poniedziałek, 22 lipca 2013

 

Może trudno w to uwierzyć, ale gdybyśmy wpadli na wycieczkę do Londynu w połowie ubiegłego wieku, to mielibyśmy szanse na przejażdżkę trolejbusem. Londyn miał największą sieć trolejbusową na świecie - ponad 60 linii i około 1800 trolejbusów. Dziś są to tylko egzemplarze muzealne, a szkoda, bo z tą formą transportu mam miłe wspomnienia, przypomina mi sią młodość i dojazdy na uniwerek.

Pierwsze trolejbusy wjechały na ulice Londynu w 1931 roku, wprowadziła je firma, która przodowała w transporcie elektrycznym London United Tramways (LUT), obsługująca linie tramwajowe w metropolii. Pierwszy trolejbus klasy A1- z numerem rejestracyjnym HX2756 wyjechał z garażu w Fulwell 16 maja 1931 roku.

A1 class trolleybus, diddler

 

Jego trasa, oznaczona numerem 1 przez macierzystą firmę, a potem funkcjonująca jako 601, zastąpiła linię tramwajową z Tolworth do Twickehnam biegnącą przez Surbiton, Kingston, Hampton Wick Teddington i Fulwell. Kiedy w latach 60-tych wycofano trolejbusy trasa ta została zastąpiona przez autobus numer 281.

Ten pierwszy trolejbus został nazwany przez pracowników „Diddler”, ponieważ slalomem jechał po ulicach i mógł wymijać, w przeciwieństwie do tramwajów, inne pojazdy, omijać roboty drogowe itp. 

Pierwszy „diddler” z tego zdjęcia (HX 2756) jeździł też między Wimbledonem a Hampton Court - aż trudno uwierzyć, zwłaszcza że pokonywył tę trasę w 38 minut.

trolleybus A1 class, diddler, HX 2756 moje zdjęcie z Acton Depot

W 1933 roku firma LUT została wchłonięta przez nowo utworzoną London Passenger Transport Board (Komisje Transportu Pasażerskiego w Londynie), nazywaną w skrócie London Transport. Organizacja ta była odpowiedzialna za transport publiczny w stolicy w latach 1933-48. Tak im zaimponowały i spodobały się trolejbusy, że w 1934 roku podjęli decyzję, aby zastąpić cały ruch tramwajowy w metropolii właśnie tym rodzajem transportu.

 kabina kierowcy w trolejbusie

 

Trolejbusy były tańsze w eksploatacji niż tramwaje i były bardzo popularne wśród pasażerów, miały wygodne siedzenia, zabierały więcej pasażerów (około 70 mogło usiąść – dla porównania w piętrowym autobusie siadało tylko 56), były ciche, miały duże przyspieszenie i pasażerowie szybko siadali lub łapali się i mocno trzymali. Niepotrzebne były szyny, co zmniejszyło koszty i zwiększało elastyczność poruszania się pojazdu, który mógł manewrować omijając przeszkody – oczywiście w miarę możliwości, bo nadal musiał być podczepiony do sieci elektrycznej. Stopniowo zastępowano tramwaje, a trolejbusy miały numery zaczynające się od 500 i 600, aby odróżnić je od innych rodzajów komunikacji.

W marcu 1939 roku wykonano kolejny krok w zastępowaniu tramwajów tym razem w północno-wschodnim Londynie, przy okazji wprowadzono nowy typ K2 – były one w użyciu do 1961 roku. Miały wygodne siedzenia (70 dokładnie).

trolleybuss K2

moje zdjęcie z Muzeum Transportu

Ten model, egzemplarz o numerze 1253 trafił do garażu na Hackney (w 1950 przemianowanym na Clapton), w 1959 przeniesiono go na Wood Green, a ostatecznie został wycofany z użytku w 1961 roku. W 1939 roku tramwaj numer 55 został zastąpiony przez trolejbus 555, jego trasa przebiegała od Bloomsbury do Leyton, trasa ta została w 1959 roku zastąpiona autobusem 170, po prostu przedłużono trasę tego autobusu, który na początku lat 50-tych zastąpił tramwaj 31. Jak się pasażerowie w tych wszystkich zmianach połapywali?

Jednym z bardziej uczęszczanych skrzyżowań trolejbusowych w 1958 roku była okolica stacji North Finchley w północnym Londynie, w ciągu godziny przejeżdżało tu 50 trolejbusów!

Po wojnie zdecydowano się unowocześnić flotę trolejbusową i wprowadzono nowy typ Q1. Pojazd ten był szerszy od poprzednika, ale miał bardziej opływowy kształt i zabierał na pokład 70 pasażerów ( na siedząco). Tego modelu używano do końca, czyli do 1962 roku, a ostatni trolejbus zjechał z trasy 8 maja 1962 roku. Większość modeli tego typu została sprzedana do Hiszpanii, ciekawa jestem jak długo tam one pracowały?

Q1 class trolleybus, number 1768

moje zdjęcie z Acton Depot

Byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam trolejbusy w muzeum, o tramwajach na ulicach Londynu wiedziałam, ale trolejbusowy raj był dla mnie odkryciem. Chciałabym, aby te maszyny wróciły na ulice Londynu - ciche, ekologiczne, nie produkujące spalin, wdzięczne itp. Wiem, że w XXI wieku, gdzie roboty drogowe, wypadki, objazdy to normalka na ulicach tej metropolii, takie uwiązane na elektrycznej smyczy pojazdy nie byłyby zbyt praktyczne, ale cóż pomarzyć można. I aż nostalgiczna łezka się w oku kręci.

I to by było na tyle. Jak się zbiorę to będą dalsze wpisy o historii transportu w Londynie.

Materiały archiwalne udostępnione przez wydział Marketingu i Rozwoju (Marketing and Development) Muzeum Transportu w Londynie.

środa, 17 lipca 2013



Tym razem zapraszam was na wycieczkę w czasie i przestrzeni do Kornwalii, gdzie spędziliśmy ostatnio parę dni, zwiedzając namiętnie co się tylko dało. Carn Euny to mała osada pochodząca z czasów epoki żelaza (około 400 BC), zamieszkiwana aż do wycofania się Rzymian z wyspy (około IV wieku AD). Najpierw nie było to w naszym planie, ale gdy patrząc na mapę okazało się, że jest ona tylko o rzut beretem od Penzance i w sumie to jest nam po drodze, postanowiliśmy to miejsce znaleźć, zwłaszcza, że drogowskaz rzucił mi się w oczy w drodze do Lands End. Następnego dnia uzbrojeni w mapę wyruszyliśmy na poszukiwania tej prehistorycznej wioski. Na początku nie było źle, z Penzance drogą A30 na Lands End i potem pamiętałam, że w okolicy miejscowości Drift był drogowskaz, ale pojawia sią on tak nagle, że trzeba bardzo uważać, aby go nie przegapić. Znaleźliśmy i jedziemy sobie drogą bez numerka, oznaczoną na mapie na biało, wąską tak, że tylko jeden samochód się mieści i od czasu do czasu są mijanki. Zakręty ostre jak języki teściowej, tubylcy pędzący z naprzeciwka, ludzie na koniach, liski wypadający z zarośli, a po obu stronach wysokie krzaki, drzewa albo murki obrośnięte pięknie kwitnącą roślinnością. Siedzę sobie i zerkam ukradkiem na mojego ukochanego kierującego naszym samochodzikiem i myślę w co ja nas wpakowałam?! Po kolejnym zakręcie prehistorycznej osady ani widu, ani słychu więc zdecydowaliśmy się zasięgnąć języka u tubylców, bardzo miła pani nam powiedziała, że to już tam za rogiem – niedaleko. Za kilkoma rogami oczom naszym ukazał się koniec drogi i mały parking. Stał już tam samochód z ciekawskimi jak my zapaleńcami. Kiedy zaparkowaliśmy auto, zaczęło padać z lekka, ale nie zrażeni ani mgłą ani mżawką ruszyliśmy na spotkanie z przeszłością. Idziemy polną dróżką, dochodzimy do płotu, przechodzimy przez kamienne schodki i stajemy na rozjechanym pastwisku z wodopojem po środku – czyżby to było to? Na szczęście mój ukochany wypatrzył kolejny drogowskaz i powędrowaliśmy dalej ścieżką na skraju ogrodzenia i po przejściu drewnianej podwójnej furtki stanęliśmy w obrębie osady, w której przez prawie 900 lat tętniło życie, a teraz sobie tu tkwi cichutko spowita w mgle, czekając na zachwyty zabłąkanego wędrowca. Warto było przyjechać i to zobaczyć.

Carn Euny, Cornwall, Kornwalia

Carn Euny to przykład osady typowej dla tego regionu – półwyspu Land’s End. Ten typ osadnictwa charakteryzuje się domami z Dziedzińcem (courtyard house), a mi się nasuwa określenie zagroda, zabudowane obejście, bowiem całe domostwo znajduje się w obrębie grubych kamiennych murów. W typowym obejściu wchodzimy przez bramę-drzwi wyłożoną kamiennymi płytami (chodnik), pierwsze to podwórko – Dziedziniec, naprzeciwko wejścia mieści się owalne pomieszczenie mieszkalne (Round Room). Po obu stronach dziedzińca są podłużne (Long Room)  pomieszczenia gospodarczo – magazynowe do trzymania zwierzątek oraz zapasów. Co jest ciekawe przez dziedziniec biegną kanały doprowadzające i odprowadzające wodę. Archeolodzy uważają, że pomieszczenia były przykrywane strzechą, a dziedziniec pozostawał pod gołym niebem, choć niektórzy badacze twierdzą, że dziedziniec też mógł być kryty.

Carn Euny, Kornwalia

Nie wszystkie domy w tej osadzie powielały ten schemat, mamy też zwykłe okrągłe domy. Wioska została zbudowana na wcześniejszej osadzie z epoki żelaza ( 400 BC – 43 AD), toteż układ osady wydaje się być chaotyczny. W czasie wykopalisk odkryto pozostałości 10 domostw, 3 duże zabudowy o średnicy około 12 metrów, oraz mniejsze owalne, konstrukcje  bardziej popularne w tych rejonach.  Struktury, które widoczne są na powierzchni ziemi, pochodzą z okresu 50 BC – 400 AD. Później wioska została opuszczona i dopiero w połowie XVIII wieku wybudowano tu „cottage” po którym pozostały mury z oknem.

Carn Euny wejscie do Fogou

Interesującą konstrukcją jest „Fogou”, co w języku tutejszym oznacza jaskinię czy grotę i jest to obiekt podziemny. W tej osadzie jest on dodatkowo interesujący ponieważ mamy tu nie tylko długi korytarz, ale także okrągłe pomieszczenie. Podobne struktury występują w innych częściach Wysp Brytyjskich i Irlandii. Datowane są one na okres żelaza, występują w okresie rzymskim, a także gdy chrześcijaństwo wkroczyło na te tereny.  Kornwalijskie „Fogou” są częściowo lub całkowicie schowane pod ziemią. Składają się one z podziemnego przejścia z kamiennymi ścianami – jest to mur bez zaprawy (dry-stone walling), tak układany że kolejne kamienie są wysunięte nad poprzednim, powoli zbiegając się ku środkowi pomieszczenia (corbelled inwards). Występują także małe pomieszczenia i boczne korytarze. Takie struktury występują tylko w zachodniej Kornwalii na półwyspie Land’s End i dorzeczu rzeki Fal.

Wszystkie znane przypadki znajdują się w osadach, często umocnionych, a datowane są na późną epokę żelaza ( 400 BC – 43 AD). Uczeni spierają się co do przeznaczenia tej konstrukcji, część uważa że był to swego rodzaju schron w czasie niebezpieczeństwa, inni że był to magazyn żywności i innych dóbr – taka piwnica. Jednak ten przypadek z Carn Euny jest znów wyjątkowy, wykopaliska wskazują na użytkowanie do celów spirytualistycznych (duchowych, nie do pędzenia bimbru). Okrągłe pomieszczenie było wykorzystywane do celów kultowych, zanim jeszcze korytarz został wybudowany, niektórzy we wnęce jednej ze ścian widzą swego rodzaju ołtarzyk.

Fogou w Carn Euny, Kornwalia, Cornwall, prehistorical structure

Mieszkańcy tej osady to ludność „celtycka”, zajmująca się rolnictwem oraz handlem, prawdopodobnie przerabiali cynę na sprzedaż. Pod uprawą było 16 hektarów, a pola były wyznaczone kamiennymi murkami, taki rozkład pól utrzymywany był tu od wieków, dopiero ekstensywna uprawa w ostatnich czasach zaczęła to zacierać. Uprawiano owies, jęczmień i żyto, oraz pszenicę, a także hodowano kozy-owce i bydło. Na osadzie znaleziono ceramikę oraz kamienne żarna o różnym kształcie, niestety kwaśna gleba spowodowała, że większość zabytków kościanych i metalowych uległa zniszczeniu.

Sposoby budowania w okresie epoki żelaza na południowym zachodzie nie zmieniły się zbytnio z biegiem czasu. Wcześniejsze owalne domy w  Carn Euny zapewne miały ściany z plecionki drewniano - błotnistej – gliniastej mieszanej z trawą oraz kamienne mury bez zaprawy tzw. „dry wall”. Niestety te konstrukcje nie wytrzymały próby czasu i jedyne co pozostało po tych domostwach to półokrągłe rowki odwadniające i nawadniające obejście. Dołki posłupowe wskazują, że drewno było używane w konstrukcji budynku, ale takie ekstensywne użytkowanie spowodowało że pod koniec tego okresu zmniejszyły się zasoby, być może był to powód zmian w sposobie budowania osad i większe użycie kamienia. Domostwa te były prawdopodobnie pokryte strzechą.

Carn Euny, Cornwall,

Domostwa z dziedzińcem to najlepiej zachowane oprócz „fogou” obiekty na tym stanowisku. Konstrukcje zachowały się bardzo dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że miejsce to było używane jako źródło surowca budowlanego przez okolicznych mieszkańców przez wieki. Teraz jak na miejsce z wielowiekową, a nawet tysiącletnią tradycją, dostojne sobie drzemie czekając na odważnego i ciekawskiego wędrowca. Chodziliśmy tam sobie po tych domach, w snującej się mgle i napawaliśmy się śladami zamierzchłej przeszłości.

Jeżeli będziecie w Kornwalii, w okolicach Penzance, szukajcie wioski Brane na bocznej drodze od A30 między wspomnianym Penzance a Lands End. Trzeba uważać w miejscowości Drift, bo brązowy drogowskaz na Carn Euny pojawia nagle i może zaskoczyć. Tam na końcu drogi w Brane jest mały parking, a potem około 600 metrów piechotką po polach i bezdrożach, przechodząc przez murki i omijając krowie kupy, na prawo od wodopoju na środku pastwiska, drobną ścieżynka do drewnianej furtki i już jesteście na miejscu.

Inne wpisy o Kornwalii

Chysauster – starożytna wioska w sercu Kornwalii

Porthcurno - opowieść o telegrafie

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Pierwsza część wpisu jest tu Herculanum i Pompeje - opowieść o życiu i śmierci cz.1

Następnie wstępujemy w progi domostwa rzymskiego, nie jest to konkretny dom, a przykładowy złożony z wielu miejsc, w którym zebrane zostały zabytki z różnych budynków obu miast.

Atrium – miejsce w którym przyjmowało się gości, pół prywatne, pół publiczne - w którym można było zaimponować przybyszom, pokazać swoje bogactwo i powiązania. Było to pomieszczenie pokazowe, ale zarazem pomieszczenie w którym wykonywano drobne prace – tu kobiety przędły, szyły itp. To tu mamy wyeksponowaną wspomnianą już mozaikę psa na łańcuchu, są tu też meble, składany brązowy stołek, freski np. pokazujący rozdawanie chleba na ulicach w czasie wyborów; skrzynie do przechowywanie przedmiotów codziennego użytku; mamy tu przepiękny mebelek z szufladami i dwoma drzwiami. Naszą uwagę zwróciła wielka skrzynia arca, była ona dodatkowo wzmocniona żelazem i zdobiona brązem, w którym wykuto scenki przedstawiające Dianę, amorki, satyry oraz dzikie zwierzęta. Jednym z zabytków jest płaskorzeźba przedstawiająca trzęsienie ziemi sprzed paru lat (pochodzi ona z domu Luciusa Caecilusa) i przedstawia walącą się budowlę, ludzi starających się zachować równowagę – jest to ołtarzyk dziękczynny za przeżycie tamtej tragedii. Mamy tu inne miniaturowe ołtarzyki, miały one chronić domostwo, a byli na nich nie tylko bogowie ale i przodkowie. Atrium mogło być oddzielone od Tablinium za pomocą zasłony, lub drewnianego parawanu.

