poniedziałek, 09 czerwca 2014

Czerwiec to czas na róże, ogrody różane rozkwitają i powalają nas cudnym zapachem.

Jeden z piękniejszych takich ogrodów jest przy Pałacu Hampton Court, jeżeli jesteście w Londynie to wpadnijcie na tę różaną ucztę.

Oto kilka fotek na zachętę i dowód że nie rzucam słów na wiatr.

Gałęzie aż sią uginają od pąków.

Niby biała ale taka troche cytrynowa.

Ta ma dwa kolory podejrzewam że ogrodnicy ją w nocy malowali w paski :)

Ta ma niezwykły niebieskawo fioletowawy kolor.

Nawet deszcz dodaje uroku, ta ma kropelkowe korale na płatkach.

Cała jestem w kropelkach.

Zimna woda urody doda.

Och jaka ja jestem cudna a jak pachnę !

Trochę wody dla ochłody.

Taka fajna ładna i pachnąca kryjówka przed deszczem :)



środa, 14 maja 2014

Kiedy pojawiły się informacje o tej wystawie, akurat oglądaliśmy genialny serial telewizji brytyjskiej „Lost kingdoms of South America”, prowadzonym przez dr. Jago Coopera pracownika Muzeum Brytyjskiego. Wystawa była w naszych planach, ale po tym filmie jeszcze bardziej się na nią szykowaliśmy. To był kolejny bestseller w londyńskim kalendarzu wystawowym.

Wystawa została skoncentrowana wokół mitu El Dorado – jest to punkt wyjścia do pokazania nam kultur prekolumbijskich z terenów obecnej Kolumbii. Są to tereny surowe, wymagające odwagi, umiejętności, współpracy ludzi, którzy się tam osiedlili. Cywilizacje, jakie na tych obszarach wyrosły, były niezwykle bogate duchowo, kulturowo i materialnie, i nie chodzi tu o złoto, ale o niezwykłą różnorodności, adaptację do trudnych warunków klimatycznych, rozumienie przyrody, umiejętności technologiczne.

Aztekowie, Majowie i Inkowie to kultury, o jakich słyszeliśmy, ale tu na naszą mapę wiedzy wkraczają nowe kultury: Muisca, Tairona, Zenu, Quimbaya, Calima-Malagna etc., a skarby, jakie ukazują się naszym oczom, wzbudzają tylko nasz żal, bo możemy się domyślać ile piękna, ile wiedzy przepadło bezpowrotnie. Warto było wybrać się na tę wystawę, dowiedzieliśmy się wielu interesujących rzeczy, zobaczyliśmy niezwykłe przedmioty, które wymknęły się rękom konkwistadorów, misjonarzy i rabusiów. Mam nadzieję, że ta skromna relacja obudzi wasze zainteresowania i skusi do zerknięcia na tę niezwykle malowniczą kartę historii.



Ptasia ozdoba (pectoral) , Popayan, Late Cauca 30cm na 20cm, AD900-1600

El Dorado tak obrosło mitem, że trzeba wiele odwagi, wiedzy i wyobraźni, aby pod warstwami narosłymi przez stulecia dogrzebać się do ziarnka, z którego ta legenda wyrosła. Ludność mieszkająca na terenach obecnej Kolumbii produkowała niezwykle piękne przedmioty wykonane z ceramiki, kolorowych piór ptasich, kamienia oraz metali szlachetnych.  Przedmioty te mogą nam dostarczyć wielu cennych informacji o życiu codziennym w dawnych epokach, ale tylko, gdy są odpowiednio wydobyte na światło dzienne, obmierzone, obfotografowane i zbadane. Naukowcy w trudnych warunkach starają się ocalić od zapomniana i zniszczenia te piękne artefakty i przybliżyć nam ludzi, który je wykonali i używali.

Złoto było przedmiotem o dużej wartości duchowej, nie było ono środkiem płatniczym, nie było kruszcem o wartości materialnej, było symbolem i pośrednikiem w kontakcie z siłami nadprzyrodzonymi, które decydowały o życiu i śmierci. Ilustracja takiego dialogu stała zalążkiem legendy o El Dorado (gilded one, golden one) . Pierwsza wzmianka z tym określeniem pojawia się w kronikach Fernadeza de Oviedo „Historia general y natural de las Indias (1535-48)”, w której to opisuje on „golden king”- złotego króla, który chodził pokryty sproszkowanym złotem jakby to była zwykła mąka”. I tak złoty władca, przemienił się w złote miasto, potem całe królestwo, którego poszukiwały przez całe stulecia legiony odkrywców i awanturników np. Walter Raleigh,. Opowieść Ovieda została oparta na konkretnym rytuale ludności Kultury Muisca i to chyba jest to ziarnko prawdy w legendzie.

Naszyjnik z paciorków w kształcie kłów, stop złota wczesna kultura Zenu 200 BC – AD 1000

Jeziora dla ludności tej kultury były miejscami pielgrzymek, a jedno z nich wybiło się w relacjach konkwistadorów i misjonarzy – Jezioro Guatavita. Mamy opis takiej ceremonii m.in. w dziele Juana Rodrigueza Freyle’a „ Conquista y Descubrimiento del Nuevo Reino de Granada” z 1636 roku. Otóż w czasie tej ceremonii lider (król) miał być pokryty złotym pyłem i na specjalnie zbudowanej tratwie wypływał na środek jeziora. Następnie składano bogom ofiarę ze złota, szlachetnych kamienni itp. wrzucając te przedmioty do jeziora. Oczywiście konkwistadorzy myśleli, że te prymitywne ludy nie umieją docenić wartości złota, ale oni po prostu nie byli w stanie zrozumieć, a raczej nie byli zainteresowani w poznaniu kultury podbijanych ludów. Dla nich byli to prymitywni ludzie oddający cześć demonom.

Zachowała się figurka tunjo przedstawiająca taką właśnie ceremonialną tratwę. Tunjo to specyficzny rodzaj figurki wotywnej, wykonanej w technice na wosk tracony – na płaskiej powierzchni modelowano detale oraz zwijano cienkie druty wszystko w wosku, a następnie pokrywano to gliną i wlewano specjalny stop metalu tumbaga (to stop złota i miedzi). Ta tratwa została znaleziona w rejonie Bogoty i znajduje się obecnie w Museo del Oro w Bogocie, jest ona zbyt delikatna i nie pojawiła się na tej wystawie, mogliśmy jedynie podziwiać to dzieło sztuki na fotografii.

Oczywiście takie opowieści o jeziorze pełnym złota spowodowały, że próbowano wysuszyć jezioro, aby dobrać się do tych skarbów – znaleziono złoto, paciorki kamienne i ceramiczne, ale dotychczas nie znaleziono prawdziwych „skarbów”.  To nastawienie na skarby spowodowało także, że pomijano inne niezwykłe osiągnięcie tych kultur w dziedzinie architektury, rolnictwa, wyrobach ceramicznych itp. Ta wystawa pokazała nam, że kultury prekolumbijskie to nie tylko złoto, ale niezwykle bogate życie duchowe, umiejętności rzemieślnicze, zrozumienie przyrody i adaptacja do warunków klimatycznych i geograficznych. 

Na wystawie były filmy video pokazujące różne techniki wyrobu metalowych przedmiotów przez wspomniane kultury. Wspomniana już tumbaga to stop miedzi nawet to 95% i złota od 5%, mieszając złoto i miedz obniżano temperaturę topnienia z 1064°C do 910°C, a w przypadku obecności srebra ta temperatura spadała do 767°C. Taki stop był więc łatwiejszy w obróbce, zwłaszcza przy wykonywaniu drobnych elementów zdobniczych. Jednocześnie tumbaga był twardszy niż czyste złoto, a manipulowanie proporcjami w stopie powodowało różnice w kolorze oraz także zapachu i smaku, co z kolei powodowało różne odczucia i budziło zmysły w czasie ceremonii religijnych.

Metale były wytapiane z rudy w tyglach i piecach, w których temperaturę podnoszono wdmuchując powietrze specjalnymi dmuchawami, tak uzyskiwano tejuelos – „sztaby” uformowane na dnie tygla. Były one następnie modelowane i przetwarzane w potrzebne przedmioty. Kultury objęty wystawą znały dwa sposoby obróbki złota – wybijanie za pomocą różnego rodzaju młotów, oraz odlewanie.

W południowozachodnich rejonach dominowało wybijanie. Tejuelos były obrabiane na kamiennych, cylindrycznych kowadłach przy pomocy małych okrągłych młotków. Metal był podgrzewany i modelowany, chłodzony w wodzie i znów modelowy - technologia jest znana jako wyżarzanie. Był to długi i żmudny proces wymagający dużych umiejętności i cierpliwości. Tak wykonane przedmioty były zdobione różnymi technikami. Jedną z nich było repusowanie (trybowanie, repousse), czyli zdobienie przedmiotów poprzez wybijanie na zimno wgłębień. Wzór był nanoszony na złotą – tumbagową blachę, a następnie przy użyciu narzędzi wykonanych z kamienia, rogu, tumbaga wybijano wzór, obrabiany materiał musiał leżeć na miękkim podłożu, aby wzór dał się uwypuklić. W technice takiej wykonywano duże przedmioty np. diadem z Calima-Malagana 26cm na 27cm, maski, oraz różnej wielkości ozdoby uszu, nosa itp. (np. wisiorek do kolczyka z okresu późniego Narino 9.9cm, naczynie w kształcie jaguara Colima-Malagana 6.6 na 13.5 cm)

Ten hełm wojownika został wykonany taką techniką, oczywiście złoty hełm nie był zbyt praktyczny i był to przedmiot o znaczeniu ceremonialnym, symbolicznym czy po prostu podkreślał status właściciela.

Wczesna kultura Quimbaya, 500 BC – 700 AD, © The British Museum

Inne metody zdobnicze używane przez te kultury to granulowanie – przedmioty zdobione były kuleczkami „naklejanymi” na powierzchnię metalu, używano roślinnych klejów, (który to wypalał się w wysokiej temperaturze nie zostawiając prawie śladu) do mocowania ornamentu.

Druga metoda obróbki metali używana na terenie obecnej Kolumbii to odlewanie, a najpopularniejsza technologia - na wosk tracony. Z pszczelego wosku wykonywano ornament, a także kanały dopływowe, następnie okrywano to wysokiej jakości gliną i wypalano, w ten sposób wosk się topił i zostawiał pustkę gotową na wlanie stopu metalu. Po ostygnięciu delikatnie usuwano glinianą foremkę i usuwano niedoróbki i ślady po kanałach doprowadzających metal. Taki złotnik musiał więc być dobrym rzeźbiarzem, znać się na obróbce i wypalaniu gliny, nie mówiąc już o znajomości technik obróbki stopów różnych metali. Na terenie kultury Muisca znaleziono kamienne matryce, które były używane do masowej produkcji przedmiotów - głównie ozdób tą techniką. Szczytowym osiągnięciem w dziedzinie metalurgii było wytapianie w technice na wosk tracony, ale z podwójną foremką – w ten sposób wykonywano puste w środku ozdoby i przedmioty.

Poporo  (pojemnik na proszek wapienny) w postaci siedzącej figurki kobiecej, wykonany w technice podwójne foremki – pusty w środku, AD 500-700, wczesna kultura Quimbaya

Przedmioty były polerowane oraz złocone, najpopularniejsze było tzw. „depletion gilding” - w tym procesie uzyskiwano niemal czystą złotą powłokę poprzez pozbycie się innych metali z powierzchnię danego przedmiotu. Uzyskiwano to poprzez nagrzewanie obiektu i wkładaniu go do płynu z wody, soli i soków roślinnych, w ten sposób złoto wychodziło na powierzchnię ukrywając stop tumbaga. Ten proces był też używany do ozdabiania, gdy tylko traktowano w ten sposób części przedmiotu i uzyskiwano ornament o różnym kolorze i strukturze. Patrząc na eksponaty w gablotach, czytając i oglądając filmy ukazujące techniki, jakimi się oni posługiwali nabieramy szacunku to tych cywilizacji, i żalu za tym, co nam bezmyślności ludzka zabrała.

Gorączka złota jest odpowiedzialna za systematyczne niszczenie kultur. W 1550 wydano specjalny ukaz dzielący przedmioty wykonane przez ludy tubylcze na dwa rodzaje. Pierwsze wykonane z metali i kamieni szlachetnych miały być zbierane i przetapiane w urzędach skarbowych, a drugie wykonane z drewna, piór ptasich, muszli, kości rogu itp. zostały sklasyfikowane, jako „idole pogańskie” i miały być konfiskowane i niszczone. Na szczęście niektóre z nich przetrwały nie tylko fanatyzm zdobywców nowego kontynentu, ale także chciwe łapy rabusiów ubiegłego i obecnego stulecia.

 

Naszyjnik za pazurów  i czerwonych paciorków kamiennych, kultura Tairona AD 900 – 1600, ©Museo del Oro

Archeolodzy i historycy starają się, patrząc na te fragmenty, ukazać nam bogactwo tych kultur i nie chodzi tu nie tylko o złoto, ale o piękno wyrobów codziennego użytku, o wartości duchowe i społeczne. Kultury te nie żyły w izolacji, choć krajobraz nie wskazywałby na ożywiony ruch, to jednak kwitł tu handel i wymiana kulturalno – ideologiczna. Po szlakach handlowych, głównie wyznaczanych przez rzeki, różne społeczności wymieniały się żywnością (ryby, rośliny), solą, przerobioną bawełną, muszlami, przyprawami oraz przedmiotami wykonanymi z metali szlachetnych a także ideami i technologiami.



Ozdoba nosa, łączane blachy złote wysokość:10cm szerokość:15cm, 200 BC – AD 1300, kultura Calima-Malagana, © The British Museum.

I tak w gablotach mamy naszyjniki wykonane z kolorowych kamieni, obiekty ceramiczne, naczynia, instrumenty muzyczne, ozdoby, paciorki, wisiorki, kolczyki, grzechotki, figurki przepięknie zdobione, a w jednej z gablot mamy malowany płat tkaniny bawełnianej 135cm na 122cm datowany na 1300-1400 AD z kultury Muisca. Motywy na tej tkaninie są podobne do używanych na naczyniach ceramicznych i kamiennych, i tak mamy tu twarzoczaszki z oczodołami i zębami, a głowa otoczona jest pióropuszem, nogi i ręce są podkulone - być może odzwierciedlają one pozycję zmarłego – tkanina ta była użyta w rytuale pogrzebowym.



