Hiszpanii. Kruki to bardzo mądre, sprytne i piękne ptaki. Jose leżał sobie w kryjówce przy specjalnych karmikach dla Ścierwnika  (Egiptian vultures) w pobliżu miejscowości Fuerteventura na Wyspach Kanaryjskich i obserwował kruki. Podkradały one jedzonko wystawione dla większych ptaków i od czasu do czasu siadały na ziemi, aby sprawdzić porzucone przez ludzi butelki. Nauczyły się, że w takich butelkach można coś znaleźć na przekąskę, nie na popitkę, nie szukają resztek alkoholu czy innych napojów, a owadów, małych gadów czy płazów,  które tam wlazły w poszukiwaniu wrażeń smakowych. Jose zaobserwował, że one nawet je przetaczają, nawet stawiając do góry, aby zobaczyć czy jest tam coś smacznego. Ten akurat tak fajnie zagląda jednym okiem – bardzo mi się to zdjęcie spodobało, jest takie z humorem i charakterem.


 

© Jose Juan Hernandez Martinez „I spy with my raven eye”

Następne zdjęcie (kategoria Ssaki) to znajomy autor, był on laureatem w poprzednim roku, otrzymał Nagrodę za Portfolio. I znów jego zdjęcia – jest tu ich kilka – mnie oczarowały tematem, a jedno zwłaszcza atmosferą na zdjęciu. Audun Rikardsen urodził się w wiosce rybackiej w Północnej Norwegii i zawsze interesowała go otaczająca przyroda, zaczął fotografować niedawno w 2009 roku i robi naprawdę ciekawe zdjęcia. Zdjęcie, które mnie oczarowało tym razem to „Night blow”  (Nocny wydech). Otóż było to w czasie polarnej zimy, słońce już za horyzontem, a do portu wracała łódź rybacka, Audun wyjrzał przez okno i dostrzegł stado orek płynących za sieciami pełnymi ryb. Orki wpływają do fiordów w okolicach jego rodzinnego Tromso za ławicami śledzi, a tu przypłynęły za łodzią w nadziei na łatwy posiłek. Audun złapał za ciepłe ubranie i aparat, wskoczył do swojej łodzi i wyruszył na swoje fotograficzne łowy. Było bardzo zimno oraz wilgotno i taka niemal magiczna mroźna mgiełka osiadała na wszystkim. Płynął on za orkami wsłuchując się w ich wydechy i ustawiał aparat po omacku, na wyczucie, bo zapomniał z tego całego pośpiechu latarki. Zwisał z burty łódki i celował w stronę dźwięku wydychanego powietrza lub gdy zabłysnęła gdzieś płetwa. Po sześciu godzinach nareszcie był zadowolony ze swoich prób i wrócił przemarznięty do domu.

Zdjęcie jest naprawdę magiczne. Znów kolorystyczne błękitno-granatowe z białymi chmurkami pary i mgły. Z granatu morza wyłania się kształt orki, płetwa i dymek z otworu nosowego jak z lokomotywy parowej. Można sobie tu wyobrazić ruch płynącej orki po drobnych falach na powierzchni wody, zimno i snująca się mgiełka dodają niesamowitej atmosfery. Trudno się od tego zdjęcia oderwać.


© Audun Rikardsen „ Night blow”

Następne zdjęcie ( ta sama kategoria) mnie zaskoczyło, widziałam je z daleka, żubry na zdjęciu z lasem w tle - to pewnie Polska. Podchodzimy bliżej, a tu niespodzianka, bo zdjęcie jest z Holandii. Nie wiedziałam, że tam mają żubry. Zostały one sprowadzone do rezerwatu Kraansvlak w Narodowym Parku Zuid-Kennemerland w 2007 roku, po tym jak zniknęły z tego terenu w ubiegłym wieku. Sprowadzono tam 6 sztuk, od tamtego czasu urodziło się 20 cielaczków – powoli wraca do naszego środowiska to, co niemal doszczętnie wytępiliśmy. Trochę dobrej woli, trochę zaangażowania i kupa pieniędzy, a można zrobić coś pożytecznego.

Jasper Doest razem z leśniczym wybrali się do wodopoju i czekali na przeciwległym brzegu. Stado przyszło o świcie, a irytujące muszki okazały się bajecznym dodatkiem i tak powstało to urocze zdjęcie, spokój i nadzieja na przyszłość. Żubry zostały prawie wytępione, znamy tę historię z Polski, lata pracy leśników i konserwatorów natury i udało się je wprowadzić znów do środowiska. Jest coś takiego bardzo swojskiego w tym zdjęciu, zwykłego, bliskiego sercu, choć żubra widziałam w reklamie piwa i w zwierzyńcu w górach. To zdjęcie obudziło we mnie ducha dzikich przodków, których zachwycał tej majestatyczny wielki zwierz i na chwilę przenieśliśmy się do tych borów nieprzebytych i cywilizacją nieskalanych. Wstaje nowy dzień, pełen nadziei nie tylko dla tych pięknych ssaków ale i dla nas, że uda nam się ocalić od zniszczenia to co mamy najpiękniejsze i jest obok nas.


© Jasper Deost „Dawn of the bison”

Kolejne zdjęcie, które nas zainteresowało jest z kategorii Bezkręgowce i przenosi z Europy do Południowej Australii. Scott Portelli ukazał nam świat i stworzenia o jakich nam sią nawet nie śniło – cuttlefish (mątwy), to prawdziwe dziwolągi, które naprawdę wyglądają jak istoty nie z tego świata. Przypływają one sobie do zatoki Upper Spencer Gulf na gody i samce walczą o najlepsze tereny na składanie jaj i potem starają się zachęcić samiczki to tego, aby ich właśnie wybrały. Taki taniec godowy to przepiękna zmiana kolorów i wzorków na skórze, a są to duże stwory osiągające długość nawet do 1 metra. Rywalizacja jest zacięta, na jedną samiczkę przypada około 10 samców. Jak już się kawalerowi uda skusić jakąś pannę, to jej nie puści, dopóki nie złoży ona jaj. Tak więc tkwią twarzą w twarz, a cała reszta na około tylko sobie może pomarzyć. Wydawało by się, że ten szczęściarz szepcze do niej „mojaś ci moja i nie oddam cię nikomu”. Całe towarzystwo było tak zajęte, że nie zwracali na fotografa uwagi i ten mógł sobie czekać godzinami na to ujęcie, które oczarowało sędziów a także nas. Spójrzcie na te rozmarzone oczy szczęśliwej pary i te pełne żalu ślipka tych samotników, ich „nosy” pozwieszane na kwintę.


© Scott Portelli „Collective courtship”

W kategorii Rośliny zaintrygowało nas zdjęcie niemieckiej weteranki konkursowej, która znów pojawiła się wśród laureatów. Sandra Bartocha i jej „Heart’s delight” znów wprowadza nas w spektakularny świat roślin, którym ona się bawi. Jej sposób ukazywania tego tematu jest bardzo charakterystyczny i jak to zdjęcie zobaczyliśmy to oboje stwierdziliśmy, że to wygląda znajomo, a po zerknięciu na nazwisko wszystko stało się jasne. Tematem tego zdjęcia jest Cotswold pennycrress ( to tobołki – rodzaj roślin z rodziny kapustowatych), to raczej pospolita roślina w całej Europie. Zdjęcie jest z wyspy Oland w Szwecji i nie ma wyglądu rośliny pospolitej i to jest właśnie jej styl. Ona potrafi wyczarować coś niezwykłego, tu postanowiła spojrzeć z góry, i zastosowała podwójną ekspozycję, zmieniając ostrość z górnego na trzeci rządek nasionek. Efekt jest bajkowy. Poszukajcie sobie tej rośliny w internecie i porównajcie z nagrodzoną fotografią - to tak, jak w opowieści o Kopciuszku i dobrej wróżce, tyle że Sandra ma zamiast różdżki aparat, niezwykłe spojrzenie na świat i intuicję, dzięki którym potrafi takie cuda nam pokazać.


© Sandra Bartocha „Heart’s delight”

 

Z kategorii Czarno Białej chcę wam przybliżyć zdjęcie Lancea van de Vyvera „Playing pangolin”. Lance śledził stado lwów godzinami, gdy te zatrzymały się u wodopoju i znalazły tam zwierzątko zwane pangolin (łuskowiec), uroczy ssak łożyskowy, o nocnym trybie życia, żywiący się mrówkami, pokryty łuskami. Gdy ten ssak poczuje się zagrożony, zwija się w kulkę, a łuski tworzą swego rodzaju pancerz ochronny. Zwykle drapieżnik po jakimś czasie się nudzi i zostawia tę pancerną piłkę, ale nie ten lew. On się nim bawił, toczył go, gdy się trochę znudził to łuskowiec próbował mu odejść i wtedy znów lew się nim interesował, i znów musiał się zwijać w kulkę. Ta zabawa trwała 14 godzin i gdy lwy w końcu sobie poszły, to łuskowiec padł, nie z ran, ale ze stresu i całodziennego wystawienie na żar słońca. Zdjęcie skupia się na tej pancernej kulce i pazurach lwa, śladach jakie zostawiły na powierzchni łusek. Jest tu ta bezsilność atakowanego zwierzaka, który ma nadzieję, że prześladowca w końcu sobie pójdzie, ale i determinacja lwa jakby się uparł, że mu pokarze kto tu rządzi, kto jest tu królem zwierząt.


© Lance van de Vyver „Playing pangolin”

W kategorii Środowisko Miejskie naszą uwagę przykuło zdjęcie liska autorstwa Sama Hobsona. Lisy nie mają dobrej reputacji w Wielkiej Brytanii, są uważane za największe zło w mieście. Ale my je lubimy i często widujemy, bo błąkają się po ulicach w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Rozrastające się miasta zabierają im miejsca gdzie mogą żyć i polować, więc przystosowały się do życia w plątaninie ulic i domów. Często są matowe i tracą to przepiękne ubarwienie, które pamiętam, gdy widywałam je w dzieciństwie w lesie, gdy chodziliśmy na spacery z tatą lub na skraju pola na wsi, gdzie mieliśmy tak zwaną działkę. Śliczne zwierzaki z rudą kitą, a ostatnio mieliśmy także szczęście zobaczyć na własne oczy lisa arktycznego w zimowej białej szacie, w czasie naszej wyprawy na Islandię.

To zdjęcie z Bristolu - brytyjskiego lisiego miasta, a ten lisek tak uroczo wystawił łepek zza murku i wsparł się łapkami ciekawy świata. Tak go opisał fotograf, lubił sobie siedzieć na murku i rozglądać się po okolicy. Najpierw właśnie wystawiał łepek i sprawdzał teren, a potem hop na murek. Sam kręcił się po okolicy, cierpliwie pozwalając rodzinie lisiej zaakceptować jego obecność, gdy poznał ich zwyczaje wiedział już, gdzie się ustawić i pstryknąć portret tego uroczego zwierzaka.


© Sam Hobson „Nosy neighbour”

Ostatnie zdjęcie to kategoria fotoreportażu pojedyncze zdjęcie i tu stały niemalże bywalec tych konkursów, genialny ptasi fotograf Bence Mate. W pamięci mamy jego zdjęcia głównie pelikanów, to są chyba jego ulubione ptaki. To zdjęcie nawiązuje do głównego tematu tej wystawy, czasami w podtekście, a czasami ukazujący nam brutalną rzeczywistość, gdy my niszczymy to co mamy na tym świecie najpiękniejszego - przyrodę wokół nas. Czasem są to kłusownicy, łowcy trofeów, wielkie korporacje itp., ale czasem to nasza prosta wygoda i bezmyślność i to zdjęcie jest tego ilustracją. Robił zdjęcie mewie śmieszce na terenie Parku Narodowego w Kiskunsag , z daleka wydawało się, że niesie ona w łapkach coś do budowy gniazda. Dopiero gdy sprawdzał fotki na komputerze, na dużym ekranie okazało się, że to nie budulec do gniazda, ale że jej stopa jest uwięziona w tym plastikowym wieszaku. Niedaleko parku jest wysypisko śmieci i ona tam pewnie żerowała i jakoś się w ten wyrzucony przedmiot wplątała. To jak wyrok śmierci dla niej, jest mało prawdopodobne, aby mogła przeżyć, autor powiedział, że po dwóch dniach zniknęła. Może ktoś powiedzieć, że to taki pospolity ptak i jeden mniej to nic takiego, ale ….


 

© Bence Mate „Hanger-trap” 

Smutno kończyć takim okrutnym akcentem, lecz po raz kolejny ta wystawa pokazuje nam różne oblicze świata, jego piękno, bezkres, surowość, prawa przetrwania ale i naszą odpowiedzialność, za to właśnie przetrwanie. Jesteśmy istotami rozumnymi, a przynajmniej za takie się uważamy, więc powinniśmy dbać o naszą planetę bo w końcu mamy ją tylko jedną. Jeżeli są gdzieś we wszechświecie jakieś inne możliwe do zamieszkania, to na razie są poza naszym zasięgiem.

Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, nie tylko po to aby popatrzeć na fajne zdjęcia, ale aby poszukać inspiracji na własne fotki, aby zachwycić się otaczającym nas pięknem i aby przekonać się i innych, że warto jest dbać o każdy nawet najmniejszy zakątek. Patrzmy na to co kupujemy i na to co wyrzucamy i gdzie wyrzucamy.

Wystawa będzie w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie do 10 września 2017 roku. Jak co roku zdjęcia będą pokazywane w różnych miastach w Wielkiej Brytanii i miastach europejskich. Szukajcie jej bo będzie m.in. w Bristolu, Gloucester, Southampton a w Polsce m.in. w Bytomiu, Toruniu, Sandomierzu.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez Dział Prasowy Muzeum Historii Naturalnej.

Ceny wstępu:

Dorośli: £10.50 – £13.50

Dzieci i bilety ulgowe : £6.50 – £8

Bilety rodzinne: £27 - £36.90

Bilety można kupić przez Internet link tutaj.  

Naljepszy dojazd do Muzeum to metrem do stacji South Kensington liniami District (zielona) Circle (żółta) i Piccadilly (granatowa).

niedziela, 27 listopada 2016

 

Tym razem zapraszam Was na Plac Trafalgar, do skrzydła bocznego Galerii Narodowej na wystawę o wpływie artysty, znanego jako Caravaggio, na malarstwo Europejskie. Gdy Caravaggio opuścił rodzinną Lombardię i udał się do Rzymu, był młodym, nieznanym malarzem. Dziś uważa się, że był zarodkiem rewolucji w malarstwie europejskim przełomu XVI i XVII wieku. Jego obrazy pełne emocji i naturalizmu oczarowały arystokratów i duchownych, koneserów sztuki i innych artystów. Stworzył on nowy język malarski pełen ekspresji, emocji i realizmu – takie spojrzenie na świat zostało szybko zaadoptowane przez innych malarzy i owiało całą Europę.

Rzym był Mekką dla artystów w czasie gdy Michelangelo Merisi da Caravaggio przybył do Wiecznego Miasta. Dzielnice Santa Maria del Popolo i San Lorenzo w Lucinie to był taki tygiel artystyczny,  mieszkało tu wielu głodnych wrażeń twórców z całej Europy – Francji, Holandii, Niemiec i Flandrii, mieszając się z przybyszami z Włoch. Trzeba sztukę sprzedać aby żyć i choć wielu było mecenasów wśród bogatych książąt i elity kościelnej, chętnych do płacenia za sztukę, to walka o przetrwanie była ostra. Artystyczne temperamenty czasami kończyły się w sądzie, nie tylko za rozprzestrzenianie i oczernianie, ale i za rękoczyny. Caravaggio nie był spokojnym człowiekiem, był bardzo porywczy, co tu ukrywać był łobuzem, utalentowanym co prawda, ale jednak. Nie potrafił trzymać nerwów na wodzy i z tego powodu musiał z Rzymu uciekać w 1606 roku, oskarżony o śmiertelne zranienie Ranucciego Tomassoni.  Tułał się po Europie, stąd m.in. obrazy na Malcie i w Neapolu. Starał się, aby jego patroni wynegocjowali mu przebaczenie i dlatego malował dużo wielkoplenerowych, religijnych obrazów. Artysta zmarł w 1610 roku w drodze do Rzymu, niektórzy twierdzą, że został zamordowany (kiedy był w Neapolu ktoś już próbował go zabić).

 

Na tej wystawie możemy zobaczyć nie tylko jego dzieła, ale i jego kolegów po fachu, który zaadoptowali jego styl i zostawili po sobie obrazy poruszające nasze serca i dusze. Caravaggio wielkim artystą był i jego najsłynniejsze obrazy są olbrzymie, więc nie mogły tu zostać przywiezione,  trzeba sobie pojeździć po Europie, aby je obejrzeć - np. na Malcie, w konkatedrze w Valletcie jest przepiękny obraz „Ścięcie św. Jana Chrzciciela” ( rozmiary: 3.6 na 5.2 metry), ale nie ma możliwości aby był on przewożony, podobnie z obrazami z Rzymskich czy Neapolitańskich kościołów i katedr. Chociaż większość obrazów na wystawie to dzieła  jego naśladowców, czy idących jego torem artystycznego myślenia malarzy ( Caravaggioniści ), to jednak wystawa jest ciekawa i ukazuje nam ewolucje czy nawet rewolucje w sztuce. Miał ten jego styl wielu zwolenników, współcześni koneserzy chwalili jego podejście do malowania, jego naturalizm i użycie światła. Za to inni wytykali mu wulgaryzm i ostatecznie to oni zwyciężyli, a Caravaggio oraz jego sposób ukazania świata odszedł w zapomnienie na parę stulecie. Dopiero w XX wieku przeżył on swój renesans i znów nam mówią, że Caravaggio wielkim malarzem był. Przekonajcie się sami, wpadnijcie na wystawę a jeżeli nie możecie oto moja relacja.  

Jak zwykle mamy krótki film o malarzu i temacie wystawy w małym kinie przy wystawie, warto zacząć od tego filmu, bo potem lepiej nam się ogląda ekspozycje.

 

Boy peeling Fruit © The Royal Collection

Jednym z najstarszych dzieł artysty jest obraz „Boy peeling Fruit” (Chłopiec obierający owoc) namalowany około 1592-3 roku. Obraz ten jest przykładem tzw. „genre paintings” obrazów ukazujących życie codzienne. Oto, proszę, chłopiec w koszulinie zawinął rękawy i obiera sobie nożykiem jabłko czy inny owoc, skórka zwija się w serpentynkę. Chłopiec patrzy na to co robi, nie na widza, mamy więc wrażenie, jakbyśmy go podglądali. Obraz został wykonany na płótnie nie najlepszej jakości, co jest zrozumiałe, bo artysta ledwie przybył do Rzymu i musi jakoś związać koniec z końcem. Nad rękami chłopca jest jakby jakaś plama na koszuli, to zarys liścia, który nigdy nie został namalowany. Obraz ten był w kolekcji królewskiej opisany jako Michael Angelo (pierwsze imiona artysty), potem przypisano autorstwo hiszpańskiemu artyście B.E Murillo, zanim w końcu przywrócono go do twórczości Caravaggio, jest to jeden z obrazów  opisanych przez G. Mancini, XVII-wiecznego biografa malarza. Do kompletu, mamy z tego okresu chłopca z koszem owoców i  chłopca ugryzionego przez jaszczurkę. Wydaje się, że był to swego rodzaju cykl, który łączył model, temat i styl „genre” oraz wykonanie w paru wersjach.


Francesco Buoneri zwany Cecco del Caravaggio “ A Musician”(Muzykant) około 1615, © The Wellington Collection

Obraz ten z kompozycji przypomina „Lute Player” (Lutnistę) i „Boy bitten by a lizard” (Chłopca ugryzionego przez jaszczurkę) – połowa postaci ukazana za stołem, z zaaranżowaną martwą naturą, skrzypce w tej samej pozycji jak u Lutnisty. Postać jest uchwycona w specyficznej pozie i wydaje się, że on nas przyłapał na podglądaniu go. Oto mamy młodzieńca w modnie rozcinanej koszuli, nonszalancko siedzącego na krześle, w jednej ręce trzymającego tamburyno, w drugiej monetę, jakby miał ją podrzucić i chciał się nas spytać orzeł czy reszka. W ustach ma mały okrągły gwizdek, piórko na kapeluszu zawadiacko zwisa za oparciem. Na stole skrzypce, pudełka, teleskop, zwoje, książki w bardzo artystycznie zaaranżowanym nieładzie. Jest tu uchwycony moment w czasie i przestrzeni, chwila jak kadr z filmu, coś się działo przed i zaraz coś się stanie, może moneta zawiruje w powietrzu?

Autorem miał być Velazquey, potem przypisywano go do Caravaggio, ale ostatecznie ustalono, że jest to dzieło Cecca, który był bliskim przyjacielem, współlokatorem w Rzymie, a także modelem dla Caravaggio, może nawet jego uczniem, choć nie miał on zwyczaju dzielić się wiedzą i ideami.

Na tej wystawie można zobaczyć dwa wielkie dzieła malarza wykonane na zamówienie Ciraco Mattei.

Pierwszy z nich to „The Supper at Emmaus” z 1601 roku (Wieczerza w Emmaus). © The National Galery w Lodynie


Caravaggio sięgnął do ewangelii według Łukasza i opowiada nam wydarzenie, gdy dwaj uczniowie Jezusa, Łukasz i Kleofas spotkali go w drodze z Jeruzalem do Emmaus. Nie poznali go, ale zaprosili obcego podróżnika na kolację w gospodzie, a  gdy on pobłogosławił jedzenie doznali olśnienia i rozpoznali w nim swojego nauczyciela. Tutaj mamy właśnie ten moment i kusi mnie, aby powiedzieć przepięknie wyreżyserowany. Caravaggio był dla mnie jak reżyser i scenograf teatralny, jego sztuka to poezja i dramat na płótnie. Oto mamy stół w gospodzie zastawiony jedzeniem: mięsiwo, owoce, wino, chleb, jeden kosz z owocami stoi na krawędzi, mamy niemalże ochotę popchnąć go głębiej na stół. Spójrzcie na owoce w tym koszu, mają one jakieś plamy, jeden trochę jakby zaczynał się psuć, a winogrona błyszczą pełne soku. Czy jest to metafora o życiu, że nie zawsze jest pięknie, czy po prostu ukazanie rzeczywistości - bo jabłka mają plamki, owoce jak za długo leżą, to zaczynają się psuć – ot wielka filozofia, każdy ogrodnik i każda gospodyni domowa to wie. Czy Caravaggio tutaj pokazuje nam rzeczywistość bez retuszu i bez tego tak popularnego w naszych czasach Photoshopa?