Tablinium – to miejsce między Atrium a ogrodem – i także pomieszczenie wielofunkcyjne  - w tym pomieszczeniu odbywały się spotkania, były to gabinety do uczenia, prowadzenia rachunków, interesów, oraz służyło ono także jako jadalnia.

Mamy tu mozaikę z domu potentata sosu garum – i oczywiście reklamuje ona jego wyroby – najlepsze garum z makreli – Aulus Umbricius. Scaurus dorobił sią majątku na tym rybnym interesie.

Obok portret Torentiusa Neo i jego żony – kobieta ma wykwintne szaty, trzyma przyrządy do pisania -  on natomiast ma w ręce zwój - symbol wiedzy i wpływów. Małżonkowie chcą uchodzić za wykształconych i obytych w świecie kultury – byli oni właścicielami piekarni, a amorek w portrecie ma im zapewne sprzyjać w interesach i życiu.  Obok tabliczki do pisania i czytania – po angielsku tablet – historia technologiczna zatacza koło? W Pompejach znaleziono ich do tej pory 154 i jest to bardzo interesujący zapis życia społecznego, interesów itp.

Terenius Neo i jego żona 

Mamy freski przedstawiające przyrządy do pisania, dwóch chłopców w pozach Homera i Platona – na upamiętnienie ich zwycięstwa w konkursie literackim. Na marmurowym stoliku stoi wyeksponowane bogactwo rodzinne, srebrna zastawa.

Są tu też fragmenty „przezroczystego kamienia” - lapis specularis, który to był wykorzystywany do dekorowania okien i w innych detalach architektonicznych. Była to cięta na wąskie i cienkie warstwy mika – kamień ten charakteryzuje się dość dużo przezroczystością.  

Obok jest Cubiculum czyli sypialnia. Co jest interesujące dzieci nie miały własnego pokoju i spały we wspólnej sypialni. Było to pomieszczenie w którym się spało, kochało, myło, stroiło, czesało itp., raczej ciemne, oświetlane przez lampy. Na ścianie mamy fresk przedstawiający parę pochłoniętą amorami, rzymianie nie byli purytanami, nagość nie była dla nich złem. Zabytki tu zaprezentowane to stojące lampy, łóżko (fragmenty) drewniane, bogato dekorowane, nogi pokryte metalem itd.; przenośne piecyki – znaleziono ich dość dużo w użyciu w czasie wybuchu, dlatego niektórzy naukowcy przesuwają datę tragedii z sierpnia na październik – w sierpniu nie potrzebowano ogrzewania w pomieszczeniach (chyba, że był to wyjątkowo zimny miesiąc). Jest tu skrzynia z lnianymi wyrobami - wszystko zachowało się zwęglone w czasie tej lawiny piroklastycznej, mamy też stołek, a obok fresk z takim właśnie meblem. W oddzielnych gablotach są różne przedmioty codziennego użytku: lustra wykonane ze srebra, brzytwy, pincetki, gąbki, pumeks, wykałaczki, pojemniki na pachnidła i kosmetyki, flaszki, flaszeczki, fiolki, grzebienie oraz biżuteria a także nocnik z przykrywką na wszelki wypadek.

Jest tu zabytek który spowodował, że stanęły mi w oczach łzy. Ta zwęglona kołyska została znaleziona w skromnym mieszkaniu, w kołysce spało w tę tragiczną noc dziecko przykryte wełnianym kocykiem.

baby cradle, kołyska

Hortus – ogród – w tle mamy śpiew ptaka, aby dodać autentyczności. Miejsce to miało praktyczny charakter, uprawiano tu drzewka owoce i rośliny przydatne w gospodarstwie domowym, z czasem stało się to miejscem relaksu i zapełnione zostało ławeczkami, fontannami posągami i roślinkami dekoracyjnymi. Na ścianach mamy malowidło przedstawiające rośliny, kwiaty, zwierzęta, aż się w głowie kręci. Przed wejściem do pomieszczenia zatytułowanego Woda mamy ostrzeżenie „explicite image”, a chodzi o rzeźbę przedstawiającą bożka Pana kopulującego z kozą – podobno na jakiejś pogadance o tej wystawie jakaś starsza pani zemdlała z tego powodu. Na wystawie dość dużo jest nagich ciał  (posążków, fresków) mamy tu uroczy wizerunek Herkulesa, wyraźnie po paru głębszych pucharkach wina, sikającego sobie beztrosko, są tu dzwoneczki ogrodowe pół- lwy, pół-członki;  w sumie dużo powodów, aby siać zgorszenie.

Hercules

Potem przechodzimy do salonu, pokoju dziennego, a także pomieszczenia wielofunkcyjnego – bardzo bogato wyposażonego i ozdobionego, służyło ono do odpoczynku, spożywania posiłków, wyprawiania uczt itp. Na ścianach tego pomieszczenia wystawowego przybliżono nam style fresków z obu miast, a było ich cztery tak dla uproszczenia. Mamy tu przedmioty, które były używane w takim pomieszczeniu: podgrzewacze do potraw, brązowe i srebrne podstawki na lampy, tace na słodkie wypieki, dzbany i naczynia na wino, „Crater” -wielki kocioł do mieszania wina, zastawy stołowe ze szkła i srebra, bursztynowe miseczki, łyżki itp . Posiłki spożywano zasiadając na tricilnium (trzech kanapach), na ścianie mamy instrukcję dla gości : nie zabrudź nakryć na kanapie, nie gap się na cudze kobiety, zabierz problemy i kłótnie ze sobą do domu. Bardzo na czasie.

Culina czyli kuchnia – z reguły mała, ciemna i na uboczu. To był świat niewolników, przygotowywali oni posiłki na solidnych piecach, gotując na platformach w garnkach, rondlach i na patelniach, ale używano także przenośnych grilli-koksowników (brazier) . Każda kuchnia miała też ołtarzyk, na którym składano ofiary np. z jajek,  dla zapewnienia ochrony i powodzenia.  Co trafiało na rzymski stół: groszek, ciecierzyca pospolita (chickpeas), orzechy, migdały, figi, granaty, cebula, soczewica, chleb.

Mamy tu zwęglone przykłady tych produktów, a także naczynia kuchenne: garnki, durszlak (colander), formy do pasztetów, pieczywa, czajniki itp. Znaleziono też talerze z posiłkami, których nie zdążono zjeść.

chleb, carbonised bread from herkulanum

Jest tu niezwykła naczynie - garnek do tuczenia (hodowli) popielicowatych - zwierzątek z rzędu gryzoni - kiedyś określane jako pilchowate (dormouse). Ten myszopodobny gryzoń był rarytasem na stołach rzymskich, przygotowywano go na różne sposoby, obtaczając w miodzie i ziarnkach maku pieczono lub grillowano. Ale najpierw trzeba było takiego osobnika utuczyć, trzymano je w takich garnkach, wkładając na pięterka pokarm i wodę i tak czekano cierpliwie aż zwierzątko nabierze ciałka.

fattening jar for dormouse

Co jest bardzo ciekawe obok kuchni, a czasem w jej obrębie były wychodki (latryny), które okazały się kopalnią zabytków i wiedzy o mieszkańcach miasta, podobnie jak system ścieków miejskich, a znaleziono tam oprócz ludzkich odchodów drobne przedmioty jak monety, biżuterię, szpile, zapinki, grzebienie, fragmenty naczyń, szklane przedmioty itp.

Następna część wystawy to zagłada obu miast. Tu uświadamiamy sobie co stało się z właścicielami tych przedmiotów, nad którymi się zachwycaliśmy i przypomina się nam ta kołyska. Autorzy wystawy zaprezentowali nam konkretne przykłady ludzkiej tragedii, z tej nawałnicy dramatów jaki wydarzyły się tej nocy na stokach i okolicach Wezywiusza wybrali parę aby pokazać nam kruchość ludzkiego życia.

W jednej z gablot mamy przedmioty znalezione przy ciałach mieszkańców obu miast, były tam koszyki pełne monet (zabrali z domu aby mogli sobie poradzić w czasie ucieczki); klucze ( nadzieja na powrót do domu); lampy ( praktyczne w ciemności aby znaleźć drogę). Pierwsza opowieść to 300 spalonych ludzi znalezionych w szopach na przystani w Herkulanum, schronili się oni tam, gdy okazało się że nie mogą uciec drogą morską, zabiła ich ta gorąca lawina spływająca z wulkanu. Wśród przedmiotów tam znalezionych była m.in. kasetka z instrumentami medycznymi, przy małym dziecku znaleziono pucharek z bursztynu importowanego z okolic Bałtyku. Jeden z wyróżnionych szkieletów to tzw. żołnierz – osobnik o solidnej budowie, około 175cm wzrostu, z mieczem u prawego boku i resztkami pasa zrobionego z okrągłych plakietek wykonanych ze srebra i brązu. Leżał on na brzuchu i miał na plecach narzędzia, przecinaki, punktak, młotek z zachowanymi drewnianymi trzonkami. „Żołnierz” miał przy sobie także sztylet, którego drewniano-skórzana oprawa również się zachowała, oraz liczne wisiorki i ozdoby, a także sakiewkę z monetami 12 srebrnych denarów i 2 złote aureusy (nummus aureus). Jego odkrywczyni nazwała go żołnierzem z powodu tego miecza i postury, brakowało mu także 3 przednich zębów, i miał zaleczoną ranę nogi, niektórzy naukowcy uważają, że zmiany na jego rzepkach wskazywały na to, że spędził on trochę czasu w swoim życiu na koniu. Został on powalony na ziemię przez tę zabójczą falę gorącego powietrza zmieszanego z popiołem i innymi elementami które spłynęły z wulkanu, kości zostały połamane i przypalone, okrutna śmierć była szybka, jak mówią uczeni, jego ciało wyparowało w mgnieniu oka.

„Resin Lady” -  to jedyny w swoim rodzaju odlew, pustka została wypełniona woskiem, następnie otoczona gipsem, a następnie wypełniona żywicą epoksydową, która jest bardziej odporna na zniszczenia i mniej oddziałuje na zabytki które otacza. Drugą zaletą była przezroczystość, ukazując biżuterię złota bransoleta, pierścień, szpilka do włosów. Niestety jest to unikat, ta technologia jest na razie zbyt kosztowna i czasochłonna. Znaleziono ją w Oplontis - osadzie także zniszczonej prze ten wybuch.

W gablocie o parę kroków dalej mamy skarby znalezione prze innej kobiecie (szkielet 27),  która zgięła w tym samym pomieszczeniu co ”Resin Lady”. W torbie było 83 złote aureusy i 37 srebrnych denarów, w drugiej torbie 15 złotych i 175 srebrnych monet – dodatkowo znaleziono przepiękną biżuterię: pierścienie, kolczyki, krótkie naszyjniki, bransoletki, i tzw. „body chain” długi łańcuch.

„Muleteer” to kolejny odlew znaleziony we wschodniej części miasta, na terenie palestry. Nazwany on został mularzem ponieważ znaleziono w pobliżu szkielet muła/osiołka. Znaleziono go w pozycji przychylonej do nagromadzonej lapilli – materiału wyrzucanego przez wulkan, zlepionych kawałków lawy starej i nowej. Wydaje się że starał się on chronić usta i nos przed pyłami, zanim umarł.

Niektórym udało się uciec z miasta, ale zostali złapani przez okrutną lawinę piroklastyczną za murami miasta i tak mamy dziewczynę z Porta Nola, która zginęła na tej drodze między grobami razem z 14 osobami. Ta młoda kobieta miała przy sobie dużo przedmiotów, które miały ją chronić, m.in. srebrną statuetkę bogini Isis-Fortuny, dwa srebrne amulety z symbolami fallusa i półksiężyca, 3 pierścienie także z symbolami, które ją miały chronić. Niestety zginęła ona w końcowej fazie wybuchu.

family Pompeje

Dochodzimy do ostatniego odlewu tym razem jest to „rodzina”, znaleziona pod schodami Domu Złotej Bransolety. Dwoje dorosłych i dwoje dzieci, usiłowało się ukryć przed spadającymi na miasto popiołem, pumeksem itp., niestety dosięgła ich zabójcza czwarta lawina piroklastyczna. Jest to koszmarna scena, kiedy życie dosłownie zamarło w ciągu sekundy, utrwalając dramat tej rodziny na wieki. Mamy tu utrwalone nie tylko detale ubrań, biżuterii, twarzy ale także rozpaczliwej walki o przetrwanie, strachu i bezradności. Przyczyną ich śmierci była wysoka temperatura, na to wskazują kończyny w tzw. pozie bokserskiej (pugilist), spowodowanej skurczami ścięgna pod wpływem ekstremalnych temperatur. Dziecko na kolanach matki wydaje się wyrwane z jej objęć, ona zaś została odrzucona do tyłu, podobnie jak mężczyzna. Dziecko leżące obok ma doskonale zachowane detale twarzy i ubrania, i jest obok wspomnianej już kołyski jednym z najbardziej wzruszających „elementów” tej wystawy. Była to bogata rodzina, prawdopodobnie właściciele tego domu, kobieta miała na sobie złotą bransoletę ważącą 600 gram z głowami wężowymi trzymającymi medalion przedstawiający boginię Dianę. Obok znaleziono złote pierścienie, kameę, oraz monety (40 złotych auresów, i 173 srebrne denary) .

Jest to bardzo interesująca wystawa bowiem temat jest niezwykle interesujący, ale też została ona doskonale przygotowana i skompletowana, dostarcza nam wiele wiadomości, odkrywa świat pokryty przez wieki popiołami zapomnienia, przybliża tragedię ludzi takich samych jak my. Zapala ona także iskierkę ciekowości i zachęca do wycieczki do miast u stóp Wezuwiusza.

bracelet from Pompeii

Wystawa trwa do 29 września 2013 roku, zamknięta będzie 18 i 19 czerwca z powodu przekazu kinowego – specjalny program pokazywany będzie w kinach w całej Wielkiej Brytanii. Dzień pierwszy to szeroka publiczność, a drugi to przekaz dla szkół, 29 sierpnia ma być ogólnoświatowy przekaz w 1000 kinach – mam nadzieję że jakieś kino w Polsce, czy gdziekolwiek mieszkacie, też się to tego przyłączy.

Ceny biletów na wystawę

Dorośli – £15

Dzieci do lat 16 za darmo ale muszą być pod opieką osoby dorosłej

Seniorzy - £12.50  specjalna cena w poniedziałki między 12 a 16:30 tylko przez telefon lub na miejscu – £7.50

Studenci i 16-18 lat - £12.50  i jest specjalna oferta 2 za 1 bilet w ciągu tygodnia po 14:30 tylko przez telefon i na miejscu.

Bezrobotni i niepełnosprawni – £12.50  osoba niepełnosprawna ma prawo do darmowego biletu dla opiekuna.

Jest pobierana opłata za rezerwację przez telefon – oraz Internet -  

Posiadacze biletu sezonowego (membership) wchodzą za darmo.

Posiadacze karty National Art Pass - £7.50

Godziny otwarcia:

10 - 17 a w piątek do 20:30;

Daty z przedłużonymi godzinami na stronie British Museum zwiedzanie 

Dojazd: Najbliższe stacje metra : Tottenham Court Road ( linia północna, centralna) Russell Square (linia piccadilly) Holborn ( linia centralna i piccadilly); dworce kolejowe Euston, Kings Cross i St Pancras.

