środa, 09 października 2013



Z jaskini Blue Johna wróciliśmy na trakt i pojechaliśmy do zamku Peveril. Stoi on, a raczej jego ruiny, na wzgórzu przy uroczym miasteczku Castleton. Zamek widać z daleka i jak się dowiedzieliśmy w informacji trzeba do niego dojść ulicą Zamkową (Castle Street) i potem wypatrywać małej ścieżki po prawej stronie na końcu ulicy, uwaga - znak wskazuje, aby iść w lewo.

Do zamku trzeba się wspiąć krętą dróżką. Dobrze, że ktoś pomyślał o ławeczkach i ustawił je przy ścieżce -  można pod pretekstem podziwiania widoków usiąść sobie na chwilę, aby złapać oddech i dać nogom odpocząć. Zamek został zbudowany tutaj zaraz po podboju wyspy przez Normanów w 1066 roku, a jego pierwszym zarządcą był Wilhelm (William)  Peveril, baron, który przybył z Wilhelmem Zdobywcą z Normandii. Brał on udział w ujarzmianiu terenów określanych jako Midlands i został za to sowicie wynagrodzony włościami w Nottinghamshire i Derbyshire . W 1086 roku Wilhelm Zdobywca zarządził spis dóbr w swoim królestwie i tu pojawia się pierwszy zapis o tym zamku. Wilhelm Peveril zbudował dla króla zamek z kamienia, co było nietypowe dla wczesnych zamków  na terenie Anglii, które zwykle budowano z drewna oraz fortyfikowano konstrukcjami drewniano- ziemnymi, ale być może tu był łatwiejszy dostęp do kamiennego surowca. W 1100 roku król Henryk I dał mu ten zamek w nagrodę za lojalność Wilhelma wobec nowej dynastii. W ten oto sposób zamek ten i osada ( Castleton), która urosła u jego podnóży stały się ważnym centrum polityczno-gospodarczym.

model zamku Peveril

Okolica ta była bogata w złoża ołowiu, a był to surowiec bardzo ważny, używany głównie w budownictwie – kryto nim budynki i to właśnie Wilhelm Peveril był odpowiedzialny za  opiekę i doglądanie złóż. Monarcha dostawał część produkcji jako zapłatę za udzielenie pozwolenia na wydobycie ( unormowało się to do 1/13 produkcji). Król miał też prawo pierwokupu i tak np. w 1250 roku zarządca zamku musiał dostarczyć około 50 ton tego surowca na budowę zamku królewskiego w Winchesterze. Pod koniec średniowiecza wydobycie ołowiu podupadło, głównie z powodu wytrzebienia lasów. Górnictwo powróciło na te tereny w XVII wieku, gdy wzrosło zapotrzebowanie i pojawiły się nowe technologie pozyskiwania tego surowca. 

W 1114 zamek odziedziczył syn Wilhelm Peveril II, ale pod koniec swojego życia stanął on po stronie króla Stefana I w czasie wojny o koronę (pisze o tym konflikcie  Ken Follet i Sharon Penman, polecam zwłaszcza jej książki, jest może mniej znana, a pisze wspaniale). Dodatkowo popadł w konflikt z Hrabią z Chester. Taka postawa spowodowała, że stał się wrogiem Henryka Plantageneta, który został królem w 1154 i jest znany w historii jako Henryk II (ten co miał za żonę Eleonorę Akwitańską i który pokłócił się z arcybiskupem Thomasem Becketem, znów odsyłam do lektury S. Penman). Henryk przywrócił zamek do korony, co nie spodobało się dziedzicom Peverila, zwłaszcza baronowi Ferrers, który ożenił się z córką Peverila i domagał się tej schedy w jej imieniu. Henryk II utrzymywał zamek z powodu tych buntowniczych nastrojów okolicznych możnych. Tutaj też przyjął króla Szkockiego Malcolma IV w 1157 roku.  W latach 70-tych XII wieku w czasie buntu baronów, król wydał na utrzymanie zamku 116 funtów (bardzo znaczna suma w tamtych czasach). W skład sił militarnych stacjonujących tutaj wchodziło m.in. 20 rycerzy. Zamek w Peveril pozostał w rękach rodziny królewskiej aż do początku XIII wieku, gdy to król Jan, najmłodszy syn Henryka II (brat Ryszarda Lwie Serce i ten książę Jan od Robin Hooda), po objęciu tronu musiał się znów borykać z buntowniczymi baronami. Ferrers dostał ziemie swojego teścia (Peverila) za opłatą 2000 marek  (1 marka to 2/3 funta), ale mimo takiego wydatku nie otrzymał samego zamku. Dopiero w czasie wojny domowej monarcha oddał tej rodzinie zamek, jednak zawiadujący nim kasztelan Brian de Lisle odmówił opuszczenia warowni. Wszystko się przedłużało i gdy młody król Henryk III wstąpił na tron w 1216, odziedziczył także ten problem. Ferrers ostatecznie zajął to miejsce w wyniku negocjacji, ale miał go oddać, gdy młody król osiągnie pełnoletność, i znów był problem z przejęciem zamku bo Ferrersowie uważali, że jest to ich własność. Ostatecznie wycofali się z zamku w 1223 r.

W 1250 roku wybudowano Nowy Hall i dokonano różnych napraw i przeróbek m.in. odnowiono ołowiany dach na donżonie i wieży obserwacyjnej, zreperowano: piekarnię, mury, bramy, oraz podłogi. Ponownie w rękach królewskich zamek był powierzany zaufanym zarządcom zwanymi „constables”. Zamek i jego okolica, stały się źródłem dochodów poszczególnych członków rodziny królewskiej, był m.in. zabezpieczeniem dla wdów królewskich. W XIV wieku Peveril zaczął podupadać, pod koniec tego stulecia stwierdzono, że nie warto go rozbudowywać i unowocześniać. Został on włączony do Księstw Lancaster, lokalni administratorzy nadal sprawowali pieczę nad tym miejscem, ale nie przywiązywano do niego zbytniej wagi. W 1561 roku królowa Elżbieta zarządziła spis swoich zamków i zamek ten został określony jako ruina nie warta remontowania. Tak skończyła się kariera tego miejsca jako twierdzy i zaczęła jako urokliwego zakątka, ładnego widoczku itp.

widok z zamku w Peveril

Dziś są to ruiny pod opieką English Heritage. Opuszczone mury, po niektórych budowlach ledwo ocalałe kamienie na powierzchni, bowiem okoliczni mieszkańcy traktowali to miejsce jako źródło surowca budowlanego m.in. z donżonu pozrywano kamienną okładzinę, ale widoki nadal są piękne, kiedyś to miejsce królowało nad okolicą, pilnując ładu i porządku, dziś można tu sobie usiąść na ławeczce i podumać nad zmieniającą się historią. Gdzie wrzało życie, codzienny gwar obijał się o mury teraz hula wiatr i deszcz zacina prosto w twarz. Trzeba uruchomić wyobraźnię, a pomogą  w tym tablice informacyjne ukazujące życie w zamku w okresie świetności.

Po wdrapaniu się na tę górkę i złapaniu oddechu, rozumiemy dlaczego zbudowano tu zamek i dlaczego był on przedmiotem wielopokoleniowego sporu. Choć może nigdy nie była to imponująca twierdza, to jednak położona na skalnym urwisku pozwalała na kontrolowanie przyległych rejonów bogatych w surowce mineralne. Miejsce to było także w sercu obfitych terenów łowieckich, a to była jedna z ulubionych rozrywek rodzin królewskich.

Na teren zamku wchodzimy przez bramę po której zostały tylko fragmenty, kiedyś była ona szeroka na 7 metrów, a samo wejście miało około 2.5 metra szerokości. To było wejście do zamku dla pieszych i konnych jeźdźców. Od razu po wejściu rzuca nam się w oczy donżon (keep) w rogu po przeciwnej stronie dziedzińca (bailey). Po prawej stronie na drugim końcu murów mamy wystające  ociupinkę nad trawą zarysy kamienne Nowego Holu (New Hall) – budowla ta pojawia się w liście króla Henryka III z 1251 roku sugerując, że był na zamku Stary Hol. Nowy budynek został prawdopodobnie wybudowany na wizytę królewską w 1235 roku. Jest tu plansza pokazująca rekonstrukcję tego budynku – wygląda to  imponująco.  

Następnie skierowaliśmy się do najlepiej zachowanego budynku tego zamczyska i ścieżką przy murze udaliśmy się do donżonu (keep). Niwelacja gruntu oraz ślady murów wydają się wskazywać, że były tu jakieś pomieszczenia być może mieszkalne. Po drodze w murze jest wnęka służąca kiedyś jako latryna - nieczystości wypadały za mur, naturalne nawożąc wąwóz, który ma tu głębokość około 70 metrów.

Peveril Keep

Tu przy donżonie była brama główna,  z drugą stroną wąwozu łączył ten zamek  most, ale ani on ani budynki na podgrodziu po drugiej stronie nie istnieją. To była główna droga i wejście na zamek, tędy mogły wjechać wozy z zaopatrzeniem. Zapiski o wydatkach na utrzymanie mostu pojawiają się w dokumentach dość często aż do XV wieku. Tam po drugiej stronie miały być budynki gospodarcze, magazyny na budulce w czasie napraw i rozbudowy oraz stajnie.

Donżon (keep) może wydawać się mało imponujący ale proszę pamiętać że w czasach gdy go wybudowano większość ludzi mieszkała w ziemiankach lub ubogich chatkach. Taka kamienna budowla to było naprawdę coś, to był wyraz władzy i bogactwa. W porównaniu do zamku w Dover, czy Wieży Londyńskiej (Tower of London) jest to skromna budowla, jak i cały zamek. Król Henryk II wydał na tę wieżę w latach 1175-7 około 184 funtów. Wieża ta jest na planie czworokąta  o boku długości 12 metrów. Wejście do środka jest na wysokości około 10 metrów od ziemi i prowadziły do niego zapewne drewniane schody.

zamek w Peveril

Okna wychodzą na dziedziniec, pomieszczenie było jedno, pokryte spadzistym dachem, którego zarys widać na murach. Po kręconych schodach schodzimy na dół do pomieszczenia magazynowego, tu składowano cenne zapasy, może podatki lub broń. Oczywiście teraz nie ma tu podłogi więc jak wejdziemy do donżonu to mamy jedną wielką dziurę i chodzimy po pomostach zbudowanych dla potrzeb zwiedzających.

keep in Peveril Castle

We wnęce na lewo od wejścia mamy kolejną latrynę, która sądząc po zapachu nadal jest w użyciu – no cóż nie każdy turysta to rozumny człowiek. Trudno jest określić jaka była funkcja tego donżonu, nie ma tu kominka, ( może było tylko palenisko na środku po którym oczywiście nie ma już śladu), nie ma tu też dostępu do wody. Raczej była to więc rezydencja reprezentacyjna, takie biuro zarządcy zamku, tu przyjmował interesantów, załatwiał ważne sprawy lokalne, rozsądzał spory itp. Na murach są ślady ładnie obrobionych kamieni którymi wykończona była elewacja tego budynku, wyglądać musiał wtedy znacznie lepiej niż teraz.

Peveril castle keep

Z murów po stronie południowej roztaczają się piękne widoki na okolicę, zielono tu i malowniczo, a dołem, przez wąwóz można udać się na spacer, chyba następnym razem się tam wybierzemy.

Schodząc w kierunku bramy po prawej stronie znów jakieś kamienie wystają z trawy, to pozostałości Starego Holu i Kaplicy – o tym, że ta istniała wiemy z inwentaryzacji z 1246 roku, w której wspomina się, że na wyposarzeniu kaplicy zamkowej był m.in. srebrny kielich mszalny, ornaty i księgi. I tyle tej wycieczki po ruinach zamku Peveril.

Polecam to miejsce, najlepiej w ładną pogodę, po zwiedzeniu zamku warto pospacerować sobie po uroczym miasteczku Castleton leżącym u jego stóp.

Jak tam dojechać?

Z Buxton w sercu Peak District drogą A6 na północ, potem odbić w prawo (są znaki) na Sparrowpit, a potem drogą bez numeru w stronę Castleton, droga była bardzo malownicza  - 20% spadku. Kod pocztowy S33 8WQ.

Ceny:

Posiadacze karty English Heritage – za darmo

Dorośli: £4.60

Dzieci:£ 2.80

Ulgowe (studenci z legitymacją, seniorzy): £4.10

Rodzinne  : £12.00

Godziny otwarcia:

Do 3 Listopada 2013 – codziennie od 10 do 17.

Zamknięte w czasie Świąt Bożego Narodzenia, w Sylwester i Nowy Rok

Od 4 listopada 2013 do 16 Lutego 2014 weekendy od 10 do 16.

17 – 23 Luty 2014 codziennie od 10 do 16.

24 Luty – 31 Marca 2014 weekendy od 10 do 16.

środa, 25 września 2013

jaskinia Blue John, 

Tym razem zabieram was na wycieczkę na północ od Londynu do Peak District. Pojechaliśmy tam na parę dni i postaram się wam pokazać jakie to urocze miejsce. Pierwszy punkt naszego programu był trochę przypadkowy, oto jechaliśmy do zamku Peveril i w oczy rzucił nam się drogowskaz „Blue John Cavern”. Na pytanie mojego ukochanego, czy jedziemy, odparłam, że jedziemy no i pojechaliśmy. Nie pożałowaliśmy, bo wyprawa w głąb ziemi okazała się bardzo interesująca i malownicza.

jasninai Blue John, nurt rzeki

Jaskinię zwiedza się z przewodnikiem, jest dużo wchodzenia i schodzenia po schodkach, ciasne przejścia i dużo zadzierania głowy do góry, bo tam cały urok tego miejsca. Zwiedzanie trwa około 1 godziny, nasz przewodnik był uroczy, miał dar opowiadania, a fakty geologiczne przeplatał anegdotkami i żartami.

nacieki w jaskini

Blue John to kamień półszlachetny, z rodziny fluorytów, a w tej jaskini występuje osiem z czternastu znanych rodzajów tego surowca. W Wielkiej Brytani występuje on właśnie tylko na terenie Peak District, w okolicach miejscowości Castleton, a ta jaskinia to jedna z dwóch, w której jest on obecny.  Jest to uroczy kamień o niezwykle barwnych odcieniach od  fioletowo - niebieskiego po żółtawy. Podobno minerał ten był już wydobywany przez Rzymian, ale pierwsza wzmianka w słowie pisanym pojawia się o nim w 1766 roku, a dwa lata później mamy list przemysłowca M. Boultona, który to starał się o licencję na wydobycie lub kupno kopalni wydobywającej minerał określany jako „Blue John”. W hotelu Friary jest plakietka wykonana z tego minerału datowana na 1760 rok. W tym samym mniej więcej czasie architekt R. Adam używał tego surowca do wykonania okładzin na kominki do rezydencji Kedleston Hall.

zabytkow narzędzia górnicze

 Skąd wzięła się nazwa tego surowca? Jest parę teorii, jedna mówi że okoliczna ludność zangielszczyła francuskie słowa „bleujaune” ( czyli niebiesko żółty), druga, że tak ten minerał nazwali Kornwalijscy górnicy, którzy pracowali w XVIII wieku w kopalniach na tym terenie ( bluejenn po Kornwalijsku, a na terenie Kornwalii nazywano tak różne niebieskie skały ). Minerał ten jest nadal wydobywany poza sezonem turystycznym, używane do tego są kilofy. W czasie wycieczki pokazano nam obecnie eksplorowaną żyłę nośną. Pozyskiwana jest ograniczona ilość minerału, do uzupełnienia zapasów itp., nie jest to wydobycie na skalę przemysłową.

 depozyt minerału

W przykopalnianym sklepiku można kupić małe pamiątki, ale pobliskiej miejscowości Castleton mamy sklep z wiekowymi tradycjami, można tu podziwiać zdolności rzemieślnicze. Z tego minerału wyrabia się głównie ozdoby, misy, jaja, biżuterię.

Castleton, sklep, Blue John 

Polecam taką wyprawę, dla odmiany można się przyjrzeć cudom natury skrytym pod naszymi stopami.

Gdzie to jest?

W Peak District, trzeba wyjechać z Buxton drogą A6 na północ w stronę Chapel en le Firth, potem odbić w prawo na Sparrowpit, a potem to już po znakach. Jaskinia jest otwarta od 9:30 do 17:30 w lecie, w zimie do zmierzchu (zależy też od pogody) , zamknięta w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Parking za darmo.