Drugi aspekt jego stylu to ruch i emocje. Oto tu mamy ruch błogosławienia posiłku wykonany przez Jezusa i błysk olśnienia w zachowaniu obu uczniów. Jeden z nich rozłożył (Kleofas - ten z muszelką) ręce w takim geście, jakby właśnie miał zakrzyczeć „Jezus Maria!!!” w geście zdziwienia, ale i powitania. Drugi, ten z dziurą na łokciu (Łukasz),  podniósł brwi i zrywa się z krzesła, ale zdążył tylko lekko wesprzeć się na oparciu, nawet nie jestem pewna, czy uniósł już ciało. Przyjrzyjcie się jego ubraniu, nie chodzi mi o dziurę na rękawie ( to normalne u biednego wędrowca), ale to naciągnięcie materiału na ciele, gdy mięśnie pod nim pracują.  Gospodarz za to stoi i wydaje się być nieświadomy wiekopomnego wydarzenia, tak jakby czekał, czy jeszcze coś zamówią, czy już może iść.

Obraz ten był krytykowany za ukazanie Jezusa bez brody, za to, że owoce były nie tego sezonu co trzeba, no bo to wiosna przecież ma być, a tu np. jabłka. Może dlatego takie plamiste, bo te ładne już wcześniej zjedzone, a to drugie tak długo leżało i czekało na klienta, że już trochę przejrzało. Czepiali się po prostu złośliwie z zazdrości.

Drugi obraz to „ The Taking of Christ” 1602 ( Pojmanie Chrystusa) © National Gallery of Ireland


W styczniu 1603 roku Caravaggio otrzymał 125 skudów od Ciriaco Mattei, za obraz z ramą przedstawiający Chrystusa aresztowanego w ogrodzie, to był ostatni z trzech obrazów wykonanych na zlecenie tego mecenasa w tym okresie. Obraz ten był w rodzinie Mattei do XIX wieku, kiedy kupił go William Hamilton Nesbit i zabrał do Szkocji pod nazwiskiem innego malarza Gerrita van Honthorsta. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach odkryto, że jest to ten zaginiony obraz znany z kopi i opisów, co potwierdziły dokumenty archiwalne rodziny Mettei. Tak sobie wisiał na ścianie pod innym nazwiskiem i czekał, aż ktoś zada sobie pytanie i trochę trudu.

Temat ten był popularny w sztuce, powstało wiele obrazów przedstawiających to wydarzenie, opisane we wszystkich czterech ewangeliach. Jezus szedł z Góry Oliwnej i został pojmany w Ogrójcu przez żołnierzy Rzymskich. Obraz jest zatłoczony, postacie wydają się być wciśnięte we framugę, a św. Jan, tu w zielonej szacie, uciekając  nie mieści się po prostu w kadrze. Malarz  przytłacza nas postaciami, daje poczucie chaosu i klaustrofobiczności całej tej sytuacji. Jakby chciał nam pokazać, jak musi się czuć osaczony człowiek. Judasz właśnie złożył na policzku Jezusa zdradziecki pocałunek i okuci w XVI zbroje żołnierze rzucili się na Mesjasza. Jan umyka w popłochu, ale ręce trzymające jego czerwony płaszcz za chwilę go zapewne szarpną do tyłu. Cały obraz wydaje się pochylać w lewą stronę, za ruchem wykonywanym przez aresztujących żołnierzy. Znów mam wrażenie, że jest to stopklatka i za chwilę wszyscy runą na ziemię. Twarz Jezusa jest spokojna, zaakceptował już swój los, ale jego ręce wydają się oddawać emocje obserwatora -  niepokój i smutek. Jeżeli spojrzymy na prawy górny róg, na postać bez hełmu trzymającą latarnię, to mamy tu autoportret samego artysty. Caravaggio jest świadkiem tego wydarzenia i wpatruje się mocno, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, a nam wydaje się, że słyszymy tupot nóg i brzęk oręża. Niemalże chcemy interweniować – nie można stać przed tymi obrazami bez emocji, przynajmniej ja nie umiem.

Kolejny obraz który mnie poruszył i nie dał spokojnie obejrzeć innych prac w jednym z pomieszczeń to „Christ displaying his Wound” (około 1625-35) Giovanni Antonio Galli, znany jako Lo Spadarino  © Perth Musuem and Art. Gallery.

Temat Jezusa pokazującego rany niewiernemu Tomaszowi to kolejny popularny fragment ewangelii, wielokrotnie ukazywany także przez Caravaggio. Ten obraz w moim odczuciu zdominował całe pomieszczenie, nie wiem, czy taki był zamysł kuratorów, gdy układali wystawę. Giovani mnie po prostu tym obrazem oczarował, jest to tak inne podejście do tematu, że nie można obok niego przejść obojętnie. Inspiracją do tego obrazu była terakotowa płaskorzeźba umieszczona nad drzwiami wejściowymi do szpitala św. Marii Nuova we Florencji.  Caravaggio i inni jemu podobni artyści wywoływali w widzu emocje malując scenę w taki sposób, że albo czuliśmy się podglądającymi intruzami , albo bezsilnymi światkami wydarzenia. Lo Spadarino prowadzi z nami dialog, jego obraz do nas przemawia i to nie przez symbolizm itp., ale w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ciemne tło, światło na postaci lub jeżeli ktoś woli bijące od postaci, biel szaty otulającej dolną połowę ciała i samo ciało, i jego różne barwy. Mamy tu zmartwychwstałego Chrystusa, rany już nie krwawią, ale są świeże, część ciała jest jakby szarawa, jeszcze obumarła. Postać wydaje się do nas pochylać, zmarszczone czoło sugeruje słuchanie i jednoczesne zdziwienie, a uchylone usta wydają się do nas szeptać. „Tak to ja” „ Jak to, nie poznajesz mnie?” „Tak umarłem, ale jestem tu teraz” i w końcu „Patrz to są moje rany”. Jest to przepiękny obraz, nie mogłam od niego oderwać oczu.

Kolejny obraz, na który zwrócę waszą uwagę, to „Saint Onuphrius” z 1630? (św. Onufry) autorstwa Jusepe de Ribera © The National Gallery of Ireland.


Św. Onufry żył w IV wieku i był pustelnikiem, który porzucił życie na dworze królewskim swojego ojca i oddał się medytacji, żywił się chlebem przeniesionym przez anioła i nosił tylko opaskę uplecioną z liści, dlatego był też patronem tkaczy. Jusepe namalował tego świętego kilka razy, specjalizował się on bowiem w malowaniu świętych w podeszłym wieku, starych zgrzybiałych, powykręcanyc, pomarszczonych z obwisłą skórą. Wpływ Caravaggia w jego sztuce to oczywiście naturalizm, ukazanie niezbyt miłego dla oka oblicza starości; czarne tło z postacią oświetloną lub emanującą światłem, kontrast między postacią a tłem, teatralność. Jego własny wkład to użycie farby olejnej, niemalże jako pasty olejnej (technika impasto) . Nakładał jej tak dużo, że praktycznie rzeźbił w jej warstwach, tak że powstawały dodatkowe mini cienie nadające obrazowi niesamowity efekt realności. Może lepiej przejść obok tego obrazu na paluszkach, żeby nie przeszkadzać w modlitwie.


„A Concert with Three Figurres” 1615-16 Valentin de Bulogne © The Devonshire Collection, Chatsworth

Kolejny artysta, który często był mylony z Caravaggiem, albo opisywany jako imitator Caravaggia, co jest trochę niesprawiedliwe. Artyści szukają w dziełach innych inspiracji, tak jak kompozytorzy piszą wariacje na różne tematy, także utworów innych kompozytorów. Tematy muzyczne były bardzo popularne, muzykowanie było jedną z form spędzania wolnego czasu, podobnie jak gry hazardowe – obrazy Caravaggio „Musicians” (Muzykanci) czy „Cardsharps” (Grający w karty). To, że te same motywy, to nie znaczy, że od razu imitator, podobnie jak fakt, że malował on prosto z życia, używając modeli. Przebywał w Rzymie na początku XVII wieku, widział dzieła Caravaggio i innych artystów, był ich pracami zainspirowany. Jest to też scena rodzajowa - oto mamy trzech młodzieńców, może w tawernie, bawiących się na całego. Dwóch gra na instrumentach, jeden zdecydowanie śpiewa na całe gardło, a my ich na tym przyłapaliśmy. Może jest to świętowanie jakiegoś wydarzenia, bo śpiewający młodzieniec wydaje się wznosić kielich, w sumie w bardzo dziwny sposób. Chyba już sobie nieźle popili , ten gąsiorek w rogu już jest pewnie pusty. Ciasna kompozycja, postacie prawie dotykają krawędzi obrazu - to też takie w stylu Caravaggio.

Caravaggio miał szczególne podejście do światła, było ono ważnym elementem jego kompozycji, nadawało dramatyzmu, ale nie pokazywał on nam źródła tego światła, było ono zazwyczaj za obrazem, za naszym polem widzenia lub to postać zdawała się emanować światłem.


Hendric ter Brugghen „The Concert” 1626, (Koncert) © The National Gallery London.

Ten obraz też jest porównywany do wyżej wspomnianych obrazów Caravaggio, ale tu mamy inne podejście do światła. Są tu dwa widoczne źródła: jedno w tle - to mała wisząca lampa na ścianie i drugie na przedzie obrazu - to świeca podkreślająca białe elementy odzieży i rzucający cienie na ściany. Podobnie jak w „Muzykantach” mamy tu egzotyczne elementy stroju - turbanopodobne nakrycie głowy kobiety. Dwie postacie odwracają się niby do nas, ale zbyt są zajęte muzykowaniem, aby zwrócić na nas uwagę. Chłopiec w tle wydaje się śpiewać i dyrygować nieprzejęty naszą obecnością. Mamy tu trzy elementy muzykalności głos, struny (kobieta chyba gra na lutni) i flet. Obaj malarze umieszczają winogrona - symbol Bacchusa, boga wina i biesiadowania. Mówi się, że muzyka i wino mogą człowieka podnieść na duchu. Ter Brugghen, w odróżnieniu od erotyzmu w obrazie „Muzykanci” Caravaggiao, raczej skupia się na przekazie o generalnej harmonii –muzyczna alegoria.


Willem van der Vliet „A Philosopher and his Pupils” 1620 (Filozof i jego uczniowie)  © National Trust for Scotland.

Ten flamandzki malarz był dobrze sytuowanym portrecistą, a ten obraz jest jego próbą pokazania, że też inspirował i intrygował go snujący się po Europie caravaggionizm. Mamy tu klasyczne przejawy tego nurtu, ciasna kompozycja, kontrasty, gra światła i cieni, z dodatkiem północnoeuropejskim - obecnym źródłem światła, choć jest ono przysłonione ręką jednego z uczniów. Ta futrzana czapa i broda nauczyciela są niesamowite, wydaje się, że jak zrobimy przeciąg, to zaraz sobie one pofalują. Obserwujemy tu scenę lekcji lub egzaminu, bo ten dzieciak po prawej stronie kurczowo ściska jakąś księgę, jakby chciał coś z niej wycisnąć, a mistrz wydaje się mu wyliczać lub pomagać, przypominając pierwszą zasadę lub punkt. Jest to fantastyczna scenka rodzajowa, ale nie budzi ona w nas takich emocji, nie szarpie za duszę. Choć zachwyca nas warsztat tego malarza, szczegóły, literki w otwartej księdze naprawdę podoba mi się ten obraz,  ale … no właśnie jest jakieś „ale”.


Podobnie jest z obrazem „The Cheat with the Ace of Clubs” 1630-4 (Oszust z Asem Treflowym) Georges de La Tour © Kimbell Art. Museum Texas

Jest to tak inny obraz i rzuca się to w oczy, choć mamy tu znów swego rodzaju tłok, postacie znów są wciśnięte we framugę – choć zaczynam myśleć, że jest to raczej uwarunkowane cenami płócien do malowania, a nie efekt kompozycyjny, bo na tak wielu obrazach to widzimy, albo może tak je przycinali przy oprawianiu w ramki. Temat znów znajomy: gry hazardowe, postacie odcinają się od ciemnego tła, jedna z postaci odwraca się do nas jako, że my ją przyłapaliśmy na próbie oszustwa, bo ma Asa za pasem. Panna w czerwonej czapce z piórkami porozumiewawczo patrzy na służącą nalewającą kielich wina i wskazuje na oszusta – dla niego więcej wina – czyżby był plan, co by go upić i ograć. A może ofiarą jest ta niewinnie wyglądająca osóbka po prawej. Ta służąca znów w taki dziwny sposób trzyma ten kielich. Tak by mogło to być, ale jest to obraz bardzo dwuwymiarowy, wiem obrazy są dwuwymiarowe, ale u Caravaggio i wielu jego naśladowców mamy osiągniętą swego rodzaju trójwymiarowość, a tu tej głębi mi brakuje. Te postacie są płaskie, i takie ładne, że aż sztuczne. Ten i drugi jego obraz na wystawie „Dice Players” (gracze w kości) kojarzy mi się z ilustracjami z jednej z moich książek - jakiegoś zbioru bajek.

Ten styl prawdziwego oddania natury to coś, do czego nawet nam współczesnym byłoby się trudno przekonać. Może dlatego Caravaggionizm odszedł w zapomnienie na parę stuleci.   Dlaczego? Spójrzmy na naszą rzeczywistość - ciągle poprawiamy naturę, od zwykłego porannego makijażu po operacje plastyczne. Magazyny dla kobiet są pełne retuszowanych zdjęć, narzucających nam jak mamy wyglądać. Aktorki i gwiazdy są piętnowane za małe uchybienia w akceptowalnym pięknie. Chodząc po supermarkecie wybieramy to, co jest uważane za piękne, okrągłe błyszczące jabłka, proste marchewki itd. To nie jest natura, to podróbka.

Dlatego uważamy Caravaggio za geniusza, bo pokazywał świat taki jakim jest, bo nie bał się niedoskonałości, bo chciał nam coś w obrazach przekazać, widział piękno w naszych różnorodności i ułomnościach. Jest geniuszem bo potrafił uchwycić chwilę i utrwalić ją na płótnie, bo inni artyści patrzyli na jego dzieła i czerpali z nich inspiracje to tego stopnia, że ich wysiłki były uważane za wyniki jego pracy. Caravaggio swoim podejściem do malowania wywalał lawinę w sztuce Europejskiej, dlatego wystawa nazywa się „Beyond Caravaggio”, bo ukazuje nam świat artystyczny pod jego wpływem. Zachęcam do wypadu na tę wystawę.

Wystawa będzie w Galerii Narodowej w Londynie do 15 stycznia 2017 roku.

Godziny otwarcia 10-18 ostatnie wejście 17:15 w piątki do godziny 21 ostatnie wejście o 19:15 – ale od razu mówię 45 minut to za mało na tę wystawę. Zarezerwujcie sobie co najmniej 2 godziny.

Ceny: bilety są na konkretną godzinę wejścia na wystawę.

Dorośli - £16 z darowizną a £14 bez darowizny

Seniorzy - £14 z darowizną a £12 bez darowizny

Studenci z legitymacją, dzieci od 12 do 18 lat -  £8 z darowizną £7 bez darowizny.

Galeria zaleca rezerwacje przez Internet lub telefonicznie, ponieważ wystawa jest bardzo popularna.

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi Galerii Narodowej w Londynie.

niedziela, 20 listopada 2016

 

Witam ponownie,  po długiej przerwie wracam do pisania. Na pierwszy ogień idzie relacja z wystawy w Muzeum Brytyjskim „Sunken cities Egypt’s lost worlds”, czyli zatopione miasta utraconego egipskiego świata. Wystawa ta jest podsumowaniem prawie 20 lat pracy zespołu archeologicznego pod kierownictwem F.Giddio, pracującego w wodach zatoki Abukir u wybrzeży Egiptu. Prace na tym terenie, pogrążonym w wodzie od 1200 lat, zaczęły się w 1999 roku. Odkryto ruiny świątyń, budynków,  portu, 69 wraków jednostek pływających, monumentów i posągów oraz tysiące zabytków ruchomych jak biżuteria i ceramika. Dzięki tym nowym odkryciom jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć i prześledzić dzieje i wzajemne relacje dwóch wielkich antycznych cywilizacji śródziemnomorskich: Egiptu i Grecji - od pierwszych osadników zakładających osady handlowo – religijne w  Thonis – Heracleion,  Naukratis i Canopus , potem podbój przez Aleksandra Wielkiego, władanie Ptolemeuszów, do podboju przez Rzym. Przez ten czas osadnicy greccy i rdzenni Egipcjanie żyli w tych osadach, dzieląc polityczne idee, panujący „Greccy królowie” przyjmowali regalia faraonów, zwykli obywatele czcili swoich bogów w świątyniach obok siebie, zacieśniały i mieszały się języki i kultury.

Głównymi bohaterami wystawy są już wspomniane podwodne miasta Thonis-Heracleion i Canopus - miasta pomosty kulturowe, których bogactwo i rozwój napędzane były przepływem ludzi, dóbr i idei. Było to uwarunkowane dogodnym położeniem na tzw. kanoposkiej odnodze Nilu, dostępem do morza i przez rzekę do reszty kraju, bardzo dogodne położenie dla przedstawicielstwa handlowego. Teren ten był taką granicą miedzy lądem a morzem, pełnym jeziorek, wysepek, wydm, wielkim rozlewiskiem. Niestety to było też powodem zniknięcia tych miast z powierzchni ziemi, jako że teren ten nie był zbyt stabilny i w końcu zamulone kanały w połączeniu z innymi katastroficznymi wydarzeniami, ( być może trzęsienie ziemi czy fala tsunami) spowodowały, że osady zaczęły „tonąć”  i zostały  opuszczone. Nowe odkrycia z tych wykopalisk podwodnych pozwoliły naukowcom na lepsze zrozumienie kontaktów, wzajemnych wpływów i przenikania się  tych obu kultur.

W starożytności kanoposka odnoga Nilu biegła 30 km na wschód od miasta Aleksandria. Ten region był znany w starożytności jako miejsce spotkania się kultur greckiej i egipskiej i nawet obrósł on w legendę, jako miejsce gdzie Herakles postawił swoje pierwsze kroki na ziemi egipskiej. Według innej legendy, gdy statki Parysa z porwaną Heleną zostały zepchnięte z kursu, to schronili się oni w świątyni Heraklesa w osadzie przy odnodze Nilu. Sama nazwa miasta Canopus miała pochodzić od imienia pilota (Canobos)  we flocie Menelaosa, który to zmarł w tym miejscu. Dekret z Canopus wspomina o mieście Heracleion leżącym w rejonie Canopos, w którym to czczono boga Amuna-Gareb obok Heraklesa, od imienia którego miasto zostało nazwane. Strabo też pisał o osadach na wschodzie od miasta Aleksandria. Mahmud Bey el-Falaki astronom wicekróla Egiptu nakreślił w 1866 mapę tego regionu wyznaczając hipotetyczny bieg odnogi Nilu, wybrzeża i lokalizacji miasta Canopus. Późniejsi badacze posługiwali się zarówno starożytnymi tekstami jak i jego mapami w poszukiwaniu zaginionych osad. W latach 30tych ubiegłego wieku szukano ich z powietrza, ale kluczowych informacji dostarczyli miejscowi rybacy. Poszukiwania zostały zawieszone na dziesięciolecia i dopiera pod koniec ubiegłego wieku przy wykorzystaniu najnowszych technologii (sonary, magnetometry - rezonanse magnetyczne itp. cuda techniki)  zostały wznowione i przyniosły niespodziewane rezultaty, a to jest dopiero początek.

Canopus – odkryto min. stanowisko archeologiczne o długości 150 metrów pełne kolumn z czerwonego granitu, budynków z piaskowca, z którego wydobyto drobne zabytki z okresu bizantyjskiego (AD 330-641): biżuterię, krzyże, monety i pieczęcie.  Wskazuje to na funkcjonowanie struktur wczesno- chrześcijańskich na terenie byłej świątyni pogańskiej. Obok tego kompleksu, pod 2 metrami piasku odkryto świetnie zachowane fundamenty świątyni egipskiej nad kanałem. Mury świątyni rozciągały się na 103 metry – musiał to być ważny obiekt sakralny, na razie największy w tym regionie. Między kompleksami odkryto składowisko posągów m.in.  głowy faraonów, fragmenty sfinksów, głowa boga Serapis z okresu Ptolemeuszów  ( 323-31 BC) – rozmiary głowy sugerują że cały posąg mógł mieć 4 metry wysokości, obok leżały także rzymskie popiersie personifikujące rzekę Nil (Neilos), urny kanopskie itd.  

Thonis-Heracleion wspomniane zostało w Dekrecie z Canopus z 238 BC. Kiedyś uważano, że były to dwa miejsca. Obecnie naukowcy skłaniają się do hipotezy, że było to jedno miasto ze świątynią boga Amun-Gereb, a nie dwa ośrodki. W 2001 roku na wschód od Canopus odkryto miasto portowe leżące na brzegu odnogi Nilu. Stanowisko rozprzestrzenia się na terenie z wieloma wyspami, tzw. Zachodnim Jeziorem i ma  szereg dróg wodnych m.in. Wielkim Kanałem (Grand Canal), Północnym Kanałem (North Canal). Miasto zostało zidentyfikowane dzięki sanktuarium z różowego granitu z inskrypcją deklarującą, że jest to świątynia boga Amun-Gereb i że miasto nazywa się Heracleion.  Odnaleziono także stelę z granodiorytu z dekretem faraona Nectanebo I (380-362 BC), na którym pojawia się egipskie imię miasta, w którym ją ustawiono jako „The-hone-of-Sais” czyli Thonis . Tak rozwiązała się zagadka dwóch miast w różnych źródłach. Tak więc wydaje się, że Grecy nazywali to Heracleion and Egipcjanie Thonis. Jednym z ważniejszych okryć w czasie podwodnych wykopalisk było znalezienie w okolicy sanktuarium Amun–Gereb wielkiego pojemnika z czerwonego granitu tzw. Ogrodowego Zbiornika (Garden Tank),  wykorzystywanego w czasie obrzędów Misterium Ozyrysa. Znaleziono także 5 metrowe posągi króla, królowej i Hapy (Hapi) - bóstwa żyzności obfitości i wylewającego Nilu. W Wielkim Kanale przy świątyni znaleziono mnóstwo zabytków, co sugeruje, że były one tam złożone w celach rytualnych. Znaleziono tu m.in., wykonane z brązu rytualne chochle, ołowiane modele łodzi powiązane z obrzędem Misterium Ozyrysa.


