sobota, 11 lipca 2015

Blue Morpho występuje w Meksyku, Centralnej Ameryce i północnych regionach Ameryki Południowej i Pargwaju na Trinidadzie.

W czasie naszego pobytu w Stratford natknęliśmy się na Farmę Motyli, jest ona po drugiej stronie rzeki naprzeciwko mostku dla pieszych. Trzeba tylko przejść przez drogę i już się prawie jest na miejscu. Jest to urocze miejsce, gdzie można sobie pochodzić wśród motyli. Mają tutaj także drobne ptaszki, papużki, rybki, jest wylęgarnia motyli i hodowla gąsienic, część z pająkami, inne owady np. koniki polne, żuki, itp. Naprawdę jest się, na co napatrzeć a jak się jest cierpliwym to można zobaczyć jak motylek wyłazi z kokonu. Farma jest otwarta przez cały rok, latem do 6 wieczorem zimą do 5. Ostatnie wejście na półtorej godziny przed zamknięciem.

Ceny:

Dorośli – £6.25

Ulgowe ( Emeryci i studenci ) – 5.75

Dzieci ( 3-16 lat) – 5.25

Rodzina ( 2 dorosłych i 2 dzieci) – 18.50

Kod pocztowy – CV37 7LS.

Naprawdę polecamy, bo jest tu bardzo ciekawie, byliśmy już dwa razy, motylki są urocze, latają sobie, siadają na karmnikach i jedzą, piją potem tańczą w powietrzu. Jak się ma szczęście to jakiś na was usiądzie żeby sobie odpocząć, ja chodziłam z takim pasażerem prawie godzinę.

na śniadanku bananowym

w pijalni soku


Oto kilka fotek na zachętę, nie znam się na motylach, nie jestem w stanie rozpoznać ich na pierwszy rzut oka, a nawet na drugi, niektóre podpisałam po żmudnych poszukiwaniach i gapieniu się na inne zdjęcia w galeriach motylkowych. Jeżeli jest tu jakiś błąd to wybaczcie.

 Greta Oto - Clearwings o przezroczystych skrzydełkach występuje w Meksyku, Panamie i Kolumbi. 

 Kallima Paralekta - Indian Leafwing występuje na wyspach Jawa i Sumatra

Caligo Memnon (The Owl) występuje w Meksyku i lasach tropikalnych Amazonii.

Purple Mort Blue - Eryphanis polyxena -  występuje w Południowej Ameryce m.in w Wenezuelii, Brazylii, Kolumbii i Paragwaju. 

Morpho Palypphemus (White Morpho) Występuje w Meksyku i Amerycie Centralnej

Partenos sylvia - Clipper - występuje w Południwej i Południowo-wschodniej Azji

Dryas Julia - The Flame - Brazylia, południowy Teksas i Floryda 

Pachliopta Kotzebuea Pink Rose występuje na Filipinach

Papilio palinurus - Emerald Peacock Swallowtail występuje w Południowo-wschodniej Azji - tu po wyśćiu z kokonu jeszcze nie rozprostował skrzydełek

A Papilio Dardanus znany też jako African Swallowtail, Moker Swallowtail, czy Flying Handkerchief czyli latająca husteczka; występuje w Afryce Subsaharyjskiej

A Papilio Thoas - King Swallowtail (?) Południe Ameryki Północnej, Ameryka Centralna i Południowa. 

A Papilio Memnon występuje w południowej Azji

Eumaeus Atala występuje na Florydzie, Kajmanach, Kubie i wyspach Bahama. 

 Idea Leuconoe - Peper Kite, Rice Paper lub Large Tree Nymph (rusałkowata) występuje w Południowo-wschodniej Azji

Graphium Agamemnon - Tailed Jay, Green Spoted Triangle - India, Sir Lanka, Południowo-wschodnia Azja i Australia.

Archaeoprepona Demophon - Banded King Shoemaker - występuje w Meksyku,  Centralnej Ameryce, na Karaibach i północy Ameryki Południowej. 

 Heliconius Antiochus występuje w Panamie i Amazonii

Consul Fabius -  Tiger Leafwing - występuje w krainie neotropikalnej : Antyle i Ameryka Południowa oraz Galapagos. 

To chyba Heliconius Sapho - Sapho Longwing występuje od Meksyku do Ekwadoru. 

Ten był uroczy ale co to jest nie mam pojęcia. Myślałam że to tzw. Malachitowy ale ten ma mieć skrzydełka od spodu w innym kolorze niż na górze tak jak ten na dolnej fotografii. 

 

Ten motyl to trudny orzech do zgryzienia, wydawało mi się że to jest Mechantis Polymnia - Disturbed Tigerwing, potem że to jest Ththorea Harmonia - Harmonia Tigerwing a może to coś zupełnie innego... 

 

To też chyba jakiś Heliconius wydaje mi się że to może być Cydno - Cydno Longwing 

Lycorea Cleobaea - Tiger-Mimic Queen - występuje w Meksyku, Centralne Ameryce i Amazonii

 

Danaus Chrysippus - Plain Tiger - występuje w Azji i Afryce podobno to pierwszy motyl jaki pojawił się w sztuce, 3 500 lat temu w Egipie na fresku w Luxorze. 

 

Do opisu motyli użyłam strony Farmy w Stratford oraz przewodnika online po wystawie o motylach w muzeum Historii Naturalnej na Florydzie i wikipedię. Jako że na motylach zupełnie się nie znam, to jeśli popełniłam błędy to proszę o wybacznie i podesłanie podpowiedzi. Dla mnie motylki są śliczne, bajeczne i czarujące ...

czwartek, 09 lipca 2015

 

Ponieważ New Place and Nash House były zamknięte w czasie naszej majowej wizyty, otworzono dom pod numerem 26 (kiedyś nazywany Ancient House – Stary Dom) z tej samej epoki (Tudorów) po drugiej strony ulicy –High Street. Dom ten został zbudowany w 1596 roku dla lokalnego rzeźnika Tomasa Rogersa. Data budowy i inicjały pierwszych właścicieli m.in. drugiej żony Rogersa, Alice zostały wyrzeźbione w drewnianej fasadzie domu.


Rogers był bogaty, w jego posiadaniu były domy po sąsiedzku 27 i 28 High Street, był zamożnym przedsiębiorcą, oprócz rzeźnictwa zajmował się on też handlem zbożem i bydłem. Był członkiem Rady Miejskiej, w której zasiadał obok Johna Shakespeare’a - ojca Williama. Taki dom, z pięknie wyrzeźbionymi detalami na fasadzie, to typowe oświadczenie o statusie społeczno-majątkowym. W czasie renowacji na początku XX wieku znaleziono malowane szkło, były to fragmenty pochodzące z okna. Takie elementy dekoracyjne spotyka się zazwyczaj w kościelnych budynkach, gdzie mamy piękne witraże, w domach prywatnych jest to kolejne przypomnienie o statusie majątkowym. Szkło to datowano na XV wiek i zostało ono prawdopodobnie przyniesione do tego budynku z innego miejsca, może ze starego domu. Rośliny na oknie to kopie rycin z dzieła Johna Gerarda „ The Herball or Generall historie of plants”, i są na nich przedstawione:  narcyz, pierwiosnek bezłodygowy , orlik (columbine, Aquilegia), dąb i ostrokrzew.


Rogers miał 60 lat, gdy zbudowano ten dom i sporę gromadkę dzieci z obu małżeństw. Gdy zmarł w 1611 roku dom przeszedł w posiadanie jego syna z drugiego małżeństwa, też Tomasa. Był on też „maltsterem”, zajmował się on produkcją słodu (skiełkowanych i wysuszonych ziaren zbóż) używanego w piwowarstwie, (słodownik). Na pewno był to dochodowy biznes, trunki jak piwo i „ale” tzw. piwo górnej fermentacji, były pite w ogromnych ilościach, nawet dzieci piły je rozcieńczone, bowiem procesy produkcyjne i zawarty w nich alkohol odkażały wodę.

Po jego śmierci dom odziedziczył jego syn Edward Rogers, którego profesją było składanie i oprawianie książek. W połowie XVII stulecia sprzedał on ten dom kowalowi Johnowi Capp, który żył tu z rodziną, w ich rękach dom pozostał do 1725 roku. Wtedy zaczął się czas gdy posesję tę wynajmowano i tak mieszkali tu m.in. sprzedawcy książek, krawcy, a w 1871 roku wprowadzili się tu agenci nieruchomości.


Na początku XX wieku pisarka Marie Corelli, mieszkająca przez 20 ponad lat właśnie w Stratford, entuzjastka ratowania starych budynków, namówiła amerykańskiego milionera Edwarda Morrisa z Chicago do zakupu tego domu.  M. Corelli była bardzo popularna w swoim czasie, rodzina Churchilów oraz Królowa Wiktoria zaliczali się do miłośników jej pisarstwa. Dom został odrestaurowany i podarowany Uniwersytetowi Harvarda i obecnie jest znany jako Harvard House. 


Na pierwszy rzut oka to może się wydać dziwne, ale jest w tym trochę logiki. Otóż musimy wrócić do Thomasa Rogersa, a raczej jego córki z drugiego małżeństwa Katherine. Wyszła ona za mąż za rzeźnika z Londynu, za Roberta Harvarda z Soutwark. Robert Haward był nie tylko rzeźnikiem, ale także właścicielem gospody i „churchwardenem”, czyli takim świeckim członkiem rady parafialnej przy kościele Zbawiciela -obecnie Katedra w Southwark. Ich syn John Harvard urodził się w 1607 roku i ze względu na pozycję społeczną ojca uczęszczał on do szkoły przykościelnej (St. Saviour’s Gramma School). W 1625 roku zaraza zabrała mu ojca i czworo rodzeństwa, jego matka wyszła za mąż jeszcze dwa razy, ale owdowiała za każdym razem. Katherine była mądrą kobietą i wykorzystała swoją bardzo dobrą pozycję majątkową ( z domu była bogata, miała bogatych mężów) i wysłała syna na studia do Emmanuel College do Camgridge, gdzie zdobył on tytuł Master of Arts (magistra) w 1635 roku.

