sobota, 15 listopada 2014

 

W pracy bardzo często rozmawiamy o jedzeniu, to chyba najpopularniejszy temat, oprócz omawiania programów telewizyjnych – jako, że nie mamy telewizora to częściej wtedy słucham, niż gadam. Jedzenie to temat rzeka, rozczulamy się nad smakami z dzieciństwa, ulubionymi potrawami, słodyczami z lat młodzieńczych, dzielimy się opiniami o tym, co nam proponują w strefie gotowców supermarkety, która restauracja jest dobra itp., a czasem dzielimy się naszymi podbojami kuchennymi.

Jakiś czasem temu pojawił się artykuł w prasie stwierdzający, że większość producentów lodów waniliowych raczej używa sztucznych smaków, niż prawdziwej wanilii. Jako, że ostatnio lody waniliowe są moim ulubionym rodzajem, bardzo mnie to zmartwiło, wtedy moja koleżanka ( ta od chleba) stwierdziła, że najlepiej zrobić samemu. Zanim jeszcze zdążyłam powiedzieć o maszynie do robienia lodów (ice-cream maker,) ona szybko dodała, że ma w domu prosty przepis i nie trzeba maszyny, tylko mikser, albo chłopa, co będzie miał siłę i ochotę kręcić i ubijać. Następnego dnia dostałam na kartce przepis na lody waniliowe.

Składniki:

·       1 laska wanilii ( vanilla pod) w sklepach w UK sprzedają je w opakowaniach po dwie - drogo. ale warto bo smak lodów zależy przecież od składników.

·       1 łyżeczka od herbaty Ekstraktu waniliowego - nie esencji ale właśnie ekstraktu.

·       600 ml śmietany gęstej co najmniej 22% im gęściejsza tym lepsza ( double cream )

·       Puszka mleka skondensowanego ( sweetened condenced milk) uwaga nie kupcie przez pomyłkę evaporated milk – to nie to samo i się nie nadaje. Puszki mają 397 gram.

Potrzebny wam też będzie pojemnik na lody - około 1,5 litra, taki który można wsadzić do zamrażalnika, a także mikser lub robot kuchenny, lub osoba z mięśniami do ubijania – kręcenia.

Najpierw rozcinamy laskę wanilii i wyskrobujemy ziarenka – uzyskamy taką czarną pastę (to ona jest nam potrzebna), resztę płuczemy, osuszamy i wsadzamy do słoiczka z cukrem. Jak to tam posiedzi przez parę tygodni to mamy cukier waniliowy do używania w wypiekach.

Do pojemnika wlewamy mleko z puszki, śmietanę, łyżeczkę ekstraktu waniliowego oraz zeskrobaną pastę z ziarenkami wanilii. Włączamy robota, mikser lub mięśnie i kręcimy, kręcimy i kręcimy, aż pojawią się fałdki i gdy te fałdki po zatrzymaniu, się nie rozpływają to znaczy, że już dość tego kręcenia.

Wsadzamy do pojemnika, wylizujemy łyżki, mieszadełka, miskę a potem pojemnik z lodami wsadzamy do zamrażalnika i następnego dnia mamy wyżerkę. Uwaga jak za mocno się zamrożą to poczekać trochę z nakładaniem, my musieliśmy sobie nową łyżkę do lodów kupić, bo stara nie wytrzymała presji.

Lody Czekoladowe


Po udanym lodowaniu zapytałam się koleżanki, a co jak by się chciało lody czekoladowe. Ona nigdy nie robiła, ale poradziła, że pewnie najlepiej by było rozpuścić czekoladę na parze i dodać do mikstury.

Składniki:

·       Tabliczka czekolady do pieczenia, co najmniej 75% kakao.

·       1 łyżeczka ekstraktu waniliowego ( nie konieczna, ale jest fajny smak)

·       600 ml gęstej śmietany ( double cream) co najmniej 22%.

·       1 puszka mleka skondensowanego słodzonego.

Jak poprzednio śmietanę, mleko i łyżeczkę ekstraktu wlewamy do miski. Szklane naczynie żaroodporne umieszczamy nad gotującą się wodą, łamiemy czekoladę i czekamy, aż się rozpuści, my dodaliśmy raz trochę smakowej czekolady cappuccino i był taki delikatny posmaczek. Jak czekolada się rozpuści to najlepiej trochę poczekać, aż nie będzie taka gorąca i wlewamy do michy mieszamy szpachlą i kręcimy, kręcimy i kręcimy aż się fałdki nie rozpływają.


Potem wkładamy masę do pojemnika i pojemnik do zamrażalnika. No i jeszcze proszę nie zapominać o obowiązkowym oblizywaniu szpachli, łyżek, michy.

Lody malinowe.

Jak już tak eksperymentowaliśmy to stwierdziliśmy, że zastąpimy czekoladę malinami.

·       250 -300 gram malin, my użyliśmy świeżych, moja koleżanka mówiła żeby je podsmażyć jak na dżem, ale mi się nie chciało i je ostrzami w robocie rozciapciałam na drobnicę aż soczek ładnie puściły.

·       600 ml gęstej śmietany co najmniej 22%

·       Puszka mleka skondensowanego

·       Ekstrakt wanilii ( nie jest konieczny, ale można)

Najpierw rozciapciać maliny, a potem wlać śmietanę, mleko i ekstrakt (łyżeczkę) i zamieszać szpachlą, a potem kręcimy, kręcimy i kręcimy aż nam się fałdki utworzą. Potem masę do pojemnika, michę i łyżki do wylizania, a pojemnik z lodami do zamrażalnika.


Możliwości jest wiele, smaki sobie można wybrać, i dodać składnik smakowy do podstawy jaką jest: 600 ml gęstej śmietany (double cream) i puszka skondensowanego mleka. Myślimy o zrobieniu lodów cytrynowych, a ja dziś w sklepie dostrzegłam mleko skondensowane o smaku karmelkowym i od razu mi się zaświeciły oczka, że może by tak karmelkowe zrobić ….

Zachęcam, bo proste te lody do zrobienia i smaczne, że palce lizać.

Tagi: kuchnia lody
21:10, edyta1972 , jedzonko
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 listopada 2014

 

 

O 11-tym Listopada i obchodach Niedzieli Pamięci (Remembrance Sunday) już pisałam, ale ten rok jest specyficzny, bowiem mamy setną rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny (dziś nazywamy ją Pierwszą Wojną Światową), więc i obchody są szczególne.


W fosie Londyńskiej Twierdzy (Tower of London) dnia 5 Sierpnia 2014 roku rozpoczęto montowanie instalacji artystycznej upamiętniającej setną rocznicę przystąpienie Zjednoczonego Królestwa do Wielkiej Wojny. Gdy wsadzono pierwszego krwistoczerwonego ceramicznego maka w ziemię, nikt zapewne nie spodziewał się, jaki niesamowity efekt zostanie osiągnięty w taki wydawałoby się prosty sposób. Inspiracją do takiego upamiętnienia tej rocznicy był testament żołnierza z Derbyshire, który wstąpił do armii na ochotnika na początku wojny i zginął w czasie walk na terenie obecnej Belgii.


„Blood Swept Lands and Seas of Red” zostały motywem przewodnim tego hołdu, wiersz jest piękny, a ostatnie słowa jego autora po prostu wyciskają człowiekowi łzy z oczu. Żołnierz pisał list to rodziny, widział śmierć swoich kolegów, ziemia spłynęła krwią, morze krwi na około, był w samym centrum piekła na ziemi tak daleko od wszystkiego, co kochał, i kończy swój list- wiersz słowami o tym, że nadchodzi jego czas pójścia do ataku i ma świadomość, że może nie wrócić, prosi żonę, aby ucałowała jego synów.

The blood swept lands and seas of red,
Where angels dare to tread.
As God cried a tear of pain as the angels fell,
Again and again.

 As the tears of mine fell to the ground
To sleep with the flowers of red

As any be dead
My children see and work through fields of my
Own with corn and wheat,
Blessed by love so far from pain of my resting
Fields so far from my love.

 It be time to put my hand up and end this pain
Of living hell. to see the people around me
Fall someone angel as the mist falls around
And the rain so thick with black thunder I hear
Over the clouds, to sleep forever and kiss

The flower of my people gone before time
To sleep and cry no more
I put my hand up and see the land of red,
This is my time to go over,
I may not come back
So sleep, kiss the boys for me



Wersy “the flower of my people” to kolejne element stojący za inspiracją do tego obecnego hołdu poległym. Nie ma w tym wierszu wspomnienia o makach (poppies), ale to właśnie maki stały się symbolem pamięci ofiary żołnierskiej. Dlatego na parę tygodni przed 11 Listopada dosłownie wszędzie na ulicach, dworcach, atrakcjach turystycznych „sprzedają” takie czerwone maki. Inspiracją do przyjęcia tego niepozornego kwiatka był inny poemat kanadyjskiego lekarza podpułkownika Johna McCrea. Brał on udział w bitwie o Ypres w Belgii, w której Niemcy po raz pierwszy użyli gazu trującego (kwiecień 1915 roku ). W listach do rodziny opisał ten czas, jako prawdziwy koszmar, wielu zabitych i rannych, w tym jego przyjaciel A. Helmer. W czasie pogrzebu (maj 1915) zauważył on, że maki najszybciej wyrastały na grobach poległych żołnierzy. Następnego dnia siedząc na tyle ambulansu skomponował wiersz „ In Flanders Fields” (Na Polach Flandrii)

“In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,…”


W 1918 roku inna poetka amerykańska napisała wiersz zainspirowany poematem McCraego i przysięgła, że aby upamiętnić żołnierskie poświęcenie będzie nosić czerwony mak. W tym samym roku pojawiła się z jedwabnym makiem przypiętym do płaszcza na konferencji YWCA (Young Women’s Christian Association), tu spotkała francuską aktywistkę Annę E. Guerin, którą ta idea zafascynowała i wykreowała ona obecny wizerunek maku. W 1921 roku wysłała swoich makowych sprzedawców do Londynu i tak trafiły one przed oczy marszałka D. Haiga współtwórcy Royal British Legion, poparł on tę inicjatywę i wkrótce sprzedawcy maków pojawili się w całym Brytyjskim Imperium.

I dlatego właśnie mak wybrano na główny element hołdu poległym w Londyńskiej Twierdzy.


Każdy kwiat posadzony w Tower of London symbolizuje jedno stracone życie żołnierza Imperium Brytyjskiego, a o godzinie 10:50 11-go listopada tego roku zostanie posadzony w fosie ostatni z 888 246 maków, bo tylu się doliczono poległych w tej Wielkiej Wojnie. Każdy mak reprezentuje stracone życie, cierpienie, ból, a za każdym takim makiem stoi jeszcze rodzina, żony, dzieci, matki, ojcowie, kochanki, siostry, bracia, przyjaciele sąsiedzi itd., życie tych co pozostali zostało zmienione na zawsze.