Polecam

wpis jest ilustrowany materiałami udostępninymi przez Press Association.

niedziela, 16 czerwca 2013

To już druga wystawa w tym roku, która przyciąga publiczność tysiącami do sal wystawowych Muzeum Brytyjskiego. Tym razem wkraczamy w świat dwóch rzymskich miast, które pogrzebał wybuch wulkanu w 79 roku naszej ery. Dwa miasta - Herkulanum i Pompeje, kwitły na stokach góry Wezuwiusz, żyzna ziemia sprzyjała rozwojowi winnic, a nadmorskie położenie ułatwiało handel.  Herkulanum było mniejsze: 4-5 tysięcy mieszkańców, natomiast Pompeje  to około 12-15 tysięcy.

Pompeje

Wystawa skupia się na ludzkim aspekcie tragedii, ukazuje życie normalnych ludzi w obu miastach, prezentuje nam szansę poznania historii od tej zwykłej, przyziemnej strony. Nie przez zapisy o bohaterach, cesarzach itp., ale o tym jak żyli, co robili zwykli śmiertelnicy, o ich świecie, ich pragnieniach i troskach. Kiedy obudził się ze snu Wezuwiusz, niszcząc te dwa miasta wydawało się, że ich świat zniknął z powierzchni ziemi, ale to właśnie ta tragedia zabierająca życie -  dała nam szansę spojrzeć na odległy świat i poznać bliżej rzymskie miasto i jego mieszkańców.

Herculanum

Wystawa jest świetnie zorganizowana i przygotowana. Już na wstępie naszym oczom ukazuje się jeden z najsłynniejszych eksponatów reprezentujących Pompeje – odlew psa. W czasie wykopalisk w Pompejach znaleziono ciała, a raczej pustki (1150 do tej pory) pozostawione przez ciała, które pokryte gorącym popiołem w czasie lawiny piroklastycznej, zostały ugotowane, a następnie zgniły pozostawiając puste miejsca, a otaczający je popiół wulkaniczny utrwalił kształt ciał, detale twarzy, ubrań i ozdób. W 1865 roku Giuseppe Fiorelli, dyrektor wykopalisk w Pompejach, postanowił wykorzystać gips sztukatorski (plaster of Paris) do odtwarzania ludzkich postaci -  był ten sposób już wypróbowany na meblach itp. Wlewano mieszankę przez otwór do takiej pustki, a następnie usuwano otaczające ją stwardniałe warstwy popiołu. To właśnie odlewy najbardziej przemawiają do publiczności, oto bowiem mamy przed sobą ludzki dramat w całej okazałości, mamy przed oczami tych co żyli w tym mieście, chodzili jego ulicami…

odlew psa, dom Orfeusza,

Odlew psa został wykonany w 1874 roku i o dziwo, został on najsłynniejszym odlewem-symbolem tragedii jaka spotkała Pompeje. Kiedy w czasie wykopalisk przy Domu Orfeusza (House of Orpheus) znaleziono kolejną pustkę postanowiono także wypełnić ją gipsem. Ku zdziwieniu archeologów ich oczom ukazało się ciało psa zwiniętego w agonii. Jako że był on na łańcuchu i znaleziono go przy wejściu, stwierdzono, że było to pies pilnujący posesji, właściciele zginęli lub uciekli, zapominając o nim, a on uwiązany na łańcuchu motał się przerażony. Gdy ziemia pokrywała się popiołem, on starał się utrzymać na powierzchni dopóki pozwała mu na to długość tego łańcucha. Jego cierpienia przerwała czwarta, zabójcza lawina gorącego popiołu i powietrza. W dalszej części wystawy można zobaczyć mozaikę przedstawiającą psa na łańcuchu, a została ona znaleziona w pomieszczeniu obok wejścia do Domu Orfeusza.

mozaika z psem Pompeje

Obok tego odlewu psa jest zwęglony stolik z Herkulanum wyglądający jak ten z fresku nad nim, a przedstawiającym zakochanych popijających sobie zapewne winko. O ile Pompeje słynne są z odlewów to Herkulanum ma też swoje skarby w postaci zwęglonych przedmiotów codziennego użytku, które także zapierają nam dech w piersiach.

Ta gablota  to idealny wstęp do opowieści o tym, jak jeden wybuch wulkanu zniszczył okolicę i jak dwa miasta choć zniszczone w tym samym wybuchu to jednak doświadczyły zupełnie innego losu. Następnie możemy sobie obejrzeć film, wyjaśniający w jaki sposób wulkan unicestwił życie w okolicy. Wezuwiusz spał dość długo, pomrukując sobie smacznie od czasu do czasu, ale trzęsienia ziemi w tej okolicy (Kampania) to nic nowego. Kiedy około południa zaczął pomrukiwać coraz intensywniej, nikt zapewne nie spodziewał się, że jest to początek końca tych dwóch osad. Po serii gwałtownych wybuchów nad górą unosiła się wielka czarna chmura wzbijająca się na wysokość około 20km. Na Pompeje zaczyna spadać deszcz popiołów, kamieni i pumeksu, w ciągu jednej godziny około 15cm, wielu mieszkańców zostaje uwięzionych w domach. Tymczasem w Herculanueum w początkowej fazie wstrząsy i dźwięki jakie wydawała góra najbardziej przerażały mieszkańców, a kiedy domy zaczęły się walić część postanowiła opuścić miasto, niektórzy udaje się lądem, a inni zbierają się w porcie. Wieczorem pierwszy huragan pumeksowych bomb spada na Pompeje niszcząc wiele budynków, które zapadają się pod ciężarem popiołów opadających od paru godzin, a teraz dodatkowo bombardowanych przez kawałki pumeksu o średniej wielkości około 140cm.

Po północy chmura nad wulkanem opada, zmieszane gazy i pył, tworzące tzw. „paraclastic surge”  - lawinę piroklastyczną, staczają się po zboczach Wezuwiusza. Herkulanum zostaje uderzone falą rozgrzaną do temperatury 400-450˚C, to właśnie utrwaliło wiele przedmiotów wykonanych z materiałów organicznych: drewna, skóry, a także żywność jak owoce, warzywa itp. Ta lawina spowodowała, że te przedmioty zostały zwęglone i pokryte popiołem w tak szybkim czasie, że nie uległy spaleniu, w ciągu ułamków sekundy woda i tłuszcz wyparowały co spowodowało, że wiele obiektów zostało w taki właśnie tragiczny sposób zakonserwowanych. Mieszkańcy Herkulanum, którzy schronili się na plaży w porcie musieli słyszeć, a niektórzy nawet widzieć nadciągającą z prędkością 30 metrów na sekundę lawinę. Ci którzy byli na zewnątrz mieli okrutną choć bardzo szybką śmierć – lawina powaliła ich na ziemię łamiąc ręce, nogi, żebra, temperatura spowodowała, że w ciągu sekundy ich ubrania i ciała zostały unicestwione, często pozostawiając mocno sczerniałe szkielety, popękane kości i czaszki rozerwane przez eksplodujący gotujący się mózg. Nawet ci którzy schronili się w zabudowaniach portowych nie mieli szansy przy temperaturze powietrza około 300˚C, wszystko to stało się tak szybko, że naukowcy uważają, że nikt nie żył na tyle długo, aby nawet westchnąć.

Tymczasem w Pompejach nadal trwała walka o przetrwanie, ludzie gromadzili swój dobytek w bezpiecznych miejscach we wnętrzu domostw. Gdy o świcie, choć mieszkańcy miasta nie byli tego w stanie zobaczyć, chmura materiału wulkanicznego wypluwana przez górę wydawała się mniejsza i część mieszkańców odważyła się i zdołała wyjść na ulicę nadciągnęła ostateczna zagłada. W kierunku miasta podążyły lawiny gorącego pyłu i materiałów wulkanicznych w odstępie około półtoragodzinnym. Nie wszystkie dotarły do miasta np. trzecia została zatrzymana przez mury miejskie, ale nic nie było w stanie powstrzymać czwartej, choć nie tak gorąca jak ta z Herkulanum, bo temperatura tylko 250-300 ˚C,  to jednak niosła ona ze sobą śmierć, utrwalając ciała przysypane popiołem. Powietrze nie było na tyle gorące, aby zwęglić wszystko, dlatego tu mamy te słynne pustki z których wykonuje się odlewy. Pompeje zostały pokryte 4-5 metrami materiału wulkanicznego, a Herkulanum natomiast spoczęło pod znacznie grubszą warstwą do 23 metrów grubości. W średniowieczu wydobywano kolumny z Herkulanum, w XVIII wieku eksplorowano to miasto kopiąc tunele, XIX wiek to prawdziwy renesans obu miast, zwłaszcza w jego drugiej połowie, sensacja za sensacją i zapoczątkowanie wykonywania słynnych odlewów wprowadza oba miasta w świadomość szerokiej opinii publicznej. Po latach prac wykopaliskowych nadal jedna trzecia Pompeii i dwie trzecie Herculaneum pozostaje do odkrycia i kto wie jakie niespodzianki na nas czekają.

W trakcie wystawy spotkamy mieszkańców, którzy tak zginęli, poznamy ich życie,  spojrzymy na meble, ozdoby, jedzenie, na świat który ich otaczał. Będziemy chodzić po ulicach i wstąpimy do domu typowego Rzymianina, dla tych, którzy nie mogą pojechać do Włoch, jest to niesamowita szansa na poznanie historii tych miast, dla innych jest to być może zachęta i wstęp do wyjazdu i przejścia się po najsłynniejszych archeologicznych ulicach starego świata.

Film na początku wystawy nie tylko wyjaśnia  nam jak oba miasta i okolice zostały zniszczone, pokazuje nam także życie normalnych mieszkańców tych terenów, porównuje teraźniejszość i przeszłość, i nasze życie codzienne jest tak podobne, choć dzielą nas stulecia i tony popiołów. Mamy też szansę zobaczyć na małym ekranie rekonstrukcję tzw. Domu Tragicznego Poety, a plan tego domostwa stał się podstawą do zorganizowania tej wystawy. Najpierw jednak czeka nas zapoznanie się z ulicą rzymską i otrzymujemy tu podstawowe informacje o społeczeństwie zamieszkującym oba miasta.

Stajemy twarzą w twarz z kobietą o rudawych włosach - Eumachią, której posąg zdobił Forum w Pompejach. Ta oto kobieta była fundatorką budynku, miała majątek i była kapłanką Venus - opiekunki Pompeii, na jej wysoką pozycję wskazują buty i welon na głowie . Kobiety nie brały czynnego udziału w życiu publicznym, nie miały prawa głosu, nie mogły zajmować urzędów, ale mogły mieć majątek i przez to mieć wpływy. Mieszkańcy miasta to tubylcy posługujący się m.in. językiem oskijskim ludności Samnickiej, która zamieszkiwała te tereny przed powstaniem Imperium, niewolnicy ze wszystkich zakątków cesarstwa (Hiszpanii, Afryki północnej, Bliskiego Wschodu, Bałkanów), wyzwoleńcy i ich potomkowie (dzieci byłych niewolników były obywatelami), natomiast wolni obywatele byli mniejszością w Pompejach. Ulice tętniły życiem, na ścianach zachowały się slogany polityczne i wyborcze – namawiające aby głosować np. na Sameliusa, Luciusza Albuciusza etc. Sąsiedzi kłócili sią o mur - i tak mamy marmurowy kamień graniczny między posesjami Marcusa Noniusa Damy a Julii, trzeba dodać że Marcus był wyzwoleńcem. Na murach Herkulanum mamy listę obywateli miasta i tu wkracza też wpis na innej drewnianej tabliczce – Lucius Venidius Ennychus - wyzwoleniec, którego żona Livia Acte powiła córkę. Gdy dziewczynka ukończyła rok, według obowiązującego prawa jej ojcu przyznano obywatelstwo Herkulanum i cesarstwa – dlatego jego imię zostało uwiecznione na murach miasta.

płaskorzeźba Satyr i maenads

Oczywiście nie można było przewieźć ulic z Włoch, więc pokazano fotografie, na nich znajomy widok słupków zastawiających drogę aby nie pchały się na daną uliczkę pojazdy, krawężniki, „chodniki” były wyższe, aby nie stąpać po wodzie i brudzie, a do przekraczanie ulicy były specjalne stopnie po których można sobie było przejść bez wdepnięcia w niespodzianki na drodze, a na rogach ulic fontanny dostarczające wody.

Kiedy chodzimy sobie po tej części ekspozycji w tle mamy dźwięki ulicy, szczeka pies, słychać śmiejące się dzieci, dźwięki z jakiegoś warsztatu -  dodaje to atmosfery, przybliża nam mieszkańców obu miast.

Następną cechą charakterystyczną były sklepiki, czy warsztaty przy każdym niemal domu, stanowiły one część domostwa. W tej część wystawy mamy w gablotach bardzo dużo zabytków ukazujących właśnie życie codzienne, elementy takiego życia np.: butelki w których przechowywano słynny i uwielbiany przez rzymian sos rybny „garum”, a były to sfermentowane głowy, ogony, wnętrzności rybek – podobno to przysmak, ale mnie te składniki jakoś nie przekonują; lampy i formy do wyrabiania lamp, szklane butelki itp., odważniki do wag, naczynia oraz zwęglona żywność (daktyle, groch, ziarna zbóż, dębianka, figi itp.)

Żadne miasto nie obejdzie się bez porządnej tawerny i tych nie brakowało w obu miastach, to były miejsca gdzie przychodzono aby zjeść posiłek, napić się i rozerwać (gry hazardowe), a niektóre miejsca miały specyficzną reputacje (słynęły z rozpusty). Mamy tu fresk sumujący świat tawerny - oto dwoje ludzi spędza czas przy napitku jakimś prowadząc rozmowę o życiu, potem jak to po paru „głębszych” woła się o jeszcze od przechodzącej barmanki. Gry hazardowe (kości) to dodatkowa rozrywka, ostatni fresk to dwóch klientów wrogo nastawionych do siebie i właściciel tawerny mówiący im, żeby swoje problemy zabrali ze sobą na zewnątrz. Nic dodać, nic ująć.

I znów tak się rozpisałam, że muszę ten wpis podzielic. 

CDN...

a tu jest część druga wpisu o Pompejach i Herculanum 

poniedziałek, 20 maja 2013

 

Jest to prawdziwa gratka dla każdego archeologa i nie tylko, zwłaszcza, że trzeba było na nią czekać aż 40 tysięcy lat. Jeżeli myślimy o sztuce epoki kamienia to od razu mamy na myśli malowidła naskalne, ale to nie wszystko co może nas zachwycić z tamtego okresu. Człowiek górnego paleolitu zostawił po sobie także zabytki ruchome i to one są głównym elementem tej wystawy, jednak trudno by było przywieźć tu całe jaskinie ;)

 

Zanim jeszcze wejdziemy na wystawę napotykamy kopie figur bizonów wykonanych w glinie z jaskini Tuc d’Audoubert, a co jest jeszcze ciekawsze, w odległości 20 metrów od tych rzeźb znaleziono około 200 odcisków pięt, sugerujących aktywność -być może taneczną. Polecam wpisy „ The Mind in the Cave część 1 i część 2” będące recenzją i trochę streszczeniem książki Davida Lewis-Williamsa o sztuce górnego paleolitu - jest to dobry wstęp do tej wystawy. Dla tych którym się nie chce czytać tych długich wpisów krótki rys o co chodzi. Otóż, upraszczając, około 45 tysięcy lat temu do Europy zawitali ludzie współcześni (Homo Sapiens, Cro-Magnon) i przynieśli ze sobą nowe technologie obróbki kamienia oraz innych materiałów, nowe zwyczaje i nowoczesny umysł z możliwościami innego patrzenia na świat i odbierania rzeczywistości, niż zamieszkujący do tego momentu Europę Neandertalczyk. Rezultaty tego można obejrzeć na ścianach jaskiń Altamira, Chauvet czy Lascaux oraz na tej wystawie w Muzeum Brytyjskim w Londynie.