Katherine zmarła w 1635 roku, a jego brat Thomas dwa lata później, gdy John był w drodze do Ameryki. W spadku po matce otrzymał on m.in. 250 funtów i gospodę Queens Head oraz połowę domów w miejscowości Barking do podziału z bratem, po jego śmierci posiadłości te przeszły na niego.

John Harvard poślubił w 1636 roku siostrę kolegi z uniwersytetu Ann Sadler i po roku wyemigrowali oni do kolonii w Ameryce do Massachusetts. Sprzedał on najpierw za 130 funtów 4 domy i uzupełnił swoją bibliotekę, wydał na książki około 200 funtów. Dotarli oni do Charlestown w lecie 1637 roku,  a 2 listopada otrzymał posadę nauczyciela w szkole przykościelnej. Zbudował dom na Country Road (później Market a teraz Main Street – obecnie mieści się tu centrum handlowe).

Prawie jedna trzecia kolonistów w Massachusetts Bay pobierała nauki w Cambridge i w 1636 roku rada mieszkańców zdecydowała się powołać „college” i przeznaczono na ten cel sumę 400 funtów. Na początku niewiele się działo na terenie budowy. Niestety John nie miał szczęścia i zmarł po krótkiej chorobie 14 września 1638 roku w wieku 31 lat.

Mówi się, że kochał naukę szerzenie wiedzy, więc połowę swojego majątku i całą bibliotekę pozostawił on w swoim testamencie (złożonym w sposób ustny) nowo utworzonej uczelni w Cambridge - Newtown (na cześć miasta, gdzie wykształciła się duża część kolonistów). Reszta majątku przypadła wdowie Ann, która 15 miesięcy po jego śmierci wyszła ponownie za mąż za Thomasa Allena. To on zajął się wykonaniem woli zmarłego, podliczył wartość spadku na rzecz uczelni na 779 funtów 12 szylingów i 2 cztropensówki, w zbiorach bibliotecznych to było 400 książek. W przeliczeniu na obecne czasy była to suma przekraczająca 3 miliony funtów. To był porządny zastrzyk finansowy i książkowy i w uznaniu za ten dar zostało ustalone, że uczelnia powininna nazywać się Harvard College.

Jego posąg stoi przed budynkiem Uniwersytetu na Harvard Yard.

Tak więc wnuk i syn rzeźnika stał się patronem jednego z najsłynniejszych uniwersytetów. Dlatego dom rodzinny matki Johna, Katherine Harvard z domu Rogers został przemianowany na Harvard House.


Ciekawe to miejsce i bardzo interesująca historia.

Polecamy

poniedziałek, 06 lipca 2015

Naszym następnym krokiem był dom, w którym wychowała się i mieszkała żona Shakespeara Anne Hathaway. Obie rodziny znały się i często spędzały czas razem pracując i świętując. Ojciec Anny, Richard był rolnikiem, a termin którym określano jego pozycję społeczno-ekonomiczną to „yeoman farmer”. Był wolny (tzn. nie był chłopem pańszczyźnianym)  i posiadał ziemię, na której pracowała jego rodzina i pomocnicy (mogli uprawiać więcej ziemi niż mieli, biorąc pola w dzierżawę). Bieda im nie zaglądała w oczy, bo gdy ojciec Anny umarł w 1581 roku zostawił swojej córce sporą jak na owe czasy sumkę w posagu - 6 funtów 13 szylingów i 4 czteropensówki.

w maju

Praca na roli była dochodowa, ale i ciężka, oraz zależna od kaprysów pogody. Żniwa to czas wytężonej pracy, gdy każda para rąk sią liczy, trzeba plony jak najszybciej zebrać z pola, bo czas ucieka, a pogoda może spłatać figla. Od tego zależy nie tylko dobrobyt rodziny, a często nawet zdrowie i życie. Być może William pomagał zaprzyjaźnionej rodzinie i uczestniczył w biesiadowaniu na koniec żniw. Musieli oni sobie wpaść w oko, bowiem już jesienią 18-letni William musiał prosić ojca o zgodę na zawarcie małżeństwa z Anną. Pośpiech był potrzebny, bo 26-letnia Anna okazała się być przy nadziei. Musieli wystąpić do sądu biskupiego o licencje na zawarcie małżeństwa, za którą dwóch rolników z tej miejscowości wpłaciło 40 funtów poręczenia. Niektóry uważają, że małżeństwo było poprzedzone tzw. „plight troth” ceremonią porównywalną do zrękowin, w czasie której para przy świadkach deklarowała zamiar zawarcia małżeństwa i był to na tyle oficjalny akt, że mogły po nim nastąpić „pokładziny” i nie było tu żadnego grzechu. Ślub odbył się w listopadzie. Anna założyła swoje najlepsze ubranie, włosy miała zapewne przystrojone wiankiem z ziół. William także w najlepszym odzieniu, zapewne zgodnie ze zwyczajem przybył do domu panny młodej z drużbami, przy dźwiękach muzyki i z podarunkiem w postaci rękawic, które wymieniono na kwiaty i zioła. Ceremonia ślubna zaczynała się przed kościołem, gdzie obrączka była poświęcona, a państwo młodzi składali sobie przyrzeczenia, dopiero potem całe towarzystwo wchodziło do kościoła na wysłuchanie specjalnej mszy. Trochę się te zwyczaje ślubne zmieniły.



Dziewięć miesięcy po żniwach pojawił się jeszcze jeden owoc poprzedniego lata - pierwsza pociecha w rodzinie Williama, córka Susanna. Dwa lata później na świat przyszły bliźniaki, Hamnet i Judith, imiona po parze przyjaciół mieszkających za tzw. rogiem, którzy to nazwali swojego syna William. Niestety Hamnet zmarł gdy miał 11 lat, gdy do Stratford zawitała zaraza. Judith za to cieszyła się końskim zdrowiem, dożyła bowiem sędziwego wieku lat 77. Jest dużo spekulacji wśród biografów poety i współczesnych pisarzy i scenarzystów na temat tego związku, niektórzy twierdzą, że Anne go złapała na ciąże, że on jej nie kochał, bo mieszkał w Londynie. Ale co roku spędzał czas w Stratford z rodziną, kupił tu duży dom, a gdy w 1613 przeszedł na swego rodzaju emeryturę to wrócił do Stratford i zamieszkał tu z rodziną a nie w Londynie.

jesienią

Dom rodzinny Anny znajduje się w osadzie Shottery, można powiedzieć, że na dalekich obrzeżach Stratford. Spacerkiem można tam dotrzeć w pół godziny idąc opłotkami według ulicznych wskazówek, a dojazd autem to około 5-10 minut.

Jest to uroczy domek (cottage) otoczony ogródkiem z parkiem wkoło. W czasach Shakespearowskich były tu pola, obecnie jest trochę więcej zabudowy. Domek ten, bo nie mogę go nazywać chatą, bo takie jest tłumaczenie słowa cottage, był w rodzinie Hathaway prawie do końca XIX wieku, przechodząc po linii braci Anny, aż do wygaśnięcia męskich potomków, w 1746 roku przechodząc w ręce żeńskie. W 1892 roku gdy zakupiło ten dom The Shakespeare Birthplace Trust mieszkała tu Mary Baker też z rodu Hathaway, trochę już siódma woda po kisielu, ale nadal kuzynka. Została ona pierwszą opiekunką domu i oprowadzała po nim zwiedzających. Jej zdjęcie można zobaczyć w jednym z pomieszczeń, jak i jej „bonnet” – czepek, nakrycie głowy, w którym chodziły kobiety w XIX wieku, oraz mamy tu też krzesło, na którym ona siedzi na zdjęciu.

sypialnia w rozbudowanej części domu

Najstarsza część domu to ta parterowa od ulicy, wchodzimy do domu tym samym wejściem co Anne i odwiedzający ten dom William. Najpierw mamy swego rodzaju korytarz, po prawo jest kuchnia, a skręcając w lewo wchodzimy do tzw. „parlour” - taki salon. Gdy mieszkała tu Anna nie było kominków, tylko palenisko na podłodze, a dym uchodził przez otwór wentylacyjny w dachu. Zwiedzanie zaczyna się właśnie od tego pomieszczenia, potem korytarzykiem w lewo i przechodzi się obok pomieszczeń gospodarczych, m.in. pantry ( taka spiżarnia). Potem schodkami na górę, która jest wynikiem rozbudowy domu przez rodzinę Anne, głównie przez jej brata Bartholomew Hathaway.

 

kuchnia

pomieszczenia gospodarcze





Zachowały się też meble rodzinne m.in. słynne łóżko Hathaway (Hathaway Bed). Otóż Shakespeare w swoim testamencie zapisał Anne „ second Best Bed with the furniture”. Część osób uważa, że jest to dodatkowy dowód, że William nie był zbyt zakochany w swojej żonie. Jednak jest na to całkiem inne wyjaśnienie, otóż określenie „Best Bed”, czyli najlepsze łóżko było meblem pokazowym oraz dla gości, co by się pochwalić, jak to nam się dobrze powodzi. Drugie najlepsze łóżko (Second Best Bed) było tym, w którym para małżeńska spała, w sumie to był to raczej romantyczny gest. Taka interpretacja bardziej mi pasuje.



Na piętrze można też zobaczyć elementy konstrukcyjne domu, m.in. tej najstarszej części, drewniane bale podtrzymujące dach i ściany oraz gołe ściany wykonane w technice „wattle and daub”, czyli plecionka z gałęzi pokryta mieszanką błota, pociętej słomy i odchodów zwierzęcych.

element konstrukcyjne



Obecnie teren wokół domu to piękny ogródek, kwiatki, ziółka itp., ale w czasach, gdy mieszkała tu Anne i rodzina Hathaway było to gospodarstwo rolne z budynkami gospodarczymi i zwierzakami. Dziś można się tu przechadzać wśród drzew w zagajniku, po sadzie, w lawendowym labiryncie, usiąść w zakątku sonetowym, gdzie można posłuchać poezji Williama, poszukać rzeźb związanych z jego sztukami. Gdy zgłodniejemy to kawiarenka jest po drugiej stronie ulicy lub możemy urządzić sobie piknik na trawie lub specjalnie przygotowanych stołach.

Naprawdę jest to urocze miejsce, byliśmy już tu dwa razy, raz wiosną, a raz jesienią i każda pora ma swoje uroki.