Muszę powiedzieć, że ta instalacja autorstwa Paula Cumminsa i Toma Pipera  robie wrażenie, jest pięknym hołdem, choć nie było nic pięknego w okrucieństwie śmierci tych żołnierzy. Jesteśmy w stanie dostrzec rozmiar tragedii, liczba staje się wymierna, widzimy ogrom ich ofiary a ten mały delikatny niepozorny kwiatek wbija się w naszą pamięć, stał się symbolem silnym i jednoczącym. Pojawiły się słowa krytyki - krytyk sztuki Jonathan Jones zarzuca instalacji m.in. że gloryfikuje się konflikt, że propaguje nacjonalizm w stylu Nigela Farage’a, sugeruje, że prawdziwy memoriał powinien być zrobiony z drutów kolczastych i kości ludzkich, bo tylko wtedy miało by to odpowiednią wymowę.

No cóż ma on prawo do swojej opinii, a ja się z tym jego sposobem widzenia nie zgadzam. Sztuka nowoczesna często nas usiłuje zaszokować, rekiny w formalinie, uszy bulgoczące itp. To nie jest instalacja artystyczna w stylu sztuka dla sztuki, ale instalacja refleksyjna moim zdaniem. Minęło sto lat od tych wydarzeń, ich świadkowie wymierają, rany na duszach, ciałach, społecznościach i ziemi powoli się zabliźniają, nie musimy ich rozdrapywać w każdą rocznicę, eksponując okrucieństwo. Nie możemy jednak zapomnieć tych, co zginęli, składamy kwiaty na grobach zmarłych i tak honorujemy ich ofiarę złożoną z krwi. Nie widzę tu gloryfikacji, a raczej pochylone głowy w zadumie, przypomnienie, refleksja. Ludzie idą oglądać maki w fosie i przeraża ich to morze krwi, jest to hołd ku pamięci, chodzi tu o to, aby pamiętać, a nie rozpamiętywać.

Każdego maka już sprzedano, a dochód przeznaczony został do podziału między 6 organizacji dobroczynnych wspomagających weteranów i ich rodziny ( Cobseo – zajmującej się społecznościami wojskowymi; Combat Stress – zajmuje się ranami duszy: m.in. zespołem stresu pourazowego; Coming Home – pomaga rannym żołnierzom, rehabilitacja niepełnosprawnych w wyniku odniesionych ran; Help for Heroes – pomaga przystosować się do życia po wojnie; The Royal British Legion – pomaga weteranom i ich rodzinom; SSAFA – pomaga żołnierzom i weteranom wojskowym oraz ich rodzinom).


Dziś Czerwony Mak jest symbolem pamięci i odnosi się do konfliktów z ostatniego stulecia. Nosimy go, aby upamiętnić poległych żołnierzy walczących w różnych wojnach, można nawet powiedzieć walczących o wolność waszą i naszą. Co jest warte podkreślenia to fakt, że obchody rocznicowe są ceremonią jednoczącą, w tych dniach – Remembrance Sunday i Remembrance Day o godzinie 11 na dwie minuty pochylamy głowy dla uczczenia pamięci poległych żołnierzy. W tych dniach na pierwszym planie będą właśnie owi żołnierze, weterani, rodziny, a wszelkiego rodzaju spory powinny zostać odstawione na bok. Muszę powiedzieć, że te dwa dni raczej Brytyjczyków jednoczą, a wszelkie podziały zostawiane są w domach, na półkach czy gdzieś w zakamarkach świadomości.


Pamiętajcie o 11-tej godzinie 11 Listopada na dwie minuty stańcie i pochylcie głowę …

poniedziałek, 27 października 2014



Dotarliśmy tam podczas mojej drugiej wycieczki do Winchesteru, to urocze miasteczko przyciąga człowieka, ma tak bogatą historię, a zwłaszcza tę mnie najbardziej interesującą – dosłownie można się tu potknąć o średniowiecze.

Tym razem wybraliśmy się m.in. na spacer brzegiem rzeczki Itchen, a naszym celem był St. Cross Hospital (szpital pod św. Krzyżem). Spacer po bardzo malowniczej okolicy, momentami między dwoma ciekami wodnymi: rzeczką i jakimś kanalikiem czy odpływem/dopływem, a jeden z nich był na wyższym poziomie a drugi niższym, potem łąki z bydłem rogatym wylegującym się na popołudniowej drzemce. Wreszcie dotarliśmy do szpitala – choć bardziej do tego przybytku pasuje określeni przytułek, znaczenie słowa szpital zmieniło się od czasów średniowiecza.


Szpital pod św. Krzyżem w pobliżu Winchesteru to bardzo ciekawe miejsce. Jego historia sięga średniowiecza (lata 1132-36) i jak mówi legenda został on założony przez biskupa Winchesteru Henryka z Blois, wnuka Wilchelma Zdobywcy i młodszego brata króla Stefana z Blois. Otóż w czasie wojny domowej (czasów anarchii) między Stefanem a Maud (polecam doskonałą książkę o wydarzeniach z tego okresu autorstwa Sharon Pennman), biskup przejeżdżał przez okolicę i został zatrzymany przez młodą wieśniaczkę, która błagała go o pomoc dla swojej wsi, w której ludzie umierali z głodu, plony były niszczone w ciągłych walkach. Poruszony dolą ludu biednego, czcigodny biskup ustanowił ten Hospital pod św. Krzyżem dla 13 biednych i starych mężczyzn, którzy nie byli w stanie sami się o siebie zatroszczyć – nazwano ich braćmi św. Krzyża. Nie byli oni jednak mnichami i nie był to klasztor, a taka instytucja dobroczynna (almhouse).


Obowiązkiem tej instytucji było też wydanie posiłku dla 100 głodnych dziennie, kawiarenka jest w budynku nazywanym Hundred Man’s Hall. Szpital był dobrze wyposażony w ziemię, młyny i gospodarstwa, z których dochody wpływały do kasy i utrzymywały mieszkających tu braci i głodnych przybywających do bram przytułku. Szpital ten kultywował tradycję rozpoczętą przez mnichów benedyktyńskich z Opactwa w Cluny tzw „Wayfarer’s Dole” – otóż znużony wędrowiec mógł u bram poprosić o wsparcie. Najpierw była to butelka wina i bochenek chleba. Z biegiem czasu jednak zostało to zredukowane do „ cup of Beer and a piece of bread” czyli szklankę piwa i kromkę chleba – ale cóż dobre i to. Zwyczaj ten podobno jest przestrzegany do dziś, korciło nas, aby o to poprosić, ale jako, że przyszliśmy tam na pół godziny przed zamknięciem stwierdziłam, że lepiej pochodźmy sobie i pooglądajmy.


A jest, co oglądać, oto bowiem mamy okazję wkroczyć w progi najstarszej instytucji dobroczynnej w Anglii. Do istniejącej już społeczności braci w XV wieku a dokładnie w 1445 roku kolejny biskup Winchesteru dołączył Order of Noble Poverty (zubożała szlachta) dla 12 mężczyzn o błękitniej krwi, którym tak się w życiu ułożyło, że na starość nie ma ich kto nakarmić, napoić i dać schronienie. Tak więc od tamtej pory ten przytułek zapewnia godne życie 25 staruszkom.  Co rano staruszkowie udają się na modlitwy w swoich specjalnych strojach ci od św. Krzyża w czarnych szatach i czapkach (trencher hats) a ci od Zubożałej Szlachty w bordowych szatach i czapkach tego samego rodzaju.

Ponieważ jest to budynek zamieszkały i nadal funkcjonujący, jako przytułek nie można sobie tak łazić wszędzie gdzie popadnie, mieszkający tu staruszkowie mają prawo do prywatności i spokoju, ale to, co można zwiedzić naprawdę jest warte zachodu.

Gdy wejdziemy na teren przytułku, to naprzeciwko bramy znajduje się najstarszy zachowany obiekt - jest to dość duży kościół w stylu romańskim (Norman jak to oni tu określają). Został on nazwany miniaturową katedrą i zaliczony w poczet 1000 najlepszych kościołów w Anglii przez Simona Jenkinsa dziennikarza i publicysty związanego z dwoma wielkimi organizacjami zajmującymi się zabytkami w Wielkiej Brytanii – National Trust i English Heritage.


Budowę kościoła rozpoczęto w 1135 roku, a ostatnie dodatki wykonano 200 lat później. Rzucają się tu w oczy klasyczne założenia architektoniczne - plan krzyża z wieżą na środku. Mury kościoła mają grubość 1 metra a materiały budowlane sprowadzano aż z kamieniołomów w Caen (w Normandii), z Dorset i wyspy Wright, kawałki krzemienia pochodzą ze złóż lokalnych. Na kolumnie w północnej nawie jest wyrzeźbiony krzyż, a ciekawostką jest, że kamienie w oknie najbliżej wschodu w północnym transepcie są tak ułożone, że słońce oświetla ten krzyż tylko dwa razy w roku 3 Maja ( Invention of the Cross – Znalezienie Krzyża Świętego) i 14 Września (Holy Cross Day – Podwyższenie Krzyża Świętego). W kościele odbywają się msze niedzielne dla Braci oraz lokalnej społeczności oraz wszystkich chętnych, w normalne dni tygodnia jest to kaplica prywatna, ale udostępniona do zwiedzania.

 


Brethren’s Hall też jest udostępniony do zwiedzania. Jest to jak każdy średniowieczny Hall główne pomieszczenie w którym tętniło życie, tu przez stulecia braciszkowie spożywali swoje posiłki. Schody wiodą do pokoju tzw., Mistrza, na środku jest palenisko, galeria dla muzyków, podium na którym Mistrz jadał swoje posiłki, a w rogu złożony stół, który miał być prezentem dla króla Stefana od Henryka de Blois. Człowiek tu stoi i rozgląda się bo takie cudeńka się tu zachowały, że aż się serce i oczy radują.


Ale to nie koniec atrakcji, korytarzem, schodkami wydeptanymi przez tysiące bratnich stóp dochodzimy do kuchni. Obecny budynek kuchni został zbudowany w 1450 roku i przez następne 500 lat tu przygotowywano posiłki dla braci i służących w przytułku. Kuchnię zmodernizowano 200 lat temu wstawiając tzw. range – najbliższe słowo w polskiej terminologii to chyba kuchenka, było to bardzo nowoczesne urządzenie do przygotowywania posiłków. W taki oto sposób w średniowiecznej skorupce mamy kuchnię z okresu tzw. georgian ( czas panowania królów z dynastii Hanowerskiej). Pomieszczenie jest wysokie ponieważ uwzględniono miejsce na dym i gorące, unoszące się powietrze. Obecnie okna są przeszklone, ale w czasach średniowiecznych, a nawet później nie było w nich szyb działały one jak otwory wentylacyjne.


Ta unowocześniona kuchnia jest bardzo ciekawa, naprawdę ułatwiała życie kucharzom przygotowującym posiłki dla braciszków. Są tu zadziwiające elementy np. ta część na lewo od rusztu – tam jest ukryty za cegłami bojler – kocioł. W tym kotle utrzymywano gorącą wodę zawsze pod ręką do gotowania i zmywania, obok mamy studnię z wodą i zlew.


Środkowa część kuchni była głównie używana do przygotowywania posiłków i było to urządzenie naprawdę wielofunkcyjne. Mamy tu specjalnie umocowane wysięgniki na których zawieszano na łańcuchach sagany i czajniki do gotowania, można było regulować odległość od ognia aby uzyskać wymaganą temperaturę. Są tu też dwa trójnogi (trivets) nad paleniskiem na różnych wysokościach w zależności od potrzeb. Następne genialne rozwiązanie to specjalny mechanizm zębatkowo-zapadkowy - urządzenie to pozwalało na ustawienie metalowych belek w formie platformy ułatwiającej gotowanie.


