niedziela, 21 kwietnia 2013

Jest to ciąg dalszy wpisu o książce Davida Lewis-Williamsa "The Mind in the Cave".

W ten sposób dochodzimy do rozdziału 4. - „The Matter of the Mind”, w którym autor w końcu dobiera się do sedna sprawy. czyli do umysłu. Na początku tego rozdziału jeszcze raz podkreśla, że zachowania typowe dla Homo Sapiens ukształtowały się poza Europą i to specyfika środowiska spowodowała, iż wydaje się nam, że nastąpiła tu jakaś przełomowa eksplozja twórcza. Po raz kolejny też skupia się na metodologii, przedstawiając dwa różne podejścia do interpretacji faktów i wyciągania wniosków. Jedną z nich nazywa łańcuchową - gdzie idziemy po ogniwach łańcucha i mamy problem, gdy nam czegoś brakuje lub ogniwo zostanie podważone. Druga, to metoda propagowana przez Alison Wylie, a nazwana „cabling” - najlepszym tłumaczeniem wydaje mi się być sznurek, który jest wykonany z wielu nici, z wielu elementów i nawet jeżeli jeden z tych elementów pęknie, lub go nie ma, to reszta utrzyma nas na drodze i doprowadzi to przysłowiowego kłębka. Podkreśla on, że wytłumaczenie zagadki sztuki górnego paleolitu leży nie tylko w jednej dziedzinie, potrzebne jest szerokie podejście do tego tematu i współpraca z innymi dyscyplinami naukowymi - o wpływie lingwistyki już była mowa w poprzednich rozdziałach.

W tym rozdziale wkraczamy w świat neurobiologii, neuropsychologii i wszystkiego neuro- związanego z pracą naszych szarych komórek. Jeszcze raz autor porusza zależność między mózgiem, umysłem a świadomością. Nie jest to takie proste, jak na pierwszy rzut oka nam się to wydaje. O mózgu wiemy dość dużo, możemy go pokroić, oznaczyć części odpowiedzialne z mowę, słuch, ruch itd. Jednak, mimo postępów medycyny, nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, jak on pracuje bez użycia metafor porównując go do komputera czy scyzoryka.

Jednym z ciekawszych porównań procesów zachodzących w mózgu – umyśle jest metafora „Katedry” Stevena Mithena. Wyróżnia on cztery podstawowe moduły: socjologiczną, technologiczną, przyrodniczą i lingwistyczną. Te moduły kryły się w kaplicach przy głównej nawie katedry, w której to funkcjonowała ogólna inteligencja. Jednak między nimi były mury i dlatego umysły ludzi z środkowego paleolitu nie były w stanie w pełni wykorzystać swoich możliwości. Potem nastąpiła neurologiczna demolka murów i runął stary świat, bowiem nastąpiła wymiana i przepływ informacji między poszczególnymi kaplicami.

Autor także zwaraca uwagę że zbytnio koncentrujemy się na inteligencji, a zapominamy o świadomości, czy nawet o podświadomości. Mamy tu też przegląd historyczny rozumienia co to jest świadomość, i próbę podziału świadomości i zrozumienia, co stoi za poszczególnymi pojęciami. Wkraczamy w świat snów, halucynacji, odmiennych stanów świadomości (altered state of consciousness), transu itp. – bardzo ciekawe. Przedstawione zostają nam etapy modelu neuropsychologicznego, który może wytłumaczyć nam zagadkę sztuki paleolitycznej. Autor podkreśla, że zanim wstąpimy na ten neurologiczny most łączący nas z człowiekiem górnego paleolitu, musimy przyjrzeć się obrazom jakie towarzyszą nam w stanach odmiennej świadomości. Identyfikuje się 3 etapy: pierwszy – lekki to motywy geometryczne jak: szlaczki, kropki, zygzaczki itp. Ponieważ jest to wpisane w nasz system nerwowy, każdy człowiek może tego doświadczyć. Ludzie którzy cierpią na migrenę mają takie doświadczenia wzbogacone dodatkowo czarną dziurą w środku obrazu, lub silnym światłem. Zostały one określone jako zjawiska entoptyczne  (entopic phenomena). Etap drugi to próba zrozumienia tych zjawisk entoptycznych poprzez nadanie im znajomych kształtów, a w trzecim etapie zastępują zmiany w obrazach i pojawiają się wirujące i wciągające tunele i tak oto zjawiska entoptyczne ustępują wizjom halucynogennym. Pojawia się światełko w tunelu. Ten etap jest bardzo silny i pełen emocjonalnych przeżyć.

Autor podkreśla, że jeżeli człowiek górnego paleolitu (Homo Sapiens) był fizycznie taki sam jak my, to powinniśmy przyjąć, że psychicznie odczuwał te same emocje, a jego mózg, pracując tak jak nasz, wystawiał go na takie same odczucia i wizje w odmiennych stanach świadomości. Sztuka górnego paleolity wydawałaby się próbą ogarnięcia i zrozumienia, tego co nasz umysł kreował. W tym rozdziale autor przytacza i wyjaśnia pojęcie „szamanizmu”, ale błędem by było twierdzenie ze jest to wyjaśnienie zagadki sztuki paleolitu. Otóż wydaje mi się że dla nas ludzi XXI wieku, przesiąkniętych cywilzacją, w dobie DNA, tabletów, telefonów komórkowych i podróży w kosmos użycie tego pojęcia przybliża nam trochę skomplikowany psychologiczno-emocjonalny świat naszych przodków. Nie jest to uproszczenie, ani trywializowanie, za tym pojęciem nie ma jednolitego zrozumienia świata, ale wielowątkowy, rozwarstwiony sposób patrzenia na świat i próbę zrozumienia rzeczywistości.

Rozdział 5 i 6 to są dwa przykłady etnograficzne - jeden z Afryki południowej opisujący zwyczaje ludu San, a drugi z Ameryki Północnej m.in. tradycje Szoszonów, ludności zamieszkującej tereny Kalifornii - góry Yokut. Te dwa rozdziały są niezwykle fascynujące, a światy w których te plemiona zamieszkiwały tak różne i tak podobne zarazem, że jest to w sam w sobie doskonały przykład, że nie można zaprezentować jedynego słusznego wytłumaczenia fenomenu sztuki naskalnej, a jedynie próbować zrozumieć procesy jaki przyczyniły się do jego stworzenia.

Kolejny rozdział „An Origin on Image-Making”  (początki tworzenia) ukazuje nam, że przepiękne malowidła to tylko część „artystycznej aktywności” człowieka górnego paleolitu, a niektóre z nich ,jako że nie są tak spektakularne, nie funkcjonują w masowej publicystyce. Jednak są one bardzo ważne, są bowiem uzupełnieniem rzeczywistości w jakiej żyli nasi przodkowie, a zwłaszcza relacji międzyludzkich, np.: znaki rąk na ścianach czy odciski pięt w jaskini Tuc d’Audoubert itp.

Znów wkraczamy na pole nauk neurologicznych i pytanie jak to się stało, że człowiek przenosi wizję ze swojego umysłu na świat materialny. Jakie znaczenie miały sny i możliwość ich zapamiętania i dyskusji na ten temat a powstanie sztuki? Rozpatrywane są też zabytki ruchome, ich znaczenie i przeznaczenie.

Następny rozdział to zabawa słowna „The Cave in the Mind” (jaskinia w umyśle) i zaczyna sią oczywiście historyjką spisaną przez Platona o Sokratesie i jego jaskini z więźniami i sposobie w jaki oni odbierają świat. Jeszcze raz powraca do modelu neuropsychologicznego i próbuje nałożyć go na człowieka górnego paleolitu, wskazując przykłady, gdzie to jest widoczne w sztuce. Podkreśla że wrażenia spirytualne zostały zmaterializowane w sztuce naskalnej i zabytkach ruchomych. Jeszcze ciekawsze są dwa następne rozdziały „Cave and Community” (jaskinia i społeczeństwo)  oraz „Cave and Conflict”  (jaskinia i konflikt). Przyglądamy się w nich relacjom między obrazami pojawiającymi się w umysłach ludzkich, a kształtami na ścianach jaskiń, oraz strukturze społecznej i jak to się ma do topografii jaskiń. Autor próbuje nam uświadomić, że nie były to proste malunki, ale efekt skomplikowanych procesów psychologiczno- społecznych, pojawia się tu pojęcie membrany – powierzchni, która jest swego rodzaju przejściem między światami materialnym a duchowym. Te dwie jaskinie są bardzo różne właśnie w tym socjologicznym kontekście. Autor odnosi się też do tematu konfliktu i obrazów z włóczniami, strzałami wystającymi z ciał – odnosząc się do analogii etnograficznych i wiedzy z neuropsychologii – wiele osób w stanie odmiennej świadomości mówi o uczuciu szczypania, przebijania, czucia się jak poduszeczka na szpilki itp. Przytacza informacje o procesie przejścia, inicjacji, śmierci i zejścia do dolnego świata i czy mają one związek z malowidłami przestawiającymi tzw. „wounded men”  (poranionego człowieka). Czy nasza interpretacja i doszukiwanie konfliktu nie jest tu narzucona naszym postrzeganiem świata i schematom jakie tkwią w naszej świadomości?

Książka ta przede wszystkim wyzwala nasz umysł z owej jaskini, pomaga nam wyjść poza granice poznania narzucone przez religię, konwenanse, schematy, a nawet trendy naukowe.  Co jest najciekawsze w tym podejściu do tego tematu nie jest to koniec, a jedynie początek w procesie zrozumienia, a nie tylko wyjaśnienia naszej przeszłości. Jest to możliwe poprzez rozszerzenie naszych horyzontów, bowiem oto na naszych oczach archeologia stała się nauką łączącą wiele dziedzin, i im szerzej patrzymy, tym mniejsza jest szansa, że coś przegapimy. Książka jest naprawdę super, nie wiem jak to się stało, że nie została jeszcze przetłumaczona na polski, nie jest ona tylko skierowana do archeologów i antropologów, zwykły śmiertelnik może się wiele z niej nauczyć. Jest to chyba najdłuższa recenzja – czy może raczej streszczenie jakie napisałam ale każde słowo wydawało mi się ważne, nie chciałam niczego przegapić, ale i tak nie wspomniałam o wielu rzeczach.

 

Zachęcam do tej niezwykle interesującej lektury.

 

sobota, 20 kwietnia 2013

Mind in the Cave

 



Książka ta wpadła mi w ręce dawno temu, gdy padała księgarnia Borders, ale postawiłam ją na półkę i czekałam na odpowiedni moment, aby ją przeczytać. No i nadeszła ta wiekopomna chwila, otóż w Muzeum Brytyjskim zagościła wystawa „Ice Age Art arrival of the modern mind„ na którą się wybieram i zdecydowałam, że najpierw poczytam sobie trochę, wejdę w temat i odświeżę swoją wiedzę. Książka ta zaczyna się cytatem z dzieła Karola Marksa, co mnie trochę zdziwiło, ale na zachodzie podchodzi się do tego myśliciela w inny, zdecydowanie mniej emocjonalny, a bardziej merytoryczny sposób.

„Umysł z jaskini” Davida Lewis-Williamsa, bo tak sobie ten tytuł przetłumaczyłam, to próba przedstawienia najbardziej intrygujących zagadnień z naszej historii: pojawienie się sztuki, pojawienie się współczesnego odbierania rzeczywistości, pojawienie się współczesnego człowieka. Jest to próba zrozumienia człowieka jaskiniowego, jego świata, a przede wszystkim jego umysłu, świadomości i fenomenu jakim były malowidła naskalne występujące w Europie Zachodniej, datowane na epokę górnego paleolitu.

Autor na początku przedstawia nam trzy scenariusze i nazywa je „Time Byte” : pierwszy to wydarzenie z odległej przeszłości, 13-14 tysięcy lat temu, gdy człowiek wszedł do jaskini Les Trois Freres (Francja) i z małą lampką przeciskał się przez wąskie przesmyki i długie tunele, aby w niewielkiej szczelinie jednej z komnat umieścić ząb niedźwiedzia jaskiniowego. Drugi „Time Byte” to jaskinia Niaux (Francja) i rok 1660; do jaskini, znanej w okolicy jako swego rodzaju atrakcja turystyczna, wchodzi grupka, w której znajduje się Ruben de la Vialle, udają się do komnaty znanej jako Salon Noir i na końcu umieszcza on swoje imię i datę, tylko metr od wspaniałego malowidła bizona. Jaskinia jest pokryta malowidłami, ale on i jego współtowarzysze wyprawy nie są nimi zainteresowani, nie mieli świadomości co oglądają. „Time Byte” trzeci to rok 1994 i jaskinia Chauvet (Francja) i tu trzej przyjaciele m.in. Jean-Marie Chauvet  wchodzą do niezbyt obiecującej jaskini i odkrywają bogate w malowidła miejsce, w którym jak później opisali czuli obecność artystów i duchów, odnieśli wrażenie się, że są tam intruzami. Te trzy punkty w czasie są szkieletem książki i autor będzie się to nich wielokrotnie odnosił.