Ceny aktualne w momencie publikacji wpisu:

Dorośli : £9.00

Dzieci: £4.50

Ulgowe (studenci z legitymacją i emeryci): £7.00

Rodzinne: £25.00

środa, 11 września 2013

 

Do przeczytania tej książki namówił mnie mój ukochany i powiem Wam, że przeszłam przez nią jak burza. Jest to urocza opowieść o świecie autobusów i ludziach, którzy nimi kierują. Co jest najciekawsze została ona napisana przez kierowcę autobusu. Magnus od 1986 roku mieszka i pracuje jako kierowca autobusu w Londynie. Zna to środowisko od podszewki i w tej opowieści ukazuje nam realia pracy w transporcie publicznym w wielkiej metropolii jaką jest Londyn. Poznajemy reguły jakimi rządzi się ten świat, problemy z jakimi borykają się kierowcy, a wszystko to jest okraszone inteligentnym humorem. Tak mi się jego pisanie spodobało, że na półce stoją już następne książki Magnusa  i czekają w kolejce.

Bohaterowie tej nowelki są zlepkami charakterologicznymi ludzi, którzy przewinęli się przez garaże, w których pracował ten pisarz, niektóre są bardzo malownicze. Ciekawa jestem, czy niektórzy jego koledzy się rozpoznali, czy mieli jakieś uwagi itp.

Oprócz kierowców, przez kartki przewijają się we wspomnieniach też konduktorzy – książka pisana była w momencie gdy stare Routemastery (to te autobusy bez drzwi na tyle)  wyszły już praktycznie z użycia i miały pojawić się autobusy przegubowe. Nota bene teraz te wyszły z użycia i wprowadzono nowe Routemastery – Borisbusy ( kroi się wpis o nich) .  Kolejni bohaterowie to kontrolerzy, który czuwają nad tym, aby autobusy zjawiały sią na przystankach o czasie, bowiem autobusy mają jechać w ustalonej z góry kolejności. Prawie każdy kierujący autobusem na naturalną tendencję do bycia przed czasem, ale to jest zabronione. Nie ma bowiem powodu do bycia przed czasem, bycie przed czasem jest wysoce niewskazane, jak się dowiadujemy na pierwszej stronie, gdy nasz bohater zostaje przyłapany przez kontrolera Breslina – był 6 minut przed czasem i musiał odczekać 2 minuty. Więc jak jedziecie autobusem i nagle autobus stoi na przystanku „bez powodu”, to z pewnością jest to na polecenie kontrolera, który przyłapał kierowcę na byciu za wcześnie na danym przystanku. Oczywiście od czasu gdy M. Mills napisał swoją opowieść minęło parę lat i kierowców pilnują nie tylko inspektorzy stojący na przystankach, ale także kontrolerzy monitorujący ruch autobusowy przy użyciu GPS-u. Wielki Brat czuwa nad rozkładem autobusowym.

Oczywiście jak udowadniają bohaterowie w noweli Millsa jest to walka z wiatrakami, syzyfowa praca itd. Osiągnięcie tego jest wręcz niemożliwe, za dużo jest bowiem przeciwności losu a np. na kontynencie, gdzie transport jest o niebo lepsze, wszystko jest lepsze od dróg do pasażerów. Tu w Londynie jest za dużo przejść dla pieszych, świateł, ulicznych targów, pękniętych rurociągów wodnych, napraw i remontów, śmieciarek blokujących przejazd, marszów protestacyjnych, samochodów dostawczych, kawalkady przewożącej polityków, taksówkarzy, rowerzystów, ryksiarzy a wszyscy oni są w konspiracji, aby utrudnić poruszanie są autobusom.

Jeśli autobus jest spóźniony to pasażerowie tego nie lubią, ale spóźnienie może być wytłumaczone. Jeśli autobus jest za wcześnie, to urzędnicy tego nie lubią bo to jest nie do przyjęcia. Drugim świętym „Gralem” urzędników jest owo tytułowe „maintenance of headway” czyli zachowanie odstępów między autobusami. Mieszkając w Londynie, na pewno zauważyliście, że czasami autobusy jeżdżą  stadami, nawet się tu mówi o tym, że czeka się, czeka, a potem dwa autobusy zjawiają się naraz, albo że wszystkie jadą w drugą stronę. Temu się starają zapobiec właśnie kontrolerzy i czasami kończy się to tak, że nagle zostajemy „wyrzuceni” z autobusu, bo jak jeden z kontrolerów tłumaczy naszemu bohaterowi: „mam za dużo autobusów na tym odcinku a za mało na tym w drugą stronę” i skracają lub zawracają kierowców, a biedni pasażerowie muszą czekać na następny. Dla urzędników to jednak nie ma znaczenia, pasażerowie to drugorzędna sprawa, najważniejszy jest ruch autobusów.

Edward to znawca i stary wyga, wie o tej pracy więcej niż ktokolwiek inny, dzieli kierowców na mrówki – to taki kierowca, który z prostej pracy robi sobie ciężką robotę. Jego pierwszym błędem jest niestosowanie się do Teorii Jazdy Przed Czasem – to podstawa jaką powinien znać każdy kierowca, im bliżej jesteś poprzedzającego cię autobusu, tym mniej zabierasz pasażerów. Im mniej masz pasażerów, tym mniej czasu tracisz na przystanku. Jak jesteś wcześniej, to zabierasz mniej ludzi niż jak jesteś spóźniony, bo już się zdążyło ludzi nazbierać na przystanku – proste jak drut. Mrówki starają się jechać na czas i często się spóźniają i na dodatek nie wpisują sobie za to nadgodzin, bo nie chcą kłopotać szefów. I tak sobie utrudniają życie.

Oczywiście są specjalne przepadki, które nie dają się ani zreformować, ani dostosować to rytmu pracy za kółkiem czerwonego autobusu. Jedną taką niezwykle barwną postacią jest Pani Baker, to kierowca za którą nikt nie lubi jeździć, bo jest tak powolna, że trzeba mieć anielską cierpliwość, aby utrzymać ów odstęp. Dla niej zasada trzymani odstępu, a zwłaszcza Teoria Jazdy Przed Czasem nie istniały. Ona jechała w swoim własnym świecie, wypuszczała ludzi poza przystankami, jeżeli tak było dla nich wygodnie, wyliczała specjalne taryfy, czekała na pasażerów, którzy czegoś zapomnieli. Ci, którym pomogła, uważali ją za skarb, ale część pasażerów uciekała z jej autobusu, bo wlókł się on wolniej niż ślimak. To przez nią trzeba było zawracać inne autobusy, skracać i zmieniać. Koszmar dla jadącego za nią i koszmar dla kontrolerów.  Jednego dnia gdy nasz bohater ją wyprzedził, zorientował się, że między nimi powinno być 3 autobusy.

Jason to też specyficzny typek, kierowca z piekła rodem, jego autobusy często były puste lub pół puste, on miał Teorię Jazdy Przed Czasem opanowaną do takiej perfekcji, że zdarzało mu się omijać przystanki, gdy były zbyt zapełnione. Raz wyskoczył z autobusu i gonił rowerzystę, który przejechał na czerwonym świetle i przez którego musiał ostro zahamować. Potem żałował, że nacisnął na hamulec. On potrafił całą trasę przejechać, a wspomniana Pani Baker była dopiero w połowie. I jak tu pogodzić takie temperamenty?  O ile większość kierowców stosowała tę Teorię Jazdy Przed Czasem z wyczuciem, to Jason był zmorą dla urzędników, nie dał się ujarzmić, A jak tu sobie z takim indywiduum poradzić? Odpowiedz na to jest w książce - zaskakuje, a potem kiwamy głową ze zrozumieniem.

Jednym z uroczych wątków, trzymających nas w napięciu do końca książki, jest postać Thomsona -  tajemniczego kierowcy, którego tylko pamięta nasz bohater, a który zapisał się w historii garażu czymś niesamowitym. Został zwolniony z pracy – co jest niebywałym osiągnięciem, ale za co został zwolniony nikt nie pamięta, bo jego też ledwie pamiętają. O tym co zrobił Thomson dowiemy się także na końcu.

Na razie ta książka nie została przetłumaczona na język polski (chętnie bym ją sama przetłumaczyła), ale w Polsce przetłumaczono i wydano cztery inne jego książki m.in. „Poskramianie bydła” (nieszczęśliwe tłumaczenie tytułu), oraz „W Orient Expressie bez zmian” .  „ The maintenance of headway”  napisana została bardzo przyjemnym i przystępnym językiem, można po nią śmiało sięgnąć w ramach rozszerzenia  słownictwa itp. Poznamy realia życia w Londynie, a dla wybierających się do pracy w tym zawodzie do tego konglomeratu miejskiego, powinna to być lektura obowiązkowa.

autobus piętrowy  w Londynie

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

 

Po archeologicznych eskapadach ( Carn Euny  i Chysauster)  w odległą przeszłość zdecydowaliśmy się na podróż w czasie i przeskoczyliśmy do połowy XIX wieku - wybraliśmy się do stacji telegraficznej w Porthcurno.

Oto epoka rozwoju przemysłowego, wielkich zmian polityczno-społecznych, powstają nowe imperia, rodzą się fortuny i czas zaczyna szybciej płynąć. Nadchodzi nowa era, w której posiadanie i szybki przekaz informacji jest na wagę złota, stare metody posłańca na koniu, a nawet rozwijająca się poczta, nie są już wystarczającym środkiem przekazywania informacji.

Sytuację poprawiło (przełom XVIII/XIX wieku) zastosowanie nowego rodzaju telegrafu optycznego (shutter telegraph system) opracowanego na wzór francuskiego telegrafu Chappe’a. Otóż, w czasie wojen Napoleońskich francuscy bracia Chappe opracowali system optycznego przekazywania informacji na odległość, opierał się on na sieci wież w odległości 9-10 mil od siebie, które były w stanie przekazać informacje z szybkością 1.75 słowa na minutę. Dla porównania:  wiadomość w Królestwie Brytyjskim z bazy morskiej w Portsmouth do siedziby Dowództwa Floty w Londynie, niesiona w torbie przez jeźdźca na koniu – to 4.5 godziny. To duża strata czasu, zwłaszcza w czasie działań wojennych.

Wielka Brytania potrzebowała swojego własnego systemu, pojawiło się parę propozycji, ale ostateczne wybrano dzieło Lorda Geogre’a Murraya. Machina o wysokości 20 stóp ( około 6 metrów) to konstrukcja ram w dwóch kolumnach o 6 polach -2x3, w ramach są „okiennice”, które mogą być w pozycji zasłaniającej – wypełniającej pole, lub w pozycji otwartej. Poszczególny układ reprezentuje litery itp., w ten sposób wiadomość jest przesyłana na duże odległości szybciej niż starymi metodami. Murray otrzymał za ten wynalazek 2000 funtów, a pierwszy szef tego przedsięwzięcia = G. Roebuck otrzymywał pensję 300 funtów rocznie. Linia biegła od Portsmouth przez wzgórze Beacon, Hascombe (Telegraph Hill) , Chessington, Putney (niedaleko Telegraph Inn), Chelsea do Whitehallu – czas przekazania wiadomości to 7.5 minuty – jak błyskawica w porównaniu z konnym jeźdźcem. W każdej wieży pracowało 4 mężczyzn, dwóch do obserwowania przez lunety sąsiedniej stacji - odczytywali oni wiadomości i krzyczeli do pozostałych dwóch, którzy pociągając za sznury odsłaniali i zasłaniali okiennicami pola w ramkach konstrukcji, przekazując wiadomość do następnej stacji. Czasami stacjonował z nimi oficer z Marynarki Królewskiej.  Potem pojawiły się telegrafy z ramionami (semafory), których ułożenie przesyłało zakodowaną wiadomość. Oczywiście taka komunikacja miała swoje wady, była ograniczona przez warunki atmosferyczne i nie można jej było używać przy braku widoczności.

Potrzebne były nowe wynalazki i odkrycia, i tak ujarzmienie elektryczności przez Volta, a zwłaszcza jego bateria otworzyły nowe perspektywy w rozwoju szybkiej komunikacji. Wszystko zaczęło się na kolei w latach 30tych XIX wieku, gdy zaczęto wykorzystywać prąd elektryczny do przesyłania sygnałów i komunikacji między stacjami kolejowymi. Najpierw używano kabli żelaznych, które następnie zostały zastąpione przez kable miedziane. Gdy okazało się, że jest technologia i jest potrzeba, doszło do porozumienia firm telegraficznych z kolejowymi w sprawie wykorzystania już istniejącej infrastruktury do przekazywania informacji. Na początku odcinki były krótkie, bowiem sygnał słabł ze wzrostem  odległości, ale rozwój technologii umożliwił powiększenie sieci telegraficznej, która rozrastała się łącząc różne zakątki Wysp Brytyjskich. Nowe materiały izolujące - „gutta percha” (gutaperka), umożliwiły działanie kabli pod wodą i zaczęto układać kable międzykontynentalne (1865 rok) , i tak powstawała siec globalna. Pierwsza próba połączenia dwóch kontynentów była nieudana, bowiem źle oszacowano odległość i zabrakło kabla.

5 needle galvanometer,

Zasada działania telegrafu jest dość „prosta” – wiadomość jest wysyłana impulsem eklektycznym ( prze użyciu klucza lub wyłącznika) i biegnie po kablu do odbiorcy, tam czekał na nią galwanometr –urządzenie odbiorcze. Pierwsze takie urządzenie odbierające sygnał telegraficzny wyszło z firmy Wheatstone’a i Cooke’a – jeden z jej zołożycieli to naukowiec i wynalazca, a drugi to zaplecze finansowo-marketingowe. Maszyna ta miała 5 igieł i choć była skomplikowana w konstrukcji, to jej obsługa nie wymagała znajomości żadnego kodu. Litery były ułożone na tarczy romboidalnej, a impulsy eklektyczne powodowały, że owe igły wskazywały na daną literę i tak cała wiadomość była literowana – odbiorca musiał jedynie znać alfabet i umieć to zapisać. Następnie firma ta wyprodukowała dwu-igłowy i jedno-igłowy odbiornik telegraficzny. Instrumenty te były mniej skomplikowane, za to ich obsługa wymagała szkolenia, gdyż wiadomości były przesyłane kodem Morse’a (stworzonym w 1840 roku). System ten używał kombinacji sygnału krótkiego (kropki) i długiego (kreski)  jako reprezentacji liter i cyfr, po kablu sygnały transmitowane były jako krótkie i długie impulsy elektryczne.

Morse inker

Kolejna innowacja to „Morse inker” skonstruowany przez Thomasa Johna z Wiednia w 1854 roku. Maszyna ta nakręcana była kluczem, taśma papierowa poruszała się pod kółkiem, które naciskając na papier pozostawiało znaki kropki i kreski, reprezentujące kod Morse’a. Weszła ona do użycia w latach 60-tych XIX wieku i sprawdzała się ona szczególnie na krótkich dystansach. Niestety w długich podmorskich kablach impulsy słabły wraz z przebieganą odległością i pojawiały się problemy w odczytywaniu wiadomości. Jeden ze sposobów pokonania tego problemu to lepsze, bardziej wrażliwe odbiorniki i tak pojawia się kolejny wynalazek opatentowany w 1858 roku przez W. Thomsona (Lorda Kelvina tego od zera absolutnego) - lustrzany galwanometr. W maszynie tej użyto światła świeczki lub lampy w celu wzmocnienia ruchów igły tradycyjnego galwanometru.

galwanometr

Problem słabnięcia sygnału jednak pozostał, aż została wynaleziona nowa metoda przesyłania sygnału tzw. kod kablowy – użyto tu podwójnego klucza, nadal używano kropek i kresek, ale zamiast krótkiego i długiego impulsu przesyłano pozytywny i negatywny impuls jako reprezentacja kropki i kreski. W galwanometrze światło biegło w prawo (kropka) lub lewo (kreska). Do obsługiwania takiego galwanometru potrzeba było dwóch pracowników, jednego do obserwacji drugiego do zapisywania tego, co ten pierwszy mu odczytał na maszynie. Ponieważ nie było wiadomo kiedy przyjdzie wiadomość, odbiornik ten musiał być pod stałą obserwacją, trzeba było mieć oczy szeroko otwarte bo nawet przegapienie jednego symbolu mogło mieć tragiczne konsekwencje.

Prawdziwą rewolucją okazał się kolejny wynalazek W. Thomsona (Lorda Kelvina) z 1869 roku znany jako  „The Thomson Siphon Recorder” (Drukarka Syfonowa?) . Maszyna ta była nie tylko wystarczająco czuła i odbierała sygnały biegnące po podmorskich kablach, ale jeszcze drukowała otrzymany przekaz. Delikatna wykonana ze szkła tuba (siphon) spryskiwała atrament na papierową taśmę. Wydruk to zygzakowate szlaczki – góra to kropki a dół to kreski. Następnie telegrafista odczytywał zakodowaną wiadomość i zapisywał ją ręcznie w specjalnym formularzu.