Malowana tkanina z kultury Muisca AD1300-1400, © The British Museum

Życie duchowe i społeczne było uporządkowane, przywódczy byli odpowiedzialni za swoją społeczność, mieli o nią dbać i jej bronić. Wodzowie musieli przechodzić różne ceremonie, transformacje, w czasie których używano środków halucynogennych. Przywódcy duchowi (szamani) byli ważnymi elementami społeczności, ich wiedza o otaczającym świecie powodowała, że byli lekarzami, konsultantami w sprawach prywatnych i o większym znaczeniu dla całej społeczności. Używali oni specjalnych substancji, aby komunikować się z duchami i przodkami.

Jedną z takich świętych substancji była coca (koka) – liście tej rośliny były żute dla wzmocnienia oraz dostarczenia organizmowi składników brakujących w niektórych warunkach klimatyczno-geograficznych – liście koki są bowiem bogatym źródłem witaminy C, B1, ryboflawiny  (witaminy B2), a także wapnia i żelaza, żucie koki mogło zapobiegać szkorbutowi. Koka była żuta, aby zwiększyć wytrzymałość fizyczną, zwłaszcza podczas bitew oraz w czasie ciężkiej pracy na dużych wysokościach w chłodnym klimacie. Liście koki były noszone w specjalnych torbach wykonanych czasami z tumbaga, przeżuta papka trzymana były przy policzku i wysysana od czasu do czasu. Przyswajanie było łatwiejsze, gdy liście zmieszano ze sproszkowanymi muszlami lub wapieniem, tak proszek był trzymany w specjalnym naczynku zwanym poporos, niektóre z nich to prawdziwe arcydzieła. Proszek był wyjmowany z naczynia za pomocą specjalnego długiego „patyka, czy szpili ” także zdobionego.

Niekóre poporos wykonywane były w dwóch częściach pojemnik i szyjka i tu mamy przykład takiej bardzo szyjki zdobionej sześcioma ludzkimi twarzami. Na wierzchu pojemnika mamy otwór przez który wkładano szpilę aby nabrać proszku wapiennego.  

Stop złota, wczesna kultura Quimbaya 500 BC – AD 700, ©The British Museum.

Inne rośliny uważane za dar od bogów, pomagające w transformacji i dialogu z zaświatem, to yopo, yaje i tytoń. Yopo to substancja pozyskiwana ze startych wyprażonych nasion drzewa Anadenanthere peregrina i była używana, jako halucynogen w Ameryce Południowej od 4 tysięcy lat. Wizje, jaki przychodziły do wybranych pomagały w utrzymaniu ładu w świecie.

Symbolizm miał duże znaczenie w życiu duchowym i tak szaty i ozdoby wyrażały status i pozycję społeczną danego osobnika, były one tzw. drugą skórą i często pomagały w wykonywaniu obowiązków. Mamy też ornamenty ciała, które pozostawały na całe życie np.: blizny, przekłuwanie nie tylko uszu i nosów, deformacja czaszek, ścieranie zębów itp.

Nietoperz był kojarzony z nocą i zaświatem, żył on i polował w ciemności. Tu mamy przykład ozdoby przedstawiającej człowieka nietoperza (Batmana), jest to niezwykły okaz, bogato zdobiony- dzieło mistrza. Nosząc taki ornament w czasie różnych rytuałów jego właściciel mógł nabrać cech nietoperza siły, orientacji w ciemności itp.



Figurka Batmana, kultura Tairona AD 900 - 1600, stop złota © Museo del Oro

Duchy też przybierały postać zwierząt, mamy więc figurki ptaków, nietoperzy, jaguarów, aligatorów itp., jako elementy tego dialogu czy talizmany, mające chronić właściciela. Przedmioty, zwłaszcza wykonane ze złota, miały swój własny cykl życiowy, nie miały wartości materialnej, ale duchową. Złoto było sposobem komunikacji ze światem nadprzyrodzonym.

Życie i śmierć było widziane jako kontynuacja, zmarli towarzyszyli żywym, stawali się częścią życia duchowego. Zwłaszcza elity miały wielkie znaczenie, pogrzeb i rytuały związane ze śmiercią zacieśniały więzy społeczne. Życie doczesne ludności zamieszkującej tereny obecnej Kolumbii było bogate i różnorodne, toteż podobnie było z rytuałami pogrzebowymi. Niektóre społeczności grzebały zmarłych w kamiennych sarkofagach w komnatach bogato dekorowanych np. w Tierradentro mamy nekropolię z pięknie malowymi komnatami połącznymi schodami prowadzącymi do świata podziemnego. W kulturze Muisca osoby o wysokim statusie społecznym po śmierci były „suszone” (mumifikowane) przy ogniu i owijane warstwami wysokiej jakości tkaniny, następnie takie mumie składane były w jaskiniach, schroniskach skalnych itp. Osoby o szczególnym znaczeniu za życia siadywały na specjalnych krzesłach –taboretach tianga, których mniejsze wersje także znajdowano w wyposażeniu grobów.  Taborety, krzesła były symbolem stabilności i mądrości, a siedzenie było utożsamiane z siłą i wiedzą.

Społeczności z rejonu Tolima uważały, że kości przodków są jak nasiona nowego życia i praktykowały powtórne pochówki. Najpierw ciała zmarłych pozostawiano czekając na to, aż zostały tylko kości, czasem obsuszano przy ogniu, a następnie zebrane kości palono i składano w urnach razem z darami. W urnach znajdowane są pojedyncze oraz zbiorowe pochówki. Czasami liderowi w takiej podróży w zaświaty towarzyszyli niewolnicy i rodzina.

Calima –Malagana i Quimbaya grzebali swoich zmarłych w wyprostowanej pozycji, owiniętych w zwoje tkanin najlepszej jakości i w pełnym rynsztunku władzy etc. , następnie ciała składano w komnatach grobowych i często przykrywano ziemnymi nasypem lub kamiennymi konstrukcjami.

We wszystkich kulturach groby były odwiedzane, a zmarli stawali się dodatkowymi pośrednikami między dwoma światami  - doczesnym i nadprzyrodzonym.

Na wystawie można było zobaczyć urny, maski pogrzebowe, model gliniany krzesła tianga.



Maska pogrzebowa 200BC – 1300AD wykonana ze stopu złota, kultura Calima-Malagana, przechowywana w i © Museo del Oro – maski takie miały pomóc w przejściu do świata pozaziemskiego.

Wystawa była naprawdę interesująca, a jeżeli będziecie w Muzeum Brytyjskim to można kupić katalog, co prawda duży, ciężki i drogawy, ale zawierający wiele ciekawych informacji i ilustracji. I to by było na tyle - wpis został zilustrowany materiałami Press Association.

poniedziałek, 17 lutego 2014

 

To już trzecia edycja tej wystawy, na której byliśmy, wygląda na to, że chodzenie na tę wystawę stało się naszą tradycją. Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”. Początki tej wystawy były skromne, bowiem na pierwszy konkurs w 1965 roku nadesłano 500 zdjęć, na tę 23 już edycję wpłynęło 43 000 zgłoszeń z 96 krajów, zwiększyła się także liczba kategorii - w pierwszej edycji było ich tylko 3, a teraz można powiedzieć, że jest ich 17. Konkurs jest organizowany przez Muzeum Historii Naturalnej i BBC i jest otwarty dla wszystkich, zgłoszenia są przyjmowane od grudnia do lutego, a potem panele sędziowskie muszą zdecydować o nagrodach. Kategorie są takie same każdego roku i tak znów mamy: Portrety Zwierząt, Królestwo Roślin, Czarno-biała przyroda, Zachowania: - Ssaków, -Ptaków, Zwierząt zimnokrwistych, Dzikie Zakątki, Dzikie życie w mieście, Świat podwodny, Kreatywna Wizja Przyrody, Zwierzęta w swoim naturalny środowisku, nagroda Geralda Durella promująca zagrożone gatunki zwierząt, nagroda dla młodych fotografów im Erica Hostinga za portfolio artystyczne, nagroda foto-dziennikarska, kategoria dla młodzików i dzieci, i tzw. „Świat w naszych rękach”- która ma ukazywać wpływ człowieka na środowisko naturalne. Nie zawsze zgadzaliśmy się z decyzjami jurorów, ale tak to już jest, że każdy ma swoje opinie, ale wiele zdjęć nas znów zachwyciło i gorąco Was namawiam do zobaczenia tej wystawy. W Londynie jest ona do 23 marca 2014 roku w Muzeum Historii Naturalnej, ale jak każdego roku będzie ona objeżdżać, UK i zawita też do Polski, miejcie wiec oczy i uszy szeroko otwarte.

Jak co roku otrzymałam od muzealnej agencji prasowej 5 zdjęć promocyjnych i znów bardzo było trudno wybrać, bo jak już wybrałam to nagle inne mi się spodobało i musiałam poprosić mojego ukochanego o podjęcie męskiej decyzji.


 © Peter Delaney "Showdown"

Pierwsze zdjęcie do prezentacji wybraliśmy z kategorii Portrety Zwierzęce, nie była jednak to fotka zwycięska, zajęła drugie miejsce, ale nam się bardziej spodobała. Zatytułowana została „Showdown” a jej autorem jest Peter Delaney (to stały chyba uczestnik konkursowy bo jego nazwisko obiło już nam się o uszy). Zdjęcie zostało zrobione przy wodopoju w Parku Kgalagadi, gdzie nad padliną zebrały się sępy. Ma taką atmosferę westernu, pojedynku o poranku lub zachodzie słońca. Oto jeden z ptaszków przybiera pozycję, nastroszył piórka i zaraz wkroczy do akcji. Pochylona głowa, dziób gotowy do ataku, wzrok wbity w cel, którego my nie widzimy, ale prawie słyszymy ten dźwięk i zaraz kusz nas zacznie drapać w gardle i gryźć w oczy. Super moment, genialne uchwycenie – dla nas to było zwycięskie zdjęcie.

W tej kategorii na drugim miejscu były dwa zdjęcia i to drugie też było urocze zdjęcie Hannesa Lochnera (Curiosity and the cat) , któremu udało się zaintrygować lwicę i podeszła ona do aparatu z taką ciekawską minką na pyszczku i patrzy się na nas wielkimi oczami. Chciało by się powiedzieć : „ Jakie ty masz wielkie łapy, jakie ty masz wielkie oczy, jaki ty masz wielki nos, a potem to już tylko chyba jakie ty masz wielkie zęby….”

Ta kategoria okazała się naszą ulubioną, bowiem aż trzy fotki wybraliśmy do ilustracji tego wpisu.

Kolejna zdjęcie autorstwa Douglasa Seiferta „ Travelling companions”  najlepiej to chyba przetłumaczyć jako „ podróżnicy”. Na zdjęciu mamy kawałek wielkiego diugonia (piersiopławka) i dwie małe młode rybki z gatunku Golden Trevally (ghathandon speciousus) – nie mam pojęcia jak się nazywają po naszemu.

 ©Douglas Seifert "Traveling Companions"

Jest to zdjęcie pełne spokoju i dostojeństwa, olbrzym na niebieskim tle z dwoma maleństwami płynącymi mu przed nosem. Piękno, cisza, bezruch, choć jest to zdjęcie w ruchu, aż ściska nas w sercu, gdy się dowiadujemy, że ten uroczy zwierzak tak tajemniczo i lekko uśmiechnięty jest na liście gatunków zagrożonych. Muszę się przyznać, że długo chyba stałam przed tym zdjęciem i nie mogłam się od niego oderwać i teraz też wpatrują się w nie z pewną tęsknotą za … sama nie wiem, czym i wydaje mi się, że słyszę lekki szum fal.

 „ Eye of a toad” (oko ropuchy), to kolejne zdjęcie z tej kategorii, które mi się spodobało, a zostało zrobione przez rodaka Łukasza Bożyckiego. Warszawiak spędził parę godzin stojąc w sadzawce bez ruchu, robiąc zdjęcia ropuchom. Nie jest to może najwdzięczniejszy temat, ale jak zobaczycie to zdjęcie to zmienicie zdanie. Jest ono tajemnicze i dramatyczne. Niesamowitej atmosfery dodają zachodzące słońce odbijające się w sadzawce i oku ropuchy, które wydają się płonąć. Ten mały płaz wygląda tu groźnie i majestatycznie pół zanurzony w pomarańczowej wodzie i nie wiadomo czy sobie odpoczywa, czy szykuje się do ataku. Oto pogromczyni much, przyczajona, cierpliwie czekająca na odpowiedni moment. Piękne zdjęcie, nie trzeba jechać do egzotycznych krajów, aby osiągnąć ciekawy rezultat, potrzeba wyobraźni, cierpliwości i odrobiny szczęścia.

 ©Łukasz Bożycki "Eye of the toad" 

Kolejna fotografia, która zrobiła na nas duże wrażenie to zdjęcie Siergieja Gorshkova „ The Cauldron”, zwycięzca w kategorii „Dzikie Zakątki”.  To zdjęcie naprawdę trzeba zobaczyć w dużym formacie, jest to przytłaczający pokaz siły natury, momentu zniszczenia i tworzenia, piękna i grozy. Na zdjęciu mamy wulkan gorący, plujący lawą, dymiący w odległej krainie, na końcu świata zwanym Kamczatką. Na około mróz około -40 °C a tu z wulkanu spływa rzeka ognia, a w sercu wulkanu tryska sobie fontanna lawy. To trzeba mieć szczęście, aby coś takiego zobaczyć, sfotografować i nie ucierpieć na zdrowiu. Autor wisiał w otwartych drzwiach helikoptera przypięty dla „bezpieczeństwa” i pstrykał zdjęcia, no i efekt jest niesamowity.

 

 ©Sergey Gorshkov "The cauldron" 

Ostatnie z wybranej piątki to wyróżniona fotografia Michaela „Nicka” Nicholsona zatytułowana „Sharing a shower” w kategorii „ Zwierzęta w swoim naturalnym środowisku”. Oto mamy dwa lwy w deszczu, a ich pyszczki wyrażają jakby tu powiedzieć taki trochę niesmak, bo ta woda jest mokra, i kapie i siąpi, i wpada w oczy, i grzywa mokra i nie wygląda już tak groźnie i majestatycznie i…. Choć ta woda zdrowia doda i życie uratuje w klimacie i środowisku, w jakim te zwierzaki żyją to jednak sam opad deszczu może być trochę uciążliwy. Znów trzeba mieć kupę szczęścia, aby coś takiego uchwycić.