Miejsce to jest pod opieką The Shakespeare Birthplace Trust, jest w cenie biletu „Five House Pass” - łączonego na wszystkie miejsca którymi się opiekuje ta organizacja (Shakespeare’s Birthplace – dom rodzinny; Hall’s Croft; Mary Arden’s Farm; Anne Hathaway Cottage; Shakespeare’s Grave, New Place and Nash House – zamknięte na czas prac konserwatorskich – udostępniono natomiast Harvard House na czas tego zamknięcia).

Ceny: w lipcu 2015 roku –

Tylko do Anne Hathaway Cottage 

Dorośli - £ 9.50

Dzieci- £5.50

Ulgowe - £8.50

Rodzinne - £ 24.50

Ceny biletu łączonego “Five House Pass”

Dorośli – £ 23.90

Dzieci – £ 14

Ulgowe – £ 21.90

Rodzinne – £ 61.90

Dodatkowym plusem jest fakt, że bilet jest swego rodzaju biletem sezonowym i jest ważny przez 12 miesięcy od daty zakupu.

Szukając Szekspira 

Birthplace - miejsce urodzin

Stratford upon Avon - ulicami miasta



sobota, 13 czerwca 2015

Trzeba przyznać ze Anglicy mają świetne pomysły jak urozmaicić nudne życie w wielkim mieście. Hitem tej wiosny były figurki Baranka Shaun porozstawiane po centralnym Londynie. Od 28 Marca do 31 Maja można było biegać po ulicach Londynu szukając Baranka Shaun, było 50 figurek a każda była inna bo wykonana przez innego artystę, projektanta czy znaną osobistość, każda miała swój specyficzny wygląd, lub reprezentowała specyficzną idea, itp. Mieliśmy świetną zabawę biegając z mapą i szukając kolejnego modelu. Szkoda że tak krótko były w Londynie ale teraz od 6 Lipca do 31 Sierpnia będzie 70 figurek do szukania po Bristolu. Potem między 12 a 20 Września zebrane zostaną wszystkie w Bristolu a od 24 do 27 Września będą znów wszystkie razem na specjalnym spędzie baranim w Covent Garden.  Więc jak w tym czasie będziecie w tych okolicach to warto wpaść na ten wypas.

Baranki zostaną wystawione a aukcję a zebrane w ten sposób fundusze zasilą konta dwóch fundacji The Grand Appeal (dla szpitala dziecięcego w Bristolu) i Wallace and Gromit’s Children’s Charity która to wspiera dziecięce szpitale i hospicja w całym UK. Cel zbożny a na ich stronie można sobie kupić maskotki itp, wpłacić pieniądze i zakupić aplikację na telefon do szukania Baranków ( teraz już tylko w Bristolu).  

Oto nasze znalezione Baranki Shaun

 

Jingtai (Simon Farrell) w Chinatown



Mossy Bottom (Sylvia Bull) na Leicester Square

Wooly Jumbo ( Joseph Dunmore) też na Leicester Square

The Gruffalo Shaun (Axel Scheffler) w drodze na Piccadily.

Me LLamo Shaun (Edgar Orlaineta) przy The Mall koło budynku British Council

Na placu Trafalgar jak przystało był Nelson ( Benjamin Cox i Vojtech Dvorak )

Br-ewe-nel (Brunel University) stał pod Tate Modern



To Sheep Perchance to Dream czyli Shakespeare's Shaun (one red shoe) stał przy The Globe (teatrze Shakespeare'a)



Out of This World (Josh i Aimee Wiliams)  stał przy centrum informacji przy Katedrze św. Pawła

Baa-roque (Sadie Butler) stał pod Katerdrą św. Pawła

Literary Lamb (PJ Crook) zaraz nieopodal na Paternoster Square

Hamish (Ros Franklin) prosto ze Szkocji buszował też na Paternoster Square

pod drugiej stronie katedry był Chelsea-Pen-Shaun-Er (The Chelsea Pensioners)

A Capital View ( Laura Cramer) stał niedaleko też przy Katedrze



Sheep Shape e Bristol Fashion (Gavin Strange) zdaje się zapraszać do Bristolu ....

Niestety nie udało nam się wszystkich odnaleść, nie bardzo mieliśmy na to czas, mało dni wolnych razem, ale zabawa była przednia więc jak mieszkacie w Bristolu, lub się tam wybieracie to polecam takie szukanie Baranka. 

 





sobota, 21 marca 2015

Pojechaliśmy do Canterbury, aby obejrzeć katedrę, ale że odbywał się tam ślub i była zamknięta na jakiś czas dla zwiedzających, wybraliśmy się na spacer po mieście i znaleźliśmy to urocze miejsce.

Można powiedzieć, że jest to kolebka „odrodzonego” chrześcijaństwa na Wyspach i warto jest spędzić tu trochę czasu. Najpierw może przedstawię krótki rys historyczny. Otóż, opactwo to zostało założone w 598 roku przez Augustyna (świętego), który to został wysłany na misję reewangelizacji południowej Anglii przez papieża Grzegorza Wielkiego ( wracał się z tej misji, nie bardzo był chętny, ale ostatecznie przybył tu). Chrześcijaństwo zawitało do Wielkiej Brytanii już w czasie panowania Rzymian, ale po upadku Imperium i napływie pogańskiej ludności (Anglosasów, Jutów) ostały się tylko małe enklawy głównie w Walii i na zachodzie wśród ludności Celtyckiej (BBC ostatnio pokazała arcyciekawy program o klasztorach „Saints and Sinners” i pierwszy odcinek właśnie temu tematowi był poświęcony).

Na wyspach były różne królestwa i region znany jako Kent był pod panowaniem króla Ethelberta, którego frankońska żona Bertha były chrześcijanką. Dlatego więc papież wybrał ich jako cel tej misji. Królowa miała swojego pasterza Liudharda i używali oni pobliskiego kościoła Św Marcina. Misjonarze przybyli na dwór królewski w 597 roku i wkrótce potem prawdopodobnie sam król Etherbert przyjął chrześcijaństwo. Misjonarze otrzymali stary rzymski kościół w Canterbury, który stał się katedrą oraz tereny na wschód od miasta przeznaczone na klasztor pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła.

Klasztor miał kilka funkcji, tu mieszkali mnisi przybyli z Augustynem, tu było też miejsce pochówku królów i arcybiskupów, których według rzymskich zwyczajów grzebano poza murami miasta. Na początku Augustyn był zarówno arcybiskupem jak i stał na czele klasztoru. Gdy pierwsze budynku klasztorne zostały ukończone Piotr, który przybył razem z Augustynem został wybrany pierwszym Opatem. Pierwszych 6 Opatów było właśnie z pochodzenia Włochami, a rządziły tu reguły zakonu Benedyktynów. Dzień był podzielony na obrządki religijne i modlitwy, a także na prace fizyczne i naukę. Ośrodki kościelne były centrami nauczania, w zasadzie jedynymi dostępnymi miejscami kształcenia. Tak było do XII wieku, gdy zaczęły powstawać uniwersytety.

Opactwo Św. Piotra i Pawła składało się z budynków mieszkalnych m.in. jadalni (dinning hall), sypialni (dormitory) oraz z szeregu kaplic. Misja ta miała ciągłe wsparcie papieża Grzegorza, który przesyłał im dary w postaci naczyń liturgicznych, relikwii oraz ksiąg, jedna z nich zachowała się i jest w zbiorach Corpus Christi College w Cambridge.   

Przyklasztorna szkoła szybko zdobyła sobie uznanie, zwłaszcza za czasów Opatów Hadriana (669-706)  i Arcybiskupa Theodora (668-690). W szkole nauczano czy raczej wykładano Stary i Nowy Testament, poezję, prawo, kaligrafię, astronomię, muzykę i medycynę. Mnisi byli osobami wyedukowanymi, często wychowanymi w klasztorze od dziecka (oblate). Opactwo to było prężnym ośrodkiem, produkowano tu manuskrypty i nawet podbój Normański nie zakłócił tej pracy. Nowy Opat Scolland (1070-1087) był kopistą w klasztorze w Mont St Mitchel i przywiózł ze sobą trochę manuskryptów historycznych i medycznych. Pod koniec XV wieku w bibliotece klasztornej skatalogowanych było 2000 ksiąg, do dziś zachowało się, porozrzucanych po kraju, tylko 200.



Opactwo było wielokrotnie przebudowywane. Jeszcze w X wieku powiększono kościół Św. Piotra i Pawła, a w 978 roku Arcybiskup Dunstan dodał imię Świętego Augustyna (tego misjonarza z VI wieku) w poczet patronów i od tego czasu opactwo było znane właśnie od jego imienia. Wkrótce potem dobudowano krużganki klasztorne (cloister), wieżę, kaplice oraz zaczęto budowę rotundy, której niestety nie ukończono.  Nowy Opat Scolland zmienił plany rozbudowy kościoła. Nowy panujący to nowy styl i przebudowy w stylu Romańskim, najpierw kościoła, a potem obiektów mieszkalnych i gospodarczych, jak jadalnia, kuchnie, piekarnie i warzelnie trunków (codzienny napitek „Ale” to taki trunek piwny otrzymywany za pomocą drożdży górnej fermentacji – trunek ten był obecny na każdym stole w każdym domu), a także stajnie i stodoły.

Opactwo kwitło do czasu, gdy Henryk VIII zdecydował się na drastyczne reformy zrywając ze stolicą apostolską. Jako głowa kościoła w Anglii, wydał szereg zarządzeń i w 1535 roku jego główny minister Thomas Cromwell zorganizował spis kościelnych majątków i odwiedził on m.in. klasztory w celu znalezienia tych, w których upadła dyscyplina itp. Rok później mniejsze klasztory o dochodzie do 200 funtów zostały zamknięte. Opactwo Św. Augustyna przetrwało tylko parę lat dłużej i ostatecznie ostatni Opat John Essex razem z trzydziestoma mnichami poddali się woli króla 30 lipca 1538 roku.