Bardzo ciekawy jest też mechanizm obracający rusztem. Otóż aby coś upiec na ruszcie trzeba regularnie nim kręcić, jest to bardzo nudna i wymagająca siły i cierpliwości robota. W kuchni zawsze zaganiano do niej najniżej w hierarchii stojących pomagierów, a jak coś przypiekli z jednej strony to obrywali po uszach. Otóż nad paleniskiem umocowano w okapie wiatrak który był obracany przez gorące unoszące się do góry powietrze, a to, poprzez układ kół zębatych, porusza łańcuchy do których zamocowane jest ruszt. Wynalazek bardzo ułatwiający życie, zwłaszcza, że można także regulować odległość rusztu od ognia i wysokość na jakiej mięsko przypiekano.

Po lewej stronie tej bardzo nowoczesnej kuchni mamy piec chlebowy. Nie ma tu ani paleniska ani przewodu kominowego, piecyk ten nagrzewano spalając drewno lub węgiel drzewny na specjalnej tacy, cegły się nagrzewały i do takiego nagrzanego pieca wkładano chleb.

Po tej kuchni chodziliśmy najwięcej, bo te urządzenia są bardzo ciekawe, a nas zawsze interesują takie normalne aspekty życia. Jest to niesamowita okazja zobaczyć taki mechanizm na własne oczy. Obok w pomieszczeniu za szybą stoją inne przydatne w kuchni przedmioty, michy, durszlaki, dzbany, moździerze, talerze itp., cuda takie że aż miło.

W każdym szanującym się domu jest też piwniczka, a w piwniczce baryłeczki, pisałam już chyba o tym nie jeden raz, że w dawnych czasach pito więcej trunków alkoholowych niż wody, woda bowiem często była zanieczyszczona, a napitek z procentami zabijał te złośliwe drobnoustroje. Bogaci pili wino, czasem rozcieńczane wodą, biedniejsi pili „ale” taki podpiwek, każda pani domu wiedziała jak się to przygotowuje. W inwentarzu tego przybytku mamy także budynek do produkcji tego trunku (ale), jako że używano tego trunku bardzo dużo, składowano je w większym pomieszczeniu pod głównym holem. Co teraz wydaje się nam dziwne, ale dzieciom dawano także taki trunek tylko trochę rozcieńczony wodą.

Moja koleżanka z pracy stwierdziła kiedyś, że to nic dziwnego że średniowiecze spływało krwią: tu bunt, tam wojenka itp., bo jak mogło być inaczej skoro wszyscy chodzili wiecznie nabzdryngoleni.

W piwniczce która była taką małego kalibru chłodnią trzymano także mięso zarówno surowe jak i pieczone itp. Beczki nie są oczywiście oryginalne ale półki już tak.

To miejsce jest po prostu urocze, tyle tu ciekawych rzeczy do zobaczenia, a potem zmęczonym nogom można dać odpocząć w cichym przytulnym ogródku.

Zachęcam Was do odwiedzenia tego miejsca, jest to unikat historyczno-społeczny. Proszę jednak pamiętać, że mieszkają tam staruszkowie, po trudach życia zasłużyli na odrobinę spokoju na stare lata. Proszę w czasie swojej wizyty uszanować to miejsce, jest to bowiem ich dom.

Godziny otwarcia

1 Listopada – 31 Marcha; od poniedziałku do soboty; od 10:30 do 15:30

Zamknięte w Niedzielę i Boże Narodzenie.

1 Kwietnia – 31 Października; od poniedziałku do soboty; od 9:30 do 17:00; w niedzielę od 13:00 do 17:00.

Zamknięte w Wielki Piątek.

Ceny biletów:

Dorośli - £4

Ulgowe (studenci i emeryci po 60-tce) – £3.50

Dzieci – £2

Rodzinne - £10

poniedziałek, 22 września 2014

Trafiliśmy na ten ewenement przypadkiem w czasie imprezy „Open House” i bardzo nas ten budynek zaintrygował. Wiąże się z tą niepozorną budką ciekawa historia. Otóż taksówka to dość stary wynalazek, słowo „Cab” jest skrótem od nazwy Hanson Cab, a samo Cab jest skrótem od Cabriolet  (po naszemu dorożka ). Nazwa „Cab” została zaadoptowana do samochodowej taksówki i generalnie mówi się „cab”. Mamy jednak tych „cabów” wiele rodzajów - black cab te klasyczne londyńskie ładne taksówki, które można zatrzymać na ulicy,  są też prywatne firmy, gdzie taksówkę zamawiamy przez telefon i wtedy przyjedzie po nas „minicab”. Licencjonowane dorożki pojawiły się już w latach 40 XVII wieku, a w 1860 było ich już około 4 600 na ulicach Londynu. Przypomnijcie sobie, jak wyglądała dorożka z filmów o Sherlocku Holmesie - ten biedny dorożkarz siedział tam na górze w deszczu, mrozie, wietrze itp. Praca niezbyt ciekawa, więc nic dziwnego, że dorożkarze robili co mogli, by nie przemoknąć do suchej nitki. Dorożkarz nie mógł zostawić dorożki bez opieki, więc większość dorożkarzy zatrudniała chłopca do pilnowania zaprzęgu i konia, a sami chronili się przez złą pogodą w miejscach ciepłych i gwarnych – przybytkach gdzie można było zapylone gardło przepłukać. Więc tak się czasem zdarzało, że na postoju pełno, ale nie ma komu jechać, bo wszyscy siedzą w pubie.

W styczniu 1875 roku Kapitan Armstrong edytor magazynu „The Globe”, mieszkający w dzielnicy St. John’s Wood, chciał dojechać do pracy na Fleet Street, wysłał więc służącego po dorożkę, a ten po godzinie wrócił przemoczony i przemarznięty. Były dorożki na postoju, ale dorożkarze byli w pobliskich spelunach tak podchmieleni, że nie byli w stanie poprowadzić powozu.

Dobry Kapitan postanowił coś z tym zrobić, a że był to czas silnie działającego Ruchu Abstynenckiego, znalazł poparcie m.in.7-mego Earla z  Shaftesbury i tak powstała fundacja schronisk dla dorożkarzy (Cabman Shelter Fund). Celem fundacji była budowa budek na postojach przy najbardziej uczęszczanych ulicach w promieniu 6 mil do Charing Cros. Każda budka miała mieć pomocnika i sprzedawać zdrowe i pożywne przekąski oraz trunki niealkoholowe po umiarkowanej cenie. Miało to upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, ofiarowało schronienie i odciągało dorożkarzy od złego nawyku alkoholowego. Na wyposażeniu budek były też książki i gazety - takie datki od wydawców, zakazany był hazard, przeklinanie i dyskusje polityczne (ha ha).

 

Pierwszą budkę otworzono już w tym samym roku 1875, nota bene w dzielnicy St. John’s Wood, tak jakoś blisko miejsca zamieszkania dobrego kapitana. Późniejsze budki były większe i miały nawet kuchnie, a pomocnik mógł odgrzać dorożkarzowi jedzenie. W latach 1875 – 1950 zbudowano 47 budek, mają one charakterystyczny zielony kolor i jeszcze bardziej charakterystyczny kształt. Do czasów obecnych zachowały się zaledwie 12 i są one objęte ochroną.

Jedna z takich budek znajduje się na ulicy Temple Place, przy stacji metra Temple. Warto się tam przejść i przyjrzeć tej zielonej budce.

Nam się dodatkowo poszczęściło, bo w dzień gdy tu wstąpiliśmy na postoju stała też stara taksówka – cab z lamusa.

 

niedziela, 29 czerwca 2014

Możecie zadać pytanie, co ma wspólnego chleb z życiem w Londynie. Na pierwszy rzut oka niewiele, ale to dobry polski chleb jest tym, za czym najbardziej tęsknimy, poza rodziną oczywiście. Ten masowo produkowany, krojony chleb nadaje się jedynie na tosty, choć Anglikom on smakuje, to nasze polskie podniebienie jakoś nie może się do niego przekonać. Te przysupermarketowe piekarnie produkują taki bochenkowy „tradycyjny” chleb, ale nie jest to jednak to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

Rozmawialiśmy ostatnio w pracy o nadchodzącej tegorocznej edycji programu BBC „The Great British Bake Off” i m.in. o chlebie i moja koleżanka powiedziała, że ona sama piecze. Kiedy stwierdziłam, że w mojej kuchni nie ma miejsca na „breadmaker” (maszynkę do pieczenia chleba), ona radośnie dodała, że wcale nie trzeba maszynki. Moje oczy musiały się powiększyć do wielkości monety dwufuntowej (naszej pięciozłotówki), bo zaraz mi powiedziała, że to jest bardzo proste. Pieczenie chleba i określenie proste jakoś mi nie szło w parze i nadal musiałam mieć dość niewyraźną minę. Przekonywała mnie dalej stwierdzając, że to jest prostsze niż quiche (czytaj Kisz) potrawa, na którą już od niej dostałam kiedyś przepis i wielokrotnie go robiłam (może kiedyś pojawi się o tym na blogu).

Następnego dnia dostałam pięknie wykaligrafowaną – koleżanka jest rysowniczką – kartkę papieru z przepisem na duży bochen chleba lub dwa małe. Oczywiście patrzyłam na to ze strachem i niedowierzaniem, pieczenie chleba to jakaś magia, wyższa szkoła jazdy i przypomniało mi się jak tata opowiadał o piecu do pieczenia chleba w swoim rodzinnym domu, a tu ja teraz mam to zrobić w mojej kuchni. Koleżanka jeszcze raz mnie zapewniła że to nic trudnego i że drożdże odwalają za nas całą robotę. W następny wolny dzień zrobiłam sobie listę zakupów i rano o 8 wyruszyłam do sklepu. Dość długo stałam przed półkami z produktami do pieczenia, do tej pory znałam tylko mąkę plain (taka zwykła mąka) i self rising (taka z dodatkami m.in. substancjami wspomagającymi) a tu nagle pojawiły się nowe rodzaje mąki specjalnie do chleba i nie są to te mieszaki do maszynek. I tak mamy: white bread flour (białą mąkę do chleba), strong white bread flour, wholemeal bread flour (wholemeal to taka mąka, z jak ja to nazywam farfoclami z przemiału, samo zdrowie), rye flour (żytnia mąka), spelt flour (pszeniczna) itd. Koleżanka polecała mieszać white i wholemeal więc kupuję po torebce każdej.  Następny konieczny zakup do drożdże w torebkach – suche sproszkowane. Każdy supermarket te produkty ma, spod własnego szyldu lub firmowe.


Wracam do domu i wykładam zakupy, wyciągam potrzebne naczynia, miarki, myję wielką deskę szklaną, która służy za stolnicę, potem myję ręce, rozkładam produkty i zaczynam piec mój pierwszy w życiu chleb.

Potrzebne składniki na mały bochenek – jeżeli je podwoicie to będziecie mieli dwa lub jeden duży.