Najnowsze odkrycia wydają się potwierdzać opinię historyka greckiego Diodorusa, który stwierdził że Thonis- Heracleion był głównym Egipskim portem handlowym (emporion) na Morzu Śródziemnym. Kontrolował on ruch do oddalonego o 77 km portu Naukratis wgłębi lądu. Miasto to istniało już co najmniej  od VII wieku BC, okres świetności przechodziło w V-IV wieku BC, z tego okresu pochodzi tzw. Dekret of Sais regulujący opłaty celne. Na dnie basenu portowego odkryto 750 antycznych kotwic oraz 69 wraków jednostek pływających. Thonis-Heracleion był portem tranzytowym (przeładunkowym), tu przypływały statki z dobrami, gdy uiszczone zostały opłaty celne, ( a także opłaceni zaufani ludzie) towary były kierowane do Naukratis,  przeładowywane na barki do transportu rzecznego. Wielki Kanał i Zachodnie Jezioro łączyły Thonis-Heracleion z Canopus – był to wielki kompleks portowy. (Trójmiasto?). Można powiedzieć, że region ten to bo było Egipskie okno na świat,  nie tylko importowane towary wpływały w nurt rzeki, ale i dobra egipskie spływały z głębi kraju i odpływały w siną dal.

Główne greckie towary handlowe to wino i oliwa, a egipskie to zboże, ałunit (alum) używany w farbiarstwie do utrwalania barwników, natron (soda rodzima, soda naturalna), a także papirus, perfumy i amulety.

Miasta prosperowały na tym układzie handlowym, ale to się skończyło około II wieku BC. Jakaś katastrofa spowodowała, że główna świątynia uległa zniszczeniu i miasto zostało w większości opuszczone. Małe grupki mieszkańców pozostały, m.in. na głównej wyspie zamieszkiwano do VIII AD.  Odkryto tu zabytki bizantyjskie, a jedna ze świątyń została przekształcona w chrześcijańskie centrum religijne.

Nawarstwienie się procesów geologiczno-hydrologicznych, zwłaszcza wspieranych przez aktywność sejsmiczną spowodowało, że teren ten zaczął „tonąć”, był to proces powolny i nieunikniony. Dodatkowo w ciągu ostatnich 2000 lat poziom wody w tym rejonie wzrósł o 1-1.5 metra. Większość obecnych ruin znajduje się na głębokości około 7 metrów. Przyczynił się do tego także proces upłynniania gruntu (soil liquefaction), zostało to odkryte dzięki NMR (magnetometrowi) i to m.in. była przyczyna zniszczenia świątyni boga Amon-Gereb w II wieku BC. Takie procesy musiały być przerażające dla mieszkającej tam ludności.

Zachowały się ruiny, posągi, wyroby metalowe itp. , czego nam brakuje to domostwa zwykłej ludności, te zbudowane z cegieł wykonanych z mułu woda zniszczyła doszczętnie. Jednak zabytki które udało się z dna zatoki wydobyć zachwycają, rzucają nowe światło na życie i zwyczaje zamieszkującej te miasta społeczności. Praca pod wodą nie jest prosta, zabiera więcej czasu i wymaga wyszkolonej załogi archeologicznej. Nie jest łatwo te przedmioty wydobyć, nie wszystko się da, konserwacja zajmuje więcej czasu, podobnie jak datowanie i przypisanie zabytków danym fazom w rozwoju kulturowym. Trzeba wybrać ciekawe, intrygujące przedmioty na taką wystawę, eksponaty które wydadzą się znajome, coś już o nich ludzie mogli słyszeć, przekazujące jakąś historię, pobudzą naszą wyobraźnię, można też przemycić coś nowego, przypisać znane nam pojęcia i idee do odległych czasów – bo ludzkie odruchy i emocje są bardzo podobne. Wystawa jest udana, ciekawa pokazuje po raz kolejny że kultury się przenikają, wymiana idei, produktów, przynosi dobrobyt każdej stronie. Chodząc po wystawie słyszy się komentarze, jak oni to robili, te rzeźby to całkiem, całkiem … itp.

Przy wejściu na wystawę jest film na wielkim ekranie przybliżający nam w skrócie położenie i historię tego rejonu, animacje komputerowe pokazują znane z badań losy tych miast, budowle itd. Fragmenty filmów z wykopalisk, zdjęcia przemykają się przez wystawę, podobnie z podkładem muzycznym, takim uspakajającym motywem wodnym, szumiące fale czy coś w tym rodzaju. Na wystawie zgromadzono 217 przedmiotów od drobnych amuletów po olbrzymie posągi o wysokości 5.4 m.

Napiszę parę słów o kilku zabytkach, choć trudno się zdecydować na wybranie tylko kilku.

Hapi (Hapy) posąg bóstwa żyzności, tu jest to olbrzymi posąg górujący na wystawie, 5.4 metry wysokości, wykonany z czerwonego granitu, znaleziony w wodach zatoki na terenie zatopionego miasta Thonis-Heracleion, datowany na IV-III BC. Jest to typowa figurka bóstwa obfitości, jest to figurka męska, wskazuje na to trzyczęściowa peruka na głowie, niesie on przed sobą tacę ofiarną i uosabia wylewający, użyźniający pola Nil. Została ona znaleziona połamana, w 7 częściach i co jest ciekawe była ona naprawiana po jakichś uszkodzeniach, może po pierwszym wypadku upłynniania gruntu. Wygląda na to że przewróciła się na prawą stronę, a zniszczenia zostały zaretuszowane. Figurki takie nie były bóstwami a raczej reprezentantami, pomostem między ludźmi, królem a światem boskim, donosiły one dary od króla dla bogów, co miało zapewnić dobrobyt całemu krajowi.


W 1899 odkryto w Naukratis stelę z dekretem faraona Nectanabo I (380-362 BC) regulującym opodatkowanie  handlu przepływającego przez Thonis-Heracleion i Naukratis. Znaleziono ją w sanktuarium boga Amun-Ra Baded , a teraz, w tym stuleciu, drugą na terenie świątyni boga Amun-Gereb, w zatopionym Thonis-Heracleion. Stelle są prawie identyczne i bardzo dobrze zachowane, robią one wrażenie, wykonane z granodiorytu o barwie czarno-szarej i wysokości prawie 2 metrów.

Dekret ten stwierdza, że jedna dziesiąta złota, srebra, drewna i przetworzonego drewna, oraz wszystkich rzeczy przybywających drogą morską do miasta Hone ma wpłynąć do królewskiego skarbca.  Podobne stawki pobierane w mieście Keredj ( Naukratis),  także na dobrach eksportowanych, mają zostać ofiarowane świątyni Neith w ówczesnej stolicy państwa Sais. Dodatkowo jest tu określone że ta stela ma zostać ustawiona u ujścia rzeki do morza w mieście zwanym The-hone-of-Sais, stąd mamy egipskie imię tego miejsca Thonis


Wśród znalezisk dużo było małych sarkofagów wykonanych z piaskowca, zwłaszcza spore ich nagromadzenie odnotowano w okolicach świątyni Khonsu-Thoth (bóg zemsty i uleczania oraz bóg sprawiedliwości) czczonego w Naukratis. Prawdopodobnie zawierały one mumie ptaków (sokołów i ibisów), które były świętymi ptakami tych bóstw, a często bóstwa te były przedstawiane w formie ptaków. Ciekawostką jest, że niektóre mumie były starożytnymi oszustwami, nie było tam zwierzątka, jego kości, piór, czy jajek, ale była to paczuszka z błota owinięta bandażem.

Najważniejszym czczonym zwierzęciem w Egipcie był byk Apis, kult ten wywodził się z Memphis. Starożytni historycy informują nas, że kapłani bardzo uważnie wybierali byka ze względu na znak na jego ciele; miał on być czarny, z białą czworokątną łatką na czole, z wyobrażeniem orła na plecach, rozdwojonym ogonem i ze skarabeuszem pod językiem. Zwierzę to z jednej strony uosobienie boga Ptah na ziemi, a z drugiej było także blisko związane z kultem żyjącego króla. Gdy ten wybrany byk kończył swój ziemski żywot, wyprawiano mu pogrzeb, a cały kraj pogrążał się w żałobie. Były one mumifikowane, a całe cmentarzysko odkryto w Saqqara w Memphis. Kiedy znaleziono jego następcę cały kraj się radował. Apis był bardzo popularny, jako że miał dużo mocy mógł m.in. interpretować sny i przepowiadać przyszłość, prorokować, udzielać rad. Nic więc dziwnego, że do jego świątyni w Memphis ciągnęły tłumy pielgrzymów.


Posąg na wystawie nie jest co prawda z tych wykopalisk, ale po raz pierwszy jest pokazywany w Wielkiej Brytanii. Jest to byk w całej okazałości, naturalnych rozmiarach (wysokość 1.9m długość 2 m.), z koroną z tarczy słonecznej zdobionej uraeus (świętą kobrą), jest to bardzo realistyczna rzeźba, pod skórą prężą się mięśnie, fałdy skóry pod głową na szyi czy loczki na głowi. Na słupku wspierającym byka jest grecka inskrypcja stwierdzająca, że wykonano ją na okoliczność wizyty cesarza Hadrian w Egipcie w 130 AD. Greccy faraonowie przyjęli kult Apisa i rozpowszechnili go w delcie Nilu, ale dali mu też ludzką formę Serapisa. Gdy Hadrian odwiedził Egipt także popierał kult Apisa i nakazał odbudować sanktuarium Serapeum w Aleksandrii. Ten posąg pochodzi z tego Serapeum.

Panowanie Ptolemeuszów to dwa olbrzymie ( 5 metrowe) posągi króla i królowej wykonane z czerwonego granitu, które stały przed świątynią Amun-Gereba w Thonis-Heracleion i pilnowały tego miejsca i wiernych przekraczających jej progi. Dynastia ta stara się ukazać siebie na modłę Egipską, pozy, stroje i regalia według tradycji Egipskich. Król ma tylko tunikę na sobie oraz podwójną koronę pschent – symbol unifikacji dwóch części Dolnego i Górnego Egiptu, z uraeus (świętą kobrą) na przodzie tej korony.  W prawej dłoni ściska on cylinder, w którym zapewne miał być spis inwentaryzujący Egipt (mekes), jest to podkreślenie legalności jego władzy – odebranej Persom. Królowa jest of parę centymetrów niższa i trochę bardziej zniszczona, brakuje jej min., prawej ręki, ramienia i lewego kolana. Na głowie ma koronę Hathor i Isis ( krowie rogi, tarcza słoneczna i pióra), korona ta została wykonana osobno. Inne elementy stroju to peruka z drobnych warkoczyków, i suknia plisowana z bardzo delikatnego materiału. Te posągi teraz robią wrażenie, a co dopiero gdy stały u wrót przepięknej świątyni.  

Sztuka egipska wydaje się być raczej „toporna”, daleko jej do wyrafinowania greckich rzeźbiarzy, ale eksponaty na tej wystawie przeczą tej opinii. Zachwyciło nas kilka posągów, były po prostu urzekające, a ich piękno i niezwykłość to efekt kontaktów i przenikania się stylów, technik i idei artystycznych. Oto posąg Arsinoe II córki Ptolomeusza I. Została ona wydana za mąż za Lusimachosa władającego Tracją, który był wojennym towarzyszem samego Aleksandra Wielkiego. Miał on wtedy 60 lat i chyba nieźle się trzymał, bo zginął 20 lat później w bitwie z innym byłym generałem wielkiego wodza. Wtedy Arsinoe poślubiła przyrodniego brata Ptolomeusza Keraunosa, ale to miało tragiczny koniec, jej dwóch synów zginęło po jej nieudanym spisku przeciw mężowi. Uciekła wtedy do Aleksandrii i tam poślubiła swojego brata Ptolomeusza II Philadelphosa, pozbywszy się przedtem jego pierwszej żony, swojej imienniczki, a córki jej pierwszego męża. (Takie to pokręcone, że nawet  scenarzysta oper mydlanych by się tu nie połapał).

Na tym nie skończyła się jej kariera intrygantki - podburzała męża do wojny z Seleucydami oraz przeciwko bratu Argajosowi. Niezłe z niej było ziółko, a Ptolomeusz był chyba w niej zakochany po uszy lub kompletnie zaślepiony, bo po jej śmierci wyniósł ją na ołtarze. W 270 BC wydał dekret w tej sprawie ( Dekret z Mendes), nakazując, aby każda świątynia w Egipcie miała posąg boskiej Arsinoe. Ta rzeźba na wystawie jest z Serapeum w Canopus i choć nie ma głowy, to jeżeli artysta oddał nam to co widział, to była to naprawdę zachwycająca kobieta. Posąg jest bardzo zmysłowy, jeżeli można tak powiedzieć, oto mamy kobietę o kształtach Afrodyty w szacie z materiału tak delikatnego, że jest on przezroczysty i możemy podziwiać wdzięki tej bogini. Powiedzmy szczerze, że obecni kreatorzy mody niczego nowego nie wymyślili, jeżeli chcieli gwiazdy ubrać w długie suknie, ale  tak, aby jak najwięcej pokazać. Posąg został wykonany w czarnym granodiorycie, poza jest tradycyjna - jedna noga do przodu, druga służy jako filar (jak przy wielkich posągach króla i królowej i Hapi), ale wypolerowanie materiału i długa upięta szata nadaje tej postaci dynamizmu i nie wiem kogo bardziej podziwiamy tę kobietę o ciele Afrodyty, czy artystę który wyczarował to cudo z kamienia.

Mit o Ozyrysie -  bóg i mityczny król, nauczył ludzi uprawy ziemi, objawił prawo, pouczył jak czcić bogów, jednym słowem przyniósł cywilizację do Egiptu. Miał zazdrosnego brata Setha, który zastawił na niego pułapkę i go utopił. Jego siostra-żona znalazła jego ciało, a wtedy Seth pociął je na 14 kawałków i porozrzucał po całym Egipcie. Jego siostra-żona Isis po długiej wędrówce pozbierała wszystkie, oprócz jednego ważnego narządu. Bogini udało się natchnąć w męża-brata życie na tyle długo, że poczęła ich syna Horusa. Horus ma pomścić ojca, ale także zadbać o jego należyty pochówek. Takie podejście do  rzeczy reprezentuje rozumienie obowiązków króla, zapewnienie panowania ładu i prawa oraz obrona kraju przed złem (Seth symbolizuje zło i chaos). Faraonowie budowali świątynie i grobowce zmarłym poprzednikom, dbali o swoich ojców jak Horus. Isis to bogini, której imię można przetłumaczyć „Wielka w maggi”, jest tą która uzdrawia, i przywraca Ozyrysa do życia. Od wczesnego okresu Średniego Królestwa obrzędy tzw. Misterium Ozyrysa to uroczystości bardzo ważne, a detale były tylko dla wtajemniczonych. Kapłani przygotowywali figurki (dwie połówki),  zwane Vegetans, wykonane z ziemi, jęczmienia i wody przynoszonej przez rzekę Nil. Formy były ze złota, podlewano je wodą używając złotych naczyń, aż ziarna zaczynały kiełkować. Kiełkujące ziarna z ciała Ozyrysa symbolizowały regeneracją i odnowę życia. To zapowiadało początek sezonu rolniczego. W głównej świątyni Ozyrysa w Dendera siedzał on na tronie otoczony innymi bóstwami, a przeświecało im 365 lamp. W Thonis-Heracleion pod koniec miesiąca Khoiaka  te figurki vegetans Ozyrysa na małych, papirusowych barkach (długości 67.5cm) wypływały we flotylli na Wielki Kanał. W tym kanale odkryto pomiędzy licznymi barkami jedną wykonaną z drzewa sykomorowego, które było wiązane z kultem Ozyrysa, zwłaszcza jego powrotem do życia. Na wystawie mamy modele takich barek, znaleziono ich bardzo dużo, a wykonane były z ołowiu. Były to dary wotywne, obok znaleziono lampy oliwne wykonane z ołowiu.


To tylko parę elementów tej wystawy, która ukazuje nam niezwykle bogatą mieszankę kulturową, bogate miasto, port, centrum religijne, tygiel kulturowo - narodowo – religijny, a odkryto dopiero 5% zatopionego terenu. Potwierdzają się starożytne źródła, świątynia boga Amun–Gereb została znaleziona, Czy uda się odkryć opisywaną przez Herodota świątynię Heraklesa? Miejsce to kryje jeszcze wiele tajemnic, archeologów czeka wiele pracy … tu zdecydowanie ciąg dalszy nastąpi.

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi Brytyjskiego Muzuem. Wystawa będzie w muzeum do 27 listopada 2016 roku.

Ceny :

Dorośli : £16.50

Studenci : £13

Zapraszam.

niedziela, 20 marca 2016

 Inside the Metropolitan Police’s hidden Crime Museum at Scotland Yard, c.1900 © Museum of London 

O wystawie tej wiedziałam, ale nie była ona wysoko na liście moich planów zwiedzania, jednak po rozmowach z paroma osobami w pracy, które na niej były zaproponowałam mojej drugiej połowie, że tam pójdziemy. Wystawa okazała się bardzo interesująca, dobrze przygotowana i wywarła na nas duże wrażenie. Nie wiedziałam, że coś takiego jak „Crime Museum” istnieje i to było największe odkrycie. Otóż w siedzibie brytyjskiej policji New Scotland Yard mieści się taka niezwykła kolekcja przedmiotów związanych z przestępstwami. Wstęp do muzeum był tylko dla policji i zaproszonych gości i to jest pierwszy raz, gdy przedmioty z tej kolekcji są pokazane szerszej publiczności. Jest tu ograniczenie wiekowe, rekomendowany minimalny wiek zwiedzającego to 12 lat, a przestawione sprawy i zbrodnie pochodzą z lat przed 1975 rokiem z wyjątkiem tych traktujących o terroryzmie. Wystawa pokazuje zmiany i ewolucję policji, sposobów zbierania informacji i prac śledczych, znaczenia nowych odkryć naukowych i opowiada o   nowych wyzwaniach dla współczesnego śledczego i wymiaru sprawiedliwości. Ukazane zbrodnie zostały wybrane bardzo starannie, nie chodziło tu o pokazanie makabreski i horroru, ale o relacjonowanie wydarzeń, wyjaśnienie dochodzenia, użytych metod czy wpływu jaki ta sprawa miała na zmiany prawno-społeczne. Eksponaty ukazane na tej wystawie to nie atrapy czy rekwizyty filmowe, to przedmioty które związane są z konkretnymi przestępstwami, narzędzia zbrodni itd. Trzeba o tym pamiętać, gdy się to wszystko ogląda.

Wystawa przedstawia też historię policji i od paru faktów na ten temat zacznę ten wpis. W 1829 roku został uchwalony Metropolitan Police Act, który był podstawą utworzenia policji w stolicy Wielkiej Brytanii, a konkretnie na obszarze określanym jako metropolia ( z wyjątkiem samego centrum tzw. city of London). Przyjmuje się, że twórcą ówczesnej policji był Home Secretary ( minister spraw wewnętrznych) Robert Peel, od jego imienia pochodzi słynne przezwisko londyńskich policjantów „bobbies”, od skrótu jego imienia Robert – Bobby. Główna kwatera była w budynku nr. 4 przy Whitehall, a główne wejście dla interesantów było na tyłach budynku przy ulicy Great Scotland Yard i wkrótce dostała ona przydomek „Scotland Yard”, którego używa się do dziś.

Po ucieczce mordercy Daniela Gooda i próbie zamachu na królową Wiktorię w  1842 roku utworzono Wydział Śledczy (Detective Branch), miał on 8 Detektywów.

W latach 70-tych XIX wieku utworzony został Prisoners Property Store ( magazyn przedmiotów należących do przestępców), według prawa ich własność miała być teraz przechowywana dopóki nie zażądają jej zwrotu po odbyciu kary. Większość przedmiotów pozostała w magazynach bo właściciele nie zgłosili się po nie, m.in. z tego powodu, że otrzymali wyroki śmierci. W połowie lat 70tych XIX wieku inspektor Percy Neame rozpoczął organizowanie przedmiotów zgromadzonych w magazynach dla celów szkoleniowych i to jemu przypisuje się utworzenie Muzeum Policji.

W 1877 roku w wyniku skandalu korupcyjnego w Detective Branch ( Wydziale Śledzcym) zostaje ten wydział rozwiązany i na jego miejsce utworzono Criminal Investigation Department – CID ( czyli taki Departament do ścigania zbrodni) . 

W 1890 roku policja dostaje nową kwaterę główną, bo w starej już się nie mieścili, nazywa się ona teraz New Scotland Yard i tu też zostało przeniesione Muzeum Policji. W 1901 zostaje utworzone Biuro Odcisków Palców, a rok później Szkoła Detektywów mieszcząca się w budynku nowej kwatery głównej.

Muzeum zawsze fascynowało ludność, a dziennikarze prześcigali się w opisywaniu jego zawartości nadając mu przydomek „Mroczne”, ale wszyscy podkreślali porządek (przedmioty dokładnie opisane) i czystość w muzeum. Od 1894 roku muzeum było otwarte 4 razy w tygodniu przez 2 godziny, a wśród zwiedzających muzeum byli m.in. pisarz Jerome K. Jerome ( ten od zabawnej książki „Trzech panów w łódce – nie licząc psa”), Artur Conan Doyle – tego pana nie muszę przedstawiać, Harry Houdini iluzjonista i specjalista od ucieczek, król Jerzy V, Stan Laurel i Oliver Hardy znani jako Flip i Flap.

Pierwsze dwa pomieszczenia wystawy zostały zainspirowane rysunkami przedstawiającym muzeum na przełomie XIX i XX wieku.

Na półkach pod sufitem mamy tzw. Maski Pośmiertne przestępców straconych w więzieniu w Newgate. Był tu taki zwyczaj, że robiono gipsowe odlewy twarzy skazańca.  W jednej z gablotek jest pistolet z którego Edward Oxford usiłował zastrzelić królową Wiktorię w 1840 roku. Był on oskarżony o zdradę, ale okazało się, że był to osobnik niepełna rozumu. Mamy tu też różne rodzaje kajdanek z XVIII i XIX wieku.

Na ścianach są ilustracje z procesów sądowych wykonane przez rysownika Williama Hartley, z krótkimi opisami spraw sądowych. Niektóre mrożą krew w żyłach, jak dwie kobiety Amelia Sach i Annie Walters, które prowadziły tzw. „farmę dziecięcą”, kobiety mogły tam urodzić w tajemnicy - oczywiście za opłatą, a jeszcze obie baby oferowały zająć się dzieckiem lub znaleźć rodzinę, która za drobną opłatę takie dziecko weźmie. Nie miały one jednak zamiaru tego robić, brały pieniądze, a dzieci truły. Nie wiadomo ile było ofiar zanim odkryto ten zbrodniczy proceder. Zostały one skazane i wyrok wykonano w więzieniu żeńskim Holloway w 1903 roku (więzienie istnieje do dziś). Była to ostatnia podwójna egzekucja kobiet w Wielkiej Brytanii.