Opactwo trwało tu przez dziewięć wieków, potem był tu pałac królewski (taki przystanek w drodze do portów morskich), potem używane przez okoliczną ludność w celach rekreacyjnych, browar itp. i miejsce to powoli odchodziło w zapomnienie. W 1848 roku w części budynków mieścił się St Augustine’s College, a w 1947 roku utworzono Fundację Św. Augustyna w celu odzyskania terenów opactwa, prowadzenia wykopalisk i ochrony ruin. Na części terenów mieści się teraz King’s School, pozostałe tereny są zarządzane i chronione przez English Heritage. W 1989 roku teren opactwa, katedra w mieście i kościół Św. Marcina zostały wpisane przez UNESCO na listę World Heritage.

Miejsce jest trochę na uboczu, ale warto czasem odejść od głównego traktu, aby zobaczyć coś interesującego. Być może jest to kupa ruin, cegieł wśród traw, ale to kolebka chrześcijaństwa na Wyspach i miejsce o niezwykle barwnej historii.

Główna brama opactwa jest doskonale zachowana i jest wejściem szkoły znajdującej się na części terenów klasztoru. Pochodzi ona z XIV wieku i nazywana jest Fyndon Gate (Brama Fyndona) od imienia Opata, za którego dokonano przebudowy. Brama jest piękna, kunsztowna i bogata takie musiały być i inne budynki na terenie opactwa, łezka się kręci w oku, że nie możemy tego zobaczyć, i tylko rysunki i rekonstrukcje artystyczne nam pozostały.

Najważniejszym budynkiem opactwa był oczywiście kościół, trudno sobie wyobrazić patrząc na te ruiny, wystające z trawy i fragmenty murów ten imponujący Romański kościół, na szczęście na tablicach są ilustracje, a jeżeli skorzystacie z „audio guida – słuchawek ” to otrzymacie dodatkowe informacje.

Zachował się fragment muru północnej części budynku, obok mamy fragmenty wieży Ethelberta.



 

W południowym transepcie umieszczono groby królów Anglosaskich przeniesionych z kaplicy Św. Mari, tu spoczęli Edbald, Lothaire, Wihtred (królowie Kentu). Król Ethelbert i kapłan jego żony Liudhard zostali złożeni (przełożenie z pierwszego miejsca pochówku w kościele św. Piotra i Pawła) przy Ołtarzu głównym, na miejscu honorowym. Trzeba przyznać, że zdobywcy nie starali się zamazać historii, a nawet wydaje się, że starali się do niej nawiązywać. Te niezwykle interesujące czasy Anglosasów popadły w zapomnienie znacznie później. Czasem mam wrażenie, że tu na Wyspach byli Rzymianie potem długo dług nic i pojawiają się Normanowie z Wilhelmem Zdobywcą na czele. A przecież tyle się tu działo, dlatego chyba tak polubiłam średniowiecze. Ostatnio pojawiło się wiele programów w Brytyjskiej telewizji właśnie dotyczących tych mrocznych wieków, tych czasów zapomnianych, zapyziałych i zarośniętych trawą. Szkoda, że nasza telewizja nie ma pieniędzy i pomysłu na podobne programy o ziemiach polskich.

Ale wróćmy do opactwa w Canterbury. Następny przystanek to ruiny normańskiej krypty w stylu romańskim, to była pierwsza ukończona część nowego kościoła. Tu w czasach Anglosaskich stał kościół Św. Marii.

Krypta ta miała trzy kaplice  m.in. Św. Tomasza Apostoła i jest najlepiej zachowana kaplica w krypcie, mamy tu resztki ołtarza, dwie wnęki – schowki?, a podłoga pochodzi z XIII wieku.

Centralna kaplica była na początku dedykowana Błogosławionej Dziewicy Marii i była używana do odprawiania mszy do lat 80-tych XIII wieku. W 1325 roku została ona poświęcona Św. Marii i Aniołom. Ściany tej kaplicy były pokryte tynkiem i malowane, sam ołtarz był pokryty poziomymi czerwonymi wstęgami. Są tu też kawałki średniowiecznej posadzki.

Daszek został wybudowany w 1937 roku dla ochrony nowo odrestaurowanego i poświęconego ołtarza. Jest on sporadycznie używany przez studentów Misjonarskiego Koledżu Św. Augustyna.

W centrum krypty został pochowany wspomniany już Opat Scolland, któremu dla towarzystwa dołożono innego zasłużonego Opata Wulfrica I. Krypta miała sufit wsparty na kolumnach, przy przebudowach wykorzystywano starsze elementy anglosaskie i rzymskie.

Nad kryptą znajdowało się prezbiterium o takim samym kształcie, więc też miało trzy kaplice, a także 13 sanktuariów m.in. Św. Mildred, której relikwie zostały sprowadzone z Minsteru na Thanet w 1030 roku, a także arcybiskupów i Opata Hadriana. Pochówki te zostały z ceremoniałem przeniesione w nowe miejsce z Saksońskiego pierwszego kościoła pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła. Tu też w samym centrum znajdowało się sanktuarium z relikwiami Św. Augustyna (założyciela misjonarza), obstawione było ono księgami prezentami od Papieża Grzegorza.

Wielki Ołtarz i Sanktuaria znajdowały się na podwyższeniu trzeba się było wspiąć po kilku schodkach i były punktem centralnym kościoła.

Początkowo na terenie klasztoru znajdowało się cztery kościoły i kaplice: kościół główny Św. Piotra i Pawła, mała kapliczka na zachód od tego kościoła, kościół Św. Marii, kościół Św. Pankracego.

Kościół Św. Piotra i Pawła został zbudowany przy użyciu rzymskich cegieł (to popularna praktyka Anglosasów – tak np. było w kościele na zamku w Dover St Mary in Castro). Był to stosunkowo prosty budynek składający się z nawy, przedsionka i kaplic bocznych znanych jako „porticus” pod wezwaniami Św. Grzegorza i Marcina. Było to miejsce spoczynku królów Kentu, arcybiskupów i opatów m.in. pierwszych opatów Augustyna i Laurence’a. Król Ethelbert i jego żona Bertha zostali pochowani w południowym porticus Św. Marcina. Gdy zabrakło miejsca w tych kaplicach chowano dostojników w nawie głównej.

Innymi kamieniami rzucającymi się w oczy, są kamienne ruiny bloków o trapezowatym kształcie. To jest krypta nieukończonej Rotundy Opata Wulfrica.  To pozostałość po Anglosaskim opactwie.

Opat Wulfric postanowił przebudować kościół i dostawić rotundę łącząc kościół główny Św. Piotra i Pawła z kościółem Św. Marii. Inspiracją do takiej konstrukcji były zapewne budowle, które widział on w czasie swojej podróży po Francji m.in. w Rheims. Niestety ta budowla nigdy nie została ukończona, a potem została przykryta Normańskim nowym kościołem w stylu Romańskim.

Kaplica Św. Pankracego to najlepiej zachowane pozostałości po Anglosaskim opactwie. Zbudowana z rzymskich cegieł, przetrwała, bo nie przeszkadzała w Normańskiej przebudowie. Była używana, jako kaplica cmentarna i zawiera także pochówki. Był to prosty budynek jednonawowy z przedsionkiem, prezbiterium i małymi kapliczkami na obu bokach. Nawę oddzielała od prezbiterium wczesna forma lektorium – przegrody chórowej wspartej na czterech kolumnach (użyto tu też rzymskich kolumn). Istnieje przekonanie, że właśnie w okolicy tej kaplicy Augustyn odprawił pierwszą Mszę w Canterbury.



Najbardziej charakterystycznym motywem architektonicznym klasztoru jest krużganek (the cloister), nawet stał się on synonimem klasztoru - mówiło się np., że ktoś wybrał „cloister(ed) life”. Niestety został się tu ino placyk z trawką i troszkę murów. Krużganki miały rozmiar 37 na 35 metrów, w centrum był ogród (wirydarz), a po bokach alejki. To było centrum gospodarczo-domowe opactwa, stąd prowadziły drzwi i korytarze do różnych budynków opactwa np. refektarza (jadalni), kapitularza (sala zebrań) , dormitorium (sypialnie), infirmerii (sala szpitalna dla chorych mnichów) , domu Opata, armarium (alkowa biblioteczna) itp. W korytarzach były „carrels”,  takie wnęki do studiowania, w każdym mnich mógł sobie siedzieć i czytać, a że często czytano na głos, aby się wprawić, taki podział był bardziej praktyczny.



Po refektarzu i kuchni na planie sześciokąta zostało trochę widocznych w trawie kamieni. Posiłki to głównie chleb i potrawka z warzyw lub zupa (broth) na wywarze z kości, z rybą, warzywami i ziarnami. Mięso było serwowane tylko na specjalne okazje. Żywność pochodziła z ziem uprawnych należących do opactwa. Kuchnie przetrwały rewolucję  religijną Henryka VIII i stały się kuchniami pałacowymi. Miały one 2 wejścia, jedno do jadalni, a drugie do magazynów przy dziedzińcu. Sypialnia to był piętrowy budynek, mnisi spali na piętrze, do dziś ostało się tylko parę filarów przyporowych i „gable” - fragment szczytu. Infirmeria i przyległe budynki to dziś boisko – w przewodniku jest fotka z lotu ptaka i można się tu w trawie dopatrywać zarysów.

Wycieczkę po tym opactwie warto zakończyć na the Campanile Mound – tu stała wieża z dzwonem ( campanile od campana – dzwon, z Włoskiego oznacza dzwonnicę zwłaszcza taką wolnostojącą). Łady jest stąd widok. W tle mamy katedrę. Może się wydać, że to kupa kamieni ukrytych w trawie, ale to niezwykle interesująca kupa kamieni. Warto tu wpaść i zadumać się nad upływem czasu. Polecam, zwłaszcza, że jest to krótki spacerek od katedry i centrum miasta. Jest tu małe muzeum z zabytkami, fragmentami dekoracji wydobytymi w czasie wykopalisk.

Godziny otwarcia ( na rok 2015/16)

Zima tylko w weekendy od 10 do 16.

Od 28 Marca do 30 Września: codziennie od 10 do 18.

Od 1 Października do 1 Listopada: środa – niedziela od 10 do 17.

Po 2 Listopada do 24 Marca 2016 tylko weekendy od 10 -16.

Ceny biletów

Posiadacze karty English Heritage za darmo.