Venus de Lespugue,Collection d'anthropologie du Museum national d'Histoire naturelle 

Wystawę otwiera jednak nie najstarszy zabytek, ale figurka ( dama o nobliwym wieku 23 tysięcy lat) znaleziona w jaskini des Rideaus w pobliżu Lespugue, przedstawiająca kobietę o wyjątkowo obfitych kształtach, która tak zafascynowała Pablo Picassa, że posiadał on parę kopi tego zabytku w swojej pracowni. Figurka ta, została wykonana z kła mamuta, biodra, pośladki, brzuch i piersi są wyolbrzymione, na głowie liniami zostały zaznaczone włosy spływające na ramiona.  Takie wprowadzenie wydaje się nam narzucać specyficzne spojrzenie na zabytki pokazane na tej wystawie i traktowanie ich jak sztukę, stąd na ścianach pojawiają się dzieła artystów współczesnych dla porównania – tyle, że muszę przyznać niewielu się im przygląda, tak wszyscy są zafascynowani tymi prehistorycznymi cudami w gablotach. Takie ujęcie i zatytułowanie wystawy „Ice Age art the arrival of the modern mind” (Sztuka epoki lodowcowej nadejście współczesnego umysłu)  ma większe szanse na przyciągnięcie publiczności. A był na niej tłok i zaleca się kupowanie biletów z wyprzedzeniem, okazała się tak popularna że przedłużoną ją o tydzień i będzie trwać do 2 czerwca.

Jednym z najstarszych zabytków jest figurka Lion Man (człowiek Lew) i jest to jedyna kopia na tej wystawie, oryginał jest bowiem poddawany konserwacji po tym, jak znaleziono kolejne część. Pierwsze fragmenty tej figurki ( około 200)  zostały znalezione w 1939 roku w jaskini Stadel w poł-zach Niemczech, ale z powodu wojny zajęto się nimi dopiero po 30latach i wtedy po złożeniu okazało się, że przedstawia ona człowiekowatą istotę z głową Lwa. Jest ona ważna, ponieważ przedstawia efekt wyobraźni , a nie coś do naprawdę istnieje w świecie materialnym. Jest to także jeden z najstarszych zabytków i ma około 40 tysięcy lat. Detale na figurce są niesamowite, mamy uszy, oczka i palce oraz nacięcia na ciele. Człowiek który wykonał tę figurkę znał się na rzeczy, użyty został kieł młodego mamuta, tak ją rozplanował, że nogi wypadły w tej części kła gdzie występuje naturalna pustka „pulp cavity” . Jest tu video i można zobaczyć jak prawdopodobnie taka figurka została wykonana, a potrzeba było do tego około 400 godzin. Figurki takie mogą reprezentować proces przejścia ze świata materialnego do duchowego, zmiany z człowieka w opiekuńcze zwierzę, albo ukazywać przewodnika po tamtym świecie.

Na wystawie tej można zobaczyć wiele interesujących zabytków. I tak w jednej z gablot prezentowane są  najstarsze flety z jaskini Geissenklosterle, wykonane z koście ptaków i kłów mamuta, a także jeden z większych fletów (prawie 22 cm)  wykonany z długiej koście drapieżnika Griffona (sępa płowego) znalezionego w jaskini Hohle Fels. Muzyka musiała stanowić ważny element życia społecznego, zwłaszcza, że w wielu jaskiniach umiejscowienia malowideł to miejsce o dobrej akustyce i z występowaniem efektu echa.  Obok w gablotach są najstarsze figurki zwierzęce, koń datowany na 35 tysięcy lat, z wdzięcznie wygiętą szyją, głowa lwa jaskiniowego z otwartym pyszczkiem - wydaje się on uśmiechać, śnieżny leopard i inne, a wiele z nich ma wygrawerowane krzyżyki, linie i inne szlaczki geometryczne na ciele, takie szlaczki o których wspomina w swojej książce David Lewis-Williams.

gliniana figurka kobieca Dolni Vestonice 

W oddzielnej gablotce mamy słynną ceramiczną figurkę (jest to najstarsza znana ceramika) z Dolni Vestonice na Morawach. Została ona datowana na 31-27 tysięcy lat, a wykonano ją z materiału lokalnego „silty loam” (mieszanki piasku, mułu i gliny), a następnie pozostawiono do wyschnięcia i wypalono w niskiej temperaturze, czarny kolor figurki to efekt wypalenia w warunkach ograniczonego dostępu tlenu. Na czubki głowy figurka ma cztery wgłębienia, których przeznaczenie jest dla nas tajemnicą, może były tam włosy, paciorki itp.? Głowa jest duża, nie ma ukazanych elementów twarzy poza nacięciami, które mogą być oczami, a niektórzy naukowcy porównują je do wizjerów w hełmie. Wyodrębniona smukła szyja, obojczyki i ramiona opadające wzdłuż ciała. Tu figurka nabiera gruszkowatego kształtu kobiety szczodrze obdarzonej przez naturę. Duże piersi zwisają nad pulchnym brzuszkiem z zaznaczonym pępuszkiem. Pod biodrami przebiega linia, nogi są oddzielone wgłębieniem, a z tyłu na plecach zaznaczony mamy kręgosłup i nacięcia boczne sugerujące wałeczki tłuszczowe. Nie była to jedyna figurka z tego miejsca, znaleziono więcej fragmentów, ale ta jest najlepiej zachowana i jest swego rodzaju ikoną tego stanowiska.

portret Dolni Vestonice

Mamy tu też pokazaną maskę - 4cm kawałek kości mamuta z nacięciami reprezentującymi oczy, usta. Największa niespodzianka to „portret kobiety” wykonany z kości mamuta, określany jako Mona Lisa z Dolni Vestonice. Twarz ma owalny kształt, wyodrębniona jest linia włosów lub jakieś nakrycie głowy albo fryzura z włosami upiętymi w czubku głowy, uszy są zakryte. Mamy nos i usta z wyodrębnioną dolną wargą oraz bródką. Najciekawsze są jednak oczy – jedno jest wyraźnie otwarte, a drugie jakby zdeformowane. Co jest wyjątkowo ciekawe znaleziono na tym stanowisku pochówek kobiety ze zdeformowaną lewą stroną twarzy. Zbieg okoliczności?

Co uderza w czasie oglądania tej wystawy to to, że wiele kobiecych figurek było nagich, a warunki klimatyczne raczej nie zachęcały do biegania bez ubrania.

Kolejne gabloty to figurki kobiece z terenów Europy Wschodniej i Syberii, ze stanowisk Kostienki, Zaraysk, Eliseevitchi i Mal’ta.

Kostienki 

Stanowisko Kostienki to w zasadzie zbiorowisko obozowisk wielokrotnego użytku w dolinie Donu, które było okupowane przez ludność łowców i zbieraczy 26-22 tysięcy lat temu. Co jest dodatkowo interesujące, figurki te przedstawiają kobiety w różnych fazach stanu błogosławionego. Jeden fragment figurki kobiety w zaawansowanej ciąży został znaleziony w jamie odpadkowej , leżała ona na plecach i z czasem została pokryta paleolitycznymi śmieciami – połamanymi kośćmi, popiołem z paleniska. Rzeźbę ta wykonano z wapienia i zniszczono rozmyślnie używając innego kamienia, w taki sposób odłupano nogi w okolicach kolan, a obie strony tułowia noszą ślady licznych uderzeń w celu dalszego niszczenia. To co nam zostało to brzuch w daleko zaawansowanej ciąży, z wystającym pępkiem, fragmenty rąk –otwartych, spoczywających na brzuchu, a nawet bransoletka na jednym z nadgarstków i jakiś podobny do niej pas lub coś w tym rodzaju. Pytania jakie nam się nasuwają to: dlaczego ona została zniszczona? Czy zniszczyła ją ta sama osoba co wykonała? Czy miało to znaczenie rytualne -  np. czy zniszczenie figurki miało odczynić i zapewnić ciężarnej szczęśliwe rozwiązanie? Czy zniszczono ją po porodzie, może nawet śmiertelnym dla matki lub dziecka, a może nawet obu? Czy może po prostu odbiorca w taki sposób skrytykował wykonawcę? ;) Nie była to jedyna figurka z tego stanowiska nosząca ślady umyślnego unicestwiania. Niektóre figurki udało się zrekonstruować i tak mamy kolejną kobietę w ciąży z pochyloną głową, z bogatą fryzurą zaznaczoną nacięciami, włosy otaczają twarz i zakrywają uszy, ale brak jest oczu itd. , na rękach mamy bransolety, jakieś pasy na plecach i szyi oraz piersiach. Poza w jakiej większość tych figurek jest ukazana, to poza w jakiej dziś też często portretowane są kobiety w ciąży. Tu nie wiele się zmieniło. Na tym stanowisku mamy także figurki przedstawiające poród, kobiety z ugiętymi kolanami, klęczące itp… Biorąc pod uwagę że macierzyństwo, poród itp. to świat niedostępny dla mężczyzn pojawiła się opinia, że były te figurki wykonywane przez kobiety dla kobiet -  bo to były babskie sprawy. Często na figurkach były detale takie jak biżuteria, uczesanie włosów czy części garderoby, ale nie było twarzy – dlaczego?

figurki ze stanowiska Kostienki

Zabytki ze stanowiska Mal’ta w okolicach Irkucka są specyficzne, wydają się reprezentować inny styl, swojego rodzaju regionalizm. Figurki są smukłe, mamy detale twarzy, włosy z grzywką i falowane kosmyki spływające na ramiona, nacięcia na ciele interpretowane są jako odzież futrzana . Brak jest wizerunków kobiet ciężarnych czy otyłych, nie ma wyolbrzymionych piersi, a płeć jest wykazywana trójkątem czy znaczkiem V, a część nie ma takiego oznaczenia. Co jest dodatkowo ciekawe, to mają one otworki w dolnych częściach sugerujące, że były one noszone do góry nogami, co umożliwiało noszącemu patrzenie na figurkę w normalny sposób trzymając ją w ręce. Patrzyłam w gablotę oczarowana, starając się zrozumieć odległy mi świat kobiety z epoki lodowcowej.

Chodząc po wystawie, przyglądając się różnym gablotom podziwiałam różnorodność a także podobieństwa w czasie i przestrzeni. O wiele mniej jest wizerunków męskich, no cóż, może oni właśnie biegali za reniferami czy mamutami, a kobiety sobie siedziały w kółkach gospodyń lodowcowych i plotkowały tworząc nowe figurki. Jednym z bardziej intrygujących zabytków jest figurka z Brna, znaleziona ona została razem ze szkieletem ludzkim, ułożonym między kośćmi mamuta i nosorożca włochatego, a datowano ją na 23 tysiące lat. Przy głowie znaleziono w trzech częściach posążek z kła mamuta pierwotnie o wysokości 23 cm. Jest tu wyraźnie wyodrębniona głowa z brwiami nad oczodołami, nos i długa bródka, nacięcia na głowie mogą reprezentować włosy. Lewa część jest trochę zniszczona, ale na prawej widać wyraźnie sutek, pępek i przyrodzenie. Co jest najciekawsze, to na kadłubie są otwory sugerujące że ręce i nogi były tak dołączone, aby można nimi poruszać. Dlatego na wystawie i w katalogu użyto słów „doll and puppet”  (lalka teatralna) w opisie tego zabytku -  no cóż może jakaś lodowa pani nieźle nim kręciła, albo był to pierwszy lalkarz, co opowiadał przy prehistorycznych ogniskach historyjki mrożące krew w żyłach.

puppet man, an articulated figure made of mammoth ivory

Oczywiście jak przystało na łowców-zbieraczy w gablotach pełno było figurek zwierzęcych, niektóre tylko we fragmentach, ale co nas zachwyciło to niesamowita precyzja i finezja w oddaniu wyglądu i charakteru danego gatunku. Zabytkiem nad którym zatrzymałam się znów na dłuższą chwilę był bizon ze stanowiska Zaraysk, stałam i nie mogłam od niego oderwać oczu, jakby na mnie ktoś rzucił urok, poszłam dalej i znów wróciłam. Trzeba dodać, że wyeksponowano go bardzo dobrze, w odrębnej gablocie z bardzo delikatnym oświetleniem małą żaróweczką jakby małym płomykiem. Twórca doskonale uchwycił zwierzaka w ruchu, mimo braku przedniej nogi, bizon wydaje się podążać ku nam, wolnym leniwym krokiem. Kontekst w jakim ta figurka została znaleziona jest bardzo ciekawy, stanowisko Zaraysk podobnie jak Kostienki to chaty z kości mamucich i pełno jam odpadkowych. Figurkę znaleziono na platformie na dnie dzwonowatej w kształcie jamy, nogi po lewej stronie zostały specjalnie odłamane ( choć może to był przypadek), zniszczenie nastąpiło przed złożeniem do jamy, bo nie było w niej brakujących fragmentów. Dlaczego taką piękną figurkę, której wykonanie to godziny kunsztownej pracy zniszczono i zakopano, a może uszkodzenie było przypadkowe i dlatego taki niby pochówek. Artysta doskonale znał zwierzę jakie rzeźbił i wykorzystał kształt kła mamuta aby oddać doskonale proporcje i kształt samicy bizona, trudnym elementem była separacja nóg zwierzęcia – to była prawdziwa sztuka. Głowa jest lekko przechylona w bok co nadaje figurce wrażenie ruchu, lekko otwarty pyszczek, wyodrębnione nozdrza, małe oczy z nacięciami jako powieki, a nad tym między rogami grzywka. Mamy rogi a za nimi uszy, też z nacięciami reprezentującymi sierść. Nacięcia zresztą występują na całym ciele, i oddana jest także gęstość, mniej linii tam gdzie sierść jest rzadsza, a na samym końcu malutki ogonek. Noga jest też bardzo anatomiczna z mięśniami, pęciną, kolano jest doskonale wyodrębnione, chociaż kopyto nie zostało podzielone na dwie części. Figurka została wypolerowana ochrą i w niektórych miejscach ma kolor czerwony. To naprawdę śliczny przedmiot i ma w sobie coś magicznego. W tym samym mniej więcej czasie powstawały malowidła na ścianach Altamiry, Lascaux czy Niaux.

Bizon Zaraysk

Dużo miejsca zajmują mamuty, małe i duże, kształty ich ciał są bardzo charakterystyczne. Można odróżnić  młode mamuciątko od dorosłego osobnika. Wykonane one były zarówno z kości, kłów mamucich, kamienia np.: marglu, piaskowca oraz ceramiki. To właśnie gliniana figurka mamuta była znaleziskiem które zapoczątkowało wykopaliska na stanowisku Dolni Vestonice w latach 20-tych ubiegłego wieku.  Na stanowiskach Kostienki I i II znaleziono w sumie do tej pory ponad 50 figurek mamucich. Inne zwierzaki to niedźwiedź jaskiniowy, o wyraźnie wyodrębnionym wysokim stromo nachylonym czole; koty (lwy)  z precyzyjnie zaznaczonymi detalami pyszczka – uczy, oczy, nozdrza; renifery z charakterystycznym długim pyszczkiem; rosomaki nieśmiałe choć niebezpieczne drapieżniki . Niedaleko Dolni Vestonici na stanowisku Pavlov znaleziono kolejny przedmiot zachwycający kunsztem wykonania i znajomością zachowania się dzikich zwierząt. Wśród kości, obok czaszki lwa na krawędzi domostwa prawdopodobnie przypominającego „namiot” 2 metry od paleniska znaleziono tego skradająco – skaczącego lwa, wykonanego z zewnętrznej płytki kła mamuta. Powierzchnia została wypolerowana i mamy zaznaczone oczy i pyszczek, obie pary łap wysunięte są do przodu, a ogon wyciągnięty do tyłu, obok jest fotka lwa atakującego bawoła i podobieństwo jest niesamowite. W muzeum w Brnie ten zabytek jest podwieszony, pokazując jakby to mogło wyglądać, gdy światło powodowało, że rzucał on cień na ścianę namiotu, a gdzieś obok obozowiska zaryczał by sobie taki lew, ciarki pewnie nie jednemu mieszkańcowi przechodziły wtedy po plecach.