13._William_Hartley_Courtroom_illustration_of_Amelia_Sachs_and_Annie_Walters_on_trial_for_baby_farming_1903__Museum_of_London_1

 William Hartley Courtroom illustration of Amelia Sach and Annie Walters on trial for baby farming, 1903 © Museum of London 

Inna sprawa to tzw. Piekarnikowe zabójstwo z St Pancras. W 1898 roku Johann Schneider zabił 19-letniego Conrada Berndta pomocnika w piekarni i włożył jego ciało do piekarnika, a potem zaatakował głównego piekarza.

W 1901 roku Maud Eddington próbowała popełnić samobójstwo i przez przypadek zastrzeliła swojego byłego chłopaka. Sąd nie uznał jej winnej zabójstwa, ale skazał na 15 miesięcy ciężkich robót za próbę popełnienia samobójstwa.

Nie wszystkie sprawy to zabójstwa np. Profesor i Madame Keiro, wróżbici i przepowiadacze przeszłości, zostali uznani za winnych wyłudzania pieniędzy i musieli zapłacić grzywnę, ale ostrzeżono ich też, że w wypadku ponownego aresztowania będzie to więzienie.

Po środku sali jest stół z kartami antropometrycznymi. W 1871 roku uchwalono akt w sprawie zapobiegania przestępstwom i na jego mocy Scotland Yard stworzył centralny zbiór informacji o więźniach skazanych na co najmniej miesiąc. Dyrektorzy więzień byli zobowiązani przesłać wymagane dane. Było to pomocne w identyfikacji przestępców, zwłaszcza, gdy powtarzali swoje wyczyny. Na specjalnych kartach notowano m.in. wzrost, kolor oczu i włosów, a także szerokość i długość głowy, długość średniego lewego palca, długość lewej stopy i lewej ręki od łokcia do środkowego palca. Obok są też przyrządy do wykonywania tych pomiarów. Karty mają też fotografie w dwóch ujęciach z przodu i profilu. Na każdej karcie jest opis przestępstwa i kara. Jest tu m.in. 12-latek skazany za włamanie i kradzież ciastek.

21._Handwritten_criminal_record_card_for_Arthur_James_Woodbine_aged_12_1896__Museum_of_London_1

 Handwritten criminal record card for Arthur James Woodbine, aged 12, 1896 © Museum of London  

W jednej z gablotek jest poduszeczka wykonana przez Anne Parker, która stawała przez sądem w Greenwich ponad 400 razy głównie oskarżana o pijaństwo. Tę poduszeczkę wyszyła ona w czasie pobytu w więzieniu, zamiast nici użyła własnych włosów. Kobieta zmarła w wieku 35 lat na gruźlicę.

5._Pincushion_embroidered_with_human_hair_by_Annie_Parker_1879__Museum_of_London_1

 

Pin-cushion embroidered with human hair by repeat offender, Annie Parker, 1879 © Museum of London

Cała jedna gablota poświęcona została słynnemu włamywaczowi (cat burglar – taki złodziej co wchodzi bez robienia dużo hałasu i włamuje się do trudnodostępnych miejsc). Charles Peace pochodził z Sheffield i był utalentowanym muzykiem (są tu jego skrzypce), gdy był nastolatkiem mówiono o nim „ współczesny Paganini”. Nieszczęśliwy wypadek i strata 3 palców oznaczały koniec kariery muzycznej i wkrótce wstąpił on na drogę przestępczą. Sprawne ręce, nawet okaleczone, wystarczyły, aby stał się włamywaczem.  W sierpniu 1876 roku zabił on policjanta w Manchesterze, ale został o to oskarżony i skazany inny człowiek - W. Habron. Charles wrócił do Sheffield i zastrzelił męża swojej kochanki Artura Dysona. Uciekł znowu tym razem do Londynu, gdzie zamieszkał z żoną i przyjaciółką udając uczciwego obywatela. Tu w czasie włamania do domu w dzielnicy Blackheath został przyłapany przez policjanta którego postrzelił. Został skazany pod przybranym nazwiskiem John Ward na dożywocie. Susan Gray jednak nie wytrzymała i opowiedziała policji kim on jest naprawdę i został odesłany do Yorkshire i tam skazany na śmierć za zabójstwo Artura Dysona. Tuż przed egzekucją chyba ruszyło go sumienie, bo napisał list i przyznał się do zabójstwa policjanta w Manchesterze i niewinny człowiek wyszedł na wolność. W drugim liście napisanym do wikarego w Darnall, gdzie mieszkała jego rodzina prosi o litość dla jego rodziny. Są tu oba listy, a także jego „narzędzia pracy”: składana drabina, wytrychy, łom, świder, pilnik, mała lampa, klin którym blokował drzwi dając sobie szansę na ucieczkę, gdy ktoś wracał do domu w którym „pracował”, a także tygiel w którym przetapiał biżuterię.

 

2._Violin_belonging_to_cat_burglar_Charles_Peace_executed_in_1878__Museum_of_London_1

 

Cat-burglar: Violin belonging to cat-burglar Charles Peace, executed in 1878 © Museum of London

Mamy też zbrodnie, które nigdy nie zostały rozwiązane np. „Zagadka z ulicy Harley” W beczce odkryto zwłoki kobiety, nigdy nie odkryto jej tożsamości ani jej zabójcy. Podobnie z Kubą Rozpruwaczem (Jack the Ripper). Od kwietnia1888 do lutego 1891 na ulicach East End zostało brutalnie zamordowanych 11 kobiet. Prasa oczywiście rozpisywała się w tym temacie, a Londyn ogarnęła panika. Jest tu plakat proszący o pomoc z dokładną kopią listu i pocztówek napisanych czerwonym atramentem, a przysłanych do Centralnej Agencji Prasowej. Podpisany on został Jack the Ripper.  

1._Jack_the_Ripper_appeal_for_information_poster_issued_by_Metropolitan_Police_1888__Museum_of_London_1

 appeal for information poster issued by Metropolitan Police, 1888 © Museum of London

Jednym z podejrzanych był George Chapman (Severin Klosowski), niedoszły lekarz, który był właścicielem zakładu fryzjerskiego dla mężczyzn oraz dwóch  pubów. Jakoś mu wymierały partnerki życiowe i gdy ostatnia Maud Marsh zmarła, wykryto ślady zatrucia antymonem. Po ekshumacji dwóch innych kobiet okazało się, że w ich ciałach też była obecna ta trucizna. Innym podejrzanym był kolejny fryzjer z Whitechapel, też o polsko brzmiącym nazwisku Aaron Kośmiński. Inny kandydat to Thomas N. Cream też truciciel kobiet, którego ostatnie słowa to „I am Jack the….”, ale podobno w czasie popełnionych w Londynie zbrodni przebywał on w amerykańskim więzieniu. Sprawa ta do czasów obecnych budzi kontrowersje , spekulacje i pojawiają się kolejne próby rozwiązania tej zagadki  .

Na jednej ścianie drugiego pokoju mamy sznury na których zostały wykonane wyroki śmierci. Każdy z 6 sznurów został użyty w innej egzekucji, każdy przypadek ma opis sprawy. Popełnione przestępstwa to zabójstwa i znów pojawia się kolejna kobieta - „baby farmer” - zajmująca się opieką nad dziećmi za pieniądze. Amelia Dyer obiecała samotnej matce Evalinie Marmon znalezienie dobrego domu dla jej córeczki za opłatą 10 funtów. Zabrała dziecko do domu swojej córki i tu 2-miesięczna dziewczynka została uduszona. Następnego dnia w domu pojawił się 13-miesięczny Harry Simmonds i spotkał go ten sam los. Kolejnego dnia kobieta zabrała ciała do Reading w torbie podróżnej, obciążyła pakunek cegłami, a potem wrzuciła do wody.

Kilka dni wcześniej znaleziono w rzece ciało małej dziewczynki, później zidentyfikowanej jako Helena Fray, detektywom udało się odczytać pod mikroskopem imię Mrs Thomas (nasza podejrzana po mężu) i etykietkę ze stacji kolejowej w Brystolu. To doprowadziło detektywów do Dyer i jej dom został poddany obserwacji. W końcu udało się przeszukać jej mieszkanie i znaleziono tam tasiemki użyte do duszenia dzieci, kwitki z lombardu za zastawione dziecięce ubranka, rachunki za ogłoszenia o podejmowaniu się opieki nad dziećmi i listy od matek chcących się dowiedzieć jak się mają ich dzieci. Okazało się że Pani Thomas podjęła się opieki około 20 dzieci i znów zamierzała się przenieść na nowe terytorium. Z Tamizy wyłowiono dalsze 7 ciałek m.in. Doris i Harrego. Nie wiadomo ile było ofiar, jej działalność trwała przez około 20 lat na różnych terenach Wielkiej Brytanii, ale przypuszcza się, że mogło być ich około 400. Sprawa ta wywołała skandal i niby przepisy adopcyjne zostały zaostrzone, nie ukróciło to jednak tego procederu, o czym świadczy już wspomniana sprawa z dzielnicy Finchley z 1903 roku.

14._Execution_Ropes_19th_and_20th_Century_c_Museum_of_London_1

 

 E xecution ropes, 19 and 20 century © Museum of London  

Jest też karta biznesowa kata Williama Marwooda, który to opracował nową technikę wieszania „tzw. długi spadek” uznawany za bardziej humanitarny niż „krótki spadek”. Skazaniec umierał szybko, gdy jego odcinek szyjny kręgosłupa zostawał złamany. Ciarki przy tym człowiekowi przebiegają po plecach. Mamy tu też Skrzynię Egzekucyjną numer 9 z więzienia w Wandsworth. To taki jeden z zestawów wysyłany na egzekucje po kraju, ta konkretna wróciła 12 października 1959 roku z wyspy Jersey. W skrzyni były 2 liny, tak żeby kat mógł wybrać, sznur może być użyty kilka razy zanim zostanie wymieniony na nowy. Pętla jest formowana przy użyciu metalowego pierścienia. Sznur testowano na worku wypełnionym piaskiem o ciężarze równym wadze skazańca. Worek wieszano i pozostawiano na całą noc tak aby się sznur naciągnął. Ręce i nogi były spinane specjalnymi pasami, a głowa zakrywana kapturem. Inne elementy tej skrzyni to taśma miernicza, i kreda do malowania znaku T w miejscu gdzie miał stanąć skazaniec. Znów człowiekowi przeszły ciarki po plecach. Ostatnia osoba na której wykonano wyrok w miejscu publicznym to Michael Barret w 1868 roku, w 1908 roku kara śmierci została zniesiona dla osób poniżej 16 roku życia, w 1933 roku granicę podniesiono do 18 roku życia. Ostatni wyrok śmierci wykonano 13 sierpnia 1964 roku. W 1969 roku zniesiono karę śmierci za morderstwa, ale utrzymano na zdradę, piractwo z przemocą oraz akt podpalenia statku królewskiego. W 1998 roku kara śmierci została zniesiona całkowicie.

Następnie mamy przedstawionych 24 sprawy kryminalne sprzed 1975 roku. Oto kilka z nich bo na wszystkie nie ma miejsca.

Bracia Stratton rok 1905

Starsze małżeństwo Farrow zarządzające sklepem Chapman’s Oil and Colour Stores w Depfort zostało znalezione brutalnie zamordowane w marcu 1905 roku. Na miejscu przestępstwa znaleziono m.in. pustą kasetkę, w której przechowywano utarg z całego tygodnia i trzy maski zrobione z pończoch. Świadkowie zeznali ze widzieli braci Stratton w okolicy sklepu i podejrzani zostali aresztowani. Dziewczyna jednego z braci też zeznała, że rano poczuła zapach parafiny od niego. Inny świadek pomógł powiązać braci z maskami z pończoch, ale ostatecznym dowodem był odcisk palca Alfreda na pustej kasetce. To był pierwszy raz, gdy użyto odcisków palców do identyfikacji i skazania sprawcy.

23._Masks_used_by_the_Stratton_Brothers_1905_c_Museum_of_London_1

 

 Masks used by the Stratton brothers  1905 © Museum of London 

The Seddon – 1910 rok

To przyprawiło nas o ciarki bowiem adres wydał nam się znajomy, chyba przechodziliśmy koło tego domu w drodze na zakupy, gdy mieszkaliśmy w naszym poprzednim mieszkaniu. W 1910 roku panna Eliza Barrow i jej wychowanek Ernest Grant wynajęli pokoje w domu państwa Seddon. Po roku Eliza zachorowała, doktor przepisał lekarstwa, ale ona wkrótce zmarła. Jej kuzynka przyjechała na wieść o jej śmierci i zdziwiła się, że mimo rodzinnego grobowca została ona pochowana w zwykłym grobie. Potem odkryła, że przekazała ona cały swój majątek Seddonom w zamian za miesięczną wypłatę i darmowy lokal do zamieszkanie. Jej testament spisany w ostatnich dniach życia mianował wykonawcą pana Seddona. Wydało jej się to podejrzane i poszła na policję. Ekshumowano zwłoki i okazało się, że została ona otruta arszenikiem prawdopodobnie wypreparowanym z papieru na muchy. Nie było bezpośredniego dowodu, ale Seddon został skazany na śmierć i wyrok wykonano w 1912 roku. Ciekawostką jest że w 1905 on i jego ojciec zwiedzali Crime Muzeum.

Patric Mahon  -1924, zabójstwo Emily Kaye

P. Mahon miał żonę i dziecko, prowadził podwójne życie, a Emily była jego kochanką, wynajął dla niej i siebie bungalow w Crumbles w okolicach Eastbourne, ale po paru dniach Emily była już martwa. Jego żona odkryła kwit na bagaż ze stacji Waterloo, a w znalezionej tam torbie były zakrwawione ubranie kobiece i nóż. Mahon twierdził, że się pokłócili i Emily upadła tak nieszczęśliwie, że uderzyła się w głowę o pojemnik na węgiel i zmarła, a on spanikował, pociął jej ciało i spalił część, a część ukrył w domku. Okazało się jednak, że już sobie upodobał następną kochankę, a w dodatku Emily zaszła w ciążę. Sąd uznał, że zaplanował on jej zabójstwo, aby się jej pozbyć i zawłaszczyć jej pieniądze. Została skazany na śmierć, wyrok wykonano.

Ze sprawą tą związane jest parę innowacji. Gdy patolog Sir Bernard Spilsbury przybył na miejsce zbrodni zauważył, że detektywi przeglądają wszystko gołymi rękami, wprowadził on wtedy tzw.”murder bag”, czyli taką torbę śledczą, w której były wszystkie sprzęty potrzebne do prowadzenia oględzin.

22._Murder_bag_forensics_kit_c_Museum_of_London_1

 Murder bag: a forensics kit used by detectives attending crime scenes, c.1946 © Museum of London 

 Zrobiono zdjęcia i użyto ich w czasie procesu sądowego. Zdjęcia także robiono w czasie rozprawy i w 1925 roku wydano akt zabraniający robienie zdjęć, czy kreowanie obrazów w czasie procesu. Ta zasada obowiązuje do dziś. Rysownicy mogą przebywać i robić notatki, ale nie szkice z sal sądowych. Kolejna innowacja to rekonstrukcja miejsca zdarzenia w postaci modelu z rozkładem pomieszczeń, meblami i tym felernym kociołkiem na węgiel, o który to Emilia sobie rozbiła głowę.

17._Patrick_Mahon_Miniature_furniture_used_to_reconstruct_the_murder_scene_of_Emily_Kaye_1924__Museum_of_London_1

 

  Miniature furniture used to reconstruct the murder scene of Emily Kaye, 1924 © Museum of London 

John Robinson, zabójstwo Minnie Bonati w 1927 roku.

W maju 1927 roku pracownicy przechowalni bagażu na stacji Charing Cross poczuli fetor z jednego z kufrów zostawionych tam przed trzema dniami. Gdy go otworzyli znaleźli ciało kobiety. Detektywom udało się denatkę zidentyfikować, dzięki etykietce z pralni, jako . Minnie Bonati. Taksówkarz zgłosił, że przewoził pasażera z podobnym kufrem i znaleziono adres Johna Robinsona. Jego żona zabrała detektywów do jego pracy, ale nic podejrzanego nie znaleziono. Detektyw G. Cornish prowadzący śledztwo był zdeterminowany i bardzo chciał odkryć zabójcę. Zdecydował się na upranie ubrania kobiety i wtedy znaleziono wyszytą nazwę hotelu w którym pracowała żona Robinsona. Jeszcze raz przeszukano biuro Robinsona i znaleziono w koszu wiklinowym zakrwawioną zapałkę. Robinson stwierdził, że Minnie go zaatakowała, potem upadła i rozbiła sobie głowę o kociołek na węgiel (te kociołki wydają się być naprawdę niebezpieczne, a te kobiety tak na nie ciągle wpadają). Jak się zorientował, że ona nie żyje, to spanikował, kupił nóż i pociął jej ciało. Sprawa to zastała rozwiązana dzięki skrupulatniej pracy detektywów, a sąd skazał mordercę na karę śmierci.

Zabójstwo policjanta George’a Gutteridge przez F.Browna i W. Kennedy 1927 rok.

Po nocnym patrolu w Howe Green w Essex policjant George Gutteridge wracał do domu, do żony i dwójki dzieci, ale nigdy do nich nie dotarł, a jego ciało znaleziono przy drodze. Został on zastrzelony. W międzyczasie w odległym o 10 mil Billericay skradziono samochód lekarza. Został ten pojazd odnaleziony w Brixton następnego dnia, były ślady krwi na progu ( tych stopniach w starych samochodach przy drzwiach) oraz łuski po nabojach. Detektywi ze Scotland Yardu połączyli obie sprawy i rozpoczęło się duże śledztwo. W styczniu 1928 roku detektyw Barrett podejrzewając F.Browna odwiedził jego  warsztat samochodowy. Znaleziono tam broń i amunicję oraz torbę lekarską. Po paru dniach aresztowano wspólnika W. Kennediego w mieście Liverpool. Broń została połączona ze zbrodnią poprzez badania balistyczne, specjalista Robert Churchill dokonał analizy mikroskopowej i udowodnił, że kule które zabiły policjanta zostały wystrzelone z broni  typu rewolwer Webley.455MkVI. Był to przełom w analizach balistycznych.

W innych sprawach podkreślono pomoc analiz mikroskopowych, jak porównanie nitek czy próbek ziemi, nie tylko w złapaniu ale i skazaniu przestępców. Jest tu pierwsza sprawa, gdzie podejrzani zostali złapani dzięki użyciu komunikacji telegraficznej.

Czy sprawa Craiga i Bentley’a z 1952 roku, której rezultatem było wprowadzenie zapisu o tzw. „diminished responsibility” w 1957 roku - nie mam pojęcia jaki jest polski prawny odpowiednik tej definicji. Chodzi tu o to osobę popełniającą przestępstwa, ale nie będącą w stanie zrozumieć wagi swojego czynu ze względu na upośledzenie umysłowe. Otóż 16 letni C. Craig i 19 D. Bentley usiłowali okraść magazyn w Croydon. Broń przyniósł Craig, a Bentley to był olbrzym o mentalności 11 letniego dziecka, nieumiejący ani pisać ani czytać. Gdy w czasie rabunku przyłapał ich nieuzbrojony policjant Bentley uciekając krzyknął „Let him have it Chris” i to zdanie jest do tej pory poddawane interpretacji. (czy chodziło tu o oddaj mu broń czy poślij mu kulkę – takie „masz co chcesz”). Craig postrzelił jednego i zabił drugiego policjanta. Obaj stanęli przed sądem oskarżeni o morderstwo, ale Craig nie mógł być skazany na śmierć, bo był poniżej 18 roku życia. Obaj zostali uznani winnym, ale ława przysięgłych poprosiła o litość dla niedorozwiniętego umysłowo Bentleya. Sprawa to wzbudziła duże emocje, nawet wdowa po policjancie poprosiła o łaskę. Został on jednak skazany na śmierć i wyrok wykonano w 1953 roku. W latach 90-tych ubiegłego wieku pośmiertnie otrzymał on wybaczenie wyroku śmierci, a jego skazanie za morderstwo zostało unieważnione.

Inne sprawy to zbrodnia ostatniej kobiety skazanej na śmierć, policjantki, które „patrolowały” na wabia jedną z dzielnic Londynu i pomogły w ten sposób złapaniu groźnego zboczeńca. Jest tu też oczywiście sprawa braci Kray i ich zabójcza teczka ze strzykawką uruchamianą przez mechanizm sprężynowy, która mogła wstrzyknąć zabójczą truciznę cyjanowodoru, powodując śmierć w około 8 sekund. Ten instrument został określony przez patologa z Home Office za najśmiertelniejszą broń jaką on kiedykolwiek widział, a jako patolog widział przecież wiele.

20._The_Krays__briefcase_with_syringe_and_poison_c_Museum_of_London_1

 

 Briefcase with syringe and poison intended for use against a witness at the Old Bailey (never used), 1968 © Museum of London 

Wystawa porusza też wątki terroryzmu, od tych z końca XIX wieku, jak zamachy przygotowane przez Fenian na Londyńskie stacje kolejowe i sam budynek Scotland Yardu, po te z 2005 roku na transport publiczny. Odbicie ambasady irańskiej, zamieszki uliczne, szpiegostwo, rozboje i wielkie napady, jak napad stulecia na wagon pocztowy w 1963 roku, czy próba kradzieży diamentów z Millenium Dome, fałszowanie pieniędzy, narkotyki itd.

18._Implements_used_in_counterfeiting_and_forgery_c_Museum_of_London_1

 

Implements used for counterfeiting seized by Metropolitan Police © Museum of London  

Wystawa jest niezwykła, bardzo pouczająca, dobrze przygotowana, a temat jest przecież bardzo wrażliwy, nie ma tu pogoni za sensacją, jest rzetelna informacja. Ukazane są zmiany w działaniach policji, w prawie i świadomości społecznej. Warto było wpaść do Muzeum Londynu i ją zobaczyć.

Wystawa będzie tu do 10 kwietnia 2016 roku

Ceny biletów : zależą od dnia, np. na środy, przez internet jest taniej. The Crime Museum Exhibition tickets. Średnio oszczędza się około £2.50 kupując przez internet, ale kupuje się na określony dzień i godzinę wejścia.

Dorośli od £10 (na środy przez internet) do £14.50 i £16.50 (w soboty)

Ulgowe (studenci, seniorzy po 60tce)  od £8 ( na środy przez internet) do £10 i £13.50 (w soboty)

Dzieci 12-15 lat – od £8 do  £11.50 i £13.50 (w soboty)

Muzeum of London jest na tzw. Barbakanie i najbliższe stacje metra to Barbican i St. Pauls, kolei Liverpool Street, Farrington i Moorgate. Autobusy 4, 8, 25, 56, 100, 172, 242, 521.