Pytania jakie nasuwają się nam do głowy z pierwszej sceny to m.in. Dlaczego ten człowiek przed tysiącami lat podjął tak niebezpieczną wyprawę w głąb jaskini? Co czuł? Czy był to mężczyzna czy kobieta? Ile miał/a lat? Dlaczego wierzył/a, że należało umieścić ten niedźwiedzi ząb w szczelinie jaskini? Jak on/a odbierał/a malowidła na ścianach? Jakie miała dla niego/niej znaczenie ta wyprawa w głąb jaskini? Wydaje się być więcej pytań niż odpowiedzi. Autor podkreśla i to wielokrotnie, że jest to poszukiwanie esencji człowieczeństwa.  Nie chodzi tu o zaawansowanie technologiczne,  ale o duchowy rozwój, rozdziela pojęcie mózgu od umysłu, zadaje pytanie o związek tego organu z inteligencją i świadomością.

Bardzo interesujący jest rozdział pierwszy pt. „Discovering Human Antiquity”, w którym mamy doskonały przegląd historii badań nad przeszłością. Przybliża nam postacie ważne dla rozwoju archeologii oraz prądy naukowe, teorie i hipotezy próbujące rozwikłać tajemnicę malowideł naskalnych prehistorycznej Europy. Przeprowadza nas przez burzliwe lata, gdy Darwin i inni badacze podważyli chrześcijańskie spojrzenie na świat, ogłaszając teorię ewolucji. Te osiągnięcia otworzyły drzwi do badań nad prehistorią. Podział duńskiego badacza C. J. Thompsena na epokę kamienia, brązu i żelaza doczekał się powszechnego uznania i pojawiły się nowe pojęcia Paleolit i Neolit.

Wiele obiektów sztuki odkrytych na początku XIX czekało właśnie na rewolucję w sposobie myślenia, jaką wywołały nowe teorię i odkrycia. Kiedy w 1861 roku francuski archeolog Edouard Lartet opublikował wyniki swoich wykopalisk w jaskini Massat, załączając rysunki przedmiotów zdobionych artystycznie, wywołał tym prawdziwą burzę. Zaczęto się przyglądać innym zabytkom, pochodzeniu i prehistorii człowieka,  a zwłaszcza twierdzeniu o jego dzikiej i prymitywnej naturze.  Słynna jest wypowiedz jednej z Wiktoriańskich dam „ Miejmy nadzieje, że to nie jest prawda, a jeżeli to jest prawda, módlmy się, aby nie stała się wiedzą ogólnie dostępną”. Jeżeli takie emocje wzbudzały drobne, zdobione przedmioty, to jakim wstrząsem musiała być sztuka naskalna?!

Pierwsze odkrycie malowideł to ciekawa historia sama w sobie, otóż będąc pod wrażeniem zabytków ruchomych przedstawionych na wystawie w Paryżu w 1878 roku i rozmową z prehistorykiem E. Piette, właściciel ziemski Don Marcelino Sanz de Sautuola rozpoczął badania w jaskini na terenie swoich posiadłościach. Gdy on przeszukiwał ziemię w jaskini szukając kamiennych i kościanych artefaktów, jego 8-letnia córka Maria zadarła głowę do góry i odkryła piękne malowidło bizona, jej ojcu opadła szczęka, czegoś takiego się zdecydowanie nie spodziewał. De Sautoula opublikował wyniki swoich wykopalisk, opisując znaleziska oraz datując malowidła ze swojej jaskini na okres Paleolitu. Niestety bardzo szybko zainteresowanie tą jaskinią zgasło. Otóż przepiękne malowidła z Altamiry nie pasowały do opinii, że ludzie Paleolitu byli prymitywnymi myśliwymi, nie mogli oni więc stworzyć czegoś, co nosiło znamiona sztuki. Ogłoszono nawet, że było to oszustwo, oskarżając samego de Sautoulę. Uczeni nie byli w stanie przekroczyć barier w sposobie myślenia i zaakceptować tego odkrycia, nie byli w stanie wyjść poza granice wyznaczone przez religię i konwenanse.

Taki stan rzeczy trwał przez lata, nowe okrycia daremnie biły o zamknięta na cztery spusty drzwi szanowanych głów wielu uczonych, malowidła naskalne po prostu nie pasowały do schematu. Dopiero w 1902 roku dokonał się przełom i największy opozycjonista we francuskim świecie archeologicznym Emile Cartailhac przyznał się, że był w błędzie publikując artykuł „ Mea culpa d’un sceotuque”, kajając się za swój sceptycyzm. Pojawiają się nowe jaskinie i nowe niesamowite odkrycia m.in. wyżłobione i ozdobione kamienne lampy oraz figury wyrobione z gliny. Potem autor podkreśla znaczenie nowoczesnych technik datowania jakie pojawiły się w XX wieku m.in. C14.

Drugi rozdział „Seeking Answers” to prezentacja teorii próbujących wyjaśnić zagadkę malowideł z jaskiń. Rozpoczyna się ten rozdział próbą definicji pojęcia sztuka i jak autor podkreśla - niby wszyscy wiedzą o co chodzi, ale nikt nie umie tego sprecyzować. Podkreśla, że nasze zachodnie rozumienie sztuki i artysty (autora sztuki), to wynik epoki romantyzmu ze swoimi teoriami o bycie transcendentnym. W średniowieczu nie było artysty w naszym pojęciu, malarze np. mieli swój własny cech rzemieślniczy podobnie jak złotnicy, sukiennicy, kowale, rymarze itp.

Na pierwszy ogień idzie teoria „art pour l’art” czyli sztuka dla sztuki. Według tej teorii tak polepszyły się warunki życie, że człowiek mógł się skoncentrować na innych aktywnościach m.in. na sztuce. Malowidłami dekorowano otoczenie, wykonywano je dla zabicia czasu i z nudów i był to wynik indywidualnej aktywności. Oczywiście pojawia się pytanie – dlaczego dekorowali ciemnie, trudno dostępne jaskinie? Etnograficzne przykłady z Australii ukazały ludność żyjącą w trudnych warunkach, a nadal tworzących przepiękne malowidła naskalne. Coś tu nie pasowało i powoli ta koncepcja odeszła do lamusa.

Potem autor rozprawia się z Totemizmem i Magią Sympatyczną. Otóż na początku XX wieku antropologia kulturowa i socjologia stają się uznanymi dyscyplinami naukowymi, a przyczynił się do tego wzrost zainteresowania prymitywnymi ludami zamieszkującymi dziewicze tereny coraz intensywniej kolonizowane i cywilizowane przez państwa Europejskie.

E. Tylor jeszcze w poprzednim stuleciu wyczuwał związek między magią, a prehistoryczną sztuką, ale ojcem takiego myślenia jest Salomon Reinach (1858-1932). To on podkreślił, że aby choć trochę zrozumieć sztukę górnego paleolitu, musimy poznać i zbadać  życie teraźniejszych ludów prymitywnych. Nasuwa się tu jednak mały problem, który do dziś trapi wielu naukowców – Czy jest możliwe zrozumienie sztuki górnego paleolitu bez odnoszenia się do analogii? Czy używając analogy, nie kreujemy po prostu przeszłości na wzór teraźniejszości? Malowidła naskalne miałyby więc zapewnić powodzenie w polowaniach, ale czy na pewno? Tylko około 15% bizonów wyglądało na poranione. Obecność zaś drapieżców miała zapewnić, że ich cechy i umiejętności polowania przejdą na myśliwych?

Następnie na widelec idzie strukturalizm i analiza strukturalna. Przytacza tu pracę włoskiego uczonego Giambattista Vico żyjącego w latach 1668-1744, który był pionierem nowoczesnego myślenia, ale jego teorie poszły szybko w zapomnienie. Vico był humanistą i propagował kierunki dziś zaliczane do nauk społecznych, uważał że nie ma różnicy między umysłem ludów prymitywnych, zamieszkujących na ziemi, a tzw. ludźmi cywilizowanymi. Uważał, że to ludzki umysł kreuje świat materialny, i że to ta kreacja pozwala na zrozumienie i odniesienie się do tego świata w sposób efektywny. Świat jest tworem ludzkiego umysłu, i to ludzie stworzyli ten świat jaki znamy, a więc musi być jakiś uniwersalny język umysłu, a jedną z ludzkich cech jest tworzenie porządku z chaosu, kształtowanie właśnie owych struktur. Jego opinie poszły w zapomnienie, a o strukturze zaczęto rozprawiać ponownie, gdy na scenę naukową wkroczyli lingwiści m.in. Ferdinand de Saussure (1857-1913). Był to niezwykły uczony, ojciec strukturalizmu i lingwistyki, ale on nigdy nie napisał żadnej książki, jego wiedza skupiona została w pracy „Course in General Linguistics” z 1915 roku, a która została zebrana z wykładów przez jego wiernych studentów. Ukuł on pojęcia langue (język) i parole (mowa), langue to struktura, a parole to indywidualny produkt w obrębie tej struktury.

W latach 40-tych ubiegłego stulecia na scenę dyskusji o sztuce paleolitu wkracza niemiecki marksista Max Raphael, który m.in. uważa że sztuka naskalna to przejaw współczesności ludzi, którzy ją wykonywali. Inne jego teorie wynikają z filozoficznych przemyśleć Karola Marksa o rozwoju socjalnym i społecznym i szuka ich początków właśnie w górnej epoce kamienia. Ukazuje związek infrastruktury – podstawy życia ekonomicznego (bazy) w tworzeniu superstructure  nadbudowy – do których zaliczał ideologie, wierzenia, zwyczaje itp. W sztuce też widział przejaw początków konfliktów społecznych np. bizony walczyły z końmi, dostrzegał elementy męskie i żeńskie.

Następnie autor przedstawia nam dwoje wybitnych uczonych, którzy szczególnie wyróżnili się w próbie wyjaśnienia zagadki sztuki paleolitycznej Anne Laming-Emperaire (1917-78) i Anddre Leroi-Gourhan (1911-86). Anne opublikowała w 1959 roku rozprawę o jaskini Lascaux, która została odkryta 8 września 1940 roku przez psa Robota, który wpadł do dziury w ziemi. Jego właściciel 17-letni Marcel Ravidat wraz z kolegami uratowali go i wrócili po paru dniach, aby lepiej się przyjrzeć temu miejscu. Mieli ze sobą lampę i ich oczom ukazały się malowidła zwierząt w części zwanej Axial Gallery ( Galerię Osiową). Wiedzieli, że to co zobaczyli jest niezwykłe i powiadomili swojego nauczyciela Leona Lavala, który jednak ze względu na podeszły wiek nie był w stanie eksplorować jaskini. Poprosił uczniów o wykonanie rysunków i zawiadomił o znalezisku archeologa Abbe Breuila.

W swojej analizie malowideł z tej jaskini Anna Laming-Emperaire wydaje się iść śladami Raphaela (choć na początku nie przyznaje się otwarcie do inspiracji w marksistowskim uczonym)  m.in. zadaje pytanie o słuszność etnograficznych porównań; podkreśla, że fakt, iż niektóre obrazy są w trudno dostępnych miejscach sugeruje „święte” intencje malującego. Odrzuca proste formy totemizmu, podsuwa ideę, że rozwój intelektualny człowieka z górnego paleolitu był bardziej zaawansowany niż nam to się wydaje; postuluje aby malowidła rozpatrywać jako kompozycje, a nie indywidualne malunki na potrzeby poszczególnych polowań. W późniejszych pracach ta uczona wysuwa hipotezę o reprezentacji płci na ścianach jaskiń. Ostatecznie porzuca tę hipotezę i powraca do idei Raphaela o walce klanowej, rozwoju społecznym i tworzeniu mitów. Postulowała ona dokładne badanie jaskiń, inwentaryzację znalezisk, tworzenie mapy dystrybucji rodzajów rysunków względem miejsca w jaskini w jakim zostały umieszczone, zabytków jakie im towarzyszyły, śladów użycia, kontekstu w jakim występowały. Drugi uczony Leroi-Gourhan rozwijał swoje interpretacje w cieniu wielkiego Claude’a Levi-Straussa - uznanego za ojca strukturalizmu w antropologii i archeologii. Leroi-Gourhan twierdził, że ludzie paleolitu mieli takie same umysły jak my; że to umysł kreował świat; sugerował że analiza zabytków paleolitu pozwoli na lepsze poznanie tego właśnie umysłu i sposobu w jaki on funkcjonował. Zaakceptował on sugestię Levi- Straussa, że umysł ludzki pracuje jak komputer na zasadzie przeciwności i klucz do zrozumienia leży w relacji między tymi przeciwnościami np. światło – ciemność, kobieta – mężczyzna itp. Poszedł on za sugestiami Anne i dokonał inwentaryzacji i zmapował znaleziska, pogrupował zwierzęta i znaki, przypisał im znaczenie, próbując znaleźć pod wszystkim wspólny mianownik, czy jakiś kod strukturalny. Jak jednak autor podkreśla wizerunek bizona jest powszechny w sztuce jaskiniowej, ale czy zawsze miał taką samą wymowę dla tego kto go malował i oglądał? W pędzie do wyjaśnienia zagadki sztuki górnego paleolitu zbytnio skoncentrowaliśmy się na odkryciu znaczenia malowideł, ale czy jest to możliwe bez poznania kontekstu nie tylko materialnego ale i psychologicznego w jakim ta sztuka powstawała?