Stanowisko Dolni Vestonice dostarczyło bardzo dużo figurek zwierzęcych znalezionych we fragmentach - około 6 tysięcy kawałków. Jednym z takich fragmentów była główka nosorożca – archeolodzy długo się zastanawiali dlaczego, może jednym z powodów był jakość materiału z jakiego one były wyrabiane. Okazało się że „glina” z Dolni Vestonice była doskonała, nadawała się do wyrobu ceramicznych figurek bardzo dobrze. Była plastyczna, łatwo się formowała z dodatkiem wody jednak, aby dobrze się wypaliła trzeba było figurki najpierw wysuszyć. Podczas wyrobu tworzyły się w glinie małe miejsca wypełnione wodą, gdy wkładano wyrób do gorącego wypalania, woda zamieniała sią w parę i szukała sposobu aby wydostać się i wtedy taka figurka ulegała zniszczeniu w dość spektakularny sposób – po prostu wybuchała. Oczywiście mogło to być wynikiem braku doświadczenia wypalającego, ale niektórzy badacze (Soffer i Vandiver) twierdzą, że było to intencjonalne, chodziło o efekt pirotechniczny - magia czy rozrywka? Jedna z tajemnic zaklętych na wieki w tych fragmentach, a my niestety możemy snuć tylko domysły.

Dużo na wystawie było przedmiotów i ozdób używanych w życiu codziennym, do dekoracji ubrań, włosów, oraz nieznanego mam bliżej przeznaczenia ,w tym wiele kościanych przedmiotów (szpatułki) z szeregiem linii, zygzaków i kropek. Ile cierpliwości i dokładności trzeba było włożyć w wyprodukowanie tysięcy paciorków i wisiorków o różnych kształtach: łezki, tuby, krążki, dyski, itp. wykonanych z kłów mamucich, zębów itp. - ich różne kształty oraz pracochłonne techniki wzbudziły nasze uznanie.  Szczególnie zachwyciły mnie dwa lecące łabędzie oraz kaczka.

 ptak

I tak przez tysiąclecia żyli sobie nasi przodkowie i polowali, budowali chatki oraz produkowali przedmioty i wykonywali ich coraz więcej aż około 22-12 tysięcy lat temu nastąpił wysyp twórczości, znajdujemy tyle zabytków i są one tak różnorodne, że okres ten został nazwany renesansem. W tej części wystawy są przedmioty które pobudzają naszą wyobraźnię, wprawiają nas ponownie w zachwyt nad zdolnościami manualnymi i obserwowaniem otacząjącego człowieka świata. Pojawiają się rysunki a także ryciny na rogach, kościach i kamieniu.

two does, renifery,

Materiał jest przygotowywany przed podjęciem prac artystycznych, kości są dzielone, gładzone, czyszczone itp. I tak efekty takiej pracy były urocze że trudno się było dopchać do gabloty z jelonkami z jaskini Le Chaffaud z Francji datowanymi na 14-12 tysięcy lat. Użyto kości kończyn przedniej renifera, została ona ogładzona ale niestety jej prawa strona została zniszczona w czasach prehistorycznych. Oba zwierzęta to samice i niestety trudno jest ustalić jaki to gatunek, może to być jeleń szlachetny, lub renifer wczesnym latem po zrzuceniu rogów i przed wyrośnięciem nowych, być może wyjaśnienie znajdowało się na ułamanej części zabytku. Co jest tu zaskakujące jest to scenka rodzajowa i mamy iluzję przestrzeni i perspektywę. Zwierzę z przodu wydaje się lekko zwracać głowę w naszym kierunku, natomiast nos drugiego zwierzęcia jest tak umieszczony że wydaje się ono być nie bezpośrednio z tyłu ale trochę z boku poprzedniego i bliżej oglądającego. Mocne, zdecydowane linie oddają kształt ciała, a delikatniejsze podkreślają detale jak oczy, nozdrza, pyszczek, uszy, sierść itp. oraz dwie linie, które w podobnej formie pojawiają się na innych rysunkach, a także malowidłach naskalnych. Nie widzimy kopytek bo wydają się one stać w wodzie, może są u wodopoju lub szykują się do przejścia przez strumyk. Nie jest to jedyny taki rysunek – rycina na kości, w jaskini La Madeleine przedstawia samca renifera z charakterystycznej kępce sierści pod szyją, ale bez rogów czyli przedstawia scenę z wczesnej wiosny. Ten osobnik został narysowany na tle innego znów część kości została zniszczona i ten prosty zabieg nadaje efekt przestrzenny całej kompozycji. Mamy oko, nos i pysk oraz sierść i znów dwie krótkie linie na jego ciele nad przednimi nogami, wskazówka dla myśliwego?

jaskinia Madeleine

Kolejne gabloty to „perforated batons” – miotacze oszczepów wykonane z kości, zdobione i często nazywane buławami. Jest tu małe wideo jednego z archeologów, który prezentując w telewizji kiedyś tam podobne zabytki przyznała się, że mają różne teorie co to jest ale w gruncie rzeczy nie są pewni. Wtedy zgłosił się do telewizji widz i opowiedział historyjkę z dzieciństw gdy to jego dziadek czy ojciec zrobili mu takie coś podobne do polowania na zające. Archeolodzy postanowili to wypróbować i okazało się, że oszczepy wyrzucane w taki sposób mocno się wbijały w bale siana, choć na pierwszy rzut oka nie wyglądało to groźnie – co dopiero gdy to znalazło się w rękach doświadczonego paleolitycznego myśliwego, każdy zając na pewno zwiewał w podskokach. Wykonywano je z mocnego materiału rogi i kość mamucia, i choń były to narzędzia do polowania niektóre zostały pięknie ozdobione, czasem tylko liniami i szlaczkami, a niektóre miały wizerunki zwierzęce. 

perforated batons

Na początku wpisu stwierdziłam że nie dało by się przywieść jaskiń na tę wystawę więc dokonano tu małej iluzji w postaci tzw. instalacji artystycznej i tak przechodzi się na ostatnią część wystawy przez małe pomieszczenie w którym migają nam na ścianach obrazki z jaskiń. I tylko się człowiek rozochocił i chciałby je teraz w naturze sobie zobaczyć.

pływające renifery

Ostatni już zabytek nad którym się pozachwycam to tzw. „swimming reindeer” pływające renifery z Montastruck. Wykonany z końca kła mamuciego przedstawia dwa renifery samicę i samca. Większy samiec płynie za samiczką, opierając pyszczek na jej zadku, oba zwierzaki mają rogi – dlatego zaobserwowana scena miała się dziać w miesiącach listopad – grudzień. Mamy nie tylko wyodrębnione oczy, rogi, uszy pyszczki ale także grubość futerka i to ono również wskazuje na zimową porę. Przedmiot ten został znaleziony w dwóch kawałkach w 1864 roku ale nie ma żadnych informacji o kontekście i zabytkach z jakimi one zostały znalezione -  a szkoda. Przypuszcza się że tylne nogi były złączone i mógł to być dość pokaźny wisior – prawie 21 cm.

Wyszłam z tej wystawy zadowolona, widziałam wiele przedmiotów o których czytałam, obejrzałam je sobie teraz na własne oczy i gorąco was zachęcam na te wyprawę w krainę lodowcowych łowców i zbieraczy, przez cały czas wystawy słychać kapiącą wodę jakby się było w jaskini lub są to te roztapiające się lodowce . Figurki, rysunki, malowidła i inne zabytki przeczą opiniom i sądom o prymitywizmie naszych przodków. To byli sprytni i zdolni ludzie, doskonale obserwowali otoczenie, potrafili przenieść to co widzą na ściany jaskiń, obrobić surowce, aby wytworzyć te przedmioty. Choć niektórzy krytycy oburzali się na użycie w tytule wystawy słowa sztuka, porównując te przedmioty to wykonanych przez współczesnych rybaków - a te nie mają nic wspólnego ze sztuką, bo sztuka to jest to co Saatchi wystawia w swojej galerii. Tłumy zwiedzających wystawiają dobitną recenzję tym recenzentom, a zainteresowanie jest tak duże, że przedłużono jej trwanie do 2 czerwca.

kobieca figurka stanowisko Grimaldi

Zachęcam do wizyty w Muzeum Brytyjskim i zalecam kupno biletów przez Internet lub telefon ( uwaga są dodatkowe opłaty 1 i 2 funty za przeprowadzenie transakcji)

Ceny biletów – są one na określoną godzinę wejścia , na wystawie można zostać jeśli się chce aż do zamknięcia.

Dorośli i emeryci  – £10

Studenci, niepełnosprawni, bezrobotni (trzeba mieć papierek to potwierdzający)  - £8

Grupy (minimum 8 osób) tylko rezerwowane z wyprzedzeniem przez telefon od Poniedziałku do Piątku – £8.50

Posiadacze Karty National Art Pass - £5

Posiadacze karty Stałego Zwiedzającego – Members – za darmo, ale ta karta kosztuje £50,  a dla osoby poniżej 26 lat £35.

Godziny otwarcia:

Codziennie od 10 rano do 17:30 ostatnie wejście 70 minut przed zamknięciem ( na wystawie spędzi się co najmniej parę godzin)

Wydłużone godziny otwarcia: 25 i 26 maja od 9 rano , podobnie 1 i 2 czerwca od 9 rano, a w piątek 31 Maja do godziny 22.  

Dojazd: Najbliższe stacje metra : Tottenham Court Road ( linia północna, centralna) Russell Square (linia piccadilly) Holborn ( linia centralna i piccadilly); dworce kolejowe Euston, Kings Cross i St Pancras.

Blog został zilustrowany materiałami press association.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Jest to ciąg dalszy wpisu o książce Davida Lewis-Williamsa "The Mind in the Cave".

W ten sposób dochodzimy do rozdziału 4. - „The Matter of the Mind”, w którym autor w końcu dobiera się do sedna sprawy. czyli do umysłu. Na początku tego rozdziału jeszcze raz podkreśla, że zachowania typowe dla Homo Sapiens ukształtowały się poza Europą i to specyfika środowiska spowodowała, iż wydaje się nam, że nastąpiła tu jakaś przełomowa eksplozja twórcza. Po raz kolejny też skupia się na metodologii, przedstawiając dwa różne podejścia do interpretacji faktów i wyciągania wniosków. Jedną z nich nazywa łańcuchową - gdzie idziemy po ogniwach łańcucha i mamy problem, gdy nam czegoś brakuje lub ogniwo zostanie podważone. Druga, to metoda propagowana przez Alison Wylie, a nazwana „cabling” - najlepszym tłumaczeniem wydaje mi się być sznurek, który jest wykonany z wielu nici, z wielu elementów i nawet jeżeli jeden z tych elementów pęknie, lub go nie ma, to reszta utrzyma nas na drodze i doprowadzi to przysłowiowego kłębka. Podkreśla on, że wytłumaczenie zagadki sztuki górnego paleolitu leży nie tylko w jednej dziedzinie, potrzebne jest szerokie podejście do tego tematu i współpraca z innymi dyscyplinami naukowymi - o wpływie lingwistyki już była mowa w poprzednich rozdziałach.

W tym rozdziale wkraczamy w świat neurobiologii, neuropsychologii i wszystkiego neuro- związanego z pracą naszych szarych komórek. Jeszcze raz autor porusza zależność między mózgiem, umysłem a świadomością. Nie jest to takie proste, jak na pierwszy rzut oka nam się to wydaje. O mózgu wiemy dość dużo, możemy go pokroić, oznaczyć części odpowiedzialne z mowę, słuch, ruch itd. Jednak, mimo postępów medycyny, nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, jak on pracuje bez użycia metafor porównując go do komputera czy scyzoryka.

Jednym z ciekawszych porównań procesów zachodzących w mózgu – umyśle jest metafora „Katedry” Stevena Mithena. Wyróżnia on cztery podstawowe moduły: socjologiczną, technologiczną, przyrodniczą i lingwistyczną. Te moduły kryły się w kaplicach przy głównej nawie katedry, w której to funkcjonowała ogólna inteligencja. Jednak między nimi były mury i dlatego umysły ludzi z środkowego paleolitu nie były w stanie w pełni wykorzystać swoich możliwości. Potem nastąpiła neurologiczna demolka murów i runął stary świat, bowiem nastąpiła wymiana i przepływ informacji między poszczególnymi kaplicami.

Autor także zwaraca uwagę że zbytnio koncentrujemy się na inteligencji, a zapominamy o świadomości, czy nawet o podświadomości. Mamy tu też przegląd historyczny rozumienia co to jest świadomość, i próbę podziału świadomości i zrozumienia, co stoi za poszczególnymi pojęciami. Wkraczamy w świat snów, halucynacji, odmiennych stanów świadomości (altered state of consciousness), transu itp. – bardzo ciekawe. Przedstawione zostają nam etapy modelu neuropsychologicznego, który może wytłumaczyć nam zagadkę sztuki paleolitycznej. Autor podkreśla, że zanim wstąpimy na ten neurologiczny most łączący nas z człowiekiem górnego paleolitu, musimy przyjrzeć się obrazom jakie towarzyszą nam w stanach odmiennej świadomości. Identyfikuje się 3 etapy: pierwszy – lekki to motywy geometryczne jak: szlaczki, kropki, zygzaczki itp. Ponieważ jest to wpisane w nasz system nerwowy, każdy człowiek może tego doświadczyć. Ludzie którzy cierpią na migrenę mają takie doświadczenia wzbogacone dodatkowo czarną dziurą w środku obrazu, lub silnym światłem. Zostały one określone jako zjawiska entoptyczne  (entopic phenomena). Etap drugi to próba zrozumienia tych zjawisk entoptycznych poprzez nadanie im znajomych kształtów, a w trzecim etapie zastępują zmiany w obrazach i pojawiają się wirujące i wciągające tunele i tak oto zjawiska entoptyczne ustępują wizjom halucynogennym. Pojawia się światełko w tunelu. Ten etap jest bardzo silny i pełen emocjonalnych przeżyć.

Autor podkreśla, że jeżeli człowiek górnego paleolitu (Homo Sapiens) był fizycznie taki sam jak my, to powinniśmy przyjąć, że psychicznie odczuwał te same emocje, a jego mózg, pracując tak jak nasz, wystawiał go na takie same odczucia i wizje w odmiennych stanach świadomości. Sztuka górnego paleolity wydawałaby się próbą ogarnięcia i zrozumienia, tego co nasz umysł kreował. W tym rozdziale autor przytacza i wyjaśnia pojęcie „szamanizmu”, ale błędem by było twierdzenie ze jest to wyjaśnienie zagadki sztuki paleolitu. Otóż wydaje mi się że dla nas ludzi XXI wieku, przesiąkniętych cywilzacją, w dobie DNA, tabletów, telefonów komórkowych i podróży w kosmos użycie tego pojęcia przybliża nam trochę skomplikowany psychologiczno-emocjonalny świat naszych przodków. Nie jest to uproszczenie, ani trywializowanie, za tym pojęciem nie ma jednolitego zrozumienia świata, ale wielowątkowy, rozwarstwiony sposób patrzenia na świat i próbę zrozumienia rzeczywistości.

Rozdział 5 i 6 to są dwa przykłady etnograficzne - jeden z Afryki południowej opisujący zwyczaje ludu San, a drugi z Ameryki Północnej m.in. tradycje Szoszonów, ludności zamieszkującej tereny Kalifornii - góry Yokut. Te dwa rozdziały są niezwykle fascynujące, a światy w których te plemiona zamieszkiwały tak różne i tak podobne zarazem, że jest to w sam w sobie doskonały przykład, że nie można zaprezentować jedynego słusznego wytłumaczenia fenomenu sztuki naskalnej, a jedynie próbować zrozumieć procesy jaki przyczyniły się do jego stworzenia.

Kolejny rozdział „An Origin on Image-Making”  (początki tworzenia) ukazuje nam, że przepiękne malowidła to tylko część „artystycznej aktywności” człowieka górnego paleolitu, a niektóre z nich ,jako że nie są tak spektakularne, nie funkcjonują w masowej publicystyce. Jednak są one bardzo ważne, są bowiem uzupełnieniem rzeczywistości w jakiej żyli nasi przodkowie, a zwłaszcza relacji międzyludzkich, np.: znaki rąk na ścianach czy odciski pięt w jaskini Tuc d’Audoubert itp.