 

 

Cena standard

Cena z Gift Aid (z
  darowizną)

Dorośli

£5.40

£6.00

Dzieci (5 do 15 lat)

£3.20

£3.60

Ulgowe (studenci i osoby po 60-tce)

£4.90

£5.40

Rodzina ( 2 dorosłych i max 3 dzieci)

£14.00

£15.60

Godziny otwarcia i ceny biletów aktualne w czasie publikacji wpisu. Można sprawdzić na stronie English Heritage.

 

niedziela, 08 marca 2015

 

Quiche to popisowa potrawa mojej koleżanki z pracy, tej od chleba. Zawsze jak mamy imprezy, to przynosi to, a my padamy z zachwytu. Quiche to taka forma wypieku na kruchym cieście z nadzieniem jajeczno – śmietankowym, ale moja koleżanka i ja za nią, zamieniamy śmietanę na mleko, wychodzi to bardziej dietetyczne. Choć brzmi to jak placek, to nie jest to deser, a raczej danie główne albo w małych formach przekąska.

Ta potrawa ma swoje korzenie we Francji, ale jest bardzo popularna w Wielkiej Brytanii, na pewno wiedzieliście ją na półkach w supermarkecie. Dużą zaletą tego dania jest to, że można je jeść na zimno, a ja nawet wolę je takie ostygłe niż prosto z piekarnika. Smaczne jest i nie potrzeba dużo składników, a możliwości urozmaicania i tworzenia własnych kombinacji są ogromne.

Podzielę się z Wami tym czego nauczyłam się od koleżanki i zapraszam do kuchni.

Składniki

Ciasto:

·         225 gram mąki

·         110 gram masła lub margaryny

·         Szczypta soli

·         Zimna woda

Masa – nadzienie

Podstawa

·         2 duże jajka

·         150 mililitrów mleka

·         225 gram utartego sera żółtego (może być mniej )

·         Pieprz

·         Łyżka oliwy

Dodatki

·         Grzybki – pieczarki, paczka około 250-300 gram

·         Cebula np. czerwona

·         Groszek zielony ( na oko aby było kolorowo)

·         Pocięty pęczek liści kolendry.

·         Przyprawy do smaku, jak lubicie np. dodaje utarte ziele angielski, gorczycę, ziarna kolendry; czosnek.

Przygotowanie ciasta.

Do miski wsypujemy mąkę, dodajemy szczyptę soli i masło w kawałkach, wcieramy aby to wyglądało na kruszonkę, potem w małych ilościach powoli dodajemy zimniej wody i ugniatamy.

Jak już nam się będzie ciasto łączyło trochę, przenosimy sią na stolnicę i dalej miętosimy. Proszę się nie zrażać, gdy na początku nic się nie będzie kleić. Trzeba trochę cierpliwości i mięśni, i ugniatania - wyobraźcie sobie, że to taki wasz mały wróg i tak go sobie męczycie. Powoli ciasto staje się lżejsze, miluśkie i jak już macie wrażenie, że jest dobrze wygniecione i się da wałkować, to owińcie w folię i na co najmniej pół godzinki wsadźcie do lodówki, ma to zapobiec kurczeniu się potem w piekarniku. Jak ono sobie tak leżakuje w lodówce, to mamy czas przygotować masę na nadzienie.


Masa

Do rondelka wlewamy oliwę, dodajemy czosnek i cebulkę, po chwili dodajemy obrane i pokrojone pieczarki, ziółka, przyprawy i trochę groszku. Przykrywamy pokrywką i czekamy, aż nam zmiękną troszeczkę. Odstawiamy, aby co nieco przestygło.


W misce albo robocie kuchennym wbijamy jajka, wlewamy mleko i ubijamy lub miksujemy mikserem.


Dodać miksturę do tego co jest w rondelku oraz tarty ser, wszystko wymieszać.


Łączenie w Quiche

Rozgrzać piekarnik do 190 ˚C

Wyciągamy ciasto z lodówki, trochę gnieciemy, aby było plastyczne i rozwałkowujemy na okrągły placek wielkości formy na quiche (okrągła foremka, moja ma średnicę 27 cm i głębokość 5 cm).

Wykładamy ciastem formę, jak wam coś się porwie to nie szkodzi, można to załatać - tylko dobrze połączcie łaty z resztą ciasta, aby masa nie wyciekła. Ciasto najlepiej niech będzie wysokie na brzegach, aby masa nie wypłynęła. Moje foremka jest ceramiczna - emaliowana, niczym jej nie smaruję i nic nie przywiera


Wykładamy, czy raczej wylewamy masę do formy (można jeszcze doprawić z wierzchu) i wstawiamy do piekarnika na 40-45 minut, jak się upiecze, to robi się złocisto-brązowa. Masa rośnie w czasie pieczenia, a potem opada na równo.

Quiche można jeść na zimno, ciepło, z surówkami itp.


Piękno tej potrawy polega na tym, że można samemu decydować o dodatkach, do podstawy w postaci mleka, jajek i sera można dodać co nam się podoba, można eksperymentować i tak np. groszek zamienić na kiełbaskę, grzybki na brokuły, czy kalafior itp. Możliwości są ogromne, co nam przyjdzie do głowy.

Popróbujcie warto się trochę w kuchni pobawić.

Tagi: kuchnia
15:46, edyta1972 , jedzonko
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lutego 2015

 

 

Moja przygoda z Barankiem Shaun zaczęła się w pracy, przez przypadek obejrzałam kilka odcinków w telewizji. Koleżanka jest wielką fanką tego serialu, więc zaczęło się układanie przerw pod kątem: „kto chce oglądać Baranka?”( Shaun the Sheep, wykreowanego przez Nicka Parkera). Padaliśmy ze śmiechu i wygłupialiśmy się chodząc i cytując Baranka: „myeee meee”, choć tu, w Zjednoczonym Królestwie, owce mówią raczej „Baaa”. Mniejsza o to, Barank Shaun stał się naszym ulubieńcem w pracy, krótkie odcinki były w sam raz na popołudniową przerwę. Potem serial się skończył, żal nam ściskał serca.


Na szczęście w wytwórni pomyśleli o fanach i dwaj panowie Richard Starzak (Richard Goleszowski) i Mark Burton stworzyli pełnometrażowy film o przygodach Baranka Shaun. Hura!!!!

Baranek powstał w Studiu Aardman w Brystolu, które specjalizuje się w  filmach kręconych metodą „stop motion”, czyli animacją poklatkową. Modele (postacie, przedmioty itp.) są fotografowane, następnie przesuwane odrobinę i znów fotografowane. Połączone fotografie tworzą film. To bardzo żmudna i długa praca, wymagająca precyzji, sprawnych rąk, a przede wszystkim cierpliwości. W tej wytwórni powstały takie hity jak zdobywca Oskara w 2006 „Wallace and Gromit: klątwa królika” (Wallace and Gromit: The Curse of the Were-Rabbit) i „Uciekające Kurczaki” (Chicken Run).


Postać Baranka Shaun po raz pierwszy pojawiła sią w serialu „Wallace and Gromit”, chyba była tak urocza, że dostała angaż na własny serial. Shaun zwykle ma pomysły, jak urozmaicić sobie i reszcie stada, monotonne życie na farmie, gdzie tylko ciągle wyprowadzane są na pastwisko, jedzą trawę i są co jakiś czas golone/strzyżone.

Marzy im się dzień wolny. Mądry Baranek Shaun wpada na pomysł jak to zrobić i wszystko idzie jak po maśle - do czasu. Niestety Bitzer, psi asystent Farmera, wywąchał, że coś tu nie gra i musiał wtrącić swoje trzy grosze, no i stało się nieszczęście. Farmer został przetransportowany do miasta, gdzie uległ wypadkowi i stracił pamięć, jego śladami wiernie podążył pies Bitzer. Tymczasem na farmie zwierzaki zaczęły tęsknić za Farmerem i odważny Baranek Shaun postanowił wyruszyć do Wielkiego Miasta, aby znaleźć Farmera. Owca w wielkim mieście nie ma łatwo, zwłaszcza sama, ale nadjeżdżają posiłki (reszta stada) i zaczynają się prawdziwe kłopoty. Nie tylko nie wiadomo, gdzie zacząć poszukiwanie, ale jeszcze na biedne owce czeka tyle niebezpieczeństw w Wielkim Mieście. Wróg numer jeden to hycel Trumper, pracujący w miejskim zakładzie utylizacji zwierząt, oczywiście bierze on sobie za punkt honoru oczyszczenie miasta z futrzaków.


Oj dzieje się, dzieje, film jest uroczy, pełen aluzji do innych filmów, można się prześcigać w wynajdywaniu tych momentów. Człowiek ogląda, śmieje się, zachwyca inteligencją Baranka i ma żal na końcu, że się skończyło. Chyba sobie kupimy DVD, jak wyjdzie. Polecam, ale uwaga, nie jest to typowy film dla dzieciaków, człowiek dorosły tu się świetnie bawi, zwłaszcza że niektórych aluzji (np. do „Milczenia owiec” itd.) , dzieciaki nie wyłapią. Nam się łezka w oku zakręciła, gdy Shaun odnalazł Farmera, a po kinie poszedł pomruk „uuuauu”. W filmie nie ma dialogów, tylko pomrukiwanie i to jest druga ogromna zaleta, bo jest to film, który opiera się na efektach wizualnych, gestach, minach, pomrukach, jest to więc film bez granic. Polecam, pędźcie owczym pędem do kina i zostańcie do końca seansu, dla cierpliwych kurczak ma specjalną nagrodę.

Fotki z Press Association

Na zachętę zwiastun.



niedziela, 08 lutego 2015



To jest pożegnanie z Plantagenetami dla pisarki, to ostatnia napisana przez autorkę książka o tej zwariowanej rodzinie i dynastii, która kontrolowała obszary od Muru Hadriana do Pirenejów. Chronologicznie została mi jeszcze Trylogia Walijska, więc smutna nie byłam. Ta część sagi o Richardzie bardziej mi się podobała, wydawało mi się, że pisarce znów słowa spływały na klawiaturę jak w poprzednich opowieściach. Znów czytało się to jak powieść awanturniczą, z tą różnicą, że zamiast wymyślonych postaci osadzonymi w realiach historycznych głównymi bohaterami byli prawdziwi, znani nam z historii osobnicy, uczłowieczeni piórem pisarki.

