środa, 14 stycznia 2015



  

Tym razem pojechaliśmy do Stratford upon Avon w poszukiwaniu Szekspira. Miasteczko jest po prostu urocze, żyje Szekspirem, jest pełne zabytków, uroczych budynków i uliczek. W poszukiwaniu Szekspira udaliśmy się najpierw do jego miejsca urodzenia - Shakespeare’s Birthplace – jest to dom jego rodziców, w którym pisarz się urodził i spędził swoje dzieciństwo, młodość oraz 5 pierwszych lat swojego małżeńskiego życia. Tu mamy szanse naprawdę stanąć oko w oko z wielkim pisarzem, poetą, dramaturgiem, chodzimy po podłodze, pokojach, po których biegał mały William.

 


Budynek ten i inne w mieście, związane z poetą, są zarządzane przez The Shakespeare Birthplace Trust. Gdy dom w stanie mocno podupadłym został w 1846 roku wystawiony na sprzedaż, stworzono komitet w celu zebrania funduszy do nabyciu domu, w którym poeta się urodził. Wśród silnie działających na ten cel był m.in. Karol Dickens. Udało się uzbierać 3 000 funtów i uratować to miejsce. Rok później komitet przekształcił się w Shakespeare’s Birthplace.


W 1876 roku dokupiono Shakespeare’s New Place - miejsce, na którym stał dom, w którym mieszkał poeta ze swoją rodziną i dom, w którym mieszkał Thomas Nash - mąż wnuczki poety Elżbiety. W 1892 roku zakupiono Anne Hathaway’s Cottage – dom, w którym wychowała się żona Szekspira, a w 1930 roku Mary Arden’s House - dom, w którym dorastała matka Szekspira Mary Arden.

W 1949 roku do kolekcji dołączono Hall’s Croft - tu zamieszkała ze swoim mężem doktorem Johnem Hallem córka Szekspira Susanna. Ten Trust zajmuje się też bibliotekę i archiwami związanymi z pisarzem oraz zajmuje się propagowaniem i edukowaniem nowych miłośników szekspirowskiej literatury. Trust także zajmuje się także Tudorowym budynkiem Howard House w imieniu Uniwersytetu Harvard.

Tu są ulice, którymi William i jego rodzina podążali każdego dnia, tu obok mieszkał Richard Hornby kowal, prawdopodobnie mały William bawił się z jego dziećmi. Idziemy Henley Street, na której stoi Shakespeare’s Birthplace, potem skręcamy w High Street i przechodzimy do Chapel Street, gdzie stoi Guild Chapel, tu mamy witraż z postacią jego ojca Johna, potem mamy szkołę King Edward VI Grammar School (wtedy King’s New Shcool), do której uczęszczał Szekspir jako dziecko.

 

Mijamy tu sporo uroczych budynków zbudowanych w stylu Tudorowym, na każdym kroku są jakieś odnośniki do Szekspira, teatru, czy epoki, w której on żył i tworzył. Nad rzeką jest uroczy stary kościółek Holy Trinity Church (Trójcy Świętej) - tu spoczywa nie tylko sam poeta, ale i jego rodzina, oraz inni zasłużeni obywatele tego miasta.


Oczywiście, gdy już podrepczecie jego śladami po mieście, możecie się udać na przedstawienie teatralne w kompleksie Szekspirowskim nad rzeką Avon. Tradycja teatralna jest długa w tym mieście, Stratford było odwiedzane przez Lord Leicester’s Man (słynną w owym czasie trupę teatralną) w latach 1573-4 i 1576-7. Jeżeli młody Szekspir był na jakimś przedstawieniu, to na pewno wywarło ono na nim duże wrażenie.


Polecam wycieczkę śladami wielkiego pisarza, bo Szekspir był wielkim pisarzem, poetą, dramaturgiem itd. Jego imię jest znane na całym świecie, jego sztuki wystawiane na scenach wszystkich kontynentów, a przynajmniej tych zamieszkałych, jego dzieła zostały przetłumaczone na ponad 70 jezyków. Chodząc po miejscach z nim związanych, nie tylko drepczemy po jego śladach, ale pokonujemy tę samą drogę, jaką podążali tu jego inny słynni wielbiciele jak np. Karol Dickens, John Keats czy Thomas Hardy.


Jeżeli zdecydujecie się tam pojechać, polecam kupić bilety przez Internet na stronie Trustu, jest też opcja łączonego biletu – Five House Pass - na wszystkie miejsca pod opieką Shakespeare’s Trust, jest to tańsze i praktyczne, a bilet jest ważny przez 12 miesięcy od zakupu. Jeśli więc, nie uda się Wam wszystkiego zobaczyć w czasie jednej wizyty, to możecie jeszcze wpaść za jakiś czas. Nam została Mary Arden’s Farm. Obecnie New Place and Nash’s House jest zamknięty z powodu konserwacji i przebudowy.

CDN...

Wpis o domu w którym się pisarz urodził Birthplace

Anne Hathaway Cottage - dom rodzinny żony Szekspira

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kapitan Borchardt – taki żaglowiec był na liście polskich jednostek biorących udział w zlocie żaglowców Tall Ship w 2014 roku, którego kulminacją były parady i postoje na Tamizie w Londynie. Znaleźliśmy go przycumowanego wśród innych stateczków, gdy szukaliśmy Daru Młodzieży. Stwierdziłam wtedy, że to bardzo egzotyczne imię dla polskiej łajby. Mój ukochany – żeglarz pełną gębą, poinformował mnie, że nosi ona imię Karola Olgierda Borchardta - słynnego żeglarza i pisarza-marynisty autora takich książek jak „Znaczy Kapitan” czy „Szaman Morski”. Nerwowo szukałam w pamięci wśród przeczytanych książek i znanych mi autorów, ale coś mi tylko świtało i to z daleka, o tym szamanie, choć może to mi się pomerdało z wilkiem morskim. Nazwisko to zapadło mi więc w pamięć i gdy w czasie ostatniej wizyty w Polsce buszowaliśmy po księgarni i nagle zobaczyłam to nazwisko na książce stojącej na półce, to od razu ją złapałam. Z triumfem na twarzy i zdobyczą w ręce pobiegłam w poszukiwaniu mojej żeglarskiej połowy. Na moje radosne - zobacz, co znalazłam moja chłopina ze spokojem zapytała, czy tylko ten jeden tytuł był? Wtedy się okazało, że nie wiem. Tak szybko pobiegłam z moją zdobyczą, że nawet nie spojrzałam, co jest jeszcze na półce. Na dodatek, teraz nawet nie pamiętałam, gdzie była ta książka.  Kiedy udało się półkę odnaleźć, okazało się, że były tam jeszcze dwa inne tytuły, które także ostatecznie wylądowały w naszych walizkach i zostały przytachane do Londynu.

Książkę „Znaczy Kapitan” zaczęłam czytać jeszcze w Polsce i potem ją tachałam w plecaku do i z pracy i czytałam w każdej chwili, wybuchając w głos niekontrolowanym śmiechem, przyciągając wzrok współpasażerów w metrze. Jest to zbiór 37 opowiadań, których głównym wątkiem jest postać kapitana Mamerta Stankiewicza. Każdą wypowiedz i myśl swoją rozpoczynał on od słowa „znaczy”.

W pierwszym opowiadaniu poznajemy Tenangę, bohatera dziecięcych lektur autora książki. Karol Borchardt chciał zostać Indianinem, na podwórku razem z kolegami odgrywali sceny z książek. Kiedy sobie uświadomił, że z powodu koloru skóry nigdy Indianinem nie zostanie , postanowił pójść w ślady drugiego bohatera książki Orła Śnieżnych Wierchów. Zainspirowała go ilustracja z opowieści przedstawiająca marynarza wspinającego się po linie na rufę statku z podpisem „ Jako ostatni wspiął się marynarz olbrzymiego wzrostu”, więc aby stać się, jak ów Orzeł Śnieżnych Wierchów, olbrzymem o nadludzkiej sile nasz autor zaczął ćwiczyć i trenować. Niestety został on odrzucony na pierwszej komisji lekarskiej, ale ten młody olbrzym nie poddawał się tak łatwo i udało mu się dostać do Szkoły Morskiej w Tczewie i na statek szkoleniowy „Lwów”. Tu nasz młody żeglarz został przydzielony do obsługi kabestanu, urządzenia do podnoszenia i opuszczania kotwicy. Otóż połamał on handszpaki (takie drągi wkładane w głowicę kabestanu) i pierwszy oficer wpadł w ogromną złość, krzycząc, że mu jeszcze cały statek połamie. Kiedy nadszedł Kapitan i wysłuchał, o co chodzi, to zakończył całą sprawę słowami „Znaczy panie Konstanty, znaczy co? Znaczy za silny?”

Znaczy Kapitan jest osobą niesamowitą, wzorem do naśladowania. Uczniowie i załoga mają do niego ogromny szacunek. Jego wiedza i umiejętności ciągle im imponują, jest on osobą wymagającą i surową, ale dba o swoją załogę. Każdy robi swoją robotę porządnie, bo nie chce zawieść kapitana, bo jest dumny z tego, że pływa z nim na żaglowcu, czy innym statku pod polską banderą.

Czyta się te opowiadania jednym tchem, ciekawość przekręca kartki i nawet nie wiemy, kiedy zbliżamy się do końca. Ostatnie opowieści czytałam ze łzami w oczach, trudno mi się było pożegnać z legendą i z dobrą książką – na szczęście, na półce są jeszcze dwie tego autora i wiem, że czekają na mnie z niesamowitą przygodą i że znów poczuję podmuch wiatru i smak soli na ustach.

Polecam ten zbiór opowiadań z całego serca, poznacie narodziny polskiej żeglugi, popłyniecie śladami piratów na wody mórz południowych, znajdziecie się pod palącym słońcem i pełnymi żaglami, na polach lodowych, w przepastnych otchłaniach oceanu wzburzonego huraganami. Potem wpadniecie do herbaciarni w Londynie, zamówicie w restauracji walijskiego królika, obejrzycie korridę w Hiszpanii, będziecie oblegani przez pasażerki na mostku i handlowców w portach. Wszystkie te przygody okraszone oczywiście zdrową dawką wyśmienitego humoru. Łezka się w oku kręci nad minionym czasem, oj kręci … .

Jest  to wspaniała lektura na każdą porę roku, na wakacje, na zimowe wieczory i nie trzeba być znawcą żaglowców, takielunku itp., bo K. O. Borchardt tak potrafi pisać, że taki szczur lądowy jak ja, czuje się jak ryba w wodzie czytając te opowieści.

Jeżeli mieszkacie w okolicach Hartlepool w północno-wschodniej Anglii to wstąpcie któregoś dnia na nadmorski cmentarz i zapalcie znicz lub złóżcie kwiaty na grobie Kapitana, Znaczy się Mamerta Stankiewicza. My mamy postanowienie, że jeżeli drogi nas w tamte strony poprowadzą to też wstąpimy i się pokłonimy.

Tymczasem do księgarń, kochani, do księgarń! 

wtorek, 06 stycznia 2015

Jako że całość się nie chciała zmieścić musiałam podzielić. Zanim zadacie pytanie sprawdzcie w cz 1.

Travelcard – Travelka to bilet wielokrotnego użycia i można go kupić na jeden dzień, tydzień, miesiąc i rok ( nie ma biletów weekendowych). Może to być papierowy bilet, albo można go mieć na karcie Oyster.