  • 350 gramów mąki (najlepiej zmieszać dwa rodzaje, więcej białej bardziej chleb urośnie)
  • 1 łyżeczka soli (taka łyżeczka do herbaty – teaspoon)
  • Szczypta cukru
  • 1 opakowanie drożdży suchych – easy bake east – opakowanie ma 7 gram
  • 215 mililitrów ciepłej wody
  • Półtora łyżki oliwy z oliwek ale może być i inna – tablespoon

Można dodać też ziarenka maku, słonecznika, pokrojone oliwki ( to mój najczęstszy dodatek – moja druga połowa uwielbia oliwki) itp. Jeżeli dodaje się mokre dodatki można użyć mniej wody, a przy mące wholemeal trzeba troszeczkę więcej wody.

Robienie ciasta


Do michy wsypujemy mąkę, sól, cukier, drożdże i mieszamy. Do wody dodajemy oliwę i mieszamy łyżką i taką miksturkę wlewamy do michy. Na początku można to mieszać łyżką, ale potem trzeba łapki w michę i gnieść, aż nam się składniki połączą w bryłę.

I teraz to na stolnicę i gnieciemy, miętosimy, rozciągamy przez parę minut, formujemy w bryłę i znów, aż poczujemy, że nam się ta bryła wygładza i ciasto wydaje się być przyjemne w dotyku i takie gładziutkie. Wtedy posypujemy michę odrobiną mąki i wkładamy bryłę ciasta do michy, przykrywamy folią i odstawiamy na około godzinę, a w chłodniejsze dni na trochę dłużej. Jak ciasto urośnie, tak mniej więcej podwoi się, wyciągamy z michy i na stolnicę i znów się trochę nad nim znęcamy, gnieciemy, rozciągamy itd. przez około 5 minut ciasto zrobi się takie sprężyste.


Formujemy sobie to ciasto albo w okrągły bochenek, albo w podłużny jak nam się podoba i kładziemy na blachę wysmarowaną oliwą, można do formy ale ja nie mam i nie próbowałam. Przykrywamy to czystą, wilgotną ściereczką i czekamy, aż znów urośnie – znów się podwoi.


Rozgrzewamy piekarnik do 220°C (425°Faranheit w Angielskim systemie) i wkładamy wyrośnięty i opruszony mąką bochenek na 10 minut na środkową półkę, potem zmniejszamy temperaturę do 190°C (375°Faranheit) i pieczemy przez następne 20-25 minut (jak duży bochenek z podwójnych składników to na około 30 minut). Chlebek powinien mieć złocisty kolorek i jak się przekręci i popuka w spód to słychać charakterystyczny pusty dźwięk.


Proste to i smaczne, że palce lizać, a najlepsza do takiego chlebka to „pasta” z tuńczyka, ale o tym to już będzie w następnym odcinku …

Smacznego



Tagi: chleb
20:57, edyta1972 , jedzonko
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 czerwca 2014

Czerwiec to czas na róże, ogrody różane rozkwitają i powalają nas cudnym zapachem.

Jeden z piękniejszych takich ogrodów jest przy Pałacu Hampton Court, jeżeli jesteście w Londynie to wpadnijcie na tę różaną ucztę.

Oto kilka fotek na zachętę i dowód że nie rzucam słów na wiatr.

Gałęzie aż sią uginają od pąków.

Niby biała ale taka troche cytrynowa.

Ta ma dwa kolory podejrzewam że ogrodnicy ją w nocy malowali w paski :)

Ta ma niezwykły niebieskawo fioletowawy kolor.

Nawet deszcz dodaje uroku, ta ma kropelkowe korale na płatkach.

Cała jestem w kropelkach.

Zimna woda urody doda.

Och jaka ja jestem cudna a jak pachnę !

Trochę wody dla ochłody.

Taka fajna ładna i pachnąca kryjówka przed deszczem :)



środa, 14 maja 2014

Kiedy pojawiły się informacje o tej wystawie, akurat oglądaliśmy genialny serial telewizji brytyjskiej „Lost kingdoms of South America”, prowadzonym przez dr. Jago Coopera pracownika Muzeum Brytyjskiego. Wystawa była w naszych planach, ale po tym filmie jeszcze bardziej się na nią szykowaliśmy. To był kolejny bestseller w londyńskim kalendarzu wystawowym.

Wystawa została skoncentrowana wokół mitu El Dorado – jest to punkt wyjścia do pokazania nam kultur prekolumbijskich z terenów obecnej Kolumbii. Są to tereny surowe, wymagające odwagi, umiejętności, współpracy ludzi, którzy się tam osiedlili. Cywilizacje, jakie na tych obszarach wyrosły, były niezwykle bogate duchowo, kulturowo i materialnie, i nie chodzi tu o złoto, ale o niezwykłą różnorodności, adaptację do trudnych warunków klimatycznych, rozumienie przyrody, umiejętności technologiczne.

Aztekowie, Majowie i Inkowie to kultury, o jakich słyszeliśmy, ale tu na naszą mapę wiedzy wkraczają nowe kultury: Muisca, Tairona, Zenu, Quimbaya, Calima-Malagna etc., a skarby, jakie ukazują się naszym oczom, wzbudzają tylko nasz żal, bo możemy się domyślać ile piękna, ile wiedzy przepadło bezpowrotnie. Warto było wybrać się na tę wystawę, dowiedzieliśmy się wielu interesujących rzeczy, zobaczyliśmy niezwykłe przedmioty, które wymknęły się rękom konkwistadorów, misjonarzy i rabusiów. Mam nadzieję, że ta skromna relacja obudzi wasze zainteresowania i skusi do zerknięcia na tę niezwykle malowniczą kartę historii.



Ptasia ozdoba (pectoral) , Popayan, Late Cauca 30cm na 20cm, AD900-1600

El Dorado tak obrosło mitem, że trzeba wiele odwagi, wiedzy i wyobraźni, aby pod warstwami narosłymi przez stulecia dogrzebać się do ziarnka, z którego ta legenda wyrosła. Ludność mieszkająca na terenach obecnej Kolumbii produkowała niezwykle piękne przedmioty wykonane z ceramiki, kolorowych piór ptasich, kamienia oraz metali szlachetnych.  Przedmioty te mogą nam dostarczyć wielu cennych informacji o życiu codziennym w dawnych epokach, ale tylko, gdy są odpowiednio wydobyte na światło dzienne, obmierzone, obfotografowane i zbadane. Naukowcy w trudnych warunkach starają się ocalić od zapomniana i zniszczenia te piękne artefakty i przybliżyć nam ludzi, który je wykonali i używali.

Złoto było przedmiotem o dużej wartości duchowej, nie było ono środkiem płatniczym, nie było kruszcem o wartości materialnej, było symbolem i pośrednikiem w kontakcie z siłami nadprzyrodzonymi, które decydowały o życiu i śmierci. Ilustracja takiego dialogu stała zalążkiem legendy o El Dorado (gilded one, golden one) . Pierwsza wzmianka z tym określeniem pojawia się w kronikach Fernadeza de Oviedo „Historia general y natural de las Indias (1535-48)”, w której to opisuje on „golden king”- złotego króla, który chodził pokryty sproszkowanym złotem jakby to była zwykła mąka”. I tak złoty władca, przemienił się w złote miasto, potem całe królestwo, którego poszukiwały przez całe stulecia legiony odkrywców i awanturników np. Walter Raleigh,. Opowieść Ovieda została oparta na konkretnym rytuale ludności Kultury Muisca i to chyba jest to ziarnko prawdy w legendzie.

Naszyjnik z paciorków w kształcie kłów, stop złota wczesna kultura Zenu 200 BC – AD 1000

Jeziora dla ludności tej kultury były miejscami pielgrzymek, a jedno z nich wybiło się w relacjach konkwistadorów i misjonarzy – Jezioro Guatavita. Mamy opis takiej ceremonii m.in. w dziele Juana Rodrigueza Freyle’a „ Conquista y Descubrimiento del Nuevo Reino de Granada” z 1636 roku. Otóż w czasie tej ceremonii lider (król) miał być pokryty złotym pyłem i na specjalnie zbudowanej tratwie wypływał na środek jeziora. Następnie składano bogom ofiarę ze złota, szlachetnych kamienni itp. wrzucając te przedmioty do jeziora. Oczywiście konkwistadorzy myśleli, że te prymitywne ludy nie umieją docenić wartości złota, ale oni po prostu nie byli w stanie zrozumieć, a raczej nie byli zainteresowani w poznaniu kultury podbijanych ludów. Dla nich byli to prymitywni ludzie oddający cześć demonom.

Zachowała się figurka tunjo przedstawiająca taką właśnie ceremonialną tratwę. Tunjo to specyficzny rodzaj figurki wotywnej, wykonanej w technice na wosk tracony – na płaskiej powierzchni modelowano detale oraz zwijano cienkie druty wszystko w wosku, a następnie pokrywano to gliną i wlewano specjalny stop metalu tumbaga (to stop złota i miedzi). Ta tratwa została znaleziona w rejonie Bogoty i znajduje się obecnie w Museo del Oro w Bogocie, jest ona zbyt delikatna i nie pojawiła się na tej wystawie, mogliśmy jedynie podziwiać to dzieło sztuki na fotografii.

Oczywiście takie opowieści o jeziorze pełnym złota spowodowały, że próbowano wysuszyć jezioro, aby dobrać się do tych skarbów – znaleziono złoto, paciorki kamienne i ceramiczne, ale dotychczas nie znaleziono prawdziwych „skarbów”.  To nastawienie na skarby spowodowało także, że pomijano inne niezwykłe osiągnięcie tych kultur w dziedzinie architektury, rolnictwa, wyrobach ceramicznych itp. Ta wystawa pokazała nam, że kultury prekolumbijskie to nie tylko złoto, ale niezwykle bogate życie duchowe, umiejętności rzemieślnicze, zrozumienie przyrody i adaptacja do warunków klimatycznych i geograficznych. 

Na wystawie były filmy video pokazujące różne techniki wyrobu metalowych przedmiotów przez wspomniane kultury. Wspomniana już tumbaga to stop miedzi nawet to 95% i złota od 5%, mieszając złoto i miedz obniżano temperaturę topnienia z 1064°C do 910°C, a w przypadku obecności srebra ta temperatura spadała do 767°C. Taki stop był więc łatwiejszy w obróbce, zwłaszcza przy wykonywaniu drobnych elementów zdobniczych. Jednocześnie tumbaga był twardszy niż czyste złoto, a manipulowanie proporcjami w stopie powodowało różnice w kolorze oraz także zapachu i smaku, co z kolei powodowało różne odczucia i budziło zmysły w czasie ceremonii religijnych.

Metale były wytapiane z rudy w tyglach i piecach, w których temperaturę podnoszono wdmuchując powietrze specjalnymi dmuchawami, tak uzyskiwano tejuelos – „sztaby” uformowane na dnie tygla. Były one następnie modelowane i przetwarzane w potrzebne przedmioty. Kultury objęty wystawą znały dwa sposoby obróbki złota – wybijanie za pomocą różnego rodzaju młotów, oraz odlewanie.