I tak oto Ryszard dowiedziawszy się, że jego ukochany młodszy braciszek książę Jan ( zły John z legendy o Robin Hoodzie) znów knuje z zasiadającym na Francuskim tronie Filipem, postanawia wrócić do swojego królestwa. Pierwsze wyruszają żona Berengaria i siostra Joanna. Kiedy Ryszard w końcu wypływa w powrotną podróż, u wybrzeża wyspy Korfu napotyka piratów, którzy po krótkich negocjacjach wstąpili do służby pod sztandarem Lwiego Serca. Jak stwierdza jeden z służących królowi tłumaczy - można być jednocześnie piratem i chrześcijaninem. Ryszard zdecydował się przenieść na wynajęte pirackie statki z kilkoma zaufanymi rycerzami, a resztę wysłać dalej normalną drogą. Chce szybko i bez zwracania na siebie uwagi przedostać się do przyjaznej Saksonii. Okazuje się bowiem, że Cesarz Rzymski Henryk rozstawił sieci i czeka, aż mu królewski łup wpadnie w ręce.

Wiatry nie były jednak pomyślne, wręcz przeciwnie i po strasznym sztormie statki osiadają mocno zniszczone na wyspie La Croma ( Lokrum u wybrzeży Horwacji, teraz jest tam słynna plaża nudystów). Sztorm był tak silny, że zgromadzeni na pokładzie myśleli, że oto nadchodzi ich koniec, sam król obiecał darowiznę 100 tysięcy dukatów na budowę kościoła w miejscu, gdzie wyjdą ocaleni na ląd. Gdy jeden z jego towarzyszy, dostrzegł ląd stwierdził, że oto zostali uratowani, bo jakby mógł Bóg nie skusić się na taką sumę, okup królewski. Można by powiedzieć wykrakał! Ale właśnie tak Sharon Penman buduje akcję, znane fakty ubiera w bogate szaty, przystraja w pióropusze, a czasem ogołaca z tego przepychu i podaje nam wszystko wprost i do rzeczy. 

Obywatele pobliskiej Republiki Ragusa (obecnie Dubrownik) przyjęli rozbitków z otwartymi sercami. Ich serca i domy jeszcze bardziej zostały otwarte, gdy okazało się jaka czeka ich nagroda. Nic nie jest jednak proste, bo w sumie to wylądowali oni na wyspie opodal i oficjale kościelni spierali się, kto ma otrzymać darowiznę, klasztor na wyspie czy katedra w mieście.

Niestety miłe towarzystwo i bezpieczną przystań trzeba opuścić, a choć powracający krzyżowcy byli objęci specjalną ochroną kościelną, Ryszard miał tylu wrogów, że trudno było im znaleźć bezpieczną drogę do domu. Znów wypłynęli na morze, a ich celem był port Zadar, będący pod panowaniem Węgierskim. Nie mieli szczęścia - najpierw cisza morska, a potem mgła i kolejny sztorm. Tu pomaga żeglarzom magnetyczna igła wbita w korek, która pływa w wiadrze z wodą i zawsze wskazuje północ. Statek został uszkodzony, stracił ster i pozostawał na łasce wiatru i fal, ale udało się ostatecznie doprowadzić dryfujący wrak na wybrzeże, puste, zasolone błota - ziemia bez życia. Zły omen. Rozbitkowie nie wiedzą gdzie są, czy na terenach przyjaznych, czy wrogich, ale nie mają wyjścia i muszą resztę podróży odbyć lądem. Rozpoczynają niebezpieczną przeprawę przez tereny pełne szpiegów cesarskich i każda chwila jest pełna grozy. Nie wiedzą gdzie i kiedy ich los zostanie zakuty w kajdany. Penman jest genialna w wykorzystaniu informacji źródłowych, strzępki jakie czasem posiada, przekształca swoim piórem w pasjonujące opowieści i tak jest z momentem pojmania Króla Ryszarda. Choć wiemy, że to się stało, bo znamy historię, nawet, jeżeli nie uczyliśmy się jej pilnie w szkole, to każdy słyszał o legendzie Robin Hooda. To jednak w jaki sposób pisarka nam to wydarzenie opisuje tak przykuwa nas do kartek, a mnie do Kindla, że można przegapić stacje metra i w rezultacie spóźnić się do pracy. Postać Arne -niemieckiego chłopca w służbie angielskiego króla i jego historia wylęgła się z jednej wzmianki kronikarskiej, że był przy nim młody tłumacz. Arne pojawia się dużo wcześniej i znów jest jednym z nośników informacji o zwyczajach, czasach i wydarzeniach, podobnie jak Morgan walijski kuzyn króla, który jest kontynuacją wątku Ranulfa z pierwszych części sagi – jest jego synem, czy Mariam przyjaciółka Joanny królowej Sycylii i siostra z nieprawego łoża jej męża Williama II. Te fikcyjne osoby wprowadzają nas, czytelników XXI już wieku, w realia średniowiecza, pozwalają na dialogi między nami a bohaterami opowieści kronikarskich.

 

Kiedy Morgan, walijski kuzyn króla, zadaje mu pytanie czy nigdy nie boi się o swoje życie, zwłaszcza walcząc na polu bitwy, ten po długim namyśle odpowiada, „ że w ferworze walki, gdy krew szybko krąży w żyłach czasem trudno jest odróżnić podniecenie od strachu”. To jedna z rzeczy, które mi się podobają w u tej pisarki, dialogi, które przypisuje postaciom są takie ludzkie, prawdopodobne i pozwalają bliżej poznać danego bohatera, sztywna postać historyczna staje się normalnym śmiertelnikiem.

Doskonale to widać w udręce jakiej doznaje Ryszard w czasie swojego uwięzienia w Trifels, gdy stara się zachować godność, a jednocześnie przetrwać samotność, opuszczenie, odizolowanie. W pewnym momencie mówi sam do siebie, wspominając 16 lat aresztu domowego ( zamkowego w zasadzie) swojej matki Eleonory Akwitańskiej – jak ty to zniosłaś. Gdy jest chory ma wizje, majaczy w gorączce, a odwiedza go wtedy jego ojciec Król Henryk II i niemalże go błaga, aby nie zaprzepaścił tego, co on z matką zbudowali, aby ocalił Imperium Andegaweńskie.

Tymczasem kobiety w drodze do domu i matka pozostawiona na straży królestwa zaczynają się niepokoić, brak wieści nie jest tu obiecujący i zaczynają krążyć złowrogie plotki. Wkrótce staje się jasne, że coś niedobrego spotkało powracającego do kraju króla, rozpozna się walka dyplomatyczna między tymi, którym ta nieobecność jest po myśli, a tymi co są w stanie zrobić wszystko, aby króla odzyskać. Kto da więcej? Jan i Filip, aby Henryk króla sobie zatrzymał, czy Eleonora i jej stronnictwo, aby króla odkupić. Pisarka zabiera nas też do Speyer na sąd nad królem, gdzie sędziami są możni i książęta Kościoła (Imperial Diet) i tu swoją przemową Ryszard zwycięża nad Cesarzem, nie tylko genialny strateg na polu walki, ale i niezły mówca. Niemalże zaciskamy kciuki chcąc, aby mu się powiodło. Wolność nie przychodzi łatwo, Henryk sprawnie i okrutnie pociąga za sznurki i co chwile perspektywa swobody jest od naszego bohatera okrutnie oddalana.

Nie zdradzę tu tajemnicy, że Ryszard odzyska wolność i wróci do swojego królestwa, ale to nie jest koniec opowieści. Autorka zręcznie wpisuje naszą wiedzę XX-go wieku na temat psychologii i wpływu dramatycznych wydarzeń na zachowanie człowieka w średniowieczne realia. Ryszard boryka się z tym, co przeżył. Mamy jego dziwne zachowanie wobec żony Berengarii, wydawało się, że ją kochał w czasie wyprawy krzyżowej, teraz nie bardzo się kwapi, aby ją znów zobaczyć. Co się za tym kryje? Król niemal nie zdejmuje zbroi i nie zsiada z konia, ciągle w ruchu ciągle tłumi jakąś rebelię. Nie ma czasu na bycie mężem, a przydałoby się, bo koronie potrzebny jest następca. Niby jest Jan, ale czy to najlepsza opcja?

Ostatecznie zabiera nas pod Chalus i tu wycisnęła ze mnie łzy – taka jestem płaczliwa. Umierający król wzywa do siebie matkę - królową Eleonorę Akwitańską, ale nie żonę Berengarię, później biskup jej mówi, starając się wytłumaczyć ten gest, że chciał jej oszczędzić cierpienia. Drobna rana przynosi śmierć, medycy średniowieczni są bezsilni w walce z gangreną. Ryszard wie, że umiera i stara się zrobić wszystko, aby jego brat Jan mógł zasiąść na tronie. Sprawa się skomplikowała, bo w tym czasie Jan był na dworze w Bretanii, a tam znajdował się potencjalny konkurent do tronu w postaci Artura, syna ich  brata Geoffrey’a (Godfryda II)  księcia Bretanii. Umierający Ryszard nie chce wzbudzać podejrzeń, stara się żyć tak długo, aby zabezpieczyć Janowi sukcesję, stawia królestwo przed żoną. Przyjazd Berengarii byłby podejrzany, a matki nie, bo często się z nią konsultował w sprawach wagi państwowej. Eleonora zdążyła przed śmiercią i ten dialog między nimi jest znów majstersztykiem Penman. Jest tu czarny humor - gdy matka pyta się czy była spowiedź i ostatnie namaszczenie, Ryszard żartuje, że tyle miał do spowiedzi, że zajęło to pół dnia. Gdy prosi o pochówek w Fontervrault przy stopach swojego ojca Henryka II, Eleonora mówi łagodnie, że on mu na pewno przebaczył. Ryszard prosi też, aby zrobiła, co może dla Jana i ona przytakuje. Jesteśmy z Eleonorą w tych najcięższych dla niej chwilach, kolejne z jej dzieci umiera, przyszłość jej imperium umiera, jesteśmy tam do ostatniego oddechu, do ostatniego uderzenia serca jej ukochanego syna.