Znów wkraczamy na pole nauk neurologicznych i pytanie jak to się stało, że człowiek przenosi wizję ze swojego umysłu na świat materialny. Jakie znaczenie miały sny i możliwość ich zapamiętania i dyskusji na ten temat a powstanie sztuki? Rozpatrywane są też zabytki ruchome, ich znaczenie i przeznaczenie.

Następny rozdział to zabawa słowna „The Cave in the Mind” (jaskinia w umyśle) i zaczyna sią oczywiście historyjką spisaną przez Platona o Sokratesie i jego jaskini z więźniami i sposobie w jaki oni odbierają świat. Jeszcze raz powraca do modelu neuropsychologicznego i próbuje nałożyć go na człowieka górnego paleolitu, wskazując przykłady, gdzie to jest widoczne w sztuce. Podkreśla że wrażenia spirytualne zostały zmaterializowane w sztuce naskalnej i zabytkach ruchomych. Jeszcze ciekawsze są dwa następne rozdziały „Cave and Community” (jaskinia i społeczeństwo)  oraz „Cave and Conflict”  (jaskinia i konflikt). Przyglądamy się w nich relacjom między obrazami pojawiającymi się w umysłach ludzkich, a kształtami na ścianach jaskiń, oraz strukturze społecznej i jak to się ma do topografii jaskiń. Autor próbuje nam uświadomić, że nie były to proste malunki, ale efekt skomplikowanych procesów psychologiczno- społecznych, pojawia się tu pojęcie membrany – powierzchni, która jest swego rodzaju przejściem między światami materialnym a duchowym. Te dwie jaskinie są bardzo różne właśnie w tym socjologicznym kontekście. Autor odnosi się też do tematu konfliktu i obrazów z włóczniami, strzałami wystającymi z ciał – odnosząc się do analogii etnograficznych i wiedzy z neuropsychologii – wiele osób w stanie odmiennej świadomości mówi o uczuciu szczypania, przebijania, czucia się jak poduszeczka na szpilki itp. Przytacza informacje o procesie przejścia, inicjacji, śmierci i zejścia do dolnego świata i czy mają one związek z malowidłami przestawiającymi tzw. „wounded men”  (poranionego człowieka). Czy nasza interpretacja i doszukiwanie konfliktu nie jest tu narzucona naszym postrzeganiem świata i schematom jakie tkwią w naszej świadomości?

Książka ta przede wszystkim wyzwala nasz umysł z owej jaskini, pomaga nam wyjść poza granice poznania narzucone przez religię, konwenanse, schematy, a nawet trendy naukowe.  Co jest najciekawsze w tym podejściu do tego tematu nie jest to koniec, a jedynie początek w procesie zrozumienia, a nie tylko wyjaśnienia naszej przeszłości. Jest to możliwe poprzez rozszerzenie naszych horyzontów, bowiem oto na naszych oczach archeologia stała się nauką łączącą wiele dziedzin, i im szerzej patrzymy, tym mniejsza jest szansa, że coś przegapimy. Książka jest naprawdę super, nie wiem jak to się stało, że nie została jeszcze przetłumaczona na polski, nie jest ona tylko skierowana do archeologów i antropologów, zwykły śmiertelnik może się wiele z niej nauczyć. Jest to chyba najdłuższa recenzja – czy może raczej streszczenie jakie napisałam ale każde słowo wydawało mi się ważne, nie chciałam niczego przegapić, ale i tak nie wspomniałam o wielu rzeczach.

 

Zachęcam do tej niezwykle interesującej lektury.

 

sobota, 20 kwietnia 2013

Mind in the Cave

 



Książka ta wpadła mi w ręce dawno temu, gdy padała księgarnia Borders, ale postawiłam ją na półkę i czekałam na odpowiedni moment, aby ją przeczytać. No i nadeszła ta wiekopomna chwila, otóż w Muzeum Brytyjskim zagościła wystawa „Ice Age Art arrival of the modern mind„ na którą się wybieram i zdecydowałam, że najpierw poczytam sobie trochę, wejdę w temat i odświeżę swoją wiedzę. Książka ta zaczyna się cytatem z dzieła Karola Marksa, co mnie trochę zdziwiło, ale na zachodzie podchodzi się do tego myśliciela w inny, zdecydowanie mniej emocjonalny, a bardziej merytoryczny sposób.

„Umysł z jaskini” Davida Lewis-Williamsa, bo tak sobie ten tytuł przetłumaczyłam, to próba przedstawienia najbardziej intrygujących zagadnień z naszej historii: pojawienie się sztuki, pojawienie się współczesnego odbierania rzeczywistości, pojawienie się współczesnego człowieka. Jest to próba zrozumienia człowieka jaskiniowego, jego świata, a przede wszystkim jego umysłu, świadomości i fenomenu jakim były malowidła naskalne występujące w Europie Zachodniej, datowane na epokę górnego paleolitu.

Autor na początku przedstawia nam trzy scenariusze i nazywa je „Time Byte” : pierwszy to wydarzenie z odległej przeszłości, 13-14 tysięcy lat temu, gdy człowiek wszedł do jaskini Les Trois Freres (Francja) i z małą lampką przeciskał się przez wąskie przesmyki i długie tunele, aby w niewielkiej szczelinie jednej z komnat umieścić ząb niedźwiedzia jaskiniowego. Drugi „Time Byte” to jaskinia Niaux (Francja) i rok 1660; do jaskini, znanej w okolicy jako swego rodzaju atrakcja turystyczna, wchodzi grupka, w której znajduje się Ruben de la Vialle, udają się do komnaty znanej jako Salon Noir i na końcu umieszcza on swoje imię i datę, tylko metr od wspaniałego malowidła bizona. Jaskinia jest pokryta malowidłami, ale on i jego współtowarzysze wyprawy nie są nimi zainteresowani, nie mieli świadomości co oglądają. „Time Byte” trzeci to rok 1994 i jaskinia Chauvet (Francja) i tu trzej przyjaciele m.in. Jean-Marie Chauvet  wchodzą do niezbyt obiecującej jaskini i odkrywają bogate w malowidła miejsce, w którym jak później opisali czuli obecność artystów i duchów, odnieśli wrażenie się, że są tam intruzami. Te trzy punkty w czasie są szkieletem książki i autor będzie się to nich wielokrotnie odnosił.

Pytania jakie nasuwają się nam do głowy z pierwszej sceny to m.in. Dlaczego ten człowiek przed tysiącami lat podjął tak niebezpieczną wyprawę w głąb jaskini? Co czuł? Czy był to mężczyzna czy kobieta? Ile miał/a lat? Dlaczego wierzył/a, że należało umieścić ten niedźwiedzi ząb w szczelinie jaskini? Jak on/a odbierał/a malowidła na ścianach? Jakie miała dla niego/niej znaczenie ta wyprawa w głąb jaskini? Wydaje się być więcej pytań niż odpowiedzi. Autor podkreśla i to wielokrotnie, że jest to poszukiwanie esencji człowieczeństwa.  Nie chodzi tu o zaawansowanie technologiczne,  ale o duchowy rozwój, rozdziela pojęcie mózgu od umysłu, zadaje pytanie o związek tego organu z inteligencją i świadomością.

Bardzo interesujący jest rozdział pierwszy pt. „Discovering Human Antiquity”, w którym mamy doskonały przegląd historii badań nad przeszłością. Przybliża nam postacie ważne dla rozwoju archeologii oraz prądy naukowe, teorie i hipotezy próbujące rozwikłać tajemnicę malowideł naskalnych prehistorycznej Europy. Przeprowadza nas przez burzliwe lata, gdy Darwin i inni badacze podważyli chrześcijańskie spojrzenie na świat, ogłaszając teorię ewolucji. Te osiągnięcia otworzyły drzwi do badań nad prehistorią. Podział duńskiego badacza C. J. Thompsena na epokę kamienia, brązu i żelaza doczekał się powszechnego uznania i pojawiły się nowe pojęcia Paleolit i Neolit.

Wiele obiektów sztuki odkrytych na początku XIX czekało właśnie na rewolucję w sposobie myślenia, jaką wywołały nowe teorię i odkrycia. Kiedy w 1861 roku francuski archeolog Edouard Lartet opublikował wyniki swoich wykopalisk w jaskini Massat, załączając rysunki przedmiotów zdobionych artystycznie, wywołał tym prawdziwą burzę. Zaczęto się przyglądać innym zabytkom, pochodzeniu i prehistorii człowieka,  a zwłaszcza twierdzeniu o jego dzikiej i prymitywnej naturze.  Słynna jest wypowiedz jednej z Wiktoriańskich dam „ Miejmy nadzieje, że to nie jest prawda, a jeżeli to jest prawda, módlmy się, aby nie stała się wiedzą ogólnie dostępną”. Jeżeli takie emocje wzbudzały drobne, zdobione przedmioty, to jakim wstrząsem musiała być sztuka naskalna?!

Pierwsze odkrycie malowideł to ciekawa historia sama w sobie, otóż będąc pod wrażeniem zabytków ruchomych przedstawionych na wystawie w Paryżu w 1878 roku i rozmową z prehistorykiem E. Piette, właściciel ziemski Don Marcelino Sanz de Sautuola rozpoczął badania w jaskini na terenie swoich posiadłościach. Gdy on przeszukiwał ziemię w jaskini szukając kamiennych i kościanych artefaktów, jego 8-letnia córka Maria zadarła głowę do góry i odkryła piękne malowidło bizona, jej ojcu opadła szczęka, czegoś takiego się zdecydowanie nie spodziewał. De Sautoula opublikował wyniki swoich wykopalisk, opisując znaleziska oraz datując malowidła ze swojej jaskini na okres Paleolitu. Niestety bardzo szybko zainteresowanie tą jaskinią zgasło. Otóż przepiękne malowidła z Altamiry nie pasowały do opinii, że ludzie Paleolitu byli prymitywnymi myśliwymi, nie mogli oni więc stworzyć czegoś, co nosiło znamiona sztuki. Ogłoszono nawet, że było to oszustwo, oskarżając samego de Sautoulę. Uczeni nie byli w stanie przekroczyć barier w sposobie myślenia i zaakceptować tego odkrycia, nie byli w stanie wyjść poza granice wyznaczone przez religię i konwenanse.

Taki stan rzeczy trwał przez lata, nowe okrycia daremnie biły o zamknięta na cztery spusty drzwi szanowanych głów wielu uczonych, malowidła naskalne po prostu nie pasowały do schematu. Dopiero w 1902 roku dokonał się przełom i największy opozycjonista we francuskim świecie archeologicznym Emile Cartailhac przyznał się, że był w błędzie publikując artykuł „ Mea culpa d’un sceotuque”, kajając się za swój sceptycyzm. Pojawiają się nowe jaskinie i nowe niesamowite odkrycia m.in. wyżłobione i ozdobione kamienne lampy oraz figury wyrobione z gliny. Potem autor podkreśla znaczenie nowoczesnych technik datowania jakie pojawiły się w XX wieku m.in. C14.

Drugi rozdział „Seeking Answers” to prezentacja teorii próbujących wyjaśnić zagadkę malowideł z jaskiń. Rozpoczyna się ten rozdział próbą definicji pojęcia sztuka i jak autor podkreśla - niby wszyscy wiedzą o co chodzi, ale nikt nie umie tego sprecyzować. Podkreśla, że nasze zachodnie rozumienie sztuki i artysty (autora sztuki), to wynik epoki romantyzmu ze swoimi teoriami o bycie transcendentnym. W średniowieczu nie było artysty w naszym pojęciu, malarze np. mieli swój własny cech rzemieślniczy podobnie jak złotnicy, sukiennicy, kowale, rymarze itp.

Na pierwszy ogień idzie teoria „art pour l’art” czyli sztuka dla sztuki. Według tej teorii tak polepszyły się warunki życie, że człowiek mógł się skoncentrować na innych aktywnościach m.in. na sztuce. Malowidłami dekorowano otoczenie, wykonywano je dla zabicia czasu i z nudów i był to wynik indywidualnej aktywności. Oczywiście pojawia się pytanie – dlaczego dekorowali ciemnie, trudno dostępne jaskinie? Etnograficzne przykłady z Australii ukazały ludność żyjącą w trudnych warunkach, a nadal tworzących przepiękne malowidła naskalne. Coś tu nie pasowało i powoli ta koncepcja odeszła do lamusa.

Potem autor rozprawia się z Totemizmem i Magią Sympatyczną. Otóż na początku XX wieku antropologia kulturowa i socjologia stają się uznanymi dyscyplinami naukowymi, a przyczynił się do tego wzrost zainteresowania prymitywnymi ludami zamieszkującymi dziewicze tereny coraz intensywniej kolonizowane i cywilizowane przez państwa Europejskie.

E. Tylor jeszcze w poprzednim stuleciu wyczuwał związek między magią, a prehistoryczną sztuką, ale ojcem takiego myślenia jest Salomon Reinach (1858-1932). To on podkreślił, że aby choć trochę zrozumieć sztukę górnego paleolitu, musimy poznać i zbadać  życie teraźniejszych ludów prymitywnych. Nasuwa się tu jednak mały problem, który do dziś trapi wielu naukowców – Czy jest możliwe zrozumienie sztuki górnego paleolitu bez odnoszenia się do analogii? Czy używając analogy, nie kreujemy po prostu przeszłości na wzór teraźniejszości? Malowidła naskalne miałyby więc zapewnić powodzenie w polowaniach, ale czy na pewno? Tylko około 15% bizonów wyglądało na poranione. Obecność zaś drapieżców miała zapewnić, że ich cechy i umiejętności polowania przejdą na myśliwych?

Następnie na widelec idzie strukturalizm i analiza strukturalna. Przytacza tu pracę włoskiego uczonego Giambattista Vico żyjącego w latach 1668-1744, który był pionierem nowoczesnego myślenia, ale jego teorie poszły szybko w zapomnienie. Vico był humanistą i propagował kierunki dziś zaliczane do nauk społecznych, uważał że nie ma różnicy między umysłem ludów prymitywnych, zamieszkujących na ziemi, a tzw. ludźmi cywilizowanymi. Uważał, że to ludzki umysł kreuje świat materialny, i że to ta kreacja pozwala na zrozumienie i odniesienie się do tego świata w sposób efektywny. Świat jest tworem ludzkiego umysłu, i to ludzie stworzyli ten świat jaki znamy, a więc musi być jakiś uniwersalny język umysłu, a jedną z ludzkich cech jest tworzenie porządku z chaosu, kształtowanie właśnie owych struktur. Jego opinie poszły w zapomnienie, a o strukturze zaczęto rozprawiać ponownie, gdy na scenę naukową wkroczyli lingwiści m.in. Ferdinand de Saussure (1857-1913). Był to niezwykły uczony, ojciec strukturalizmu i lingwistyki, ale on nigdy nie napisał żadnej książki, jego wiedza skupiona została w pracy „Course in General Linguistics” z 1915 roku, a która została zebrana z wykładów przez jego wiernych studentów. Ukuł on pojęcia langue (język) i parole (mowa), langue to struktura, a parole to indywidualny produkt w obrębie tej struktury.

W latach 40-tych ubiegłego stulecia na scenę dyskusji o sztuce paleolitu wkracza niemiecki marksista Max Raphael, który m.in. uważa że sztuka naskalna to przejaw współczesności ludzi, którzy ją wykonywali. Inne jego teorie wynikają z filozoficznych przemyśleć Karola Marksa o rozwoju socjalnym i społecznym i szuka ich początków właśnie w górnej epoce kamienia. Ukazuje związek infrastruktury – podstawy życia ekonomicznego (bazy) w tworzeniu superstructure  nadbudowy – do których zaliczał ideologie, wierzenia, zwyczaje itp. W sztuce też widział przejaw początków konfliktów społecznych np. bizony walczyły z końmi, dostrzegał elementy męskie i żeńskie.