Travelka w strefach Londynu nie obejmuje dojazdu do Lotnisk w Luton, Stansted czy Gatwick, choć lotniska te mają w nazwie London, to leżą daleko poza granicami miasta i nawet tzw.  Greater London. Lotniska City i Heathrow są objęte strefami i można użyć na dojazd do nich Travelek lub Oysterek, jadąc metrem, autobusem (Piccadilly Line na Heathrow) , autobusem czy DLR (na City), nie można użyć ich w Heathrow Expressie (pociągu odjeżdżającym z Paddington) – tu trzeba kupić oddzielny bilet, jeżeli chcecie jechać tym expresem.

Travelkę kupuje się na określone strefy i tylko w nich można się poruszać. Jeżeli wyjeżdżacie za strefy określone na Travelce musicie kupić tzw. „extension” .

Travelka obejmuje: metro (underground, tube), autobusy (miejskie – tu nie ma podziału na strefy), tramwaje (tram), DLR, overground, National Rail.

Peak time czyli godziny szczytu w transporcie - to czas w ciągu dnia, gdy jest największy tłok, bo ludzie jadą do pracy, szkoły a potem z pracy i szkoły itp. Peak time to czas przed godziną 9:30 od poniedziałku do piątku oraz między 16:00 a 19:00 dla opłat jednorazowych w dni powszednie.

Off Peak - to po godzinie 9:30, oraz weekendy i dni świąteczne (Bank Holidays) .

Tavelka jednodniowa ma dwie opcje: Peak i Off Peak, jest dostępna tylko w wersji papierowej.

Mamy więc Travelkę jednodniową w wersji Anytime – całodzienną, bo ważna jest przed 9:30  czyli w porannych godzinach szczytu ( Peak Time).

Day Off-Peak - czyli podróż się ma zacząć po 9:30 rano, jest ważna w czasie szczytu popołudniowego.

Każda Travelka (jednodniowa lub okresowa) jest ważna do 4:30 rano następnego dnia - tak żeby móc do domu wrócić nocnym autobusem. Metro i koleje w większości zamierają w okolicy północy. Są plany, aby wprowadzić całodobowe metro i na początek ma tak być w weekendy.

Travelki okresowe (bilety sezonowe) mają daty ważności początkową i końcową, a ważne są także do godziny 4:30 po dniu wygaśnięcia Travelki czyli np. jeżeli macie Travelkę ważną do 10 lutego to, jeżeli chcecie wrócić do domu autobusem nocnym, możecie to zrobić do godziny 4:30 rano dnia następnego czyli 11 lutego .

Travelek nie można użyć na tzw. specjalnych pociągach np. Heathrow Express.

Travelkę można kupić na 7 dni przed dniem, w którym chcemy ją użyć, lub od dnia w którym ma się zacząć – wybieramy od kiedy ma być ważna i na ile. Tygodniowa Travelka  (ważna 7 dni) zaczynająca się np. w piątek 2 Stycznia i jest ważna do 8 stycznia w czwartek, ale jeszcze wrócimy do domu nocnym autobusem do 4:30 w piątek 9-tego. Miesięczna Travelka zaczynająca się np. 20 stycznia będzie ważna do 19 lutego i znów z tą opcją do 4:30 rano dnia następnego na noce powroty do domu, hotelu itp.

Dla dziennych i tygodniowych Travelek papierowych ( printed tickets) nie trzeba mieć tzw „photocards” - to specjalne karty z fotografią towarzyszące biletom sezonowym ważnym przez miesiąc lub dłużej. Z jednej strony mają one ukrócić pożyczanie sobie biletów sezonowych, z drugiej jeżeli zgubicie lub wam ukradną ten bilet, to teoretycznie bez tej „photocard” nie będzie go można użyć, bo jak złapią to karę wlepią. Do Tavelek papierowych miesięcznych i rocznych trzeba wyrobić sobie „photocard”. Można mieć Travelkę miesięczną i roczną na Oysterce ale wtedy Oysterka musi być zarejestrowana.

Travelki są sprzedawane na wszystkich stacjach metra w okienkach biletowych, (choć obecny mer Londynu ma plan zamknąć kasy biletowe na stacjach metra - takie głupie pomysły mu się po głowie szwędają), w automatach ( są instrukcje po polsku), na stacjach kolejowych, w sklepach – kioskach oznaczonych znaczkiem Oyster or TfL, i oczywiście przez Internet.

Travelki papierowe wkładamy w bramkę w jeden otworek z przodu, a potem ona nam wyłazi na górze przez drugi otworek i trzeba ją zabrać - to wtedy otworzy się bramka – taki sprytny trick by ludzie nie zostawiali biletów. Jak wam bilet utknie, to trzeba zawołać pracownika – lepiej zachować rachunek kupna, bo jest na nim numerek i łatwo znaleźć który Wasz. W autobusach niczego papierową Travelką nie dotykacie – pokazujecie datę ważności kierowcy i już.

Bilet jednorazowy nie wyłazi przez ten otwór (podróż jest skończona nie wołajcie pracownika, bo będzie obciach ), bramka się otwiera po tym jak go włożycie i zamyka po przejściu przez nią.

W bramkach są czujniki i jak ktoś się ładuje nadprogramowo to może zostać przycięty i uznany za gapowicza. Uwaga - jeśli przechodzicie za kimś, to nie dotykajcie swoją kartą i nie wkładajcie biletu zanim on nie przejdzie, bo możecie mu niechcący zafundować przejazd. Jeżeli ktoś ma problem i zaświeci mu się czerwone ostrzeżenie, a Wy dotkniecie i odczyta waszą Oysterkę czy kartę bezdotykową lub papierowa Travelka przejdzie i zapali się zielone  - to oni przed Wami wejdą, a Wam się przed nosem bramka zamknie. Trzeba się będzie asystentowi tłumaczyć. Śpiesz się powoli, jak mawia przysłowie pszczół.

Travelki Jednodniowe  nowości i kontynuacje - ceny w tabelce na dole wpisu:

  • zlikwidowano papierowe Jednodniowe Travelki na strefy 1-2
  • na strefy 1-4 można tylko kupić papierową Jednodniową Travelkę w typie Anytime i kosztuje ona teraz 12 funtów.
  • Jednodniowa Travelka Anytime na strefy 1-6 pozostaje bez zmian 17 funtów.
  • Jednodniowa Travelka Off Peak na strefy 1-6 wzrosła do 12 funtów dla osoby dorosłej, dzieci 6 funtów.
  • Dziecięce Travelki Jednodniowe kosztują połowę ceny Travelki dla osoby dorosłej

Karta Oyster– to taki plastikowy bilet wielokrotnego użytku, można mieć na niej Travelkę tygodniową, miesięczną i roczną. Można też naładować sobie pieniądze i płacić za każdy przejazd - nazywa się to „pay as you go” (karta przedpłacona). Jest to tańsze niż płacenie gotówką, czy kupowanie pojedynczego biletu na metro itp.

Karta Oyster jest wydawana za kaucją £5,  tu nic się nie zmieniło. Kaucja jest do odzyskania, gdy się tę kartę odda, a można to zrobić  na każdej stacji metra lub w puntach sprzedaży, które są oznaczone niebieskim symbolem tej karty (nawet ogłaszają, że można im ją wysłać pocztą i też to jakoś zorganizują)

Price Cap (Price Capping – Limit Dzienny )  to taki system na karcie Oyster i kartach płatniczych bezdotykowych, który powoduje, że gdy osiągniemy określony dla danych stref limit opłat, to resztę przejazdów mamy  w tych strefach „za darmo”.

Koszt Daily Cap jest mniejszy niż dzienna Travelka.

Używanie karty Oyster

Można jej używać w autobusach - dotykamy tylko raz żółtego czytnika przy kabinie kierowcy przy wsiadaniu. Jeżeli są to nowe Routemastery i otwierają się wszystkie drzwi, a tylne są otwarte cały czas ( z wyjątkiem wieczorów i weekendów) , to dotykamy czytników przy wejściu przy drzwiach – uwaga, nie ma czytników na piętrze.

Natomiast w metrze, pociągach, DLR i na Overgroundzie dotykamy czytnika przy wchodzeniu i wychodzeniu ze stacji. Jest to ważne, bo jeżeli macie „pay as you go” nawet z wystarczającymi funduszami, a zapomnijcie dotknąć czytnika przy wejściu, podczas kontroli inspektor potraktuje to jak jazdę na gapę. Natomiast, jeżeli zapomnicie dotknąć przy wyjściu (np., gdy nie ma bramek) to automatycznie skasuje opłatę karną 8.80 funta – ta opłata nie wlicza się w Price Capping . Autobusy to wyjątek – tylko raz, gdy wsiadamy.

Kartą Oyster „pay as you go” można płacić tylko za jedną osobę, jest blokada, żeby przypadkowo nie kasowało 2 razy, nie da się tego obejść.

Autobusy i Tramwaje

Uwaga  w autobusach miejskich w Londynie nie można płacić gotówką.

Opłata za przejazd 1.50 funta, Daily Price Cap 4.40 funta. ( jest błąd na ich stronie, w paru miejscach nadal mają cenę z ubiegłego roku)

Wsiadając do autobusu dotykamy czytnika kartą Oyster lub kartą przystosowaną do uiszczania opłat metodą bezdotykową. Jeżeli mieszkacie w UK, to nie ma problemu, jak przyjedziecie do Londynu i macie taką kartę, możecie jej używać i opłaty będą jak z Kartą Oyster ( za pojedyncze przejazdy i także Price Capping za cały dzień – tylko pamiętajcie, żeby używać cały dzień tej samej karty). Uwaga też na przytykanie całego portfela, bo wtedy nie macie kontroli, z której karty was skasuje. Jeżeli macie więcej niż jedną bezdotykową, lub np. Oysterkę, trzeba się jednak wysilić i wyjąć ten kawałek plastiku.  

Wimbledon  jeśli jedziemy z tej stacji tramwajem, trzeba dotknąć przy wejściu na stacje przez bramki, a potem także żółty czytnik na peronie ( jest to bowiem stacja, z której można jechać także metrem oraz pociągiem, i chodzi o to, aby tylko skasowało za podróż tramwajem. Gdy jedziemy tramwajem do Wimbledonu, to dotykamy czytnika na przystanku tramwajowym, z którego wyjeżdżamy, a potem tylko bramek na dworcu w Wimbledonie.

Opłata za przejazd Tramwajem   2.50 funta, płacona gotówką, Karta Oyster i Bezdotykowa 1.50 funta.

Bus Saver tickets – karnety, nie ma ich już w sprzedaży, ale można nadal używać, jeżeli ma się ich jakiś zapas.

Tygodniowe, miesięczne i roczne Bus Passy są tylko na Kartach Oyster, papierowych już nie wydają. Tygodniowy Bus and Tram Pass kosztuje 21 funtów, miesięczny 80.70 funtów.

Travelka pozwala na podróżowanie we wszystkich strefach autobusami komunikacji miejskiej oznaczonymi znaczkiem Transport for London.

Tramwaje i Travelka – można użyć Travelki tygodniowej, miesięcznej jeżeli obejmuje ona strefy 3, 4, 5 lub 6.