I tak dobrnęliśmy do rozdziału 3 „A Creative Illusion”, w którym poznajemy ludność jaka zamieszkiwała Europę w okresie paleolitu, zwłaszcza górnego paleolitu. Najpierw autor przedstawia nam Neardertalczyka i jego odkrycie w połowie XIX wieku. Kości znalezione w jaskini Feldhofer  zostały pokazane miejscowemu nauczycielowi jako prawdopodobne szczątki jakiegoś niedźwiedzia, ale Fuhlrott - amator przyrodnik - stwierdził, że to co ma przed sobą, to nie jest fragmentem czaszki niedźwiedzia, ale i nie człowieka współczesnego, czyżby pochodziły od jakiegoś chorego osobnika? Rozumiał, że były one wiekowe, ale bez znajomości teorii ewolucji nie potrafił sobie poradzić z interpretacją znaleziska i skontaktował się z profesorem Hermanem Schaaffhausenem anatomistą na Universytecie w Bonn. Ich wyjaśnienie sugerowało, że jest to egzemplarz rasy dzikiego osobnika żyjącego w tym samym okresie co wymarłe zwierzęta. Dodali także, że niektóre rasy mogły wyginąć razem z owymi okazami fauny, gdy inne - których organizacja (społeczna?) się rozwinęła przetrwały. Niechcący zapachniało ewolucją!!!

Oczywiście pojawili się przeciwnicy, np. August Meyer, patolog z tego samego uniwersytetu co Herman, twierdził, że są to szczątki Kozaka z rosyjskiej armii ścigającej Napoleona w 1814 roku, który śmiertelnie ranny dowlókł się do jaskini w dolinie Neander i tam zmarł. Negował to znalezisko także inny słynny anatomista Rudolf Virchow – no cóż, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Obaj panowie mieli więcej szczęścia na Wyspach Brytyjskich, gdzie Huxley i William King docenili to znalezisko, a ten ostatni sklasyfikował tego osobnika jako Homo Neanderthalensis. Wydawało się, że znaleziono zaginione ogniwo między naszymi małpowatymi przodkami, a człowiekiem współczesnym. To był początek próby ogarnięcia zmian jakie zaszły w prehistorycznej Europie około 45 – 35 tysięcy lat temu. Pojawia się wtedy sztuka i okres ten często jest nazywany „Creative Explosion” (kreatywną eksplozją) oraz „Upper Palaeolithic Revolution” (rewolucją górnopaleolityczną), choć najbardziej popularny jest termin Middle to Upper Palaeolihtic Transition (przejście ze środkowego do górnego paleolitu). Okres ten wydaje się być przełomowy dla naszej historii, oto pojawia się człowiek współczesny ze wszystkimi jego atrybutami. Jak przytacza autor większość opisów tego okresu i wydarzeń mówi o zmianach klimatyczno-ekologicznych, technologicznych i związanym z tym rozwoju socjologicznym - wspominając o tworzeniu sztuki jakby, to było oczywistym etapem rozwojowym ewoluującego estetycznego podejścia do otaczającej człowieka rzeczywistości. Autor uważa, że pojawienie się sztuki było ważnym ogniwem przyczynowo skutkowym w naszym rozwoju, a produkcja malowideł odzwierciedla ten proces, zaś odczucia estetyczne są czynnikiem drugorzędnym.

Następnie autor po krótce przedstawia nam zmiany jakie nastąpiły w tym kluczowym okresie. Podkreśla że wspomniany proces „Transition” (Przejście) nie może być po prostu wytłumaczony zmianami klimatycznymi, oziębienie klimatu około 35 tysięcy lat temu nie doprowadziło do zmian jakie obserwujemy, Neandertalczyk przetrwał poprzednie, a ostatnie zlodowacenie miało miejsce już po tym przełomie cywilizacyjnym. Twierdzi on, że to był kontekst, a nie przyczyna owego „Przejścia” . Zwraca uwagę na różnice technologiczne w zabytkach pozostawionych przez ludność zamieszkującą tereny Europy, zasiedziałych tubylców (Neandertalczyków) i nowo przybyłych Homo Sapiens. Mustierski przemysł obróbki kamienia był charakterystyczny dla środkowopaleolitycznych mieszkańców Europy z gatunku Neandertalensis, a technologia określana jako Oryniacka (od miasteczka Aurignac we Francji) charakterystyczna była dla napływowego gatunku Homo Sapiens ( zwanego też Cro-Magnon). Dwie różne techniki produkcyjne i różne narzędzia z nich wykonane, zwraca uwagę na różnorodność kształtów i większe zróżnicowanie w młodszej technologii, w tym wykorzystanie materiałów jak kości, rogi, kości słoniowej (mamuciej), drewna oraz pojawienie się elementów ozdobnych jak np. paciorki, zawieszki, bransolety i rzeźbione figurki. To kompletnie coś nowego, nowa moda czy nowy trend niosący ze sobą poważne zmiany? Oba gatunki występowały w Europie w tym samym czasie, a  „ostatni” Neandertalczycy zamieszkiwali okolice Gibraltaru około 27 tysięcy lat temu. Pytanie jest czy były między nimi kontakty, czy były konflikty, wymiana technologiczna, ideowa czy nawet genetyczna.

Autor przytacza przykłady gdy Neandertalczyk mógł pożyczyć elementy z ludności napływowej np.: zdobienie ciała, użycie ochry - ale nie przekształciło się to w sztukę jaką znamy ze stanowisk okupowanych przez „imigrantów” , niektóre aspekty w technologii obróbki kamienia etc. Jednak nie nastąpiła transformacja zachowań, bowiem przybysze mieli całkiem inne spojrzenie na świat. Odnosi się on też do stwierdzenia, że nastąpiła tu jakaś eksplozja twórcza, przypominając nam, że można prześledzić początki takich zachować wraz z rozprzestrzenianiem się gatunku Homo Sapiens i przestrzega przed eurocentralizacją naszego spojrzenia.

Tak się rozpisałam że trzeba to podzielić - CDN...

Druga część wpisu "The Mind in the Cave" cz. 2


sobota, 23 marca 2013

 kadłub statku Cutty Sark

Jest to jedna ze słynniejszych jednostek pływających, które można zwiedzać i ma niesamowicie ciekawą historię, pełną trumfów i tragedii. 21 Maja 2007 roku niebo nad Greenwich spowiły kłęby dymu, a telewizja przez cały dzień podawała wiadomość, że płonie Cutty Sark. W pracy oglądaliśmy relację na każdej przerwie i kręciły nam się łzy w oczach, bo oto kawał historii zamieniał się w popiół. Strażakom udało się jednak opanować ogień, a na dodatek okazało się, że większość ważnych elementów statku i wyposażenie zostało z niego usunięte w czasie procesów konserwatorskich -  statek od paru miesięcy był w remoncie. Po pracochłonnej inwentaryzacji szkód okazało się, że tylko 5% oryginalnego statku zostało zniszczone. Tragedia ta jednak spowolniła prace konserwatorsko-remontowe, ale także spowodowała napływ datków dobroczynnych na odbudowę tego zabytku. W 2011 roku dokonano najważniejszego manewru statkiem, podniesiono go z dna suchego doku o 3 metry, co dało możliwość wyeksponowania kadłuba i podziwiania jego unikalnego kształtu.  25 Kwietnia 2012 roku Królowa Elżbieta II po raz drugi dokonała otwarcia statku-muzeum dla publiczności.

Byłam na tym statku przed pożarem i byłam po pożarze. Zachęcam was do wyprawy w świat, gdy na morzach i oceanach królowały żagle.

Cutty Sark został zbudowany w jednym celu – miał szybko dostarczać najbardziej pożądany towar na rynku Europejskim, (a zwłaszcza Angielskim) jakim była herbata. Statek został zamówiony przez Johna Willisa w stoczni Scotta i Lintona w Woodyard, Dumbarton w Szkocji. Statek ten miał być wykonany według nowej mody - „mieszanej technologii”,  w której to statek był zbudowany na żelaznym szkielecie do którego wmontowane były drewniane elementy. Taka metoda pozwalała zwiększyć miejsce na towary, a im więcej można było na statku zmieścić w ładowniach, tym bardziej opłacalny był rejs. Statek został ukończony w listopadzie 1869 roku, a koszt budowy to £16 100. W jego konstrukcji znalazło się 138 żelaznych ram, do budowy kadłuba użyto dębu indyjskiego na górne części i specjalnego gatunku wiązu amerykańskiego (Ulmus thomasii) na części dolne, bo było ono bardziej odporne na ciągły kontakt z wodą. Do połączenia elementów drewnianych do metalowego szkieletu użyto 20 000 śrub, kadłub został pokryty do linii wodnej specjalnym stopem metalu – Muntz –  około 60% miedź, 40% cynk ze śladowymi ilościami żelaza. Zabieg ten miał na celu zapobieganie osiadaniu na kadłubie stworzeniom morskim np. wąsonogom z gatunku skorupiaków, oraz świdrakowatym  z rodziny małż, a zwłaszcza świdrakowi okrętowcowi, małemu stworzonku o bardzo uciążliwej diecie opartej na drewnie i występującej w niej celulozie. Wymiary statku: długość 86 metrów, szerokość całkowita 11 metrów, głębokość to 7 metrów, a maksymalna powierzchnia żagli 3 000m2 , wyporność 921  ton.

przekrój przez kadłub

Inspiracją nazwy Cutty Sark był poemat „Tam O’Shanter” autorstwa Roberta Burnsa opublikowany w 1791 roku. Opowiada on historyjkę Tama, który to miał zwyczaj popijać sobie w każdy dzień targowy w miasteczku Ayr i o tym co mu się pewnego dnia przydarzyło. Otóż wracał on sobie do domu na swoim wiernym rumaku zwanym Maggie, gdy ujrzał dziwne światło w kościele. Przez okno zajrzał do środka i zobaczył, że miejsce jest pełne wiedźm, czarowników tańczących w takt muzyki wygrywanej na dudach przez samego diabła. Większość czarownic to stare babska ale była tam jedna młodziutka Nannie, ubrana właśnie w „cutty sark” czyli krótką koszulinę. Tam tak się zachwycił jej wdziękami, że wyrwał mu się mały okrzyk no i towarzystwo go zauważyło i zaczęło go gonić. Tam pogania swojego rumaka w stronę mostu w Alloway, bo podobno wiedźmy nie mogą przekroczyć wody i już dopadł do niego, gdy Nannie chwyciła konia za ogon i tak z tym ogonem w ręce została, bo Maggie galopowała już po moście. Galion tego statku przedstawia właśnie Nannie z ogonem końskim w wyciągniętej dłoni. Pod statkiem jest cały zbiór galionów z różnych statków, bardzo interesująca mieszanka.

Nannie, Cutty Sark

Zwiedzając statek, możemy nie tylko przyjrzeć się konstrukcji, ale i poznać życie na takiej jednostce, zaznajomić się z epoką żaglowców handlowych i towarami jakie one przewoziły. Są tu wystawy, eksponaty i dokumenty powiązane z historią statku, a także gry multimedialne. Można sobie na przykład spróbować przeprowadzić statek z Australii do Londynu, próbując pobić rekord kapitana Richarda Woodgeta, który dokonał tego w 73 dni. Utknęłam przy tym stole i nawet udało mi się zrobić to w 80  dni, ledwo mnie mój ukochany odciągnął. Co jest bardzo ciekawe na całym statku to napisy po chińsku, ale w końcu to był kliper herbaciany, a herbata z Chin była sprowadzana.