 ©Michael 'Nick' Nichols "Sharing a shower"

Ciekawych, uroczych, interesujących zdjęć na tej wystawie jest dużo i choć jak co roku przy niektórych myśleliśmy – dlaczego ono dostało nagrodę to jednak jak co roku wyszliśmy z niej zachwyceni. Bo oto Uge Fuertes Sanz pokazał nam bajkowy krajobraz z drzewami kołczanowymi (The magical kokerbooms), a zdjęcie Steve’a Race’a „True Love” świetnie się nadaje na kartę Walentynkową – oto mamy przytulające się głuptaki, na szyi samiczki girlanda z kwiatów  - urocze po prostu. W kategorii „Zachowania – Ssaki„ moment, gdy miś upolował rybkę w strumyku jest po prostu porażający. Valter Bernardeschi uchwycił niedźwiadka z rybką z pyszczku potrząsającego na boki, woda chlapie na prawo i lewo, a z rybki wycieka ikra i rozpryskuje się jak czerwone korale po zdjęciu. Potem stajemy oko w oko, nos w nos z wielkim żółwiem uwiecznionym przez Luisa Javiera Sandovala, a jeszcze „lodowa Aurora” Ellen Anon, krokodylek Jordi Chias Pujol, a potem „magiczne grzybki” Agorastosa Papatsanisa i wiele, wiele innych. Polecam wam tę wystawę, bo przybliża ona nie tylko odległy i egzotyczny świat, ale i ten, co jest o parę kroków od naszych drzwi.

Godziny otwarcia w Muzeum Historii Naturalnej od 10 rano do 18 po południu, ostatnie wejście na wystawę o 17:15 ale lepiej nie przychodzić tak późno bo można tam łatwo spędzić parę godzin - jest na co popatrzeć.

Ceny:

Dorośli – £12 z darowizną, £10.90 standardowy bilet

Dzieci (od 4 do 16 lat)  i bilety ulgowe (studenci oraz osoby od 60 lat)  – £6 z darowizną, £5.40 standardowy bilet

Rodzinne (max 2 dorosłych i 3 dzieci) - £33 z darowizną, £30 standardowy bilet.

Jeżeli kupujecie przez Internet to naliczają £1.5 opłaty za dokonanie rezerwacji. Wybiera się też godzinę wejścia na wystawę.

Dojazd: najbliższa stacja metra to South Kensington, linie metra District (zielona), Circle (żółta)i Piccadilly (granatowa). 

Wystawa po UK odwiedzi m.in takie miejsca:

Bristol w MShed: do 21 Luty 2014

Edinburgh w Narional Musuem of Scotland: od 17 marca do 1 czerwca

Newcastle w Centre for Life: do 2 Marca

Oxford w Oxford University Museum of Natural History: od 15 Czerwca do 15 Września  

Winchester w Winchester Discovery Centre: od 12 Czerwca do 21 Września

W Polsce w 2014 roku

Bielsko-Biała - Galeria Bielska BWA, ul. 3 Maja 11: od 5 Lutego do 2 Marca

Szczecin - Muzeum Narodowe, ul. Wały Chrobrego 3: od 6 do 30 Marca

Mińsk Mazowiecki - Muzeum Ziemi Mińskiej, ul. Okrzei 16: od 3 do 27 Kwietnia

Sopot - Państwowa Galeria Sztuki, Pl. Zdrojowy 2: od 30 Kwietnia do 27 Maja

Stalowa Wola - Muzeum Regionalne, ul. Sandomierska 1: od 1 do 29 Czerwca

Białowieża - Białowieski Park Narodowy, Park Pałacowy 5: od 4 do 29 Lipca

Szklarska Poręba - Karkonoski Park Narodowy, ul. Okrzei 28: od 2 do 31 Sierpnia

Jelenia Góra - Muzeum Przyrodnicze, ul. Cieplicka 11A: od 4 do 28 Września

Warszawa - Muzeum Ziemi PAN, Al. Na Skarpie 27: od 2 do 30 Października

Wrocław - Muzeum Miejskie, Ratusz/ul. Sukiennice 14/15: od 5 do 30 Listopada  

Bydgoszcz - Muzeum Okręgowe, ul. Grodzka 7-11: od 2 do 28 Grudnia

czwartek, 06 lutego 2014

Trochę was zaniedbałam drodzy czytelnicy, ale ostatnio graliśmy intensywnie w gry i jakoś ciągle mi brakowało czasu na pisanie, a i biurko nam się rozpadło i trzeba było uzbierać kasę na nowe. Ale teraz już jest, możemy sobie oboje siedzieć i nie ma już wymówki, aby nie pisać. Tematów się nazbierało: wystawy: kino, urlopy itp., ale jak to zwykle na początku roku zacznę od nowych cen w londyńskim transporcie.

Najpierw jednak wyjaśnię trochę terminologii, bo zawsze się pojawiają jakieś pytania w tej sprawie.

Londyn jest podzielony na 6 stref głównych (oraz na niektórych liniach są dodatkowe  strefy podmiejskie – proszę zerknąć na mapkę metra i sieci komunikacyjnej w Londynie) i cena opłaty za przejazd zależy od ilu i przez jaki strefy przejeżdżamy. Miasto ma różne rodzaje transportu: Tube (metro),  autobusy, DLR czyli Docklands Light Railway,  Tram (tramwaje) i National Rail (czyli koleje) oraz London Overground - też kolejka, która kiedyś nazywała się Silverlink.

TfL- skrót Transport for London.

Travelcard – Travelka to bilet wielokrotnego użycia i można go kupić na jeden dzień, tydzień, miesiąc i rok ( nie ma biletów weekendowych). Może to być papierowy bilet, albo można go mieć na karcie Oyster. Tavelka jednodniowa ma dwie opcje: Peak i Off Peak, jest dostępna tylko w wersji papierowej. Mamy więc Travelkę jednodniową w wersji Anytime – całodzienną, bo ważna jest przed 9:30 w tzw. Peak Time i jest przez to droższa oraz Day Off-Peak - czyli podróż się ma zacząć po 9:30 rano. Travelka jednodniowa jest ważna do 4:30  rano następnego dnia - tak żeby móc do domu wrócić nocnym autobusem.  Metro i koleje w większości zamierają w okolicy północy. Są plany, aby wprowadzić całodobowe metro i  od przyszłego roku na początek ma tak być w weekendy. Na Oysterce mamy tzw. Price Cap.

Travelka obejmuje: metro, autobusy (miejskie), tramwaje, DLR, overground, National Rail.  

 

Peak time - czyli godziny szczytu w transporcie - to czas w ciągu dnia, gdy jest największy tłok, bo ludzie jadą do pracy, szkoły a potem z pracy i szkoły itp. Peak time  to czas przed godziną 9:30 od poniedziałku do piątku oraz miedzy 16:00 a 19:00 dla opłat jednorazowych.

Off Peak -  to po godzinie 9:30, oraz weekendy i dni świąteczne.

W tym roku wprowadzono „małe” zmiany w sprzedawanych Travelkach jednodniowych Off Peak – otóż zlikwidowano papierowe Travelki Off Peak dla stref 1-2 i 1-4 ale Daily Price Cap na Oysterkach dla tych stref zachowano – to chyba po to, aby zmusić ludzi do używania Oysterek, albo uprościć rodzaje biletów bo w planach jest zamknięcie większości kas biletowych na stacjach metra. Jest tylko jedna Travelka Off Peak i kosztuje tyle samo na 1 co i na 1-6 stref – cena £8.90.

Karta Oyster – to taki plastikowy bilet wielokrotnego użytku, można mieć na niej Travelkę tygodniową, miesięczną i roczną albo można naładować sobie pieniądze i płacić za każdy przejazd -  nazywa się to „pay as you go” (karta przedpłacona). Jest to tanńsze niż płacenie gotówką w autobusie, czy kupowanie pojedynczego biletu na metro itp.

Karta Oyster jest wydawana za kaucją £5,  tu nic się nie zmieniło. Kaucja jest do odzyskania jak się tę kartę odda, a można to zrobić  na każdej stacji metra lub w puntach sprzedaży, które są oznaczone niebieskim symbolem tej karty (nawet ogłaszają, że można im ją wysłać pocztą i też to jakoś zorganizują) .

Używanie karty Oyster

Można jej używać w autobusach - dotykamy tylko raz żółtego czytnika przy kabinie kierowcy przy wsiadaniu. Natomiast w metrze, pociągach, DLR  i na Overgroundzie dotykamy czytnika przy wchodzeniu i wychodzeniu. Jest to ważne, bo jeżeli macie „pay as you go” nawet z wystraczającymi funduszami, a zapomnicie dotknąć czytnika przy wejściu, podczas kontroli inspektor potraktuje to jak jazdę na gapę. Natomiast jeżeli zapomnicie dotknąć przy wyjściu (np. gdy nie ma bramek) to automatycznie skasuje jak za całodzienną Travelkę. Autobusy to wyjątek – tylko raz.

Price Capping – to taki system na karcie Oyster, który powoduje, że nie zapłaci się  więcej używając Oysterki niż gdyby się kupiło papierową Travelkę. Koszt Daily Cap na Oysterce jest mniejszy niż dzienna Travelka, czyli jeżeli mieszkacie w Londynie, lub będziecie tu wracać, to warto jest zainwestować w tę kartę. Jest to też oczywiście intensywne zachęcanie ludzi do używania Oysterek. Oczywiście jest tu też opcjia Peak and Off Peak time.

Pozostawiono Daily Price Cap na wszystkie strefy i rodzaje na poziomie z ubiegłego roku. Dobrze że przynajmniej to się nie zmieniło.

Dzieci do lat 10 jeżdżą za darmo jeśli są pod opieką rodziców albo osoby dorosłej (do 4 dzieciaków na jednego dorosłego), a gdy mają same używać transportu można im wyrobić kartę Oyster dla dzieci, jest tu opłata administracyjna £10 i trzeba dostarczyć zdjęcie. Dobrze jest taką kartę wyrobić jeśli dzieciak wygląda na więcej niż 10 lat.

Dzieci 11-15 należy wyrobić Zip Oyster photocard, z nią mają dzieciaki darmowe przejazdy autobusami i tramwajami oraz „pay as you go” na dziecięcych taryfach w metrze, DLR, pociągach i Overgroundzie. Trzeba złożyć aplikację przez Internet lub na poczcie. Trzeba udowodnić wiek, można użyć paszportu, aktu urodzenia, dostarczyć fotkę oraz zapłacić £10 które to jest opłatą administracyjną i nie jest zwracane jeżeli aplikacja zostanie odrzucona.  Więcej szczegółów na stronie TfLu : 11-15 Zip Oyster photocard . Proszę potem kliknac na "How to Apply" i mamy dwie opcje "I live in London borough" oraz "I live outside London" ( to też dotyczy zagranicy, wybirera się miejsce odbioru i trzeba pokazać paszport dziecka z datą urodzenia. )

Są nadal w sprzedaży Dzienne Dziecięce Travelki w formie papierowej, w dwóch wersjach Peak (Anytime) i Off Peak. Cena takiej travelki zależy oczywiście od stref przez które chcemy jechać i tak np Peak (Anytime) strefy 1- 2 to £ 4.50 a na 1-3 i 1-4 to £5.70 na 1-6 to £8.50; w Off Peak natomiast koszt travelki na 1 czy 1-6 jest taki sam i wynosi £3.60. 

Uwaga na Koleji obowiązują inne zasady, darmowe przejazdy dla dzieci są tylko do 5 roku życia.

Studenci uczący się w Londynie mają prawo do zniżkowych biletów okresowych, ale trzeba byś studentem w akceptowanych placówkach – ich lista jest na stronie TfLu, oraz mieszkać w czasie studiowania w Londynie. Można sobie wyrobić kartę przez Internet wypełniając podanie (aplication form) dostarczając fotkę i dowód że jest się studentem – wydają to w placówkach edukacyjnych. Jest oczywiście opłata administracyjna £10, ale potem jest 30 % zniżki przy opłatach za Travelki okresowe.

Autobusy i Tramwaje dotykamy przy wsiadaniu żółtego czytnika w autobusie przy kabinie kierowcy, a przy tramwajach na przystanku tramwajowym. Na stacji Wimbledon jeśli jedziemy z tej stacji tramwajem trzeba dotknąć przy wejściu przez bramki  a potem także żółty czytnik na peronie ( jest to bowiem stacja gdzie można jechać także metrem i pociągiem, i chodzi o to, aby tylko skasowało za podróż tramwajem. Gdy jedziemy tramwajem do Wimbledonu to dotykamy czytnika na przystanku tramwajowym, z którego wyjeżdżamy, a potem tylko bramek na dworcu w Wimbledonie. Nie ma już w sprzedaży Dziennych Bus Passów, oraz tzw. Bus Saver tickets – karnetów, te ostatnie można nadal używać jeżeli ma się ich jakiś zapas. Tygodniowe, miesięczne i roczne Bus Passy są tylko na Kartach Oyster, papierowych już nie wydają.

W komunikacji miejskiej autobusowej nie ma podziału na strefy, Travelka pozwala na podróżowanie we wszystkich sterfach autobusami komunikacji miejskiej oznaczonymi znaczkiem Transport for London.

Uwaga od 6 lipca nie będzie można płacić w autobusach gotówką.

Opłata jednorazowa za przejazd autobusem to teraz: gotówką - £2.40 utrzymano cenę zeszłoroczną; natomiast podniesiono o 5 pensów opłatę Oysteką i teraz to jest £1.45; Daily Price Cap jak w ubiegłym roku £4.40. Tygodniowy Bus Pass (tylko dostępny na Oysterce) to £20.20. Jeżeli płacicie gotówką w autobusie to lepiej mieć odliczone pieniądze, bo kierowcy nie zawsze będą mieli wydać. Można płacić też kartami kredytowymi bezdotykowymi – i kasuje jak za użycie Oysterki.