Zapraszamy.

Wpis został zilustrowany materiałami prasowymi dostarczonymi przez dział prasowy Muzeum of London.

niedziela, 14 lutego 2016

Johannes_Vermeer_Lady_at_the_Virginals_with_a_Gentleman_or_The_Music_Lesson

 

Zbiory królewskie to niekończąca się kawalkada obrazów wielkich mistrzów i znów można było zobaczyć wystawę pokazującą część tej kolekcji. Tym razem tematem przewodnim było życie codzienne przedstawione na płótnach malarzy holenderskich okresu, w którym żył i pracował Vermeer.

W trzech pomieszczeniach Galerii Królowej przy Pałacu Buckingham można zobaczyć obrazy, które wyszły spod pędzla takich mistrzów jak Rembrandt, David Teniers, Gerard ter Borch, Jan Steen, i moje odkrycie tej wystawy Gerrit Dou, no i oczywiście jest tu jedyny w królewskiej kolekcji Vermeer.

Pierwsze pomieszczenie to taki wstęp i ukazanie świata artystycznego tego okresu i związków między dworami holenderskim i angielskim. Wskazano na bliskie pokrewieństwo między monarchami, na to, że Karol I (Charles I) zatrudniał holenderskich artystów, podobnie Karol II ( Charles II). Jest tu taki obraz, ukazujący bal z okazji powrotu na tron Karola II, trochę w starym stylu, bowiem mamy króla dwa razy, raz ucztuje, a drugi raz tańczy ze swoją siostrą Mary. Mały chłopiec między dwiema damami w centrum obrazu to William, syn Mary, który to później zasiądzie na tronie angielskim jako William III. W czasie uczy Karol siedzi między siostrą a ciotką, królową Bohemii, której potomkowie zasiądą na tronie angielskim rozpoczynając dynastię hanowerską Jerzym I. Obraz ten wydaje się sztuczny i upozowany, ale jest to sposób pokazywania wydarzeń i świetnie dokumentuje powiązania miedzy oboma krajami. Inne obrazy w tym pomieszczeniu to m.in sceny marynistyczne pędzla Williama van de Velde starszego i młodszego, które są takie trochę nienaturalne i bez dramatyzmu, nawet te przedstawiające bitwy morskie.

Obraz, który wyraźnie odstaje od sztywności dworskiej to portret „Starej Kobiety” (matki artysty) autorstwa Rembrandta. Po pierwsze pokazana tu jest osoba w kwiecie wieku, czy nawet jesieni życia , obraz wydaje się dwukolorowy jasno – ciemny. Ciemne szaty niemal wtapiają się w ciemne tło i tylko jasność twarzy rozświetla ten obraz. Znawcy tłumaczą, że jest to blask wiedzy i doświadczenia płynący z wnętrza starszej kobiety. Ja lubię ten obraz, bo wydaje się, że jak dotkniemy to poczujemy włosy futra, które ma na sobie starsza pani. Na innej ścianie wisi kolejny obraz mistrza ciemności - portret Agathy Bas. Agatha była córką przedsiębiorczego dyrektora Dutch East India Company i rodzina ta należała do znamienitszych w Amsterdamie. Wyszła ona za mąż za kupca sukiennego z Flamandii Nicholasa van Bambeeck. Rembrandt namalował portrety ich obojga. Możemy tu podziwiać sztukmistrzostwo malarza, który wkomponował obraz w ramę namalowaną na obrazie, a Agatha wydaję się z tej ramy wychylać w naszą stronę. Wachlarz na spodzie obrazu wystaje poza namalowaną ramę, a także kciuk jej ręki opartej o ramę jest po naszej stronie. Intensywne spojrzenie kobiety patrzącej nam prosto w oczy też dodaje realizmu temu portretowi. Nie mówiąc już o koronkowej robocie w ukazaniu szczegółów wykończenia ubrania, jakie ma na sobie ta niewiasta, oraz ulotność jej kręconych włosów, które przy lada przeciągu pofruwają sobie. I znów gama kolorów ogranicza się do jasności i ciemności z dodatkiem żółci. 

W tej sali mamy też dwa obrazy jednego z moich ulubieńców - Davida Teniersa młodszego, malarza, którego odkryłam lata temu na wystawie w tym samym miejscu, a noszącej tytuł „Od Bruegla do Rubensa czyli flamandzcy mistrzowie pędzla”. Już wtedy spodobał mi się obraz „The interior of a Kitchen and Old Woman Peeling Turnips” (wnętrze kuchni i stara kobieta obierająca rzepy). Nie jestem pewna, czy to jest akurat kuchnia, bo żadnego pieca czy rożnu tu nie ma, ale jest pełno warzyw, trochę sera, sprzętów domowych w takim trochę bałaganie. Mamy nawet psa, bo na w większości tych domowych scenek mamy jakiegoś zwierzaka, psa lub kota. Główna bohaterka obrazu siedzi sobie na krzesełku z boczku, w rogu i obiera rzepy, po jej przeciwnej stronie cały ten warzywno-sprzętowy majdan, a w tle oparci o piec, chyba na jakiejś ławie siedzą klienci karczmy i dyskutują nad czymś. W drzwiach w tle wchodzi chyba karczmarz z kolejnym dzbankiem piwa. Taka scenka rodzajowa z życia sfer niższych. To pomieszczenie najbliżej nas jest rozświetlone oknem, przez które wpada światło, natomiast pomieszczenia w tle wydają się być przyszarzone. Po raz kolejny stałam i gapiłam się w ten obraz, starając się uchwycić każdy detal. Płótno to przedstawia pewien model czy schemat malowania, który podchwycony został przez wielu artystów w tym samym czasie, a następnie był on pretekstem do wariacji na temat scenek z życia  dla artystów w następnych stuleciach, jak malarz z przełomu XVIII i XIX wieku David Wilkie.

 

To tyle pierwszym pomieszczeniu, które daje nam przedsmak tego co zobaczymy w głównej sali. Tu dowiedziałam się że najsłynniejszym malarzem w tym czasie (XVII wieczna Holandia) był artysta, który gdzieś tam chyba mi mignął, ale nie został w głowie. I nie był to ani Rembrandt, ani Vermeer, ale uczeń Rembrandta - Gerrit Dou, zapoczątkował on trend znany jako  „Leiden Fine-Painters”  do którego należeli m.in Gabriel Metsu, Frans van Mieris i Godfried Schalcken. Malarze ci starali się w jak najwierniejszy sposób ukazać rzeczywistość na obrazach, detale, różne rodzaje materiałów z ich właściwościami o dokładności niemal fotograficznej.

Ciekawym dodatkiem do wystawy jest audio guide, bowiem oprócz wyjaśnień o obrazach mamy tu akompaniament z epoki, w wykonaniu uczniów królewskiej szkoły muzycznej. I tu gdzie mamy motywy muzyczne na obrazach możemy posłuchać  melodii w ich wykonaniu. Bardzo ciekawy pomysł.

Jest kilka motywów przewodnich: scenki z życia codziennego np. sceny targowe, kobiety przy czynnościach domowych , sceny muzykalne – gra na instrumentach itp. , panowie pojący kobiety, harce i hulanki, gry i zabawy. Artysta w każdym z obrazów chciał pokazać swoje umiejętności, grę światłem i cieniem, pokazywanie technik malarskich, stąd różne przedmioty i materiały na obrazach jak welwet, mosiężne dzbany, wiklinowe kosze, dywany, futra, drewniane meble, koronki, szkło, zwierzaki. Jeżeli się przypatrzymy obrazom tych samych malarzy to zaczynamy rozpoznawać rekwizyty, modelki a nawet suknie i odzienie w jakich zostały pokazane postacie.

Muzyka jest wszechobecna w życiu człowieka, teraz mamy radio, CD, i inne sprzęty do odtwarzania muzyki, wtedy każda rodzina musiała sobie sama tworzyć. Gra na instrumentach, śpiew to była forma spędzania czasu, dzieci uczyły się gry na instrumentach w domu od rodziny lub zatrudniano nauczycieli. Dlatego na tak wielu obrazach mamy przestawione scenki muzyczne, gdzie instrumenty są w użyciu lub stanowią tło do przedstawionej sceny.

Obrazem muzycznym, który tu rzucił się w oczy jest portret „A laughing Bravo with a Bass Viol and a Glas” – Hendrick ter Brugghen ( ja bym to nazwała Uchachany muzyk z violą i szklanką). Obraz ten został zakupiony już przez Karola I, więc pojawił się wcześnie w kolekcji królewskiej. Jest on szczególny ze względu na temat i wykonanie. Malarz ten studiował w Utrechcie, ale wybrał się w podróż do Włoch i chyba był jednym z pierwszych artystów na północ od Alp, który zetknął się z malarstwem realistycznym Caravaggia. Co pierwsze rzuca nam się w oczy to kolory, wydaje się, że mamy tu różne odcienie brązu oraz cielistość twarzy i ręki trzymającej szklanicę. Muzykant przerwał grę na instrumencie (Bass Viol) i trzymając szklankę napełnianą jakimś przezroczystym trunkiem, wydaje się rozmawiać z kimś, kto siedzi na lewo od nas – nie patrzy się na nas, ale gdzieś poza nas. To dale poczucie, że jesteśmy między nimi. Może ktoś prosi go o kolejny kawałek muzyki, może dziękuje za napitek, oczka mu się śmieją, a nos jest trochę czerwonawy, więc chyba wieczór jest udany. Sam instrument jest interesujący - viola da gamba to instrument strunowy smyczkowy, popularny w epoce renesansu i baroku. Miał on wiele odmian, ale czynnikiem łączącym był fakt, że nie posiadał on nóżki i był trzymany między kolanami (gamba – noga) Ta tenorowa były zbliżona wielkością do wiolonczeli, a dźwięk jaki wydawała był niski i ciepły.


Temat muzyczny porusza też Gabriel Metsu w obrazie „The Cello Player” . Mamy tu siedzącego wystrojonego muzyka z instrumentem poddawanym procesowi dostrajania i kobietę, schodzącą po schodach, trzymającą kartkę zapisaną muzyką. Schodzenie po schodach to też popularny motyw na obrazach, pokazanie ruchu i pofałdowanych szat to sposób na ukazanie swoich możliwości malarskich. Za siedzącym muzykiem mamy kolejny instrument muzyczny, wygląda jak ten wirginał od Vermeera. Mężczyzna czeka na kobietę, ma melancholijny wyraz twarzy, ona schodząc jest w niego wpatrzona. Stworzą duet  - ona na wirginale, albo nam zaśpiewa, a on na wiolonczeli ( tak wynika z tytułu ale ten instrument tu nie ma nogi). Piesek wchodzi na schody - też wyczekiwał swojej pani, wierny piesek. Nad mężczyzną był obraz w obrazie - postać nagiej kobiety za zasłoną w pozłacanej ramie, ale chyba artysta zmienił zdanie, bo zamalował tę cześć i tylko kontury czegoś wyłaniają się z szarego tła. Mamy tu też trzecią postać - wspartego na oknie na pięterku, smętnego drugiego mężczyznę. Może to odrzucony kochanek, może znudzony trzeci muzyk, który czuje się tu, w tym trójkącie, jak piąte koło u wozu. Co jest dodatkowo ciekawe, malarz się podpisał na tej kartce papieru w ręku kobiety.

Relacje damsko-męskie to temat pojawiający się bardzo często i Gerard ter Borch ukazuje nam popularny temat „A Gentleman pressing a Lady to drink” ( czyli Mężczyzna namawiający kobietę do picia). Ten artysta to bardzo ciekawa postać, dużo podróżował po krajach dzisiejszego Beneluksu, Niemczech, Francji, Włoszech, Anglii i może nawet Hiszpanii. Jego ojciec, który był poborcą podatkowym, w młodości pracował jako artysta we Włoszech i zachęcał swoje dzieci do rozwijania swoich talentów artystycznych. On wraz z rodzeństwem terminował w pracowni ojca, potem był czeladnikiem malarskim w Amsterdamie, należał do gildii malarskiej w Haarlemie, pracował ze swoim wujem Robertem van Voerstem - rytownikiem współpracującym z A van Dyckiem. Jednym słowem obracał się w ciekawym towarzystwie, a że miał oczy szeroko otwarte, dużo się nauczył. Ten obraz jest wyśmienity, jest na nim tyle detali, że nie wiadomo o czym najpierw wspomnieć. Po pierwsze wydaje się, że weszliśmy nieproszeni na tę intymną scenkę, on nalał jej może kolejny kieliszek wina. Pytanie jest gdzie jest jego szklanka, może piją z jednej. Patrzy na nią z takim oczekiwaniem, jakby sobie myślał, co sią stanie, jak już ona się napije. Ta ręka oparta na jej plecach, na krawędzi obszycia futerka i odsłoniętego ciała. Druga ręka wsparta na szyjce butelki wina – kurator wystawy podkreślał, że bardzo sugestywnie wsparta.  Jej ubiór, to białe futerkowe obszycie bardzo realistycznie przedstawione, niemal czuje się delikatne łaskotanie sierści. Drewniany stół i tkana kapa odsunięta na bok, widać na niej poszczególne włókna i frędzle, a na talerzu kawałki sera. Biały czepek kobiety, delikatne loczki włosów wymykających się spod niego i to niewinne przymglone trochę spojrzenie na tego jegomościa. Ja bym mu tam nie ufała, jego oczy są w cieniu  kapelusza, ma coś do ukrycia. Modelką tutaj była siostra malarza Gersina. Sceny o tej samej tematyce malowali też Vermeer, Jan Steen.  Czyżby to było nagminne zachowanie?

Tego artystę odkryłam na tej wystawie. Mówiąc odkryłam mam na myśli, że tak mnie zachwycił iż zapamiętałam jego imię. Jest nim Gerrit Dou. Na wystawie było kilka jego obrazów i każdy mnie oczarował, ale ze względu na rozmiar wpisu muszę się ograniczyć do jednego „The Grocer’s Shop” ( u sklepikarza z 1672 roku ).


Jak wiele jego obrazów o podobnej tematyce targowo– sklepikowej wkomponował on scenę w namalowaną kamienną „framugę” , u góry łukowatą, na dole z fryzem przedstawiającym dzieci bawiące się z koziołkiem w stylu modnego wtedy rzeźbiarza F. Duquesnoy oraz jakąś zasłoną (kurtyną) zebraną na jedną stronę. Sprawia to wrażenie jakby nam ktoś odsłonił scenkę z życia. Obraz ten ukazuje wnętrze sklepu, na pierwszym planie mamy sklepikarkę z klientka. Stoją one za tym fryzem, który mógłby być ladą w naszym rozumieniu, ale jesteśmy w głębi sklepu i obie kobiety są po drugiej stronie, za nimi mamy jeszcze osoby drugoplanowe. Sklep ten odzwierciedla zmiany ekonomiczno-społeczne, bo jego klientela to inni kupcy i sklepikarze, rzemieślnicy, artyści, przedsiębiorcy ( tu rozumiani jako osoby inwestujące i odkrywające nowe rynki, produkty, importy itp.). Jest to nowo tworząca się klasa średnia i to oni są klientami malarzy jak Gerrit Dou, i oni są przedstawiani na obrazach. Nie jest to zwykły sklep sprzedający jajka i chleb, mamy tu też towary egzotyczne jak cytryny na biało niebieskiej  azjatyckiej porcelanie. W koszu wiklinowym po lewej stronie są figi, które waży sklepikarka, a klientka, służąca z jakiegoś bogatego domu, wybiera wskazując palcem te, które chce kupić. Jest tu przełamany blok soli, stojący na kartce papieru, nad sklepikarką jest koszyk z jajami, ale nad jej głową wiszą suche gąbki, a obok powiązane makówki – z nich robiono syrop i często były przedstawiane w połączeniu z aptekarzami. Po prawej stronie stoi wsparte o krawędź ciasto imbirowe, pięknie dekorowane migdałami, wygląda jak wyszywana poduszeczka, a nie jak placek. Jest też tu szklany słoik przykryty czerwonym materiałem zawiązanym na szyjce, a w środku są słodycze. Scena ta jest dynamiczna, wiemy, że coś tu się dzieje, mamy tu opowiedzianą historyjkę, ale także w tle mamy akcję. Tam też się coś dzieje, kobieta wychodzi ze sklepu i w ręku trzyma dzban z kawą i to ona patrzy się nam prosto w oczy, czujemy się przyłapani na podglądaniu. Obok niej jest młody człowiek, któremu drugi sklepikarz kroi chleb.

Sklepikarka jest ubrana na biało-czerwono-niebiesko, czyli w barwy narodowe Holandii, nutka patriotyczna, bo obraz został namalowany w 1672 roku, a był to czas tzw. katastrofy Rampjaar  - republika była wtedy w stanie wojny z paroma wrogami m.in. Francją i Anglią i wybuchła swego rodzaju panika – banki, szkoły, teatry, sądy zostały zamknięte.

Gerrit Dou namalował obraz tak samo zatytułowany także w 1647 roku, ale tamten przedstawia prostszy sklep, sklepikarka też stoi z wagą, klientka przyszła też z cebrzykiem i część sprzętów jest ta sama i znów jest framuga kamienna na obrazie. a osoba na drugim planie patrzy się na nas. Wydaje się, że ten sklep z późniejszego okresu to ci sami sklepikarze, tylko jak już się dorobili, a ta kobieta sklepikarka to może być córka tamtej. Ja tak sobie lubię dorabiać historyjki do obrazu. Inny obraz targowo–sklepikowy tego samego malarza to „ The Butchers Shop” i tu znów klatka na ptaki, koszyk z kurą wydziobująco sobie ziarna z miski i ten sam fryz co w obrazie z 1672 roku. Sklepikarka zachwala zająca młodej służącej, może tej samej co z tamtego obrazu, tu teraz przyszła po mięsiwo dla swoich państwa. W metalowym wiaderku ma już jakiś zakup, chyba drobiowy, ale sprzedawczyni wydaje się zachwalać, że z tego królika byłby pyszny pasztet. Wiaderko jest metalowe, bardzo czyste, błyszczące i odbijają sią w nim rzeczy leżące na kamiennym cokole z fryzem.

Te elementy, te różne produkty, sól, słodycze, placek, makówki, kosz wiklinowy, tkaniny, pióra ptaków, futerko królika - tu malarz pokazywał swój kunszt. Są relacje biografów malarza, ludzi, którzy go znali, opisujące jego pracę, gdy siedział przez trzy dni z lupą i malował koniec miotły wielkości paznokcia. Malarz też starał się pracować unikając kurzu, czekał, aż on osiądzie lub pracował pod specjalnym parasolem, a wszystko po to aby oddać dany przedmiot jak najbardziej realistycznie. Jego kolega malarz i biograf był zadziwiony, że przy tak skrupulatnej technice pracy namalował on tyle obrazów. 

Chodząc po wystawie, przyglądając się jego obrazom starałam się znaleźć rekwizyty powtarzające się na obrazach i to była dodatkowa zabawa w spostrzegawczość.


Inny artysta Frans van Mieris the Elder (starszy) na obrazie „A Girl selling Grapes to an old Woman” (Dziewczyna sprzedająca winogrona starej kobiecie) pokazał nam handel obnośny, a nawet można powiedzieć obwoźny, bo dziewczyna ma taczki to przemieszczania towaru. Motyw sprzedaży jest bardzo popularny wśród kolegów z kręgów „Leiden finepainters”, zwłaszcza moment transakcji. Frans był uczniem Gerrita Dou i to bardzo dobrym uczniem, widać to w ślicznie dopracowanych detalach, jak wiklinowy koszyk, w którym dziewczyna trzyma winogrona, same winogrona są tak soczyste i świeże, że samemu by się je chętnie kupiło. Starsza kobieta, z twarzą pooraną upływem czasu i znojem życia, wychyla się przez górną część drzwi  swojej chaty z monetą w ręku, aby dopełnić transakcji. Młoda sprzedawczyni ma w jednej ręce koszyk z winogronami, w drugiej wagę. Ciekawa jestem co zostało kupione. Widać tu szkołę Dou -trawka na ziemi, owce, naczynia, szmata wisząca przy oknie, klucze wystające spod fartucha i ten ślimaczek na kamyczku z prawej strony. Po lewej stronie drzwi mamy słupek, który był większy, ale malarz zmienił zdanie i go skrócił. Starzenie się obrazu i utlenianie użytych farb sprawiły, że pierwotny zamysł wychodzi na wierzch. Pod koniec swojej kariery zaprzestał on malowania ludzi z pospólstwa, a zajął się bardziej wyrafinowanymi tematami.


W jego ślady podążył jego syn Willem  i mamy tematy typowe, ale portretowani są ludzie raczej z wyższych sfer jak np.na obrazie „The Neglected Lute”. Scena jest już raczej w pałacu, niż domu kupieckim, czy karczmie. Panna w stroju szlacheckim, sukni balowej niemalże, z tyłu służący wnosi kolejny przysmaki. Mężczyzna przy stole z dywanem czy kapą perską bardzo finezyjną, odsuniętą na bok, sięga bo karafkę z trunkiem. Kobieta pije z kieliszka, a drugi stoi na tacy, na wielkim talerzu mamy ostrygi. Pojawia się tu też zasłona podwinięta dla nas, jakby ukazując nam tę scenę, jak w teatrze. W tle za postaciami ledwo widoczne jest łoże z baldachimem. Kobieta trzyma kieliszek w bardzo dziwny arystokratyczny sposób, za samo dno, drugą rękę wsparła na lutni przy jej udzie.  Romantyczny wieczorek w arystokratycznym pałacyku? Szczerze mówiąc wole te ukazujące życie niższych sfer.