Day Buss and Tram Pass powróciły po latach nieobecności, można je znów kupić w formie jednodniowej, ale tylko w dniu, kiedy jej chcemy użyć. Kosztuje 5 funtów, czyli Price Cap jest nadal tańszą opcją. Day Buss and Tram Pass jest do kupienia w formie plastikowej (w sklepach i centrach informacji) i papierowej (na stacjach metra i niektórych automatach). Za tę plastikową, wyglądającą jak Oysterka, nie dostanie się zwrotu kaucji – więc uważajcie, aby wam ktoś tej jednorazówki nie podsunął jako Oysterki.

Doładowanie Karty Oyster

Można to uczynić w każdym punkcie sprzedaży oznaczonym niebieskim symbolem Oyster, w kasie na każdej stacji metra i w automatach, także na dworcach kolejowych, no i oczywiście przez Internet.

Sprzedawcy mogą nam też powiedzieć, ile mamy na karcie. Gdy podajemy kartę mówimy np. ile chcemy doładować funtów, jeżeli używa się „pay as you go” - albo gdy chcemy tygodniową lub miesięczną Travelkę na Karcie Oyster to mówimy na ile czasu, na ile stref, i od kiedy ma zacząć działać.

Doładowanie w automatach  (jest instrukcja, jak to zrobić po polsku) jest też dość proste.

Najpierw dotykamy żółtego czytnika kartą Oyster, tu pojawiają się opcje co chcemy zrobić : „pay as you go” , czy kupić Travelkę.

Opcja „pay as you go” pozwala na doładowanie pieniędzy,

  • wybieramy z opcji na ekranie ile chcemy doładować,
  • płacimy gotówką lub kartą
  •  uwaga jeszcze raz dotykamy czytnika kartą  Oyster aby ją zaktualizować – jest to ważne.

Potem możecie jeszcze raz dotknąć czytnika i sprawdzić, ile macie na konciei czy zadziałało. Na wszelki wypadek zabierzcie też dowód wpłaty-doładowania.

Druga opcja  - Travelka – na tydzień i na miesiąc, do miesięcznej należy zarejestrować kartę aby ją chronić. Do tygodniowej nie trzeba tego robić.

  • wciskamy więc na ekranie, np. że chcemy tygodniową (7 dniową)
  • na ile stref
  • od kiedy ma być ważna
  • płacimy
  • znów dotykamy żółtego czytnika aby kartę zaktualizować.

Karty Bezdotykowe

Można tymi kartami płacić w autobusach, metrze, w tramwajach, na DLR i większości pociągów w obrębie zarządzanym przez TfL. Uwaga jeżeli karta nie została wydana w Wielkiej Brytanii to musice się dowiedzieć u wydającego banku ( instytucji )czy będzie ona tu działała i jakie będą ewantualnie opłaty za używanie tej karty.

Karta taka działa niemal jak Oysterka i tak mamy tu Peak and Off Peak, taryfę na pojedyncze przejazdy, Daily Price Capping na Autobusy i Tramwaje  oraz na cały transport (metro, DLR, bus, tram, kolej) – opłata podobnie jak Price Cap na Oysterce zależy od przejechanych stref.

Uwaga - jeżeli używacie jej w metrze, DLR, na kolei, to dotykacie kartą bezdotykową czytnika tak, jak używając Oysterki przy wejściu i potem przy wyjściu ( pamiętajcie aby użyć tej samej karty ! ) , a w autobusie tylko raz, w tramwaju tak jak Oysterki, pamiętajcie o Wimbledonie - trzeba dotknąć także na peronie przy wsiadaniu do tramwaju.

Funkcja „Monday to Sunday Cap” to taka automatyczna travelka tygodniowa. Jeżeli używa się tej samej Karty Bezdotykowej od poniedziałku do niedzieli, to automatycznie, jak dojdziemy do opłaty tygodniowej, przestaje nabijać. Podobna zasada jak Daily Price Cap – ale podkreślam, trzeba przez ten czas używać tej samej karty, działa to tylko w tym obrębie czasowym, może to się zmieni, ale obecnie nie wskoczy nam ten „Cap” np. od środy do wtorku lub soboty do piątku.

 

Przykładowe opłaty gotówką i Karta Oyster w systemie „pay as you go” w metrze, także na kartach bezdotykowych.

Strefa

Opłata gotówką

Oyster „pay as you go”

Peak

Off Peak

Peak Price Cap

Off Peak Price Cap

1

£4.80

£2.30

£2.30

£6.40

£6.40

1-2

£4.80

£2.90

£2.30

£6.40

£6.40

1-3

£4.80

£3.30

£2.80

£7.50

£7.50

1-4

£5.80

£3.90

£2.80

£9.20

£9.20

1-5

£5.80

£4.70

£3.10

£10.90

£10.90

1-6

£6.00

£5.10

£3.10

£11.70

£11.70

2-3

£4.80

£1.70

£1.50

£7.50

£7.50

2-6

£5.80

£2.80

£1.50

£11.70

£11.70

Peak Time Price Cap np. dla strefy 1 spadł z 8.40 funtów do 6.40 funtów; a Peak Price Cap dla 1-3 z 10.60 funtów na 7.50 funtów. Pojedyńcze opłaty na Oysterce i kartą bezdotykową wzrosły generalnie o około 10 pensów. Niestety wzrosły ceny niektórych Off Peak np. dla stref 1-4 z 7.70 funtów na 9.20 funtów.

Przykłady opłat za Travelki okresowe (Anytime and Day Off Peak – tylko papierowe; Tygodniowe i dłuższe mogą być na Oysterce)

Travelka

Strefa

Day Anytime

Day Off Peak

Tygodniowa

Miesięczna

roczna

1 i 1-2

£12.00

£12.00

£32.10

£123.30

£1284

1-3

£12.00

£12.00

£37.10

£144.80

£1508

1-4

£12.00

£12.00

£46.10

£177.10

£1844

1-5

£17.00

£12.00

£54.70

£210.10

£2188

1-6

£17.00

£12.00

£58.60

£225.10

£2344

2-3

£12.00

£12.00

£24.10

£92.60

£964

2-6

£17.00

£12.00

£40.10

£154.00

£1604



  • Najczęściej zadawane pytania:
  • Co się bardziej opłaca Travelka czy Oysterka? To naprawdę zależy jakie macie plany, czy jest to urlop, czy tu chcecie zamieszkać, czy to jest jeden pobyt, itp. Musicie popatrzeć na ceny i sami zdecydować, bo ja nie jestem w stanie tego za was zrobić. Czasem opłaca się zainwestować w Oysterkę, a czasem nie.
  • Jak dojechać z … do… ? Podaje linki do mapek metra i kolei, proszę tam sprawdzić. Na stronie TfLu jest też specjalna strona „Journey planner”,  na której to można sobie dokładnie sprawdzić, podając różne wiadomości np. stacje metra, nazwy atrakcji turystycznej, a najlepszym sposobem jest podanie kodu pocztowego.
  • Hotele – najlepsze strony, których sama używam podróżując po Wielkiej Brytanii to Tripadvisor, expedia - proszę tam zajrzeć.
  • Ile kosztuje przejazd z … do… Kochani, macie linki do cenników, proszę sprawdzić samemu. Tube, DLR i Overground   National Rail
  • Przejazdy z i do Londynu koleją tu proszę sprawdzać koszty i połączenia.
  • Oferta 2 za 1 na atrakcje ważna jest tylko z aktualnymi biletami kolejowymi lub Travelkami kupionymi w kasie na dworcu kolejowym – są one w pomarańczowym kolorze. Nie można mieć np. biletu z ubiegłego roku i próbować go użyć. Nie może to też być jakikolwiek bilet np. z Yorku do Edynburga, a próbujecie go użyć w Londynie. Trzeba mieć kupon z broszurki „2 for 1”, które są na większości dworców kolejowych i biurach Informacji Turystycznych. Można też wydrukować z Internetu na stronie Days Out – trzeba mieć wydruk, nie można tylko pokazać kuponu na telefonie. Jeżeli w atrakcji powiedzą „nie”, proszę nie robić obciachu i nie kłócić się, bo osoby, które tam pracują lepiej wiedzą, czy akceptują ofertę i jakie są warunki akceptacji.

Miłego zwiedzania, mieszkania itp...

Jak to zwykle na początku roku zacznę od nowych cen w londyńskim transporcie, bo, tak jak zwykle, zafundowano nam podwyżkę wspartą licznymi robotami na liniach metra i torach kolejowych – chyba byłoby nudno w zimie bez tych autobusowych serwisów zastępczych, odwołanych pociągów itp.   

Najpierw jednak wyjaśnię trochę terminologii, bo zawsze się pojawiają jakieś pytania w tej sprawie.

Londyn jest podzielony na 6 stref głównych (na niektórych liniach są dodatkowe strefy podmiejskie – proszę zerknąć na mapkę metra i sieci komunikacyjnej w Londynie) i cena opłaty za przejazd zależy od ilu i przez jaki strefy przejeżdżamy. Miasto ma różne rodzaje transportu: Tube (metro), autobusy, DLR czyli Docklands Light Railway, Tram (tramwaje) i National Rail (czyli koleje) oraz London Overground - też kolejka, która kiedyś nazywała się Silverlink. Autobusy nie są uzależnione od stref i opłata za przejazd jest stała, każda travelka pokrywa przejazd autobusami miejskimi w obrębie Londynu.( coach to autobus międzymiastowy, nie podlega TfLowi i np. jadąc coachem czy pociągiem na Stansted nie możemy użyć ani Travelki ani Oysterki)

TfL to skrót od Transport for London - siły wyższej, która koordynuje i zarządza różnymi rodzajami transportu w stolicy. Jest na ich stronie informacja po polsku, ale mają w broszurce jeszcze ceny z ubiegłego roku.

Christmas Day (25.12) – Boże Narodzenie – nic nie jeździ, każdy świętuje.

Przewóz bagażu  nie podlega opłacie, więc bez problemu można zabierać walizki, wózki itp., jeżeli jesteśmy te rzeczy w stanie sami przenosić i nie są one dłuższe niż 2 metry. Nie można ich umieszczać na siedzeniach i w przejściach, nie można przewozić materiałów niebezpiecznych, takich które mogą uszkodzić autobus, pociąg lub zranić innych podróżnych. Rowery nie są mile widziane w godzinach szczytu, i nic dziwnego czasem nie ma jak oddychać i taki osobnik z rowerkiem naprawdę wkurza. W pociągach są często specjalnie wydzielone miejsca gdzie należy postawić rower. Do autobusu wpuszczają tylko z rowerem składanym.

Osoby niepełnosprawne poruszające się na wózkach – w autobusach są wydzielone miejsca, często zajmowane przez matki z dziećmi w spacerówkach, teoretycznie powinny takie osoby zwolnić to miejsce dla osoby niepełnosprawnej, ale nie zawsze tak się dzieje. Autobusy mają rampy wysuwane w środkowych drzwiach (rampa wysuwa i wsuwa się przy zamkniętych drzwiach). Są limity w rozmiarach wózków: 70 cm szerokości i 120 cm długości plus waga jaka jest określona dla rampy w modelu autobusu – jest to wypisane na rampie lub przy drzwiach. Wózki elektryczne: szerokość 60 cm, długość 100 cm o promieniu skrętu 120 cm. Chodzi o to aby zmieścić się w to przeznaczone miejsce, wózek należy zaparkować plecami do kierunku jazdy. Osoba niepełnosprawna podróżuje autobusem za darmo, natomiast osoba jej towarzysząca podlega zwykłej taryfie.  Psy przewodniki, jak i każde inne jeżdżą za darmo.