W miarę rozwoju technologii, malały koszty i ten sposób komunikacji stał się bardziej dostępny także dla mniej zamożnych. Dostarczaniem telegramów po całym kraju zajmowała się Królewska Poczta. Pojawiają się też prostsze w użyciu aparaty, działały one na krótkich dystansach i jak podkreślano wtedy mogły być obsługiwane nawet przez kobiety! Chodzi tu o ABC telegraf używany na poczcie, a często tu właśnie pracowały kobiety. Działanie tego aparatu było dość proste – obok liter były guziki, naciskało się guzik i pokręcało korbką – wtedy sygnał był transmitowany po kablu jako seria impulsów. Potem kolejna litera i pokręcenie korbką itd., aż cała wiadomość została przeliterowana. Z drugiej strony na odbiorniku igła wskazywała na tarczy literę i tak aż cała informacja została odczytana. Pracownicy poczty musieli umieć czytać i pisać, ale nie musieli znać kodu Morse’a. Jeżeli oglądaliście brytyjski serial „Lark Rise to Candleford” to tam na poczcie właśnie używano takiej maszyny. Twórcy serialu byli w tym muzeum w Porthcurno, aby poznać zasady działania tego aparatu.

ABC telegraf

Tyle w bardzo „telegraficznym” skrócie o początkach telegrafu, teraz trochę o tym skąd się wzięło to muzeum w Porthcurno. W połowie XIX wieku była to mała osada, parę chatek (hamlet) bez własnego kościoła, gdzieś niemal na końcu świata (na półwyspie nazwanym Lands End). Tymczasem w wielkim świecie rozwija się sieć telegraficzna, o ile sieć lądowa jest dobrze rozwinięta, to brak jest połączenia między lądami, a jest potrzeba szybkiego przesyłania wiadomości do zamorskich krajów. Została utworzona Spółka Telegraficzna – Falmouth, Giblartar i Malta Telegraph Company i właśnie Falmouth zostało wybrane na miejsce, skąd miano pociągnąć zamorskie kable. Jednak jako, że był to mocno uczęszczany port obawiano się, że kotwice, sieci rybackie mogą go uszkadzać, to postanowiono zmienić lokalizację na ten zakątek. Jest to miejsce urocze, sielskie anielskie, o piaszczystej plaży i błękitnej wodzie. Właśnie ta piaszczysta plaża była dodatkowym walorem, bo chroniłaby kable wychodzące na ląd na tym dość skalistym generalnie wybrzeżu.

Porthcurno sandy beach

Pierwszy kabel do Indii pociągnięto w 1870 roku, został on potem przedłużony do Australii. Oczywiście rozwój sieci telegraficznej spowodował wzrost zapotrzebowania na wyszkolony personel i to właśnie w Porthcurno chętni do pracy mogli odbyć szkolenie. Warunki były szokujące, bowiem przez pierwsze 6 miesięcy w czasie szkolenia pracowali oni za darmo a na dodatek musieli sami sobie zapewnić utrzymanie. Szkolenie w tej pierwszej fazie obejmował naukę kodu Morse’a, obsługę lustrzanego galwanometru i odbiornika syfonowego (Thomson Siphon Recorder). Całkowite szkolenie trwało 18 miesięcy i po tym czasie delikwent był gotów do podjęcia pracy w różnych zakątkach Imperium.

Pracownicy w Porthcurno zarabiali 100-150 funtów rocznie, a dwa lata po otwarciu stacji pracowało tu 27 mężczyzn i uczniów. Osada zaczęła się rozrastać, do budynku stacji kablowej z kwaterą superintendenta (dyrektora) i kwaterami kawalerów doszły kwatery dla żonatych i służby pomocniczej – kucharek, ogrodników i fachowców od wszystkiego (handyman – taka złota rączka). Zwiększa się też ilość kabli, w 1873 roku pociągnięto drugi kabel tym razem do Vigo w Hiszpanii, w 1878 roku do wysp Scilly (Isles of Scilly) u zachodnich wybrzeży Kornwalii. W latach 70-tych XIX wieku przez kable w Porthcurno przeszło 200 000 słów, a w 1900 roku stacja doglądała połączenia kablowego z Indiami, oboma Amerykami, Południową Afryką, Australią i następnie z Nową Zelandią. I znów trzeba było rozbudować zaplecze techniczne.

Nowe kable to większa załoga obsługująca, a zatem więcej problemów. Pojawiają się zapiski o nieprzyzwoitym zachowaniu się uczniów i dziewczyn ze służby. Superintendent miał książkę zasad zachowania i wśród czynności zakazanych w niedzielę było m.in. pływanie i śpiewanie śmiesznych piosenek. Było trudno o pracowników do tej bazy, jako że była on w strasznym odludziu – jak to się mówi „diabeł tu mówił dobranoc” czy „wrony tu zawracały” – było tylko jedno połączenie powozem do odległego o 9 mil (14.5 km)  Penzance. W 1891 roku firma zakupiła kawałek ziemi z przeznaczeniem na tereny rekreacyjne – co by młodzi się zajęli sportem, a nie bałamuceniem niewiast. Doskonałym źródłem informacji o życiu na tej placówce są dzienniki superintendenta Spratta. Pisał on o rywalizacji między pracownikami, prozie życia codziennego. Jego córka Edith była pierwszym dzieckiem urodzonym na tej placówce. Opowiada on także o chorobach i śmierci, założeniu biblioteki, pogadankach edukacyjnych, meczach krykieta itd. Pracował on w Porthcurno od początku założenia stacji do 1893 roku gdy został oddelegowany na Gibraltar.

Tymczasem na pobliskim półwyspie Jaszczurzym (Lizard) włoski wynalazca Gugliemo Marconi prowadził swoje eksperymenty z falami radiowymi, które to lecąc przez powietrze potrafiły docierać na długie dystanse. To było zagrożenie dla kabli, bo nie były by one potrzebne, więc załoga z Porthcurno szpiegowała poczynania zdolnego Włocha.

Czasy się zmieniają, zwiększa się użycie telegrafu, w latach 20tych ubiegłego wieku przez stację przechodziło 180 milionów słów rocznie. W 1925 roku wprowadzono innowację – zautomatyzowano stacje wzmacniające sygnał – otóż jako, że jak już wiemy impuls biegnąc po kablu słabł (męczył się), ustanowiono więc stacje w których odbierano sygnał, odczytywano i przekazywano dalej, wzmacniając go w ten sposób (podawano go odnowie, dawano odżywki) i tak biegł dalej do miejsca przeznaczenia – do tej pory wykonywano to „ręcznie”. Teraz wprowadzono nowe maszyny które synchronizowały, wzmacniały i przesyłały dalej impulsy.  W tym nowym systemie dokonano dalszych udoskonaleń, otóż wiadomość była zapisywana na taśmie przy użyciu klawiatury, która zamiast liter wybijała dziury po dwóch stronach ciągłej perforacji. Ta taśma była wkładana do automatycznego nadajnika, który odczytywał kod i wysyłał go jako pozytywne i negatywne impulsy. Zwiększało to także szybkość przekazywania informacji. Odbiorniki także drukowały wiadomość w formie literowej na taśmie papieru, która to mogła być pocięta i naklejona na formularz telegraficzny i już była gotowa do doręczenia do adresata. To się nazywa progres.

Niestety ten nowy automatyczny system spowodował, że nie potrzeba było tylu pracowników, spadło zatrudnienie mi.in w Porthcurno, miało to tu także dodatkowy efekt, nie potrzeba było tylu uczniów i duża część kwater popadła w ruinę, aż do czasów II Wojny Światowej. Dodatkowo komunikacja radiowa zaczęła się mocno rozwijać i konkurencja na rynku przesyłania informacji były dość duża. W 1934 roku doszło do porozumienia - Eastern Telegraph Company i Marconi Wireless Telegraph Company, najwięksi gracze na rynku połączyli swoje szeregi tworząc Cable & Wireless Ltd. Zasada była taka, że używano takiej metody komunikacji jaka była najbardziej użyteczna w danym środowisku geograficznym, iście Salomonowa decyzja. To przyniosło nawet więcej kabli do Porthcurno, i tak u progu II Wojny Światowej zbiegało ich się tu 14, a ich łączna długość to 150 000 mil (około 241 395 km) i łączyły one Zjednoczone Królestwo z resztą świata.

Gdy rozpoczęła się II Wojna, ważne szychy w Gabinecie Wojennym, zwłaszcza po zniszczeniach biur w Londynie, zdecydowały, że biały budynek w tej zatoczce to zbyt łatwy cel dla wroga i zdecydowano się przenieść całą stację pod ziemię. Planowano wkopać się w granitową górę i przedsięwzięcie to wzięli na siebie górnicy z pobliskiego St. Ives. Wcięli się oni w zbocze, tworząc system dwóch tuneli, następnie zbudowano wewnętrzną drewnianą konstrukcję, doprowadzono system wentylacyjny, aby czułe instrumenty mogły pracować. Stacja miała własny generator prądu na wypadek odcięcia zasilania, ciężkie drzwi pancerne chroniły dojście do stacji, były one także pokryte farbą reagującą na gaz. Wykuto również tunel ewakuacyjny schodami w górę na szczyt góry, w wypadku gdyby wejście zostało zablokowane przez wybuch bomb. Wszystko to zajęło zaledwie rok i stacja została przeniesiona do nowej siedziby w 1941 roku. Jako że było to ważne strategicznie miejsce, przysłano tu cały pluton, który stacjonował na boisku do gry w kulki, potem zwiększono kontyngent do 300 żołnierzy. Każdy pracownik i mieszkaniec miał przepustki, które musiał mieć zawsze przy sobie. Na plaży zamontowano specjalne miotacze ognia i dodatkowe stanowiska obronne m.in. zakamuflowane jako przystanki autobusowe. Stacja ta przekazywała wiadomości i była doskonale przystosowana, bo mogła korzystać z kabli, a także z drogi radiowej (wireless).

schody ewakuacyjne

W czasie wojny wykorzystywano kable głównie do przesyłania informacji o znaczeniu strategiczno-narodowym. Używano również tej metody do zawiadomienia o śmierci w służbie wojskowej – dlatego bliscy żołnierzy, zwłaszcza matki i żony, drżały gdy do drzwi pukał niosący telegram posłaniec. Firma Cable & Wireless oferowała dla osób w służbie i ich rodzin darmowe przesyłanie wiadomości, a tym rodzinom, których dzieci zostały ewakuowane w bezpieczne miejsca z terenów przemysłowo-strategicznych, zezwalała na dwa darmowe telegramy rocznie. Dla usprawnienia komunikacji stworzono księgę wiadomości z przykładami najbardziej popularnych i tak na przykład można było poprosić o wysłanie wiadomości 46 „All well at home” czyli „ w domu wszystko w porządku” , numer 23 „letters arriving regularly” czyli „listy dochodzą regularnie” a także 98 „ please send me £x” – „ proszę przyślij pieniądze za x wstawiało się sumę” i ten zawsze z nadzieją pisany o bliskim spotkaniu  „Hope to see you soon” .

Po II Wojne Światowej znaczenie telegrafu zmalało, a kiedy w 1956 roku przeciągnięto pierwszy kabel telefoniczny do Ameryki był to początek końca. Nadal była tu szkoła i uczyła nowoczesnych technologii,  jednak w 1970 roku dokładnie po 100 latach stacja ta odeszła na emeryturę. W 1993 roku przeniesiono szkołę do bardziej dostępnego miejsca w Coventry, i tak powoli miejsce to pustoszało.

W Wielkiej Brytanii serwis telegraficzny zamarł w 1982 roku, w Stanach Zjednoczonych firma Western Union zaprzestała używać go w 2006, a parę tygodni temu w lipcu w Indiach wysłano ostatni telegram. Choć to jeszcze nie koniec, bo działają tzw. historyczne serwisy (heritage services), a w Argentynie np. rezygnację z pracy podobno zwyczajowo wysyła się telegramem, to są to już ostatnie tchnienia tego systemu komunikacji. Niedawno Guardian ( gazeta ) przypomniała nam o paru ciekawych telegramach które przeszły do historii. W 1903 Orville Wright  przesłał telegram „SUCCESS FOUR FLIGHTS THURSDAY MORNING ALL AGAINST TWENTY ONE MILE WIND” informując o swoim sukcesie lotniczym. Niektórzy użytkownicy popisywali się swoim humorem i tak Robert Benchley wysłał telegram do edytora New Yorkera Harolda Rosa ze swojej wyprawy do Wenecji „STREETS FULL OF WATER. PLEASE ADVISE," czyli „na ulicach pełno wody, co robić” . Najkrótsza wymiana telegraficzna to Wiktor Hugo i jego wydawca – pisarz wysłał telegram „ ? „  pytając się o sprzedaż najnowszej książki, a  wydawca odpowiedział „ ! „ Tę anegdotę przypisuje się też do Oskara Wilde. Tu przypomniała mi się historyjka o Sienkiewiczu który pisał „Potop” w odcinkach do gazety i wysłał telegram do wydawcy -  jakoś to tak było „ gdzie jest i co robi Kmicic”, a ten odpowiedział coś w rodzaju „ jest w Częstochowie właśnie wysadził kolumbrynę” no i o mały włos nie została włączona w to policja, ale superintendent na poczcie okazał się zagorzałym czytelnikiem powieści w odcinkach i się kapnął o co chodzi. Ach działo się to, a działo. W tym muzeum proszą o stare telegramy jakie ludzie mają w domu, zbierają je jako kolejne źródło historii społecznej. Dobry pomysł, bo można zapewne wiele informacji ocalić od zapomnienia.

maszyny telegraficzne stare

To, że możemy to miejsce zwiedzić i dowiedzieć się tyle ciekawych rzeczy o początkach komunikacji, zobaczyć te wspaniałe maszyny, które zmieniły świat zawdzięczamy jednemu z nauczycieli w tej placówce Dawidowi Kendall-Carpenterowi. Jego zainteresowanie starymi instrumentami ocaliło wiele z eksponatów ze śmietnika historii, odnalazł je, odnowił i pokazywał studentom ich działanie. On i kilku jemu podobnych zapaleńców stworzyli małe muzeum w tunelach z czasów wojny, oprowadzali chętnych pokazując swoje skarby. W 1998 roku fundusze z Lotterii i firmy Cable & Wireless pozwoliły na stworzenie zaplecza turystycznego i konieczne remonty w tunelach i tzw. Eastern House budynku z 1904 roku. Obecnie muzeum jest w rękach PK Trust utworzonego w 1997 roku przez Cable & Wireless w celu ochrony, konserwacji kolekcji instrumentów oraz edukacji przyszłych pokoleń. Możemy zwiedzać budynek z 1904 roku oraz tunele, są też plany rozbudowy muzeum.

muzeum telegrafu w Porthcurno

Jest ono małe, ale bardzo przyjemne, ma dużo eksponatów, można sobie popróbować na tych których można dotknąć, są filmy pokazujące działanie instrumentów, pogadanki, wystawy, a schodami ewakuacyjnymi można wejść na samą górę.  Polecam, można to miejsce umieścić w planach wycieczki po Kornwalii, a jak mieszkacie w okolicy to warto się tam wybrać, jeżeli jeszcze nie byliście. Jeśli mieszkacie, pracujecie i płacicie podatki w UK to po zadeklarowaniu Gift Aid, - podaje się dane osobowe i adres – dostaje się kwitek na wstęp przez cały rok, taka opcja także dodatkowo wspomaga to miejsce finansowo.

Godziny otwarcia

Codziennie od 10-17.

Od 16 wrześnie 2013 muzeum będzie zamknięte z powodu rozbudowy.

Ceny:

Dorośli – £7.20

Dzieci  (wiek 5-15) – £4.20

Rodzina – £18

Emeryci (powyżej 60tki) – £6.50

Studenci z legitymacją – £5.20

Dojazd - TR19 6JX to kod pocztowy 
Z Penzance A30 w stronę Lands End, potem B3283 i znów biała droga bez numerka ale są znaki, parking płatny. Widzieliśmy tam też autobusy, 501 i 504 jadą one z Penzance i St. Ives, są zniżki (10%) jak się przyjedzie autobusem – trzeba zachować bilet.

Więcej szczegółów na stronie Porthcurno – telegraph museum.

sobota, 03 sierpnia 2013



Zwiedzanie tego miejsca mieliśmy w planach od początku naszej wyprawy do Kornwalii, jako że leży ono także w pobliżu Penzance. Pojechaliśmy tam prosto z Carn Euny, jest to już miejsce o bardziej cywilizowanym dojeździe i ma parking z toaletami, oraz kasę biletową. My jechaliśmy od Carn Euny do Penzance i potem na Gulval drogą B3311 a potem trzeba znów na drogę oznaczoną na biało, ale jest to dość dobrze oznaczone. Parking jest tylko dla zwiedzających osadę, do której jeszcze trzeba dojść przechodząc przez drogę i idąc wyznaczonym szlaki wśród pól i łąk, czasem nam zajączki drogę zabiegną i speszone czmychną znów w krzaki. Potem schodami w górę i schodami w dął i dochodzimy do wielkiej łąki z małym baraczkiem, który jest zarówno kasą biletową jak i sklepem. Po zakupieniu biletu wyznaczonym szlakiem – wykoszona pas trawy – możemy udać się do tej wyjątkowej wioski.  