Następnie autor przedstawia nam dwoje wybitnych uczonych, którzy szczególnie wyróżnili się w próbie wyjaśnienia zagadki sztuki paleolitycznej Anne Laming-Emperaire (1917-78) i Anddre Leroi-Gourhan (1911-86). Anne opublikowała w 1959 roku rozprawę o jaskini Lascaux, która została odkryta 8 września 1940 roku przez psa Robota, który wpadł do dziury w ziemi. Jego właściciel 17-letni Marcel Ravidat wraz z kolegami uratowali go i wrócili po paru dniach, aby lepiej się przyjrzeć temu miejscu. Mieli ze sobą lampę i ich oczom ukazały się malowidła zwierząt w części zwanej Axial Gallery ( Galerię Osiową). Wiedzieli, że to co zobaczyli jest niezwykłe i powiadomili swojego nauczyciela Leona Lavala, który jednak ze względu na podeszły wiek nie był w stanie eksplorować jaskini. Poprosił uczniów o wykonanie rysunków i zawiadomił o znalezisku archeologa Abbe Breuila.

W swojej analizie malowideł z tej jaskini Anna Laming-Emperaire wydaje się iść śladami Raphaela (choć na początku nie przyznaje się otwarcie do inspiracji w marksistowskim uczonym)  m.in. zadaje pytanie o słuszność etnograficznych porównań; podkreśla, że fakt, iż niektóre obrazy są w trudno dostępnych miejscach sugeruje „święte” intencje malującego. Odrzuca proste formy totemizmu, podsuwa ideę, że rozwój intelektualny człowieka z górnego paleolitu był bardziej zaawansowany niż nam to się wydaje; postuluje aby malowidła rozpatrywać jako kompozycje, a nie indywidualne malunki na potrzeby poszczególnych polowań. W późniejszych pracach ta uczona wysuwa hipotezę o reprezentacji płci na ścianach jaskiń. Ostatecznie porzuca tę hipotezę i powraca do idei Raphaela o walce klanowej, rozwoju społecznym i tworzeniu mitów. Postulowała ona dokładne badanie jaskiń, inwentaryzację znalezisk, tworzenie mapy dystrybucji rodzajów rysunków względem miejsca w jaskini w jakim zostały umieszczone, zabytków jakie im towarzyszyły, śladów użycia, kontekstu w jakim występowały. Drugi uczony Leroi-Gourhan rozwijał swoje interpretacje w cieniu wielkiego Claude’a Levi-Straussa - uznanego za ojca strukturalizmu w antropologii i archeologii. Leroi-Gourhan twierdził, że ludzie paleolitu mieli takie same umysły jak my; że to umysł kreował świat; sugerował że analiza zabytków paleolitu pozwoli na lepsze poznanie tego właśnie umysłu i sposobu w jaki on funkcjonował. Zaakceptował on sugestię Levi- Straussa, że umysł ludzki pracuje jak komputer na zasadzie przeciwności i klucz do zrozumienia leży w relacji między tymi przeciwnościami np. światło – ciemność, kobieta – mężczyzna itp. Poszedł on za sugestiami Anne i dokonał inwentaryzacji i zmapował znaleziska, pogrupował zwierzęta i znaki, przypisał im znaczenie, próbując znaleźć pod wszystkim wspólny mianownik, czy jakiś kod strukturalny. Jak jednak autor podkreśla wizerunek bizona jest powszechny w sztuce jaskiniowej, ale czy zawsze miał taką samą wymowę dla tego kto go malował i oglądał? W pędzie do wyjaśnienia zagadki sztuki górnego paleolitu zbytnio skoncentrowaliśmy się na odkryciu znaczenia malowideł, ale czy jest to możliwe bez poznania kontekstu nie tylko materialnego ale i psychologicznego w jakim ta sztuka powstawała?

I tak dobrnęliśmy do rozdziału 3 „A Creative Illusion”, w którym poznajemy ludność jaka zamieszkiwała Europę w okresie paleolitu, zwłaszcza górnego paleolitu. Najpierw autor przedstawia nam Neardertalczyka i jego odkrycie w połowie XIX wieku. Kości znalezione w jaskini Feldhofer  zostały pokazane miejscowemu nauczycielowi jako prawdopodobne szczątki jakiegoś niedźwiedzia, ale Fuhlrott - amator przyrodnik - stwierdził, że to co ma przed sobą, to nie jest fragmentem czaszki niedźwiedzia, ale i nie człowieka współczesnego, czyżby pochodziły od jakiegoś chorego osobnika? Rozumiał, że były one wiekowe, ale bez znajomości teorii ewolucji nie potrafił sobie poradzić z interpretacją znaleziska i skontaktował się z profesorem Hermanem Schaaffhausenem anatomistą na Universytecie w Bonn. Ich wyjaśnienie sugerowało, że jest to egzemplarz rasy dzikiego osobnika żyjącego w tym samym okresie co wymarłe zwierzęta. Dodali także, że niektóre rasy mogły wyginąć razem z owymi okazami fauny, gdy inne - których organizacja (społeczna?) się rozwinęła przetrwały. Niechcący zapachniało ewolucją!!!

Oczywiście pojawili się przeciwnicy, np. August Meyer, patolog z tego samego uniwersytetu co Herman, twierdził, że są to szczątki Kozaka z rosyjskiej armii ścigającej Napoleona w 1814 roku, który śmiertelnie ranny dowlókł się do jaskini w dolinie Neander i tam zmarł. Negował to znalezisko także inny słynny anatomista Rudolf Virchow – no cóż, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Obaj panowie mieli więcej szczęścia na Wyspach Brytyjskich, gdzie Huxley i William King docenili to znalezisko, a ten ostatni sklasyfikował tego osobnika jako Homo Neanderthalensis. Wydawało się, że znaleziono zaginione ogniwo między naszymi małpowatymi przodkami, a człowiekiem współczesnym. To był początek próby ogarnięcia zmian jakie zaszły w prehistorycznej Europie około 45 – 35 tysięcy lat temu. Pojawia się wtedy sztuka i okres ten często jest nazywany „Creative Explosion” (kreatywną eksplozją) oraz „Upper Palaeolithic Revolution” (rewolucją górnopaleolityczną), choć najbardziej popularny jest termin Middle to Upper Palaeolihtic Transition (przejście ze środkowego do górnego paleolitu). Okres ten wydaje się być przełomowy dla naszej historii, oto pojawia się człowiek współczesny ze wszystkimi jego atrybutami. Jak przytacza autor większość opisów tego okresu i wydarzeń mówi o zmianach klimatyczno-ekologicznych, technologicznych i związanym z tym rozwoju socjologicznym - wspominając o tworzeniu sztuki jakby, to było oczywistym etapem rozwojowym ewoluującego estetycznego podejścia do otaczającej człowieka rzeczywistości. Autor uważa, że pojawienie się sztuki było ważnym ogniwem przyczynowo skutkowym w naszym rozwoju, a produkcja malowideł odzwierciedla ten proces, zaś odczucia estetyczne są czynnikiem drugorzędnym.

Następnie autor po krótce przedstawia nam zmiany jakie nastąpiły w tym kluczowym okresie. Podkreśla że wspomniany proces „Transition” (Przejście) nie może być po prostu wytłumaczony zmianami klimatycznymi, oziębienie klimatu około 35 tysięcy lat temu nie doprowadziło do zmian jakie obserwujemy, Neandertalczyk przetrwał poprzednie, a ostatnie zlodowacenie miało miejsce już po tym przełomie cywilizacyjnym. Twierdzi on, że to był kontekst, a nie przyczyna owego „Przejścia” . Zwraca uwagę na różnice technologiczne w zabytkach pozostawionych przez ludność zamieszkującą tereny Europy, zasiedziałych tubylców (Neandertalczyków) i nowo przybyłych Homo Sapiens. Mustierski przemysł obróbki kamienia był charakterystyczny dla środkowopaleolitycznych mieszkańców Europy z gatunku Neandertalensis, a technologia określana jako Oryniacka (od miasteczka Aurignac we Francji) charakterystyczna była dla napływowego gatunku Homo Sapiens ( zwanego też Cro-Magnon). Dwie różne techniki produkcyjne i różne narzędzia z nich wykonane, zwraca uwagę na różnorodność kształtów i większe zróżnicowanie w młodszej technologii, w tym wykorzystanie materiałów jak kości, rogi, kości słoniowej (mamuciej), drewna oraz pojawienie się elementów ozdobnych jak np. paciorki, zawieszki, bransolety i rzeźbione figurki. To kompletnie coś nowego, nowa moda czy nowy trend niosący ze sobą poważne zmiany? Oba gatunki występowały w Europie w tym samym czasie, a  „ostatni” Neandertalczycy zamieszkiwali okolice Gibraltaru około 27 tysięcy lat temu. Pytanie jest czy były między nimi kontakty, czy były konflikty, wymiana technologiczna, ideowa czy nawet genetyczna.

Autor przytacza przykłady gdy Neandertalczyk mógł pożyczyć elementy z ludności napływowej np.: zdobienie ciała, użycie ochry - ale nie przekształciło się to w sztukę jaką znamy ze stanowisk okupowanych przez „imigrantów” , niektóre aspekty w technologii obróbki kamienia etc. Jednak nie nastąpiła transformacja zachowań, bowiem przybysze mieli całkiem inne spojrzenie na świat. Odnosi się on też do stwierdzenia, że nastąpiła tu jakaś eksplozja twórcza, przypominając nam, że można prześledzić początki takich zachować wraz z rozprzestrzenianiem się gatunku Homo Sapiens i przestrzega przed eurocentralizacją naszego spojrzenia.

Tak się rozpisałam że trzeba to podzielić - CDN...

Druga część wpisu "The Mind in the Cave" cz. 2


sobota, 23 marca 2013

 kadłub statku Cutty Sark

Jest to jedna ze słynniejszych jednostek pływających, które można zwiedzać i ma niesamowicie ciekawą historię, pełną trumfów i tragedii. 21 Maja 2007 roku niebo nad Greenwich spowiły kłęby dymu, a telewizja przez cały dzień podawała wiadomość, że płonie Cutty Sark. W pracy oglądaliśmy relację na każdej przerwie i kręciły nam się łzy w oczach, bo oto kawał historii zamieniał się w popiół. Strażakom udało się jednak opanować ogień, a na dodatek okazało się, że większość ważnych elementów statku i wyposażenie zostało z niego usunięte w czasie procesów konserwatorskich -  statek od paru miesięcy był w remoncie. Po pracochłonnej inwentaryzacji szkód okazało się, że tylko 5% oryginalnego statku zostało zniszczone. Tragedia ta jednak spowolniła prace konserwatorsko-remontowe, ale także spowodowała napływ datków dobroczynnych na odbudowę tego zabytku. W 2011 roku dokonano najważniejszego manewru statkiem, podniesiono go z dna suchego doku o 3 metry, co dało możliwość wyeksponowania kadłuba i podziwiania jego unikalnego kształtu.  25 Kwietnia 2012 roku Królowa Elżbieta II po raz drugi dokonała otwarcia statku-muzeum dla publiczności.

Byłam na tym statku przed pożarem i byłam po pożarze. Zachęcam was do wyprawy w świat, gdy na morzach i oceanach królowały żagle.

Cutty Sark został zbudowany w jednym celu – miał szybko dostarczać najbardziej pożądany towar na rynku Europejskim, (a zwłaszcza Angielskim) jakim była herbata. Statek został zamówiony przez Johna Willisa w stoczni Scotta i Lintona w Woodyard, Dumbarton w Szkocji. Statek ten miał być wykonany według nowej mody - „mieszanej technologii”,  w której to statek był zbudowany na żelaznym szkielecie do którego wmontowane były drewniane elementy. Taka metoda pozwalała zwiększyć miejsce na towary, a im więcej można było na statku zmieścić w ładowniach, tym bardziej opłacalny był rejs. Statek został ukończony w listopadzie 1869 roku, a koszt budowy to £16 100. W jego konstrukcji znalazło się 138 żelaznych ram, do budowy kadłuba użyto dębu indyjskiego na górne części i specjalnego gatunku wiązu amerykańskiego (Ulmus thomasii) na części dolne, bo było ono bardziej odporne na ciągły kontakt z wodą. Do połączenia elementów drewnianych do metalowego szkieletu użyto 20 000 śrub, kadłub został pokryty do linii wodnej specjalnym stopem metalu – Muntz –  około 60% miedź, 40% cynk ze śladowymi ilościami żelaza. Zabieg ten miał na celu zapobieganie osiadaniu na kadłubie stworzeniom morskim np. wąsonogom z gatunku skorupiaków, oraz świdrakowatym  z rodziny małż, a zwłaszcza świdrakowi okrętowcowi, małemu stworzonku o bardzo uciążliwej diecie opartej na drewnie i występującej w niej celulozie. Wymiary statku: długość 86 metrów, szerokość całkowita 11 metrów, głębokość to 7 metrów, a maksymalna powierzchnia żagli 3 000m2 , wyporność 921  ton.

przekrój przez kadłub

Inspiracją nazwy Cutty Sark był poemat „Tam O’Shanter” autorstwa Roberta Burnsa opublikowany w 1791 roku. Opowiada on historyjkę Tama, który to miał zwyczaj popijać sobie w każdy dzień targowy w miasteczku Ayr i o tym co mu się pewnego dnia przydarzyło. Otóż wracał on sobie do domu na swoim wiernym rumaku zwanym Maggie, gdy ujrzał dziwne światło w kościele. Przez okno zajrzał do środka i zobaczył, że miejsce jest pełne wiedźm, czarowników tańczących w takt muzyki wygrywanej na dudach przez samego diabła. Większość czarownic to stare babska ale była tam jedna młodziutka Nannie, ubrana właśnie w „cutty sark” czyli krótką koszulinę. Tam tak się zachwycił jej wdziękami, że wyrwał mu się mały okrzyk no i towarzystwo go zauważyło i zaczęło go gonić. Tam pogania swojego rumaka w stronę mostu w Alloway, bo podobno wiedźmy nie mogą przekroczyć wody i już dopadł do niego, gdy Nannie chwyciła konia za ogon i tak z tym ogonem w ręce została, bo Maggie galopowała już po moście. Galion tego statku przedstawia właśnie Nannie z ogonem końskim w wyciągniętej dłoni. Pod statkiem jest cały zbiór galionów z różnych statków, bardzo interesująca mieszanka.

Nannie, Cutty Sark

Zwiedzając statek, możemy nie tylko przyjrzeć się konstrukcji, ale i poznać życie na takiej jednostce, zaznajomić się z epoką żaglowców handlowych i towarami jakie one przewoziły. Są tu wystawy, eksponaty i dokumenty powiązane z historią statku, a także gry multimedialne. Można sobie na przykład spróbować przeprowadzić statek z Australii do Londynu, próbując pobić rekord kapitana Richarda Woodgeta, który dokonał tego w 73 dni. Utknęłam przy tym stole i nawet udało mi się zrobić to w 80  dni, ledwo mnie mój ukochany odciągnął. Co jest bardzo ciekawe na całym statku to napisy po chińsku, ale w końcu to był kliper herbaciany, a herbata z Chin była sprowadzana.

Cutty Sark odbył swój pierwszy rejs w 1870 roku do Szanghaju, po 8 miesiącach powrócił wypełniony po brzegi herbatą, a dokładnie 600 000 kilogramami liści w skrzyneczkach,  a można by przygotować z tej ilości około 200 milionów szklanek herbaty. Wartość tego ładunku na dzisiejsze pieniądze przekroczyłaby 1 milion funtów. Cutty Sark nie był najszybszym herbacianym kliperem, ten honor należy do innego statku o imieniu Thermopylae. Doszło raz do wyścigu między obiema jednostkami, wypłynęły one z portu w Szanghaju 17 czerwca 1872 roku, do Oceanu Indyjskiego szły nos  w nos, potem Cutty Sark złapał pomyślny wiatr i wysunął się 400 mil do przodu.  U wybrzeży Afryki napotkał straszną burza i stracił ster. To była prawdziwa katastrofa, cieśla okrętowy Henry Henderson zabrał się za naprawę, m.in. zbudowano kuźnię na pokładzie do wykonania metalowych części steru. Na tych naprawach stracili jednak 5 dni i Thermopylae wyprzedziło ich o 500 mil, nie byli w stanie tego nadgonić i dopłynęli do Londynu 9 dni za swoim rywalem. Bohaterska postawa załogi doczekała się jednak powszechnego uznania.

przedmioty zabytkowe z Cutty Sark

Kiedy Cutty Sark zaczynał swoją służbę w handlu, po morzach i oceanach pływało 59 brytyjskich statków przewożących herbatę z Chin, w 1877 było ich tylko 9. Zaczynała się era parowców, zmiany technologiczne i wzrost sprawności silników spowodowały, że część ładowni potrzebna na węgiel zaczęła się zmniejszać, i kompanie handlowe częściej zaczęły ich używać. Gwoździem do trumny dla herbacianych żaglowców było otwarcie w 1869 roku Kanału Sueskiego, skracającego o 3 300 mil trasę między Chinami a Londynem, a czas podróży o 10-12 dni. Niestety żaglowce nie mogły z tego skorzystać ze względu na niekorzystne wiatry na Morzu Czerwonym i Śródziemnym.