Doładowanie Karty Oyster

Można to uczynić w każdym punkcie sprzedaży oznaczonym niebieskim symbolem Oyster, w kasie na każdej stacji metra i w automatach, także na dworcach kolejowych. Sprzedawcy mogą nam też powiedzieć ile mamy na karcie. Gdy podajemy kartę mówimy np. ile chcemy doładować funtów jeżeli używa się „pay as you go” - albo gdy chcemy tygodniową lub miesięczną Travelkę na Karcie Oyster to mówimy na ile czasu, na ile stref, i od kiedy ma zacząć działać. W automatach jest instrukcja jak to zrobić po polsku, ( w końcu nasz język jest na drugim miejscu)  i jest to dość proste.

Najpierw dotykamy żółtego czytnika kartą Oyster, tu pojawiają się opcje co chcemy zrobić : „pay as you go” , czy kupić Travelkę.

Opcja „pay as you go” pozwala na doładowanie pieniędzy, wybieramy z opcji na ekranie ile chcemy doładować, płacimy gotówką lub kartą i uwaga jeszcze raz dotykamy czytnika kartą Oyster aby ją zaktualizować – jest to ważne. Potem możecie jeszcze raz dotknąć czytnika i sprawdzić ile macie i czy zadziałało, na wszelki wypadek wciśnijcie „guzik” aby wydało też dowód wpłaty-doładowania.

Druga opcja Travelka – na tydzień i na miesiąc, do miesięcznej należy zarejestrować kartę aby ją chronić. Do tygodniowej nie trzeba tego robić. Wciskamy więc na ekranie, np. że chcemy tygodniową (7 dniową) i na ile stref i od kiedy ma być ważna – płacimy i znów dotykamy żółtego czytnika aby kartę zaktualizować. Można też doładować kartę przez Internet na stronie TfLu.

Przykładowe opłaty gotówka a Karta Oyster w systemie „pay as you go”

Strefa

Opłata gotówką

Oyster „pay as you go”

Peak

Off Peak

Peak Price Cap

Off Peak Price Cap

1

£4.70

£2.20

£2.20

£8.40

£7.00

1-2

£4.70

£2.80

£2.20

£8.40

£7.00

1-3

£4.70

£3.20

£2.70

£10.60

£7.70

1-4

£5.70

£3.80

£2.70

£10.60

£7.70

1-5

£5.70

£4.60

£3.00

£15.80

£8.50

1-6

£5.70

£5.00

£3.00

£15.80

£8.50

2-3

£4.70

£1.60

£1.50

£10.60

£7.70

2-6

£5.70

£2.70

£1.50

£15.80

£8.50

 

Przykłady opłat za Travelki okresowe (Anytime and Day Off Peak – tylko papierowe; Tygodniowe i dłuższe mogą być na Oysterce)

Travelka

Strefa

Day Anytime

Day Off Peak

Tygodniowa

Miesięczna

roczna

1 i 1-2

£9.00

£8.90

£31.40

£120.60

£1256

1-3

£11.40

£8.90

£36.80

£141.00

£1472

1-4

£11.40

£8.90

£45.00

£172.80

£1800

1-5

£17.00

£8.90

£53.40

£205.10

£2136

1-6

£17.00

£8.90

£57.20

£219.70

£2288

2-3

£11.40

£8.90

£23.60

£90.70

£944

2-6

£17.00

£8.90

£39,20

£150.60

£1568

Wpisy na rok 2015  bo nie udało się zmieścić w jednym tutaj

http://imigrantka.blox.pl/2015/01/Transport-w-Londynie-na-rok-2015-cz-1.html

i tutaj http://imigrantka.blox.pl/2015/01/Transport-w-Londynie-na-rok-2015-cz-2.html

 

 

Najczęściej zadawane pytania:

  • Co się bardziej opłaca Travelka czy Oysterka? To naprawdę zależy jakie macie plany, czy jest to urlop, czy tu chcecie zamieszkać, czy to jest jeden pobyt, itp. Musicie popatrzeć na ceny i sami zdecydować bo ja nie jestem tego w stanie za was zrobić. Czasem opłaca się zainwestować w Oysterkę a czasem nie.
  • Jak dojechać z … do… ? Podaje linki do mapek metra i kolei, proszę tam sprawdzić. Na stronie TfLu jest też specjalna strona „Journey planner „ na której to można sobie dokładnie sprawdzić podając różne wiadomości np. stacje metra, nazwy atrakcji turystycznej, a najlepszym sposobem jest podanie kodu pocztowego.
  • Hotele – najlepsze strony, których sama używam podróżując po Wielkiej Brytanii to Tripadvisor, expedia proszę tam zajrzeć.
środa, 06 listopada 2013

  

W tym roku mamy wysyp filmów opartych na prawdziwych wydarzeniach, opowiadających historię ludzi których znamy, taka epidemia po prostu. Niki Lauda - to imię jest znane nie tylko miłośnikom Formuły 1, prawie każdy o nim słyszał, James Hunt to dla mnie ktoś nowy, może jego imię obiło mi się o uszy, ale pierwszy raz poznałam jego historię w lecie tego roku słuchając audycji Czwórki BBC. To taka niekomercyjna brytyjska stacja radiowa, która nadaje programy „mówione” jak wiadomości, słuchowiska radiowe, reportaże, biuletyny, wywiady, kabarety itp. Lata temu poleciła mi ją moja nauczycielka angielskiego, mówiąc, że się osłucham i będę lepiej rozumieć oraz nauczę się nowego słownictwa itp. Posłuchałam się jej i opłaciło się na egzaminach miałam najlepsze wyniki właśnie ze słuchania i rozumienia tekstu. Od lat jestem wierną słuchaczką, a kiedy doszła stacja BBC7, teraz funkcjonująca jako BBC4 Extra, to mało nie dostałam rozdwojenia, bo ta nowa prezentowała nagrania archiwalne sprzed lat wielu. Ale odbiegam tu od tematu. Otóż walczyłam z górą prania, która wymagała prasowania i jak zwykle włączyłam sobie „Czwórkę”, aby nie było nudno i wtedy leciała w radio specjalna audycja o tych dwóch legendach Formuły 1. Wtedy to po raz pierwszy wbiło mi się w głowę nazwisko James Hunt. Był to program poświęcony właśnie słynnej rywalizacji między Niki Laudą a Jamesem Huntem o mistrzostwo w Formule 1 w sezonie 1976. Były tam wywiady z ludźmi, który ich obu znali, z nimi pracowali i komentowali ich zmagania na torze. Program był bardzo dobrze zrealizowany i zapadł mi w pamięci, a parę dni później zobaczyłam zwiastun filmu „Rush” i od razu było wiadomo, że jest to film na który wybierzemy się do kina.

Film ten długo nam uciekał, godziny pracy, zmęczenie, wyjazd na urlop, wszyscy w pracy już byli i zachwycali się, a ja nie. W końcu udało nam się i dopadliśmy go. Przesiedziałam cały film prawdopodobnie z otwartą gębą i bojąc się mrugnąć, aby czegoś nie przegapić. Znałam ich historię, miałam to świeżo w pamięci. ale nie zmniejszyło to napięcia z jakim śledziliśmy wydarzenia na ekranie. Film jest tak fantastycznie zrobiony, że nawet gdy wiemy co się stanie, to zaciskamy pięści, kciuki i czujemy dreszcz przerażenia. Wypadek Niki Laudy, jego pobyt w szpitalu to po prostu koszmar, a to że wsiadł po tym wszystkim do bolidu i wrócił na tor to jest po prostu niesamowite, gdyby nie to, że tak się tak się naprawdę stało i on to zrobił to, można by powiedzieć, że nam scenarzysta wyciskacza łez tu podsuwa pod nos.

Daniel Bruhl as Niki Lauda

Główną zaletą filmu jest obsada, i w oczy rzuca się oczywiście przystojny Chris Hemsworth odtwarzający rolę Jamesa Hunta, ale na mnie wrażenie wywarł grający Niki Laudę Daniel Brühl. Różnice między tymi dwoma są diametralne, na pierwszy rzut oka, ale obaj dzielą pasję, zapał i umiejętności – z którymi trzeba się urodzić, bo tego nie można się nauczyć. Obaj obrzucają się obelgami, złośliwościami, ale szanują umiejętności jakie posiadają. Jest między nimi niewidzialna więź, więcej ich łączy niż dzieli, obaj wybrali karierę wbrew opinii rodziny.  Na końcu filmu Niki Lauda przyznaje, że James Hunt był rywalem, dla którego miał respekt, za jego umiejętności, mógł jechać obok niego z zabójczą prędkością w odległości 2 cm i wiedział, że James jest w stanie utrzymać samochód.

Ch. Hemsworth as James Hunt

Dodatkowym atutem filmu jest muzyka skomponowana przez Hansa Zimmera, oczywiście są kawałki z lat 70-tych, ale to ta instrumentalna muzyka wciska w fotel na równi z pędzącymi po torze samochodami.

Jest w tym filmie dużo humoru, scena gdy Niki i dopiero co poznana przez niego Malrene stoją przy zepsutym samochodzie rozkłada człowieka kompletnie. Oto Niki próbuje zatrzymać inny samochód, bez skutku, wtedy odstrojona kobieta przystępuje do akcji, bo to są w końcu Włochy no i samochód się zatrzymuje, ale dlaczego i z jakim efektem to już musicie zobaczyć w kinie.

Jednym ze smutnych faktów związanych z tym filmem jest śmierć w październiku na torze w Australii jednego z kaskaderów biorących udział w kręceniu scen wyścigowych. Sean Edwards zagrał swojego ojca Guya Edwardsa, to był jeden z kierowców, który wyciągał Laudę z płonącego bolidu. Szkoda.

Niki Lauda powiedział, że był pod wrażeniem filmu, że wszyscy wykonali dobrą robotę. Zaimponowała mu gra Daniela, który będąc Niemcem zagrał Austriaka  (to nie jest łatwe), a dodatkowa trudność to mówenie po angielsku z austriackim akcentem. Lauda spotkał się z aktorem i spędzili trochę czasu razem, aby on mógł go lepiej poznać. Był też pod wrażeniem Ch. Hemswortha grającego Jamesa. Najbardziej żałuje, że po tej premierze nie mogli sobie z Jamesem pójść do knajpy i się upić. James Hunt zmarł w 1993 roku na atak serca.

Jest to jeden z lepszych filmów, jakie obejrzałam w kinie w tym roku, wbił mnie w fotel i jest to film który na pewno zagości na naszej półce z DVD. Zachęcam was do pójścia do kina, i wcale nie musicie być wielbicielami czy znawcami Formuły 1, to film dla każdego.

Polecam

 

Images by Press Association

 

Tagi: film historia
15:30, edyta1972 , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 października 2013



Z jaskini Blue Johna wróciliśmy na trakt i pojechaliśmy do zamku Peveril. Stoi on, a raczej jego ruiny, na wzgórzu przy uroczym miasteczku Castleton. Zamek widać z daleka i jak się dowiedzieliśmy w informacji trzeba do niego dojść ulicą Zamkową (Castle Street) i potem wypatrywać małej ścieżki po prawej stronie na końcu ulicy, uwaga - znak wskazuje, aby iść w lewo.

Do zamku trzeba się wspiąć krętą dróżką. Dobrze, że ktoś pomyślał o ławeczkach i ustawił je przy ścieżce -  można pod pretekstem podziwiania widoków usiąść sobie na chwilę, aby złapać oddech i dać nogom odpocząć. Zamek został zbudowany tutaj zaraz po podboju wyspy przez Normanów w 1066 roku, a jego pierwszym zarządcą był Wilhelm (William)  Peveril, baron, który przybył z Wilhelmem Zdobywcą z Normandii. Brał on udział w ujarzmianiu terenów określanych jako Midlands i został za to sowicie wynagrodzony włościami w Nottinghamshire i Derbyshire . W 1086 roku Wilhelm Zdobywca zarządził spis dóbr w swoim królestwie i tu pojawia się pierwszy zapis o tym zamku. Wilhelm Peveril zbudował dla króla zamek z kamienia, co było nietypowe dla wczesnych zamków  na terenie Anglii, które zwykle budowano z drewna oraz fortyfikowano konstrukcjami drewniano- ziemnymi, ale być może tu był łatwiejszy dostęp do kamiennego surowca. W 1100 roku król Henryk I dał mu ten zamek w nagrodę za lojalność Wilhelma wobec nowej dynastii. W ten oto sposób zamek ten i osada ( Castleton), która urosła u jego podnóży stały się ważnym centrum polityczno-gospodarczym.

model zamku Peveril

Okolica ta była bogata w złoża ołowiu, a był to surowiec bardzo ważny, używany głównie w budownictwie – kryto nim budynki i to właśnie Wilhelm Peveril był odpowiedzialny za  opiekę i doglądanie złóż. Monarcha dostawał część produkcji jako zapłatę za udzielenie pozwolenia na wydobycie ( unormowało się to do 1/13 produkcji). Król miał też prawo pierwokupu i tak np. w 1250 roku zarządca zamku musiał dostarczyć około 50 ton tego surowca na budowę zamku królewskiego w Winchesterze. Pod koniec średniowiecza wydobycie ołowiu podupadło, głównie z powodu wytrzebienia lasów. Górnictwo powróciło na te tereny w XVII wieku, gdy wzrosło zapotrzebowanie i pojawiły się nowe technologie pozyskiwania tego surowca. 

W 1114 zamek odziedziczył syn Wilhelm Peveril II, ale pod koniec swojego życia stanął on po stronie króla Stefana I w czasie wojny o koronę (pisze o tym konflikcie  Ken Follet i Sharon Penman, polecam zwłaszcza jej książki, jest może mniej znana, a pisze wspaniale). Dodatkowo popadł w konflikt z Hrabią z Chester. Taka postawa spowodowała, że stał się wrogiem Henryka Plantageneta, który został królem w 1154 i jest znany w historii jako Henryk II (ten co miał za żonę Eleonorę Akwitańską i który pokłócił się z arcybiskupem Thomasem Becketem, znów odsyłam do lektury S. Penman). Henryk przywrócił zamek do korony, co nie spodobało się dziedzicom Peverila, zwłaszcza baronowi Ferrers, który ożenił się z córką Peverila i domagał się tej schedy w jej imieniu. Henryk II utrzymywał zamek z powodu tych buntowniczych nastrojów okolicznych możnych. Tutaj też przyjął króla Szkockiego Malcolma IV w 1157 roku.  W latach 70-tych XII wieku w czasie buntu baronów, król wydał na utrzymanie zamku 116 funtów (bardzo znaczna suma w tamtych czasach). W skład sił militarnych stacjonujących tutaj wchodziło m.in. 20 rycerzy. Zamek w Peveril pozostał w rękach rodziny królewskiej aż do początku XIII wieku, gdy to król Jan, najmłodszy syn Henryka II (brat Ryszarda Lwie Serce i ten książę Jan od Robin Hooda), po objęciu tronu musiał się znów borykać z buntowniczymi baronami. Ferrers dostał ziemie swojego teścia (Peverila) za opłatą 2000 marek  (1 marka to 2/3 funta), ale mimo takiego wydatku nie otrzymał samego zamku. Dopiero w czasie wojny domowej monarcha oddał tej rodzinie zamek, jednak zawiadujący nim kasztelan Brian de Lisle odmówił opuszczenia warowni. Wszystko się przedłużało i gdy młody król Henryk III wstąpił na tron w 1216, odziedziczył także ten problem. Ferrers ostatecznie zajął to miejsce w wyniku negocjacji, ale miał go oddać, gdy młody król osiągnie pełnoletność, i znów był problem z przejęciem zamku bo Ferrersowie uważali, że jest to ich własność. Ostatecznie wycofali się z zamku w 1223 r.