Na innym obrazie „An old Man and a Girl at a Vegetable and Fish stall” ( stary człowiek i dziewczyna w sklepie z warzywami i rybami) mamy kompozycję obrazu jak u G. Dou, z framugą zaokrągloną u góry i fryzem kamiennym przedstawiającym dzieci na dole oraz kurtyną z motywami owocowymi. Obraz powiela schemat, ale brak mu czaru jaki był w obrazach G. Dou, nie ma tu historyjki do opowiedzenia, tylko pozy. Detale cudne, mamy też żywego zwierzaka - szczurka (mysz)  ucztującego na pierwszym planie na jakimś jabłku. Siatka w której wiszą grzyby, odpryski na tynku, pęknięcia na fryzie, wyjedzone przez mole dziury na kilimku, frędzle, sznurek zawiązany w kokardę są bardzo realistyczne, a jednak czegoś tu brak. Zachwyciłam się detalami, ale potem wróciłam do obrazu G. Dou, bo tamten przyciągał, było w nim coś takiego, że nie można było od niego tak po prostu odejść.

the_interior_of_a_peasants_cottage_by_Adriaen_van_Ostade1

 

Kolejny obraz, nad którym się dłużej zatrzymałam to „The Interior of a Peasant’s Cottage” ( W chłopskiej chacie) pędzla Adriaena van Ostade. Znów wracamy na doły drabiny społecznej, ale trzeba przyznać, że chata jest dość przestronna, w oknach są szyby i choć wydaje się panować tu lekki bałagan, to chyba jest to pretekst do przedstawienia jak największej ilości przedmiotów wymagających pokazania swojej techniki malarskiej. Głównymi bohaterami tej sceny są kobieta i mężczyzna, jest to być może rodzina, ona trzyma dziecko na rękach i pokazuje mu szmacianą lalkę, drugie dziecko, chłopiec, siedzi na stołeczku za małym stolikiem i je coś z miski. Mężczyzna wpatruje się w swoją żonę i córkę, jedną ręką wsparł się na stole, na którym widać resztki posiłku (chleb, ser, obok na parapecie talerz z jakimiś kośćmi, szklanica z jakimś napitkiem może piwem ). Drugą rękę jakby chciał wyciągnąć w stronę kobiety i dziecka. Mamy też zwierzaka - pies prawie zagląda małemu chłopcu do jego miski. Na podłodze brud, porozrzucane przedmioty, kosz na zakupy, kosz z brudnymi ubraniami, jakaś gałązka może przywleczona przez psa. Z tyłu w tle mamy drzwi i osobę wchodzącą do pomieszczenia, tylko jako cień, ale potem się okazje, że za drewnianą przegrodą po prawej stronie obrazu jest jeszcze parę osób. Górna część obrazu to znany sposób na zwiększenie powierzchni gdzie można przechowywać potrzebne graty, taki pawlacz, a żeby nie było wątpliwości, że to schowek, jedne drzwi artysta zostawił otwarte. Wśród sprzętów mamy miotłę, chyba długo nieużywaną, skrzypce wiszące wysoko na ścianie i mały kibelek przenośny dla dzieci. Dużo się tu dzieje, a nawet jak się nie dzieje to sobie można dopowiedzieć i to, co było przed, i co będzie po. Na innym obrazie - „An eldery Couple in an Arbour”, wydaje mi się, że mamy tę samą parę trochę w późniejszym wieku, mężczyzna zachęca kobietę do picia, nalewając jej z metalowego dzbana wina do kieliszka, na przekąskę są gofry. Dzieci podrosły i można znów poczuć się młodo i poflirtować sobie jak za dawnych lat. Lubię sobie tworzyć historyjki przy obrazach i je łączyć ze sobą.

A_Courtzard_in_Delft_at_Evenign_a_Woman_spinning_by_Pieter_de_Hooch

 

Kolejny obraz to niepozorne płótno Petera de Hooch „A Courtyard in Delft at Evening: a Woman spinning” (Dziedziniec w mieście Deflt wieczorkiem: prządka). Jak podkreślał kurator ten obraz odbiega od tendencji pokazywania przedstawicieli klas niższych – służących, wieśniaków – w taki trochę negatywny sposób, jako leniwych, skorych do hazardu, hucznych zabaw, flirtujących. Na wielu obrazach mamy hulanki, swawole, błazenadę, a tutaj dwie pracujące kobiety. Jedna siedzi do nas tyłem i tak jest zajęta swoją pracą że nawet nie stara się zagadać młodej i zatrzymać jej na ploty. Młoda dziewczyna niesie wodę w dzbanie i wiaderku, ma skromnie pochyloną głowę, a może już tak jest zmęczona, że nawet nie chce jej się plotkować.

Drugim aspektem wyróżniającym ten obraz wśród zgromadzonych na wystawie, jest fakt, że scena rozgrywa się na zewnątrz i to jeszcze w pełnym słońcu, choć go nie widać, to jednak obraz jest taki słoneczny. Jest on bardzo konkretnie wmalowany w topografię miasta, prawdopodobnie współcześni malarzowi mogli dokładnie określić, gdzie to zostało namalowane - w tle za bogatym domem kupieckim widać Nowy kościół (Nieuwe Kerk), gdzie został pochowany założyciel Republiki Holenderskiej William the Silent (Cichy William), obok widać mniejszy Ratusz. Malarz przywiązywał dużą uwagę do detali, jak poszczególne cegły, listki na krzaczkach, dachówki, brukowany chodniczek, ale proszę zwrócić uwagę na cień na ziemi przy nosicielce wody. Jak spojrzymy na budynek to mamy tam jakieś drzewko, a na ziemi odbija sią komin. Ten komin tam był, jeszcze go trochę widać, ale artysta w pewnym momencie zmienił zdanie i zasadził drzewka, a komin pozostał tylko na ziemi.

404804

 

Ostatni obraz, o którym trochę więcej napiszę to „A Woman at her Toilet” (Kobieta przy toalecie - nie jest to obecne rozumienie toalety) pędzla Jana Steen. To znów jeden z moich ulubionych malarzy z tego okresu. Tym razem zabiera nas do rezydencji bogatej kobiety. Znów mamy framugę i tym razem sięgamy do klasyki, doryckie kolumny, fryz na górze, półokrągły luk wieńczący te drzwi do świata rozpusty. Po tej stronie mamy stałość symbolizowaną przez słoneczniki, cherubinek reprezentuje stałość w uczuciu. Drzwi są otwarte i proszę zwrócić uwagę klucz jest po naszej stronie. Co widzimy, oto kobieta siedzi na łóżku, ma biały czepek na głowie, rozpięty kubraczek obszyty futerkiem, jej pantofelki są na podłodze rozrzucone, a ona zdejmuje sobie pończoszkę patrząc się nam prosto w oczy. Nie wiem, czy nas kusi, czy raczej jest zirytowana, że ją podglądamy w tej intymniej scenie przygotowywania się do snu. Na stoliku stoi otwarta szkatułka z biżuterią, świeczka, a na łóżku zwinięta w kłębek śpi sobie psinka – musi być zawsze jakiś zwierzak.

Na progu leży lutnia z zerwaną struną – detale tu też zachwycają, jest otwarty zeszyt z nutami, może śpiewnik do tej lutni, a także czaszka opleciona winoroślą - śmiertelność czeka każdego z nas, a ziemskie przyjemności przemijają. Podłoga przykuwa uwagę, bo wzór szachownicy był bardzo popularny we wnętrzach, miał go na obrazach też Vermeer, G.Schalcken, P. de Hooch i właśnie Jan Steen, który go bardzo lubił. Widać, że wytyczył linie wcześniej, bo jak od linijki przebiegają one pod lutnią i dywanikiem przy łóżku. Jest tu gra obrazami, bowiem niektóre przedmioty mają podwójne znaczenie i używane kolokwialnie są obraźliwe dla kobiety. Słowa określające but, czy pończoszkę odnosiły się do kobiet, nocnik przy łóżku też wydaje się nam odkrywać trochę prawdy o temacie obrazu. Otóż kobiety lekkich obyczajów były nazywane piskousen (czyli obsikane pończoszki), a mamy tu i pończoszkę i nocnik. Jedna rzecz mnie zastanowiła, większość krytyków mówi, że ona tu nęcąco zdejmuje pończoszkę, a ja się patrzę na to i patrzę, i ja tak nigdy nie zdejmowałam rajstop – jak się zdejmuje to się ciągnie w drugą stronę, mi się wydaje, że ona tu zakłada tę pończoszkę, bo wydaje się ciągnąć w górę nogi nie w dół. W Amsterdamie jest jego obraz z tą samą kobietą w tym samym pomieszczeniu, ale z innego ujęcia. Ciekawe.

Gwoździem tej wystawy był oczywiście obraz Johannesa Vermeer „lekcja muzyki lub panna przy wirginale z kawalerem” ale o tym obrazie już pisałam kiedyś na blogu więc tam Was odeślę.

Wystawa ta kończy się 14 lutego w Galerii Królowej w Londynie, potem jedzie do Edynburga i tam będzie od 4 Marca do 26 Lipca, a potem we wrześniu wyjeżdża ona do Hagi. Zapraszam gdziekolwiek jest wam bliżej, bo jest się na co napatrzeć.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez Press Association.

czwartek, 04 lutego 2016

Oto część druga notatek z wystawy.

Część pierwsza jest tu: Celtowie  - sztuka i tożsamość - notatki z wystawycz 1 

 

W kolejnych gablotach przyglądamy się jak Celtowie i sztuka celtycka ulegały wpływom politycznym i kulturowym imperium rzymskiego, innych ludów napływających na ich tereny, nowej chrześcijańskiej religii.

 

Celts hadrians wall bowl ©Tullie House Museum Carlisle

Dekoracja emalią stała się specjalnością w Brytanii na początku pierwszego tysiąclecia oraz w okresie panowanie rzymskiego. Pojawia się ceramika rzymska dekorowana w sposób tubylczy. Mamy tu emaliowane naczynie z Ilam, z reliefem wymieniającym nazwy fortów po zachodniej stronie Muru Hadriana wraz z inskrypcją właściciela lub wytwórcy. Być może była to pamiątka z pobytu na Murze, być może wykonana dla żołnierza rzymskiego.  Dekoracja to kolorowy fryz, typowo celtycki motyw triskelionu (motyw trójnożny – trykwetr – złożony z trzech jednakowych elementów: ramion, spiral, meandrów). Po głębszym przyjrzeniu się dostrzegamy drugą interpretacją motyw klasycznego  „vine-scroll”  - ornamentu kartuszowo-zwijanego. To naczynie ilustruje połączenie stylów podbitego i najeźdźcy.


Hunterston brooch © National Museums Scotland, Edinburgh

Prawdziwe cudeńko to ta brosza z Hunterston. Biżuteria ta została wykonana ze srebra, złota i bursztynu, jej średnica to 12.2 cm.,  a długość szpili to 13.1cm. Datowana na 650-750 AD, została znaleziona na polu przez dwóch robotników w 1830 roku. Brosza jest srebrna, ale została ozdobiona złotym filigranem, drobne złote kuleczki tworzą fantastyczne poplątane stwory. Najbardziej interesujący element znajduje się na tyle tej ozdoby , mamy tu bowiem inskrypcję pochodzącą z X wieku, wyskrobaną runami stwierdzając że właścicielką jest Maelbrigte (gaelickie imię tłumaczone jako służka św. Brigidy).

Hunterston brooch © National Museums Scotland, Edinburgh

Brosza ta, to także przykład nowej sytuacji politycznej na wyspach. Wiemy, że po upadku Rzymu na tereny Brytanii dotarli Anglosasi, tworząc królestwa w południowej części. Taki typ broszki, znany jako celtycki lub penannular i pseudopennular, były charakterystyczne dla północy i zachodu Wysp, ale brak przerwy w podstawie broszy cechuje wyroby z Irlandii. Styl zdobienia natomiast wskazuje właśnie na warsztat anglosaski.

Mamy tu Chrześcijańskie imię zapisane runami Wikingów, na broszce zrobionej dla celtyckiego arystokraty, w anglosaskim warsztacie złotniczym. Niezła kombinacja.


St Chad gospel the Chapter of Lichfield Cathedral

To połączenie kulturowo-społeczne miało odzwierciedlenie w sztuce, nowy styl wyłonił się z tego pomieszania ludności i idei, nazwany on został Insular Fusion. Motywem przewodnim były spirale, węzły itp…, które  stały się znakiem rozpoznawczym w sztuce iluminacji manuskryptów wczesnochrześcijańskich tzw. celtyckiego kościoła ( Book of Durrow 650-700AD, St Chad Gospel 700-800AD, Gospel of St Matthew in the Lindisfarne Gospels  720AD ….)

 

Monifieth Cross 700-800AD © National Museums Scotland, Edinburgh

To kolejny przykład tego stylu, krzyż chrześcijański pokryty celtyckimi motywami dekoracyjnymi za pomocą jednej ciągłej linii splątanej tak, że można dostać oczopląsu. Rozmiar sugeruje, że był to krzyż nagrobny, a po drugiej stronie mamy piktyjskie  symbole oraz postać noszącą dużą brosze penannularną – atrybut wysokiego statusu społecznego.

Krzyż z Tully Lough  © National Museum of Ireland

Kolejny przykład tego stylu mieszanego, to rzadki przypadek zachowanego z tego okresu krzyża procesyjnego. Krzyż jest drewniany pokryty brązową koszulką, bardzo bogato zdobioną. Mamy tu spirale, zdobione guzy i postać ludzką otoczoną stworami.

Krzyż z Tully Lough  © National Museum of Ireland

Queen Mary’s Harp © National Museums Scotland, Edinburgh

Ten zabytek to XV-wieczny instrument muzyczny – harfa, jedna z trzech najstarszych zachowanych gaelickich harf. Nazywa bierze się stąd, że był to dar od królowej Szkotów Marii dla Beatrix Gardyn of Banchory, była ona przekazywana w rodzinie Robertsonów z Lude. Wiemy też, że syn Lady Gardyn miał wśród domowników w 1588 roku Antoniego McEwan McChlaiser (syn harfiarza). Ostatni harfiarz grający na tym instrumencie to John Robertson z Lude, zmarły w 1789 roku. Harfa została wykonana około 1450 roku w Argyll w Południowo-zachodniej Szkocji. Zrobiona z drewna i mosiądzu, wysokość 81.2 cm szerokość 51 cm. Znów patrzą na nas dziwne stwory: gryf, ryby, poplątane linie i roślinopodobne motywy z wplątanymi w to elementami chrześcijańskimi. Odkryto ślady farby - cynobru (vermillion – chińska czerwień), więc instrument ten musiał wyglądać jeszcze bardzie niesamowicie, gdy bard po posiłku zasiadał do gry w holu oświetlonym świecami i pochodniami  i śpiewał tęskne pieśni o przeszłości.

Celtowie zniknęli, ale ich duch przetrwał i został ponownie odkryty najpierw przez historyków, jak Geogre Buchanan, który w 1582 roku zidentyfikował starożytne plemiona Bretonów, Piktów i Celtów. Potem pojawiają się inne opracowania, sięgające do tekstów antycznych m.in. Juliusza Cezara. Pojawiają się fantastyczne teorie, że pierwszy Brytowie pochodzili od Fenicjan.  Potem w XVIII  stuleciu W. Stukeley przypisał Stonehenge i Avebury właśnie Celtom, określając miejsca te jako celtyckie świątynie.

Celtowie, druidzi, bardowie stają się tak popularni, że pojawiają się słynne „Pieśni Osjana”. Tak mocno wbiły się one w ludzką wyobraźnie, że nawet gdy prawda wyszła na jaw, nie osłabiły one fascynacji celtycką przeszłością. Popularne stają się ozdoby inspirowane stylem celtyckim, a celtyckie motywy przenikają do malarstwa. Dobrym przykładem jest obraz Johna Duncana „Riders of the Sidhe”. Mamy tu broń celtycką, końskie rogate czapki, tarczę w stylu tej z Battersea. Obraz przedstawia cztery skarby  Tuatha De Danann, nadprzyrodzonego bóstwa Irlandzkiego, a mamy tu  naczynie w rękach kobiety - to legendarny kociołek z Dagda, miecz z Nuada, włócznia z Lugh i kamień przeznaczenia Liath Faill.

© Dundee City Council (Dundee's Art Galleries and Museums)


Odżywają celtyccy herosi - Tewdig Mawr, Cuchulain, Caractacus i najsłynniejsza z nich Boadicea, która na rydwanie, (raczej rzymskim), mknie na wprost Big Bena. Obecnie Celtyckie tradycje otaczają nas i nawet pewnie z tego sobie nie zdajemy sprawy. Ja mam pierścionek, kupiony w sklepie z pamiątkami w Avebury, właśnie z motywem celtyckiego węzła, a większość z nas zna małego, ale bardzo zaradnego Celta o dużym sercu, którego przyjaciel z kolei ma wielkie rozmiary, olbrzymie mięśnie i ogrom siły, choć tyci móżdżek pełen dobroci – o kim mowa ? O Asteriksie i Obeliksie oczywiście. 

Wystawa przygotowana przez Muzeum Brytyjskie była otwarta do 31 stycznia 2016 w Londynie, potem jedzie do Szkocji do Muzeum Narodowego w Edynburgu i tam będzie można ją zobaczyć od 10 marca do 25 września 2016 roku.

Edynburg ceny i godziny otwarcia od 10 do 17.

Dorośli - £10 (bez darowizny £9)

Ulgowe (np.:studenci, seniorzy po 60tce) - £8 (bez darowizny £7.20)

Dzieci (12-15 lat) - £6.50 (bez darowizny £5.85)

Dzieci do 12 lat – za darmo.

Polecam, bo jest to uczta dla oczu i duszy.

wtorek, 02 lutego 2016

 

 

Oto kolejna wystawa przygotowana przez Muzeum Brytyjskie, koncentrująca się na społecznościach historycznych - niedawno byli Wikingowie. I znów cofamy się w czasy antyczne, aby prześledzić ten fenomenom pogańskiej kultury, która panowała w Europie przez setki lat. Zobaczymy też, co z niej przetrwało do naszych czasów.

Celtowie żyją w naszej świadomości i utożsamiani są z kulturami Irlandii, Szkocji, Kornwalii i Walii, a opisując ich tożsamość narodową często właśnie używa się określenia celtycki. Na Celtów patrzono inaczej w czasach antycznych, po upadku Rzymu, we wczesnym średniowieczu, okresie Romantyzmu i w czasach obecnych. Zmieniało sią pojęcie i definicja tej kultury. Na wystawie przygotowanej w kooperacji z Muzeum Narodowym Szkocji zostało zaprezentowanych 250 eksponatów ukazujących bogatą kulturę, technologię i spojrzenie na świat. Takie cuda tu były, że zapierało dech w piersiach. 

Nasza wiedza o Celtach i ich początkach w większości opiera się na znaleziskach archeologicznych, wiedza przekazana przez antycznych, greckich i rzymskich historyków jest pełna legend i dość luźnych informacji. Celtami nazywano ludność mieszkającą na północ od granic „cywilizowanego” świata, ludność zamieszkującą m.in.  tzw. Barbaricum. Grecy nazywali ich Celtami i mamy rzeźbę przedstawiającą umierającego Celta 250BC, natomiast Rzymianie znali i podbili Galów i kopia tej słynnej rzeźby przedstawia już umierającego Gala. Tu przypomniał mi się kawałek tekstu którego musieliśmy się nauczyć na łacinie „Gallia est omnis divisa in partes tres, quarum unam incolunt Belgae, aliam Aquitani, tertiam qui ipsorum lingua Celtae, nostra Galli appellantur. „ (Galia dzieli się na trzy części jedną zamieszkują Belgowie, drugą Akwitańczycy a trzecią po ichniemu nazywani Celtami a po naszemu Galami).

Holzgerlingen Statue  © Wüttembergisches Landesmuseum, Stuttgart.

Stajemy jednak oko w oko z Celtami, są tu bowiem wizerunki portretowe wykonane przez samych Celtów. Jest datowany na 500-400BC, dwutwarzowy posąg, wykonany z piaskowca z rogami - określanymi jako korona z liści. Jest to podobne nakrycie głowy, jak ze słynnej figury celtyckiego księcia z Glaubergu. Postać po obu stronach ma złożone ręce nad pasem. Choć centrum kultury Celtyckiej jest w Europie to dość dużo eksponatów było z Wielkiej Brytanii.

Brytania i Irlandia nigdy nie były określane przez starożytnych pisarzy jako Celtyckie narody, tu mieszkali Iceni, Caledonii, Picti itp.., choć były zauważane podobieństwa w kulturach tych narodów. Po upadku Rzymu Celtowie znikają z pisanej historii, ale przecież nie znikają z powierzchni ziemi. Średniowieczny historyk pisze o Gaels, Scots, Picts and Britons. Dopiero w okresie Renesansu uczeni odnajdują w starych manuskryptach słowo Celt i powoli określenie to wraca do świadomości historyczno–społecznej.  Rozpoczyna się poszukiwanie Celtyckich śladów, a wraz z rozwojem archeologii i nowymi odkryciami ( w XIX i XX wieku),  pojawia sią koncepcja sztuki i stylu celtyckiego, a także języka i kultury, która obejmowała ogromne obszary Europy.

Właśnie sztuka była elementem łączącym i wyróżniającym tę kulturę od sztuki świata antycznego.  Elementem przewodnim w tej sztuce były motywy fantastyczne, spirale, linie, rośliny pokręcone, węzły, animacja, itp., przy których to antyczne posągi wydają się być „nudne”. Choć znaczenia tych symboli już nie jesteśmy w stanie pojąc, to jednak przykuwa ona naszą uwagę i coś się w naszej duszy budzi. Obecnie nie patrzymy już na tę sztukę jako na prymitywną, której twórcy nie umieli oddać świata widzianego tak wiernie, jak artyści klasyczni. Ponieważ znamy już bogaty warsztat twórczy i skomplikowane technologie użyte do tworzenia, to widzimy tę sztuka jako opartą na symbolice, swego rodzaju abstrakcji, stylizacji, wizjonerstwu i bogatej wyobraźni.

Oto kilka przykładów zabytków jakie można  zobaczyć na wystawie.


Snettisham Great Torc   © The Trustees of the British Museum

Snettisham Great Torc, Norfolk 100-50 BC.

Wielki Torc (Torques)  z Snettisham, datowany na 100-50 BC, jest częścią skarbu znalezionego przez rolnika orzącego pole. Jest idealnym przykładem sztuki Celtyckie, jest śliczny, staliśmy przy nim długo zachwycając się finezją z jaką on został wykonany. Torc to taki otwarty naszyjnik o zdobionych zakończeniach, były one noszone przez kobiety i mężczyzn, a także dzieci. Ten tutaj został wykonany ze stopu złota i srebra, waży trochę ponad 1kg i ma 20 cm średnicy. Główny element składa się z 8 lin, każda także wykonana z 8 ręcznie wykuwanych drucików skręconych razem. Niesamowite jest to, jak wszystko jest dopasowane i identyczne, osoba która to wykonała była prawdziwym mistrzem.

Dwa zakończenia noszone na przodzie są puste w środku i zostały wykonane techniką na wosk tracony.  Wymodelowano je w wosku, potem oblepiono gliną i podgrzano topiąc wosk, wtedy wlano stop metalu. To co jeszcze bardziej podkreśla umiejętności twórcy, to fakt, że obie końcówki były od razu odlewane na resztę przedmiotu, na ten niezwykle pracochłonnie wykonany splot. Jeden błąd, cała praca na marne i trzeba zaczynać od nowa. Technika na wosk tracony to także gwarancja unikalności przedmiotu, ponieważ forma jest niszczona w trakcie produkcji, można wykonać podobny, ale nie taki sam egzemplarz. Motywy na powierzchni zostały wykonane ręcznie bardzo delikatnym narzędziem i jest to gąszcz linii, punktów i kół.


