niedziela, 08 marca 2015

 

Quiche to popisowa potrawa mojej koleżanki z pracy, tej od chleba. Zawsze jak mamy imprezy, to przynosi to, a my padamy z zachwytu. Quiche to taka forma wypieku na kruchym cieście z nadzieniem jajeczno – śmietankowym, ale moja koleżanka i ja za nią, zamieniamy śmietanę na mleko, wychodzi to bardziej dietetyczne. Choć brzmi to jak placek, to nie jest to deser, a raczej danie główne albo w małych formach przekąska.

Ta potrawa ma swoje korzenie we Francji, ale jest bardzo popularna w Wielkiej Brytanii, na pewno wiedzieliście ją na półkach w supermarkecie. Dużą zaletą tego dania jest to, że można je jeść na zimno, a ja nawet wolę je takie ostygłe niż prosto z piekarnika. Smaczne jest i nie potrzeba dużo składników, a możliwości urozmaicania i tworzenia własnych kombinacji są ogromne.

Podzielę się z Wami tym czego nauczyłam się od koleżanki i zapraszam do kuchni.

Składniki

Ciasto:

·         225 gram mąki

·         110 gram masła lub margaryny

·         Szczypta soli

·         Zimna woda

Masa – nadzienie

Podstawa

·         2 duże jajka

·         150 mililitrów mleka

·         225 gram utartego sera żółtego (może być mniej )

·         Pieprz

·         Łyżka oliwy

Dodatki

·         Grzybki – pieczarki, paczka około 250-300 gram

·         Cebula np. czerwona

·         Groszek zielony ( na oko aby było kolorowo)

·         Pocięty pęczek liści kolendry.

·         Przyprawy do smaku, jak lubicie np. dodaje utarte ziele angielski, gorczycę, ziarna kolendry; czosnek.

Przygotowanie ciasta.

Do miski wsypujemy mąkę, dodajemy szczyptę soli i masło w kawałkach, wcieramy aby to wyglądało na kruszonkę, potem w małych ilościach powoli dodajemy zimniej wody i ugniatamy.

Jak już nam się będzie ciasto łączyło trochę, przenosimy sią na stolnicę i dalej miętosimy. Proszę się nie zrażać, gdy na początku nic się nie będzie kleić. Trzeba trochę cierpliwości i mięśni, i ugniatania - wyobraźcie sobie, że to taki wasz mały wróg i tak go sobie męczycie. Powoli ciasto staje się lżejsze, miluśkie i jak już macie wrażenie, że jest dobrze wygniecione i się da wałkować, to owińcie w folię i na co najmniej pół godzinki wsadźcie do lodówki, ma to zapobiec kurczeniu się potem w piekarniku. Jak ono sobie tak leżakuje w lodówce, to mamy czas przygotować masę na nadzienie.


Masa

Do rondelka wlewamy oliwę, dodajemy czosnek i cebulkę, po chwili dodajemy obrane i pokrojone pieczarki, ziółka, przyprawy i trochę groszku. Przykrywamy pokrywką i czekamy, aż nam zmiękną troszeczkę. Odstawiamy, aby co nieco przestygło.


W misce albo robocie kuchennym wbijamy jajka, wlewamy mleko i ubijamy lub miksujemy mikserem.


Dodać miksturę do tego co jest w rondelku oraz tarty ser, wszystko wymieszać.


Łączenie w Quiche

Rozgrzać piekarnik do 190 ˚C

Wyciągamy ciasto z lodówki, trochę gnieciemy, aby było plastyczne i rozwałkowujemy na okrągły placek wielkości formy na quiche (okrągła foremka, moja ma średnicę 27 cm i głębokość 5 cm).

Wykładamy ciastem formę, jak wam coś się porwie to nie szkodzi, można to załatać - tylko dobrze połączcie łaty z resztą ciasta, aby masa nie wyciekła. Ciasto najlepiej niech będzie wysokie na brzegach, aby masa nie wypłynęła. Moje foremka jest ceramiczna - emaliowana, niczym jej nie smaruję i nic nie przywiera


Wykładamy, czy raczej wylewamy masę do formy (można jeszcze doprawić z wierzchu) i wstawiamy do piekarnika na 40-45 minut, jak się upiecze, to robi się złocisto-brązowa. Masa rośnie w czasie pieczenia, a potem opada na równo.

Quiche można jeść na zimno, ciepło, z surówkami itp.


Piękno tej potrawy polega na tym, że można samemu decydować o dodatkach, do podstawy w postaci mleka, jajek i sera można dodać co nam się podoba, można eksperymentować i tak np. groszek zamienić na kiełbaskę, grzybki na brokuły, czy kalafior itp. Możliwości są ogromne, co nam przyjdzie do głowy.

Popróbujcie warto się trochę w kuchni pobawić.

Tagi: kuchnia
15:46, edyta1972 , jedzonko
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lutego 2015

 

 

Moja przygoda z Barankiem Shaun zaczęła się w pracy, przez przypadek obejrzałam kilka odcinków w telewizji. Koleżanka jest wielką fanką tego serialu, więc zaczęło się układanie przerw pod kątem: „kto chce oglądać Baranka?”( Shaun the Sheep, wykreowanego przez Nicka Parkera). Padaliśmy ze śmiechu i wygłupialiśmy się chodząc i cytując Baranka: „myeee meee”, choć tu, w Zjednoczonym Królestwie, owce mówią raczej „Baaa”. Mniejsza o to, Barank Shaun stał się naszym ulubieńcem w pracy, krótkie odcinki były w sam raz na popołudniową przerwę. Potem serial się skończył, żal nam ściskał serca.