Cutty Sark odbył swój pierwszy rejs w 1870 roku do Szanghaju, po 8 miesiącach powrócił wypełniony po brzegi herbatą, a dokładnie 600 000 kilogramami liści w skrzyneczkach,  a można by przygotować z tej ilości około 200 milionów szklanek herbaty. Wartość tego ładunku na dzisiejsze pieniądze przekroczyłaby 1 milion funtów. Cutty Sark nie był najszybszym herbacianym kliperem, ten honor należy do innego statku o imieniu Thermopylae. Doszło raz do wyścigu między obiema jednostkami, wypłynęły one z portu w Szanghaju 17 czerwca 1872 roku, do Oceanu Indyjskiego szły nos  w nos, potem Cutty Sark złapał pomyślny wiatr i wysunął się 400 mil do przodu.  U wybrzeży Afryki napotkał straszną burza i stracił ster. To była prawdziwa katastrofa, cieśla okrętowy Henry Henderson zabrał się za naprawę, m.in. zbudowano kuźnię na pokładzie do wykonania metalowych części steru. Na tych naprawach stracili jednak 5 dni i Thermopylae wyprzedziło ich o 500 mil, nie byli w stanie tego nadgonić i dopłynęli do Londynu 9 dni za swoim rywalem. Bohaterska postawa załogi doczekała się jednak powszechnego uznania.

przedmioty zabytkowe z Cutty Sark

Kiedy Cutty Sark zaczynał swoją służbę w handlu, po morzach i oceanach pływało 59 brytyjskich statków przewożących herbatę z Chin, w 1877 było ich tylko 9. Zaczynała się era parowców, zmiany technologiczne i wzrost sprawności silników spowodowały, że część ładowni potrzebna na węgiel zaczęła się zmniejszać, i kompanie handlowe częściej zaczęły ich używać. Gwoździem do trumny dla herbacianych żaglowców było otwarcie w 1869 roku Kanału Sueskiego, skracającego o 3 300 mil trasę między Chinami a Londynem, a czas podróży o 10-12 dni. Niestety żaglowce nie mogły z tego skorzystać ze względu na niekorzystne wiatry na Morzu Czerwonym i Śródziemnym.

W maju 1878 roku Cutty Sark zawitał do portu w Hankou, ale większość herbaty została już załadowana na parowce i to co zostało wypełniło tylko połowę ładowni. Kapitan zaprowadził statek do Szanghaju, ale tu też nie było herbaty, postanowił więc zabrać węgiel do Japonii i w drodze powrotnej wypełnić ładownię herbatą, niestety cała herbata wylądowała na parowcach. Zaczęły się ciężkie czasy dla tego statku, pływał on od portu do portu szukając ładunku do przewiezienia np. transportował węgiel, owoce, cukier, wino, brandy, kakao, papier, instrumenty muzyczne, buty, świece, rogi jelenie i proch itp.

skrzynia marnarska

Życie na statku nie należało do łatwych, załoga miała mało miejsca bo najważniejsza była ładownia, nie było prawie prywatności, a praca nie należała do lekkich. Pełna załoga to 27 ludzi: kapitan, 17 marynarzy, 2 praktykantów (uczniów), żaglomistrz, 2 cieśli, 2 oficerów, steward i kucharz. Najmłodsi byli oczywiście praktykanci – czternastolatkowie, na statku służyli m.in. amerykanie, Skandynawowie i marynarze z Indii Zachodnich, był nawet Chińczyk James Robson pracujący jako kucharz – jego historia też jest ciekawa, jako dziecko znaleziono go w koszu pływającym u wybrzeży Chin, uratowano go i zabrano do Anglii, stąd takie niechińskie imiona. W ciągu 25 lat służby na morzu pod brytyjską flagą przez statek przewinęło się 658 marynarzy, pięciu z nich zginęło.

kuchnia na Cutty Sark

 

messa oficerska

 kwatera oficera

 kibelek dla marynarzy

Zdarzały się konflikty, a najsłynniejszy z nich to sprawa z 1880 roku. W czasie rejsu z Londynu do Yokohamy, z ładunkiem węgla dla amerykańskiej floty, doszło do nieporozumienia, a raczej szeregu nieporozumień. Starli się starszy oficer Sydney Smith (powszechnie nielubiany osobnik o trudnym charakterze) i marynarz z Chicago John Francis. Przy okazji kolejnej kłótni Francis pogroził Smithowi handszpakiem od kabestanu, ale Smith wyrwał mu go z ręki i walną go w głowę. Zrobił to dość mocno, bo Francis zmarł następnego wieczora. Smith został zamknięty w swojej kabinie, ale udało mu się czmychnąć, gdy statek zacumował na Jawie w porcie Anjer. Załoga na statku się zbuntowała, oskarżając kapitana Wallace’a o pomoc w zorganizowaniu Smithowi ucieczki. Czterech marynarzy wylądowało w kajdanach, co oznaczało, że statek był prowadzony przez kapitana, drugiego oficera, żaglomistrza, cieślę okrętowego, kucharza i 4 uczniów. Wtedy przyroda dokonała interwencji i statek utknął w bezwietrznej pogodzie, Wallace musiał sobie zdawać sprawę, że nie da się tego skandalu uciszyć i może stracić prawa kapitańskie. Po trzech dniach takiego przestoju kapitan wdrapał się na barierki na rufie statku i wyskoczył za burtę.

Nowo mianowany kapitan William Bruce też nie był zbyt rozsądny i lubił sobie zajrzeć do butelki. W drodze  do Nowego Yorku zabrakło im jedzenia i musieli prosić o pomoc niemiecki statek, a potem okręt Marynarki Królewskiej. Nie trzeba dodawać, że jego kariera po takim występie szybko się skończyła i nie zagrzał w kapitańskiej kajucie na Cutty Sark długo miejsca.

Konflikt między Smithem a Francisem stał się inspiracją opowiadania Josepha Conrada „The Secret Sharer” (Tajemny wspólnik).

Smith uciekł sprawiedliwości, ale nie na długo i tak dwa lata później został rozpoznany w Londynie, aresztowany i skazany za nieumyślne zabójstwo na 7 lat ciężkiej pracy.

Cutty Sark pływał tak od portu do portu szukając ładunku do 1883 roku, gdy jego właściciel postanowił zaangażować ten statek w transport wełny Merino z Australii do Londynu. Pierwszy rejs z antypodów do Londynu trwał 84 dni, to był rekord, a Cutty Sark dosłownie znokautował pozostałe handlowce, przybywając do Londynu 25 dni przed innymi statkami, które opuściły port w tym samy czasie. Jeszcze lepiej sprawił się statek i załoga pod kapitanem Richardem Woodgetem który pokonał ten dystans w rekordowe 73 dni, zręcznie wykorzystując pomyślne wiatry i prądy. Mimo rekordowych rejsów i pełnego załadunku balami wełny okazało się, że dalsza eksploatacji statku nie bardzo się jego właścicielowi opłaca i tak w 1895 roku John Willis zdecydował się go sprzedać.

kolekcja galionów na Cutty Sark

Statek trafił na 16 dni w ręce Johna Richardsa, ale on go sprzedał za £1250 portugalskiemu przewoźnikowi  Joaquimie Antunes Ferreira & Co. z Lizbony i statek otrzymał nowe imię Ferreira. Pływał pod portugalską banderą między Lizboną, portugalskimi koloniami w Afryce, Brazylią i Ameryką. Został uszkodzony w czasie Wielkiego Sztormu u wybrzeży Florydy w 1906 roku, naprawy trwały pół roku. Podobnie dużo szczęścia miał ten statek, gdy 10 lat później w drodze z Mozambiku do Angoli w czasie sztormu węgiel w ładowni niebezpiecznie się przemieścił na jedną burtę. Kapitan rozkazał obcinać maszty i reje aż ostatecznie pozostał na nim tylko główny maszt i część przedniego, na pomoc przyszedł im wtedy przepływający parowiec, który ich odholował do Zatoki Stołowej w Afryce Południowej. Naprawy trwały prawie 2 lata, a że w tym okresie brakowało drewna (trwała wojna) to zmieniono ożaglowanie i przekształcono ten statek w barkentynę – mniej żagli i mniejsza załoga, ale utracono piękno i prędkość tej niezwykłej jednostki. Po powrocie na wodę statek znów trafił w inne ręce, najpierw kupił go Joao Pires Correia, a potem Cia de Navegacao de Portugal i po raz kolejny zmieniono mu imię, tym razem na Maria do Amparo  (Maria co chroni).

W 1922 roku statek zawitał na drobne naprawy do portu w Falmouth i tam wypatrzył go Wilfred Dowman, mimo zmian poznał, że jest to słynny Cutty Sark. To on i jego żona Catharine z domu Courtauld (bogata rodzina) ocalili ten statek od kompletnej ruiny. Kupili go za ogromną sumę £3 750 (o wiele więcej niż statek był warty jako jednostka pływająca, ale jego wartość zabytkowa była bezcenna). 2 Października 1922 roku statek Maria do Amparo został doholowany do portu w  Falmouth, zarejestrowany pod dawnym imieniem Cutty Sark i rozpoczęła się renowacja statku.  Dowman chciał, aby była to jednostka szkoleniowa, kadeci mieszkali i uczyli się morskiego rzemiosła na jego pokładzie. Postanowił on także udostępnić statek szerszej publiczności, można się było dostać na jego pokład podpływając łódką. Był to pierwszy od ponad 400 lat statek udostępniony do zwiedzania. Po śmierci W. Dowmana w 1936 roku Cutty Sark trafił do Szkoły Morskiej w Greenhithe na Tamizie jako dar wdowy z £ 5000 na utrzymanie.

Po wojnie statek znów podupadł i pomógł mu kolejny zapaleniec - dyrektor Muzeum Morskiego w Greenwich Frank Carr, założył on Cutty Sark Preservation Society ( można to nazwać Towarzystwo Przyjaciół Cutty Sark) i udało mu się wciągnąć w akcję renowacji statku męża Królowej - Księcia Filipa. Dzięki temu patronatowi udało się uzbierać potrzebne £ 250 tysięcy na renowacją obiektu. 25 czerwca 1957 roku Królowa Elżbieta II dokonała oficjalnego otwarcia muzeum na statku Cutty Sark. W latach 1957 – 2003 zwiedziło ten statek ponad 13 milionów turystów, wiek statku i te miliony go zadeptujące spowodowały, że potrzebny był gruntowny remont i zmiana sposobu eksponowania tego zabytku. Prace rozpoczęto w 2006 roku, a w maju rok później wydarzyła się tragedia -ogień na pokładzie. Po raz kolejny okazało się, że statek ten powstał chyba pod szczęśliwą gwiazdą, a może to Nannie nadal lubi swoją kusą koszulkę. Pożar udało się opanować, ukończono konserwację i znów można go zwiedzać.

My tam byliśmy, kawę i ciastka w kawiarni pod kadłubem zjedliśmy i Was namawiamy.

Cutty Sark

Godziny otwarcia:

Codziennie od 10 – do 17 (ostatni wstęp o 16)

W czasie Wielkanocy 29 marca do 9 i 11 Kwietnia od 10-18.

Ceny:

Dorośli: £ 12

Dzieci (wiek 5-15) : £ 6.50

Ulgowe (studenci z legitymacją, seniorzy po 60-tce) : £ 9.50

Rodzinny (1 dorosła i 2 dzieci) : £ 20

Rodzinny (2 dorosłych i 2 dzieci) : £ 29.

Dojazd:

Najprościej DLR do stacji Cutty Sark.

niedziela, 17 marca 2013

 

Kolejna wyprawa z panią Beatą do pełnej tajemnic egzotycznej krainy, tym razem jest to Gwatemala – jeden z najniebezpieczniejszych krajów świata. Pani Beata jak zwykle podróżuje sama, przeciera szlaki nieturystyczne, wiedzie nas tropami dawnych kultur, pokazuje, a raczej opisuje i przedstawia nam obrzeża cywilizacji starych i nowych, pozwala poczuć smak odległych miejsc, poznać ludzi i ich obyczaje oraz mity z odległej przeszłości wplątane w codzienność teraźniejszości. Podoba mi się język, którym ona pisze, jest prosty, a zarazem bardzo bogaty, barwny i obrazowy, pobudza wyobraźnię do pracy i wywołuje uśmiech na ustach. A że śmiech to zdrowie to jest dodatkowy powód, aby sięgnąć po jej książki. Pani Beata często mówi o robieniu zdjęć, jednak w tym wydaniu nie ma ani jednego, za to są urocze rysunki autorki.

Tym razem pani Beata zabiera nas na drogi i bezdroża Gwatemali, na tereny podbite kiedyś przez imperium Majów. Główną metodą transportu są autobusy, przeładowane, jadące bez rozkładu, bez przystanków, w których można spotkać barwie ubranych tubylców, podróżujących z inwentarzem. Razem z autorką spędzamy noce w podejrzanych hotelach z pokojami bez okien i kranami bez wody, przemykamy się ulicami miast, ścieżkami w dżungli, zachodzimy na msze do kościołów i kręcimy się po targowiskach.