W południowozachodnich rejonach dominowało wybijanie. Tejuelos były obrabiane na kamiennych, cylindrycznych kowadłach przy pomocy małych okrągłych młotków. Metal był podgrzewany i modelowany, chłodzony w wodzie i znów modelowy - technologia jest znana jako wyżarzanie. Był to długi i żmudny proces wymagający dużych umiejętności i cierpliwości. Tak wykonane przedmioty były zdobione różnymi technikami. Jedną z nich było repusowanie (trybowanie, repousse), czyli zdobienie przedmiotów poprzez wybijanie na zimno wgłębień. Wzór był nanoszony na złotą – tumbagową blachę, a następnie przy użyciu narzędzi wykonanych z kamienia, rogu, tumbaga wybijano wzór, obrabiany materiał musiał leżeć na miękkim podłożu, aby wzór dał się uwypuklić. W technice takiej wykonywano duże przedmioty np. diadem z Calima-Malagana 26cm na 27cm, maski, oraz różnej wielkości ozdoby uszu, nosa itp. (np. wisiorek do kolczyka z okresu późniego Narino 9.9cm, naczynie w kształcie jaguara Colima-Malagana 6.6 na 13.5 cm)

Ten hełm wojownika został wykonany taką techniką, oczywiście złoty hełm nie był zbyt praktyczny i był to przedmiot o znaczeniu ceremonialnym, symbolicznym czy po prostu podkreślał status właściciela.

Wczesna kultura Quimbaya, 500 BC – 700 AD, © The British Museum

Inne metody zdobnicze używane przez te kultury to granulowanie – przedmioty zdobione były kuleczkami „naklejanymi” na powierzchnię metalu, używano roślinnych klejów, (który to wypalał się w wysokiej temperaturze nie zostawiając prawie śladu) do mocowania ornamentu.

Druga metoda obróbki metali używana na terenie obecnej Kolumbii to odlewanie, a najpopularniejsza technologia - na wosk tracony. Z pszczelego wosku wykonywano ornament, a także kanały dopływowe, następnie okrywano to wysokiej jakości gliną i wypalano, w ten sposób wosk się topił i zostawiał pustkę gotową na wlanie stopu metalu. Po ostygnięciu delikatnie usuwano glinianą foremkę i usuwano niedoróbki i ślady po kanałach doprowadzających metal. Taki złotnik musiał więc być dobrym rzeźbiarzem, znać się na obróbce i wypalaniu gliny, nie mówiąc już o znajomości technik obróbki stopów różnych metali. Na terenie kultury Muisca znaleziono kamienne matryce, które były używane do masowej produkcji przedmiotów - głównie ozdób tą techniką. Szczytowym osiągnięciem w dziedzinie metalurgii było wytapianie w technice na wosk tracony, ale z podwójną foremką – w ten sposób wykonywano puste w środku ozdoby i przedmioty.

Poporo  (pojemnik na proszek wapienny) w postaci siedzącej figurki kobiecej, wykonany w technice podwójne foremki – pusty w środku, AD 500-700, wczesna kultura Quimbaya

Przedmioty były polerowane oraz złocone, najpopularniejsze było tzw. „depletion gilding” - w tym procesie uzyskiwano niemal czystą złotą powłokę poprzez pozbycie się innych metali z powierzchnię danego przedmiotu. Uzyskiwano to poprzez nagrzewanie obiektu i wkładaniu go do płynu z wody, soli i soków roślinnych, w ten sposób złoto wychodziło na powierzchnię ukrywając stop tumbaga. Ten proces był też używany do ozdabiania, gdy tylko traktowano w ten sposób części przedmiotu i uzyskiwano ornament o różnym kolorze i strukturze. Patrząc na eksponaty w gablotach, czytając i oglądając filmy ukazujące techniki, jakimi się oni posługiwali nabieramy szacunku to tych cywilizacji, i żalu za tym, co nam bezmyślności ludzka zabrała.

Gorączka złota jest odpowiedzialna za systematyczne niszczenie kultur. W 1550 wydano specjalny ukaz dzielący przedmioty wykonane przez ludy tubylcze na dwa rodzaje. Pierwsze wykonane z metali i kamieni szlachetnych miały być zbierane i przetapiane w urzędach skarbowych, a drugie wykonane z drewna, piór ptasich, muszli, kości rogu itp. zostały sklasyfikowane, jako „idole pogańskie” i miały być konfiskowane i niszczone. Na szczęście niektóre z nich przetrwały nie tylko fanatyzm zdobywców nowego kontynentu, ale także chciwe łapy rabusiów ubiegłego i obecnego stulecia.

 

Naszyjnik za pazurów  i czerwonych paciorków kamiennych, kultura Tairona AD 900 – 1600, ©Museo del Oro

Archeolodzy i historycy starają się, patrząc na te fragmenty, ukazać nam bogactwo tych kultur i nie chodzi tu nie tylko o złoto, ale o piękno wyrobów codziennego użytku, o wartości duchowe i społeczne. Kultury te nie żyły w izolacji, choć krajobraz nie wskazywałby na ożywiony ruch, to jednak kwitł tu handel i wymiana kulturalno – ideologiczna. Po szlakach handlowych, głównie wyznaczanych przez rzeki, różne społeczności wymieniały się żywnością (ryby, rośliny), solą, przerobioną bawełną, muszlami, przyprawami oraz przedmiotami wykonanymi z metali szlachetnych a także ideami i technologiami.



Ozdoba nosa, łączane blachy złote wysokość:10cm szerokość:15cm, 200 BC – AD 1300, kultura Calima-Malagana, © The British Museum.

I tak w gablotach mamy naszyjniki wykonane z kolorowych kamieni, obiekty ceramiczne, naczynia, instrumenty muzyczne, ozdoby, paciorki, wisiorki, kolczyki, grzechotki, figurki przepięknie zdobione, a w jednej z gablot mamy malowany płat tkaniny bawełnianej 135cm na 122cm datowany na 1300-1400 AD z kultury Muisca. Motywy na tej tkaninie są podobne do używanych na naczyniach ceramicznych i kamiennych, i tak mamy tu twarzoczaszki z oczodołami i zębami, a głowa otoczona jest pióropuszem, nogi i ręce są podkulone - być może odzwierciedlają one pozycję zmarłego – tkanina ta była użyta w rytuale pogrzebowym.



Malowana tkanina z kultury Muisca AD1300-1400, © The British Museum

Życie duchowe i społeczne było uporządkowane, przywódczy byli odpowiedzialni za swoją społeczność, mieli o nią dbać i jej bronić. Wodzowie musieli przechodzić różne ceremonie, transformacje, w czasie których używano środków halucynogennych. Przywódcy duchowi (szamani) byli ważnymi elementami społeczności, ich wiedza o otaczającym świecie powodowała, że byli lekarzami, konsultantami w sprawach prywatnych i o większym znaczeniu dla całej społeczności. Używali oni specjalnych substancji, aby komunikować się z duchami i przodkami.

Jedną z takich świętych substancji była coca (koka) – liście tej rośliny były żute dla wzmocnienia oraz dostarczenia organizmowi składników brakujących w niektórych warunkach klimatyczno-geograficznych – liście koki są bowiem bogatym źródłem witaminy C, B1, ryboflawiny  (witaminy B2), a także wapnia i żelaza, żucie koki mogło zapobiegać szkorbutowi. Koka była żuta, aby zwiększyć wytrzymałość fizyczną, zwłaszcza podczas bitew oraz w czasie ciężkiej pracy na dużych wysokościach w chłodnym klimacie. Liście koki były noszone w specjalnych torbach wykonanych czasami z tumbaga, przeżuta papka trzymana były przy policzku i wysysana od czasu do czasu. Przyswajanie było łatwiejsze, gdy liście zmieszano ze sproszkowanymi muszlami lub wapieniem, tak proszek był trzymany w specjalnym naczynku zwanym poporos, niektóre z nich to prawdziwe arcydzieła. Proszek był wyjmowany z naczynia za pomocą specjalnego długiego „patyka, czy szpili ” także zdobionego.

Niekóre poporos wykonywane były w dwóch częściach pojemnik i szyjka i tu mamy przykład takiej bardzo szyjki zdobionej sześcioma ludzkimi twarzami. Na wierzchu pojemnika mamy otwór przez który wkładano szpilę aby nabrać proszku wapiennego.  

Stop złota, wczesna kultura Quimbaya 500 BC – AD 700, ©The British Museum.

Inne rośliny uważane za dar od bogów, pomagające w transformacji i dialogu z zaświatem, to yopo, yaje i tytoń. Yopo to substancja pozyskiwana ze startych wyprażonych nasion drzewa Anadenanthere peregrina i była używana, jako halucynogen w Ameryce Południowej od 4 tysięcy lat. Wizje, jaki przychodziły do wybranych pomagały w utrzymaniu ładu w świecie.

Symbolizm miał duże znaczenie w życiu duchowym i tak szaty i ozdoby wyrażały status i pozycję społeczną danego osobnika, były one tzw. drugą skórą i często pomagały w wykonywaniu obowiązków. Mamy też ornamenty ciała, które pozostawały na całe życie np.: blizny, przekłuwanie nie tylko uszu i nosów, deformacja czaszek, ścieranie zębów itp.

Nietoperz był kojarzony z nocą i zaświatem, żył on i polował w ciemności. Tu mamy przykład ozdoby przedstawiającej człowieka nietoperza (Batmana), jest to niezwykły okaz, bogato zdobiony- dzieło mistrza. Nosząc taki ornament w czasie różnych rytuałów jego właściciel mógł nabrać cech nietoperza siły, orientacji w ciemności itp.



Figurka Batmana, kultura Tairona AD 900 - 1600, stop złota © Museo del Oro

Duchy też przybierały postać zwierząt, mamy więc figurki ptaków, nietoperzy, jaguarów, aligatorów itp., jako elementy tego dialogu czy talizmany, mające chronić właściciela. Przedmioty, zwłaszcza wykonane ze złota, miały swój własny cykl życiowy, nie miały wartości materialnej, ale duchową. Złoto było sposobem komunikacji ze światem nadprzyrodzonym.

Życie i śmierć było widziane jako kontynuacja, zmarli towarzyszyli żywym, stawali się częścią życia duchowego. Zwłaszcza elity miały wielkie znaczenie, pogrzeb i rytuały związane ze śmiercią zacieśniały więzy społeczne. Życie doczesne ludności zamieszkującej tereny obecnej Kolumbii było bogate i różnorodne, toteż podobnie było z rytuałami pogrzebowymi. Niektóre społeczności grzebały zmarłych w kamiennych sarkofagach w komnatach bogato dekorowanych np. w Tierradentro mamy nekropolię z pięknie malowymi komnatami połącznymi schodami prowadzącymi do świata podziemnego. W kulturze Muisca osoby o wysokim statusie społecznym po śmierci były „suszone” (mumifikowane) przy ogniu i owijane warstwami wysokiej jakości tkaniny, następnie takie mumie składane były w jaskiniach, schroniskach skalnych itp. Osoby o szczególnym znaczeniu za życia siadywały na specjalnych krzesłach –taboretach tianga, których mniejsze wersje także znajdowano w wyposażeniu grobów.  Taborety, krzesła były symbolem stabilności i mądrości, a siedzenie było utożsamiane z siłą i wiedzą.

Społeczności z rejonu Tolima uważały, że kości przodków są jak nasiona nowego życia i praktykowały powtórne pochówki. Najpierw ciała zmarłych pozostawiano czekając na to, aż zostały tylko kości, czasem obsuszano przy ogniu, a następnie zebrane kości palono i składano w urnach razem z darami. W urnach znajdowane są pojedyncze oraz zbiorowe pochówki. Czasami liderowi w takiej podróży w zaświaty towarzyszyli niewolnicy i rodzina.