W 1250 roku wybudowano Nowy Hall i dokonano różnych napraw i przeróbek m.in. odnowiono ołowiany dach na donżonie i wieży obserwacyjnej, zreperowano: piekarnię, mury, bramy, oraz podłogi. Ponownie w rękach królewskich zamek był powierzany zaufanym zarządcom zwanymi „constables”. Zamek i jego okolica, stały się źródłem dochodów poszczególnych członków rodziny królewskiej, był m.in. zabezpieczeniem dla wdów królewskich. W XIV wieku Peveril zaczął podupadać, pod koniec tego stulecia stwierdzono, że nie warto go rozbudowywać i unowocześniać. Został on włączony do Księstw Lancaster, lokalni administratorzy nadal sprawowali pieczę nad tym miejscem, ale nie przywiązywano do niego zbytniej wagi. W 1561 roku królowa Elżbieta zarządziła spis swoich zamków i zamek ten został określony jako ruina nie warta remontowania. Tak skończyła się kariera tego miejsca jako twierdzy i zaczęła jako urokliwego zakątka, ładnego widoczku itp.

widok z zamku w Peveril

Dziś są to ruiny pod opieką English Heritage. Opuszczone mury, po niektórych budowlach ledwo ocalałe kamienie na powierzchni, bowiem okoliczni mieszkańcy traktowali to miejsce jako źródło surowca budowlanego m.in. z donżonu pozrywano kamienną okładzinę, ale widoki nadal są piękne, kiedyś to miejsce królowało nad okolicą, pilnując ładu i porządku, dziś można tu sobie usiąść na ławeczce i podumać nad zmieniającą się historią. Gdzie wrzało życie, codzienny gwar obijał się o mury teraz hula wiatr i deszcz zacina prosto w twarz. Trzeba uruchomić wyobraźnię, a pomogą  w tym tablice informacyjne ukazujące życie w zamku w okresie świetności.

Po wdrapaniu się na tę górkę i złapaniu oddechu, rozumiemy dlaczego zbudowano tu zamek i dlaczego był on przedmiotem wielopokoleniowego sporu. Choć może nigdy nie była to imponująca twierdza, to jednak położona na skalnym urwisku pozwalała na kontrolowanie przyległych rejonów bogatych w surowce mineralne. Miejsce to było także w sercu obfitych terenów łowieckich, a to była jedna z ulubionych rozrywek rodzin królewskich.

Na teren zamku wchodzimy przez bramę po której zostały tylko fragmenty, kiedyś była ona szeroka na 7 metrów, a samo wejście miało około 2.5 metra szerokości. To było wejście do zamku dla pieszych i konnych jeźdźców. Od razu po wejściu rzuca nam się w oczy donżon (keep) w rogu po przeciwnej stronie dziedzińca (bailey). Po prawej stronie na drugim końcu murów mamy wystające  ociupinkę nad trawą zarysy kamienne Nowego Holu (New Hall) – budowla ta pojawia się w liście króla Henryka III z 1251 roku sugerując, że był na zamku Stary Hol. Nowy budynek został prawdopodobnie wybudowany na wizytę królewską w 1235 roku. Jest tu plansza pokazująca rekonstrukcję tego budynku – wygląda to  imponująco.  

Następnie skierowaliśmy się do najlepiej zachowanego budynku tego zamczyska i ścieżką przy murze udaliśmy się do donżonu (keep). Niwelacja gruntu oraz ślady murów wydają się wskazywać, że były tu jakieś pomieszczenia być może mieszkalne. Po drodze w murze jest wnęka służąca kiedyś jako latryna - nieczystości wypadały za mur, naturalne nawożąc wąwóz, który ma tu głębokość około 70 metrów.

Peveril Keep

Tu przy donżonie była brama główna,  z drugą stroną wąwozu łączył ten zamek  most, ale ani on ani budynki na podgrodziu po drugiej stronie nie istnieją. To była główna droga i wejście na zamek, tędy mogły wjechać wozy z zaopatrzeniem. Zapiski o wydatkach na utrzymanie mostu pojawiają się w dokumentach dość często aż do XV wieku. Tam po drugiej stronie miały być budynki gospodarcze, magazyny na budulce w czasie napraw i rozbudowy oraz stajnie.

Donżon (keep) może wydawać się mało imponujący ale proszę pamiętać że w czasach gdy go wybudowano większość ludzi mieszkała w ziemiankach lub ubogich chatkach. Taka kamienna budowla to było naprawdę coś, to był wyraz władzy i bogactwa. W porównaniu do zamku w Dover, czy Wieży Londyńskiej (Tower of London) jest to skromna budowla, jak i cały zamek. Król Henryk II wydał na tę wieżę w latach 1175-7 około 184 funtów. Wieża ta jest na planie czworokąta  o boku długości 12 metrów. Wejście do środka jest na wysokości około 10 metrów od ziemi i prowadziły do niego zapewne drewniane schody.

zamek w Peveril

Okna wychodzą na dziedziniec, pomieszczenie było jedno, pokryte spadzistym dachem, którego zarys widać na murach. Po kręconych schodach schodzimy na dół do pomieszczenia magazynowego, tu składowano cenne zapasy, może podatki lub broń. Oczywiście teraz nie ma tu podłogi więc jak wejdziemy do donżonu to mamy jedną wielką dziurę i chodzimy po pomostach zbudowanych dla potrzeb zwiedzających.

keep in Peveril Castle

We wnęce na lewo od wejścia mamy kolejną latrynę, która sądząc po zapachu nadal jest w użyciu – no cóż nie każdy turysta to rozumny człowiek. Trudno jest określić jaka była funkcja tego donżonu, nie ma tu kominka, ( może było tylko palenisko na środku po którym oczywiście nie ma już śladu), nie ma tu też dostępu do wody. Raczej była to więc rezydencja reprezentacyjna, takie biuro zarządcy zamku, tu przyjmował interesantów, załatwiał ważne sprawy lokalne, rozsądzał spory itp. Na murach są ślady ładnie obrobionych kamieni którymi wykończona była elewacja tego budynku, wyglądać musiał wtedy znacznie lepiej niż teraz.

Peveril castle keep

Z murów po stronie południowej roztaczają się piękne widoki na okolicę, zielono tu i malowniczo, a dołem, przez wąwóz można udać się na spacer, chyba następnym razem się tam wybierzemy.

Schodząc w kierunku bramy po prawej stronie znów jakieś kamienie wystają z trawy, to pozostałości Starego Holu i Kaplicy – o tym, że ta istniała wiemy z inwentaryzacji z 1246 roku, w której wspomina się, że na wyposarzeniu kaplicy zamkowej był m.in. srebrny kielich mszalny, ornaty i księgi. I tyle tej wycieczki po ruinach zamku Peveril.

Polecam to miejsce, najlepiej w ładną pogodę, po zwiedzeniu zamku warto pospacerować sobie po uroczym miasteczku Castleton leżącym u jego stóp.

Jak tam dojechać?

Z Buxton w sercu Peak District drogą A6 na północ, potem odbić w prawo (są znaki) na Sparrowpit, a potem drogą bez numeru w stronę Castleton, droga była bardzo malownicza  - 20% spadku. Kod pocztowy S33 8WQ.

Ceny:

Posiadacze karty English Heritage – za darmo

Dorośli: £4.60

Dzieci:£ 2.80

Ulgowe (studenci z legitymacją, seniorzy): £4.10

Rodzinne  : £12.00

Godziny otwarcia:

Do 3 Listopada 2013 – codziennie od 10 do 17.

Zamknięte w czasie Świąt Bożego Narodzenia, w Sylwester i Nowy Rok

Od 4 listopada 2013 do 16 Lutego 2014 weekendy od 10 do 16.

17 – 23 Luty 2014 codziennie od 10 do 16.

24 Luty – 31 Marca 2014 weekendy od 10 do 16.

środa, 25 września 2013

jaskinia Blue John, 

Tym razem zabieram was na wycieczkę na północ od Londynu do Peak District. Pojechaliśmy tam na parę dni i postaram się wam pokazać jakie to urocze miejsce. Pierwszy punkt naszego programu był trochę przypadkowy, oto jechaliśmy do zamku Peveril i w oczy rzucił nam się drogowskaz „Blue John Cavern”. Na pytanie mojego ukochanego, czy jedziemy, odparłam, że jedziemy no i pojechaliśmy. Nie pożałowaliśmy, bo wyprawa w głąb ziemi okazała się bardzo interesująca i malownicza.

jasninai Blue John, nurt rzeki

Jaskinię zwiedza się z przewodnikiem, jest dużo wchodzenia i schodzenia po schodkach, ciasne przejścia i dużo zadzierania głowy do góry, bo tam cały urok tego miejsca. Zwiedzanie trwa około 1 godziny, nasz przewodnik był uroczy, miał dar opowiadania, a fakty geologiczne przeplatał anegdotkami i żartami.

nacieki w jaskini

Blue John to kamień półszlachetny, z rodziny fluorytów, a w tej jaskini występuje osiem z czternastu znanych rodzajów tego surowca. W Wielkiej Brytani występuje on właśnie tylko na terenie Peak District, w okolicach miejscowości Castleton, a ta jaskinia to jedna z dwóch, w której jest on obecny.  Jest to uroczy kamień o niezwykle barwnych odcieniach od  fioletowo - niebieskiego po żółtawy. Podobno minerał ten był już wydobywany przez Rzymian, ale pierwsza wzmianka w słowie pisanym pojawia się o nim w 1766 roku, a dwa lata później mamy list przemysłowca M. Boultona, który to starał się o licencję na wydobycie lub kupno kopalni wydobywającej minerał określany jako „Blue John”. W hotelu Friary jest plakietka wykonana z tego minerału datowana na 1760 rok. W tym samym mniej więcej czasie architekt R. Adam używał tego surowca do wykonania okładzin na kominki do rezydencji Kedleston Hall.

zabytkow narzędzia górnicze

 Skąd wzięła się nazwa tego surowca? Jest parę teorii, jedna mówi że okoliczna ludność zangielszczyła francuskie słowa „bleujaune” ( czyli niebiesko żółty), druga, że tak ten minerał nazwali Kornwalijscy górnicy, którzy pracowali w XVIII wieku w kopalniach na tym terenie ( bluejenn po Kornwalijsku, a na terenie Kornwalii nazywano tak różne niebieskie skały ). Minerał ten jest nadal wydobywany poza sezonem turystycznym, używane do tego są kilofy. W czasie wycieczki pokazano nam obecnie eksplorowaną żyłę nośną. Pozyskiwana jest ograniczona ilość minerału, do uzupełnienia zapasów itp., nie jest to wydobycie na skalę przemysłową.

 depozyt minerału

W przykopalnianym sklepiku można kupić małe pamiątki, ale pobliskiej miejscowości Castleton mamy sklep z wiekowymi tradycjami, można tu podziwiać zdolności rzemieślnicze. Z tego minerału wyrabia się głównie ozdoby, misy, jaja, biżuterię.

Castleton, sklep, Blue John 

Polecam taką wyprawę, dla odmiany można się przyjrzeć cudom natury skrytym pod naszymi stopami.

Gdzie to jest?

W Peak District, trzeba wyjechać z Buxton drogą A6 na północ w stronę Chapel en le Firth, potem odbić w prawo na Sparrowpit, a potem to już po znakach. Jaskinia jest otwarta od 9:30 do 17:30 w lecie, w zimie do zmierzchu (zależy też od pogody) , zamknięta w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Parking za darmo.

Ceny aktualne w momencie publikacji wpisu:

Dorośli : £9.00

Dzieci: £4.50

Ulgowe (studenci z legitymacją i emeryci): £7.00

Rodzinne: £25.00

środa, 11 września 2013

 

Do przeczytania tej książki namówił mnie mój ukochany i powiem Wam, że przeszłam przez nią jak burza. Jest to urocza opowieść o świecie autobusów i ludziach, którzy nimi kierują. Co jest najciekawsze została ona napisana przez kierowcę autobusu. Magnus od 1986 roku mieszka i pracuje jako kierowca autobusu w Londynie. Zna to środowisko od podszewki i w tej opowieści ukazuje nam realia pracy w transporcie publicznym w wielkiej metropolii jaką jest Londyn. Poznajemy reguły jakimi rządzi się ten świat, problemy z jakimi borykają się kierowcy, a wszystko to jest okraszone inteligentnym humorem. Tak mi się jego pisanie spodobało, że na półce stoją już następne książki Magnusa  i czekają w kolejce.

Bohaterowie tej nowelki są zlepkami charakterologicznymi ludzi, którzy przewinęli się przez garaże, w których pracował ten pisarz, niektóre są bardzo malownicze. Ciekawa jestem, czy niektórzy jego koledzy się rozpoznali, czy mieli jakieś uwagi itp.