W czasie tej podróży po teraźniejszości pani Beata przytacza nam liczne i ciekawe informacji o przeszłości tych terenów, budując w ten sposób niezwykle barwy obraz kulturowo-historyczny. Zabiera nas także do kawałków tej dzikiej krainy zawłaszczonych przez zachodnią cywilizację, piękno i dzikość zostały stłamszone i przerobione na zachodnią, cywilizowaną modłę. Tak to się dzieje, gdy miejsce jest tak piękne, że turyści decydują się tam zamieszkać i przywlekają ze sobą wszystko to, co powoduje, że miejsce przestaje być już takie wyjątkowe – tak się stało z jeziorem Atitlan – kiedyś okrzykniętym najpiękniejszym jeziorem świata. Poznajemy też legendę o bohaterskich bliźniakach, kryształowych czaszkach, dowiadujemy się, jak mieszkańcy Antigui spędzają Wielkanoc, poznajemy zasady gry w pitz, zwiedzamy starożytne Tikal i miasteczko Fray Bartolome de Las Casas pamiętające czasy konkwisty, a które założył idealista, który próbował przekonać wszystkich, że tylko dobro może zbawić świat i walczył o prawa tubylców.

Niesamowite, że na tych 207 stronach zostało zawartych tyle ciekawych informacji, jest to kolejna jej opowieść i wiem, że jak będę miała okazję, to sobie kupię następną.

Książka jest wydana w serii National Geeogrphic, jest mała, lekka i dobrze się mieści w torbie. Polecam, świetnie się ją czyta zwłaszcza w czasie podróżowania komunikacją miejską.

sobota, 02 marca 2013

 storczyk, orchidea, kwiat, cymbodium,

 orchidea, storczyk

storczyk, orchidea

orchidea, storczyk,

orchidea, storczyk

orchidea, storczyk

 

Jak co roku Ogrody Botaniczne w Kew uraczyły nas wystawą storczyków. Jest to już któraś w moim życiu wystawa tych kwiatów, i wydaje mi się że co roku wystawa jest mniejsza i uboższa. Zajmuje ona mniej miejsca i mniej jest też kwiatów i nie jest ona tak różnorodna jak bywało parę lat temu. No cóż kryzys i niedostatki finansowe ich też pewnie dotknęły i muszą zaciskać pasa. Ale jak tak dalej pójdzie to za parę lat nie będzie co oglądać.

storczyk, orchidea, black velvet, phalaeonopsis

orchidea, storczyk, yellow pride, phalaeonopsis

Yellow pride

storsczyk, orchidea, kwiat

orchidea, sotrczyk

Zdziwiło mnie też, że wystawa miała tylko trwać do 4 marca, ale chyba się ktoś kapnął, że kończą ją przed tutejszym dniem matki (Mothering Sunday), który wypada w niedzielę 10 Marca i właśnie przedłużyli wystawę o tydzień. Więc jeżeli nie macie innych planów to zapraszam póki jeszcze można te prawdziwe cuda natury oglądać.

orchidea, storczyk

orchidea, storczyk, kwiaty, wystawa, Kew

orchidea, storczyk, 

orchidea, storczyk, kwiaty

Opera

delate, storczyk, orchidea

orchidea, storczyk, wystawa, kwiaty

orchidea, storczyk, odontoglossum

oncidium, orchidea, storczyk

orchidea, storczyk, odontoglossum

orchidea, storczyk

orchidea, storczyk,

orchidea, storczyk, paphiopedilum



Ten gatunek nazywałam brodatym, w terminologii funkcjonuje on jako sabotek ale mój partner nazwał go pantoflem którego ja przerobiłam na pantoflarza.

orchidea, storczyk, paphiopedilum

orchidea, storczyk, pantofelek

orchidea, storczyk, sabotek

orchidea, storczyk, 

Do Kew Gardens można dojechać zieloną linią (District) oraz overgroundem, autobusem 65 z Ealingu, Richmond i Kingston, pociągiem z Waterloo do Kew Bridge a potem to już tylko przez most na Tamizie i w prawo.

mokara

hybryda vanda

orchidea, storczyk

orchidea, storczyk,

orchidea, storczyk

storczyk, orchid, kew

orchidea, storczyk, panda

blue orchid, storczyk, hybryda, orchidea

orchidea, oncidium, storczyk

oncidium, orchidea, storczyk

orchidea, storczyk, oncidium

orchidea, storczyk





Ceny:

Dorośli: £16

Ulgowe (studenci, emeryci po 60tce): £14

Dzieci do lat 16 z osobą dorosłą – za darmo.

Godziny otwarcia od 9:30 do 17:30.

sobota, 23 lutego 2013

 

Zawsze jest taki drobny dreszczyk emocji, gdy bierzemy do ręki nową książkę autorki którą lubimy i cenimy. Tak było i teraz, bardzo mi się podobała rodzinna saga osadzona wokół „Cukierni pod Amorem” i sięgając po nową powieść pani Małgorzaty, nie bardzo wiedziałam czego oczekiwać. Jest to opowieść ze świata teatralnego, dziejąca się w ciągu kilkunastu tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Powieść ta ma być komediowym podejściem do tematu – i dobrze, bo do tej pory króluje w tej tematyce patos z nielicznymi wyjątkami.  Akcja powieści dzieje się w teatrze na prowincji, a bohaterami są pracownicy tej kulturalnej instytucji – aktorzy, dyrektor, reżyser, bufetowa  itd., wpadający co chwilę pierwszy sekretarz, handlarka, córka bufetowej i jej francuski przyjaciel, ksiądz i jego ulubiony dramaturg przerabiający sztuki na współczesne czasy… . Jest to komedia pomyłek i absurdu w której nikt nic nie wie, ale wszyscy coś ukrywają, lekka przyjemna i zabawna, o tak wartkiej akcji, że nawet człowiek się nie zdąży zaśmiać, a już coś nowego się bohaterom przydarza.

W teatrze na prowincji nowy reżyser, prosto ze stolicy, młoda nadzieja polskiej sztuki reżyserskiej męczy sią nad nową premierą sztuki „Horsztyński”. Aktorzy się spóźniają, żona dyrektora widzi w nim nowego kandydata na romans, główny aktor stroi do niego migdałowe oczy, a pierwszy sekretarz mu się wtrąca w repertuar. Jak tu w takich warunkach pracować? Dyrektor teatru marzy o dziedzicu nazwiska i romansuje z sekretarką, która ma ambicję na bycie kolejną żoną dyrektora, a nawet wskoczenie na jakieś stanowisko kierownicze. Na pyszne obiadki do teatralnego bufetu wpada po sąsiedzku pierwszy sekretarz i w ramach dopieszczania swojej ulubionej placówki teatralnej przysyła im świnię – co by nie zabrakło mięsiwa na te pyszne obiadki. Artyści jednak nie mają serca aby uśmiercić zwierzaka, zwłaszcza, gdy okazuje się, że jest ona prośna i tak w teatrze rozpoczyna się hodowla żywca. Jest to problem zwłaszcza, gdy na teatr spada kontrola NIK-u, której przewodniczy kobieta uwiedziona w młodości przez szanownego dyrektora. Wszystko podpada pod jakiś paragraf i zbiera się, zbiera na wielką aferę. Do tego jeszcze dyrektorowa wpada w oko pierwszemu sekretarzowi, Magda córka bufetowej spodobała się reżyserowi, a obrazy abstrakcyjne francuskiemu koledze Magdy. Wraz z wizytą Magdy pojawia się powielacz, a potem nawet trzy, a żeby dorzucić oliwy do ognia to jeszcze się pojawia się legenda opozycji w regionie w przebraniu hydraulika, a taki fachowiec jest na wagę złota, więc nic dziwnego, że go chce przechwycić pierwszy sekretarz. Na zapleczu pracownicy pędzą bimber, przyprawiają go kukułkami i zlewają w butelki po koniaku. Tyle się dzieje, że aż dziwne, że tam jeszcze sztuki wystawiają, a i na scenie nie jest bezpiecznie - w czasie jednego przedstawienia dwa wypadki niemalże eliminują ważne postacie z tej gry. I jak tu w takim galimatiasie przygotować premierę na 12-ego grudnia, która to ma być głównym punktem artystycznym kończącym manewry wojskowe, jaką sztukę wybrać dla towarzyszy ze wschodu, kto ma grać itp. Nic dziwnego że dyrektor Zbytek co chwila woła o krople – zresztą przygotowane przez zaprzyjaźnionego księdza, który się domaga przedstawienia jasełkowego. 

Historia wydaje się być śmieszna, pełna farsy i absurdu, ale jakoś mi nie było do śmiechu i sama się wiem dlaczego. Może było zbyt nasycone tym humorem, zbyt mało ilustracji, a zbyt dużo sytuacji komicznych. Dopiero jak sobie zaczęłam przypisywać aktorów do postaci to pojawił śmiech. Stworzyłam sobie obsadę marzeń do tej powieści i wydaje mi się że fajna by była z tego komedia na srebrnym ekranie, niż powieść na kartkach. Moją ulubioną postacią powieści był pan Czesio, do tej roli Tadeusz Fijewski, w roli Zbytka zdecydowanie Kowalewski, Paulina to Anna Seniuk ( prosto z Czterdziestolatka), Mariola to Katarzyna Figura, pierwszy sekretarz to Jerzy Stuhr, a udający hydraulika działacz legenda to Stefan Friedmann. Przy scenie na ławeczce między Seniuk a Stuhrem to padałam ze śmiechu, jak mi to ukazało się w mojej wyobraźni. No cóż, rzecz to niemożliwa taka obsada, ale pofantazjować przecież można, a w ten sposób zdecydowanie lepiej się tę powieść czytało.

środa, 20 lutego 2013

 

Fabuła tego filmu opiera się  na prawdziwych wydarzeniach i jest dziwniejsza niż fikcja. Gdyby nie fakt, że to się naprawdę wydarzyło, możny by śmiało powiedzieć, że to jest niemożliwe. Akcja filmu opowiada o zdarzeniach, które pamiętam, bo wydarzenia te pokazywane były w telewizji. Otóż w listopadzie 1979 roku grupa muzułmańskich studentów i bojowników wtargnęła na teren Amerykańskiej Ambasady w Teheranie, a wszyscy jej pracownicy stali się zakładnikami.

Okazało się, że szóstka: Robert Anders (Tate Donovan), Cora Lijek (Clea DuVall), Mark Lijek (Christopher Denham), Joe Stafford (Scoot McNairy), Kathy Stafford (Kerry Bishe) i Lee Schatz (Rory Chochrane,  wymknęła się z Ambasady niezauważona i udało się tej grupce dotrzeć do domu Kanadyjskiego Ambasadora Kena Taylora (Victor Garber), który to udzielił im schronienia. Film „Argo” opowiada właśnie ich historię, akcję ratunkową opracowaną przez eksperta CIA Toniego Mendeza (Ben Afflek) przy współpracy rządu kanadyjskiego oraz ludzi z Hollywood, w świetnie obsadzonych rolach Alan Arkin jako Lester Siegel i John Goodman jako John Chambers.  Pojawiają sią różne plany wydostania ich z Iranu, jeden bardziej niemożliwy od drugiego, sprawę utrudnia fakt, że każdy wyglądający na Europejczyka i mówiąc po angielsku jest traktowany jak potencjalny wróg rewolucji i państwa irańskiego. Propozycje wysłania do nich rowerów i map lub udawanie przez nich członków organizacji dobroczynnych były równie nieprawdopodobne, jak ta ostatecznie przyjęta, zwana „wersją hollywoodzką”. Zwierzchnicy Mendeza byli bardzo sceptyczni ale jak on to sam stwierdził to jest „najlepszy z najgorszych pomysłów jakie mają”.

Rozpoczynają się przygotowania, strony rządowe amerykańska i kanadyjska pracują nad dokumentami – paszporty, wizy…. Tony udaje się do Hollywood i zbiera ekipę do produkcji filmu, jak mówi postać grana przez J. Goodmana -  „…więc chcesz przyjechać do Hollywood, zachowywać się jak gruba ryba i w zasadzie nic nie robić? – gdy Tony odpowiada potwierdzająco– acha – ten mu mówi – to się idealnie wpasujesz…”. Robią przeglądy aktorów, castingi, pojawiają się informacje w prasie, pracują nad kostiumami, szkicami lokacyjnymi, odbywa się nawet spotkanie promocyjne z udziałem prasy. Zaangażowane zostało też studio produkcyjne z biurem i telefonem – żeby to wyglądało na poważna produkcję.

Otóż Mendez jedzie do Iranu i ma wrócić z uciekinierami jako ekipa filmowa robiąca rozpoznanie do zdjęć filmowych, są im potrzebne egzotyczne plenery do filmu fantastyczno-naukowego „Argo”.  Nie jest to jednak takie proste, Wielki Irański Brat czuwa i biurokracja utrudnia całą operację, po pierwsze na wszystko jest potrzebne zezwolenie z ministerstwa, a po drugie dzieci segregują i układają zniszczone w niszczarkach dokumenty m.in. zdjęcia pracowników ambasady – wkrótce bojownicy się zorientują, że kogoś im brakuje. Dom Kanadyjskiego ambasadora to gościnna kryjówka, ale niebezpieczeństwo wisi nie tylko nad uciekinierami, ale i nad rodziną ambasadora i jego pracownikami. Uciekinierzy nic nie mogą zrobić tylko czekać i mieć nadzieję, że ktoś ich stamtąd wyciągnie. Muszą bardzo uważać, aby ich nikt nie zobaczył, bo szpiedzy i fanatycy są wszędzie. Uciekinierzy to normalni ludzie i boją się, nie wiedzą komu ufać, bardzo szybko muszą nauczyć się konspiracji, nowych ról aby ocalić swoje życie.