House 4 Chysauster

Chysauster w odróżnieniu od Carn Euny zamieszkiwane było w stosunkowo krótkim okresie – głównie w okresie rzymski, chociaż znaleziono ceramikę z wcześniejszego okresu epoki żelaza to nie udało się jeszcze jednak zidentyfikowani pozostałości konstrukcji mieszkalnych. Osada ta jest także przykładem charakterystycznego dla tego rejonu typu zabudowy – domostwa z dziedzińcem (courtyard houses). Jest to jednak specyficzna wioska ponieważ jest dość regularnie rozplanowana i występuje duża standaryzacja układu poszczególnych domostw – powielają one podobny schemat z drobnymi wariacjami. Chysauster podobnie jak osady z tego okresu leży wśród systemu pó,l który niestety ulega dość gwałtownej degradacji.

Wioska ta została datowana na okres rzymski, większość ceramiki pochodzi z II i III wieku naszej ery. W tym czasie typy osad ufortyfikowanych z poprzedniego okresu są nadal używane i budowane, większość domostw ma jest okrągła lub w kształcie łodzi to tu na tym południowo zachodnim skrawku Kornwalii dominują domostwa  z dziedzińcem (courtyard houses). Wioska została zbudowana na granicy ziem uprawnych i tzw. „moorland” terenów zbliżonych do wrzosowisk. W tej część Kornwalii zachował się tylko jeden fort rzymski, okupacja militarna była krótka i mało dotkliwa, życie w wioskach nie zmieniło się zbytnio po podboju. Nadal uprawiano pola ( zboża ) hodowano zwierzęta (kozo-owce) tkano, mielono mąkę itp. W III AD gdy hiszpańskie złoża cyny zaczęły wyczerpywać to w Kornwalii zaczęto intensywnie eksploatować ten surowiec. Często było to na małą skalę w sposób chałupniczy – Anglicy nazywają to wtedy „cottage industry” . Pod koniec obecności Rzymian na Wyspach ta osada została opuszczona i wprowadziła się tu flora oraz te co skaczą, fruwają, pełzają i dziwne odgłosy wydają. Jak sobie po tym miejscu chodziliśmy to co rusz nam obok ucha coś bzykało, spod nóg pierzchało a w zaroślach pokrzykiwał jakiś dość duży ptak – sądząc po głosie, ale był zbyt nieśmiały bo nie chciał nam się pokazać.

Zabudowa jest bardzo ciekawa i większość domostw powiela schemat z mniejszymi lub większymi wariacjami. Wejście do zagrody dość logicznie umieszczono z dala od uciążliwych południowo-zachodnich wiatrów. Mury zewnętrzne są dość grube, przejście często jest wyłożone kamiennym chodnikiem i prowadziło do wewnętrznego Dziedzińca.

Chysauster, Kornwalia, Courtyard house no 4

Po lewej stronie w większości zabudowań występuje Wnęka (Bay) o półkolistym kształcie. O ile generalnie przyjmuje się że dziedziniec nie był zadaszony to czasami te wnęki mogły mieć małą konstrukcję zadaszającą -  przeznaczenie to schronienie dla inwentarza: koni, bydła, kóz- czy owiec.

Naprzeciwko wejścia mamy Okrągły Pokój (Round Room) – ze względu na ilość zabytków ruchomych znalezionych w oraz przed tym pomieszczeniem przyjmuje sią że była to główna część mieszkalna.

Na prawo od wejścia występuje Długi Pokój (Long Room), czasami jest on dzielony na dwa pomieszczenia. Możemy też jeszcze spotkać po prawej stronie Mały Okrągły Pokój (Small Round Room).

Taki był generalny schemat ale jak to w życiu bywa zapewne każda zamieszkująca dane domostwo rodzina adaptowała zabudowę do swoich potrzeb.

Jak już pisałam generalnie uważa się że Dziedziniec nie był zadaszony, to boczne pomieszczenia kryte były strzechą lub darnią. W tej osadzie wydaje się także że niektóre małe pomieszczenia miały kamienne zadaszenie. W każdym Okrągłym Pokoju znaleziono w czasie wykopalisk „ Kamień z Dziurą” (stone with a hollow) – uważa się że była to część konstrukcji podpierającej stożkowaty dach.

stone with a hollow, Chysauster, Kornwalia 

Kamienie takie znaleziono też na dziedzińcu ale niektóre z nich nie były w ich oryginalnym miejscu, zostały przesunięte już po opuszczeniu osady przez jej mieszkańców. Pojawia sią też sugestia że niektóre z tych kamieni to żarna, jak opisywał pierwszy pracujący na tym stanowisku W C Borlase obok tych kamieni były inne kamienie opisane jako rozcieracze itp.

Na pewne elementy konstrukcyjne trzeba zwróci uwagę, mury ( bez zaprawy – tzw. suchy mur) są dość grube, a przy wejściu zwłaszcza są one też ułożone warstwami -  kolejna warstwa wystaje nad dolną warstwę (corbelled inwards). Niektóre wejścia są dodatkowo obstawione większymi kamieniami i wydaje się że posiadały nadproże (lintel). Niektóre dziedzińce mogły być całe wykładane kamieniami – płyty kamienne zostały prawdopodobnie zabrane przez okolicznych mieszkańców, takie obiekty archeologiczne były niestety źródłem surowców budowlanych przez wieki.

dry wall, suchy mur, Chysauster

Jeszcze ciekawszym elementem tej zabudowy są Kanały Wodne (Water Chanells), wyłożone i pokryte kamiennymi płytami doprowadzały i odprowadzały one wodę na dziedziniec i do niektórych pomieszczeń.

Każde domostwo ma też swój ogródek przydomowy, wyodrębniony od reszty osady. To wydaje się potwierdzać hipotezę że to była nowa osada i została zaplanowana, wykorzystano przestrzeń do stworzenia funkcjonalnego miejsca zamieszkania, w przeciwieństwie do zatłoczonych osad jak np. opisana już na tym blogu Carn Euny.  

Najciekawszym domostwem w tej wiosce jest Dom 3 (numery nadane współcześnie oczywiście), jest to wielka wariacja (numer 3) na temat tej typowej zabudowy. Wydaje się, że mamy tu tak zwany „semi-detached house” po naszemu bliźniak – dwa domy w jednym. Mamy tu dwa wejścia, dwa Okrągłe Pokoje, dwa Dziedzińce, dwie Wnęki, i dwa pomieszczenia w jednym z domów zamiast Długiego Pokoju. Oba wejścia są obok siebie to po prawej stronie prowadzi na Dziedziniec, po lewej stronie jest Wnęka a po prawej zamiast Długiego Pokoju są dwa pomieszczenia Małe Okrągłe Pokoje (?), a naprzeciw Okrągły Pokój. Dwa pokoje zamiast Długiego Pokoju wydają się być tak pomyślane od początku, nie ma wyraźnych śladów przebudowy. W Okrągłym Pokoju zachowała się dziwna struktura kamienna – najpierw myślano że było tu palenisko, ale nie znaleziono żadnych śladów popiołów czy spalenizny, być może ma to związek z używaniem tego miejsca przez Metodystów do organizowania spotkań religijnych na początku XIX wieku.

House no 3, Chysauster, ancient village

Drugi dom ma wejście i Wnękę po lewej stronie oraz Okrągły Pokój tu Kamień z Dziurą zachował się w oryginalnym miejscu  – nie ma Długiego Pokoju.

Oba domy mają Kanały Wodne i nie można określić czy jeden z nich został rozbudowany i przebudowany, przyjmuje się że taka konstrukcja była zamierzona, pozostaje nam tylko snuć domysły dlaczego? Być może była to duża rodzina i chcieli być blisko siebie, być może teściowa i synowa nie bardzo potrafiły znaleźć wspólny język … możliwości jest wiele.

Dom numer 6 jest także nietypowy, ma on bardzo dużo dodatkowych pomieszczeń i wnęk. Domostwo to ma długie wejście, mur w tej części jest wyjątkowo gruby. Po lewej stronie dziedzińca mamy Wnękę ale przy samym wejściu jest małe pomieszczenie do którego dobiegało szereg Kanałów Wodnych, wydaje się to być swego rodzaju system odwodnienia domostwa czy regulacji wodnej, a po drugiej stronie Wnęki jest niski murek niewiadomego przeznaczenia.

Naprzeciw wejścia jest oczywiście Okrągły Pokój, palenisko wyznaczone jest przez płaski kamień, a w czasie wykopalisk znaleziono platformę w kształcie podkowy przylegającej do murów – interpretowanej jako ława do spania. Pomieszczenie to posiadało też tylne wyjście-wejście.

house 6 long room with 2 doors

Długi Pokój ma dwa wejścia ale nie został on podzielony jak w przypadku Domu numer 3, posiada on jednak mały okrągły aneks w części wschodniej, jego podłoga jest wyżej niż powierzchnia Dziedzińca, układ kamieni wskazuje że to pomieszczenie mogło być zadaszone – (corbelled inwards) kamienie tworzyły coś w rodzaju pozornej kopuły.

House 6, annex in the long room

Ale to nie koniec wariacji w tym domostwie, zaraz przy wejściu po lewej stronie jest okrągłe pomieszczenie taki Mały Okrągły Pokój, o kamiennej podłodze także wyżej niż poziom Dziedzińca. W czasie wykopalisk znaleziono tu pozostałości paleniska oraz fragment ceramiki.

Small Round Room house 6 Chysauster

Jest to niezwykle ciekawe miejsce, nie miałam pojęcia o takich osadach, o domostwach z kamienia, to była porządna wioska, o przemyślanej i funkcjonalnej zabudowie. To co zostało odkryte budzi podziw, a ile jeszcze kryje ziemia. Niesamowite jest to że w latach 30tych ubiegłego wieku właściciel ziemi na której te obiekty odkryto przekazał je w opiekę urzędnikom z  departamentu „Office of Works” (dziwna nazwa), który to później został przekształcony w Departament Przyrody (środowiska). Od 1984 roku wioska ta znajduje się pod opieką English Heritage.

Jest to niezwykłe miejsce i jeżeli się wybieracie do Kornwalii albo mieszacie w tej części Zjednoczonego Królestwa to warto poszukać go na mapie i wpaść na parę chwil.

Godziny otwarcia:

29 Marca – 30 Czerwca: 10-17

1 Lipca – 31 Sierpnia: 10-18

1 – 30 Września: 10-17

1 Października – 3 Listopada: 10-16

Od 4 Listopada do 31 Marca 2014- zamknięte.

Ceny na rok 2013:

Dorośli – £3.60

Ulgowe – £3.20

Dzieci – £2.2

Posiadacze Karty English Heritage – za darmo.

poniedziałek, 22 lipca 2013

 

Może trudno w to uwierzyć, ale gdybyśmy wpadli na wycieczkę do Londynu w połowie ubiegłego wieku, to mielibyśmy szanse na przejażdżkę trolejbusem. Londyn miał największą sieć trolejbusową na świecie - ponad 60 linii i około 1800 trolejbusów. Dziś są to tylko egzemplarze muzealne, a szkoda, bo z tą formą transportu mam miłe wspomnienia, przypomina mi sią młodość i dojazdy na uniwerek.

Pierwsze trolejbusy wjechały na ulice Londynu w 1931 roku, wprowadziła je firma, która przodowała w transporcie elektrycznym London United Tramways (LUT), obsługująca linie tramwajowe w metropolii. Pierwszy trolejbus klasy A1- z numerem rejestracyjnym HX2756 wyjechał z garażu w Fulwell 16 maja 1931 roku.

A1 class trolleybus, diddler

 

Jego trasa, oznaczona numerem 1 przez macierzystą firmę, a potem funkcjonująca jako 601, zastąpiła linię tramwajową z Tolworth do Twickehnam biegnącą przez Surbiton, Kingston, Hampton Wick Teddington i Fulwell. Kiedy w latach 60-tych wycofano trolejbusy trasa ta została zastąpiona przez autobus numer 281.

Ten pierwszy trolejbus został nazwany przez pracowników „Diddler”, ponieważ slalomem jechał po ulicach i mógł wymijać, w przeciwieństwie do tramwajów, inne pojazdy, omijać roboty drogowe itp. 

Pierwszy „diddler” z tego zdjęcia (HX 2756) jeździł też między Wimbledonem a Hampton Court - aż trudno uwierzyć, zwłaszcza że pokonywył tę trasę w 38 minut.

trolleybus A1 class, diddler, HX 2756 moje zdjęcie z Acton Depot

W 1933 roku firma LUT została wchłonięta przez nowo utworzoną London Passenger Transport Board (Komisje Transportu Pasażerskiego w Londynie), nazywaną w skrócie London Transport. Organizacja ta była odpowiedzialna za transport publiczny w stolicy w latach 1933-48. Tak im zaimponowały i spodobały się trolejbusy, że w 1934 roku podjęli decyzję, aby zastąpić cały ruch tramwajowy w metropolii właśnie tym rodzajem transportu.

 kabina kierowcy w trolejbusie

 

Trolejbusy były tańsze w eksploatacji niż tramwaje i były bardzo popularne wśród pasażerów, miały wygodne siedzenia, zabierały więcej pasażerów (około 70 mogło usiąść – dla porównania w piętrowym autobusie siadało tylko 56), były ciche, miały duże przyspieszenie i pasażerowie szybko siadali lub łapali się i mocno trzymali. Niepotrzebne były szyny, co zmniejszyło koszty i zwiększało elastyczność poruszania się pojazdu, który mógł manewrować omijając przeszkody – oczywiście w miarę możliwości, bo nadal musiał być podczepiony do sieci elektrycznej. Stopniowo zastępowano tramwaje, a trolejbusy miały numery zaczynające się od 500 i 600, aby odróżnić je od innych rodzajów komunikacji.

W marcu 1939 roku wykonano kolejny krok w zastępowaniu tramwajów tym razem w północno-wschodnim Londynie, przy okazji wprowadzono nowy typ K2 – były one w użyciu do 1961 roku. Miały wygodne siedzenia (70 dokładnie).

trolleybuss K2

moje zdjęcie z Muzeum Transportu

Ten model, egzemplarz o numerze 1253 trafił do garażu na Hackney (w 1950 przemianowanym na Clapton), w 1959 przeniesiono go na Wood Green, a ostatecznie został wycofany z użytku w 1961 roku. W 1939 roku tramwaj numer 55 został zastąpiony przez trolejbus 555, jego trasa przebiegała od Bloomsbury do Leyton, trasa ta została w 1959 roku zastąpiona autobusem 170, po prostu przedłużono trasę tego autobusu, który na początku lat 50-tych zastąpił tramwaj 31. Jak się pasażerowie w tych wszystkich zmianach połapywali?

Jednym z bardziej uczęszczanych skrzyżowań trolejbusowych w 1958 roku była okolica stacji North Finchley w północnym Londynie, w ciągu godziny przejeżdżało tu 50 trolejbusów!

Po wojnie zdecydowano się unowocześnić flotę trolejbusową i wprowadzono nowy typ Q1. Pojazd ten był szerszy od poprzednika, ale miał bardziej opływowy kształt i zabierał na pokład 70 pasażerów ( na siedząco). Tego modelu używano do końca, czyli do 1962 roku, a ostatni trolejbus zjechał z trasy 8 maja 1962 roku. Większość modeli tego typu została sprzedana do Hiszpanii, ciekawa jestem jak długo tam one pracowały?

Q1 class trolleybus, number 1768

moje zdjęcie z Acton Depot

Byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam trolejbusy w muzeum, o tramwajach na ulicach Londynu wiedziałam, ale trolejbusowy raj był dla mnie odkryciem. Chciałabym, aby te maszyny wróciły na ulice Londynu - ciche, ekologiczne, nie produkujące spalin, wdzięczne itp. Wiem, że w XXI wieku, gdzie roboty drogowe, wypadki, objazdy to normalka na ulicach tej metropolii, takie uwiązane na elektrycznej smyczy pojazdy nie byłyby zbyt praktyczne, ale cóż pomarzyć można. I aż nostalgiczna łezka się w oku kręci.

I to by było na tyle. Jak się zbiorę to będą dalsze wpisy o historii transportu w Londynie.

Materiały archiwalne udostępnione przez wydział Marketingu i Rozwoju (Marketing and Development) Muzeum Transportu w Londynie.