Oprócz kierowców, przez kartki przewijają się we wspomnieniach też konduktorzy – książka pisana była w momencie gdy stare Routemastery (to te autobusy bez drzwi na tyle)  wyszły już praktycznie z użycia i miały pojawić się autobusy przegubowe. Nota bene teraz te wyszły z użycia i wprowadzono nowe Routemastery – Borisbusy ( kroi się wpis o nich) .  Kolejni bohaterowie to kontrolerzy, który czuwają nad tym, aby autobusy zjawiały sią na przystankach o czasie, bowiem autobusy mają jechać w ustalonej z góry kolejności. Prawie każdy kierujący autobusem na naturalną tendencję do bycia przed czasem, ale to jest zabronione. Nie ma bowiem powodu do bycia przed czasem, bycie przed czasem jest wysoce niewskazane, jak się dowiadujemy na pierwszej stronie, gdy nasz bohater zostaje przyłapany przez kontrolera Breslina – był 6 minut przed czasem i musiał odczekać 2 minuty. Więc jak jedziecie autobusem i nagle autobus stoi na przystanku „bez powodu”, to z pewnością jest to na polecenie kontrolera, który przyłapał kierowcę na byciu za wcześnie na danym przystanku. Oczywiście od czasu gdy M. Mills napisał swoją opowieść minęło parę lat i kierowców pilnują nie tylko inspektorzy stojący na przystankach, ale także kontrolerzy monitorujący ruch autobusowy przy użyciu GPS-u. Wielki Brat czuwa nad rozkładem autobusowym.

Oczywiście jak udowadniają bohaterowie w noweli Millsa jest to walka z wiatrakami, syzyfowa praca itd. Osiągnięcie tego jest wręcz niemożliwe, za dużo jest bowiem przeciwności losu a np. na kontynencie, gdzie transport jest o niebo lepsze, wszystko jest lepsze od dróg do pasażerów. Tu w Londynie jest za dużo przejść dla pieszych, świateł, ulicznych targów, pękniętych rurociągów wodnych, napraw i remontów, śmieciarek blokujących przejazd, marszów protestacyjnych, samochodów dostawczych, kawalkady przewożącej polityków, taksówkarzy, rowerzystów, ryksiarzy a wszyscy oni są w konspiracji, aby utrudnić poruszanie są autobusom.

Jeśli autobus jest spóźniony to pasażerowie tego nie lubią, ale spóźnienie może być wytłumaczone. Jeśli autobus jest za wcześnie, to urzędnicy tego nie lubią bo to jest nie do przyjęcia. Drugim świętym „Gralem” urzędników jest owo tytułowe „maintenance of headway” czyli zachowanie odstępów między autobusami. Mieszkając w Londynie, na pewno zauważyliście, że czasami autobusy jeżdżą  stadami, nawet się tu mówi o tym, że czeka się, czeka, a potem dwa autobusy zjawiają się naraz, albo że wszystkie jadą w drugą stronę. Temu się starają zapobiec właśnie kontrolerzy i czasami kończy się to tak, że nagle zostajemy „wyrzuceni” z autobusu, bo jak jeden z kontrolerów tłumaczy naszemu bohaterowi: „mam za dużo autobusów na tym odcinku a za mało na tym w drugą stronę” i skracają lub zawracają kierowców, a biedni pasażerowie muszą czekać na następny. Dla urzędników to jednak nie ma znaczenia, pasażerowie to drugorzędna sprawa, najważniejszy jest ruch autobusów.

Edward to znawca i stary wyga, wie o tej pracy więcej niż ktokolwiek inny, dzieli kierowców na mrówki – to taki kierowca, który z prostej pracy robi sobie ciężką robotę. Jego pierwszym błędem jest niestosowanie się do Teorii Jazdy Przed Czasem – to podstawa jaką powinien znać każdy kierowca, im bliżej jesteś poprzedzającego cię autobusu, tym mniej zabierasz pasażerów. Im mniej masz pasażerów, tym mniej czasu tracisz na przystanku. Jak jesteś wcześniej, to zabierasz mniej ludzi niż jak jesteś spóźniony, bo już się zdążyło ludzi nazbierać na przystanku – proste jak drut. Mrówki starają się jechać na czas i często się spóźniają i na dodatek nie wpisują sobie za to nadgodzin, bo nie chcą kłopotać szefów. I tak sobie utrudniają życie.

Oczywiście są specjalne przepadki, które nie dają się ani zreformować, ani dostosować to rytmu pracy za kółkiem czerwonego autobusu. Jedną taką niezwykle barwną postacią jest Pani Baker, to kierowca za którą nikt nie lubi jeździć, bo jest tak powolna, że trzeba mieć anielską cierpliwość, aby utrzymać ów odstęp. Dla niej zasada trzymani odstępu, a zwłaszcza Teoria Jazdy Przed Czasem nie istniały. Ona jechała w swoim własnym świecie, wypuszczała ludzi poza przystankami, jeżeli tak było dla nich wygodnie, wyliczała specjalne taryfy, czekała na pasażerów, którzy czegoś zapomnieli. Ci, którym pomogła, uważali ją za skarb, ale część pasażerów uciekała z jej autobusu, bo wlókł się on wolniej niż ślimak. To przez nią trzeba było zawracać inne autobusy, skracać i zmieniać. Koszmar dla jadącego za nią i koszmar dla kontrolerów.  Jednego dnia gdy nasz bohater ją wyprzedził, zorientował się, że między nimi powinno być 3 autobusy.

Jason to też specyficzny typek, kierowca z piekła rodem, jego autobusy często były puste lub pół puste, on miał Teorię Jazdy Przed Czasem opanowaną do takiej perfekcji, że zdarzało mu się omijać przystanki, gdy były zbyt zapełnione. Raz wyskoczył z autobusu i gonił rowerzystę, który przejechał na czerwonym świetle i przez którego musiał ostro zahamować. Potem żałował, że nacisnął na hamulec. On potrafił całą trasę przejechać, a wspomniana Pani Baker była dopiero w połowie. I jak tu pogodzić takie temperamenty?  O ile większość kierowców stosowała tę Teorię Jazdy Przed Czasem z wyczuciem, to Jason był zmorą dla urzędników, nie dał się ujarzmić, A jak tu sobie z takim indywiduum poradzić? Odpowiedz na to jest w książce - zaskakuje, a potem kiwamy głową ze zrozumieniem.

Jednym z uroczych wątków, trzymających nas w napięciu do końca książki, jest postać Thomsona -  tajemniczego kierowcy, którego tylko pamięta nasz bohater, a który zapisał się w historii garażu czymś niesamowitym. Został zwolniony z pracy – co jest niebywałym osiągnięciem, ale za co został zwolniony nikt nie pamięta, bo jego też ledwie pamiętają. O tym co zrobił Thomson dowiemy się także na końcu.

Na razie ta książka nie została przetłumaczona na język polski (chętnie bym ją sama przetłumaczyła), ale w Polsce przetłumaczono i wydano cztery inne jego książki m.in. „Poskramianie bydła” (nieszczęśliwe tłumaczenie tytułu), oraz „W Orient Expressie bez zmian” .  „ The maintenance of headway”  napisana została bardzo przyjemnym i przystępnym językiem, można po nią śmiało sięgnąć w ramach rozszerzenia  słownictwa itp. Poznamy realia życia w Londynie, a dla wybierających się do pracy w tym zawodzie do tego konglomeratu miejskiego, powinna to być lektura obowiązkowa.

autobus piętrowy  w Londynie

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

 

Po archeologicznych eskapadach ( Carn Euny  i Chysauster)  w odległą przeszłość zdecydowaliśmy się na podróż w czasie i przeskoczyliśmy do połowy XIX wieku - wybraliśmy się do stacji telegraficznej w Porthcurno.

Oto epoka rozwoju przemysłowego, wielkich zmian polityczno-społecznych, powstają nowe imperia, rodzą się fortuny i czas zaczyna szybciej płynąć. Nadchodzi nowa era, w której posiadanie i szybki przekaz informacji jest na wagę złota, stare metody posłańca na koniu, a nawet rozwijająca się poczta, nie są już wystarczającym środkiem przekazywania informacji.

Sytuację poprawiło (przełom XVIII/XIX wieku) zastosowanie nowego rodzaju telegrafu optycznego (shutter telegraph system) opracowanego na wzór francuskiego telegrafu Chappe’a. Otóż, w czasie wojen Napoleońskich francuscy bracia Chappe opracowali system optycznego przekazywania informacji na odległość, opierał się on na sieci wież w odległości 9-10 mil od siebie, które były w stanie przekazać informacje z szybkością 1.75 słowa na minutę. Dla porównania:  wiadomość w Królestwie Brytyjskim z bazy morskiej w Portsmouth do siedziby Dowództwa Floty w Londynie, niesiona w torbie przez jeźdźca na koniu – to 4.5 godziny. To duża strata czasu, zwłaszcza w czasie działań wojennych.

Wielka Brytania potrzebowała swojego własnego systemu, pojawiło się parę propozycji, ale ostateczne wybrano dzieło Lorda Geogre’a Murraya. Machina o wysokości 20 stóp ( około 6 metrów) to konstrukcja ram w dwóch kolumnach o 6 polach -2x3, w ramach są „okiennice”, które mogą być w pozycji zasłaniającej – wypełniającej pole, lub w pozycji otwartej. Poszczególny układ reprezentuje litery itp., w ten sposób wiadomość jest przesyłana na duże odległości szybciej niż starymi metodami. Murray otrzymał za ten wynalazek 2000 funtów, a pierwszy szef tego przedsięwzięcia = G. Roebuck otrzymywał pensję 300 funtów rocznie. Linia biegła od Portsmouth przez wzgórze Beacon, Hascombe (Telegraph Hill) , Chessington, Putney (niedaleko Telegraph Inn), Chelsea do Whitehallu – czas przekazania wiadomości to 7.5 minuty – jak błyskawica w porównaniu z konnym jeźdźcem. W każdej wieży pracowało 4 mężczyzn, dwóch do obserwowania przez lunety sąsiedniej stacji - odczytywali oni wiadomości i krzyczeli do pozostałych dwóch, którzy pociągając za sznury odsłaniali i zasłaniali okiennicami pola w ramkach konstrukcji, przekazując wiadomość do następnej stacji. Czasami stacjonował z nimi oficer z Marynarki Królewskiej.  Potem pojawiły się telegrafy z ramionami (semafory), których ułożenie przesyłało zakodowaną wiadomość. Oczywiście taka komunikacja miała swoje wady, była ograniczona przez warunki atmosferyczne i nie można jej było używać przy braku widoczności.

Potrzebne były nowe wynalazki i odkrycia, i tak ujarzmienie elektryczności przez Volta, a zwłaszcza jego bateria otworzyły nowe perspektywy w rozwoju szybkiej komunikacji. Wszystko zaczęło się na kolei w latach 30tych XIX wieku, gdy zaczęto wykorzystywać prąd elektryczny do przesyłania sygnałów i komunikacji między stacjami kolejowymi. Najpierw używano kabli żelaznych, które następnie zostały zastąpione przez kable miedziane. Gdy okazało się, że jest technologia i jest potrzeba, doszło do porozumienia firm telegraficznych z kolejowymi w sprawie wykorzystania już istniejącej infrastruktury do przekazywania informacji. Na początku odcinki były krótkie, bowiem sygnał słabł ze wzrostem  odległości, ale rozwój technologii umożliwił powiększenie sieci telegraficznej, która rozrastała się łącząc różne zakątki Wysp Brytyjskich. Nowe materiały izolujące - „gutta percha” (gutaperka), umożliwiły działanie kabli pod wodą i zaczęto układać kable międzykontynentalne (1865 rok) , i tak powstawała siec globalna. Pierwsza próba połączenia dwóch kontynentów była nieudana, bowiem źle oszacowano odległość i zabrakło kabla.

5 needle galvanometer,

Zasada działania telegrafu jest dość „prosta” – wiadomość jest wysyłana impulsem eklektycznym ( prze użyciu klucza lub wyłącznika) i biegnie po kablu do odbiorcy, tam czekał na nią galwanometr –urządzenie odbiorcze. Pierwsze takie urządzenie odbierające sygnał telegraficzny wyszło z firmy Wheatstone’a i Cooke’a – jeden z jej zołożycieli to naukowiec i wynalazca, a drugi to zaplecze finansowo-marketingowe. Maszyna ta miała 5 igieł i choć była skomplikowana w konstrukcji, to jej obsługa nie wymagała znajomości żadnego kodu. Litery były ułożone na tarczy romboidalnej, a impulsy eklektyczne powodowały, że owe igły wskazywały na daną literę i tak cała wiadomość była literowana – odbiorca musiał jedynie znać alfabet i umieć to zapisać. Następnie firma ta wyprodukowała dwu-igłowy i jedno-igłowy odbiornik telegraficzny. Instrumenty te były mniej skomplikowane, za to ich obsługa wymagała szkolenia, gdyż wiadomości były przesyłane kodem Morse’a (stworzonym w 1840 roku). System ten używał kombinacji sygnału krótkiego (kropki) i długiego (kreski)  jako reprezentacji liter i cyfr, po kablu sygnały transmitowane były jako krótkie i długie impulsy elektryczne.

Morse inker

Kolejna innowacja to „Morse inker” skonstruowany przez Thomasa Johna z Wiednia w 1854 roku. Maszyna ta nakręcana była kluczem, taśma papierowa poruszała się pod kółkiem, które naciskając na papier pozostawiało znaki kropki i kreski, reprezentujące kod Morse’a. Weszła ona do użycia w latach 60-tych XIX wieku i sprawdzała się ona szczególnie na krótkich dystansach. Niestety w długich podmorskich kablach impulsy słabły wraz z przebieganą odległością i pojawiały się problemy w odczytywaniu wiadomości. Jeden ze sposobów pokonania tego problemu to lepsze, bardziej wrażliwe odbiorniki i tak pojawia się kolejny wynalazek opatentowany w 1858 roku przez W. Thomsona (Lorda Kelvina tego od zera absolutnego) - lustrzany galwanometr. W maszynie tej użyto światła świeczki lub lampy w celu wzmocnienia ruchów igły tradycyjnego galwanometru.

galwanometr

Problem słabnięcia sygnału jednak pozostał, aż została wynaleziona nowa metoda przesyłania sygnału tzw. kod kablowy – użyto tu podwójnego klucza, nadal używano kropek i kresek, ale zamiast krótkiego i długiego impulsu przesyłano pozytywny i negatywny impuls jako reprezentacja kropki i kreski. W galwanometrze światło biegło w prawo (kropka) lub lewo (kreska). Do obsługiwania takiego galwanometru potrzeba było dwóch pracowników, jednego do obserwacji drugiego do zapisywania tego, co ten pierwszy mu odczytał na maszynie. Ponieważ nie było wiadomo kiedy przyjdzie wiadomość, odbiornik ten musiał być pod stałą obserwacją, trzeba było mieć oczy szeroko otwarte bo nawet przegapienie jednego symbolu mogło mieć tragiczne konsekwencje.