Są dramatyczne momenty, aby dodać historyjce autentyczności Mendez i ekipa filmowa udają się na wybrane plenery filmowe, oczywiście pod kontrolą obserwatora z ministerstwa. Po drodze przejeżdżają przez antyzachodnią demonstrację, która testuje nerwy bohaterów filmu ale także nasze. Potem cała operacja zostaje niemal odwołana, a gdy już przechodzą przez kontrolę paszportową, a potem ideologiczną nerwowo ściskamy za nich kciuki. Choć wiedzieliśmy, jaki jest koniec, to siedzieliśmy na krawędzi foteli, tak ten film trzymał nas w napięciu. Kiedy koła samolotu oderwały się od pasa startowego i zagrożenie minęło połowa kina odetchnęła z ulgą.

Dobrze się tę historię dziwniejszą niż fikcja oglądało, a Ben Afflek znów pokazał nam ze ma główkę nie od parady.

poniedziałek, 18 lutego 2013

 

Plakat reklamujący tę wystawę widzieliśmy dawno temu i stwierdziliśmy, że to może być interesująca ekspozycja, a potem kompletnie o tym zapomnieliśmy i o mały włos, a by nam ona przeszło obok nosa.

Wystawa ta jest rezultatem wykopalisk przeprowadzonych przy Royal London Hospital, a konkretnie na terenie cmentarza przyszpitalnego. Cmentarz od lat nie był w użyciu i popadł w totalne zapomnienie, do tego stopnia, że jego odkrycie wzbudziło zdziwienie. Odkryto 262 pochówki, często kości były mocno pomieszane, nosiły ślady sekcji, amputacji, niektóre kości były połączone drutami, a wśród nich znajdowały się także szczątki zwierzęce. Cmentarz był w użyciu w pierwszej połowie XIX wieku, niby niedawno,  więc co nowego mogło to znalezisko wnieść do naszej wiedzy o tamtych czasach.  Wbrew pozorom bardzo dużo, a wystawa ta jest wynikiem wnikliwej analizy materiałów wykopaliskowych i źródeł pisanych, dokumentów sądowych, i eksponatów pomocniczych ze szkół medycznych.  Wkraczając na sale wystawowe, wkraczamy w ciemny i niebezpieczny świat  początków XIX wieku i możemy się przypatrzeć narodzinom nowoczesnej medycyny.

Na początku wystawy mamy wielką mapę Londynu z tego okresu z naniesionymi miejscami, które są przedstawione na wystawie. Są tu więc szpitale, szkoły anatomii, gospody, cmentarze i inne miejsca o szczególnym znaczeniu dla tego tematu. Wystawa jest przesiąknięta ciekawymi informacjami i eksponatami.

ivory model of the body

London Hospital był szpitalem opartym na datkach dobroczynnych, przyjmowani do niego byli tylko pacjenci, który sobie na to zasłużyli, ciężko pracujący i biedni, ale o dobrym charakterze, czyli dobrze się prowadzących (np. nie przyjmowano osób z podejrzeniami chorób wenerycznych).  W szpitalach prowadzono ewidencję, a książki szpitalne rejestrowały imiona, daty przyjęcia, diagnozy i rezultaty podejmowanych działań – operacji. Londyn w tym okresie był bardzo przeludniony, choroby, wypadki spowodowały, że znacznie wzrosło zapotrzebowanie na usługi medyczne.

Wiedza lekarska to wynik zbiorowej kolekcji informacji, i aby była ona skutecznie wykorzystana musi być przekazywana w sposób praktyczny. Aby lekarz mógł skutecznie leczyć, musi poznać budowę ludzkiego ciała. W 1820 roku w Londynie były 4 szpitale oferujące lekcje w prosektorium i 17 prywatnych szkół anatomicznych. Potrzeba było około 500 ciał rocznie aby zaspokoić zapotrzebowanie. Wszystko to dlatego że popularna stała się tzw. „metoda paryska” – według której każdy student miał osobne zwłoki do preparacji.  Mamy tutaj w jednej z gablot, list studenta medycyny Hamiltona, który narzeka, że jest za mało ciał i muszą się dzielić, i że otrzymał tylko kawałek nogi do preparowania. Praktyczne lekcje anatomii były ograniczone przez dostęp do ciał – oficjalnie tylko ciała skazanych na śmierć były przekazywanie do badań medycznych; oraz warunki pogodowe – zajęcia odbywały się tylko w okresie jesienno- zimowym, nie było chłodni, więc w lecie było to raczej niepraktyczne.

wax model of a head

Całe to krojenie i preparowanie uznawano za dodatkową karę za popełnione przestępstwo, tak złoczyńca zostawał ostatecznie i w dość makabryczny sposób unicestwiony – był bez szans na życie pośmiertne, bo nie miał już ciała.

Pokazano też interesujące powiązania między sztuką a medycyną. Adepci sztuki byli zainteresowani ciałem, choć w innym aspekcie niż przyszli lekarze. Rzeźbiarz Thomas Banks był przekonany, że dotychczasowe przedstawienia ukrzyżowania nie oddawały w sposób realny tego, co się dzieje z ciałem w czasie takiej egzekucji. Postanowił więc on sprawdzić to w sposób naukowy -  czyli poprzez doświadczenie. Rzeźbiarz i dwaj inni artyści B. West i R. Crossway otrzymali ciało skazańca Jamesa Legg, 73-lentiego  emeryta Chelsea ( są to emeryci wojskowi mieszkający w specjalnym słynnym Królewskim Szpitalu w dzielnicy Chelsea, staruszek ten zabił kolegę i został skazany za tę zbrodnię na śmierć). Jego ciało zostało przybite do krzyża, następnie zdjęto skórę aby uwidocznić mięśnie i zrobiono odlew gipsowy. Okazało się, że artysta miał rację, dzieło to - „Anotomical crucifixion  of James Legg” na stałe znajduje się w zbiorach Królewskiej Akademii Sztuki - zostało wypożyczone na tę wystawę.

W tym okresie (1823 rok) powstaje słynne czasopismo medyczne „Lancet” , jego założyciel T. Wakley - lekarz – miał na celu wyciąć korupcję i niekompetencją w świecie medycznym, stąd też nazwa pisma pochodząca od instrumentu chirurgicznego, a także od okna o podobnym kształcie, które wpuszczało światło do pomieszczenie  -  pismo miało więc oświecać światek lekarski.

Jednym z tematów jakim zajął się Wakley była sprawa Williama Milarda i jego żony Anny. Otóż Milard był pracownikiem szkoły anatomicznej przy szpitalu św. Thomasa i w 1823 roku został przyłapany na terenie szpitalnego cmentarza z łopatą i workiem – został on osadzony w więzieniu, słynnym z ciężkich warunków Coldbath Prison, a jego żona walczyła o jego uwolnienie. Dwa lata później Anna opublikowała pamflet, w którym opisała związki lekarzy i wykopujących ciała z grobów „przestępców” . Ujawniła prawdę o czarnym rynku, na którym towarem były ludzkie ciała z przeznaczeniem do szkół anatomicznych. Zapotrzebowanie rosło, a że egzekucji było mało, to ktoś musiał zapełnić te luki, zadziałało tu prawo popytu i podaży. Gdzie jest zapotrzebowanie, tam zawsze pojawią się ludzie bez skrupułów, którzy będą się starali na tym interesie zarobić. Opisała ona sytuację w szpitalu św. Thomasa, gdzie ciała zmarłych pacjentów były kupowane i sprzedawane jak owce czy woły na targu. Była to rzeczywistość, o której wszyscy wiedzieli, ale nikt nie chciał nic zrobić. Rabowanie grobów było karalne, ale perspektywa zarobku powodowała, że ten proceder kwitł.

Jednym z interesujących eksponatów na tej wystawie jest pamiętnik J. Naples „Diary of Resurectionist” – osobnicy wyciągający ciała z grobów byli potocznie nazywani „Resurection Man”  -  ożywiaczami. Jest tu wersja cyfrowa i można sobie poszperać na ekranie i poczytać o poczynaniach jego gangu. Metody działania takich odgrzebujących to znalezieniem świeżego grobu, wykopanie tunelu przy użyciu drewnianych łopat ( były cichsze), rozbicie trumny i wyciągnięcie zwłok przy pomocy liny. Zabierano tylko ciało zostawiając ubranie i inne przedmioty – nawet biżuterię – nie chcieli być oskarżani o kradzież. Rabowanie grobów z ciał było traktowane jako występek i karane więzieniem, kradzież to już zbrodnia i karą mogła być nawet egzekucja albo wywózka np. do kolonii karnych. Szajka Naplesa działając w latach 1811-12 dostarczyła na rynek anatomiczno-szkolny 300 ciał.

Oczywiście ludzie usiłowali się zabezpieczyć i bronić przed rabusiami, cmentarze były patrolowane, na grobach zakładano pułapki, wnyki itp. – te jednak uznano za nielegalne. Pojawiły się reklamy trumien z zabezpieczeniami, reklamowane „ Bezpieczeństwo dla zmarłych” , przykłady takich trumien można min. zobaczyć w kościele St. Bride przy Fleet Street w Londynie. Bogatsi obywatele zaopatrywali się w specjalne trumny z zabezpieczeniami przeciwko tym specyficznym intruzom cmentarnym – np. doktor A. Cooper, lekarz głów koronowanych, sam klient tych antygrabarzy został pochowany w kilku trumnach - tak na wszelki wypadek.

Taka rzeczywistość miała swoje odbicie w literaturze i tak oto pojawiają się dzieła jak „Frankenstein”  Mary Shelley, są nawiązania w powieści Dickensa „Opowieść o dwóch miastach” ; „Middlemarch” autorstwa G. Elliot, oraz mniej znane jak „Mysteries of London” - okropne historyjki dla biedoty sprzedawane za grosze; czy ballada T. Hooda „Mary’s Ghost”.

Rabowanie grobów ze świeżych ciał dla niektórych przestępców okazało się zbyt pracochłonne i pojawiły się przypadki morderstw dla uzyskania ciała na sprzedaż. Pierwszy wielki skandal miał miejsce w Edynburgu, gdzie grasował gang Burke and Hare (nakręcono o nich czarną komedię). Byli to dwaj osobnicy którzy postanowili zarabiać na życie dostarczając ciał na lekcje anatomii. Pierwsze ciało sprzedali, gdy usiłowali się pozbyć lokatora, który zmarł w „pensjonacie” prowadzonym przez żonę Hare’a.  I tak się zaczął ich ciemny proceder, mordowali lokatorów m.in. odurzając alkoholem i przyduszając -  taki sposób został określony potem jako „burking”, a następne gangi także nazywano od imienia tego edynburskiego przestępy jako „burkers”. Potem pojawili się naśladowcy w Londynie i reszcie królestwa. W gablocie na wystawie był zakonserwowany fragment mózgu Burke.

Burke's brain, mózg edynburskiego mordercy

Słynna sprawa z Londynu to morderstwo „włoskiego chłopca” przez gang J.bishopa, T. Williamsa, M. Shieldsa i J. May (gang ten miał na sumieniu wykopanie około 500-1000 ciał), ale to okrutne morderstwo czternastolatko doprowadziło ich na salę sądową. 5 Listopada 1831 roku Bishop i May pojawili się ze świeżym ciałem w Szpitalu Guya żądając za nie 12 gwinei, gdy im odmówiono, skierowali się do szkoły Anatomii przy King’s college na Strandzie. Tutaj zostało ono obejrzane przez R. Partridge’a, któremu jego świeżość wydała się podejrzana, ciało nie wyglądało jak wykopane z grobu, wezwana została policja, a dostawców aresztowano. Domki w których zamieszkiwali i przyległe tereny w ogrodach Nova Scotia zostały przeszukane i znaleziono liczne przedmioty i ubrania – fakty te sugerowały możliwe wcześniejsze zbrodnie, niestety brak dowodów spowodował, że oskarżeni oni zostali tylko o zabójstwo tego bezimiennego chłopca (identyfikowanego jako Carlo Ferrari lub pastucha bydła z Lincolnshire). Przestępcy przyznali się także do innego zabójstwa bezdomnej kobiety i jej dziecka, których ciała sprzedali za 8 szylingów w szpitalu św. Thomasa.