W pociągach i na stacjach są przenośne rampy - trzeba zgłosić się do pracownika, który wtedy pomoże. Dużo stacji metra i kolejowych ma windy (lift)  itp. ułatwienia, ale nadal na części stacji są tylko schody. Nie można używać wózków na ruchomych schodach (escalator)  – jest to niebezpieczne nie tylko dla osoby na wózku, ale i innych używających ruchomych schodów.

W metrze i na dworcach kolejowych są specjalne szerokie bramki dla osób niepełnosprawnych, otwierają się one i zamykają wolniej, należy ich także użyć, gdy podróżuje się z dziećmi, wózkami dziecięcymi i walizkami.

Podróżowanie w grupie - musi być co najmniej 10 osób i muszą one podróżować razem, ten typ biletu tylko na strefy 1-6 ; osoba dorosła 8 funtów dziecko 4 funty. Podróż tylko w czasie Off Peak ( po 9:30 w dni powszednie i w weekendy i święta).

Podróżowanie z dziećmi

Dzieci do lat 5  podróżują za darmo, oczywiście nie same, pod opieką osoby dorosłej. Przy przechodzeniu przez bramki lepiej wziąć malucha na ręce lub przejść przez szeroką bramkę (dla wózków), żeby dziecka nie przycisnęło.

Dzieci od 5 do 10 lat jeżdżą za darmo autobusach; w metrze, DLR za darmo, ale tylko jeśli są pod opieką rodziców albo osoby dorosłej (do 4 dzieciaków na jednego dorosłego). Gdy mają same używać transportu należy im wyrobić kartę Oyster dla dzieci (5-10 Oyster Photocard), jest tu opłata administracyjna £10 i trzeba dostarczyć zdjęcie. Dobrze jest taką kartę wyrobić jeśli dzieciak wygląda na więcej niż 10 lat, nawet jeżeli ma tylko używać autobusów.

Uwaga: na kolei (National Railway) za darmo tylko do 5 roku życia.

Dzieci 11-15 należy wyrobić Zip Oyster photocard, z nią mają dzieciaki darmowe przejazdy autobusami i tramwajami oraz „pay as you go” na dziecięcych taryfach w metrze, DLR, pociągach i Overgroundzie a także sezonowe bilety w taryfach dziecięcych na tydzień, miesiąc itp.

  • Ograniczenie wiekowe – na stronie TfLu jest napisane, że dziecko się kwalifikuje jeżeli przed 31 sierpnia dziecko nie ukończyło 16 lat (Over 10 years and 11 months; Under 16 on 31 August).
  • Ważność karty to zawsze koniec września danego roku.

Trzeba złożyć aplikację przez Internet lub na poczcie. Trzeba udowodnić wiek, można użyć paszportu, aktu urodzenia, dostarczyć fotkę oraz zapłacić £10 które to jest opłatą administracyjną i nie jest zwracane, nawet jeżeli aplikacja zostanie odrzucona. Uwaga od połowy czerwca zmiana opłat - wzrost do 15 funtów za 11-15 Zip Oyster a do 20 za 16+ Zip Oyster.

Więcej szczegółów na stronie TfLu : 11-15 Zip Oyster photocard . Proszę potem kliknąć na "How to Apply" i mamy dwie opcje "I live in London borough" oraz "I live outside London" ( to też dotyczy zagranicy, wybiera się miejsce odbioru i trzeba przy odbiorze pokazać paszport dziecka z datą urodzenia.)

Są nadal w sprzedaży Dzienne Dziecięce  Jednodniowe Travelki w formie papierowej, w dwóch wersjach Peak (Anytime) i Off Peak. Dziecko musi być poniżej 16 roku życia, ale nie ma tu ogranicznika „sierpniowego” – ta data jest ważna tylko, gdy wyrabiamy 11-15 Oyster Photocard. Czyli jeżeli Wasza pociecha 14 września będzie miała  15 lat 11 miesięcy i 23 dni to nadal możecie kupić Jednodniową Travelkę Dziecięcą.

 Uwaga jest nowość w kategorii podróżowanie z dziećmi.

 

Pojawiła się opcja 11-15s Young Visitor discount.

 

To nowa inicjatywa i trochę pomaga, ale nie całkiem. Otóż można przerobić na maximum 14 dni tymczasowo Oysterkę na opcję płacenia stawek dziecięcych w systemie Pay as you go. Można to zrobić w kasach biletowych metra w strefie 1, na Heathrow, w Centrach Informacji Turystycznej i na stacji Kolejowej Victoria. Gdy to się wyrabia dziecko musi być z osobą wyrabiającą i Oysterka musi być zarejestrowana. No i tu się zaczynają górki, bo rejestruje się kartę w kasach metra, wypełnia się druczek i potwierdza adres rachunkiem, adres musi być w UK. Potem jednak stwierdzają że można taką zniżkę nałożyć na Visitor Oyster Card jeżeli już się taką ma ( kupuje się je przed przyjazdem do UK przez Internet) Po upływie tych 14 dni Oysterka znów jest ze stawkami dla dorosłych. Więc opcja ta pomaga jeżeli już mieszkacie w UK bo nie ma problemu z rejestracją Oysterki ale gdy przyjeżdżacie i nie załatwicie sobie tej Visitor Oyster Card odpowiednio wcześnie to już nie bardzo jest możliwość wykorzystania tej nowej opcji, bo na razie ( kwiecień 2015) nie akceptują adresów poza granicami UK w czasie rejestracji.  

Można też wyrobić kartę 16+Zip Oyster Card jeżeli nie mieszka się w UK - nowość - TfL ostation ciągle wprowadza zmiany, zwylke to robili raz przy corocznej zmianie cen.  Travel for under 18  na linku są zasady i link do składania aplikacji. Co trzeba dostarczyć wypełniając aplikację adres email, opłatę administracyjną, zdjęcie w formacie elektronicznym do 2mb; Kartę odbiera się osobiście w Londynie w Vistior lub Travel Information Centre (wyszczególnionym w mailu potwierdzającym) trzeba przynieść ten mail z potwierdzeniem że się to dostało i passport, ID card, dziecka lub akt urodzenia wszystko oryginalne dokumenty nie photocopie. Trzeba to zrobić co najmniej 4 tygodnie przez przyjazdem.

Zasady dla mieszkających w UK i Londynie są inne - możecie sprawdzić na tym samym linku. 



Studenci - uczący się w Londynie mają prawo do zniżkowych biletów okresowych, ale trzeba być studentem w akceptowanych placówkach – ich lista jest na stronie TfLu, oraz mieszkać w czasie studiowania w Londynie. Można sobie wyrobić kartę przez Internet, wypełniając podanie (aplication form), dostarczając fotkę i dowód, że jest się studentem – wydają to w placówkach edukacyjnych. Jest oczywiście opłata administracyjna £10, ale potem jest 30 % zniżki przy opłatach za Travelki okresowe.

Turystyczne Karty Oyster i Travelki kupowane przed przyjazdem

Można kupić tzw. Visitor Oyster Card lub Travelki przed przyjazdem do Londynu – odpowiednio wcześnie, bo wysyłają je do domu. Są nawet specjalne oferty z Visitor Oyster Card zerknijcie na ten link. 

Visitor Oyster Card może być używana tak samo, jak Oysterka kupiona na miejscu, można ją doładować, jak się wyda pieniądze. Minimum z jakim ją sprzedają to 10 funtów plus 3 funty opłaty aktywizującej – nie ma możliwości odzyskania tej sumy.

Travelki są w wersjach jednodniowa Anytime strefy 1-4 i 1-6 oraz Off Peak  na strefy 1-6. Ceny takie same ,jak kupowane na miejscu (popatrzcie w tabelkę). Dziecięce Travelki jednodniowe to połowa ceny dla osoby dorosłej. Przez Internet można kupić także tygodniową Travelkę i uwaga - można je kupić także dla dzieci w formie papierowej. Jest też więcej możliwości wyboru stref (1-2, 1-3, 1-4, 1-5, 1-6) Cena dziecięcej to połowa ceny dla osoby dorosłej. Ceny takie same jak kupowane na miejscu. Do tego jest doliczona opłata za dostawę. Wybieramy kraj, do którego ma być przysłana i datę od której ma być ona ważna (tego nie można po przyjeździe zmienić – więc jak coś nie wypali z przyjazdem, to przepadło).  Jeżeli okaże się, że im wyjdzie, że nie zdążą wysłać to transakcja nie przejdzie,. Musicie to kupić z odpowiednim wyprzedzeniem, oni zakładają 12-16 dni roboczych , tak żeby nie siedzieć już na walizce i czekać na listonosza.

Uwaga: te Travelki są wydawane przez TfL i nie uprawniają do skorzystania z oferty „2 za 1” przy zwiedzaniu atrakcji turystycznych. Aby skorzystać z tej oferty, trzeba mieć bilet lub Travelkę kupioną na stacji kolejowej – jest ona pomarańczowa i ma symbol National Rail.

Link do różnych Map   Mapa Metra i Pociągów

Tu są szczegółowe zasady korzystania z różnego rodzaju transportów Terms and Conditions of Carriage

No i okazało się że jest tu limit objętości wpisu i nie da się wszystkiego zmieścic w jednym.

Zanim zadacie pytanie przeczytajcie część drugą tutaj

niedziela, 16 listopada 2014

 

To już czwarte spotkanie z monarchami dynastii Plantagenetów, tym razem pozostawiamy Imperium Andegaweńskie i razem z Ryszardem udajemy się na krucjatę do Ziemi Świętej. „Devil’s Brood” kończy się śmiercią mojego ulubionego króla Henryka II, któremu serce pękło i ciało poddało się chorobie, po tym jak się dowiedział, że został zdradzony przez tych, którym najbardziej ufał i tych, których kochał. Król zmarł, niech żyje król i Ryszard nareszcie mógł zasiąść na tronie. Niestety nic nie jest proste i oczywiste, a kto zna historię wie, że panowanie Króla Ryszarda nie było usłane różami.

Autorka zabiera nas od razu na słoneczną Sycylię, gdzie poznajemy ulubioną siostrę braci Plantagenetów Joannę - Królową Sycylii. Migała ona w poprzednich książkach, ale jako dziecko została wyswatana i dość wcześnie wysłana na dwór swego przyszłego męża – takie były zwyczaje wśród średniowiecznych dynastii. Joanna pokochała swoją nową ojczyznę, nauczyła się tam tolerancji, bowiem jej królestwo zamieszkiwali także Saraceni, Chrześcijanie Obrządku Wschodniego i Żydzi. Do szczęścia brakowało jej tylko rodziny, niestety jedyne dziecko, jakie przyszło na świat w jej małżeństwie zmarło bardzo szybko. Poznajemy Joannę w chwilach dla niej trudnych, bowiem jej mąż William II de Hauteville umiera i spokojny świat, w jakim żyła to młoda kobieta się kończy. Kandydatów do objęcia tronu jest paru, najgroźniejszy, choć znajdujący się najdalej jest Cesarz Rzymski Henryk mąż Konstancji, siostry zmarłego Króla Sycylii. Ta kandydatura nie cieszyła się zbytnim powodzeniem, toteż miejscowa arystokracja wybiera na króla Tankreda, kuzyna zmarłego monarchy - nieślubnego syna brata ojca Williama II, czyli mieli wspólnego dziadka. Tak się zaczyna ta opowieść o legendarnym Królu Lwie Serce.