Calima –Malagana i Quimbaya grzebali swoich zmarłych w wyprostowanej pozycji, owiniętych w zwoje tkanin najlepszej jakości i w pełnym rynsztunku władzy etc. , następnie ciała składano w komnatach grobowych i często przykrywano ziemnymi nasypem lub kamiennymi konstrukcjami.

We wszystkich kulturach groby były odwiedzane, a zmarli stawali się dodatkowymi pośrednikami między dwoma światami  - doczesnym i nadprzyrodzonym.

Na wystawie można było zobaczyć urny, maski pogrzebowe, model gliniany krzesła tianga.



Maska pogrzebowa 200BC – 1300AD wykonana ze stopu złota, kultura Calima-Malagana, przechowywana w i © Museo del Oro – maski takie miały pomóc w przejściu do świata pozaziemskiego.

Wystawa była naprawdę interesująca, a jeżeli będziecie w Muzeum Brytyjskim to można kupić katalog, co prawda duży, ciężki i drogawy, ale zawierający wiele ciekawych informacji i ilustracji. I to by było na tyle - wpis został zilustrowany materiałami Press Association.

poniedziałek, 17 lutego 2014

 

To już trzecia edycja tej wystawy, na której byliśmy, wygląda na to, że chodzenie na tę wystawę stało się naszą tradycją. Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”. Początki tej wystawy były skromne, bowiem na pierwszy konkurs w 1965 roku nadesłano 500 zdjęć, na tę 23 już edycję wpłynęło 43 000 zgłoszeń z 96 krajów, zwiększyła się także liczba kategorii - w pierwszej edycji było ich tylko 3, a teraz można powiedzieć, że jest ich 17. Konkurs jest organizowany przez Muzeum Historii Naturalnej i BBC i jest otwarty dla wszystkich, zgłoszenia są przyjmowane od grudnia do lutego, a potem panele sędziowskie muszą zdecydować o nagrodach. Kategorie są takie same każdego roku i tak znów mamy: Portrety Zwierząt, Królestwo Roślin, Czarno-biała przyroda, Zachowania: - Ssaków, -Ptaków, Zwierząt zimnokrwistych, Dzikie Zakątki, Dzikie życie w mieście, Świat podwodny, Kreatywna Wizja Przyrody, Zwierzęta w swoim naturalny środowisku, nagroda Geralda Durella promująca zagrożone gatunki zwierząt, nagroda dla młodych fotografów im Erica Hostinga za portfolio artystyczne, nagroda foto-dziennikarska, kategoria dla młodzików i dzieci, i tzw. „Świat w naszych rękach”- która ma ukazywać wpływ człowieka na środowisko naturalne. Nie zawsze zgadzaliśmy się z decyzjami jurorów, ale tak to już jest, że każdy ma swoje opinie, ale wiele zdjęć nas znów zachwyciło i gorąco Was namawiam do zobaczenia tej wystawy. W Londynie jest ona do 23 marca 2014 roku w Muzeum Historii Naturalnej, ale jak każdego roku będzie ona objeżdżać, UK i zawita też do Polski, miejcie wiec oczy i uszy szeroko otwarte.

Jak co roku otrzymałam od muzealnej agencji prasowej 5 zdjęć promocyjnych i znów bardzo było trudno wybrać, bo jak już wybrałam to nagle inne mi się spodobało i musiałam poprosić mojego ukochanego o podjęcie męskiej decyzji.


 © Peter Delaney "Showdown"

Pierwsze zdjęcie do prezentacji wybraliśmy z kategorii Portrety Zwierzęce, nie była jednak to fotka zwycięska, zajęła drugie miejsce, ale nam się bardziej spodobała. Zatytułowana została „Showdown” a jej autorem jest Peter Delaney (to stały chyba uczestnik konkursowy bo jego nazwisko obiło już nam się o uszy). Zdjęcie zostało zrobione przy wodopoju w Parku Kgalagadi, gdzie nad padliną zebrały się sępy. Ma taką atmosferę westernu, pojedynku o poranku lub zachodzie słońca. Oto jeden z ptaszków przybiera pozycję, nastroszył piórka i zaraz wkroczy do akcji. Pochylona głowa, dziób gotowy do ataku, wzrok wbity w cel, którego my nie widzimy, ale prawie słyszymy ten dźwięk i zaraz kusz nas zacznie drapać w gardle i gryźć w oczy. Super moment, genialne uchwycenie – dla nas to było zwycięskie zdjęcie.

W tej kategorii na drugim miejscu były dwa zdjęcia i to drugie też było urocze zdjęcie Hannesa Lochnera (Curiosity and the cat) , któremu udało się zaintrygować lwicę i podeszła ona do aparatu z taką ciekawską minką na pyszczku i patrzy się na nas wielkimi oczami. Chciało by się powiedzieć : „ Jakie ty masz wielkie łapy, jakie ty masz wielkie oczy, jaki ty masz wielki nos, a potem to już tylko chyba jakie ty masz wielkie zęby….”

Ta kategoria okazała się naszą ulubioną, bowiem aż trzy fotki wybraliśmy do ilustracji tego wpisu.

Kolejna zdjęcie autorstwa Douglasa Seiferta „ Travelling companions”  najlepiej to chyba przetłumaczyć jako „ podróżnicy”. Na zdjęciu mamy kawałek wielkiego diugonia (piersiopławka) i dwie małe młode rybki z gatunku Golden Trevally (ghathandon speciousus) – nie mam pojęcia jak się nazywają po naszemu.

 ©Douglas Seifert "Traveling Companions"

Jest to zdjęcie pełne spokoju i dostojeństwa, olbrzym na niebieskim tle z dwoma maleństwami płynącymi mu przed nosem. Piękno, cisza, bezruch, choć jest to zdjęcie w ruchu, aż ściska nas w sercu, gdy się dowiadujemy, że ten uroczy zwierzak tak tajemniczo i lekko uśmiechnięty jest na liście gatunków zagrożonych. Muszę się przyznać, że długo chyba stałam przed tym zdjęciem i nie mogłam się od niego oderwać i teraz też wpatrują się w nie z pewną tęsknotą za … sama nie wiem, czym i wydaje mi się, że słyszę lekki szum fal.

 „ Eye of a toad” (oko ropuchy), to kolejne zdjęcie z tej kategorii, które mi się spodobało, a zostało zrobione przez rodaka Łukasza Bożyckiego. Warszawiak spędził parę godzin stojąc w sadzawce bez ruchu, robiąc zdjęcia ropuchom. Nie jest to może najwdzięczniejszy temat, ale jak zobaczycie to zdjęcie to zmienicie zdanie. Jest ono tajemnicze i dramatyczne. Niesamowitej atmosfery dodają zachodzące słońce odbijające się w sadzawce i oku ropuchy, które wydają się płonąć. Ten mały płaz wygląda tu groźnie i majestatycznie pół zanurzony w pomarańczowej wodzie i nie wiadomo czy sobie odpoczywa, czy szykuje się do ataku. Oto pogromczyni much, przyczajona, cierpliwie czekająca na odpowiedni moment. Piękne zdjęcie, nie trzeba jechać do egzotycznych krajów, aby osiągnąć ciekawy rezultat, potrzeba wyobraźni, cierpliwości i odrobiny szczęścia.

 ©Łukasz Bożycki "Eye of the toad" 

Kolejna fotografia, która zrobiła na nas duże wrażenie to zdjęcie Siergieja Gorshkova „ The Cauldron”, zwycięzca w kategorii „Dzikie Zakątki”.  To zdjęcie naprawdę trzeba zobaczyć w dużym formacie, jest to przytłaczający pokaz siły natury, momentu zniszczenia i tworzenia, piękna i grozy. Na zdjęciu mamy wulkan gorący, plujący lawą, dymiący w odległej krainie, na końcu świata zwanym Kamczatką. Na około mróz około -40 °C a tu z wulkanu spływa rzeka ognia, a w sercu wulkanu tryska sobie fontanna lawy. To trzeba mieć szczęście, aby coś takiego zobaczyć, sfotografować i nie ucierpieć na zdrowiu. Autor wisiał w otwartych drzwiach helikoptera przypięty dla „bezpieczeństwa” i pstrykał zdjęcia, no i efekt jest niesamowity.

 

 ©Sergey Gorshkov "The cauldron" 

Ostatnie z wybranej piątki to wyróżniona fotografia Michaela „Nicka” Nicholsona zatytułowana „Sharing a shower” w kategorii „ Zwierzęta w swoim naturalnym środowisku”. Oto mamy dwa lwy w deszczu, a ich pyszczki wyrażają jakby tu powiedzieć taki trochę niesmak, bo ta woda jest mokra, i kapie i siąpi, i wpada w oczy, i grzywa mokra i nie wygląda już tak groźnie i majestatycznie i…. Choć ta woda zdrowia doda i życie uratuje w klimacie i środowisku, w jakim te zwierzaki żyją to jednak sam opad deszczu może być trochę uciążliwy. Znów trzeba mieć kupę szczęścia, aby coś takiego uchwycić.



 ©Michael 'Nick' Nichols "Sharing a shower"

Ciekawych, uroczych, interesujących zdjęć na tej wystawie jest dużo i choć jak co roku przy niektórych myśleliśmy – dlaczego ono dostało nagrodę to jednak jak co roku wyszliśmy z niej zachwyceni. Bo oto Uge Fuertes Sanz pokazał nam bajkowy krajobraz z drzewami kołczanowymi (The magical kokerbooms), a zdjęcie Steve’a Race’a „True Love” świetnie się nadaje na kartę Walentynkową – oto mamy przytulające się głuptaki, na szyi samiczki girlanda z kwiatów  - urocze po prostu. W kategorii „Zachowania – Ssaki„ moment, gdy miś upolował rybkę w strumyku jest po prostu porażający. Valter Bernardeschi uchwycił niedźwiadka z rybką z pyszczku potrząsającego na boki, woda chlapie na prawo i lewo, a z rybki wycieka ikra i rozpryskuje się jak czerwone korale po zdjęciu. Potem stajemy oko w oko, nos w nos z wielkim żółwiem uwiecznionym przez Luisa Javiera Sandovala, a jeszcze „lodowa Aurora” Ellen Anon, krokodylek Jordi Chias Pujol, a potem „magiczne grzybki” Agorastosa Papatsanisa i wiele, wiele innych. Polecam wam tę wystawę, bo przybliża ona nie tylko odległy i egzotyczny świat, ale i ten, co jest o parę kroków od naszych drzwi.

Godziny otwarcia w Muzeum Historii Naturalnej od 10 rano do 18 po południu, ostatnie wejście na wystawę o 17:15 ale lepiej nie przychodzić tak późno bo można tam łatwo spędzić parę godzin - jest na co popatrzeć.

Ceny:

Dorośli – £12 z darowizną, £10.90 standardowy bilet

Dzieci (od 4 do 16 lat)  i bilety ulgowe (studenci oraz osoby od 60 lat)  – £6 z darowizną, £5.40 standardowy bilet

Rodzinne (max 2 dorosłych i 3 dzieci) - £33 z darowizną, £30 standardowy bilet.