Bishop, Williams i May zostali skazani na karę śmierci, a sprawa ta miała taki rozgłos, że musiano otworzyć okna w sądzie Old Bailey, aby zgromadzone tłumy mogły usłyszeć ogłoszenie wyroku. Dom używany przez gang stał się atrakcją turystyczną, którą można było zwiedzić za opłatą 5 szylingów, wielu zwiedzających zabrało sobie różne przedmioty na pamiątkę. Zgodnie z prawem ciała przestępców skazanych na śmierć zostały po wykonaniu egzekucji przekazane do szkół anatomicznych. Chętnych na obejrzenie zwłok i sekcji było wielu, prawie doszło do zamieszek w czasie przepychanki przy wpuszczaniu na salę, gdzie miała się odbywać lekcja anatomii z ciałem Williamsa w roli głównej. W gablotach na wystawie można było zobaczyć pamiątki z tego wydarzenia – kawałki skóry Williamsa i Bishopa.

Te makabryczne przypadki spowodowały szeroką dyskusję na temat czarnego rynku ciałami i mającej miejsce eskalacji – od rabowania świeżych grobów do morderstw. Rozpoczęła się debata w parlamencie i w maju 1832 roku przegłosowano bardzo ważny dokument, znany jako Anatomy Act.  Dyskusja w parlamencie i prasie oraz na ulicach kręciła się wokół kilku pytań : czy to nowe prawo zatrzyma tzw. „Burkers” zabijających dla zdobycia ciał?; czy uda się pozbyć przestępstw (okradania grobów, burking)  pozbywając się pokusy?; co z tego będzie dla biednych?; aby lekarze mogli się uczyć – muszą odbywać się sekcje!; czy biedota nie będzie porzucała swoich krewnych, gdy ich nie będzie stać na pogrzeb?; że to jest bez sensu, że chirurg jest karany na źle wykonane operacje i za kupowanie ciał na sekcje – musi się na czymś szkolić!. Przeciwnicy aktu stwierdzili, że wszyscy co są za powinni oddać swoje ciała po śmierci na cele naukowe … Debata była długa i gorąca, ale ostatecznie postępowa reforma została przegłosowana.

Według nowych przepisów ciała osób zmarłych w szpitalach, domach pracy ( workhouse – instytucja stworzona dla osób nie mogących się utrzymać, oferująca dach nad głową i zatrudnienie – makabryczne miejsce), oraz w więzieniach mogły zostać użyte w celach medycznych. Jeżeli osoba przed śmiercią nie wyraziła sprzeciwu, to przyjmowano że się zgodziła na sekcję na lekcjach anatomii. Wdrożenie aktu w życie nie było takie proste, niektóre instytucje odmawiały przekazania ciał, zawierano tajne umowy na dostarczanie zmarłych do szkół za opłatami trafiającymi do prywatnych kieszeni dyrektorów i innych osób. Udało się jednak puścić grabiących groby z torbami. W czasie 100 lat obowiązywania aktu 57 000 ciał zostało przekazanych na cele naukowe, 99,5% pochodziło ze wspomnianych „domów pracy”, schronisk dla umysłowo chorych i szpitali. Dla wielu popadnięcie w nędzę oznaczało, że jego ciało zostanie wykorzystane po śmierci -  dla wielu ludzi był to dodatkowy ciężar psychiczny, pognębiający i tak już trudne warunki życiowe.

Akt ten obowiązywał do 2004 roku, gdy to w wyniku skandalu w szpitalach dziecięcych w Alder Hey i Brystolu (organy zostały zatrzymane w szpitalach) parlament uchwalił nowe prawo Human Tissue Act i powołał instytucję Human Tissue Authority, której zadaniem jest „regulacja usuwania, przetrzymywania, wykorzystania i niszczenia ciał, organów i tkanek”.  Akt ten m.in. pozwala na anonimowe przekazywanie organów, życzenie osoby zmarłej jest ważniejsze niż rodziny (jeżeli zmarły jest na liście dawców, a rodzina się sprzeciwi, to lekarze nie muszą godzić się z jej opinią, wielu lekarzy jednak nie chce konfrontacji z rodziną i respektuje jej życzenie), zakazuje się handlu organami, jeżeli chce się wystawiać ciała na pokaz to potrzebna jest na to licencja.

anatomical drawing

Wśród eksponatów na wystawie były m.in. drewniany stół do wykonywania sekcji (lata 1750-1870); bawełniany fartuch (1860-1910); przykłady trumien z zabezpieczeniami; karykatury tematyczne Thomasa Rowlandsona; woskowe modele używane przez studentów – ukazujące budowę ludzkiego ciała; ilustracje ukazujące budowę anatomiczną wykonane przez słynnego artystę francuskiego J. Fabien Gautier D’Agoty. Można też zobaczyć ilustracje z pierwszego wydania „Gray’s Anatomy” (najpopularniejszy atlas anatomiczny, którego nazwa trafiła na ekrany telewizyjne) Jednym z bardziej interesujących eksponatów był spreparowany szkielet dziecka, małego chłopca, którego ciało zostało podarowane w celach naukowych Szpitalowi Londyńskiemu przez rodziców. Był to niezwykle rzadki gest, ale nie wiemy dlaczego tak się stało, może w swojej żałobie i nieszczęściu mieli nadzieję, że lekarze badając jego ciało nauczą się czegoś co uratuje życie innemu dziecku -  ale to tylko moje domysły. Ciało zostało poddane sekcji, a następnie zabezpieczone odmianą żywicy naturalnej – szelakiem – uzyskiwanej z wydzieliny owadów Lac laccifer (czerwce), układ krwionośny jest doskonale widoczny został bowiem napełniony specjalnym barwnikiem.

Mamy tutaj także narzędzia lekarskie, zestaw do amputacji – w postaci pił o różnej wielkości, noży itp. – takie sprzęty były drogie, często zdobione i stanowiły własność lekarza, a nie szpitala. Są tu też zestawy do zabiegu kauteryzacji – zamykania rany poprzez działania termiczne – czyli przypalania (przyżegania) oraz przykłady różnych urazów i zwyrodnień kości oraz chorób uwidaczniających się na szkielecie. 

Na początku XIX wieku medycyna dopiero raczkuje i naprawdę lepiej było nie chorować, niektóre rzeczy wzbudzają w nas zdziwienie i nie możemy w nie uwierzyć. Przerażające jest to, że instrumenty medyczne nie były sterylizowane – była to jedna z przyczyn dużej śmiertelności wśród pacjentów. J. Luke nauczyciel anatomii  był wyjątkiem i dziwakiem w swoich naleganiach o czystość, mycie rąk i narzędzi. Lekarze potrafili od pacjenta z gangreną przejść do porodu bez umycia rąk; złamane ręce czy nogi były często po prostu amputowane, pierwszy raz użyto gipsu w leczeniu złamania w 1856 roku w Paryżu . Amputacja to makabryczny zabieg, po pierwsze nie było znieczulenia ( po raz pierwszy użyto eteru w 1846 roku), asystujący w operacji często trzymali pacjenta, by się nie wyrywał, najpierw nacinano tkanki miękkie i jeżeli przy tym pacjent nie zemdlał to czekała go dalsza gehenna gdy piłą ucinano kość, nie szyto rany tylko zaklejano plastrem klejącym, lub dokonywano wspomnianej już kauteryzacji.  Podobno dobry chirurg był w stanie to zrobić w 1 minutę – jestem przekonana, że nawet gdy był to super fachowiec, to ta jedna minuta wydawała się pacjentowi wiecznością. Pacjenci umierali nawet, gdy operacja amputacji zakończyła się sukcesem, często z powodu szoku, wykrwawienia się oraz złapanych infekcji. Inny szybki zabieg to trepanacja – wyszkolony chirurg dokonywał jej w 1-2 minuty a pacjent miał 25-50 % szansy na przeżycie.

Wystawę kończy improwizowana na ekranie debata cieni nad Aktem z 1832 roku oraz niezwykle pouczająca tabela czasu ukazująca ważniejsze wydarzenia w świecie medycyny. I tak dowiadujemy się że Królowa Wiktoria użyła chloroformu w 1853 roku w czasie swojego 8 porodu- to spowodowało że taka metoda walki z bólem została bardziej zaakceptowana. W 1865 roku po raz pierwszy użyto środków antyseptycznych, a w 1896 po raz pierwszy wykorzystano X-ray w czasie operacji. Obie wojny to kolosalny postęp w medycynie, zaciekłość w szerzeniu śmierci nie ustępowała determinacji w ratowaniu życia. W 1952 roku dokonano pierwszej operacji na otwartym sercu, w 1958 roku zamontowano pierwszy wewnętrzny rozrusznik serca, dwa lata później dokonano pierwszej operacji wymiany biodra, a w 1965 dokonano pierwszego udanego przeszczepu nerki – stało się tak dzięki wynalezieniu leków immunosupresyjnych. Tylko parę lat temu widzieliśmy w telewizji konferencję prasową po pierwszym udanym przeszczepie twarzy. 

Postęp medycyny jest niesamowity, że aż trudno uwierzyć że nadal mamy problem z higieną w szpitalach i zarazki się rozprzestrzeniają bo personel nie myje rąk. 

Wystawa jest bardzo dobrze przygotowana, ciekawie zrobiona, pełna interesujących eksponatów i historii, i można się na niej wiele nauczyć o rzeczywistości początku XIX wieku. Wystawa została zorganizowana przez Museum of London i mieści się w ich budynkach na Barbakanie, trwać będzie ona do 14 Kwietnia 2013 roku. Zachęcam, bo jest warta obejrzenia. Godziny otwarcia : codziennie od 10 rano do 18. W piątek 1 Marca do 21 a ostatnie wejście o 19:30.

Organizatorzy wystawy zastrzegają sobie że ze względu na eksponaty i fakty nie jest ona przeznaczona dla dzieci poniżej 12 roku życia.

Ceny:

Dorośli – £9

Ulgowe – £7

Posiadacze karty Art. Fund – £4.50

Dojazd do Museum of London

Metro: stacja Barbican – linie Circle  (żółta), Metropolitan, Hamersmith and City (różowa); St Pauls Centralna (czerwona); Moorgate takie same linie jak na Barbican plus Nothern (czarna) odnoga jadąca przez Bank. Pociągami można dojechać do stacji Farrington, Liverpool St.

Autobusami : 4, 8, 25, 56, 100, 172, 242, 521.

Wpis jest ilustowany materiałami udostępnionymi przez Wydział Prasowy Museum of London. 

poniedziałek, 04 lutego 2013

 

To kolejny film szokującego publiczność reżysera, tym razem na warsztat poszedł western i oto mamy przeróbkę, lub jakby to powiedzieć film inspirowany, czy też obrazkowy hołd złożony klasycznym wersjom Django z Franco Nero w roli głównej.

Film jest ten w zasadzie o miłości, bowiem główny bohater Django (Jamie Foxx) ma jeden cel – odnaleźć i uwolnić swoją ukochaną. Dobry los stawia na jego drodze  uroczego, ekscentrycznego i elokwentnego dentystę.

Django unchained

Doktor King Schultz ( genialny w tej roli Christoph Waltz -  to już drugi występ u Tarantino – czyżby pojawił się nowy ulubieniec u tego reżysera ?) nie jest jednak zwykłym wyrwizębem, a człowiekiem w służbie prawa.  Szuka zbiegłych i ukrywających się przestępców, za którymi sądy wysłały listy gończe  w stylu „ Poszukiwany żywy lub martwy” i dostarcza owych delikwentów ( w stanie wiecznego spoczynku ), pobierając sowite nagrody. Im „gorszy” bandyta tym lepsza nagroda.

Django unchained

Django jest potrzebny dobremu doktorowi, który najpierw usiłuje go kupić po dobroci, ale gdy te starania spełzają na niczym, sięga po mocniejsze argumenty. I tak oto obaj wyruszają w drogę, a doktor, który jest urodzonym humanistą, obiecuje naszemu bohaterowi wolność, jeśli ten pomoże mu znaleźć braci Brittle, poszukiwanych bandytów, bezlitosnych zabójców na usługach właścicieli plantacji. Django ich zna doskonale, bo to oni są przyczyną jego cierpienia, to oni złapali jego i jego żonę, wychłostali ją i wypalili znamię na twarzy, to oni rozdzielili ich, jak się wydaje, na wieczność. Oto pojawia się okazja zemsty, ale na tym nie kończy się oferta dobrego doktora. Gdy Django wyjawia imię jego ukochanej – Broomhilda von Shaft i to, że mówi ona także po niemiecku, to niezwykle zdziwiony Schultz oferuję pomoc z znalezieniu i uwolnieniu dziewczyny, dodając, że jako Niemiec czuje, że jest to jego moralnym obowiązek – przytacza tu legendę o Zygfrydzie i Broomhildzie. Mi jako Polce to imię kojarzy ze zjawą biegającą po zamku, wykrzykującą „Przebacz mi Brumhildo ” .