środa, 17 lipca 2013



Tym razem zapraszam was na wycieczkę w czasie i przestrzeni do Kornwalii, gdzie spędziliśmy ostatnio parę dni, zwiedzając namiętnie co się tylko dało. Carn Euny to mała osada pochodząca z czasów epoki żelaza (około 400 BC), zamieszkiwana aż do wycofania się Rzymian z wyspy (około IV wieku AD). Najpierw nie było to w naszym planie, ale gdy patrząc na mapę okazało się, że jest ona tylko o rzut beretem od Penzance i w sumie to jest nam po drodze, postanowiliśmy to miejsce znaleźć, zwłaszcza, że drogowskaz rzucił mi się w oczy w drodze do Lands End. Następnego dnia uzbrojeni w mapę wyruszyliśmy na poszukiwania tej prehistorycznej wioski. Na początku nie było źle, z Penzance drogą A30 na Lands End i potem pamiętałam, że w okolicy miejscowości Drift był drogowskaz, ale pojawia sią on tak nagle, że trzeba bardzo uważać, aby go nie przegapić. Znaleźliśmy i jedziemy sobie drogą bez numerka, oznaczoną na mapie na biało, wąską tak, że tylko jeden samochód się mieści i od czasu do czasu są mijanki. Zakręty ostre jak języki teściowej, tubylcy pędzący z naprzeciwka, ludzie na koniach, liski wypadający z zarośli, a po obu stronach wysokie krzaki, drzewa albo murki obrośnięte pięknie kwitnącą roślinnością. Siedzę sobie i zerkam ukradkiem na mojego ukochanego kierującego naszym samochodzikiem i myślę w co ja nas wpakowałam?! Po kolejnym zakręcie prehistorycznej osady ani widu, ani słychu więc zdecydowaliśmy się zasięgnąć języka u tubylców, bardzo miła pani nam powiedziała, że to już tam za rogiem – niedaleko. Za kilkoma rogami oczom naszym ukazał się koniec drogi i mały parking. Stał już tam samochód z ciekawskimi jak my zapaleńcami. Kiedy zaparkowaliśmy auto, zaczęło padać z lekka, ale nie zrażeni ani mgłą ani mżawką ruszyliśmy na spotkanie z przeszłością. Idziemy polną dróżką, dochodzimy do płotu, przechodzimy przez kamienne schodki i stajemy na rozjechanym pastwisku z wodopojem po środku – czyżby to było to? Na szczęście mój ukochany wypatrzył kolejny drogowskaz i powędrowaliśmy dalej ścieżką na skraju ogrodzenia i po przejściu drewnianej podwójnej furtki stanęliśmy w obrębie osady, w której przez prawie 900 lat tętniło życie, a teraz sobie tu tkwi cichutko spowita w mgle, czekając na zachwyty zabłąkanego wędrowca. Warto było przyjechać i to zobaczyć.

Carn Euny, Cornwall, Kornwalia

Carn Euny to przykład osady typowej dla tego regionu – półwyspu Land’s End. Ten typ osadnictwa charakteryzuje się domami z Dziedzińcem (courtyard house), a mi się nasuwa określenie zagroda, zabudowane obejście, bowiem całe domostwo znajduje się w obrębie grubych kamiennych murów. W typowym obejściu wchodzimy przez bramę-drzwi wyłożoną kamiennymi płytami (chodnik), pierwsze to podwórko – Dziedziniec, naprzeciwko wejścia mieści się owalne pomieszczenie mieszkalne (Round Room). Po obu stronach dziedzińca są podłużne (Long Room)  pomieszczenia gospodarczo – magazynowe do trzymania zwierzątek oraz zapasów. Co jest ciekawe przez dziedziniec biegną kanały doprowadzające i odprowadzające wodę. Archeolodzy uważają, że pomieszczenia były przykrywane strzechą, a dziedziniec pozostawał pod gołym niebem, choć niektórzy badacze twierdzą, że dziedziniec też mógł być kryty.

Carn Euny, Kornwalia

Nie wszystkie domy w tej osadzie powielały ten schemat, mamy też zwykłe okrągłe domy. Wioska została zbudowana na wcześniejszej osadzie z epoki żelaza ( 400 BC – 43 AD), toteż układ osady wydaje się być chaotyczny. W czasie wykopalisk odkryto pozostałości 10 domostw, 3 duże zabudowy o średnicy około 12 metrów, oraz mniejsze owalne, konstrukcje  bardziej popularne w tych rejonach.  Struktury, które widoczne są na powierzchni ziemi, pochodzą z okresu 50 BC – 400 AD. Później wioska została opuszczona i dopiero w połowie XVIII wieku wybudowano tu „cottage” po którym pozostały mury z oknem.

Carn Euny wejscie do Fogou

Interesującą konstrukcją jest „Fogou”, co w języku tutejszym oznacza jaskinię czy grotę i jest to obiekt podziemny. W tej osadzie jest on dodatkowo interesujący ponieważ mamy tu nie tylko długi korytarz, ale także okrągłe pomieszczenie. Podobne struktury występują w innych częściach Wysp Brytyjskich i Irlandii. Datowane są one na okres żelaza, występują w okresie rzymskim, a także gdy chrześcijaństwo wkroczyło na te tereny.  Kornwalijskie „Fogou” są częściowo lub całkowicie schowane pod ziemią. Składają się one z podziemnego przejścia z kamiennymi ścianami – jest to mur bez zaprawy (dry-stone walling), tak układany że kolejne kamienie są wysunięte nad poprzednim, powoli zbiegając się ku środkowi pomieszczenia (corbelled inwards). Występują także małe pomieszczenia i boczne korytarze. Takie struktury występują tylko w zachodniej Kornwalii na półwyspie Land’s End i dorzeczu rzeki Fal.

Wszystkie znane przypadki znajdują się w osadach, często umocnionych, a datowane są na późną epokę żelaza ( 400 BC – 43 AD). Uczeni spierają się co do przeznaczenia tej konstrukcji, część uważa że był to swego rodzaju schron w czasie niebezpieczeństwa, inni że był to magazyn żywności i innych dóbr – taka piwnica. Jednak ten przypadek z Carn Euny jest znów wyjątkowy, wykopaliska wskazują na użytkowanie do celów spirytualistycznych (duchowych, nie do pędzenia bimbru). Okrągłe pomieszczenie było wykorzystywane do celów kultowych, zanim jeszcze korytarz został wybudowany, niektórzy we wnęce jednej ze ścian widzą swego rodzaju ołtarzyk.

Fogou w Carn Euny, Kornwalia, Cornwall, prehistorical structure

Mieszkańcy tej osady to ludność „celtycka”, zajmująca się rolnictwem oraz handlem, prawdopodobnie przerabiali cynę na sprzedaż. Pod uprawą było 16 hektarów, a pola były wyznaczone kamiennymi murkami, taki rozkład pól utrzymywany był tu od wieków, dopiero ekstensywna uprawa w ostatnich czasach zaczęła to zacierać. Uprawiano owies, jęczmień i żyto, oraz pszenicę, a także hodowano kozy-owce i bydło. Na osadzie znaleziono ceramikę oraz kamienne żarna o różnym kształcie, niestety kwaśna gleba spowodowała, że większość zabytków kościanych i metalowych uległa zniszczeniu.

Sposoby budowania w okresie epoki żelaza na południowym zachodzie nie zmieniły się zbytnio z biegiem czasu. Wcześniejsze owalne domy w  Carn Euny zapewne miały ściany z plecionki drewniano - błotnistej – gliniastej mieszanej z trawą oraz kamienne mury bez zaprawy tzw. „dry wall”. Niestety te konstrukcje nie wytrzymały próby czasu i jedyne co pozostało po tych domostwach to półokrągłe rowki odwadniające i nawadniające obejście. Dołki posłupowe wskazują, że drewno było używane w konstrukcji budynku, ale takie ekstensywne użytkowanie spowodowało że pod koniec tego okresu zmniejszyły się zasoby, być może był to powód zmian w sposobie budowania osad i większe użycie kamienia. Domostwa te były prawdopodobnie pokryte strzechą.

Carn Euny, Cornwall,

Domostwa z dziedzińcem to najlepiej zachowane oprócz „fogou” obiekty na tym stanowisku. Konstrukcje zachowały się bardzo dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że miejsce to było używane jako źródło surowca budowlanego przez okolicznych mieszkańców przez wieki. Teraz jak na miejsce z wielowiekową, a nawet tysiącletnią tradycją, dostojne sobie drzemie czekając na odważnego i ciekawskiego wędrowca. Chodziliśmy tam sobie po tych domach, w snującej się mgle i napawaliśmy się śladami zamierzchłej przeszłości.

Jeżeli będziecie w Kornwalii, w okolicach Penzance, szukajcie wioski Brane na bocznej drodze od A30 między wspomnianym Penzance a Lands End. Trzeba uważać w miejscowości Drift, bo brązowy drogowskaz na Carn Euny pojawia nagle i może zaskoczyć. Tam na końcu drogi w Brane jest mały parking, a potem około 600 metrów piechotką po polach i bezdrożach, przechodząc przez murki i omijając krowie kupy, na prawo od wodopoju na środku pastwiska, drobną ścieżynka do drewnianej furtki i już jesteście na miejscu.

Inne wpisy o Kornwalii

Chysauster – starożytna wioska w sercu Kornwalii

Porthcurno - opowieść o telegrafie

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Pierwsza część wpisu jest tu Herculanum i Pompeje - opowieść o życiu i śmierci cz.1

Następnie wstępujemy w progi domostwa rzymskiego, nie jest to konkretny dom, a przykładowy złożony z wielu miejsc, w którym zebrane zostały zabytki z różnych budynków obu miast.

Atrium – miejsce w którym przyjmowało się gości, pół prywatne, pół publiczne - w którym można było zaimponować przybyszom, pokazać swoje bogactwo i powiązania. Było to pomieszczenie pokazowe, ale zarazem pomieszczenie w którym wykonywano drobne prace – tu kobiety przędły, szyły itp. To tu mamy wyeksponowaną wspomnianą już mozaikę psa na łańcuchu, są tu też meble, składany brązowy stołek, freski np. pokazujący rozdawanie chleba na ulicach w czasie wyborów; skrzynie do przechowywanie przedmiotów codziennego użytku; mamy tu przepiękny mebelek z szufladami i dwoma drzwiami. Naszą uwagę zwróciła wielka skrzynia arca, była ona dodatkowo wzmocniona żelazem i zdobiona brązem, w którym wykuto scenki przedstawiające Dianę, amorki, satyry oraz dzikie zwierzęta. Jednym z zabytków jest płaskorzeźba przedstawiająca trzęsienie ziemi sprzed paru lat (pochodzi ona z domu Luciusa Caecilusa) i przedstawia walącą się budowlę, ludzi starających się zachować równowagę – jest to ołtarzyk dziękczynny za przeżycie tamtej tragedii. Mamy tu inne miniaturowe ołtarzyki, miały one chronić domostwo, a byli na nich nie tylko bogowie ale i przodkowie. Atrium mogło być oddzielone od Tablinium za pomocą zasłony, lub drewnianego parawanu.

Tablinium – to miejsce między Atrium a ogrodem – i także pomieszczenie wielofunkcyjne  - w tym pomieszczeniu odbywały się spotkania, były to gabinety do uczenia, prowadzenia rachunków, interesów, oraz służyło ono także jako jadalnia.

Mamy tu mozaikę z domu potentata sosu garum – i oczywiście reklamuje ona jego wyroby – najlepsze garum z makreli – Aulus Umbricius. Scaurus dorobił sią majątku na tym rybnym interesie.

Obok portret Torentiusa Neo i jego żony – kobieta ma wykwintne szaty, trzyma przyrządy do pisania -  on natomiast ma w ręce zwój - symbol wiedzy i wpływów. Małżonkowie chcą uchodzić za wykształconych i obytych w świecie kultury – byli oni właścicielami piekarni, a amorek w portrecie ma im zapewne sprzyjać w interesach i życiu.  Obok tabliczki do pisania i czytania – po angielsku tablet – historia technologiczna zatacza koło? W Pompejach znaleziono ich do tej pory 154 i jest to bardzo interesujący zapis życia społecznego, interesów itp.

Terenius Neo i jego żona 

Mamy freski przedstawiające przyrządy do pisania, dwóch chłopców w pozach Homera i Platona – na upamiętnienie ich zwycięstwa w konkursie literackim. Na marmurowym stoliku stoi wyeksponowane bogactwo rodzinne, srebrna zastawa.

Są tu też fragmenty „przezroczystego kamienia” - lapis specularis, który to był wykorzystywany do dekorowania okien i w innych detalach architektonicznych. Była to cięta na wąskie i cienkie warstwy mika – kamień ten charakteryzuje się dość dużo przezroczystością.  

Obok jest Cubiculum czyli sypialnia. Co jest interesujące dzieci nie miały własnego pokoju i spały we wspólnej sypialni. Było to pomieszczenie w którym się spało, kochało, myło, stroiło, czesało itp., raczej ciemne, oświetlane przez lampy. Na ścianie mamy fresk przedstawiający parę pochłoniętą amorami, rzymianie nie byli purytanami, nagość nie była dla nich złem. Zabytki tu zaprezentowane to stojące lampy, łóżko (fragmenty) drewniane, bogato dekorowane, nogi pokryte metalem itd.; przenośne piecyki – znaleziono ich dość dużo w użyciu w czasie wybuchu, dlatego niektórzy naukowcy przesuwają datę tragedii z sierpnia na październik – w sierpniu nie potrzebowano ogrzewania w pomieszczeniach (chyba, że był to wyjątkowo zimny miesiąc). Jest tu skrzynia z lnianymi wyrobami - wszystko zachowało się zwęglone w czasie tej lawiny piroklastycznej, mamy też stołek, a obok fresk z takim właśnie meblem. W oddzielnych gablotach są różne przedmioty codziennego użytku: lustra wykonane ze srebra, brzytwy, pincetki, gąbki, pumeks, wykałaczki, pojemniki na pachnidła i kosmetyki, flaszki, flaszeczki, fiolki, grzebienie oraz biżuteria a także nocnik z przykrywką na wszelki wypadek.

Jest tu zabytek który spowodował, że stanęły mi w oczach łzy. Ta zwęglona kołyska została znaleziona w skromnym mieszkaniu, w kołysce spało w tę tragiczną noc dziecko przykryte wełnianym kocykiem.

baby cradle, kołyska

Hortus – ogród – w tle mamy śpiew ptaka, aby dodać autentyczności. Miejsce to miało praktyczny charakter, uprawiano tu drzewka owoce i rośliny przydatne w gospodarstwie domowym, z czasem stało się to miejscem relaksu i zapełnione zostało ławeczkami, fontannami posągami i roślinkami dekoracyjnymi. Na ścianach mamy malowidło przedstawiające rośliny, kwiaty, zwierzęta, aż się w głowie kręci. Przed wejściem do pomieszczenia zatytułowanego Woda mamy ostrzeżenie „explicite image”, a chodzi o rzeźbę przedstawiającą bożka Pana kopulującego z kozą – podobno na jakiejś pogadance o tej wystawie jakaś starsza pani zemdlała z tego powodu. Na wystawie dość dużo jest nagich ciał  (posążków, fresków) mamy tu uroczy wizerunek Herkulesa, wyraźnie po paru głębszych pucharkach wina, sikającego sobie beztrosko, są tu dzwoneczki ogrodowe pół- lwy, pół-członki;  w sumie dużo powodów, aby siać zgorszenie.

Hercules

Potem przechodzimy do salonu, pokoju dziennego, a także pomieszczenia wielofunkcyjnego – bardzo bogato wyposażonego i ozdobionego, służyło ono do odpoczynku, spożywania posiłków, wyprawiania uczt itp. Na ścianach tego pomieszczenia wystawowego przybliżono nam style fresków z obu miast, a było ich cztery tak dla uproszczenia. Mamy tu przedmioty, które były używane w takim pomieszczeniu: podgrzewacze do potraw, brązowe i srebrne podstawki na lampy, tace na słodkie wypieki, dzbany i naczynia na wino, „Crater” -wielki kocioł do mieszania wina, zastawy stołowe ze szkła i srebra, bursztynowe miseczki, łyżki itp . Posiłki spożywano zasiadając na tricilnium (trzech kanapach), na ścianie mamy instrukcję dla gości : nie zabrudź nakryć na kanapie, nie gap się na cudze kobiety, zabierz problemy i kłótnie ze sobą do domu. Bardzo na czasie.

Culina czyli kuchnia – z reguły mała, ciemna i na uboczu. To był świat niewolników, przygotowywali oni posiłki na solidnych piecach, gotując na platformach w garnkach, rondlach i na patelniach, ale używano także przenośnych grilli-koksowników (brazier) . Każda kuchnia miała też ołtarzyk, na którym składano ofiary np. z jajek,  dla zapewnienia ochrony i powodzenia.  Co trafiało na rzymski stół: groszek, ciecierzyca pospolita (chickpeas), orzechy, migdały, figi, granaty, cebula, soczewica, chleb.