The Wandsworth Shield Boss, © The Trustees of the British Museum

Umbo z Wandsworth jest przykładem stylu popularnego na wyspach brytyjskich, będącego kombinacją innych stylów mi.in tzw. roślinnego i plastycznego. Dekoracja jest tu w formie reliefu wypukłego, a motywy wydają się zmieniać przed oczyma przybierając formy ptaków lub smoków. Na niby skrzydłach mamy wygrawerowanego ptaka oraz dwa stwory ptako-podobne. Ten motyw stworów w parach był popularny na przedmiotach uzbrojenia - jak pochwy mieczy i zawieszki przy pasach. Umbo to wykonane zostało z brązu, ma średnicę 33 cm a datowane jest na 300-200 BC.


Horned helmet from the Thames © The Trustees of the British Museum

Hełmy też były dekorowane, ciekawym eksponatem jest ten wyłowiony z rzeki Tamizy w okolicach mostu Waterloo. Jest niesamowity, bo ma dwa rogi, rozpiętość między rogami to 42,5 cm. Wykonany został z brązu i ozdobiony szkłem oraz motywami liniowymi roślino podobnymi, punktami , 6 studs (nakładkami – jednej brakuje), a datowany jest na 200-100BC. Zrobiono go z dwóch płacht brązu, łączone są one nitami na górze i po bokach. Po obu stronach, pod rogami mamy pętelki prawdopodobnie na pasek. Te nakładki (studs) były prawdopodobnie zaprojektowane do potrzymania szklanych lub emaliowanych elementów, które niestety się nie zachowały, a szkoda bo wyglądałby jeszcze bardziej fantastycznie.  W dekorowaniu zastosowano też technikę repusowania, czyli wybijania na zimno wgłębień, dających po drugiej stronie wypukły wzór.

Obok, dla porównania, był klasyczny grecki hełm - też ładny, ale nie przykuwający uwagi jak ten tu dziwoląg . To może wyglądać bardzo niepraktycznie, ale nie o to chodziło, taki hełm był na pokaz, miał zapewne imponować i zadziwiać. 


Blair Drummond hoard © National Museums Scotland, Edinburgh

Gdy w 2009 roku w Szkocji, na swojej pierwszej wyprawie z wykrywaczem metali, coś zabrzęczało Davidowi Booth, nie spodziewał się on, że jego odkrycie zostanie określone jako najważniejsze i najznamienitsze dla znajomości metalurgii epoki żelaza i wiedzy o Celtach. Trzeba tu pokreślić że zachował sią on jak nakazuje prawo i dobre obyczaje. Uzyskał pozwolenie na łażenie od właściciela pola, a potem po przybyciu do domu i umyciu znaleziska wypełnił formularz na stronie internetowej i wysłał zdjęcie do Scottish Treasure Trove Unit przy Muzeum Narodowym Szkocji.

Dr Fraser Hunter powiedział potem, że mało nie spadł z krzesła, jak to zobaczył. Już po trzech godzinach specjaliści przybyli na miejsce odkrycia. W czasie wykopalisk odkryto szczątki drewnianego okrągłego budynku.

Nie wiemy, czy był on ukryty w czasie jakichś niepokojów czy był to dar wotywny. Te cztery torci, jeden to tylko połówka datowane są na 300-100BC, i bardzo się od siebie różnią stylem i wykonaniem.

Torc był tradycyjną ozdobą w epoce żelaza w Europie i poza nią, ale pisarze klasyczni widzieli w nich znamię Celtów. Style były różne, czasem występowały na dużych obszarach, czasem bardzo lokalne. Idea tej ozdoby była powszechna, ale w różnych regionach rozwinęły się różne motywy ozdobne. Te z Blair Drummond świetnie odzwierciedlały ten trend. Dwa Torci, wyglądające jak skręcone złote wstążki, to typowy styl dla terenów Szkocji i Irlandii. Ten zachowany we fragmencie stylem pokrewny był ze skarbem z Fenouillet w południowo zachodniej Francji. Analiza metalu jednak wskazuje, że został on wykonany z materiałów lokalnych, naśladując Francuski styl. Powiedzmy, że jakiś tubylec poprosił mistrza złotnika o taki sam, jak ma któryś z sąsiadów. Czyli to styl został importowany, a nie przedmiot. Ostatni to jeszcze większy rarytas, forma jest typowa dla europejskiej epoki żelaza, ale łańcuszek do zapięcia i dekoracja ze złotych kulek, oraz skomplikowana technologia nawijanego w zwoje drucika, to jest technika rodem z obszaru śródziemnomorskiego. Wygląda na to, że w warsztatach leżących na terenie tzw. klasycznej Europy wykonano przedmiot egotyczny. Czy był on wykonany na zamówienie z tzw. obszaru Celtyckiego, czy był darem klasycznego kupca, dla ważnego klienta itp. , pojawia się wiele pytań. Ten skarb pokazuje nam wymianę, nie tylko towarową, ale także idei i stylów.

Według prawa to Korona ma prawo do wszystkich znalezisk archeologicznych w Szkocji, znalazcy nie mają prawa własności i muszą zgłosić każde znalezisko do właściwego urzędu - Scottish Treasure Trove Unite. Znalazca ma prawo do nagrody równej wartości znalezionego obiektu. Archeolodzy wycenili go na 462 tysiące funtów. Zastanawiam się, czy D. Booth nie spadł z krzesła jak się o tym dowiedział. Muzeum zaczęło zbierać pieniądze, dołożyła sią do tego specjalna Fundacja Sztuki (Art Fund) oraz dobrzy ludzie i udało się zebrać tę sumę, więc w marcu 2011 roku ten skarb został wpisany został do katalogów Muzeum Narodowego Szkocji. Dzięki temu można go zobaczyć i się nim zachwycać.

Te przedmioty są bardzo delikatne, można by powiedzieć ,że kruche z wyglądu, obok w gablotce był olbrzymi srebrny byczy torc (the silver bull-torc). Naszyjnik ten, znaleziony w Trichtingen W Baden-Württemberg w Niemczech, jest datowany na 500-50BC. Wykonany on został ze srebra i żelaza, a jego średnica wynosi 29,5cm. Ma on żelazny rdzeń i jest pokryty srebrną dekorowana blachą. Waga tej ozdóbki to 7 kilogramów, chodzenie z takim ciężarem to żadna przyjemność, więc był on raczej zakładany na specjalne okazje.

W jednej z sal była rekonstrukcja rydwanu z pochówku z Newbridge pod Edynburgiem. Było to pierwsze takie znalezisko w Szkocji i pochówek ten wskazuje na kontakty i wpływy kulturowe z Kontynentu,  jako że zwyczaj ten był bardziej typowy dla tamtych terenów Europy. Rydwan natomiast miał cechy typowe dla tubylczego produktu, był lekki, koła zostały wykonane w bardzo specyficzny sposób – obręcz została  zrobiona z jednego kawałka drewna, wygiętego w kształt koła. Następnie otoczono go rozgrzaną żelazną obręczą, która stygnąc, skurczyła się, dopasowując do drewnianej części. To jest typowo brytyjski sposób produkcji, nie praktykowany w tym czasie na kontynencie. Dzięki wnikliwej analizie archeologów możliwa była rekonstrukcja tego obiektu, której to dokonał R. Hurford i można było ten rydwan sobie obejrzeć na tej wystawie.

 

Torrs pony cap © National Museums Scotland, Edinburgh

Były też metalowe ozdoby, okucia i części rydwanów, ale jednym z bardziej spektakularnych elementów była ozdoba końska z Torrs datowana na III wiek BC.  Jest to „rogata czapka” i przeznaczona była dla rumaka, otwory przeznaczone były na uszy, nie oczy, a rogi wyginały się do przodu. Takiego rodzaju ozdoba na głowie konia jest widoczna  na monecie z okresu epoki żelaza, znalezionej w południowo-wschodniej Anglii. Przedmiot ten był wielokrotnie reperowany, czyli ktoś bardzo go sobie cenił lub lubił, rogi zostały przycięte i ponownie osadzone, być może kiedyś były to końce jarzma. Motywy ozdobne zostały na nim wykonane metodą repusowania oraz grawerowania, a zachowane zakończenie jednego rogu uważane jest stylizację głowy kaczki - płaskonosa zwyczajnego (wgłębienia po bokach to mogły być oczy, być może wykonane z koralu). W tych wygrawerowanych motywach można się też doszukać malutkiej ludzkiej twarzy.

Stwory o osobliwych kształtach pojawiają się też na ceramice, jak ta tutaj z Francji datowana na 150-100BC. W katalogu jest to określone jako „beer mug”, czyli naczynie do picia piwa. To co jest na nim przedstawione to chyba świat, jaki się widzi po dobrze zaprawionej imprezie. Można się tu dopatrywać jeleni z rogami, nogami i uszami, przeradzającymi się w skrzydła, kwiaty, czy pióra itd.


Battersea Shield © The Trustees of the British Museum

Rzeka Tamiza dostarczyła dość sporo zabytków celtyckich, a kolejnym jest tarcza użyta w wielu plakatach reklamowych tej wystawy. Jest to przedmiot wykonany z brązu, o wymiarach 78cm na 36cm, ważący prawie 3,5kg. Znaleziona ona została w latach 50-tych XIX wieku, w czasie oczyszczania dna rzeki przy budowie mostu w okolicach Chelsea. Pracujący przy tej budowie robotnicy znaleźli rzymską i celtycką broń oraz dużo szkieletów. Prawdopodobnie było to miejsce przekroczenia rzeki przez inwazyjne wojska Juliusza Cezara. Obecnie się uważa, że sama tarcza to wotywna ofiara, która znalazła się tam o wiele wcześniej, datowana jest ona na 350-50BC. Tarcza jest znów bogato dekorowana i nie wydaje się, aby była ona użyta w czasie bitwy, możliwe, że była to tarcza paradna. W dekoracji użyto repusowania, grawerowania i emalii. Ozdobiona została ona trzema wielkimi kołami, które z kolei są wypełnione ornamentami wyniesionych nad powierzchnię przeplatających się linii, kołami oraz 27 okrągłymi polami wypełnionymi czerwoną emalią, nałożoną tzw. techniką komórkową (cloisonne) – wypełnia się powierzchnie wydzielone drutem lub blaszkami. Mi by było szkoda taką piękną tarcze zabrać na bitwę, jeszcze by ją ktoś zniszczył. Te metalowe części były zapewne osadzone na drewnianej lub skórzanej tarczy, ale po tych elementach nie został nawet ślad.


Gundestrup cauldron © The National Museum of Denmark.

Dla mnie to była okazja zobaczyć jeszcze jeden słynny przedmiot, o którym wielokrotnie czytałam i widziałam na zdjęciach, ale tym razem mogłam temu cudeńku przyjrzeć się na własne oczy. Mowa tu o słynnym Kotle z Gundestrup. Jest to unikatowe znalezisko z torfowiska na Jutlandii. Znaleziony przypadkowo w czasie kopania torfu w 1891 roku. Składa się on z 13 części: okrągłej, pięciu długich prostokątów i 7 krótszych prostokątów, ( ósmy się zgubił). Rok później S. Müller dokonał rekonstrukcji kotła. Ma on 69cm średnicy i 42cm wysokości i został wykonany ze srebra (97%), był częściowo pozłacany. Datowany jest na 150-50BC. Okrągła podstawa została wystukana z blachy srebrnej. Na siedmiu panelach mamy reliefy przedstawiające na 4 męskie na 3 żeńskie „bóstwa”, wszystko została wymłotkowane, użyto tu repusowania, techniki embossing – wzór dopracowywano po drugiej, wypukłej stronie . Mamy tu brody, fryzury, biżuterię, torci, fantastyczne zwierzaki, jak skrzydlate konie i smoki lub koniki morskie (jak kto woli), psy, ptaki, lwy.

Gundestrup cauldron © The National Museum of Denmark.

Wewnętrzne 5 paneli to jeszcze bardziej złożone ilustracje, może opowiadają jakąś historyjkę lub mit. Mamy tu znów postacie ludzkie z potworami nie z tej ziemi, centkowane słonie, skrzydlate pół konie – gryfy, są tu postacie w hełmach z rogami. Mamy węże , zwierzęta drapieżne centkowane, są wojownicy z tarczami i muzykanci grający na instrumentach carnyx – taka trąba wojenna.

W jednej z gablot były takie instrumenty z Deskford i Tintignac, a przez słuchawki można było sobie posłuchać dźwięku jaki one wydawały.

Na jednym z obrazków mamy człowieka siedzącego na jakimś morskim stworzeniu.

Są schodki i platforma, aby można sobie wszystko zobaczyć, zwłaszcza spód kotła, bo jest tu umierający byk, figurka wojowniczki z mieczem i trzy psy - jeden biegnie, drugi się przyczaił, a trzeci zwija się z bólu.

Jest to niesamowity przedmiot, który choć jest utożsamiany z Celtami, znaleziony został poza znanym światem celtyckim. Wyprodukowany został w południowo-wschodniej Europie (tereny obecnej Bułgarii lub Rumunii). Tam, nad Dunajem, grupy celtyckie spotkały się z tradycjami trackiej sztuki, zwłaszcza w przedstawianiu zwierzęcych detali. Mamy tu elementy typowo Celtyckie, jak carnyx, czy bóstwo trzymające koło, ale pojawiają się zwierzęta z innych kontynentów –słoniowate, czy postacie w pozach dziś znanych u nas z zajęć jogi. Przedmiot ten to przykład kontaktów i związków nie tylko europejskich, ale i międzykontynentalnych. Wykonany w jednej części Europy, łączący elementy Celtyckie, Trackie i Azjatyckie, a znaleziony na północy Europy. Rarytas, i dla niego samego warto jest się wybrać na tę wystawę. Ja łaziłam naokoło oglądając go przed długi czas, a i tak mam niedosyt.

spód kotła - Gundestrup cauldron © The National Museum of Denmark

No i się okazało że cały wpis się nie zmieści i trzeba podzielić więc druga część nastąpi... 

 

piątek, 22 stycznia 2016

 

Poszliśmy na kolejną edycję tej wystawy, naszą 5-tą, bo stało się to chodzenie taką naszą zimową tradycją. Oboje lubimy przyrodę i fotografujemy trochę, mój ukochany to prawdziwy pasjonat i więcej wie o tej całkiem miłej zabawie, niż ja.  Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.” , a ubiegłoroczna w „Wildlife photographer of the year 2014.”.

Konkurs jest organizowany przez Muzeum Historii Naturalnej i BBC. Jest otwarty dla wszystkich. Zgłoszenia są przyjmowane od 2 stycznia do 25 lutego, a potem panele sędziowskie muszą zdecydować o nagrodach.

Detale jak się zgłosić są na tym linku: http://www.nhm.ac.uk/visit/wpy/competition.html

Jest 16 kategorii dla dorosłych, 3 kategorie wiekowe dla osób poniżej 18 roku życia. Jest jeszcze czas, więc aparaty w dłoń i dalej na pola, łąki, w góry, nad wodę i do lasu, bo nawet jak nie zdążycie na tę edycję to jest zawsze następna. Miłoby było zobaczyć wśród 100 finalistów jakieś polskie nazwisko.

Początki tej wystawy były skromne, bowiem na pierwszy konkurs w 1965 roku nadesłano 500 zdjęć, obecnie liczba zdjęć sięga 40 000. W pierwszej edycji były 3 kategorie. Obecnie kategorie dla dorosłych są podzielone tematycznie, a dziecięce wiekowo. Są też nagrody za portfolio i fotoreportaż. Pozmieniano też nazwy i pogrupowano kategorie, nie jestem do tych zmian przekonana. Wydzielono Earth’s Diversity czyli Różnorodność Ziemi z podziałem na : Ssaki, Ptaki, Płazy, Gady i Ryby, Bezkręgowce, Rośliny i Grzyby. Mamy też Earth’s Environments (Środowisko Naturalne) z kategoriami: Land (Krajobraz), Urban (Środowisko Miejskie), From the Sky ( Z Powietrza) i Under Water ( Pod Wodą). Znów jest Earth’s Design (Kreacje Ziemi) z Detalami, Czarno Białe, Impresje. No i jest jak w ubiegłym roku The TimeLapse, czyli seria zdjęć pokazująca zmiany w krajobrazie lub zachowania zwierząt.

 

Zwycięzcą tej edycji wystawy zostało zdjęcie „ A tale of two Foxes” (Opowieść od dwóch lisach),  którego autorem jest  Don Gutoski. Don jest lekarzem z zawodu, ale pasjonuje się fotografią od wieku nastoletniego. Interesuje go zachowanie zwierząt w dzikich rejonach jego rodzinnej Kanady oraz w innych regionach świata. Mieszka w południowym Ontario na 40-hektarowym rezerwacie przyrody, który sam utworzył. Dwa lisy na zdjęciu to rudy i arktyczny, oba polujące na małe ssaki, i przy ociepleniu klimatu ten rudy coraz bardziej się zapuszcza na północ. Lisi kuzyni nie tylko są dla siebie konkurencją w zdobywaniu pożywienia, parokrotnie zauważono rudego polującego na białego, choć generalnie oba rodzaje unikają siebie nawzajem. Zdjęcie zostało zrobione w Kanadzie, w Parku Narodowym Wapusk niedaleko Przylądka Churchilla, w zimie gdy temperatura spadła do -30°C. Wcześniej z daleka Don widział, że rudy coś gania, potem zauważył, że mniejszy arktyczny lisek jest nieżywy. Przez 3 godziny siedział i obserwował jak rudy ucztuje, aż w końcu lisek zdecydował się odnieść zdobycz i zatrzymał się, aby ją lepiej chwycić. Wtedy Donowi udało się pstryknąć tę zwycięską fotkę. Podobno były jakieś kontrowersje wokół tego zdjęcia, ale jest ono niesamowite, ze względu na kompozycję, biel, rudość i czerwień krwi. Smutna historia ukazująca walkę o przetrwanie.

 

© Don Gutoski „ A tale of two foxes”

W kategorii Młodego Fotografa wygrał Ondrej Pelanek i jego fotka “ Ruffs on display”. Zdjęcie zrobione w Norwegii  przedstawia ptaki bataliony w czasie walk godowych. Mnie bardziej się podobała wiewiórka przy misce z wodą Carlosa Pereza Naval, czy patrzący się prosto w obiektyw goshawk (jastrząb zwyczajny) Liina Heikkinena.

Nagrodę za portfolio otrzymał Audun Rikardsen z Norwegii. Jest on profesorem biologii na Uniwersytecie w Tromsø, znanym też jako najbardziej na północ wysunięty uniwersytet, czy uniwersytet arktyczny. Wychował się on w rybackiej wiosce w północnej Norwegii i zawsze go fascynowała przyroda nad i pod wodą. Zaczął fotografować w 2009 roku koncentrując się na przyrodzie w rejonie Tromsø, zdobył uznanie wśród fotografów rejonów arktycznych, a teraz ta nagroda – jak wisienka na torcie w jego karierze. Audun uważa, że fotografowanie to rejestrowanie wspaniałych chwil i pokazywanie innym cudów świata natury w nadziei, że będzie to dla ludzi inspiracją do troski o środowisko naturalne. Jego zdjęcia są super, bajeczne i magiczne, ale i z humorem. Wybrałam jedno zatytułowane „Deep sleeper” .

 

© Audun Rikardsen „Deep Sleeper” czyli w głębokim śnie.

Pewnej nocy otrzymał on telefon, że coś dziwnego się unosi w fiordzie przy Tromsø, była godzina 1 w nocy, ale że to było lato, było widno i nie miał on problemu z lokalizacją dziwnego stworzonka. Był to gość z Arktyki „bearded seal”  (foka brodata – fokowąs brodaty) śpiący snem bardzo twardym, unosił się na wodzie dzięki nabranemu w gardło powietrzu, jak boja. Musiał tak sobie spać już jakiś czas bo jego wąsy znajdujące się nad wodą zdążyły wyschnąć i zwinęły się uroczo w stylu Poirot’a.  Audun leżał na brzuchu i robił zdjęcia, gdy foka otworzyła oczy i spojrzała na niego, i z powrotem zasnęła, nic się nie przejmując. Inne jego zdjęcia, które nas zachwyciły to Dark Dive czarny koniec ogona humbaka, czy wizja orła morskiego z podwodnej perspektywy.

 

Wśród Płazów i Gadów spodobała nam się zwycięska fotka Edwina Giesbers’a pt. „Still life”  - martwa natura. Mamy tu great crested newt (traszkę grzebieniastą), która lubi sobie dryfować w wodzie bez ruchu. Sam Edwin w skafandrze do nurkowania czatował sobie pod wodą i właśnie mu się taka traszka nawinęła nad aparat. Samiec właśnie wziął oddech i prawdopodobnie rozgrzewał się pod powierzchnią wody w ten zimnawy kwietniowy poranek. Sylwetka traszki cudnie się komponuje z konturami bezlistnych drzew. Traszka ta jest zagrożona azjatycką grzybicą skóry, podobną do tej choroby, która dziesiątkuje żaby i ropuchy na całym świecie. Naukowcy boją się, że może ona podzielić los salamandry plamistej zagrożonej wyginięciem w Holandii.


© Edwin Giesbers "Still Life"

W tej samej kategorii zachwyciła nas fotka „Komodo Judo” autorstwa Andrey’a Gudkowa. Wygląda ona jak ilustracja filmu fantstyczno –naukowego, dwie godzille walczące ze sobą. Rzecz się dzieje w Parku Narodowym Komodo w Indonezji, a tu żyją największe ziemskie jaszczury Komodo dragons - warany , choć wyglądają one jak nieziemskie stwory. Andrey już parę razy był w tym parku właśnie w nadziei, że uda mu się sfotografować walkę smoków. Szczęście się do niego uśmiechnęło w czasie tej wizyty, znalazł dwa jaszczury na wyspie Rinca, które na siebie syczały w złości. Nagle oba stanęły na tylnych łapach i podpierając sią ogonami natarły na siebie, i tak oto mamy to zdjęcie smoczego tanga na krawędzi. Smoki powalczyły, aż jeden przewrócił drugiego na łopatki i potem się rozeszły zostawiając nam to zdjęcie żywcem z parku jurajskiego. Super.