Django unchained

I tak obaj panowie jeżdżą sobie po Dzikim Zachodzie w poszukiwaniu zbiegów i przestępców, a że tych jest nie mało, to mają oni dużo pracy. Udaje im się odnaleźć wrednych braciszków i zaczynają przygotowania do odnalezienia słodkiej Broomhildy. Niestety, jej nowym właścicielem jest ziemskie wcielenie zła – Calvin Candie ( wyśmienita rola Leonada DiCaprio) i aby dotrzeć do dziewczyny potrzebny jest przebiegły fortel i to nie jeden. Wszystko idzie zgodnie z planem, choć nie bez potknięć i dylematów moralnych, ale oto na drodze do spełnienia i szczęścia staje wierny niewolnik, rasista to setnej potęgi Steven  -  przerażający i porażający Samuel L. Jackson.

Quentin Tarantino wydaje się być wiernym wyznawcą teorii „ po trupach do celu”, bo trup się ścieli tutaj często, a krew się leje po ścianach ( a podobno przeciętny człowiek ma tylko 5-6 litrów krwi), słychać dźwięki łamanych kości, rozszarpywanych ciał, itd. Jest to bardzo krwisty film, ale jak to u Tarantino, w najbardziej „nieodpowiednich” momentach wtłacza on nam przed oczy odrobinę czarnego humoru i człowiek wybucha nerwowym śmiechem, mając nadzieję, że nieznajomy osobnik siedzący przed lub za nami, też tak odebrał tę scenę. Jak zwykle też u Tarantino  bawi się on swoim filmem. I tak oto mamy super scenę spotkania Django Jamiego Foxxa z Franco Nero, który grał postać Django we włoskich oryginałach. Gdy Jamie Foxx literuje mu swoje imię, podkreślając że „D” się nie wymawia, Franco Nero mówi trochę z rozrzewnieniem – „Wiem”. Obejrzeliśmy ten film do końca, po same napisy, a po nich nastąpiło całe podsumowanie filmu w parusekundowej migawce i jednym zdaniu. Warto siedzieć w kinie do końca.

 

Ilustracje udostępnione przez Press Assiociation. 

niedziela, 03 lutego 2013

To druga edycja wystawy, na którą się wybraliśmy i znów nas niektóre zdjęcia olśniły, a nad niektórymi się mocno zastanawialiśmy i zapytywaliśmy sami siebie, co takiego w nich sędziowie widzieli. Początki tego konkursu sięgają do 1965 roku, gdy magazyn BBC pt. „Zwierzęta” ogłosił 1. konkurs, na który zgłoszono 500 zdjęć w 3 kategoriach. Wzrastało zainteresowanie i w 1984 roku magazyn BBC, o zmienionym tytule na „Wildlife” (Przyroda), nawiązał współpracę z Muzeum Historii Naturalnej i tak narodziła się obecna formuła konkursu.

Do ubiegłorocznej edycji zgłoszono 48 000 zdjęć z 98 krajów świata. Konkurs jest otwarty dla wszystkich, a anonimowe zdjęcia oceniane są przez panel sędziowski w różnych kategoriach: Świat Podwodny, Kreatywna Wizja Przyrody, Zwierzęta w swoim środowisku, Dzikie Zakątki,  Zachowanie  -Ssaków,  -Ptaków, -Zwierząt zimnokrwistych, Portrety Zwierząt, Biało–Czarna Przyroda, Królestwo Roślin, Dzikie życie w mieście, Nagroda dla młodych Fotografów Dzikiej Przyrody oraz „Świat w Naszych Rękach”.  Przyznawana jest też za całe portfolio artystyczne specjalna nagroda imienia Erica Hoskinga dla młodych fotografów ( od 16 do 26) roku życia, ma ona na celu promocję nowych talentów oraz zachęcenie ludzi do uprawiania tego interesującego hobby.  A w celu promowania ochrony gatunków zagrożonych jest kategoria imienia Geralda Durella.

Znów było trudno wybrać zdjęcia do bardziej szczegółowego przedstawienia, bo ze 100 musiałam ograniczyć się do 5, ale może ta mała namiastka zachęci Was do poszukania najbliższego miejsca, gdzie można tę wystawę zobaczyć i się na nią wybierzecie.

Zdjęcie Paula Nicklena „Frozen mement” wygrało kategorię – Zachowanie Ptaków. Ptaki są jednym z popularniejszym tematów nadsyłanych prac, a ukazanie ich zachowania w sposób interesujący i artystyczny nie jest łatwe. Wszystkie zdjęcia w tej kategorii były zajmujące i nietuzinkowe, ale ja uwielbiam pingwiny i ta fotografia mnie po prostu oczarowała i zaparła dech w piersiach. Pingwiny Cesarskie wracają z Oceanu z pełnymi brzuszkami do swoich kolonii, muszą nakarmić wygłodniałe małe i zwolnić drugą połówkę z opieki, aby owa poszła sobie sama na wyżerkę. Zwierzaki te nie mają rączek z paluszkami i nie mogą się chwycić, aby wyjść z wody, nie jestem nawet pewna, czy takie wyciąganie się na śliski lód było by możliwe. Na dodatek w około czatują na swój obiad różne ssaki jak foki, lamparty morskie itp. , więc liczy się szybkość takiego wyjścia z wody. Pingwiny dosłownie wyskakują z wody jak torpedy, z błyskawiczną prędkością , która jest osiągana dzięki bąbelkom powietrza uwalnianym spod piórek ptaka. Jest na wystawie podwodne zdjęcie to przedstawiające, też autorstwa Paula Nicklena i też zwycięska fotka w kategorii „Podwodny świat”.

pengwins

„Frozen moment” złapał dwa pingwiny - jeden właśnie wylądował na brzuszu, a drugi jeszcze jest w locie i krople wody unoszą się za nim jak kurz na drodze. Ptak ma rozchylony dziób jakby radośnie wołał sobie „jiiihiii” przy tym skoku. Cudowne, po prostu niesamowite i temat, i ujęcie.

W kategorii „Portrety Zwierzęce”, w której zadaniem było uchwycenie obiektu oddając jego osobowość i ducha w niecodzienny i pełen wyobraźni sposób, zwyciężył Larry Lynch. Jego zdjęcie „Warning night light” (światła ostrzegawcze) w pełni ukazuje paskudny i drapieżny  charakter zimnokrwistego aligatora. Zdjęcie naprawdę może zmrozić krew w żyłach, szkoda, że nie dodano przy nim złowrogiego pomruku, ale i bez tego zjeżyły mi się włosy na karku. Zdecydowanie wolałabym bliższe spotkanie z pingwinem niż z tym gadem, ale zdjęcie jest super.

aligator

Inne zdjęcie które mnie ujęło, też pochodziło z tej kategorii, a jego autor Jasper Doest otrzymał za nie wyróżnienie. „Relaxation” (Relaks) to urocza fotka przedstawiająca Makaka Japońskiego z Doliny Jigokudani. Okolica ta jest popularna w czasie zimy zarówno wśród ludzi jak i małpek, bo jest bogata w gorące źródła, i w czasie mrozów, aż roi się tam od tych małp, siedzą w ciepłej wodzie ze śniegiem na głowie. Takie grzanie ciałka rozleniwia, niektóre zaczęły sobie przysypiać z wyrazem „lubości” na mordkach, a płatki śniegu na włosach i rzęsach zmieniły się w krople. To zdjęcie zapiera dech w piersiach, spokój, ufność, błogostan w najczystszej postaci.

makak japonski

W kategorii „Botanical Realms” (królestwo roślin) oczarowały mnie dwa zdjęcia wyróżnione: „Woodland Magic” Andresa Miguela oraz „Fairy Lake fir” Adama Gibbsa.

„Woodland Magic” (zaklęty las) to przepiękny obraz jesieni, mgła, las, opadłe liście i wynurzające spod nich nieśmiało swoje łebki grzybki. Dwa niezwykle kolorowe muchomorki dopiero pęcznieją i nabierają kolorów, jeden jest bardziej musztardowy niż czerwony, a kropelki rosy dodają całej atmosferze jeszcze więcej tajemniczości i niezwykłości. Podoba mi się też perspektywa z jakiej zrobiono zdjęcie, nazwałam ją jeżykową,  bo tak pewnie wygląda leśny świat z punktu widzenia jeża.

muchomorki

„Fair Lake fir” nazwałam sobie „Jedlica na Rusałkowym Jeziorku”. Autor tego zdjęcia wędrował sobie po okolicy Port Renfrew w Kanadzie i natknął się na to magiczne jeziorko, wśród lasów z powalonymi drzewami tonącymi w wodzie. Na jednym takim pniu, rosło sobie małe drzewko, wiatr przyniósł nasionko, zapuściło ono korzonki ale, że nie było dużo miejsca aby się rozrosnąć, to taki wyrósł tam niedorostek – wyglądający na medalowy egzemplarz z hodowli bonsai. Fajne by były z tego puzzle, zabawa na parę dni.

drzewko

Mam nadzieję że udało mi się Was zachęcić, bo to tylko parę zdjęć, a są jeszcze inne równie ciekawe jak np. : lis przyłapany z piórami w zębach przy kurniku, którego wyraz pyszczka wydaje się mówić – ja tu tylko chciałem posprzątać; troskliwy tata gębacz z pyskiem pełnym ikry; pteropus czyli nietoperek zwany też latającym lisem, zaspokajający swoje pragnienie kroplami wody, które wzbija z powierzchni jeziorka za pomocą skrzydełek; kormorany rabujące głuptaka z jego połowu itd. Długo by wyliczać, naprawdę warto zobaczyć.

Wystawa jest w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. Najbliższa stacja metra to South Kensington, linie metra District (zielona), Circle (żółta)i Piccadilly (granatowa). Wystawa ta będzie tu do 3 Marca 2013 roku. Muzeum jest otwarte od 10 rano do 17:50 a w każdy ostatni piątek miesiąca do godziny 22. Wstęp na wystawę co najmniej na godzinę przed zamknięciem, ale lepiej sobie wygospodarować więcej czasu.

Ceny biletów:

Z Darowizną:
Dorośli: £10

Dzieci i ulgowe (seniorzy, studenci itp.) : £5

Rodzinny (max 2 dorosłych i 3 dzieci) : £27

Bez Darowizny:

Dorośli: £9

Dzieci i ulgowe (seniorzy, studenci itp.) : £4.50

Rodzinny (max 2 dorosłych i 3 dzieci) : £24

 

Wystawa ta też jeździ po Wielkiej Brytanii i możecie ją zobaczyć m.in. w:

Bristol Museum and Art Gallery - do 17 Lutego 2013

Natural History Museum at Tring do 13 Marca 2013

Nature in Art in Gloucester do 17 Marca 2013

National Museum Cardiff od 16 Marca do 28 Kwietnia 2013

Royla Albert Memorial Musuem and Art Gallery w Exeter od 2 Lutego do 2 czerwca 2013

Willis Museum w Basingstoke of 18 Maja do 27 Lipca 2013

Gosport Gallery of 3 Sierpnia do 12 Października 2013

 

Wystawa ta też pojeździ sobie po Polsce a zorganizowała to Agencja Zegart.

Bytom - Muzeum Górnośląskie, Pl. Jana III Sobieskiego 2 -  Od 5 Stycznia do 3 Lutego 2013


Tarnów - Tarnowskie Centrum Kultury, Rynek 5 – Od 7 do 28 Lutego 2013

Szczecin - Muzeum Narodowe, ul. Wały Chrobrego 3 -  Od 7 Marca do 1 Kwietnia 2013

Bielsko-Biała - Galeria Bielska BWA, ul. 3 Maja 11 – Od 6 do 28 Kwietnia 2013

Mińsk Mazowiecki, Muzeum Ziemi Mińskiej, ul. Okrzei 16 – Od 3 do 30 Maja 2013

Sopot - Państwowa Galeria Sztuki, Pl. Zdrojowy 2 -  Od 6 do 30 Czerwca 2013

Szklarska Poręba - Karkonoski Park Narodowy, ul. Okrzei 28 – Od 4 do 30 lipca 2013

Białowieża - Białowieski Park Narodowy, Park Pałacowy 5 -  Od 4 do 29 Sierpnia 2013

Jelenia Góra - Muzeum Przyrodnicze, ul. Wolności 268 – Od 6 do 29 Września 2013

Warszawa - Muzeum Ziemi PAN, Al. Na Skarpie 27 -  Od 4 do 30 Października 2013

Wrocław - Muzeum Miejskie, Ratusz/ul. Sukiennice 14/15 -  Od 7 do 28 Listopada 2013

Toruń - Muzeum Okręgowe, Rynek Staromiejski 1 – Od 6 do 29 Grudnia 2013

Zachęcam do wybrania się na tę wystawę w Londynie, Wielkiej Brytanii, Polsce czy gdziekolwiek mieszkacie, rozglądajcie się uważnie czy nie ma jej w pobliskiej galerii lub muzeum. Warto naprawdę warto, a nuż widelec może was to zainspiruje do polowania z obiektywem i ….

Wpis został zilustrowany materiałami prasowymi udostępnionymi przez wydział prasowy Muzeum Historii Naturalnej.

Flag Counter