Po takim wstępie wracamy na północ, na dwór Andegaweński, pojawiają się stare i znane postacie – jest oczywiście kobieta, której sława i chwała przetrwała stulecia Eleonora Akwitańska, mamy Wilhelma Marshala, pojawia się znów Tilda córka Eleonory i Henryka II no i oczywiście John, który żyje spiskując, Alys francuska wieczna narzeczona Ryszarda, no i król Francji tchórzliwy Filip.  Pojawiają się nowe postacie np. rodzina królewska z Nawarry, gdzie Ryszard potajemnie negocjuje o żonę z Królem Sancho.  Jest tu także Morgan, syn Ranulfa wuja Henryka II. Młody Walijczyk jest co prawda postacią fikcyjną ale łącząca tę sagę o Plantagenetach, jest on często w centrum wydarzeń, a podążając za Ryszardem na krucjatę znajduje miłość swojego życia na Sycylii, gdzie poznaje Mariam siostrę z nieprawego łoża króla Williama II i oddaną przyjaciółkę Joanny.

Wyruszamy na wyprawę krzyżową razem z Ryszardem i królem Filipem, a tymczasem wiekowa już Eleonora udaje się do królestwa Nawarry, aby poznać Berengarię  nową narzeczoną i dostarczyć ją Ryszardowi przed ołtarz, gdzieś w drodze do Ziemi Świętej. Każda krucjata wpada po drodze na Sycylię i tak też zjednoczone siły Angielsko – Francuskie. Tutaj oczywiście Ryszard dowiaduje się, że Joanna jest w areszcie pałacowym, no i jak na rycerskiego brata przystało ujmuje się za swoją pokrzywdzoną siostrą. Dochodzi on do porozumienia z Tankredem, robiąc sobie wiecznego wroga w Henryku Cesarzu Rzymskim. Krucjata dopiero się zaczęła, a już pojawiają się problemy. Obie koronowane głowy nie mogą na siebie patrzeć, nie do pomyślenia jest to, że jeszcze niedawno byli to sojusznicy zwalczający Henryka II. Monarchowie mieli się dzielić zdobyczamia więc Filip domaga się połowy wypłaty uposażenia wdowiego, jaką dostał Ryszard dla swojej siostry Joanny - no i co ma tu piernik do wiatraka. Francuzi nawet grożą opuszczeniem wyprawy i Ryszard w końcu zgadza się wypłacić jedną trzecią sumy, Joanna oczywiście nie ma nic do powiedzenia.

Obie armie postanowiły przeczekać zimę w Messynie, Filip czekając na sprzyjające wiosenne wiatry, a Ryszard na swoją nową narzeczoną. Tymczasem Eleonora zawitała na Pampeluński Dwór i zabrała młodą, cichą, nieśmiałą i niezmiernie religijną księżniczkę w długą podróż do ołtarza. Czeka ich niezwykła podróż, przekraczają Alpy i jak orzeka Eleonora – „ nie spodziewała się, że będzie w swoim nobliwym wieku zjeżdżać z gór…” Po drodze spotykają Henryka będącego w drodze do Rzymu, muszą ukrywać, kim jest Berengaria, bowiem Henryk i Filip to sojusznicy.

A tymczasem w „Outremere” – tak określano tereny Ziemi Świętej pojawiają się nowe problemy, umiera Sybilla Królowa Jerozolimy, zaraza zbiera obfite żniwo, a Saraceni odnoszą sukcesy. Siostra przyrodnia Sybilli -  Isabella jest teraz dziedziczką korony, siłą rozwiedziona z mężem Humpreyem de Toron wydana zostaje za Conrada z Monteferrat, lepszego żołnierza i stratega. Wdowiec po Sybilli - Guy de Lusignan też chce władzy, a że jest on wasalem Ryszarda, a Conrad kuzynem Filipa i Henryka nie wróży to dobrze krucjacie.

Oczywiście Filip nie jest zadowolony, gdy dowiaduje się, że Ryszard żeni się z jakąś Berengarią z Nawarry, miał się żenić z jego siostrą Alys, zaręczeni byli od małego, już prawie 20 lat, a tu taka niespodzianka. Niestety dla Filipa Ryszard miał asa w rękawie, wykorzystał ziarna, które posiał kiedyś Francuski Król, aby poróżnić Ryszarda z jego ojcem Henrykiem II. No cóż, kto mieczem wojuje ….

Tyle się wydarzyło a to dopiero początek tej pasjonującej opowieści.

S. Penman zabiera nas w tej powieści na nowe tereny, na bardzo atrakcyjną podróż do Ziemi Świętej, na krucjatę. Ukazuje nam średniowiecze z punktu widzenia człowieka żyjącego w tej epoce. Religijność, wiara i męczeństwo w parze z normalnym codziennym życiem. Widzenie i postrzeganie świata, medycyna, technologia, strategia oraz rola kobiety są tu oddane w bardzo przystępny sposób, autorka naprawdę poświęciła dużo czasu studiowaniu epoki, a gdy popełnia błędy, to się do nich otwarcie przyznaje.

W notatkach od autorki dowiadujemy się, że Ryszard nie był jej ulubionym bohaterem, ale im więcej się o nim dowiadywała tym bardziej ją fascynował. Powoli rozpracowuje Ryszarda znanego z mitów i Ryszarda odkrytego z kronik itp. Poznajemy go jako wariata z mieczem w ręku, który pierwszy rwie się do walki, chce być w centrum każdej bitwy, ale z drugiej strony dba o swoich żołnierzy, troszczy się o nich, dlatego był tak uwielbiany przez swoich podkomendnych, którzy byli mu tak oddani, że poszliby za nim do piekła.

Czytając tę powieść miałam wrażenia, że jakoś pisanie szło Sharon ciężko tym razem, mi również czytanie na początku szło jak po grudzie, może to, dlatego że Ryszard nie był jej faworytem. Może dlatego, że brakowało tu silnej postaci kobiecej, Eleonora występuje, ale już w wieku sędziwym, nie może grać pierwszoplanowej roli. Żona Ryszarda to gołębica, jak on ją czasem pieszczotliwie nazywa, nie jest ona w stanie zaognić tej historii, jej jedynym problemem jest to, aby spełnić swój małżeńsko królewski obowiązek – dostarczyć męskiego potomka do królewskiej kołyski. A że do tanga trzeba dwojga nie bardzo jej się udaje, Ryszarda bardziej interesują bitwy, negocjacje, oblężenia i odsiecze. Prawdopodobnie kochał swoją żonę, musiała go na swój sposób pociągać, bo nie zabrał by jej po ślubie na wyprawę krzyżową, a zostawił w bezpiecznym miejscu na Sycylii, może wydawało mu się, że na wszystko ma jeszcze czas.

Joanna natomiast okazuje się być niezwykle barwną postacią, ona trzyma tę powieść w kupie, jest łącznikiem i katalizatorem podobnie jak fikcyjny Morgan.

Ta opowieść jest pełna akcji, humoru, dramatu, np.: okręt z Berengarią i Joanną na pokładzie po burzy osamotniony dopływa do Cypru, gdzie despotyczny władcy Isaaca Comnenusa wystawia im ultimatum, Ryszard o mały włos nie został pojmany w czasie polowania z sokołami, gdy napotkali liczny oddział Saracenów itd. Oj dzieje się tu i dzieje, knowania, negocjacje, rzezie i małe nieporozumienia o wielkich konsekwencjach, jak incydent ze sztandarem Leopolda V z Austrii. Po pierwszych wertepach w czytaniu, gdy nastąpiła dłuższa przerwa, czułam potrzebę zerknięcia na kartki, aby się dowiedzieć, co nowego się dzieje na krucjacie.

Sharon Penman kończy opowieść o Ryszardzie Lwie Serce w momencie, gdy z wyprawy wraca on do kraju, by ratować swoje Imperium, bo niedobry brat książę Jan i tchórzliwy Król Francji Filip knują planują i dołki pod nim kopią. To jednak nie koniec i o dalszych losach Ryszarda dowiemy się w powieści „King’s Ransom” (Królewski Okup).

Jak zwykle zachęcam was do lektury i mam nadzieje, że ktoś te powieści przetłumaczy na język polski, bo takiej pisarki jak ona to ze świecą i ogarkiem szukać. Ona zaprzecza twierdzeniu tych nieszczęsnych osobników, co uważają, że historia jest nudna. Nadal mnie zastanawia to, że nie powstał żaden hollywoodzki film na podstawie jej powieści. Dramat, akcja, romans, wszystko tu jest i nic nie trzeba wymyślać i podkolorować.

 



Inne powieści tej autorki, które polecam :

When Christ and His Saints Slept część pierwsza sagi.

Time and Chance  historia Eleonory Akwitańskiej i Henryka II.

Devil's Brood  bunty i walka o tron w Imperium Andegaweńskim.

sobota, 15 listopada 2014

 

W pracy bardzo często rozmawiamy o jedzeniu, to chyba najpopularniejszy temat, oprócz omawiania programów telewizyjnych – jako, że nie mamy telewizora to częściej wtedy słucham, niż gadam. Jedzenie to temat rzeka, rozczulamy się nad smakami z dzieciństwa, ulubionymi potrawami, słodyczami z lat młodzieńczych, dzielimy się opiniami o tym, co nam proponują w strefie gotowców supermarkety, która restauracja jest dobra itp., a czasem dzielimy się naszymi podbojami kuchennymi.

Jakiś czasem temu pojawił się artykuł w prasie stwierdzający, że większość producentów lodów waniliowych raczej używa sztucznych smaków, niż prawdziwej wanilii. Jako, że ostatnio lody waniliowe są moim ulubionym rodzajem, bardzo mnie to zmartwiło, wtedy moja koleżanka ( ta od chleba) stwierdziła, że najlepiej zrobić samemu. Zanim jeszcze zdążyłam powiedzieć o maszynie do robienia lodów (ice-cream maker,) ona szybko dodała, że ma w domu prosty przepis i nie trzeba maszyny, tylko mikser, albo chłopa, co będzie miał siłę i ochotę kręcić i ubijać. Następnego dnia dostałam na kartce przepis na lody waniliowe.

Składniki:

·       1 laska wanilii ( vanilla pod) w sklepach w UK sprzedają je w opakowaniach po dwie - drogo. ale warto bo smak lodów zależy przecież od składników.

·       1 łyżeczka od herbaty Ekstraktu waniliowego - nie esencji ale właśnie ekstraktu.

·       600 ml śmietany gęstej co najmniej 22% im gęściejsza tym lepsza ( double cream )

·       Puszka mleka skondensowanego ( sweetened condenced milk) uwaga nie kupcie przez pomyłkę evaporated milk – to nie to samo i się nie nadaje. Puszki mają 397 gram.

Potrzebny wam też będzie pojemnik na lody - około 1,5 litra, taki który można wsadzić do zamrażalnika, a także mikser lub robot kuchenny, lub osoba z mięśniami do ubijania – kręcenia.

Najpierw rozcinamy laskę wanilii i wyskrobujemy ziarenka – uzyskamy taką czarną pastę (to ona jest nam potrzebna), resztę płuczemy, osuszamy i wsadzamy do słoiczka z cukrem. Jak to tam posiedzi przez parę tygodni to mamy cukier waniliowy do używania w wypiekach.