Prawdziwą rewolucją okazał się kolejny wynalazek W. Thomsona (Lorda Kelvina) z 1869 roku znany jako  „The Thomson Siphon Recorder” (Drukarka Syfonowa?) . Maszyna ta była nie tylko wystarczająco czuła i odbierała sygnały biegnące po podmorskich kablach, ale jeszcze drukowała otrzymany przekaz. Delikatna wykonana ze szkła tuba (siphon) spryskiwała atrament na papierową taśmę. Wydruk to zygzakowate szlaczki – góra to kropki a dół to kreski. Następnie telegrafista odczytywał zakodowaną wiadomość i zapisywał ją ręcznie w specjalnym formularzu.

W miarę rozwoju technologii, malały koszty i ten sposób komunikacji stał się bardziej dostępny także dla mniej zamożnych. Dostarczaniem telegramów po całym kraju zajmowała się Królewska Poczta. Pojawiają się też prostsze w użyciu aparaty, działały one na krótkich dystansach i jak podkreślano wtedy mogły być obsługiwane nawet przez kobiety! Chodzi tu o ABC telegraf używany na poczcie, a często tu właśnie pracowały kobiety. Działanie tego aparatu było dość proste – obok liter były guziki, naciskało się guzik i pokręcało korbką – wtedy sygnał był transmitowany po kablu jako seria impulsów. Potem kolejna litera i pokręcenie korbką itd., aż cała wiadomość została przeliterowana. Z drugiej strony na odbiorniku igła wskazywała na tarczy literę i tak aż cała informacja została odczytana. Pracownicy poczty musieli umieć czytać i pisać, ale nie musieli znać kodu Morse’a. Jeżeli oglądaliście brytyjski serial „Lark Rise to Candleford” to tam na poczcie właśnie używano takiej maszyny. Twórcy serialu byli w tym muzeum w Porthcurno, aby poznać zasady działania tego aparatu.

ABC telegraf

Tyle w bardzo „telegraficznym” skrócie o początkach telegrafu, teraz trochę o tym skąd się wzięło to muzeum w Porthcurno. W połowie XIX wieku była to mała osada, parę chatek (hamlet) bez własnego kościoła, gdzieś niemal na końcu świata (na półwyspie nazwanym Lands End). Tymczasem w wielkim świecie rozwija się sieć telegraficzna, o ile sieć lądowa jest dobrze rozwinięta, to brak jest połączenia między lądami, a jest potrzeba szybkiego przesyłania wiadomości do zamorskich krajów. Została utworzona Spółka Telegraficzna – Falmouth, Giblartar i Malta Telegraph Company i właśnie Falmouth zostało wybrane na miejsce, skąd miano pociągnąć zamorskie kable. Jednak jako, że był to mocno uczęszczany port obawiano się, że kotwice, sieci rybackie mogą go uszkadzać, to postanowiono zmienić lokalizację na ten zakątek. Jest to miejsce urocze, sielskie anielskie, o piaszczystej plaży i błękitnej wodzie. Właśnie ta piaszczysta plaża była dodatkowym walorem, bo chroniłaby kable wychodzące na ląd na tym dość skalistym generalnie wybrzeżu.

Porthcurno sandy beach

Pierwszy kabel do Indii pociągnięto w 1870 roku, został on potem przedłużony do Australii. Oczywiście rozwój sieci telegraficznej spowodował wzrost zapotrzebowania na wyszkolony personel i to właśnie w Porthcurno chętni do pracy mogli odbyć szkolenie. Warunki były szokujące, bowiem przez pierwsze 6 miesięcy w czasie szkolenia pracowali oni za darmo a na dodatek musieli sami sobie zapewnić utrzymanie. Szkolenie w tej pierwszej fazie obejmował naukę kodu Morse’a, obsługę lustrzanego galwanometru i odbiornika syfonowego (Thomson Siphon Recorder). Całkowite szkolenie trwało 18 miesięcy i po tym czasie delikwent był gotów do podjęcia pracy w różnych zakątkach Imperium.

Pracownicy w Porthcurno zarabiali 100-150 funtów rocznie, a dwa lata po otwarciu stacji pracowało tu 27 mężczyzn i uczniów. Osada zaczęła się rozrastać, do budynku stacji kablowej z kwaterą superintendenta (dyrektora) i kwaterami kawalerów doszły kwatery dla żonatych i służby pomocniczej – kucharek, ogrodników i fachowców od wszystkiego (handyman – taka złota rączka). Zwiększa się też ilość kabli, w 1873 roku pociągnięto drugi kabel tym razem do Vigo w Hiszpanii, w 1878 roku do wysp Scilly (Isles of Scilly) u zachodnich wybrzeży Kornwalii. W latach 70-tych XIX wieku przez kable w Porthcurno przeszło 200 000 słów, a w 1900 roku stacja doglądała połączenia kablowego z Indiami, oboma Amerykami, Południową Afryką, Australią i następnie z Nową Zelandią. I znów trzeba było rozbudować zaplecze techniczne.

Nowe kable to większa załoga obsługująca, a zatem więcej problemów. Pojawiają się zapiski o nieprzyzwoitym zachowaniu się uczniów i dziewczyn ze służby. Superintendent miał książkę zasad zachowania i wśród czynności zakazanych w niedzielę było m.in. pływanie i śpiewanie śmiesznych piosenek. Było trudno o pracowników do tej bazy, jako że była on w strasznym odludziu – jak to się mówi „diabeł tu mówił dobranoc” czy „wrony tu zawracały” – było tylko jedno połączenie powozem do odległego o 9 mil (14.5 km)  Penzance. W 1891 roku firma zakupiła kawałek ziemi z przeznaczeniem na tereny rekreacyjne – co by młodzi się zajęli sportem, a nie bałamuceniem niewiast. Doskonałym źródłem informacji o życiu na tej placówce są dzienniki superintendenta Spratta. Pisał on o rywalizacji między pracownikami, prozie życia codziennego. Jego córka Edith była pierwszym dzieckiem urodzonym na tej placówce. Opowiada on także o chorobach i śmierci, założeniu biblioteki, pogadankach edukacyjnych, meczach krykieta itd. Pracował on w Porthcurno od początku założenia stacji do 1893 roku gdy został oddelegowany na Gibraltar.

Tymczasem na pobliskim półwyspie Jaszczurzym (Lizard) włoski wynalazca Gugliemo Marconi prowadził swoje eksperymenty z falami radiowymi, które to lecąc przez powietrze potrafiły docierać na długie dystanse. To było zagrożenie dla kabli, bo nie były by one potrzebne, więc załoga z Porthcurno szpiegowała poczynania zdolnego Włocha.

Czasy się zmieniają, zwiększa się użycie telegrafu, w latach 20tych ubiegłego wieku przez stację przechodziło 180 milionów słów rocznie. W 1925 roku wprowadzono innowację – zautomatyzowano stacje wzmacniające sygnał – otóż jako, że jak już wiemy impuls biegnąc po kablu słabł (męczył się), ustanowiono więc stacje w których odbierano sygnał, odczytywano i przekazywano dalej, wzmacniając go w ten sposób (podawano go odnowie, dawano odżywki) i tak biegł dalej do miejsca przeznaczenia – do tej pory wykonywano to „ręcznie”. Teraz wprowadzono nowe maszyny które synchronizowały, wzmacniały i przesyłały dalej impulsy.  W tym nowym systemie dokonano dalszych udoskonaleń, otóż wiadomość była zapisywana na taśmie przy użyciu klawiatury, która zamiast liter wybijała dziury po dwóch stronach ciągłej perforacji. Ta taśma była wkładana do automatycznego nadajnika, który odczytywał kod i wysyłał go jako pozytywne i negatywne impulsy. Zwiększało to także szybkość przekazywania informacji. Odbiorniki także drukowały wiadomość w formie literowej na taśmie papieru, która to mogła być pocięta i naklejona na formularz telegraficzny i już była gotowa do doręczenia do adresata. To się nazywa progres.

Niestety ten nowy automatyczny system spowodował, że nie potrzeba było tylu pracowników, spadło zatrudnienie mi.in w Porthcurno, miało to tu także dodatkowy efekt, nie potrzeba było tylu uczniów i duża część kwater popadła w ruinę, aż do czasów II Wojny Światowej. Dodatkowo komunikacja radiowa zaczęła się mocno rozwijać i konkurencja na rynku przesyłania informacji były dość duża. W 1934 roku doszło do porozumienia - Eastern Telegraph Company i Marconi Wireless Telegraph Company, najwięksi gracze na rynku połączyli swoje szeregi tworząc Cable & Wireless Ltd. Zasada była taka, że używano takiej metody komunikacji jaka była najbardziej użyteczna w danym środowisku geograficznym, iście Salomonowa decyzja. To przyniosło nawet więcej kabli do Porthcurno, i tak u progu II Wojny Światowej zbiegało ich się tu 14, a ich łączna długość to 150 000 mil (około 241 395 km) i łączyły one Zjednoczone Królestwo z resztą świata.

Gdy rozpoczęła się II Wojna, ważne szychy w Gabinecie Wojennym, zwłaszcza po zniszczeniach biur w Londynie, zdecydowały, że biały budynek w tej zatoczce to zbyt łatwy cel dla wroga i zdecydowano się przenieść całą stację pod ziemię. Planowano wkopać się w granitową górę i przedsięwzięcie to wzięli na siebie górnicy z pobliskiego St. Ives. Wcięli się oni w zbocze, tworząc system dwóch tuneli, następnie zbudowano wewnętrzną drewnianą konstrukcję, doprowadzono system wentylacyjny, aby czułe instrumenty mogły pracować. Stacja miała własny generator prądu na wypadek odcięcia zasilania, ciężkie drzwi pancerne chroniły dojście do stacji, były one także pokryte farbą reagującą na gaz. Wykuto również tunel ewakuacyjny schodami w górę na szczyt góry, w wypadku gdyby wejście zostało zablokowane przez wybuch bomb. Wszystko to zajęło zaledwie rok i stacja została przeniesiona do nowej siedziby w 1941 roku. Jako że było to ważne strategicznie miejsce, przysłano tu cały pluton, który stacjonował na boisku do gry w kulki, potem zwiększono kontyngent do 300 żołnierzy. Każdy pracownik i mieszkaniec miał przepustki, które musiał mieć zawsze przy sobie. Na plaży zamontowano specjalne miotacze ognia i dodatkowe stanowiska obronne m.in. zakamuflowane jako przystanki autobusowe. Stacja ta przekazywała wiadomości i była doskonale przystosowana, bo mogła korzystać z kabli, a także z drogi radiowej (wireless).

schody ewakuacyjne

W czasie wojny wykorzystywano kable głównie do przesyłania informacji o znaczeniu strategiczno-narodowym. Używano również tej metody do zawiadomienia o śmierci w służbie wojskowej – dlatego bliscy żołnierzy, zwłaszcza matki i żony, drżały gdy do drzwi pukał niosący telegram posłaniec. Firma Cable & Wireless oferowała dla osób w służbie i ich rodzin darmowe przesyłanie wiadomości, a tym rodzinom, których dzieci zostały ewakuowane w bezpieczne miejsca z terenów przemysłowo-strategicznych, zezwalała na dwa darmowe telegramy rocznie. Dla usprawnienia komunikacji stworzono księgę wiadomości z przykładami najbardziej popularnych i tak na przykład można było poprosić o wysłanie wiadomości 46 „All well at home” czyli „ w domu wszystko w porządku” , numer 23 „letters arriving regularly” czyli „listy dochodzą regularnie” a także 98 „ please send me £x” – „ proszę przyślij pieniądze za x wstawiało się sumę” i ten zawsze z nadzieją pisany o bliskim spotkaniu  „Hope to see you soon” .

Po II Wojne Światowej znaczenie telegrafu zmalało, a kiedy w 1956 roku przeciągnięto pierwszy kabel telefoniczny do Ameryki był to początek końca. Nadal była tu szkoła i uczyła nowoczesnych technologii,  jednak w 1970 roku dokładnie po 100 latach stacja ta odeszła na emeryturę. W 1993 roku przeniesiono szkołę do bardziej dostępnego miejsca w Coventry, i tak powoli miejsce to pustoszało.

W Wielkiej Brytanii serwis telegraficzny zamarł w 1982 roku, w Stanach Zjednoczonych firma Western Union zaprzestała używać go w 2006, a parę tygodni temu w lipcu w Indiach wysłano ostatni telegram. Choć to jeszcze nie koniec, bo działają tzw. historyczne serwisy (heritage services), a w Argentynie np. rezygnację z pracy podobno zwyczajowo wysyła się telegramem, to są to już ostatnie tchnienia tego systemu komunikacji. Niedawno Guardian ( gazeta ) przypomniała nam o paru ciekawych telegramach które przeszły do historii. W 1903 Orville Wright  przesłał telegram „SUCCESS FOUR FLIGHTS THURSDAY MORNING ALL AGAINST TWENTY ONE MILE WIND” informując o swoim sukcesie lotniczym. Niektórzy użytkownicy popisywali się swoim humorem i tak Robert Benchley wysłał telegram do edytora New Yorkera Harolda Rosa ze swojej wyprawy do Wenecji „STREETS FULL OF WATER. PLEASE ADVISE," czyli „na ulicach pełno wody, co robić” . Najkrótsza wymiana telegraficzna to Wiktor Hugo i jego wydawca – pisarz wysłał telegram „ ? „  pytając się o sprzedaż najnowszej książki, a  wydawca odpowiedział „ ! „ Tę anegdotę przypisuje się też do Oskara Wilde. Tu przypomniała mi się historyjka o Sienkiewiczu który pisał „Potop” w odcinkach do gazety i wysłał telegram do wydawcy -  jakoś to tak było „ gdzie jest i co robi Kmicic”, a ten odpowiedział coś w rodzaju „ jest w Częstochowie właśnie wysadził kolumbrynę” no i o mały włos nie została włączona w to policja, ale superintendent na poczcie okazał się zagorzałym czytelnikiem powieści w odcinkach i się kapnął o co chodzi. Ach działo się to, a działo. W tym muzeum proszą o stare telegramy jakie ludzie mają w domu, zbierają je jako kolejne źródło historii społecznej. Dobry pomysł, bo można zapewne wiele informacji ocalić od zapomnienia.

maszyny telegraficzne stare

To, że możemy to miejsce zwiedzić i dowiedzieć się tyle ciekawych rzeczy o początkach komunikacji, zobaczyć te wspaniałe maszyny, które zmieniły świat zawdzięczamy jednemu z nauczycieli w tej placówce Dawidowi Kendall-Carpenterowi. Jego zainteresowanie starymi instrumentami ocaliło wiele z eksponatów ze śmietnika historii, odnalazł je, odnowił i pokazywał studentom ich działanie. On i kilku jemu podobnych zapaleńców stworzyli małe muzeum w tunelach z czasów wojny, oprowadzali chętnych pokazując swoje skarby. W 1998 roku fundusze z Lotterii i firmy Cable & Wireless pozwoliły na stworzenie zaplecza turystycznego i konieczne remonty w tunelach i tzw. Eastern House budynku z 1904 roku. Obecnie muzeum jest w rękach PK Trust utworzonego w 1997 roku przez Cable & Wireless w celu ochrony, konserwacji kolekcji instrumentów oraz edukacji przyszłych pokoleń. Możemy zwiedzać budynek z 1904 roku oraz tunele, są też plany rozbudowy muzeum.

muzeum telegrafu w Porthcurno

Jest ono małe, ale bardzo przyjemne, ma dużo eksponatów, można sobie popróbować na tych których można dotknąć, są filmy pokazujące działanie instrumentów, pogadanki, wystawy, a schodami ewakuacyjnymi można wejść na samą górę.  Polecam, można to miejsce umieścić w planach wycieczki po Kornwalii, a jak mieszkacie w okolicy to warto się tam wybrać, jeżeli jeszcze nie byliście. Jeśli mieszkacie, pracujecie i płacicie podatki w UK to po zadeklarowaniu Gift Aid, - podaje się dane osobowe i adres – dostaje się kwitek na wstęp przez cały rok, taka opcja także dodatkowo wspomaga to miejsce finansowo.