W maju 1878 roku Cutty Sark zawitał do portu w Hankou, ale większość herbaty została już załadowana na parowce i to co zostało wypełniło tylko połowę ładowni. Kapitan zaprowadził statek do Szanghaju, ale tu też nie było herbaty, postanowił więc zabrać węgiel do Japonii i w drodze powrotnej wypełnić ładownię herbatą, niestety cała herbata wylądowała na parowcach. Zaczęły się ciężkie czasy dla tego statku, pływał on od portu do portu szukając ładunku do przewiezienia np. transportował węgiel, owoce, cukier, wino, brandy, kakao, papier, instrumenty muzyczne, buty, świece, rogi jelenie i proch itp.

skrzynia marnarska

Życie na statku nie należało do łatwych, załoga miała mało miejsca bo najważniejsza była ładownia, nie było prawie prywatności, a praca nie należała do lekkich. Pełna załoga to 27 ludzi: kapitan, 17 marynarzy, 2 praktykantów (uczniów), żaglomistrz, 2 cieśli, 2 oficerów, steward i kucharz. Najmłodsi byli oczywiście praktykanci – czternastolatkowie, na statku służyli m.in. amerykanie, Skandynawowie i marynarze z Indii Zachodnich, był nawet Chińczyk James Robson pracujący jako kucharz – jego historia też jest ciekawa, jako dziecko znaleziono go w koszu pływającym u wybrzeży Chin, uratowano go i zabrano do Anglii, stąd takie niechińskie imiona. W ciągu 25 lat służby na morzu pod brytyjską flagą przez statek przewinęło się 658 marynarzy, pięciu z nich zginęło.

kuchnia na Cutty Sark

 

messa oficerska

 kwatera oficera

 kibelek dla marynarzy

Zdarzały się konflikty, a najsłynniejszy z nich to sprawa z 1880 roku. W czasie rejsu z Londynu do Yokohamy, z ładunkiem węgla dla amerykańskiej floty, doszło do nieporozumienia, a raczej szeregu nieporozumień. Starli się starszy oficer Sydney Smith (powszechnie nielubiany osobnik o trudnym charakterze) i marynarz z Chicago John Francis. Przy okazji kolejnej kłótni Francis pogroził Smithowi handszpakiem od kabestanu, ale Smith wyrwał mu go z ręki i walną go w głowę. Zrobił to dość mocno, bo Francis zmarł następnego wieczora. Smith został zamknięty w swojej kabinie, ale udało mu się czmychnąć, gdy statek zacumował na Jawie w porcie Anjer. Załoga na statku się zbuntowała, oskarżając kapitana Wallace’a o pomoc w zorganizowaniu Smithowi ucieczki. Czterech marynarzy wylądowało w kajdanach, co oznaczało, że statek był prowadzony przez kapitana, drugiego oficera, żaglomistrza, cieślę okrętowego, kucharza i 4 uczniów. Wtedy przyroda dokonała interwencji i statek utknął w bezwietrznej pogodzie, Wallace musiał sobie zdawać sprawę, że nie da się tego skandalu uciszyć i może stracić prawa kapitańskie. Po trzech dniach takiego przestoju kapitan wdrapał się na barierki na rufie statku i wyskoczył za burtę.

Nowo mianowany kapitan William Bruce też nie był zbyt rozsądny i lubił sobie zajrzeć do butelki. W drodze  do Nowego Yorku zabrakło im jedzenia i musieli prosić o pomoc niemiecki statek, a potem okręt Marynarki Królewskiej. Nie trzeba dodawać, że jego kariera po takim występie szybko się skończyła i nie zagrzał w kapitańskiej kajucie na Cutty Sark długo miejsca.

Konflikt między Smithem a Francisem stał się inspiracją opowiadania Josepha Conrada „The Secret Sharer” (Tajemny wspólnik).

Smith uciekł sprawiedliwości, ale nie na długo i tak dwa lata później został rozpoznany w Londynie, aresztowany i skazany za nieumyślne zabójstwo na 7 lat ciężkiej pracy.

Cutty Sark pływał tak od portu do portu szukając ładunku do 1883 roku, gdy jego właściciel postanowił zaangażować ten statek w transport wełny Merino z Australii do Londynu. Pierwszy rejs z antypodów do Londynu trwał 84 dni, to był rekord, a Cutty Sark dosłownie znokautował pozostałe handlowce, przybywając do Londynu 25 dni przed innymi statkami, które opuściły port w tym samy czasie. Jeszcze lepiej sprawił się statek i załoga pod kapitanem Richardem Woodgetem który pokonał ten dystans w rekordowe 73 dni, zręcznie wykorzystując pomyślne wiatry i prądy. Mimo rekordowych rejsów i pełnego załadunku balami wełny okazało się, że dalsza eksploatacji statku nie bardzo się jego właścicielowi opłaca i tak w 1895 roku John Willis zdecydował się go sprzedać.

kolekcja galionów na Cutty Sark

Statek trafił na 16 dni w ręce Johna Richardsa, ale on go sprzedał za £1250 portugalskiemu przewoźnikowi  Joaquimie Antunes Ferreira & Co. z Lizbony i statek otrzymał nowe imię Ferreira. Pływał pod portugalską banderą między Lizboną, portugalskimi koloniami w Afryce, Brazylią i Ameryką. Został uszkodzony w czasie Wielkiego Sztormu u wybrzeży Florydy w 1906 roku, naprawy trwały pół roku. Podobnie dużo szczęścia miał ten statek, gdy 10 lat później w drodze z Mozambiku do Angoli w czasie sztormu węgiel w ładowni niebezpiecznie się przemieścił na jedną burtę. Kapitan rozkazał obcinać maszty i reje aż ostatecznie pozostał na nim tylko główny maszt i część przedniego, na pomoc przyszedł im wtedy przepływający parowiec, który ich odholował do Zatoki Stołowej w Afryce Południowej. Naprawy trwały prawie 2 lata, a że w tym okresie brakowało drewna (trwała wojna) to zmieniono ożaglowanie i przekształcono ten statek w barkentynę – mniej żagli i mniejsza załoga, ale utracono piękno i prędkość tej niezwykłej jednostki. Po powrocie na wodę statek znów trafił w inne ręce, najpierw kupił go Joao Pires Correia, a potem Cia de Navegacao de Portugal i po raz kolejny zmieniono mu imię, tym razem na Maria do Amparo  (Maria co chroni).

W 1922 roku statek zawitał na drobne naprawy do portu w Falmouth i tam wypatrzył go Wilfred Dowman, mimo zmian poznał, że jest to słynny Cutty Sark. To on i jego żona Catharine z domu Courtauld (bogata rodzina) ocalili ten statek od kompletnej ruiny. Kupili go za ogromną sumę £3 750 (o wiele więcej niż statek był warty jako jednostka pływająca, ale jego wartość zabytkowa była bezcenna). 2 Października 1922 roku statek Maria do Amparo został doholowany do portu w  Falmouth, zarejestrowany pod dawnym imieniem Cutty Sark i rozpoczęła się renowacja statku.  Dowman chciał, aby była to jednostka szkoleniowa, kadeci mieszkali i uczyli się morskiego rzemiosła na jego pokładzie. Postanowił on także udostępnić statek szerszej publiczności, można się było dostać na jego pokład podpływając łódką. Był to pierwszy od ponad 400 lat statek udostępniony do zwiedzania. Po śmierci W. Dowmana w 1936 roku Cutty Sark trafił do Szkoły Morskiej w Greenhithe na Tamizie jako dar wdowy z £ 5000 na utrzymanie.

Po wojnie statek znów podupadł i pomógł mu kolejny zapaleniec - dyrektor Muzeum Morskiego w Greenwich Frank Carr, założył on Cutty Sark Preservation Society ( można to nazwać Towarzystwo Przyjaciół Cutty Sark) i udało mu się wciągnąć w akcję renowacji statku męża Królowej - Księcia Filipa. Dzięki temu patronatowi udało się uzbierać potrzebne £ 250 tysięcy na renowacją obiektu. 25 czerwca 1957 roku Królowa Elżbieta II dokonała oficjalnego otwarcia muzeum na statku Cutty Sark. W latach 1957 – 2003 zwiedziło ten statek ponad 13 milionów turystów, wiek statku i te miliony go zadeptujące spowodowały, że potrzebny był gruntowny remont i zmiana sposobu eksponowania tego zabytku. Prace rozpoczęto w 2006 roku, a w maju rok później wydarzyła się tragedia -ogień na pokładzie. Po raz kolejny okazało się, że statek ten powstał chyba pod szczęśliwą gwiazdą, a może to Nannie nadal lubi swoją kusą koszulkę. Pożar udało się opanować, ukończono konserwację i znów można go zwiedzać.

My tam byliśmy, kawę i ciastka w kawiarni pod kadłubem zjedliśmy i Was namawiamy.

Cutty Sark

Godziny otwarcia:

Codziennie od 10 – do 17 (ostatni wstęp o 16)

W czasie Wielkanocy 29 marca do 9 i 11 Kwietnia od 10-18.

Ceny:

Dorośli: £ 12

Dzieci (wiek 5-15) : £ 6.50

Ulgowe (studenci z legitymacją, seniorzy po 60-tce) : £ 9.50

Rodzinny (1 dorosła i 2 dzieci) : £ 20

Rodzinny (2 dorosłych i 2 dzieci) : £ 29.

Dojazd:

Najprościej DLR do stacji Cutty Sark.

niedziela, 17 marca 2013

 

Kolejna wyprawa z panią Beatą do pełnej tajemnic egzotycznej krainy, tym razem jest to Gwatemala – jeden z najniebezpieczniejszych krajów świata. Pani Beata jak zwykle podróżuje sama, przeciera szlaki nieturystyczne, wiedzie nas tropami dawnych kultur, pokazuje, a raczej opisuje i przedstawia nam obrzeża cywilizacji starych i nowych, pozwala poczuć smak odległych miejsc, poznać ludzi i ich obyczaje oraz mity z odległej przeszłości wplątane w codzienność teraźniejszości. Podoba mi się język, którym ona pisze, jest prosty, a zarazem bardzo bogaty, barwny i obrazowy, pobudza wyobraźnię do pracy i wywołuje uśmiech na ustach. A że śmiech to zdrowie to jest dodatkowy powód, aby sięgnąć po jej książki. Pani Beata często mówi o robieniu zdjęć, jednak w tym wydaniu nie ma ani jednego, za to są urocze rysunki autorki.

Tym razem pani Beata zabiera nas na drogi i bezdroża Gwatemali, na tereny podbite kiedyś przez imperium Majów. Główną metodą transportu są autobusy, przeładowane, jadące bez rozkładu, bez przystanków, w których można spotkać barwie ubranych tubylców, podróżujących z inwentarzem. Razem z autorką spędzamy noce w podejrzanych hotelach z pokojami bez okien i kranami bez wody, przemykamy się ulicami miast, ścieżkami w dżungli, zachodzimy na msze do kościołów i kręcimy się po targowiskach.

W czasie tej podróży po teraźniejszości pani Beata przytacza nam liczne i ciekawe informacji o przeszłości tych terenów, budując w ten sposób niezwykle barwy obraz kulturowo-historyczny. Zabiera nas także do kawałków tej dzikiej krainy zawłaszczonych przez zachodnią cywilizację, piękno i dzikość zostały stłamszone i przerobione na zachodnią, cywilizowaną modłę. Tak to się dzieje, gdy miejsce jest tak piękne, że turyści decydują się tam zamieszkać i przywlekają ze sobą wszystko to, co powoduje, że miejsce przestaje być już takie wyjątkowe – tak się stało z jeziorem Atitlan – kiedyś okrzykniętym najpiękniejszym jeziorem świata. Poznajemy też legendę o bohaterskich bliźniakach, kryształowych czaszkach, dowiadujemy się, jak mieszkańcy Antigui spędzają Wielkanoc, poznajemy zasady gry w pitz, zwiedzamy starożytne Tikal i miasteczko Fray Bartolome de Las Casas pamiętające czasy konkwisty, a które założył idealista, który próbował przekonać wszystkich, że tylko dobro może zbawić świat i walczył o prawa tubylców.

Niesamowite, że na tych 207 stronach zostało zawartych tyle ciekawych informacji, jest to kolejna jej opowieść i wiem, że jak będę miała okazję, to sobie kupię następną.

Książka jest wydana w serii National Geeogrphic, jest mała, lekka i dobrze się mieści w torbie. Polecam, świetnie się ją czyta zwłaszcza w czasie podróżowania komunikacją miejską.

sobota, 02 marca 2013

 storczyk, orchidea, kwiat, cymbodium,

 orchidea, storczyk

storczyk, orchidea

orchidea, storczyk,

orchidea, storczyk

orchidea, storczyk

 

Jak co roku Ogrody Botaniczne w Kew uraczyły nas wystawą storczyków. Jest to już któraś w moim życiu wystawa tych kwiatów, i wydaje mi się że co roku wystawa jest mniejsza i uboższa. Zajmuje ona mniej miejsca i mniej jest też kwiatów i nie jest ona tak różnorodna jak bywało parę lat temu. No cóż kryzys i niedostatki finansowe ich też pewnie dotknęły i muszą zaciskać pasa. Ale jak tak dalej pójdzie to za parę lat nie będzie co oglądać.

storczyk, orchidea, black velvet, phalaeonopsis

orchidea, storczyk, yellow pride, phalaeonopsis

Yellow pride

storsczyk, orchidea, kwiat

orchidea, sotrczyk

Zdziwiło mnie też, że wystawa miała tylko trwać do 4 marca, ale chyba się ktoś kapnął, że kończą ją przed tutejszym dniem matki (Mothering Sunday), który wypada w niedzielę 10 Marca i właśnie przedłużyli wystawę o tydzień. Więc jeżeli nie macie innych planów to zapraszam póki jeszcze można te prawdziwe cuda natury oglądać.

orchidea, storczyk

orchidea, storczyk, kwiaty, wystawa, Kew

orchidea, storczyk, 

orchidea, storczyk, kwiaty

Opera

delate, storczyk, orchidea

orchidea, storczyk, wystawa, kwiaty

orchidea, storczyk, odontoglossum

oncidium, orchidea, storczyk

orchidea, storczyk, odontoglossum

orchidea, storczyk

orchidea, storczyk,

orchidea, storczyk, paphiopedilum



Ten gatunek nazywałam brodatym, w terminologii funkcjonuje on jako sabotek ale mój partner nazwał go pantoflem którego ja przerobiłam na pantoflarza.

orchidea, storczyk, paphiopedilum

orchidea, storczyk, pantofelek

orchidea, storczyk, sabotek

orchidea, storczyk, 

Do Kew Gardens można dojechać zieloną linią (District) oraz overgroundem, autobusem 65 z Ealingu, Richmond i Kingston, pociągiem z Waterloo do Kew Bridge a potem to już tylko przez most na Tamizie i w prawo.

mokara

hybryda vanda

orchidea, storczyk

orchidea, storczyk,

orchidea, storczyk

storczyk, orchid, kew

orchidea, storczyk, panda

blue orchid, storczyk, hybryda, orchidea

orchidea, oncidium, storczyk

oncidium, orchidea, storczyk

orchidea, storczyk, oncidium

orchidea, storczyk





Ceny:

Dorośli: £16

Ulgowe (studenci, emeryci po 60tce): £14

Dzieci do lat 16 z osobą dorosłą – za darmo.

Godziny otwarcia od 9:30 do 17:30.

Flag Counter