Do pojemnika wlewamy mleko z puszki, śmietanę, łyżeczkę ekstraktu waniliowego oraz zeskrobaną pastę z ziarenkami wanilii. Włączamy robota, mikser lub mięśnie i kręcimy, kręcimy i kręcimy, aż pojawią się fałdki i gdy te fałdki po zatrzymaniu, się nie rozpływają to znaczy, że już dość tego kręcenia.

Wsadzamy do pojemnika, wylizujemy łyżki, mieszadełka, miskę a potem pojemnik z lodami wsadzamy do zamrażalnika i następnego dnia mamy wyżerkę. Uwaga jak za mocno się zamrożą to poczekać trochę z nakładaniem, my musieliśmy sobie nową łyżkę do lodów kupić, bo stara nie wytrzymała presji.

Lody Czekoladowe


Po udanym lodowaniu zapytałam się koleżanki, a co jak by się chciało lody czekoladowe. Ona nigdy nie robiła, ale poradziła, że pewnie najlepiej by było rozpuścić czekoladę na parze i dodać do mikstury.

Składniki:

·       Tabliczka czekolady do pieczenia, co najmniej 75% kakao.

·       1 łyżeczka ekstraktu waniliowego ( nie konieczna, ale jest fajny smak)

·       600 ml gęstej śmietany ( double cream) co najmniej 22%.

·       1 puszka mleka skondensowanego słodzonego.

Jak poprzednio śmietanę, mleko i łyżeczkę ekstraktu wlewamy do miski. Szklane naczynie żaroodporne umieszczamy nad gotującą się wodą, łamiemy czekoladę i czekamy, aż się rozpuści, my dodaliśmy raz trochę smakowej czekolady cappuccino i był taki delikatny posmaczek. Jak czekolada się rozpuści to najlepiej trochę poczekać, aż nie będzie taka gorąca i wlewamy do michy mieszamy szpachlą i kręcimy, kręcimy i kręcimy aż się fałdki nie rozpływają.


Potem wkładamy masę do pojemnika i pojemnik do zamrażalnika. No i jeszcze proszę nie zapominać o obowiązkowym oblizywaniu szpachli, łyżek, michy.

Lody malinowe.

Jak już tak eksperymentowaliśmy to stwierdziliśmy, że zastąpimy czekoladę malinami.

·       250 -300 gram malin, my użyliśmy świeżych, moja koleżanka mówiła żeby je podsmażyć jak na dżem, ale mi się nie chciało i je ostrzami w robocie rozciapciałam na drobnicę aż soczek ładnie puściły.

·       600 ml gęstej śmietany co najmniej 22%

·       Puszka mleka skondensowanego

·       Ekstrakt wanilii ( nie jest konieczny, ale można)

Najpierw rozciapciać maliny, a potem wlać śmietanę, mleko i ekstrakt (łyżeczkę) i zamieszać szpachlą, a potem kręcimy, kręcimy i kręcimy aż nam się fałdki utworzą. Potem masę do pojemnika, michę i łyżki do wylizania, a pojemnik z lodami do zamrażalnika.


Możliwości jest wiele, smaki sobie można wybrać, i dodać składnik smakowy do podstawy jaką jest: 600 ml gęstej śmietany (double cream) i puszka skondensowanego mleka. Myślimy o zrobieniu lodów cytrynowych, a ja dziś w sklepie dostrzegłam mleko skondensowane o smaku karmelkowym i od razu mi się zaświeciły oczka, że może by tak karmelkowe zrobić ….

Zachęcam, bo proste te lody do zrobienia i smaczne, że palce lizać.

Tagi: kuchnia lody
21:10, edyta1972 , jedzonko
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 listopada 2014

 

 

O 11-tym Listopada i obchodach Niedzieli Pamięci (Remembrance Sunday) już pisałam, ale ten rok jest specyficzny, bowiem mamy setną rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny (dziś nazywamy ją Pierwszą Wojną Światową), więc i obchody są szczególne.


W fosie Londyńskiej Twierdzy (Tower of London) dnia 5 Sierpnia 2014 roku rozpoczęto montowanie instalacji artystycznej upamiętniającej setną rocznicę przystąpienie Zjednoczonego Królestwa do Wielkiej Wojny. Gdy wsadzono pierwszego krwistoczerwonego ceramicznego maka w ziemię, nikt zapewne nie spodziewał się, jaki niesamowity efekt zostanie osiągnięty w taki wydawałoby się prosty sposób. Inspiracją do takiego upamiętnienia tej rocznicy był testament żołnierza z Derbyshire, który wstąpił do armii na ochotnika na początku wojny i zginął w czasie walk na terenie obecnej Belgii.


„Blood Swept Lands and Seas of Red” zostały motywem przewodnim tego hołdu, wiersz jest piękny, a ostatnie słowa jego autora po prostu wyciskają człowiekowi łzy z oczu. Żołnierz pisał list to rodziny, widział śmierć swoich kolegów, ziemia spłynęła krwią, morze krwi na około, był w samym centrum piekła na ziemi tak daleko od wszystkiego, co kochał, i kończy swój list- wiersz słowami o tym, że nadchodzi jego czas pójścia do ataku i ma świadomość, że może nie wrócić, prosi żonę, aby ucałowała jego synów.

The blood swept lands and seas of red,
Where angels dare to tread.
As God cried a tear of pain as the angels fell,
Again and again.

 As the tears of mine fell to the ground
To sleep with the flowers of red

As any be dead
My children see and work through fields of my
Own with corn and wheat,
Blessed by love so far from pain of my resting
Fields so far from my love.

 It be time to put my hand up and end this pain
Of living hell. to see the people around me
Fall someone angel as the mist falls around
And the rain so thick with black thunder I hear
Over the clouds, to sleep forever and kiss

The flower of my people gone before time
To sleep and cry no more
I put my hand up and see the land of red,
This is my time to go over,
I may not come back
So sleep, kiss the boys for me



Wersy “the flower of my people” to kolejne element stojący za inspiracją do tego obecnego hołdu poległym. Nie ma w tym wierszu wspomnienia o makach (poppies), ale to właśnie maki stały się symbolem pamięci ofiary żołnierskiej. Dlatego na parę tygodni przed 11 Listopada dosłownie wszędzie na ulicach, dworcach, atrakcjach turystycznych „sprzedają” takie czerwone maki. Inspiracją do przyjęcia tego niepozornego kwiatka był inny poemat kanadyjskiego lekarza podpułkownika Johna McCrea. Brał on udział w bitwie o Ypres w Belgii, w której Niemcy po raz pierwszy użyli gazu trującego (kwiecień 1915 roku ). W listach do rodziny opisał ten czas, jako prawdziwy koszmar, wielu zabitych i rannych, w tym jego przyjaciel A. Helmer. W czasie pogrzebu (maj 1915) zauważył on, że maki najszybciej wyrastały na grobach poległych żołnierzy. Następnego dnia siedząc na tyle ambulansu skomponował wiersz „ In Flanders Fields” (Na Polach Flandrii)

“In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,…”


W 1918 roku inna poetka amerykańska napisała wiersz zainspirowany poematem McCraego i przysięgła, że aby upamiętnić żołnierskie poświęcenie będzie nosić czerwony mak. W tym samym roku pojawiła się z jedwabnym makiem przypiętym do płaszcza na konferencji YWCA (Young Women’s Christian Association), tu spotkała francuską aktywistkę Annę E. Guerin, którą ta idea zafascynowała i wykreowała ona obecny wizerunek maku. W 1921 roku wysłała swoich makowych sprzedawców do Londynu i tak trafiły one przed oczy marszałka D. Haiga współtwórcy Royal British Legion, poparł on tę inicjatywę i wkrótce sprzedawcy maków pojawili się w całym Brytyjskim Imperium.

I dlatego właśnie mak wybrano na główny element hołdu poległym w Londyńskiej Twierdzy.


Każdy kwiat posadzony w Tower of London symbolizuje jedno stracone życie żołnierza Imperium Brytyjskiego, a o godzinie 10:50 11-go listopada tego roku zostanie posadzony w fosie ostatni z 888 246 maków, bo tylu się doliczono poległych w tej Wielkiej Wojnie. Każdy mak reprezentuje stracone życie, cierpienie, ból, a za każdym takim makiem stoi jeszcze rodzina, żony, dzieci, matki, ojcowie, kochanki, siostry, bracia, przyjaciele sąsiedzi itd., życie tych co pozostali zostało zmienione na zawsze.

Muszę powiedzieć, że ta instalacja autorstwa Paula Cumminsa i Toma Pipera  robie wrażenie, jest pięknym hołdem, choć nie było nic pięknego w okrucieństwie śmierci tych żołnierzy. Jesteśmy w stanie dostrzec rozmiar tragedii, liczba staje się wymierna, widzimy ogrom ich ofiary a ten mały delikatny niepozorny kwiatek wbija się w naszą pamięć, stał się symbolem silnym i jednoczącym. Pojawiły się słowa krytyki - krytyk sztuki Jonathan Jones zarzuca instalacji m.in. że gloryfikuje się konflikt, że propaguje nacjonalizm w stylu Nigela Farage’a, sugeruje, że prawdziwy memoriał powinien być zrobiony z drutów kolczastych i kości ludzkich, bo tylko wtedy miało by to odpowiednią wymowę.

No cóż ma on prawo do swojej opinii, a ja się z tym jego sposobem widzenia nie zgadzam. Sztuka nowoczesna często nas usiłuje zaszokować, rekiny w formalinie, uszy bulgoczące itp. To nie jest instalacja artystyczna w stylu sztuka dla sztuki, ale instalacja refleksyjna moim zdaniem. Minęło sto lat od tych wydarzeń, ich świadkowie wymierają, rany na duszach, ciałach, społecznościach i ziemi powoli się zabliźniają, nie musimy ich rozdrapywać w każdą rocznicę, eksponując okrucieństwo. Nie możemy jednak zapomnieć tych, co zginęli, składamy kwiaty na grobach zmarłych i tak honorujemy ich ofiarę złożoną z krwi. Nie widzę tu gloryfikacji, a raczej pochylone głowy w zadumie, przypomnienie, refleksja. Ludzie idą oglądać maki w fosie i przeraża ich to morze krwi, jest to hołd ku pamięci, chodzi tu o to, aby pamiętać, a nie rozpamiętywać.

Każdego maka już sprzedano, a dochód przeznaczony został do podziału między 6 organizacji dobroczynnych wspomagających weteranów i ich rodziny ( Cobseo – zajmującej się społecznościami wojskowymi; Combat Stress – zajmuje się ranami duszy: m.in. zespołem stresu pourazowego; Coming Home – pomaga rannym żołnierzom, rehabilitacja niepełnosprawnych w wyniku odniesionych ran; Help for Heroes – pomaga przystosować się do życia po wojnie; The Royal British Legion – pomaga weteranom i ich rodzinom; SSAFA – pomaga żołnierzom i weteranom wojskowym oraz ich rodzinom).