Mamy tu zwęglone przykłady tych produktów, a także naczynia kuchenne: garnki, durszlak (colander), formy do pasztetów, pieczywa, czajniki itp. Znaleziono też talerze z posiłkami, których nie zdążono zjeść.

chleb, carbonised bread from herkulanum

Jest tu niezwykła naczynie - garnek do tuczenia (hodowli) popielicowatych - zwierzątek z rzędu gryzoni - kiedyś określane jako pilchowate (dormouse). Ten myszopodobny gryzoń był rarytasem na stołach rzymskich, przygotowywano go na różne sposoby, obtaczając w miodzie i ziarnkach maku pieczono lub grillowano. Ale najpierw trzeba było takiego osobnika utuczyć, trzymano je w takich garnkach, wkładając na pięterka pokarm i wodę i tak czekano cierpliwie aż zwierzątko nabierze ciałka.

fattening jar for dormouse

Co jest bardzo ciekawe obok kuchni, a czasem w jej obrębie były wychodki (latryny), które okazały się kopalnią zabytków i wiedzy o mieszkańcach miasta, podobnie jak system ścieków miejskich, a znaleziono tam oprócz ludzkich odchodów drobne przedmioty jak monety, biżuterię, szpile, zapinki, grzebienie, fragmenty naczyń, szklane przedmioty itp.

Następna część wystawy to zagłada obu miast. Tu uświadamiamy sobie co stało się z właścicielami tych przedmiotów, nad którymi się zachwycaliśmy i przypomina się nam ta kołyska. Autorzy wystawy zaprezentowali nam konkretne przykłady ludzkiej tragedii, z tej nawałnicy dramatów jaki wydarzyły się tej nocy na stokach i okolicach Wezywiusza wybrali parę aby pokazać nam kruchość ludzkiego życia.

W jednej z gablot mamy przedmioty znalezione przy ciałach mieszkańców obu miast, były tam koszyki pełne monet (zabrali z domu aby mogli sobie poradzić w czasie ucieczki); klucze ( nadzieja na powrót do domu); lampy ( praktyczne w ciemności aby znaleźć drogę). Pierwsza opowieść to 300 spalonych ludzi znalezionych w szopach na przystani w Herkulanum, schronili się oni tam, gdy okazało się że nie mogą uciec drogą morską, zabiła ich ta gorąca lawina spływająca z wulkanu. Wśród przedmiotów tam znalezionych była m.in. kasetka z instrumentami medycznymi, przy małym dziecku znaleziono pucharek z bursztynu importowanego z okolic Bałtyku. Jeden z wyróżnionych szkieletów to tzw. żołnierz – osobnik o solidnej budowie, około 175cm wzrostu, z mieczem u prawego boku i resztkami pasa zrobionego z okrągłych plakietek wykonanych ze srebra i brązu. Leżał on na brzuchu i miał na plecach narzędzia, przecinaki, punktak, młotek z zachowanymi drewnianymi trzonkami. „Żołnierz” miał przy sobie także sztylet, którego drewniano-skórzana oprawa również się zachowała, oraz liczne wisiorki i ozdoby, a także sakiewkę z monetami 12 srebrnych denarów i 2 złote aureusy (nummus aureus). Jego odkrywczyni nazwała go żołnierzem z powodu tego miecza i postury, brakowało mu także 3 przednich zębów, i miał zaleczoną ranę nogi, niektórzy naukowcy uważają, że zmiany na jego rzepkach wskazywały na to, że spędził on trochę czasu w swoim życiu na koniu. Został on powalony na ziemię przez tę zabójczą falę gorącego powietrza zmieszanego z popiołem i innymi elementami które spłynęły z wulkanu, kości zostały połamane i przypalone, okrutna śmierć była szybka, jak mówią uczeni, jego ciało wyparowało w mgnieniu oka.

„Resin Lady” -  to jedyny w swoim rodzaju odlew, pustka została wypełniona woskiem, następnie otoczona gipsem, a następnie wypełniona żywicą epoksydową, która jest bardziej odporna na zniszczenia i mniej oddziałuje na zabytki które otacza. Drugą zaletą była przezroczystość, ukazując biżuterię złota bransoleta, pierścień, szpilka do włosów. Niestety jest to unikat, ta technologia jest na razie zbyt kosztowna i czasochłonna. Znaleziono ją w Oplontis - osadzie także zniszczonej prze ten wybuch.

W gablocie o parę kroków dalej mamy skarby znalezione prze innej kobiecie (szkielet 27),  która zgięła w tym samym pomieszczeniu co ”Resin Lady”. W torbie było 83 złote aureusy i 37 srebrnych denarów, w drugiej torbie 15 złotych i 175 srebrnych monet – dodatkowo znaleziono przepiękną biżuterię: pierścienie, kolczyki, krótkie naszyjniki, bransoletki, i tzw. „body chain” długi łańcuch.

„Muleteer” to kolejny odlew znaleziony we wschodniej części miasta, na terenie palestry. Nazwany on został mularzem ponieważ znaleziono w pobliżu szkielet muła/osiołka. Znaleziono go w pozycji przychylonej do nagromadzonej lapilli – materiału wyrzucanego przez wulkan, zlepionych kawałków lawy starej i nowej. Wydaje się że starał się on chronić usta i nos przed pyłami, zanim umarł.

Niektórym udało się uciec z miasta, ale zostali złapani przez okrutną lawinę piroklastyczną za murami miasta i tak mamy dziewczynę z Porta Nola, która zginęła na tej drodze między grobami razem z 14 osobami. Ta młoda kobieta miała przy sobie dużo przedmiotów, które miały ją chronić, m.in. srebrną statuetkę bogini Isis-Fortuny, dwa srebrne amulety z symbolami fallusa i półksiężyca, 3 pierścienie także z symbolami, które ją miały chronić. Niestety zginęła ona w końcowej fazie wybuchu.

family Pompeje

Dochodzimy do ostatniego odlewu tym razem jest to „rodzina”, znaleziona pod schodami Domu Złotej Bransolety. Dwoje dorosłych i dwoje dzieci, usiłowało się ukryć przed spadającymi na miasto popiołem, pumeksem itp., niestety dosięgła ich zabójcza czwarta lawina piroklastyczna. Jest to koszmarna scena, kiedy życie dosłownie zamarło w ciągu sekundy, utrwalając dramat tej rodziny na wieki. Mamy tu utrwalone nie tylko detale ubrań, biżuterii, twarzy ale także rozpaczliwej walki o przetrwanie, strachu i bezradności. Przyczyną ich śmierci była wysoka temperatura, na to wskazują kończyny w tzw. pozie bokserskiej (pugilist), spowodowanej skurczami ścięgna pod wpływem ekstremalnych temperatur. Dziecko na kolanach matki wydaje się wyrwane z jej objęć, ona zaś została odrzucona do tyłu, podobnie jak mężczyzna. Dziecko leżące obok ma doskonale zachowane detale twarzy i ubrania, i jest obok wspomnianej już kołyski jednym z najbardziej wzruszających „elementów” tej wystawy. Była to bogata rodzina, prawdopodobnie właściciele tego domu, kobieta miała na sobie złotą bransoletę ważącą 600 gram z głowami wężowymi trzymającymi medalion przedstawiający boginię Dianę. Obok znaleziono złote pierścienie, kameę, oraz monety (40 złotych auresów, i 173 srebrne denary) .

Jest to bardzo interesująca wystawa bowiem temat jest niezwykle interesujący, ale też została ona doskonale przygotowana i skompletowana, dostarcza nam wiele wiadomości, odkrywa świat pokryty przez wieki popiołami zapomnienia, przybliża tragedię ludzi takich samych jak my. Zapala ona także iskierkę ciekowości i zachęca do wycieczki do miast u stóp Wezuwiusza.

bracelet from Pompeii

Wystawa trwa do 29 września 2013 roku, zamknięta będzie 18 i 19 czerwca z powodu przekazu kinowego – specjalny program pokazywany będzie w kinach w całej Wielkiej Brytanii. Dzień pierwszy to szeroka publiczność, a drugi to przekaz dla szkół, 29 sierpnia ma być ogólnoświatowy przekaz w 1000 kinach – mam nadzieję że jakieś kino w Polsce, czy gdziekolwiek mieszkacie, też się to tego przyłączy.

Ceny biletów na wystawę

Dorośli – £15

Dzieci do lat 16 za darmo ale muszą być pod opieką osoby dorosłej

Seniorzy - £12.50  specjalna cena w poniedziałki między 12 a 16:30 tylko przez telefon lub na miejscu – £7.50

Studenci i 16-18 lat - £12.50  i jest specjalna oferta 2 za 1 bilet w ciągu tygodnia po 14:30 tylko przez telefon i na miejscu.

Bezrobotni i niepełnosprawni – £12.50  osoba niepełnosprawna ma prawo do darmowego biletu dla opiekuna.

Jest pobierana opłata za rezerwację przez telefon – oraz Internet -  

Posiadacze biletu sezonowego (membership) wchodzą za darmo.

Posiadacze karty National Art Pass - £7.50

Godziny otwarcia:

10 - 17 a w piątek do 20:30;

Daty z przedłużonymi godzinami na stronie British Museum zwiedzanie 

Dojazd: Najbliższe stacje metra : Tottenham Court Road ( linia północna, centralna) Russell Square (linia piccadilly) Holborn ( linia centralna i piccadilly); dworce kolejowe Euston, Kings Cross i St Pancras.

Polecam

wpis jest ilustrowany materiałami udostępninymi przez Press Association.

niedziela, 16 czerwca 2013

To już druga wystawa w tym roku, która przyciąga publiczność tysiącami do sal wystawowych Muzeum Brytyjskiego. Tym razem wkraczamy w świat dwóch rzymskich miast, które pogrzebał wybuch wulkanu w 79 roku naszej ery. Dwa miasta - Herkulanum i Pompeje, kwitły na stokach góry Wezuwiusz, żyzna ziemia sprzyjała rozwojowi winnic, a nadmorskie położenie ułatwiało handel.  Herkulanum było mniejsze: 4-5 tysięcy mieszkańców, natomiast Pompeje  to około 12-15 tysięcy.

Pompeje

Wystawa skupia się na ludzkim aspekcie tragedii, ukazuje życie normalnych ludzi w obu miastach, prezentuje nam szansę poznania historii od tej zwykłej, przyziemnej strony. Nie przez zapisy o bohaterach, cesarzach itp., ale o tym jak żyli, co robili zwykli śmiertelnicy, o ich świecie, ich pragnieniach i troskach. Kiedy obudził się ze snu Wezuwiusz, niszcząc te dwa miasta wydawało się, że ich świat zniknął z powierzchni ziemi, ale to właśnie ta tragedia zabierająca życie -  dała nam szansę spojrzeć na odległy świat i poznać bliżej rzymskie miasto i jego mieszkańców.

Herculanum

Wystawa jest świetnie zorganizowana i przygotowana. Już na wstępie naszym oczom ukazuje się jeden z najsłynniejszych eksponatów reprezentujących Pompeje – odlew psa. W czasie wykopalisk w Pompejach znaleziono ciała, a raczej pustki (1150 do tej pory) pozostawione przez ciała, które pokryte gorącym popiołem w czasie lawiny piroklastycznej, zostały ugotowane, a następnie zgniły pozostawiając puste miejsca, a otaczający je popiół wulkaniczny utrwalił kształt ciał, detale twarzy, ubrań i ozdób. W 1865 roku Giuseppe Fiorelli, dyrektor wykopalisk w Pompejach, postanowił wykorzystać gips sztukatorski (plaster of Paris) do odtwarzania ludzkich postaci -  był ten sposób już wypróbowany na meblach itp. Wlewano mieszankę przez otwór do takiej pustki, a następnie usuwano otaczające ją stwardniałe warstwy popiołu. To właśnie odlewy najbardziej przemawiają do publiczności, oto bowiem mamy przed sobą ludzki dramat w całej okazałości, mamy przed oczami tych co żyli w tym mieście, chodzili jego ulicami…

odlew psa, dom Orfeusza,

Odlew psa został wykonany w 1874 roku i o dziwo, został on najsłynniejszym odlewem-symbolem tragedii jaka spotkała Pompeje. Kiedy w czasie wykopalisk przy Domu Orfeusza (House of Orpheus) znaleziono kolejną pustkę postanowiono także wypełnić ją gipsem. Ku zdziwieniu archeologów ich oczom ukazało się ciało psa zwiniętego w agonii. Jako że był on na łańcuchu i znaleziono go przy wejściu, stwierdzono, że było to pies pilnujący posesji, właściciele zginęli lub uciekli, zapominając o nim, a on uwiązany na łańcuchu motał się przerażony. Gdy ziemia pokrywała się popiołem, on starał się utrzymać na powierzchni dopóki pozwała mu na to długość tego łańcucha. Jego cierpienia przerwała czwarta, zabójcza lawina gorącego popiołu i powietrza. W dalszej części wystawy można zobaczyć mozaikę przedstawiającą psa na łańcuchu, a została ona znaleziona w pomieszczeniu obok wejścia do Domu Orfeusza.

mozaika z psem Pompeje

Obok tego odlewu psa jest zwęglony stolik z Herkulanum wyglądający jak ten z fresku nad nim, a przedstawiającym zakochanych popijających sobie zapewne winko. O ile Pompeje słynne są z odlewów to Herkulanum ma też swoje skarby w postaci zwęglonych przedmiotów codziennego użytku, które także zapierają nam dech w piersiach.

Ta gablota  to idealny wstęp do opowieści o tym, jak jeden wybuch wulkanu zniszczył okolicę i jak dwa miasta choć zniszczone w tym samym wybuchu to jednak doświadczyły zupełnie innego losu. Następnie możemy sobie obejrzeć film, wyjaśniający w jaki sposób wulkan unicestwił życie w okolicy. Wezuwiusz spał dość długo, pomrukując sobie smacznie od czasu do czasu, ale trzęsienia ziemi w tej okolicy (Kampania) to nic nowego. Kiedy około południa zaczął pomrukiwać coraz intensywniej, nikt zapewne nie spodziewał się, że jest to początek końca tych dwóch osad. Po serii gwałtownych wybuchów nad górą unosiła się wielka czarna chmura wzbijająca się na wysokość około 20km. Na Pompeje zaczyna spadać deszcz popiołów, kamieni i pumeksu, w ciągu jednej godziny około 15cm, wielu mieszkańców zostaje uwięzionych w domach. Tymczasem w Herculanueum w początkowej fazie wstrząsy i dźwięki jakie wydawała góra najbardziej przerażały mieszkańców, a kiedy domy zaczęły się walić część postanowiła opuścić miasto, niektórzy udaje się lądem, a inni zbierają się w porcie. Wieczorem pierwszy huragan pumeksowych bomb spada na Pompeje niszcząc wiele budynków, które zapadają się pod ciężarem popiołów opadających od paru godzin, a teraz dodatkowo bombardowanych przez kawałki pumeksu o średniej wielkości około 140cm.

Po północy chmura nad wulkanem opada, zmieszane gazy i pył, tworzące tzw. „paraclastic surge”  - lawinę piroklastyczną, staczają się po zboczach Wezuwiusza. Herkulanum zostaje uderzone falą rozgrzaną do temperatury 400-450˚C, to właśnie utrwaliło wiele przedmiotów wykonanych z materiałów organicznych: drewna, skóry, a także żywność jak owoce, warzywa itp. Ta lawina spowodowała, że te przedmioty zostały zwęglone i pokryte popiołem w tak szybkim czasie, że nie uległy spaleniu, w ciągu ułamków sekundy woda i tłuszcz wyparowały co spowodowało, że wiele obiektów zostało w taki właśnie tragiczny sposób zakonserwowanych. Mieszkańcy Herkulanum, którzy schronili się na plaży w porcie musieli słyszeć, a niektórzy nawet widzieć nadciągającą z prędkością 30 metrów na sekundę lawinę. Ci którzy byli na zewnątrz mieli okrutną choć bardzo szybką śmierć – lawina powaliła ich na ziemię łamiąc ręce, nogi, żebra, temperatura spowodowała, że w ciągu sekundy ich ubrania i ciała zostały unicestwione, często pozostawiając mocno sczerniałe szkielety, popękane kości i czaszki rozerwane przez eksplodujący gotujący się mózg. Nawet ci którzy schronili się w zabudowaniach portowych nie mieli szansy przy temperaturze powietrza około 300˚C, wszystko to stało się tak szybko, że naukowcy uważają, że nikt nie żył na tyle długo, aby nawet westchnąć.