Jeżeli kupujecie przez Internet to naliczają £1.5 opłaty za dokonanie rezerwacji. Wybiera się też godzinę wejścia na wystawę.

Dojazd: najbliższa stacja metra to South Kensington, linie metra District (zielona), Circle (żółta)i Piccadilly (granatowa). 

Wystawa po UK odwiedzi m.in takie miejsca:

Bristol w MShed: do 21 Luty 2014

Edinburgh w Narional Musuem of Scotland: od 17 marca do 1 czerwca

Newcastle w Centre for Life: do 2 Marca

Oxford w Oxford University Museum of Natural History: od 15 Czerwca do 15 Września  

Winchester w Winchester Discovery Centre: od 12 Czerwca do 21 Września

W Polsce w 2014 roku

Bielsko-Biała - Galeria Bielska BWA, ul. 3 Maja 11: od 5 Lutego do 2 Marca

Szczecin - Muzeum Narodowe, ul. Wały Chrobrego 3: od 6 do 30 Marca

Mińsk Mazowiecki - Muzeum Ziemi Mińskiej, ul. Okrzei 16: od 3 do 27 Kwietnia

Sopot - Państwowa Galeria Sztuki, Pl. Zdrojowy 2: od 30 Kwietnia do 27 Maja

Stalowa Wola - Muzeum Regionalne, ul. Sandomierska 1: od 1 do 29 Czerwca

Białowieża - Białowieski Park Narodowy, Park Pałacowy 5: od 4 do 29 Lipca

Szklarska Poręba - Karkonoski Park Narodowy, ul. Okrzei 28: od 2 do 31 Sierpnia

Jelenia Góra - Muzeum Przyrodnicze, ul. Cieplicka 11A: od 4 do 28 Września

Warszawa - Muzeum Ziemi PAN, Al. Na Skarpie 27: od 2 do 30 Października

Wrocław - Muzeum Miejskie, Ratusz/ul. Sukiennice 14/15: od 5 do 30 Listopada  

Bydgoszcz - Muzeum Okręgowe, ul. Grodzka 7-11: od 2 do 28 Grudnia

czwartek, 06 lutego 2014

Trochę was zaniedbałam drodzy czytelnicy, ale ostatnio graliśmy intensywnie w gry i jakoś ciągle mi brakowało czasu na pisanie, a i biurko nam się rozpadło i trzeba było uzbierać kasę na nowe. Ale teraz już jest, możemy sobie oboje siedzieć i nie ma już wymówki, aby nie pisać. Tematów się nazbierało: wystawy: kino, urlopy itp., ale jak to zwykle na początku roku zacznę od nowych cen w londyńskim transporcie.

Najpierw jednak wyjaśnię trochę terminologii, bo zawsze się pojawiają jakieś pytania w tej sprawie.

Londyn jest podzielony na 6 stref głównych (oraz na niektórych liniach są dodatkowe  strefy podmiejskie – proszę zerknąć na mapkę metra i sieci komunikacyjnej w Londynie) i cena opłaty za przejazd zależy od ilu i przez jaki strefy przejeżdżamy. Miasto ma różne rodzaje transportu: Tube (metro),  autobusy, DLR czyli Docklands Light Railway,  Tram (tramwaje) i National Rail (czyli koleje) oraz London Overground - też kolejka, która kiedyś nazywała się Silverlink.

TfL- skrót Transport for London.

Travelcard – Travelka to bilet wielokrotnego użycia i można go kupić na jeden dzień, tydzień, miesiąc i rok ( nie ma biletów weekendowych). Może to być papierowy bilet, albo można go mieć na karcie Oyster. Tavelka jednodniowa ma dwie opcje: Peak i Off Peak, jest dostępna tylko w wersji papierowej. Mamy więc Travelkę jednodniową w wersji Anytime – całodzienną, bo ważna jest przed 9:30 w tzw. Peak Time i jest przez to droższa oraz Day Off-Peak - czyli podróż się ma zacząć po 9:30 rano. Travelka jednodniowa jest ważna do 4:30  rano następnego dnia - tak żeby móc do domu wrócić nocnym autobusem.  Metro i koleje w większości zamierają w okolicy północy. Są plany, aby wprowadzić całodobowe metro i  od przyszłego roku na początek ma tak być w weekendy. Na Oysterce mamy tzw. Price Cap.

Travelka obejmuje: metro, autobusy (miejskie), tramwaje, DLR, overground, National Rail.  

 

Peak time - czyli godziny szczytu w transporcie - to czas w ciągu dnia, gdy jest największy tłok, bo ludzie jadą do pracy, szkoły a potem z pracy i szkoły itp. Peak time  to czas przed godziną 9:30 od poniedziałku do piątku oraz miedzy 16:00 a 19:00 dla opłat jednorazowych.

Off Peak -  to po godzinie 9:30, oraz weekendy i dni świąteczne.

W tym roku wprowadzono „małe” zmiany w sprzedawanych Travelkach jednodniowych Off Peak – otóż zlikwidowano papierowe Travelki Off Peak dla stref 1-2 i 1-4 ale Daily Price Cap na Oysterkach dla tych stref zachowano – to chyba po to, aby zmusić ludzi do używania Oysterek, albo uprościć rodzaje biletów bo w planach jest zamknięcie większości kas biletowych na stacjach metra. Jest tylko jedna Travelka Off Peak i kosztuje tyle samo na 1 co i na 1-6 stref – cena £8.90.

Karta Oyster – to taki plastikowy bilet wielokrotnego użytku, można mieć na niej Travelkę tygodniową, miesięczną i roczną albo można naładować sobie pieniądze i płacić za każdy przejazd -  nazywa się to „pay as you go” (karta przedpłacona). Jest to tanńsze niż płacenie gotówką w autobusie, czy kupowanie pojedynczego biletu na metro itp.

Karta Oyster jest wydawana za kaucją £5,  tu nic się nie zmieniło. Kaucja jest do odzyskania jak się tę kartę odda, a można to zrobić  na każdej stacji metra lub w puntach sprzedaży, które są oznaczone niebieskim symbolem tej karty (nawet ogłaszają, że można im ją wysłać pocztą i też to jakoś zorganizują) .

Używanie karty Oyster

Można jej używać w autobusach - dotykamy tylko raz żółtego czytnika przy kabinie kierowcy przy wsiadaniu. Natomiast w metrze, pociągach, DLR  i na Overgroundzie dotykamy czytnika przy wchodzeniu i wychodzeniu. Jest to ważne, bo jeżeli macie „pay as you go” nawet z wystraczającymi funduszami, a zapomnicie dotknąć czytnika przy wejściu, podczas kontroli inspektor potraktuje to jak jazdę na gapę. Natomiast jeżeli zapomnicie dotknąć przy wyjściu (np. gdy nie ma bramek) to automatycznie skasuje jak za całodzienną Travelkę. Autobusy to wyjątek – tylko raz.

Price Capping – to taki system na karcie Oyster, który powoduje, że nie zapłaci się  więcej używając Oysterki niż gdyby się kupiło papierową Travelkę. Koszt Daily Cap na Oysterce jest mniejszy niż dzienna Travelka, czyli jeżeli mieszkacie w Londynie, lub będziecie tu wracać, to warto jest zainwestować w tę kartę. Jest to też oczywiście intensywne zachęcanie ludzi do używania Oysterek. Oczywiście jest tu też opcjia Peak and Off Peak time.

Pozostawiono Daily Price Cap na wszystkie strefy i rodzaje na poziomie z ubiegłego roku. Dobrze że przynajmniej to się nie zmieniło.

Dzieci do lat 10 jeżdżą za darmo jeśli są pod opieką rodziców albo osoby dorosłej (do 4 dzieciaków na jednego dorosłego), a gdy mają same używać transportu można im wyrobić kartę Oyster dla dzieci, jest tu opłata administracyjna £10 i trzeba dostarczyć zdjęcie. Dobrze jest taką kartę wyrobić jeśli dzieciak wygląda na więcej niż 10 lat.

Dzieci 11-15 należy wyrobić Zip Oyster photocard, z nią mają dzieciaki darmowe przejazdy autobusami i tramwajami oraz „pay as you go” na dziecięcych taryfach w metrze, DLR, pociągach i Overgroundzie. Trzeba złożyć aplikację przez Internet lub na poczcie. Trzeba udowodnić wiek, można użyć paszportu, aktu urodzenia, dostarczyć fotkę oraz zapłacić £10 które to jest opłatą administracyjną i nie jest zwracane jeżeli aplikacja zostanie odrzucona.  Więcej szczegółów na stronie TfLu : 11-15 Zip Oyster photocard . Proszę potem kliknac na "How to Apply" i mamy dwie opcje "I live in London borough" oraz "I live outside London" ( to też dotyczy zagranicy, wybirera się miejsce odbioru i trzeba pokazać paszport dziecka z datą urodzenia. )

Są nadal w sprzedaży Dzienne Dziecięce Travelki w formie papierowej, w dwóch wersjach Peak (Anytime) i Off Peak. Cena takiej travelki zależy oczywiście od stref przez które chcemy jechać i tak np Peak (Anytime) strefy 1- 2 to £ 4.50 a na 1-3 i 1-4 to £5.70 na 1-6 to £8.50; w Off Peak natomiast koszt travelki na 1 czy 1-6 jest taki sam i wynosi £3.60. 

Uwaga na Koleji obowiązują inne zasady, darmowe przejazdy dla dzieci są tylko do 5 roku życia.

Studenci uczący się w Londynie mają prawo do zniżkowych biletów okresowych, ale trzeba byś studentem w akceptowanych placówkach – ich lista jest na stronie TfLu, oraz mieszkać w czasie studiowania w Londynie. Można sobie wyrobić kartę przez Internet wypełniając podanie (aplication form) dostarczając fotkę i dowód że jest się studentem – wydają to w placówkach edukacyjnych. Jest oczywiście opłata administracyjna £10, ale potem jest 30 % zniżki przy opłatach za Travelki okresowe.

Autobusy i Tramwaje dotykamy przy wsiadaniu żółtego czytnika w autobusie przy kabinie kierowcy, a przy tramwajach na przystanku tramwajowym. Na stacji Wimbledon jeśli jedziemy z tej stacji tramwajem trzeba dotknąć przy wejściu przez bramki  a potem także żółty czytnik na peronie ( jest to bowiem stacja gdzie można jechać także metrem i pociągiem, i chodzi o to, aby tylko skasowało za podróż tramwajem. Gdy jedziemy tramwajem do Wimbledonu to dotykamy czytnika na przystanku tramwajowym, z którego wyjeżdżamy, a potem tylko bramek na dworcu w Wimbledonie. Nie ma już w sprzedaży Dziennych Bus Passów, oraz tzw. Bus Saver tickets – karnetów, te ostatnie można nadal używać jeżeli ma się ich jakiś zapas. Tygodniowe, miesięczne i roczne Bus Passy są tylko na Kartach Oyster, papierowych już nie wydają.

W komunikacji miejskiej autobusowej nie ma podziału na strefy, Travelka pozwala na podróżowanie we wszystkich sterfach autobusami komunikacji miejskiej oznaczonymi znaczkiem Transport for London.

Uwaga od 6 lipca nie będzie można płacić w autobusach gotówką.