Dziś Czerwony Mak jest symbolem pamięci i odnosi się do konfliktów z ostatniego stulecia. Nosimy go, aby upamiętnić poległych żołnierzy walczących w różnych wojnach, można nawet powiedzieć walczących o wolność waszą i naszą. Co jest warte podkreślenia to fakt, że obchody rocznicowe są ceremonią jednoczącą, w tych dniach – Remembrance Sunday i Remembrance Day o godzinie 11 na dwie minuty pochylamy głowy dla uczczenia pamięci poległych żołnierzy. W tych dniach na pierwszym planie będą właśnie owi żołnierze, weterani, rodziny, a wszelkiego rodzaju spory powinny zostać odstawione na bok. Muszę powiedzieć, że te dwa dni raczej Brytyjczyków jednoczą, a wszelkie podziały zostawiane są w domach, na półkach czy gdzieś w zakamarkach świadomości.


Pamiętajcie o 11-tej godzinie 11 Listopada na dwie minuty stańcie i pochylcie głowę …

poniedziałek, 27 października 2014



Dotarliśmy tam podczas mojej drugiej wycieczki do Winchesteru, to urocze miasteczko przyciąga człowieka, ma tak bogatą historię, a zwłaszcza tę mnie najbardziej interesującą – dosłownie można się tu potknąć o średniowiecze.

Tym razem wybraliśmy się m.in. na spacer brzegiem rzeczki Itchen, a naszym celem był St. Cross Hospital (szpital pod św. Krzyżem). Spacer po bardzo malowniczej okolicy, momentami między dwoma ciekami wodnymi: rzeczką i jakimś kanalikiem czy odpływem/dopływem, a jeden z nich był na wyższym poziomie a drugi niższym, potem łąki z bydłem rogatym wylegującym się na popołudniowej drzemce. Wreszcie dotarliśmy do szpitala – choć bardziej do tego przybytku pasuje określeni przytułek, znaczenie słowa szpital zmieniło się od czasów średniowiecza.


Szpital pod św. Krzyżem w pobliżu Winchesteru to bardzo ciekawe miejsce. Jego historia sięga średniowiecza (lata 1132-36) i jak mówi legenda został on założony przez biskupa Winchesteru Henryka z Blois, wnuka Wilchelma Zdobywcy i młodszego brata króla Stefana z Blois. Otóż w czasie wojny domowej (czasów anarchii) między Stefanem a Maud (polecam doskonałą książkę o wydarzeniach z tego okresu autorstwa Sharon Pennman), biskup przejeżdżał przez okolicę i został zatrzymany przez młodą wieśniaczkę, która błagała go o pomoc dla swojej wsi, w której ludzie umierali z głodu, plony były niszczone w ciągłych walkach. Poruszony dolą ludu biednego, czcigodny biskup ustanowił ten Hospital pod św. Krzyżem dla 13 biednych i starych mężczyzn, którzy nie byli w stanie sami się o siebie zatroszczyć – nazwano ich braćmi św. Krzyża. Nie byli oni jednak mnichami i nie był to klasztor, a taka instytucja dobroczynna (almhouse).


Obowiązkiem tej instytucji było też wydanie posiłku dla 100 głodnych dziennie, kawiarenka jest w budynku nazywanym Hundred Man’s Hall. Szpital był dobrze wyposażony w ziemię, młyny i gospodarstwa, z których dochody wpływały do kasy i utrzymywały mieszkających tu braci i głodnych przybywających do bram przytułku. Szpital ten kultywował tradycję rozpoczętą przez mnichów benedyktyńskich z Opactwa w Cluny tzw „Wayfarer’s Dole” – otóż znużony wędrowiec mógł u bram poprosić o wsparcie. Najpierw była to butelka wina i bochenek chleba. Z biegiem czasu jednak zostało to zredukowane do „ cup of Beer and a piece of bread” czyli szklankę piwa i kromkę chleba – ale cóż dobre i to. Zwyczaj ten podobno jest przestrzegany do dziś, korciło nas, aby o to poprosić, ale jako, że przyszliśmy tam na pół godziny przed zamknięciem stwierdziłam, że lepiej pochodźmy sobie i pooglądajmy.


A jest, co oglądać, oto bowiem mamy okazję wkroczyć w progi najstarszej instytucji dobroczynnej w Anglii. Do istniejącej już społeczności braci w XV wieku a dokładnie w 1445 roku kolejny biskup Winchesteru dołączył Order of Noble Poverty (zubożała szlachta) dla 12 mężczyzn o błękitniej krwi, którym tak się w życiu ułożyło, że na starość nie ma ich kto nakarmić, napoić i dać schronienie. Tak więc od tamtej pory ten przytułek zapewnia godne życie 25 staruszkom.  Co rano staruszkowie udają się na modlitwy w swoich specjalnych strojach ci od św. Krzyża w czarnych szatach i czapkach (trencher hats) a ci od Zubożałej Szlachty w bordowych szatach i czapkach tego samego rodzaju.

Ponieważ jest to budynek zamieszkały i nadal funkcjonujący, jako przytułek nie można sobie tak łazić wszędzie gdzie popadnie, mieszkający tu staruszkowie mają prawo do prywatności i spokoju, ale to, co można zwiedzić naprawdę jest warte zachodu.

Gdy wejdziemy na teren przytułku, to naprzeciwko bramy znajduje się najstarszy zachowany obiekt - jest to dość duży kościół w stylu romańskim (Norman jak to oni tu określają). Został on nazwany miniaturową katedrą i zaliczony w poczet 1000 najlepszych kościołów w Anglii przez Simona Jenkinsa dziennikarza i publicysty związanego z dwoma wielkimi organizacjami zajmującymi się zabytkami w Wielkiej Brytanii – National Trust i English Heritage.


Budowę kościoła rozpoczęto w 1135 roku, a ostatnie dodatki wykonano 200 lat później. Rzucają się tu w oczy klasyczne założenia architektoniczne - plan krzyża z wieżą na środku. Mury kościoła mają grubość 1 metra a materiały budowlane sprowadzano aż z kamieniołomów w Caen (w Normandii), z Dorset i wyspy Wright, kawałki krzemienia pochodzą ze złóż lokalnych. Na kolumnie w północnej nawie jest wyrzeźbiony krzyż, a ciekawostką jest, że kamienie w oknie najbliżej wschodu w północnym transepcie są tak ułożone, że słońce oświetla ten krzyż tylko dwa razy w roku 3 Maja ( Invention of the Cross – Znalezienie Krzyża Świętego) i 14 Września (Holy Cross Day – Podwyższenie Krzyża Świętego). W kościele odbywają się msze niedzielne dla Braci oraz lokalnej społeczności oraz wszystkich chętnych, w normalne dni tygodnia jest to kaplica prywatna, ale udostępniona do zwiedzania.

 


Brethren’s Hall też jest udostępniony do zwiedzania. Jest to jak każdy średniowieczny Hall główne pomieszczenie w którym tętniło życie, tu przez stulecia braciszkowie spożywali swoje posiłki. Schody wiodą do pokoju tzw., Mistrza, na środku jest palenisko, galeria dla muzyków, podium na którym Mistrz jadał swoje posiłki, a w rogu złożony stół, który miał być prezentem dla króla Stefana od Henryka de Blois. Człowiek tu stoi i rozgląda się bo takie cudeńka się tu zachowały, że aż się serce i oczy radują.


Ale to nie koniec atrakcji, korytarzem, schodkami wydeptanymi przez tysiące bratnich stóp dochodzimy do kuchni. Obecny budynek kuchni został zbudowany w 1450 roku i przez następne 500 lat tu przygotowywano posiłki dla braci i służących w przytułku. Kuchnię zmodernizowano 200 lat temu wstawiając tzw. range – najbliższe słowo w polskiej terminologii to chyba kuchenka, było to bardzo nowoczesne urządzenie do przygotowywania posiłków. W taki oto sposób w średniowiecznej skorupce mamy kuchnię z okresu tzw. georgian ( czas panowania królów z dynastii Hanowerskiej). Pomieszczenie jest wysokie ponieważ uwzględniono miejsce na dym i gorące, unoszące się powietrze. Obecnie okna są przeszklone, ale w czasach średniowiecznych, a nawet później nie było w nich szyb działały one jak otwory wentylacyjne.


Ta unowocześniona kuchnia jest bardzo ciekawa, naprawdę ułatwiała życie kucharzom przygotowującym posiłki dla braciszków. Są tu zadziwiające elementy np. ta część na lewo od rusztu – tam jest ukryty za cegłami bojler – kocioł. W tym kotle utrzymywano gorącą wodę zawsze pod ręką do gotowania i zmywania, obok mamy studnię z wodą i zlew.


Środkowa część kuchni była głównie używana do przygotowywania posiłków i było to urządzenie naprawdę wielofunkcyjne. Mamy tu specjalnie umocowane wysięgniki na których zawieszano na łańcuchach sagany i czajniki do gotowania, można było regulować odległość od ognia aby uzyskać wymaganą temperaturę. Są tu też dwa trójnogi (trivets) nad paleniskiem na różnych wysokościach w zależności od potrzeb. Następne genialne rozwiązanie to specjalny mechanizm zębatkowo-zapadkowy - urządzenie to pozwalało na ustawienie metalowych belek w formie platformy ułatwiającej gotowanie.


Bardzo ciekawy jest też mechanizm obracający rusztem. Otóż aby coś upiec na ruszcie trzeba regularnie nim kręcić, jest to bardzo nudna i wymagająca siły i cierpliwości robota. W kuchni zawsze zaganiano do niej najniżej w hierarchii stojących pomagierów, a jak coś przypiekli z jednej strony to obrywali po uszach. Otóż nad paleniskiem umocowano w okapie wiatrak który był obracany przez gorące unoszące się do góry powietrze, a to, poprzez układ kół zębatych, porusza łańcuchy do których zamocowane jest ruszt. Wynalazek bardzo ułatwiający życie, zwłaszcza, że można także regulować odległość rusztu od ognia i wysokość na jakiej mięsko przypiekano.

Po lewej stronie tej bardzo nowoczesnej kuchni mamy piec chlebowy. Nie ma tu ani paleniska ani przewodu kominowego, piecyk ten nagrzewano spalając drewno lub węgiel drzewny na specjalnej tacy, cegły się nagrzewały i do takiego nagrzanego pieca wkładano chleb.

Po tej kuchni chodziliśmy najwięcej, bo te urządzenia są bardzo ciekawe, a nas zawsze interesują takie normalne aspekty życia. Jest to niesamowita okazja zobaczyć taki mechanizm na własne oczy. Obok w pomieszczeniu za szybą stoją inne przydatne w kuchni przedmioty, michy, durszlaki, dzbany, moździerze, talerze itp., cuda takie że aż miło.

W każdym szanującym się domu jest też piwniczka, a w piwniczce baryłeczki, pisałam już chyba o tym nie jeden raz, że w dawnych czasach pito więcej trunków alkoholowych niż wody, woda bowiem często była zanieczyszczona, a napitek z procentami zabijał te złośliwe drobnoustroje. Bogaci pili wino, czasem rozcieńczane wodą, biedniejsi pili „ale” taki podpiwek, każda pani domu wiedziała jak się to przygotowuje. W inwentarzu tego przybytku mamy także budynek do produkcji tego trunku (ale), jako że używano tego trunku bardzo dużo, składowano je w większym pomieszczeniu pod głównym holem. Co teraz wydaje się nam dziwne, ale dzieciom dawano także taki trunek tylko trochę rozcieńczony wodą.

Moja koleżanka z pracy stwierdziła kiedyś, że to nic dziwnego że średniowiecze spływało krwią: tu bunt, tam wojenka itp., bo jak mogło być inaczej skoro wszyscy chodzili wiecznie nabzdryngoleni.