Godziny otwarcia

Codziennie od 10-17.

Od 16 wrześnie 2013 muzeum będzie zamknięte z powodu rozbudowy.

Ceny:

Dorośli – £7.20

Dzieci  (wiek 5-15) – £4.20

Rodzina – £18

Emeryci (powyżej 60tki) – £6.50

Studenci z legitymacją – £5.20

Dojazd - TR19 6JX to kod pocztowy 
Z Penzance A30 w stronę Lands End, potem B3283 i znów biała droga bez numerka ale są znaki, parking płatny. Widzieliśmy tam też autobusy, 501 i 504 jadą one z Penzance i St. Ives, są zniżki (10%) jak się przyjedzie autobusem – trzeba zachować bilet.

Więcej szczegółów na stronie Porthcurno – telegraph museum.

sobota, 03 sierpnia 2013



Zwiedzanie tego miejsca mieliśmy w planach od początku naszej wyprawy do Kornwalii, jako że leży ono także w pobliżu Penzance. Pojechaliśmy tam prosto z Carn Euny, jest to już miejsce o bardziej cywilizowanym dojeździe i ma parking z toaletami, oraz kasę biletową. My jechaliśmy od Carn Euny do Penzance i potem na Gulval drogą B3311 a potem trzeba znów na drogę oznaczoną na biało, ale jest to dość dobrze oznaczone. Parking jest tylko dla zwiedzających osadę, do której jeszcze trzeba dojść przechodząc przez drogę i idąc wyznaczonym szlaki wśród pól i łąk, czasem nam zajączki drogę zabiegną i speszone czmychną znów w krzaki. Potem schodami w górę i schodami w dął i dochodzimy do wielkiej łąki z małym baraczkiem, który jest zarówno kasą biletową jak i sklepem. Po zakupieniu biletu wyznaczonym szlakiem – wykoszona pas trawy – możemy udać się do tej wyjątkowej wioski.  

House 4 Chysauster

Chysauster w odróżnieniu od Carn Euny zamieszkiwane było w stosunkowo krótkim okresie – głównie w okresie rzymski, chociaż znaleziono ceramikę z wcześniejszego okresu epoki żelaza to nie udało się jeszcze jednak zidentyfikowani pozostałości konstrukcji mieszkalnych. Osada ta jest także przykładem charakterystycznego dla tego rejonu typu zabudowy – domostwa z dziedzińcem (courtyard houses). Jest to jednak specyficzna wioska ponieważ jest dość regularnie rozplanowana i występuje duża standaryzacja układu poszczególnych domostw – powielają one podobny schemat z drobnymi wariacjami. Chysauster podobnie jak osady z tego okresu leży wśród systemu pó,l który niestety ulega dość gwałtownej degradacji.

Wioska ta została datowana na okres rzymski, większość ceramiki pochodzi z II i III wieku naszej ery. W tym czasie typy osad ufortyfikowanych z poprzedniego okresu są nadal używane i budowane, większość domostw ma jest okrągła lub w kształcie łodzi to tu na tym południowo zachodnim skrawku Kornwalii dominują domostwa  z dziedzińcem (courtyard houses). Wioska została zbudowana na granicy ziem uprawnych i tzw. „moorland” terenów zbliżonych do wrzosowisk. W tej część Kornwalii zachował się tylko jeden fort rzymski, okupacja militarna była krótka i mało dotkliwa, życie w wioskach nie zmieniło się zbytnio po podboju. Nadal uprawiano pola ( zboża ) hodowano zwierzęta (kozo-owce) tkano, mielono mąkę itp. W III AD gdy hiszpańskie złoża cyny zaczęły wyczerpywać to w Kornwalii zaczęto intensywnie eksploatować ten surowiec. Często było to na małą skalę w sposób chałupniczy – Anglicy nazywają to wtedy „cottage industry” . Pod koniec obecności Rzymian na Wyspach ta osada została opuszczona i wprowadziła się tu flora oraz te co skaczą, fruwają, pełzają i dziwne odgłosy wydają. Jak sobie po tym miejscu chodziliśmy to co rusz nam obok ucha coś bzykało, spod nóg pierzchało a w zaroślach pokrzykiwał jakiś dość duży ptak – sądząc po głosie, ale był zbyt nieśmiały bo nie chciał nam się pokazać.

Zabudowa jest bardzo ciekawa i większość domostw powiela schemat z mniejszymi lub większymi wariacjami. Wejście do zagrody dość logicznie umieszczono z dala od uciążliwych południowo-zachodnich wiatrów. Mury zewnętrzne są dość grube, przejście często jest wyłożone kamiennym chodnikiem i prowadziło do wewnętrznego Dziedzińca.

Chysauster, Kornwalia, Courtyard house no 4

Po lewej stronie w większości zabudowań występuje Wnęka (Bay) o półkolistym kształcie. O ile generalnie przyjmuje się że dziedziniec nie był zadaszony to czasami te wnęki mogły mieć małą konstrukcję zadaszającą -  przeznaczenie to schronienie dla inwentarza: koni, bydła, kóz- czy owiec.

Naprzeciwko wejścia mamy Okrągły Pokój (Round Room) – ze względu na ilość zabytków ruchomych znalezionych w oraz przed tym pomieszczeniem przyjmuje sią że była to główna część mieszkalna.

Na prawo od wejścia występuje Długi Pokój (Long Room), czasami jest on dzielony na dwa pomieszczenia. Możemy też jeszcze spotkać po prawej stronie Mały Okrągły Pokój (Small Round Room).

Taki był generalny schemat ale jak to w życiu bywa zapewne każda zamieszkująca dane domostwo rodzina adaptowała zabudowę do swoich potrzeb.

Jak już pisałam generalnie uważa się że Dziedziniec nie był zadaszony, to boczne pomieszczenia kryte były strzechą lub darnią. W tej osadzie wydaje się także że niektóre małe pomieszczenia miały kamienne zadaszenie. W każdym Okrągłym Pokoju znaleziono w czasie wykopalisk „ Kamień z Dziurą” (stone with a hollow) – uważa się że była to część konstrukcji podpierającej stożkowaty dach.

stone with a hollow, Chysauster, Kornwalia 

Kamienie takie znaleziono też na dziedzińcu ale niektóre z nich nie były w ich oryginalnym miejscu, zostały przesunięte już po opuszczeniu osady przez jej mieszkańców. Pojawia sią też sugestia że niektóre z tych kamieni to żarna, jak opisywał pierwszy pracujący na tym stanowisku W C Borlase obok tych kamieni były inne kamienie opisane jako rozcieracze itp.

Na pewne elementy konstrukcyjne trzeba zwróci uwagę, mury ( bez zaprawy – tzw. suchy mur) są dość grube, a przy wejściu zwłaszcza są one też ułożone warstwami -  kolejna warstwa wystaje nad dolną warstwę (corbelled inwards). Niektóre wejścia są dodatkowo obstawione większymi kamieniami i wydaje się że posiadały nadproże (lintel). Niektóre dziedzińce mogły być całe wykładane kamieniami – płyty kamienne zostały prawdopodobnie zabrane przez okolicznych mieszkańców, takie obiekty archeologiczne były niestety źródłem surowców budowlanych przez wieki.

dry wall, suchy mur, Chysauster

Jeszcze ciekawszym elementem tej zabudowy są Kanały Wodne (Water Chanells), wyłożone i pokryte kamiennymi płytami doprowadzały i odprowadzały one wodę na dziedziniec i do niektórych pomieszczeń.

Każde domostwo ma też swój ogródek przydomowy, wyodrębniony od reszty osady. To wydaje się potwierdzać hipotezę że to była nowa osada i została zaplanowana, wykorzystano przestrzeń do stworzenia funkcjonalnego miejsca zamieszkania, w przeciwieństwie do zatłoczonych osad jak np. opisana już na tym blogu Carn Euny.  

Najciekawszym domostwem w tej wiosce jest Dom 3 (numery nadane współcześnie oczywiście), jest to wielka wariacja (numer 3) na temat tej typowej zabudowy. Wydaje się, że mamy tu tak zwany „semi-detached house” po naszemu bliźniak – dwa domy w jednym. Mamy tu dwa wejścia, dwa Okrągłe Pokoje, dwa Dziedzińce, dwie Wnęki, i dwa pomieszczenia w jednym z domów zamiast Długiego Pokoju. Oba wejścia są obok siebie to po prawej stronie prowadzi na Dziedziniec, po lewej stronie jest Wnęka a po prawej zamiast Długiego Pokoju są dwa pomieszczenia Małe Okrągłe Pokoje (?), a naprzeciw Okrągły Pokój. Dwa pokoje zamiast Długiego Pokoju wydają się być tak pomyślane od początku, nie ma wyraźnych śladów przebudowy. W Okrągłym Pokoju zachowała się dziwna struktura kamienna – najpierw myślano że było tu palenisko, ale nie znaleziono żadnych śladów popiołów czy spalenizny, być może ma to związek z używaniem tego miejsca przez Metodystów do organizowania spotkań religijnych na początku XIX wieku.

House no 3, Chysauster, ancient village

Drugi dom ma wejście i Wnękę po lewej stronie oraz Okrągły Pokój tu Kamień z Dziurą zachował się w oryginalnym miejscu  – nie ma Długiego Pokoju.

Oba domy mają Kanały Wodne i nie można określić czy jeden z nich został rozbudowany i przebudowany, przyjmuje się że taka konstrukcja była zamierzona, pozostaje nam tylko snuć domysły dlaczego? Być może była to duża rodzina i chcieli być blisko siebie, być może teściowa i synowa nie bardzo potrafiły znaleźć wspólny język … możliwości jest wiele.

Dom numer 6 jest także nietypowy, ma on bardzo dużo dodatkowych pomieszczeń i wnęk. Domostwo to ma długie wejście, mur w tej części jest wyjątkowo gruby. Po lewej stronie dziedzińca mamy Wnękę ale przy samym wejściu jest małe pomieszczenie do którego dobiegało szereg Kanałów Wodnych, wydaje się to być swego rodzaju system odwodnienia domostwa czy regulacji wodnej, a po drugiej stronie Wnęki jest niski murek niewiadomego przeznaczenia.

Naprzeciw wejścia jest oczywiście Okrągły Pokój, palenisko wyznaczone jest przez płaski kamień, a w czasie wykopalisk znaleziono platformę w kształcie podkowy przylegającej do murów – interpretowanej jako ława do spania. Pomieszczenie to posiadało też tylne wyjście-wejście.

house 6 long room with 2 doors

Długi Pokój ma dwa wejścia ale nie został on podzielony jak w przypadku Domu numer 3, posiada on jednak mały okrągły aneks w części wschodniej, jego podłoga jest wyżej niż powierzchnia Dziedzińca, układ kamieni wskazuje że to pomieszczenie mogło być zadaszone – (corbelled inwards) kamienie tworzyły coś w rodzaju pozornej kopuły.

House 6, annex in the long room

Ale to nie koniec wariacji w tym domostwie, zaraz przy wejściu po lewej stronie jest okrągłe pomieszczenie taki Mały Okrągły Pokój, o kamiennej podłodze także wyżej niż poziom Dziedzińca. W czasie wykopalisk znaleziono tu pozostałości paleniska oraz fragment ceramiki.

Small Round Room house 6 Chysauster

Jest to niezwykle ciekawe miejsce, nie miałam pojęcia o takich osadach, o domostwach z kamienia, to była porządna wioska, o przemyślanej i funkcjonalnej zabudowie. To co zostało odkryte budzi podziw, a ile jeszcze kryje ziemia. Niesamowite jest to że w latach 30tych ubiegłego wieku właściciel ziemi na której te obiekty odkryto przekazał je w opiekę urzędnikom z  departamentu „Office of Works” (dziwna nazwa), który to później został przekształcony w Departament Przyrody (środowiska). Od 1984 roku wioska ta znajduje się pod opieką English Heritage.

Jest to niezwykłe miejsce i jeżeli się wybieracie do Kornwalii albo mieszacie w tej części Zjednoczonego Królestwa to warto poszukać go na mapie i wpaść na parę chwil.

Godziny otwarcia:

29 Marca – 30 Czerwca: 10-17

1 Lipca – 31 Sierpnia: 10-18

1 – 30 Września: 10-17

1 Października – 3 Listopada: 10-16

Od 4 Listopada do 31 Marca 2014- zamknięte.

Ceny na rok 2013:

Dorośli – £3.60

Ulgowe – £3.20

Dzieci – £2.2

Posiadacze Karty English Heritage – za darmo.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32
Flag Counter