© Andrey Gudkov "Komodo Judo"  

W kategorii Bezkręgowców spodobało nam się zdjęcie „Beetle beauty and the spiral of love” Javiera Aznara Gonzalesa de Rueda’y. Javier szukał gadów i płazów na zboczach wulkanu Tungurahua w Ekwadorze, gdy wpadły mu w oko te niezwykłe żuczki będące w okresie godowym. Te urocze stworzonka baraszkują przez bardzo długi czas i samiec odgania każdego rywala, co dało szansę Javierowi na odpowiednie przygotowanie i użycie dwóch dyfuzorów do rozpraszania światła – jak mówi mój ukochany aby „zmiękczyć” światło. Ciekawostką jest, że samica wierci dziurę w łodydze rośliny i tam składa zapłodnione jaja, w ten sposób larwa po wykluciu jest chroniona i ma jedzenie pod nosem. Kolor pancerza jest niesamowity. Metaliczna tęcza, powodowana światłem załamującym sią na chitynowych warstwach, daje efekt ochronny. Robi wrażenie, jakby to była kolorowa kropla wody, a nie potencjalny obiad dla jakiegoś głodnego ptaka czy innego stworzonka.

 

 

©“Beetle beauty and the spiral of love” Javier Aznar Gonzales de Rueda

Wśród ssaków zauroczył nas zając zimową porą “Snow hare”, uchwycony aparatem przez Rosamund Macfarlane. Siedzi sobie na śniegu przyczajony, czy nastroszony, z jedną łapką podniesioną jakby do nas machał. Rosamunda marzyła o sfotografowaniu górskiego zająca w zimowym futerku. Z przewodnikiem wybrała się ona w góry szkockie Cairngorms i brnąc w śniegu udało im się natknąć na zajączki przycupnięte w zagłębieniu terenu. Przez parę godzin leżała ona w śniegu obserwując te futrzaki. W końcu gdy zgłodniały i zaczęły szukać czegoś na przegryzienie grzebiąc w śniegu, udało się jej cyknąć tę fotkę. I tak oto mamy ten uroczy portrecik zajączka w śniegowym futerku.


 © Rosamund Macfarlane "Snow hare"

W kategorii Ziemia przykuło nasze spojrzenie na dłużej zdjęcie „Collage of sand” (kolaż z piasku) Timo Liebera, właśnie ze względu na uchwycone kolory i strukturę piasku. Timo wybrał się w poszukiwaniu piękna i trudnych warunków na pustynię Rub’ al. Khali (the empty quater – czyli pustkę) na półwyspie arabskim. Na terenie tym, o obszarze większym niż Francja, rocznie spada 3 centymetry deszczu a temperatura sięga 51°C. Pod powierzchnią jest pełno ropy i gazu, ale na powierzchni przy tych warunkach nie ma osadnictwa, jest pustka i tylko czasem na obrzeżach pojawiają się Beduini. Timo został odstawiony na miejsce przez lokalnego przewodnika i obozował sobie przez parę dni szukając inspiracji. Ta fotka genialnie ukazuje czar i grozę pustyni, ten różowy piasek jest bardzo bajkowy, ale warunki w jakich go można zobaczyć raczej zabójcze. W tej kategorii było bardzo dużo zdjęć, które nam się podobały, obok wisiała łąka z zachodnich Węgier cała pokryta jedwabnym obrusem wytkanym przez pajączki dla kontrastu do suchości pustyni.  Nie mogę ich wszystkich tu pokazać, więc gorąco zachęcam do pójścia na wystawę.


© Timo Lieber "Collage of sand" 

W kategorii Miasto dużym zaskoczeniem jest tu zdjęcie, na którym wydawało mi się że jest zamieć śnieżna, dopiero po przeczytaniu opisu, okazało się, że są to owady jętki. Lisy w mieście pojawiają się dwa razy, wygrało właśnie zdjęcie lisa, a raczej jego cienia.

Wśród Detali ujęło nas swoją prostotą i fantazją zdjęcie „ The meltwater forest”  (topniejący las) zrobione przez Fran Rubia. I tak oto, błotko poroztopowe może zostać przekształcone w sztukę. Fran był na Islandii i tam pod nogami zauważył wodę z roztapiającego sią lodowca na wulkanie Vatnajökull. Gdy zaczęła ona malować fantastyczny krajobraz, czekał cierpliwie na odpowiednie światło i uchwycił ten magiczny moment, gdy przed oczami wyrósł nam las i rzeki. Drzewa wydają się wstawać jak w książeczkach dla dzieci (tzw. pop up books), gdy po otwarciu strony mamy naklejone elementy, które powstają tworząc trójwymiarowy obrazek.  Zdjęcie nie z tego świata,  po prostu fantastyczne.


© Frank Rubia „ The meltwater forest”

W kategorii Impresje było parę interesujących fotek, na jednej ptak wlatywał przez stary obraz, na drugiej mamy obraz jak namalowany, poziome pasy różnego koloru – kompozycja z plaży morskiej. Nam przypadła do gustu cała zielona fotka liścia z dziurką przez którą zagląda kameleon widzimy jego oko i cień na liściu. Autorem tego zdjęcia jest Juan Jesus Gonzales Ahumada, który uchwycił tego gada w rodzinnej Andaluzji. W połowie lutego o poranku, gdy słońce już świeci, ale jeszcze jest chłodek i kameleony są mało ruchliwe, cierpliwie czekał z dziurawym liściem, aż któryś się nawinie przez obiektyw. Kameleony mają bardzo ostry wzrok i każde oko rusza się niezależnie od drugiego. I ten ciekawski gadek zagląda przez dziurkę, sprawdzając co tu się dzieje i świetnie się jego cień wtapia w strukturę liścia. Fajnie to wygląda.

 

© Juan Jusus Gonzales Ahumada „ The texture of life”

Zdjęcia w kategori fotoreportażu znów ukazywały nam zagrożone gatunki i okrucieństwo człowieka wobec zwierząt, drapieżniki w cyrku, słonie w świątyniach przywiązane łańcuchami i oczywiście kłusownictwo w Afryce, gdzie walka z handlarzami kością słoniową wydaje się być walką z wiatrakami -  paru strażników z Parków Narodowych uwiecznionych na zdjęciach już nie żyje, zostali zamordowani.

Connor Stefanison został ogłoszony wschodzącą gwiazdą za swoje portfolio. To specjalna nagroda dla fotografów w przedziale wiekowym 18 – 25 lat. Robi fajne zdjęcia zwierzaków, ma fajnego czarnego kruka kroczącego po zasypanym śniegiem krajobrazie, czy niedźwiedzia, który przez przypadek uwieczniony został przez jego aparat w zastawionej na skunksa „pułapce fotograficznej” .

W kategorii The TimeLapse były dwie prace: zwycięska pokazująca zachowania plażowe tzw. ghost crab – który buduje nocą tunele i zamki na piasku, a potem przypływ mu to wszystko ładnie niweluje, aby miał znów zajęcie na noc. Druga kompozycja to niemal reklama dla krainy w Wielkiej Brytanii Dartmoor – nazwana humory Dartmoor – mnie zachęciła do przyjazdu w tamte strony.

Wystawa ta do 10 kwietnia mieści się w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie – najbliższa stacja metra South Kensington.

Ceny

Dorośli : £13 lub £15 z darowizną

Dzieci (lata 4-16) : £7,50 lub 6,75 z darowizną

Ulgowe (studenci, emeryci) : £7,5 lub 6,75 z darowizną

Rodzinne (max 2 dorosłych i 3 dzieci) : £41 lub 36,90 z darowizną

Darowizna to dobrowolna dopłata.

Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, jest jak zwykle co oglądać i czym się zachwycać.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez dział prasowy Muzeum Historii Naturalnej. 

 

Wystawa będzie też objeżdżać Wielką Brytanię więc miejcie oczy szeroko otwarte bo może zawitać do waszego miasta.

Oto parę dat i miejsc

Bristol do 10 kwietnia 2016 w M-Shed

Chelmsford do 14 lutego w Chelmsford Museum

Gloucester do 13 marca w Nature in Art.

Coventry od 5 lutego do 10 kwietnia w Herbert Museum and Art. Galery.

Przyjedzie też do Polski i znów parę dat i miejsc ale sprawdzajcie w waszych miastach i galeriach.

Toruń w Centrum Nowoczesności do 7 lutego

Mińsk Mazowiecki w Museum Ziemi Mińskiej od 12 lutego do 6 marca

Bielsko-Biała w Galerii Bielska BWA od 12 marca do 5 kwietnia

Bytom – Muzeum Górnośląskie od 9 kwietnia do 8 maja

Sopot w Państwowej Galerii Sztuki od 13 maja do 19 czerwca

Szklarska Poręba – Centrum Edukacji Ekologicznej od 24 czerwca do 24 lipca.

sobota, 16 stycznia 2016

 

 

Magna Carta ma już 800 lat i z tej okazji Biblioteka Brytyjska urządziła wystawę ukazującą nam historię powstania tego dokumentu, jego znaczenie i dziedzictwo. Na wystawie można było zobaczyć dwa z czterech zachowanych oryginałów, a także dokument zwany „Articles of the Barons”, który był spisem roszczeń możnych wystosowanych do króla Jana (King John), „Petition of Right” z 1628 roku i „the English Bill o Rights” z 1689 roku, zęby króla Jana, kość jego palca, fragmenty szat z jego grobu, testament króla Jana i wiele innych interesujących eksponatów, a także wielkie tłumaczenie Magna Carty na angielski wypisane na całej ścianie. 

king john bone © British Library

Magna Carta obrosła legendą, stała się dokumentem uważanym za podstawy demokracji, wolności i praworządności. Jeden z brytyjskich polityków, prawników i sędziów Lord Thomas Bingham (zmarł w 2008) roku stwierdził, że „ niezwykłość Magna Carty polegała nie na tym, co tam było napisane, ale na tym, co późniejsze pokolenia uważały i wierzyły, że zostało w niej zawarte.” Bardzo mi się to stwierdzenie spodobało.

Magna Carta to w sumie tzw. „charter” (dokument prawny) spisany na pergaminie z owczej skóry, jeden z wielu wydanych i spisanych w średniowieczu. Jest to umowa między baronami a królem Janem, swego rodzaju spis obietnic i ulg.

Większość odnosiła się do średniowiecznej prawno-obyczajowej rzeczywistości świata możnych, a nie całego społeczeństwa. Magna Carta miała umożliwić możnym większe wpływy i ograniczyć władzę króla. Król Jan miał to nieszczęście, że był synem Henryka II i bratem wspaniałego Ryszarda Lwie Serce i na ich tle wypada, jako jeden z najgorszych monarchów zasiadających na tronie Angielskim.

Wystawę zaczyna krótki rys historyczny o prawach i zwyczajach panujące na Wyspach Brytyjskich, poczynając od praw anglo-saskich w postaci manuskryptu z XI wieku „The Old English Hexateuch” , kodeksu króla Cnuta (Kanuta Wielkiego), charteru Koronacyjnego króla Henryka I, w którym m.in. król zobowiązywał się utrzymywać dobre prawa i walczyć z nieprawością w swoim królestwie. Mamy tu też manuskrypt pt. „Koszmary Henryka I” . Gdy ów król zaniedbał sprawy królestwa, nawiedziły go koszmary, więc poprzysiągł poprawę, a po przeżytym na morzu sztormie obiecał zaniechać zbierania tzw. duńskiego podatku przez 7 lat i utrzymywać sprawiedliwość.

archbishop Walter slipers Canterbury Cathedral © British Library

Jednym z ciekawszych eksponatów w tej części wystawy są szaty liturgiczne arcybiskupa Canterbury i doradcy królewskiego –Huberta Waltera (chancellor of England),  był on zdolnym politykiem, umiejącym lawirować między młotem a kowadłem, niestety zmarł w 1205 roku i król bez dobrego doradcy zaczął popełniać coraz więcej błędów. Ten okres w historii Anglii jak zwykle świetnie przedstawia Sharon Penman w swojej tzw. Walijskiej Trylogii – muszę się zebrać i napisać recenzję. Wracając do szat liturgicznych, wykonane są z jedwabiu, sprowadzone ze wschodu, może przez Hiszpanię, ale wyszywane już w Anglii. Są one jak napisano w notce przy gablotce przepięknym przykładem stylu „Opus Anglicanum”, a na niektórych fragmentach jedwabiu są motywy pseudokufickie, co pozwala na spekulację, że może materiał ten był darem od Saladina w czasie pobytu Waltera na trzeciej krucjacie w Ziemi Świętej. Mamy tu buty, mitrę, stułę oraz jego pięknie zdobiony pastorał. Cudeńka.

Canterbury cathedral archbishop crozier © British Library

W gablocie po przeciwnej, stronie na środku komnaty, mamy inne ciekawe elementy. Jest tu tzw. skarb z Wainfleet - w naczyniu pokrytym zielonym szkliwem znaleziono monety z czasów panowania królów Henryka II,  Ryszarda i Jana. Były to srebrne monety tzw. „short cross pennies” i półpensy o łącznej wartości 1 118 funtów, 8 i pół szylingów w ówczesnych czasach. Niezły majątek.

W innej gablocie mamy kolejny niezwykły zabytek z tego okresu „Tally Sticks”. Są to kawałki drewna z rożnymi nacięciami – a jest to niezwykła rzecz, te patyczki to rachunki -  dowody zapłaty podatku. Otóż na kawałku drewna (zazwyczaj orzecha laskowego) wycinano znaczki potwierdzające sumę zapłaconego podatku, potem taki patyczek rozszczepiano na dwie części i jedna część zostawała u podatnika, a drugą miał poborca – obie idealnie pasowały do siebie -  genialne rozwiązanie.

Chodząc po tej wystawie zazdrościłam ilości zachowanych dokumentów z okresu średniowiecza, to bardzo bogate źródła informacji o życiu w średniowiecznej Anglii.

Średniowieczne królestwa były co chwile targane różnymi buntami, a zwykle buntowali się możni, którym nie było na rękę panowanie silnego władcy. Henryk II miał podobne problemy, ale on był dobrym strategiem i miał silną osobowość. Ryszard Lwie Serce większość czasu spędził poza wyspami, albo na krucjatach, albo walcząc na kontynencie o swoje Andegaweńskie dziedzictwo. Król Jan utraciwszy dużo terytorium na kontynencie skupił się na panowaniu na Wsypach, no i to było trochę nie w smak możnym. Generalnie przyjmuje się, że nie było on najlepszym monarchą, miał tendencje do okrucieństwa, był podejrzliwy i pamiętliwy. Jego osobowość świetnie ukazała wspomniana już Sharon Penman, skupię się  na tym przy okazji recenzji jej serii o Walii.

genealogical chronicles king john© British Library

Otóż tym razem baronowie mieli środki materialne i militarne, aby poważnie zagrozić panowaniu Króla Jana, ten nawet oddał swoje królestwo w opiekę papieżowi, co było niezwykle zgrabnym posunięciem politycznym. Baronowie zaś powoływali się na „chartery” przywileje i prawa koronacyjne królów Henryka I i Edwarda Wyznawcy (Edward the Confessor). Doszło do negocjacji i efektem których była umowa zawarta między rebeliantami a królem. Dokument ten znany jest jako Magna Carta i nie był ani pierwszym kodeksem praw, ani pierwszą próbą ograniczenia praw monarchy. Podobne umowy były zawiązywane w całej średniowiecznej Europie. Dokument ten został opatrzony pieczęcią królewską w miejscu dziś znanym jako Runnymede – jest tam pomniczek upamiętniający  to wydarzenie. Co jest warte zaznaczenie to fakt, że dokument ten nie został podpisany jak się często mylnie wyraża, a właśnie obwieszony pieczęcią czyli przypieczętowany. W Canterbury mają jedną z czterech zachowanych kopi (chodzi tu o odpis nie o kopie jak my to rozumiemy obecnie)  tego dokumentu właśnie z Wielką Pieczęcią Anglii.

Magna Carta Canterbury copy © British Library

Magna Carta zawierała 63 klauzule, z których do czasów obecnych tylko 3 nadal są w pewien sposób obowiązujące, reszta odeszła do lamusa lub została objęta odrębnymi dekretami itp.

W pierwszym punkcie stwierdzono niezawisłość i niezależność kościoła, to nadal obowiązuje. Gwarantowano też konsultacje w sprawie podnoszenia podatków, a aresztowani mieli prawo do sprawiedliwego procesu i sądu według obowiązujących praw (law of the land), a nie widzimisię królewskiego. Ciekawym punktem było stwierdzenie, że wdowy nie mogą zostać zmuszane do ponownego zamążpójścia, jeżeli nie życzą tego sobie, jednocześnie nie mogły poślubić nowego małżonka bez zgody króla lub możnego jeżeli żyły z dochodu ziem do nich należących. Nie chodziło tu o prawa kobiety, ale o utrzymanie kontroli nad ziemią i tworzenie koligacji majątkowych.

Gdyby król nie dotrzymał swoich zobowiązań baronowie mogli go ostrzec, że źle czyni, a potem ewentualnie użyć siły.

king john hunting © British Library

Żywot Magna Carty był bardzo krótki, a Król Jan wcale nie miał chyba zamiaru jej przestrzegać bowiem już we wrześniu papież wystawił bullę, w której uznał tę umowę za niezgodną z prawem i obłożył baronów ekskomuniką oraz zawiesił Arcybiskupa Canterbury Stephena Langtona. Król Jan zmarł rok później nadal walcząc z baronami, a władzę objął jego syn Henryk III który miał tylko 9 lat i to była druga szansa dla baronów i Magna Carty.

Nowe wersje zostały zatwierdzone aby zyskać poparcie baronów dla króla, a kolejni monarchowie -  Henryk III i Edward I mieli podobne problemy z możnymi. Kolejne wersje były szeroko upowszechniane, a najbardziej trwałym elementem tego dokumentu był fakt, że król jest objęty zasadami prawa i im podlegał. Zmieniały się zasady dotyczące podatku od odziedziczonego mienia, oczywiście stawki szły w dół. Decyzje o wysokości podatków nakładanych na poddanych miały być konsultowane z  baronami, potem do tego doszli jeszcze rycerze oraz rzemieślnicy i kupcy czyli elita miejska. Powoli rodził się parlament, a zwłaszcza jego niższa izba (gmin).

great seal king John eaton collage © British Library

W kolejnych gablotkach można było zobaczyć pierwszą wydrukowaną wersję Magna Carty w drukarni Richarda Pynsona, tłumaczenie na angielski przez Roberta Redmana wydane przez Georga Ferrersa. Nawet taki despota jak Henryk VIII użył jej w czasie swoich reform religijnych, zwłaszcza jej pierwszej klauzuli o niezawisłości Kościoła w Anglii, świetnie mu to pasowało, gdy odrywał się od Rzymu. Do tego dokumentu odwoływali się przeciwnicy reformacji i tak np. powołał się na nią Thomas Moore w czasie swojego procesu – niewiele mu to jednak pomogło.

Magna Carta odżyła w czasach panowania dynastii Stuartów, za króla James I, a potem jego syna Charlesa I (Karol I), dzięki staraniom i działaniom prawnika i humanisty Edwarda Cooka. Gdy królowie zaczęli ograniczać swobody obywateli, narzucając swoje decyzje, on powołując się na Magna Cartę stanął naprzeciw monarchii w obronie prawa powszechnego. W pewnym momencie stracił pozycję i nawet przebywał w więzieniu. Właśnie za panowania Karola I konflikt między parlamentem, a królem panującym miłościwie z woli Boga się mocno zaostrzył. W 1628 roku Cook przedstawił w Parlamencie dokument „The Petition of Rights” , który opierał się na wyżej wspomnianym średniowiecznym dokumencie. Ostatecznie E. Cook wydał 13 tomów raportów o prawie i 4 tomy komentarzy znanych jako „Institutes of the Laws of England” i jest uznawany za twórcę podstaw tzw. „English liberties” (angielskich wolności i przywilejów). Co jest dziwne O. Cromwell nie był zbytnim miłośnikiem Magna Carty, chociaż był przeciwnikiem króla i przywódcą parlamentarzystów w czasie wojny domowej. Pod koniec XVII wieku otrzymujemy „The Bill of Rights” kolejny demokratyczny krok, w nim zawarta jest m.in. klauzula, że monarcha nie może zawiesić lub działać poza prawem, nakładać opłaty pieniężne bez zgody parlamentu, czy zbierać armię w czasie pokoju. Był ten dokument w gablotce to zobaczenia.

Oczywiście idee te przeniknęły do kolonii i pierwsze odnośniki do Magna Carty pojawiają się w dziele kwakra Williama Penna „The Frame of Government of Pennsylvania”, który był swego rodzaju przepisem na dobre zarządanie i był bardzo głęboko osadzony w tym starym dokumencie. Opierali się na niej też Banjamin Franklin, John Adams i Thomas Jefferson w czasie swoich prace nad deklaracją niepodległości. Można było obejrzeć na tej wystawie tzw. pierwszą wersję tej deklaracji, z notkami i propozycją zniesienia handlu niewolnikami. Kolejnym ważnym dokumentem był „United States Bill of Rights”, w którym odnoszono się do aresztu, procesu, bezstronności sędziów. Porównano też brytyjską wyboistą  drogę do demokracji z krwawą jatką w czasie Francuskiej Rewolucji.

 US bill of rights © British Library

Ostatnie pomieszczenia wystawy poświęcone były echom Magna Carty w innych dokumentach i deklaracjach m.in. w walce kobiet of równouprawnienie, w Deklaracji Praw Człowieka, o Magna Carcie  wspomniał Nelson Mandela w czasie swojej przemowy na procesie w Rivonii.

Jako ciekawostkę podam, że gdy w czasie II wojny światowej znani angielscy faszyści - Oswald i Diana Mosley, zostali zatrzymani prewencyjnie, to właśnie powołali się na Magna Cartę, a swoje zatrzymanie i uwięzienie bez procesu przedstawili jako atak na wolność. Odpowiedź rządu była: „to nie jest atak na swobody, ale jest to niezbędne działanie w celu utrzymania swobód”.

Tak ważny dokument pojawia się w edukacji, więc były różne pomoce edukacyjne, puzzle, książeczki dla dzieci itp. Na mnie największe wrażenie zrobiły filmiki CBBC z serii Horrible Histories. Przez resztę dnia chodziłam nucąc melodię z tej serii, która wpada ona w ucho i nie chce wypaść.


Na końcu była też ściana z angielskim tłumaczeniem Magna Carty i obie kopie, dość nadgryzione przez ząb czasu.

kopia Magna Carty © British Library

Wystawa super, jak i inne organizowane przez Bibliotekę Brytyjską. Warto jest to tego budynku zaglądać i jak jesteście w Londynie to wpadać na ich wystawy, bo są dobrze przygotowane, ciekawe i mają wielgaśną kolekcję manuskryptów. Niektóre są za darmo, więc wpadajcie na ich stronę aby to sprawdzić. W tym roku przypada 400-na rocznica śmierci Shakespeare’a, więc będzie kolejna wielka wystawa.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez dział prasowy Biblioteki Brytyjskiej. Images © British Library

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Flag Counter