W piwniczce która była taką małego kalibru chłodnią trzymano także mięso zarówno surowe jak i pieczone itp. Beczki nie są oczywiście oryginalne ale półki już tak.

To miejsce jest po prostu urocze, tyle tu ciekawych rzeczy do zobaczenia, a potem zmęczonym nogom można dać odpocząć w cichym przytulnym ogródku.

Zachęcam Was do odwiedzenia tego miejsca, jest to unikat historyczno-społeczny. Proszę jednak pamiętać, że mieszkają tam staruszkowie, po trudach życia zasłużyli na odrobinę spokoju na stare lata. Proszę w czasie swojej wizyty uszanować to miejsce, jest to bowiem ich dom.

Godziny otwarcia

1 Listopada – 31 Marcha; od poniedziałku do soboty; od 10:30 do 15:30

Zamknięte w Niedzielę i Boże Narodzenie.

1 Kwietnia – 31 Października; od poniedziałku do soboty; od 9:30 do 17:00; w niedzielę od 13:00 do 17:00.

Zamknięte w Wielki Piątek.

Ceny biletów:

Dorośli - £4

Ulgowe (studenci i emeryci po 60-tce) – £3.50

Dzieci – £2

Rodzinne - £10

poniedziałek, 22 września 2014

Trafiliśmy na ten ewenement przypadkiem w czasie imprezy „Open House” i bardzo nas ten budynek zaintrygował. Wiąże się z tą niepozorną budką ciekawa historia. Otóż taksówka to dość stary wynalazek, słowo „Cab” jest skrótem od nazwy Hanson Cab, a samo Cab jest skrótem od Cabriolet  (po naszemu dorożka ). Nazwa „Cab” została zaadoptowana do samochodowej taksówki i generalnie mówi się „cab”. Mamy jednak tych „cabów” wiele rodzajów - black cab te klasyczne londyńskie ładne taksówki, które można zatrzymać na ulicy,  są też prywatne firmy, gdzie taksówkę zamawiamy przez telefon i wtedy przyjedzie po nas „minicab”. Licencjonowane dorożki pojawiły się już w latach 40 XVII wieku, a w 1860 było ich już około 4 600 na ulicach Londynu. Przypomnijcie sobie, jak wyglądała dorożka z filmów o Sherlocku Holmesie - ten biedny dorożkarz siedział tam na górze w deszczu, mrozie, wietrze itp. Praca niezbyt ciekawa, więc nic dziwnego, że dorożkarze robili co mogli, by nie przemoknąć do suchej nitki. Dorożkarz nie mógł zostawić dorożki bez opieki, więc większość dorożkarzy zatrudniała chłopca do pilnowania zaprzęgu i konia, a sami chronili się przez złą pogodą w miejscach ciepłych i gwarnych – przybytkach gdzie można było zapylone gardło przepłukać. Więc tak się czasem zdarzało, że na postoju pełno, ale nie ma komu jechać, bo wszyscy siedzą w pubie.

W styczniu 1875 roku Kapitan Armstrong edytor magazynu „The Globe”, mieszkający w dzielnicy St. John’s Wood, chciał dojechać do pracy na Fleet Street, wysłał więc służącego po dorożkę, a ten po godzinie wrócił przemoczony i przemarznięty. Były dorożki na postoju, ale dorożkarze byli w pobliskich spelunach tak podchmieleni, że nie byli w stanie poprowadzić powozu.

Dobry Kapitan postanowił coś z tym zrobić, a że był to czas silnie działającego Ruchu Abstynenckiego, znalazł poparcie m.in.7-mego Earla z  Shaftesbury i tak powstała fundacja schronisk dla dorożkarzy (Cabman Shelter Fund). Celem fundacji była budowa budek na postojach przy najbardziej uczęszczanych ulicach w promieniu 6 mil do Charing Cros. Każda budka miała mieć pomocnika i sprzedawać zdrowe i pożywne przekąski oraz trunki niealkoholowe po umiarkowanej cenie. Miało to upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, ofiarowało schronienie i odciągało dorożkarzy od złego nawyku alkoholowego. Na wyposażeniu budek były też książki i gazety - takie datki od wydawców, zakazany był hazard, przeklinanie i dyskusje polityczne (ha ha).

 

Pierwszą budkę otworzono już w tym samym roku 1875, nota bene w dzielnicy St. John’s Wood, tak jakoś blisko miejsca zamieszkania dobrego kapitana. Późniejsze budki były większe i miały nawet kuchnie, a pomocnik mógł odgrzać dorożkarzowi jedzenie. W latach 1875 – 1950 zbudowano 47 budek, mają one charakterystyczny zielony kolor i jeszcze bardziej charakterystyczny kształt. Do czasów obecnych zachowały się zaledwie 12 i są one objęte ochroną.

Jedna z takich budek znajduje się na ulicy Temple Place, przy stacji metra Temple. Warto się tam przejść i przyjrzeć tej zielonej budce.

Nam się dodatkowo poszczęściło, bo w dzień gdy tu wstąpiliśmy na postoju stała też stara taksówka – cab z lamusa.

 

niedziela, 29 czerwca 2014

Możecie zadać pytanie, co ma wspólnego chleb z życiem w Londynie. Na pierwszy rzut oka niewiele, ale to dobry polski chleb jest tym, za czym najbardziej tęsknimy, poza rodziną oczywiście. Ten masowo produkowany, krojony chleb nadaje się jedynie na tosty, choć Anglikom on smakuje, to nasze polskie podniebienie jakoś nie może się do niego przekonać. Te przysupermarketowe piekarnie produkują taki bochenkowy „tradycyjny” chleb, ale nie jest to jednak to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

Rozmawialiśmy ostatnio w pracy o nadchodzącej tegorocznej edycji programu BBC „The Great British Bake Off” i m.in. o chlebie i moja koleżanka powiedziała, że ona sama piecze. Kiedy stwierdziłam, że w mojej kuchni nie ma miejsca na „breadmaker” (maszynkę do pieczenia chleba), ona radośnie dodała, że wcale nie trzeba maszynki. Moje oczy musiały się powiększyć do wielkości monety dwufuntowej (naszej pięciozłotówki), bo zaraz mi powiedziała, że to jest bardzo proste. Pieczenie chleba i określenie proste jakoś mi nie szło w parze i nadal musiałam mieć dość niewyraźną minę. Przekonywała mnie dalej stwierdzając, że to jest prostsze niż quiche (czytaj Kisz) potrawa, na którą już od niej dostałam kiedyś przepis i wielokrotnie go robiłam (może kiedyś pojawi się o tym na blogu).

Następnego dnia dostałam pięknie wykaligrafowaną – koleżanka jest rysowniczką – kartkę papieru z przepisem na duży bochen chleba lub dwa małe. Oczywiście patrzyłam na to ze strachem i niedowierzaniem, pieczenie chleba to jakaś magia, wyższa szkoła jazdy i przypomniało mi się jak tata opowiadał o piecu do pieczenia chleba w swoim rodzinnym domu, a tu ja teraz mam to zrobić w mojej kuchni. Koleżanka jeszcze raz mnie zapewniła że to nic trudnego i że drożdże odwalają za nas całą robotę. W następny wolny dzień zrobiłam sobie listę zakupów i rano o 8 wyruszyłam do sklepu. Dość długo stałam przed półkami z produktami do pieczenia, do tej pory znałam tylko mąkę plain (taka zwykła mąka) i self rising (taka z dodatkami m.in. substancjami wspomagającymi) a tu nagle pojawiły się nowe rodzaje mąki specjalnie do chleba i nie są to te mieszaki do maszynek. I tak mamy: white bread flour (białą mąkę do chleba), strong white bread flour, wholemeal bread flour (wholemeal to taka mąka, z jak ja to nazywam farfoclami z przemiału, samo zdrowie), rye flour (żytnia mąka), spelt flour (pszeniczna) itd. Koleżanka polecała mieszać white i wholemeal więc kupuję po torebce każdej.  Następny konieczny zakup do drożdże w torebkach – suche sproszkowane. Każdy supermarket te produkty ma, spod własnego szyldu lub firmowe.


Wracam do domu i wykładam zakupy, wyciągam potrzebne naczynia, miarki, myję wielką deskę szklaną, która służy za stolnicę, potem myję ręce, rozkładam produkty i zaczynam piec mój pierwszy w życiu chleb.

Potrzebne składniki na mały bochenek – jeżeli je podwoicie to będziecie mieli dwa lub jeden duży.

  • 350 gramów mąki (najlepiej zmieszać dwa rodzaje, więcej białej bardziej chleb urośnie)
  • 1 łyżeczka soli (taka łyżeczka do herbaty – teaspoon)
  • Szczypta cukru
  • 1 opakowanie drożdży suchych – easy bake east – opakowanie ma 7 gram
  • 215 mililitrów ciepłej wody
  • Półtora łyżki oliwy z oliwek ale może być i inna – tablespoon

Można dodać też ziarenka maku, słonecznika, pokrojone oliwki ( to mój najczęstszy dodatek – moja druga połowa uwielbia oliwki) itp. Jeżeli dodaje się mokre dodatki można użyć mniej wody, a przy mące wholemeal trzeba troszeczkę więcej wody.

Robienie ciasta


Do michy wsypujemy mąkę, sól, cukier, drożdże i mieszamy. Do wody dodajemy oliwę i mieszamy łyżką i taką miksturkę wlewamy do michy. Na początku można to mieszać łyżką, ale potem trzeba łapki w michę i gnieść, aż nam się składniki połączą w bryłę.

I teraz to na stolnicę i gnieciemy, miętosimy, rozciągamy przez parę minut, formujemy w bryłę i znów, aż poczujemy, że nam się ta bryła wygładza i ciasto wydaje się być przyjemne w dotyku i takie gładziutkie. Wtedy posypujemy michę odrobiną mąki i wkładamy bryłę ciasta do michy, przykrywamy folią i odstawiamy na około godzinę, a w chłodniejsze dni na trochę dłużej. Jak ciasto urośnie, tak mniej więcej podwoi się, wyciągamy z michy i na stolnicę i znów się trochę nad nim znęcamy, gnieciemy, rozciągamy itd. przez około 5 minut ciasto zrobi się takie sprężyste.


Formujemy sobie to ciasto albo w okrągły bochenek, albo w podłużny jak nam się podoba i kładziemy na blachę wysmarowaną oliwą, można do formy ale ja nie mam i nie próbowałam. Przykrywamy to czystą, wilgotną ściereczką i czekamy, aż znów urośnie – znów się podwoi.


Rozgrzewamy piekarnik do 220°C (425°Faranheit w Angielskim systemie) i wkładamy wyrośnięty i opruszony mąką bochenek na 10 minut na środkową półkę, potem zmniejszamy temperaturę do 190°C (375°Faranheit) i pieczemy przez następne 20-25 minut (jak duży bochenek z podwójnych składników to na około 30 minut). Chlebek powinien mieć złocisty kolorek i jak się przekręci i popuka w spód to słychać charakterystyczny pusty dźwięk.


Proste to i smaczne, że palce lizać, a najlepsza do takiego chlebka to „pasta” z tuńczyka, ale o tym to już będzie w następnym odcinku …

Smacznego



Tagi: chleb
20:57, edyta1972 , jedzonko
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32
Flag Counter