Jest jeszcze Joanna, jej wdowieństwo i wydanie jej za mąż za Raymonda VI Hrabiego Tuluzy, którego poznała w czasie powrotnej podróży z Ziemi Świętej. Niezwykła kobieta i niezwykłe małżeństwo z człowiekiem, który kochał poezję, uznawał tolerancję wobec innych wyznań czy heretyków. Został on uznany przez to za wroga Kościoła i tyrana, który znęcał się nad swoją żoną. Sharon Penman ukazuje inną historię - małżeństwo, w którym Joanna była szczęśliwa, bo znalazła człowieka, który nie uważał, że kobieta to osoba niższa intelektualnie i bez żadnych praw. Tu raz jeszcze wspomnę, że w bardzo przystępny sposób ukazuje autorka nam nie tylko wydarzenia historyczna, ale i realia społeczne i kulturowe życia w średniowieczu. Joanna bezdzietna w pierwszym małżeństwie – wina zawsze była po stronie kobiety – rodzi po bardzo trudnych ciążach Raymondowi syna i córkę. Ostatnia ciąża jest niestety niezbyt szczęśliwa, gdyby to była fikcja to bym złorzeczyła, że tak sobie ktoś wymyślił, ale niestety los był dla niej okrutny. Dla Joanny bycie w ciąży nie było stanem błogosławionym, przechodziła je bardzo ciężko. Pisarka konsultowała się z lekarzami specjalistami i sugeruje, że tego przyczyną była hyperemesis gravidarum (HG), po naszemu niepowściągliwe wymioty ciężarnych, a fakt, że Joanna miała cesarskie cięcie jest jednym z najwcześniejszych zapisów o tego typu operacji. Czytałam, a łzy mi ciekły strumieniami po policzkach.

Powieść ta kończy się dojściem do władzy Jana i śmiercią Eleonory. W tej ostatniej kwestii autorka znów pozwala sobie na swoją pisarską wspaniałą fantazję. Otóż w gorączce Eleonora widzi przy swoim łożu Henryka II, swojego męża, który przygania jej, że już ma 80 latek, i że on z Ryszardem czekają na nią tak długo.

Wspaniała lektura, trzyma w napięciu nawet, jeżeli wiemy, co się ma stać, bo wystarczy otworzyć podręcznik lub wpisać na Google imię Ryszard Lwie Serce. Pisarka jest genialna i udowadnia po raz kolejny, że historia to nie są nudy, tylko trzeba umieć o niej opowiadać. Dobrze, że czekała na mnie tzw. Walijska Trylogia, bo trudno by się było z jej pisarstwem rozstać.

Polecam

Inne części sagi o Plantagenetach. 

When Christ and His Saints Slept - pierwsza część, czasy anarchii 

Time and Chance - opowieść o Henryku II i Eleonorze Akwitańskiej

Devil's Brood - bunty i walka o tron w Imperium Andegaweńskim

Lionheart - Ryszard Lwie Serce, w drodze na krucjatę i walki na Ziemi Świętej

poniedziałek, 19 stycznia 2015

 

To już czwarta edycja tej wystawy, na której byliśmy, to już taka nasza zimowa tradycja. Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.

Konkurs jest organizowany przez Muzeum Historii Naturalnej i BBC. Jest otwarty dla wszystkich, zgłoszenia są przyjmowane od grudnia do lutego, a potem panele sędziowskie muszą zdecydować o nagrodach.

Początki tej wystawy były skromne, bowiem na pierwszy konkurs w 1965 roku nadesłano 500 zdjęć, na tę, 24-tą już edycję, wpłynęło 41 000 zgłoszeń z 96 krajów. To trochę mniej niż w ubiegłym roku.  Zwiększyła się także liczba kategorii - w pierwszej edycji było ich tylko 3. W tym roku zrobiono swego rodzaju rewolucję w kategoriach konkursowych, likwidując niektóre, a tworząc nowe. I tak np. zniknęły Portrety Zwierząt, Urban Wildlife (Dzikie życie w mieście) oraz Animals in Their Environment (Zwierzęta w swoim naturalnym środowisku), a np. Botanical Realm (Królestwo Roślin) zostało przekształcone w Plants and Fungi (Rośliny i Grzyby) Behaviour: Cold-blooded animals ( Zachowania Zwierząt Zimnokrwistych) stało się Amphibians and Reptiles ( czyli Płazy i Gady), podobnie Wildscapes (Dzikie Zakątki) stała się Earth’s Environments czyli takie Środowisko Naturalne. Creative Visions (Kreatywna Wizja Przyrody) zmieniła się w Natural Design - coś w rodzaju Kreacje Przyrody i nadal zadziwia czasami, o co autorowi tu chodziło i co to jest na zdjęciu. Całkiem nową kategorią jest The TimeLapse Award – idąc za duchem czasu, a ponieważ obecnie królują w mediach „ruchome obrazy”, wprowadzono tę kategorię, w której mamy szansę obserwować zmiany uchwycone na serii zdjęć.

Nadal jest nagroda dla młodych fotografów, w tych samych kategoriach wiekowych,  nagroda foto-dziennikarska, ale są dwie nagrody za Portfolio. Jedna kategoria to Wildlife Photographer of the Year Portfolio Award i tu zwyciężył ze swoimi zdjęciami rajskich ptaków Tim Laman. Druga to Rising Star Portfolio Award (czyli Wschodząca Gwiazda) i tu wygrał 15-letni Michel d’Oultremont z Belgii. Nadal jest też tzw. „Świat w naszych rękach”. która ma ukazywać wpływ człowieka na środowisko naturalne i ukazuje zwykle negatywne aspekty działalności ludzkiej.

Jak w poprzednich latach nie zawsze zgadzaliśmy się z decyzjami jurorów, ale tak to już jest, że każdy ma swoje opinie. Wiele zdjęć nas znów zachwyciło i gorąco Was namawiam do zobaczenia tej wystawy. W Londynie jest ona w tym roku bardzo długo bo do końca sierpnia 2015 roku, a można ją zobaczyć w Muzeum Historii Naturalnej.  Każdego poprzedniego roku była ona na objeździe po UK, a także po Polsce. Miejcie wiec oczy i uszy szeroko otwarte. Jak dowiem się gdzie i kiedy do dopiszę to na końcu wpisu.

Nagrodę Wildlife Photographer of the Year 2014 otrzymał Michael ‘Nick’ Nicholson, który nie raz już przewijał się wśród zwycięzców. Tematem są jego chyba ulubione zwierzaki - lwy, tym razem w czarno-białej formie, stado wyleguje się na skałach. Zdjęcie ładne, czy koniecznie najlepsze? Zapraszam na wystawę, abyście mogli sami ocenić.

Dla zachęty przedstawię parę zdjęć, które nam szczególnie przypadły do serca.


W kategorii „Birds” Ptaki znów jako zwycięzca znajome nazwisko Bence Mate, ale mnie zauroczył Jan van der Greef i jego fotka „Touche”. Jest to ciekawe ujęcie ptasiego życia. Otóż mamy tu sword billed hummingbird (mieczodziobka z rodziny kolibrowatych), który ma bardzo długi dziób ( około 11 cm), dłuższy niż jego ciało – nie licząc ogona. Taki długi dziobek jest bardzo przydatny w wypijaniu nektaru z kwiatów o długich kielichach, ale ma też inną zaletę. Ten jego dziób jest jak mieczyk, a może raczej kopia i ten mały ptaszek wydaje się wiedzieć jak go użyć, aby innych, niepożądanych gości na jego terenie przegonić. Mały, ale dziarski, stoi na „paluszkach” i wydaje się grozić delikwentowi, który ośmielił się wkroczyć na jego terytorium. Kolorystka też mnie urzekła, zieleń konarka i ciało ptaszka mieniące się też zielenią, a fakt że udało mu się uchwycić go, machającego skrzydełkami 60 razy na minutę, już od razu zachwyca.

 

W kategorii Earth’s Environments ujęły nas dwa zdjęcia.


Pierwsze to zwycięzca Francisco Negroni i jego „Apocalypse”. Otóż Francisco, gdy usłyszał że wulkan w kompleksie Puyehue-Cordon Caulle obudził się i zaczyna wyrzucać w powietrze dym, popiół, pumeks i co tam jeszcze się da, to pojechał tam w nadziei, że uda mu się coś ciekawego pstryknąć. No i miał facet nosa, udało mu się sfotografować rzadki fenomen jakim są pioruny wulkaniczne (volcanic lighting – dirty thunderstorm). Wizja jaka ukazana na zdjęciu jest cudna i straszna, potęga wulkanu i zachodzących w czasie erupcji procesów chemicznych i fizycznych może przerażać, ale jednocześnie zapiera dech w piersiach.


Drugie zdjęcie autorstwa Davida Clappa „Magic mountain” (czarodziejska góra) przypadło nam do serca, bo znamy tę górę. Byliśmy w ubiegłym roku na Islandii, i nasz przyjaciel nas zabrał w tamte rejony i opowiadał, że ta góra (Kirkjufell) jest często fotografowana, że są tłumy ludzi i każdy stara się uchwycić górę i wodospady, a potem idziemy sobie po wystawie i jest ta piękna i tajemnicza góra z aureolką borealis. Ach zatęskniło mam się wtedy za Islandią, za tą dzikością, za tym pięknem.

Z kategorii Underwater Spiecies rozbawiło nas zdjęcie Adriano Morettiniego „Touch of magic”. To zdjęcie, a raczej pomysł na nie miał Adriano w głowie od 15 lat. Niedaleko jego miejsca zamieszkania jest zamek Miramare, stoi on na klifie nad Morzem Adriatyckim i tam zbierają się meduzy. Dwa rodzaje Barell Jellyfish (Rhizostoma pulmo ) i Fried-egg Jellyfish (Phacellophora camtschatica). Obrazek jaki mamy na zdjęciu jest uroczy, naprawdę jakby jajko sadzone nam pływało po wodzie i ten zamek w tle nad wodą. Cudne to po prostu i inne niż reszta. Warto było czekać 15 lat i pocierpieć, gdy one poparzyły przy zbliżaniu się, w celu uzyskania najlepszego ujęcia.

Dwa ostatnie zdjęcia pochodzą z kategorii Młodzików.