Opłata jednorazowa za przejazd autobusem to teraz: gotówką - £2.40 utrzymano cenę zeszłoroczną; natomiast podniesiono o 5 pensów opłatę Oysteką i teraz to jest £1.45; Daily Price Cap jak w ubiegłym roku £4.40. Tygodniowy Bus Pass (tylko dostępny na Oysterce) to £20.20. Jeżeli płacicie gotówką w autobusie to lepiej mieć odliczone pieniądze, bo kierowcy nie zawsze będą mieli wydać. Można płacić też kartami kredytowymi bezdotykowymi – i kasuje jak za użycie Oysterki.

Doładowanie Karty Oyster

Można to uczynić w każdym punkcie sprzedaży oznaczonym niebieskim symbolem Oyster, w kasie na każdej stacji metra i w automatach, także na dworcach kolejowych. Sprzedawcy mogą nam też powiedzieć ile mamy na karcie. Gdy podajemy kartę mówimy np. ile chcemy doładować funtów jeżeli używa się „pay as you go” - albo gdy chcemy tygodniową lub miesięczną Travelkę na Karcie Oyster to mówimy na ile czasu, na ile stref, i od kiedy ma zacząć działać. W automatach jest instrukcja jak to zrobić po polsku, ( w końcu nasz język jest na drugim miejscu)  i jest to dość proste.

Najpierw dotykamy żółtego czytnika kartą Oyster, tu pojawiają się opcje co chcemy zrobić : „pay as you go” , czy kupić Travelkę.

Opcja „pay as you go” pozwala na doładowanie pieniędzy, wybieramy z opcji na ekranie ile chcemy doładować, płacimy gotówką lub kartą i uwaga jeszcze raz dotykamy czytnika kartą Oyster aby ją zaktualizować – jest to ważne. Potem możecie jeszcze raz dotknąć czytnika i sprawdzić ile macie i czy zadziałało, na wszelki wypadek wciśnijcie „guzik” aby wydało też dowód wpłaty-doładowania.

Druga opcja Travelka – na tydzień i na miesiąc, do miesięcznej należy zarejestrować kartę aby ją chronić. Do tygodniowej nie trzeba tego robić. Wciskamy więc na ekranie, np. że chcemy tygodniową (7 dniową) i na ile stref i od kiedy ma być ważna – płacimy i znów dotykamy żółtego czytnika aby kartę zaktualizować. Można też doładować kartę przez Internet na stronie TfLu.

Przykładowe opłaty gotówka a Karta Oyster w systemie „pay as you go”

Strefa

Opłata gotówką

Oyster „pay as you go”

Peak

Off Peak

Peak Price Cap

Off Peak Price Cap

1

£4.70

£2.20

£2.20

£8.40

£7.00

1-2

£4.70

£2.80

£2.20

£8.40

£7.00

1-3

£4.70

£3.20

£2.70

£10.60

£7.70

1-4

£5.70

£3.80

£2.70

£10.60

£7.70

1-5

£5.70

£4.60

£3.00

£15.80

£8.50

1-6

£5.70

£5.00

£3.00

£15.80

£8.50

2-3

£4.70

£1.60

£1.50

£10.60

£7.70

2-6

£5.70

£2.70

£1.50

£15.80

£8.50

 

Przykłady opłat za Travelki okresowe (Anytime and Day Off Peak – tylko papierowe; Tygodniowe i dłuższe mogą być na Oysterce)

Travelka

Strefa

Day Anytime

Day Off Peak

Tygodniowa

Miesięczna

roczna

1 i 1-2

£9.00

£8.90

£31.40

£120.60

£1256

1-3

£11.40

£8.90

£36.80

£141.00

£1472

1-4

£11.40

£8.90

£45.00

£172.80

£1800

1-5

£17.00

£8.90

£53.40

£205.10

£2136

1-6

£17.00

£8.90

£57.20

£219.70

£2288

2-3

£11.40

£8.90

£23.60

£90.70

£944

2-6

£17.00

£8.90

£39,20

£150.60

£1568

Wpisy na rok 2015  bo nie udało się zmieścić w jednym tutaj

http://imigrantka.blox.pl/2015/01/Transport-w-Londynie-na-rok-2015-cz-1.html

i tutaj http://imigrantka.blox.pl/2015/01/Transport-w-Londynie-na-rok-2015-cz-2.html

 

 

Najczęściej zadawane pytania:

  • Co się bardziej opłaca Travelka czy Oysterka? To naprawdę zależy jakie macie plany, czy jest to urlop, czy tu chcecie zamieszkać, czy to jest jeden pobyt, itp. Musicie popatrzeć na ceny i sami zdecydować bo ja nie jestem tego w stanie za was zrobić. Czasem opłaca się zainwestować w Oysterkę a czasem nie.
  • Jak dojechać z … do… ? Podaje linki do mapek metra i kolei, proszę tam sprawdzić. Na stronie TfLu jest też specjalna strona „Journey planner „ na której to można sobie dokładnie sprawdzić podając różne wiadomości np. stacje metra, nazwy atrakcji turystycznej, a najlepszym sposobem jest podanie kodu pocztowego.
  • Hotele – najlepsze strony, których sama używam podróżując po Wielkiej Brytanii to Tripadvisor, expedia proszę tam zajrzeć.
środa, 06 listopada 2013

  

W tym roku mamy wysyp filmów opartych na prawdziwych wydarzeniach, opowiadających historię ludzi których znamy, taka epidemia po prostu. Niki Lauda - to imię jest znane nie tylko miłośnikom Formuły 1, prawie każdy o nim słyszał, James Hunt to dla mnie ktoś nowy, może jego imię obiło mi się o uszy, ale pierwszy raz poznałam jego historię w lecie tego roku słuchając audycji Czwórki BBC. To taka niekomercyjna brytyjska stacja radiowa, która nadaje programy „mówione” jak wiadomości, słuchowiska radiowe, reportaże, biuletyny, wywiady, kabarety itp. Lata temu poleciła mi ją moja nauczycielka angielskiego, mówiąc, że się osłucham i będę lepiej rozumieć oraz nauczę się nowego słownictwa itp. Posłuchałam się jej i opłaciło się na egzaminach miałam najlepsze wyniki właśnie ze słuchania i rozumienia tekstu. Od lat jestem wierną słuchaczką, a kiedy doszła stacja BBC7, teraz funkcjonująca jako BBC4 Extra, to mało nie dostałam rozdwojenia, bo ta nowa prezentowała nagrania archiwalne sprzed lat wielu. Ale odbiegam tu od tematu. Otóż walczyłam z górą prania, która wymagała prasowania i jak zwykle włączyłam sobie „Czwórkę”, aby nie było nudno i wtedy leciała w radio specjalna audycja o tych dwóch legendach Formuły 1. Wtedy to po raz pierwszy wbiło mi się w głowę nazwisko James Hunt. Był to program poświęcony właśnie słynnej rywalizacji między Niki Laudą a Jamesem Huntem o mistrzostwo w Formule 1 w sezonie 1976. Były tam wywiady z ludźmi, który ich obu znali, z nimi pracowali i komentowali ich zmagania na torze. Program był bardzo dobrze zrealizowany i zapadł mi w pamięci, a parę dni później zobaczyłam zwiastun filmu „Rush” i od razu było wiadomo, że jest to film na który wybierzemy się do kina.

Film ten długo nam uciekał, godziny pracy, zmęczenie, wyjazd na urlop, wszyscy w pracy już byli i zachwycali się, a ja nie. W końcu udało nam się i dopadliśmy go. Przesiedziałam cały film prawdopodobnie z otwartą gębą i bojąc się mrugnąć, aby czegoś nie przegapić. Znałam ich historię, miałam to świeżo w pamięci. ale nie zmniejszyło to napięcia z jakim śledziliśmy wydarzenia na ekranie. Film jest tak fantastycznie zrobiony, że nawet gdy wiemy co się stanie, to zaciskamy pięści, kciuki i czujemy dreszcz przerażenia. Wypadek Niki Laudy, jego pobyt w szpitalu to po prostu koszmar, a to że wsiadł po tym wszystkim do bolidu i wrócił na tor to jest po prostu niesamowite, gdyby nie to, że tak się tak się naprawdę stało i on to zrobił to, można by powiedzieć, że nam scenarzysta wyciskacza łez tu podsuwa pod nos.

Daniel Bruhl as Niki Lauda

Główną zaletą filmu jest obsada, i w oczy rzuca się oczywiście przystojny Chris Hemsworth odtwarzający rolę Jamesa Hunta, ale na mnie wrażenie wywarł grający Niki Laudę Daniel Brühl. Różnice między tymi dwoma są diametralne, na pierwszy rzut oka, ale obaj dzielą pasję, zapał i umiejętności – z którymi trzeba się urodzić, bo tego nie można się nauczyć. Obaj obrzucają się obelgami, złośliwościami, ale szanują umiejętności jakie posiadają. Jest między nimi niewidzialna więź, więcej ich łączy niż dzieli, obaj wybrali karierę wbrew opinii rodziny.  Na końcu filmu Niki Lauda przyznaje, że James Hunt był rywalem, dla którego miał respekt, za jego umiejętności, mógł jechać obok niego z zabójczą prędkością w odległości 2 cm i wiedział, że James jest w stanie utrzymać samochód.

Ch. Hemsworth as James Hunt

Dodatkowym atutem filmu jest muzyka skomponowana przez Hansa Zimmera, oczywiście są kawałki z lat 70-tych, ale to ta instrumentalna muzyka wciska w fotel na równi z pędzącymi po torze samochodami.

Jest w tym filmie dużo humoru, scena gdy Niki i dopiero co poznana przez niego Malrene stoją przy zepsutym samochodzie rozkłada człowieka kompletnie. Oto Niki próbuje zatrzymać inny samochód, bez skutku, wtedy odstrojona kobieta przystępuje do akcji, bo to są w końcu Włochy no i samochód się zatrzymuje, ale dlaczego i z jakim efektem to już musicie zobaczyć w kinie.

Jednym ze smutnych faktów związanych z tym filmem jest śmierć w październiku na torze w Australii jednego z kaskaderów biorących udział w kręceniu scen wyścigowych. Sean Edwards zagrał swojego ojca Guya Edwardsa, to był jeden z kierowców, który wyciągał Laudę z płonącego bolidu. Szkoda.

Niki Lauda powiedział, że był pod wrażeniem filmu, że wszyscy wykonali dobrą robotę. Zaimponowała mu gra Daniela, który będąc Niemcem zagrał Austriaka  (to nie jest łatwe), a dodatkowa trudność to mówenie po angielsku z austriackim akcentem. Lauda spotkał się z aktorem i spędzili trochę czasu razem, aby on mógł go lepiej poznać. Był też pod wrażeniem Ch. Hemswortha grającego Jamesa. Najbardziej żałuje, że po tej premierze nie mogli sobie z Jamesem pójść do knajpy i się upić. James Hunt zmarł w 1993 roku na atak serca.

Jest to jeden z lepszych filmów, jakie obejrzałam w kinie w tym roku, wbił mnie w fotel i jest to film który na pewno zagości na naszej półce z DVD. Zachęcam was do pójścia do kina, i wcale nie musicie być wielbicielami czy znawcami Formuły 1, to film dla każdego.

Polecam

 

Images by Press Association

 

Tagi: film historia
15:30, edyta1972 , Film
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Flag Counter