Tymczasem w Pompejach nadal trwała walka o przetrwanie, ludzie gromadzili swój dobytek w bezpiecznych miejscach we wnętrzu domostw. Gdy o świcie, choć mieszkańcy miasta nie byli tego w stanie zobaczyć, chmura materiału wulkanicznego wypluwana przez górę wydawała się mniejsza i część mieszkańców odważyła się i zdołała wyjść na ulicę nadciągnęła ostateczna zagłada. W kierunku miasta podążyły lawiny gorącego pyłu i materiałów wulkanicznych w odstępie około półtoragodzinnym. Nie wszystkie dotarły do miasta np. trzecia została zatrzymana przez mury miejskie, ale nic nie było w stanie powstrzymać czwartej, choć nie tak gorąca jak ta z Herkulanum, bo temperatura tylko 250-300 ˚C,  to jednak niosła ona ze sobą śmierć, utrwalając ciała przysypane popiołem. Powietrze nie było na tyle gorące, aby zwęglić wszystko, dlatego tu mamy te słynne pustki z których wykonuje się odlewy. Pompeje zostały pokryte 4-5 metrami materiału wulkanicznego, a Herkulanum natomiast spoczęło pod znacznie grubszą warstwą do 23 metrów grubości. W średniowieczu wydobywano kolumny z Herkulanum, w XVIII wieku eksplorowano to miasto kopiąc tunele, XIX wiek to prawdziwy renesans obu miast, zwłaszcza w jego drugiej połowie, sensacja za sensacją i zapoczątkowanie wykonywania słynnych odlewów wprowadza oba miasta w świadomość szerokiej opinii publicznej. Po latach prac wykopaliskowych nadal jedna trzecia Pompeii i dwie trzecie Herculaneum pozostaje do odkrycia i kto wie jakie niespodzianki na nas czekają.

W trakcie wystawy spotkamy mieszkańców, którzy tak zginęli, poznamy ich życie,  spojrzymy na meble, ozdoby, jedzenie, na świat który ich otaczał. Będziemy chodzić po ulicach i wstąpimy do domu typowego Rzymianina, dla tych, którzy nie mogą pojechać do Włoch, jest to niesamowita szansa na poznanie historii tych miast, dla innych jest to być może zachęta i wstęp do wyjazdu i przejścia się po najsłynniejszych archeologicznych ulicach starego świata.

Film na początku wystawy nie tylko wyjaśnia  nam jak oba miasta i okolice zostały zniszczone, pokazuje nam także życie normalnych mieszkańców tych terenów, porównuje teraźniejszość i przeszłość, i nasze życie codzienne jest tak podobne, choć dzielą nas stulecia i tony popiołów. Mamy też szansę zobaczyć na małym ekranie rekonstrukcję tzw. Domu Tragicznego Poety, a plan tego domostwa stał się podstawą do zorganizowania tej wystawy. Najpierw jednak czeka nas zapoznanie się z ulicą rzymską i otrzymujemy tu podstawowe informacje o społeczeństwie zamieszkującym oba miasta.

Stajemy twarzą w twarz z kobietą o rudawych włosach - Eumachią, której posąg zdobił Forum w Pompejach. Ta oto kobieta była fundatorką budynku, miała majątek i była kapłanką Venus - opiekunki Pompeii, na jej wysoką pozycję wskazują buty i welon na głowie . Kobiety nie brały czynnego udziału w życiu publicznym, nie miały prawa głosu, nie mogły zajmować urzędów, ale mogły mieć majątek i przez to mieć wpływy. Mieszkańcy miasta to tubylcy posługujący się m.in. językiem oskijskim ludności Samnickiej, która zamieszkiwała te tereny przed powstaniem Imperium, niewolnicy ze wszystkich zakątków cesarstwa (Hiszpanii, Afryki północnej, Bliskiego Wschodu, Bałkanów), wyzwoleńcy i ich potomkowie (dzieci byłych niewolników były obywatelami), natomiast wolni obywatele byli mniejszością w Pompejach. Ulice tętniły życiem, na ścianach zachowały się slogany polityczne i wyborcze – namawiające aby głosować np. na Sameliusa, Luciusza Albuciusza etc. Sąsiedzi kłócili sią o mur - i tak mamy marmurowy kamień graniczny między posesjami Marcusa Noniusa Damy a Julii, trzeba dodać że Marcus był wyzwoleńcem. Na murach Herkulanum mamy listę obywateli miasta i tu wkracza też wpis na innej drewnianej tabliczce – Lucius Venidius Ennychus - wyzwoleniec, którego żona Livia Acte powiła córkę. Gdy dziewczynka ukończyła rok, według obowiązującego prawa jej ojcu przyznano obywatelstwo Herkulanum i cesarstwa – dlatego jego imię zostało uwiecznione na murach miasta.

płaskorzeźba Satyr i maenads

Oczywiście nie można było przewieźć ulic z Włoch, więc pokazano fotografie, na nich znajomy widok słupków zastawiających drogę aby nie pchały się na daną uliczkę pojazdy, krawężniki, „chodniki” były wyższe, aby nie stąpać po wodzie i brudzie, a do przekraczanie ulicy były specjalne stopnie po których można sobie było przejść bez wdepnięcia w niespodzianki na drodze, a na rogach ulic fontanny dostarczające wody.

Kiedy chodzimy sobie po tej części ekspozycji w tle mamy dźwięki ulicy, szczeka pies, słychać śmiejące się dzieci, dźwięki z jakiegoś warsztatu -  dodaje to atmosfery, przybliża nam mieszkańców obu miast.

Następną cechą charakterystyczną były sklepiki, czy warsztaty przy każdym niemal domu, stanowiły one część domostwa. W tej część wystawy mamy w gablotach bardzo dużo zabytków ukazujących właśnie życie codzienne, elementy takiego życia np.: butelki w których przechowywano słynny i uwielbiany przez rzymian sos rybny „garum”, a były to sfermentowane głowy, ogony, wnętrzności rybek – podobno to przysmak, ale mnie te składniki jakoś nie przekonują; lampy i formy do wyrabiania lamp, szklane butelki itp., odważniki do wag, naczynia oraz zwęglona żywność (daktyle, groch, ziarna zbóż, dębianka, figi itp.)

Żadne miasto nie obejdzie się bez porządnej tawerny i tych nie brakowało w obu miastach, to były miejsca gdzie przychodzono aby zjeść posiłek, napić się i rozerwać (gry hazardowe), a niektóre miejsca miały specyficzną reputacje (słynęły z rozpusty). Mamy tu fresk sumujący świat tawerny - oto dwoje ludzi spędza czas przy napitku jakimś prowadząc rozmowę o życiu, potem jak to po paru „głębszych” woła się o jeszcze od przechodzącej barmanki. Gry hazardowe (kości) to dodatkowa rozrywka, ostatni fresk to dwóch klientów wrogo nastawionych do siebie i właściciel tawerny mówiący im, żeby swoje problemy zabrali ze sobą na zewnątrz. Nic dodać, nic ująć.

I znów tak się rozpisałam, że muszę ten wpis podzielic. 

CDN...

a tu jest część druga wpisu o Pompejach i Herculanum 

poniedziałek, 20 maja 2013

 

Jest to prawdziwa gratka dla każdego archeologa i nie tylko, zwłaszcza, że trzeba było na nią czekać aż 40 tysięcy lat. Jeżeli myślimy o sztuce epoki kamienia to od razu mamy na myśli malowidła naskalne, ale to nie wszystko co może nas zachwycić z tamtego okresu. Człowiek górnego paleolitu zostawił po sobie także zabytki ruchome i to one są głównym elementem tej wystawy, jednak trudno by było przywieźć tu całe jaskinie ;)

 

Zanim jeszcze wejdziemy na wystawę napotykamy kopie figur bizonów wykonanych w glinie z jaskini Tuc d’Audoubert, a co jest jeszcze ciekawsze, w odległości 20 metrów od tych rzeźb znaleziono około 200 odcisków pięt, sugerujących aktywność -być może taneczną. Polecam wpisy „ The Mind in the Cave część 1 i część 2” będące recenzją i trochę streszczeniem książki Davida Lewis-Williamsa o sztuce górnego paleolitu - jest to dobry wstęp do tej wystawy. Dla tych którym się nie chce czytać tych długich wpisów krótki rys o co chodzi. Otóż, upraszczając, około 45 tysięcy lat temu do Europy zawitali ludzie współcześni (Homo Sapiens, Cro-Magnon) i przynieśli ze sobą nowe technologie obróbki kamienia oraz innych materiałów, nowe zwyczaje i nowoczesny umysł z możliwościami innego patrzenia na świat i odbierania rzeczywistości, niż zamieszkujący do tego momentu Europę Neandertalczyk. Rezultaty tego można obejrzeć na ścianach jaskiń Altamira, Chauvet czy Lascaux oraz na tej wystawie w Muzeum Brytyjskim w Londynie.

Venus de Lespugue,Collection d'anthropologie du Museum national d'Histoire naturelle 

Wystawę otwiera jednak nie najstarszy zabytek, ale figurka ( dama o nobliwym wieku 23 tysięcy lat) znaleziona w jaskini des Rideaus w pobliżu Lespugue, przedstawiająca kobietę o wyjątkowo obfitych kształtach, która tak zafascynowała Pablo Picassa, że posiadał on parę kopi tego zabytku w swojej pracowni. Figurka ta, została wykonana z kła mamuta, biodra, pośladki, brzuch i piersi są wyolbrzymione, na głowie liniami zostały zaznaczone włosy spływające na ramiona.  Takie wprowadzenie wydaje się nam narzucać specyficzne spojrzenie na zabytki pokazane na tej wystawie i traktowanie ich jak sztukę, stąd na ścianach pojawiają się dzieła artystów współczesnych dla porównania – tyle, że muszę przyznać niewielu się im przygląda, tak wszyscy są zafascynowani tymi prehistorycznymi cudami w gablotach. Takie ujęcie i zatytułowanie wystawy „Ice Age art the arrival of the modern mind” (Sztuka epoki lodowcowej nadejście współczesnego umysłu)  ma większe szanse na przyciągnięcie publiczności. A był na niej tłok i zaleca się kupowanie biletów z wyprzedzeniem, okazała się tak popularna że przedłużoną ją o tydzień i będzie trwać do 2 czerwca.

Jednym z najstarszych zabytków jest figurka Lion Man (człowiek Lew) i jest to jedyna kopia na tej wystawie, oryginał jest bowiem poddawany konserwacji po tym, jak znaleziono kolejne część. Pierwsze fragmenty tej figurki ( około 200)  zostały znalezione w 1939 roku w jaskini Stadel w poł-zach Niemczech, ale z powodu wojny zajęto się nimi dopiero po 30latach i wtedy po złożeniu okazało się, że przedstawia ona człowiekowatą istotę z głową Lwa. Jest ona ważna, ponieważ przedstawia efekt wyobraźni , a nie coś do naprawdę istnieje w świecie materialnym. Jest to także jeden z najstarszych zabytków i ma około 40 tysięcy lat. Detale na figurce są niesamowite, mamy uszy, oczka i palce oraz nacięcia na ciele. Człowiek który wykonał tę figurkę znał się na rzeczy, użyty został kieł młodego mamuta, tak ją rozplanował, że nogi wypadły w tej części kła gdzie występuje naturalna pustka „pulp cavity” . Jest tu video i można zobaczyć jak prawdopodobnie taka figurka została wykonana, a potrzeba było do tego około 400 godzin. Figurki takie mogą reprezentować proces przejścia ze świata materialnego do duchowego, zmiany z człowieka w opiekuńcze zwierzę, albo ukazywać przewodnika po tamtym świecie.

Na wystawie tej można zobaczyć wiele interesujących zabytków. I tak w jednej z gablot prezentowane są  najstarsze flety z jaskini Geissenklosterle, wykonane z koście ptaków i kłów mamuta, a także jeden z większych fletów (prawie 22 cm)  wykonany z długiej koście drapieżnika Griffona (sępa płowego) znalezionego w jaskini Hohle Fels. Muzyka musiała stanowić ważny element życia społecznego, zwłaszcza, że w wielu jaskiniach umiejscowienia malowideł to miejsce o dobrej akustyce i z występowaniem efektu echa.  Obok w gablotach są najstarsze figurki zwierzęce, koń datowany na 35 tysięcy lat, z wdzięcznie wygiętą szyją, głowa lwa jaskiniowego z otwartym pyszczkiem - wydaje się on uśmiechać, śnieżny leopard i inne, a wiele z nich ma wygrawerowane krzyżyki, linie i inne szlaczki geometryczne na ciele, takie szlaczki o których wspomina w swojej książce David Lewis-Williams.

gliniana figurka kobieca Dolni Vestonice 

W oddzielnej gablotce mamy słynną ceramiczną figurkę (jest to najstarsza znana ceramika) z Dolni Vestonice na Morawach. Została ona datowana na 31-27 tysięcy lat, a wykonano ją z materiału lokalnego „silty loam” (mieszanki piasku, mułu i gliny), a następnie pozostawiono do wyschnięcia i wypalono w niskiej temperaturze, czarny kolor figurki to efekt wypalenia w warunkach ograniczonego dostępu tlenu. Na czubki głowy figurka ma cztery wgłębienia, których przeznaczenie jest dla nas tajemnicą, może były tam włosy, paciorki itp.? Głowa jest duża, nie ma ukazanych elementów twarzy poza nacięciami, które mogą być oczami, a niektórzy naukowcy porównują je do wizjerów w hełmie. Wyodrębniona smukła szyja, obojczyki i ramiona opadające wzdłuż ciała. Tu figurka nabiera gruszkowatego kształtu kobiety szczodrze obdarzonej przez naturę. Duże piersi zwisają nad pulchnym brzuszkiem z zaznaczonym pępuszkiem. Pod biodrami przebiega linia, nogi są oddzielone wgłębieniem, a z tyłu na plecach zaznaczony mamy kręgosłup i nacięcia boczne sugerujące wałeczki tłuszczowe. Nie była to jedyna figurka z tego miejsca, znaleziono więcej fragmentów, ale ta jest najlepiej zachowana i jest swego rodzaju ikoną tego stanowiska.

portret Dolni Vestonice

Mamy tu też pokazaną maskę - 4cm kawałek kości mamuta z nacięciami reprezentującymi oczy, usta. Największa niespodzianka to „portret kobiety” wykonany z kości mamuta, określany jako Mona Lisa z Dolni Vestonice. Twarz ma owalny kształt, wyodrębniona jest linia włosów lub jakieś nakrycie głowy albo fryzura z włosami upiętymi w czubku głowy, uszy są zakryte. Mamy nos i usta z wyodrębnioną dolną wargą oraz bródką. Najciekawsze są jednak oczy – jedno jest wyraźnie otwarte, a drugie jakby zdeformowane. Co jest wyjątkowo ciekawe znaleziono na tym stanowisku pochówek kobiety ze zdeformowaną lewą stroną twarzy. Zbieg okoliczności?

Co uderza w czasie oglądania tej wystawy to to, że wiele kobiecych figurek było nagich, a warunki klimatyczne raczej nie zachęcały do biegania bez ubrania.

Kolejne gabloty to figurki kobiece z terenów Europy Wschodniej i Syberii, ze stanowisk Kostienki, Zaraysk, Eliseevitchi i Mal’ta.

Kostienki 

Stanowisko Kostienki to w zasadzie zbiorowisko obozowisk wielokrotnego użytku w dolinie Donu, które było okupowane przez ludność łowców i zbieraczy 26-22 tysięcy lat temu. Co jest dodatkowo interesujące, figurki te przedstawiają kobiety w różnych fazach stanu błogosławionego. Jeden fragment figurki kobiety w zaawansowanej ciąży został znaleziony w jamie odpadkowej , leżała ona na plecach i z czasem została pokryta paleolitycznymi śmieciami – połamanymi kośćmi, popiołem z paleniska. Rzeźbę ta wykonano z wapienia i zniszczono rozmyślnie używając innego kamienia, w taki sposób odłupano nogi w okolicach kolan, a obie strony tułowia noszą ślady licznych uderzeń w celu dalszego niszczenia. To co nam zostało to brzuch w daleko zaawansowanej ciąży, z wystającym pępkiem, fragmenty rąk –otwartych, spoczywających na brzuchu, a nawet bransoletka na jednym z nadgarstków i jakiś podobny do niej pas lub coś w tym rodzaju. Pytania jakie nam się nasuwają to: dlaczego ona została zniszczona? Czy zniszczyła ją ta sama osoba co wykonała? Czy miało to znaczenie rytualne -  np. czy zniszczenie figurki miało odczynić i zapewnić ciężarnej szczęśliwe rozwiązanie? Czy zniszczono ją po porodzie, może nawet śmiertelnym dla matki lub dziecka, a może nawet obu? Czy może po prostu odbiorca w taki sposób skrytykował wykonawcę? ;) Nie była to jedyna figurka z tego stanowiska nosząca ślady umyślnego unicestwiania. Niektóre figurki udało się zrekonstruować i tak mamy kolejną kobietę w ciąży z pochyloną głową, z bogatą fryzurą zaznaczoną nacięciami, włosy otaczają twarz i zakrywają uszy, ale brak jest oczu itd. , na rękach mamy bransolety, jakieś pasy na plecach i szyi oraz piersiach. Poza w jakiej większość tych figurek jest ukazana, to poza w jakiej dziś też często portretowane są kobiety w ciąży. Tu nie wiele się zmieniło. Na tym stanowisku mamy także figurki przedstawiające poród, kobiety z ugiętymi kolanami, klęczące itp… Biorąc pod uwagę że macierzyństwo, poród itp. to świat niedostępny dla mężczyzn pojawiła się opinia, że były te figurki wykonywane przez kobiety dla kobiet -  bo to były babskie sprawy. Często na figurkach były detale takie jak biżuteria, uczesanie włosów czy części garderoby, ale nie było twarzy – dlaczego?

figurki ze stanowiska Kostienki

Zabytki ze stanowiska Mal’ta w okolicach Irkucka są specyficzne, wydają się reprezentować inny styl, swojego rodzaju regionalizm. Figurki są smukłe, mamy detale twarzy, włosy z grzywką i falowane kosmyki spływające na ramiona, nacięcia na ciele interpretowane są jako odzież futrzana . Brak jest wizerunków kobiet ciężarnych czy otyłych, nie ma wyolbrzymionych piersi, a płeć jest wykazywana trójkątem czy znaczkiem V, a część nie ma takiego oznaczenia. Co jest dodatkowo ciekawe, to mają one otworki w dolnych częściach sugerujące, że były one noszone do góry nogami, co umożliwiało noszącemu patrzenie na figurkę w normalny sposób trzymając ją w ręce. Patrzyłam w gablotę oczarowana, starając się zrozumieć odległy mi świat kobiety z epoki lodowcowej.