Zwyciężył w przedziale wiekowym 11-14 lat Marc Albiac z Hiszpani ze zdjęciem „Angle poise”. Będąc dobrym wnuczkiem Marc pomagał swojej babci posprzątać ogródek i tam wśród jeżyn zauważył modliszkę śródziemnomorską. Kazał babci jej pilnować i pognał do domu po sprzęt. Na szczęście modliszka była grzeczna i została tam gdzie była. Niestety światło nie było zbyt dobre, ale wtedy poratowała go prosta kartka papieru, wsunięta ostrożnie za owada. I tak oto mamy tę prześlicznie jak do modlitwy pozującą, a jednocześnie zalotnie zerkającą na nas samiczkę.


W przedziale wiekowym 15-17 lat spodobał mi się „Snowbird” (śnieżny ptak” Edwina Sahlina. W czasie zimowych wakacji zaobserwował on ptaki z gatunku Siberian Jay (sójka syberyjska), polujące na resztki jedzenia zostawianego przez turystów i narciarzy. Okopał się w śniegu i rozrzucił resztki jedzenia naokoło i czekał. Miał szczęście, bo ptak przefrunął nad nim i mamy taki uroczy efekt, sójkę w pozie orzełka.

I to tak tyle dla zachęty, wybierzcie się na tę wystawę, jest ciekawa, inspiruje do podróży, do chwycenia za aparat, wzrusza, wzbudza gniew, gdy oglądamy okrucieństwo człowieka wobec zwierząt i naszej planety.

Wystawa będzie w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie do końca Sierpnia. Zapraszam

 

Godziny otwarcia od 10 do 17:45 ostatnie wejście o 17:15.

Ceny biletów

Dorośli – £ 12.60

Dzieci i bilety ulgowe – £ 6.30

Bilet rodzinny ( max 2 dorosłych i 3 dzieci) - £35.45

Ulgowe bilety są dla seniorów, studentów z legitymacją, posiadaczy karty Art Fund. 

Dojazd: najbliższa stacja metra to South Kensington, linie metra District (zielona), Circle (żółta)i Piccadilly (granatowa), autobusy 14, 49, 70, 74, 345, 360, 414, 430 mają przystanki w pobliżu muzeum.


Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez Wydział Prasowy zajmujący się promocją wystawy ˆ.


Kalendarium po Polsce

04.12. -€“ 28.12.  -  Bydgoszcz  -  Muzeum Okręgowe, ul. Grodzka 7-11

05.02. -€“ 27.02.  -  Mińsk Mazowiecki  -  Muzeum Ziemi Mińskiej, ul. Okrzei 16 

05.03. -€“ 26.03.  -  Szczecin  -  Muzeum Narodowe, ul. Wały Chrobrego 3 

01.04. -€“ 26.04.  -  Toruń  -  Centrum Nowoczesności „Młyn Wiedzy”, ul. Łokietka 5

01.05. - 25.05.  -  Sopot  -  Państwowa Galeria Sztuki, Plac Zdrojowy 2 

30.05. -€“ 28.06.  -  Szklarska Poręba  -  Karkonoski Park Narodowy, ul. Okrzei 28 

03.07. - 30.07.  -  Płock  -  Płocka Galeria Sztuki, ul. Sienkiewicza 36 

06.08. €- 30.08.  -  Białowieża  -  Białowieski Park Narodowy, Park Pałacowy 5 

04.09. -€“ 29.09.  -  Bytom  -  Muzeum Górnośląskie, Plac Jana III Sobieskiego 2 

06.10. - 29.10.  -  Warszawa  -  Muzeum Ziemi PAN, Aleja Na Skarpie 27 

05.11. -€“ 29.11.  -  Wrocław  -  Muzeum Miejskie, Ratusz/ul. Sukiennice 14/15

 

 

sobota, 17 stycznia 2015



Tak zwane okno urodziń z wydrapanymi imionami zwiedzających w poprzednich stuleciach. 

Na Henley Street stoi dom będący miejscem pielgrzymek wielbicieli Szekspira od stuleci. To tu wielki poeta i pisarz się urodził, to tu spędził dzieciństwo i młodość. Przed domem każdy turysta robi sobie pamiątkowe zdjęcie, czy wchodzi i zwiedza, czy tylko przechodzi. Dom został zakupiony dla dobra narodu, ale dzięki temu został ocalony i można go zwiedzać. Służy nie tylko jego rodakom, ale i całym stadom turystów z różnych zakątków świata. Byliśmy tam jesienią, wydawało się, że poza sezonem turystycznym a ludzi było jak mrówek. Czasem trzeba było czekać, aby wejść do kolejnego pomieszczenia.

Trochę historii rodziny: otóż dziadek Szekspira Richard był farmerem, wynajmował ziemię od Roberta Arden (ojca Mary Arden matki poety) w miejscowości Snitterfield około 6 i pół kilometra na północny –wschód od Stratford. Na początku lat 50-tych XVI wieku John syn Richarda opuścił rodzinną farmę i przeprowadził się do miasta, gdzie został uznanym rzemieślnikiem – rękawicznikiem.


Dom, w którym się urodził nasz poeta, wszedł w posiadanie jego ojca Johna, krótko po przeprowadzce do miasta, bowiem już w 1552 rok został odnotowany jako mieszkaniec domu na Henley Street. W 1556 roku dokupuje dom obok i łączy oba budynki. Kolejny dodatek to dwupokojowy aneks po stronie wschodniej domu. To tu prawdopodobnie wprowadzili się nowożeńcy w 1582 roku, gdy William poślubił Anne Hathaway. Tu zamieszkała na początku XVII wieku siostra Szekspira ze swoim mężem Williamem Hart – kapelusznikiem.

Obok domu stoi nowoczesne centrum Szekspirowskie, to tu można kupić bilety, odebrać te kupione przez Internet, tu jest wystawa wstępna i kawiarenka, gdzie można coś przekąsić i ugasić pragnienie.

Tu zapoznajemy się z miastem w czasach gdy żył poeta, wielka mapa ukazuje miejsca jemu znajome, potem można sobie spacerkiem te miejsca odwiedzić i zobaczyć co z nich zostało. W gablotach są liczne eksponaty związane z autorem, epoką i miastem.

Jest tu np. jedno z pierwszych wydań jego dzieł zebranych.


W innej gablotce mamy zbiór dokumentów z lat 1575 1647, potwierdzających, że rodzina Szekspira była właścicielami tej posesji. Gdy William zmarł zostawił ten dom w spadku swojej córce Susanie i mamy tu m.in. jej podpis.

Jest tu też tzw. „horn book” z 1680 roku, to taka tabliczka, na której dzieciaki w średniowieczu ćwiczyły pisanie alfabetu w czasie lekcji. Otóż papier był przytrzymywany na drewnianej podstawie właśnie przez tę rogową oprawkę.


Jest tu także „book of common prayer” – zawiera ona modlitwy używane w czasie mszy w obrządku anglikańskim (starowinka, mocno nadgryziona przez ząb czasu), złoty pierścień z inicjałami WS, znaleziony niedaleko kościoła Świętej Trójcy w XIX wieku.

Jest tu też podstawa krzyża targowego („market cross”) wyznaczającego obszar, na którym sprzedawano żywność, ubrania i sprzęty domowe w dni targowe.


Są tu przetłumaczone dzieła na różne języki, przedmioty związane z obchodami różnych rocznic urodzin, ilustracje sztuk, itp.

Potem wychodzimy do ogrodu, w którym m.in rosną zioła i roślinki wspominane w jego sztukach i poezji.


Zwiedzanie samego domu rozpoczynamy od tego dwupokojowego aneksu. Jest tu miejsce do spania i kuchnia, więc osoby tu mieszkające cieszyły się swojego rodzaju niezależnością.

Możemy tu zobaczyć rekonstrukcję warsztatu rękawicznika. W takim właśnie pracował ojciec poety. Rękawiczki to był wyrób luksusowy, posiadanie rękawiczek wskazywało pozycję społeczną i sytuację finansową, był również to popularny prezent. John Szekspir zajmował się też handlem skórami i wełną.

Czasem zdarzało mu się wejść w konflikt z prawem np. za pobieraniem procentu od pożyczki powyżej ustalonego limit, za handel wełną bez licencji na taką działalność i za to m.in. że przed jego domem leżało nieposprzątane końskie łajno. Te drobne wpadki nie przeszkadzały mu jednak w piastowaniu urzędów miejskich, nawet tak wysokich jak burmistrz.

pokój w którym się urodził wielki poeta i dramaturg

William był trzecim dzieckiem z ośmiorga, ale i najstarszym bowiem pierwsza dwójka zmarła nie przeżywszy nawet roku. Jest tu pokój, w którym się prawdopodobnie pisarz urodził. Data jego urodzenia jest przybliżona i określana na 23 kwietnia, jako że ochrzczony został 26 kwietnia.


Poeta zapewne poszedł do szkoły Kings New School w wieku 7 lat, do tej założonej przez Edwarda VI. Tu uczył się czytać i pisać po łacinie, poznając klasykę literatury spisanej po łacinie. Dom rodzinny był zapewne bardzo gwarny, nie dość że pełen dzieciaków to jeszcze klienci, dostawcy, koledzy ojca itp. Bawił się na ulicy z dzieciakami z sąsiedztwa i wyrastał na geniusza.


Za czasów szekspirowskich obecny ogród wyglądał trochę inaczej, były tu oczywiście grządki z warzywami, ziółkami, drzewka owocowe, ale też były tu pomieszczenia do obróbki skóry, stajnie dla koni, chlewik oraz kurnik. Domostwa były w dużym stopniu samowystarczalne, a przynajmniej starały się być.


Teraz w sąsiednim dom mieści się sklep z pamiątkami, a za czasów Szekspira mieszkał tu kowal Richard Hornby z rodziną. W sklepie oczywiście można kupić wszystko o Szekspirze, magnesy, koszulki, kałamarze, kubki, książki,  a wśród nich znaleźliśmy Szekspirowskie Gwiezdne Wojny.

Ciekawostką jest fakt że po śmierci Szekspira w XVII wieku część domu była użytkowana jako pub o wdzięcznej nazwie „Swan and maidenhead” czyli panna i łabędź.

Urocze to miejsce i polecam tu wpaść na chwilę, ale proszę sobie zarezerwować taką dłuższą chwilę.

Szukając Szekspira:

Anne Hathaway Cottage

Stratford upon Avon - ulicami miasta

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32
Flag Counter