Chodząc po wystawie, przyglądając się różnym gablotom podziwiałam różnorodność a także podobieństwa w czasie i przestrzeni. O wiele mniej jest wizerunków męskich, no cóż, może oni właśnie biegali za reniferami czy mamutami, a kobiety sobie siedziały w kółkach gospodyń lodowcowych i plotkowały tworząc nowe figurki. Jednym z bardziej intrygujących zabytków jest figurka z Brna, znaleziona ona została razem ze szkieletem ludzkim, ułożonym między kośćmi mamuta i nosorożca włochatego, a datowano ją na 23 tysiące lat. Przy głowie znaleziono w trzech częściach posążek z kła mamuta pierwotnie o wysokości 23 cm. Jest tu wyraźnie wyodrębniona głowa z brwiami nad oczodołami, nos i długa bródka, nacięcia na głowie mogą reprezentować włosy. Lewa część jest trochę zniszczona, ale na prawej widać wyraźnie sutek, pępek i przyrodzenie. Co jest najciekawsze, to na kadłubie są otwory sugerujące że ręce i nogi były tak dołączone, aby można nimi poruszać. Dlatego na wystawie i w katalogu użyto słów „doll and puppet”  (lalka teatralna) w opisie tego zabytku -  no cóż może jakaś lodowa pani nieźle nim kręciła, albo był to pierwszy lalkarz, co opowiadał przy prehistorycznych ogniskach historyjki mrożące krew w żyłach.

puppet man, an articulated figure made of mammoth ivory

Oczywiście jak przystało na łowców-zbieraczy w gablotach pełno było figurek zwierzęcych, niektóre tylko we fragmentach, ale co nas zachwyciło to niesamowita precyzja i finezja w oddaniu wyglądu i charakteru danego gatunku. Zabytkiem nad którym zatrzymałam się znów na dłuższą chwilę był bizon ze stanowiska Zaraysk, stałam i nie mogłam od niego oderwać oczu, jakby na mnie ktoś rzucił urok, poszłam dalej i znów wróciłam. Trzeba dodać, że wyeksponowano go bardzo dobrze, w odrębnej gablocie z bardzo delikatnym oświetleniem małą żaróweczką jakby małym płomykiem. Twórca doskonale uchwycił zwierzaka w ruchu, mimo braku przedniej nogi, bizon wydaje się podążać ku nam, wolnym leniwym krokiem. Kontekst w jakim ta figurka została znaleziona jest bardzo ciekawy, stanowisko Zaraysk podobnie jak Kostienki to chaty z kości mamucich i pełno jam odpadkowych. Figurkę znaleziono na platformie na dnie dzwonowatej w kształcie jamy, nogi po lewej stronie zostały specjalnie odłamane ( choć może to był przypadek), zniszczenie nastąpiło przed złożeniem do jamy, bo nie było w niej brakujących fragmentów. Dlaczego taką piękną figurkę, której wykonanie to godziny kunsztownej pracy zniszczono i zakopano, a może uszkodzenie było przypadkowe i dlatego taki niby pochówek. Artysta doskonale znał zwierzę jakie rzeźbił i wykorzystał kształt kła mamuta aby oddać doskonale proporcje i kształt samicy bizona, trudnym elementem była separacja nóg zwierzęcia – to była prawdziwa sztuka. Głowa jest lekko przechylona w bok co nadaje figurce wrażenie ruchu, lekko otwarty pyszczek, wyodrębnione nozdrza, małe oczy z nacięciami jako powieki, a nad tym między rogami grzywka. Mamy rogi a za nimi uszy, też z nacięciami reprezentującymi sierść. Nacięcia zresztą występują na całym ciele, i oddana jest także gęstość, mniej linii tam gdzie sierść jest rzadsza, a na samym końcu malutki ogonek. Noga jest też bardzo anatomiczna z mięśniami, pęciną, kolano jest doskonale wyodrębnione, chociaż kopyto nie zostało podzielone na dwie części. Figurka została wypolerowana ochrą i w niektórych miejscach ma kolor czerwony. To naprawdę śliczny przedmiot i ma w sobie coś magicznego. W tym samym mniej więcej czasie powstawały malowidła na ścianach Altamiry, Lascaux czy Niaux.

Bizon Zaraysk

Dużo miejsca zajmują mamuty, małe i duże, kształty ich ciał są bardzo charakterystyczne. Można odróżnić  młode mamuciątko od dorosłego osobnika. Wykonane one były zarówno z kości, kłów mamucich, kamienia np.: marglu, piaskowca oraz ceramiki. To właśnie gliniana figurka mamuta była znaleziskiem które zapoczątkowało wykopaliska na stanowisku Dolni Vestonice w latach 20-tych ubiegłego wieku.  Na stanowiskach Kostienki I i II znaleziono w sumie do tej pory ponad 50 figurek mamucich. Inne zwierzaki to niedźwiedź jaskiniowy, o wyraźnie wyodrębnionym wysokim stromo nachylonym czole; koty (lwy)  z precyzyjnie zaznaczonymi detalami pyszczka – uczy, oczy, nozdrza; renifery z charakterystycznym długim pyszczkiem; rosomaki nieśmiałe choć niebezpieczne drapieżniki . Niedaleko Dolni Vestonici na stanowisku Pavlov znaleziono kolejny przedmiot zachwycający kunsztem wykonania i znajomością zachowania się dzikich zwierząt. Wśród kości, obok czaszki lwa na krawędzi domostwa prawdopodobnie przypominającego „namiot” 2 metry od paleniska znaleziono tego skradająco – skaczącego lwa, wykonanego z zewnętrznej płytki kła mamuta. Powierzchnia została wypolerowana i mamy zaznaczone oczy i pyszczek, obie pary łap wysunięte są do przodu, a ogon wyciągnięty do tyłu, obok jest fotka lwa atakującego bawoła i podobieństwo jest niesamowite. W muzeum w Brnie ten zabytek jest podwieszony, pokazując jakby to mogło wyglądać, gdy światło powodowało, że rzucał on cień na ścianę namiotu, a gdzieś obok obozowiska zaryczał by sobie taki lew, ciarki pewnie nie jednemu mieszkańcowi przechodziły wtedy po plecach.

Stanowisko Dolni Vestonice dostarczyło bardzo dużo figurek zwierzęcych znalezionych we fragmentach - około 6 tysięcy kawałków. Jednym z takich fragmentów była główka nosorożca – archeolodzy długo się zastanawiali dlaczego, może jednym z powodów był jakość materiału z jakiego one były wyrabiane. Okazało się że „glina” z Dolni Vestonice była doskonała, nadawała się do wyrobu ceramicznych figurek bardzo dobrze. Była plastyczna, łatwo się formowała z dodatkiem wody jednak, aby dobrze się wypaliła trzeba było figurki najpierw wysuszyć. Podczas wyrobu tworzyły się w glinie małe miejsca wypełnione wodą, gdy wkładano wyrób do gorącego wypalania, woda zamieniała sią w parę i szukała sposobu aby wydostać się i wtedy taka figurka ulegała zniszczeniu w dość spektakularny sposób – po prostu wybuchała. Oczywiście mogło to być wynikiem braku doświadczenia wypalającego, ale niektórzy badacze (Soffer i Vandiver) twierdzą, że było to intencjonalne, chodziło o efekt pirotechniczny - magia czy rozrywka? Jedna z tajemnic zaklętych na wieki w tych fragmentach, a my niestety możemy snuć tylko domysły.

Dużo na wystawie było przedmiotów i ozdób używanych w życiu codziennym, do dekoracji ubrań, włosów, oraz nieznanego mam bliżej przeznaczenia ,w tym wiele kościanych przedmiotów (szpatułki) z szeregiem linii, zygzaków i kropek. Ile cierpliwości i dokładności trzeba było włożyć w wyprodukowanie tysięcy paciorków i wisiorków o różnych kształtach: łezki, tuby, krążki, dyski, itp. wykonanych z kłów mamucich, zębów itp. - ich różne kształty oraz pracochłonne techniki wzbudziły nasze uznanie.  Szczególnie zachwyciły mnie dwa lecące łabędzie oraz kaczka.

 ptak

I tak przez tysiąclecia żyli sobie nasi przodkowie i polowali, budowali chatki oraz produkowali przedmioty i wykonywali ich coraz więcej aż około 22-12 tysięcy lat temu nastąpił wysyp twórczości, znajdujemy tyle zabytków i są one tak różnorodne, że okres ten został nazwany renesansem. W tej części wystawy są przedmioty które pobudzają naszą wyobraźnię, wprawiają nas ponownie w zachwyt nad zdolnościami manualnymi i obserwowaniem otacząjącego człowieka świata. Pojawiają się rysunki a także ryciny na rogach, kościach i kamieniu.

two does, renifery,

Materiał jest przygotowywany przed podjęciem prac artystycznych, kości są dzielone, gładzone, czyszczone itp. I tak efekty takiej pracy były urocze że trudno się było dopchać do gabloty z jelonkami z jaskini Le Chaffaud z Francji datowanymi na 14-12 tysięcy lat. Użyto kości kończyn przedniej renifera, została ona ogładzona ale niestety jej prawa strona została zniszczona w czasach prehistorycznych. Oba zwierzęta to samice i niestety trudno jest ustalić jaki to gatunek, może to być jeleń szlachetny, lub renifer wczesnym latem po zrzuceniu rogów i przed wyrośnięciem nowych, być może wyjaśnienie znajdowało się na ułamanej części zabytku. Co jest tu zaskakujące jest to scenka rodzajowa i mamy iluzję przestrzeni i perspektywę. Zwierzę z przodu wydaje się lekko zwracać głowę w naszym kierunku, natomiast nos drugiego zwierzęcia jest tak umieszczony że wydaje się ono być nie bezpośrednio z tyłu ale trochę z boku poprzedniego i bliżej oglądającego. Mocne, zdecydowane linie oddają kształt ciała, a delikatniejsze podkreślają detale jak oczy, nozdrza, pyszczek, uszy, sierść itp. oraz dwie linie, które w podobnej formie pojawiają się na innych rysunkach, a także malowidłach naskalnych. Nie widzimy kopytek bo wydają się one stać w wodzie, może są u wodopoju lub szykują się do przejścia przez strumyk. Nie jest to jedyny taki rysunek – rycina na kości, w jaskini La Madeleine przedstawia samca renifera z charakterystycznej kępce sierści pod szyją, ale bez rogów czyli przedstawia scenę z wczesnej wiosny. Ten osobnik został narysowany na tle innego znów część kości została zniszczona i ten prosty zabieg nadaje efekt przestrzenny całej kompozycji. Mamy oko, nos i pysk oraz sierść i znów dwie krótkie linie na jego ciele nad przednimi nogami, wskazówka dla myśliwego?

jaskinia Madeleine

Kolejne gabloty to „perforated batons” – miotacze oszczepów wykonane z kości, zdobione i często nazywane buławami. Jest tu małe wideo jednego z archeologów, który prezentując w telewizji kiedyś tam podobne zabytki przyznała się, że mają różne teorie co to jest ale w gruncie rzeczy nie są pewni. Wtedy zgłosił się do telewizji widz i opowiedział historyjkę z dzieciństw gdy to jego dziadek czy ojciec zrobili mu takie coś podobne do polowania na zające. Archeolodzy postanowili to wypróbować i okazało się, że oszczepy wyrzucane w taki sposób mocno się wbijały w bale siana, choć na pierwszy rzut oka nie wyglądało to groźnie – co dopiero gdy to znalazło się w rękach doświadczonego paleolitycznego myśliwego, każdy zając na pewno zwiewał w podskokach. Wykonywano je z mocnego materiału rogi i kość mamucia, i choń były to narzędzia do polowania niektóre zostały pięknie ozdobione, czasem tylko liniami i szlaczkami, a niektóre miały wizerunki zwierzęce. 

perforated batons

Na początku wpisu stwierdziłam że nie dało by się przywieść jaskiń na tę wystawę więc dokonano tu małej iluzji w postaci tzw. instalacji artystycznej i tak przechodzi się na ostatnią część wystawy przez małe pomieszczenie w którym migają nam na ścianach obrazki z jaskiń. I tylko się człowiek rozochocił i chciałby je teraz w naturze sobie zobaczyć.

pływające renifery

Ostatni już zabytek nad którym się pozachwycam to tzw. „swimming reindeer” pływające renifery z Montastruck. Wykonany z końca kła mamuciego przedstawia dwa renifery samicę i samca. Większy samiec płynie za samiczką, opierając pyszczek na jej zadku, oba zwierzaki mają rogi – dlatego zaobserwowana scena miała się dziać w miesiącach listopad – grudzień. Mamy nie tylko wyodrębnione oczy, rogi, uszy pyszczki ale także grubość futerka i to ono również wskazuje na zimową porę. Przedmiot ten został znaleziony w dwóch kawałkach w 1864 roku ale nie ma żadnych informacji o kontekście i zabytkach z jakimi one zostały znalezione -  a szkoda. Przypuszcza się że tylne nogi były złączone i mógł to być dość pokaźny wisior – prawie 21 cm.

Wyszłam z tej wystawy zadowolona, widziałam wiele przedmiotów o których czytałam, obejrzałam je sobie teraz na własne oczy i gorąco was zachęcam na te wyprawę w krainę lodowcowych łowców i zbieraczy, przez cały czas wystawy słychać kapiącą wodę jakby się było w jaskini lub są to te roztapiające się lodowce . Figurki, rysunki, malowidła i inne zabytki przeczą opiniom i sądom o prymitywizmie naszych przodków. To byli sprytni i zdolni ludzie, doskonale obserwowali otoczenie, potrafili przenieść to co widzą na ściany jaskiń, obrobić surowce, aby wytworzyć te przedmioty. Choć niektórzy krytycy oburzali się na użycie w tytule wystawy słowa sztuka, porównując te przedmioty to wykonanych przez współczesnych rybaków - a te nie mają nic wspólnego ze sztuką, bo sztuka to jest to co Saatchi wystawia w swojej galerii. Tłumy zwiedzających wystawiają dobitną recenzję tym recenzentom, a zainteresowanie jest tak duże, że przedłużono jej trwanie do 2 czerwca.

kobieca figurka stanowisko Grimaldi

Zachęcam do wizyty w Muzeum Brytyjskim i zalecam kupno biletów przez Internet lub telefon ( uwaga są dodatkowe opłaty 1 i 2 funty za przeprowadzenie transakcji)

Ceny biletów – są one na określoną godzinę wejścia , na wystawie można zostać jeśli się chce aż do zamknięcia.

Dorośli i emeryci  – £10

Studenci, niepełnosprawni, bezrobotni (trzeba mieć papierek to potwierdzający)  - £8

Grupy (minimum 8 osób) tylko rezerwowane z wyprzedzeniem przez telefon od Poniedziałku do Piątku – £8.50

Posiadacze Karty National Art Pass - £5

Posiadacze karty Stałego Zwiedzającego – Members – za darmo, ale ta karta kosztuje £50,  a dla osoby poniżej 26 lat £35.

Godziny otwarcia:

Codziennie od 10 rano do 17:30 ostatnie wejście 70 minut przed zamknięciem ( na wystawie spędzi się co najmniej parę godzin)

Wydłużone godziny otwarcia: 25 i 26 maja od 9 rano , podobnie 1 i 2 czerwca od 9 rano, a w piątek 31 Maja do godziny 22.  

Dojazd: Najbliższe stacje metra : Tottenham Court Road ( linia północna, centralna) Russell Square (linia piccadilly) Holborn ( linia centralna i piccadilly); dworce kolejowe Euston, Kings Cross i St Pancras.

Blog został zilustrowany materiałami press association.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Flag Counter