Na szczęście w wytwórni pomyśleli o fanach i dwaj panowie Richard Starzak (Richard Goleszowski) i Mark Burton stworzyli pełnometrażowy film o przygodach Baranka Shaun. Hura!!!!

Baranek powstał w Studiu Aardman w Brystolu, które specjalizuje się w  filmach kręconych metodą „stop motion”, czyli animacją poklatkową. Modele (postacie, przedmioty itp.) są fotografowane, następnie przesuwane odrobinę i znów fotografowane. Połączone fotografie tworzą film. To bardzo żmudna i długa praca, wymagająca precyzji, sprawnych rąk, a przede wszystkim cierpliwości. W tej wytwórni powstały takie hity jak zdobywca Oskara w 2006 „Wallace and Gromit: klątwa królika” (Wallace and Gromit: The Curse of the Were-Rabbit) i „Uciekające Kurczaki” (Chicken Run).


Postać Baranka Shaun po raz pierwszy pojawiła sią w serialu „Wallace and Gromit”, chyba była tak urocza, że dostała angaż na własny serial. Shaun zwykle ma pomysły, jak urozmaicić sobie i reszcie stada, monotonne życie na farmie, gdzie tylko ciągle wyprowadzane są na pastwisko, jedzą trawę i są co jakiś czas golone/strzyżone.

Marzy im się dzień wolny. Mądry Baranek Shaun wpada na pomysł jak to zrobić i wszystko idzie jak po maśle - do czasu. Niestety Bitzer, psi asystent Farmera, wywąchał, że coś tu nie gra i musiał wtrącić swoje trzy grosze, no i stało się nieszczęście. Farmer został przetransportowany do miasta, gdzie uległ wypadkowi i stracił pamięć, jego śladami wiernie podążył pies Bitzer. Tymczasem na farmie zwierzaki zaczęły tęsknić za Farmerem i odważny Baranek Shaun postanowił wyruszyć do Wielkiego Miasta, aby znaleźć Farmera. Owca w wielkim mieście nie ma łatwo, zwłaszcza sama, ale nadjeżdżają posiłki (reszta stada) i zaczynają się prawdziwe kłopoty. Nie tylko nie wiadomo, gdzie zacząć poszukiwanie, ale jeszcze na biedne owce czeka tyle niebezpieczeństw w Wielkim Mieście. Wróg numer jeden to hycel Trumper, pracujący w miejskim zakładzie utylizacji zwierząt, oczywiście bierze on sobie za punkt honoru oczyszczenie miasta z futrzaków.


Oj dzieje się, dzieje, film jest uroczy, pełen aluzji do innych filmów, można się prześcigać w wynajdywaniu tych momentów. Człowiek ogląda, śmieje się, zachwyca inteligencją Baranka i ma żal na końcu, że się skończyło. Chyba sobie kupimy DVD, jak wyjdzie. Polecam, ale uwaga, nie jest to typowy film dla dzieciaków, człowiek dorosły tu się świetnie bawi, zwłaszcza że niektórych aluzji (np. do „Milczenia owiec” itd.) , dzieciaki nie wyłapią. Nam się łezka w oku zakręciła, gdy Shaun odnalazł Farmera, a po kinie poszedł pomruk „uuuauu”. W filmie nie ma dialogów, tylko pomrukiwanie i to jest druga ogromna zaleta, bo jest to film, który opiera się na efektach wizualnych, gestach, minach, pomrukach, jest to więc film bez granic. Polecam, pędźcie owczym pędem do kina i zostańcie do końca seansu, dla cierpliwych kurczak ma specjalną nagrodę.

Fotki z Press Association

Na zachętę zwiastun.



niedziela, 08 lutego 2015



To jest pożegnanie z Plantagenetami dla pisarki, to ostatnia napisana przez autorkę książka o tej zwariowanej rodzinie i dynastii, która kontrolowała obszary od Muru Hadriana do Pirenejów. Chronologicznie została mi jeszcze Trylogia Walijska, więc smutna nie byłam. Ta część sagi o Richardzie bardziej mi się podobała, wydawało mi się, że pisarce znów słowa spływały na klawiaturę jak w poprzednich opowieściach. Znów czytało się to jak powieść awanturniczą, z tą różnicą, że zamiast wymyślonych postaci osadzonymi w realiach historycznych głównymi bohaterami byli prawdziwi, znani nam z historii osobnicy, uczłowieczeni piórem pisarki.

I tak oto Ryszard dowiedziawszy się, że jego ukochany młodszy braciszek książę Jan ( zły John z legendy o Robin Hoodzie) znów knuje z zasiadającym na Francuskim tronie Filipem, postanawia wrócić do swojego królestwa. Pierwsze wyruszają żona Berengaria i siostra Joanna. Kiedy Ryszard w końcu wypływa w powrotną podróż, u wybrzeża wyspy Korfu napotyka piratów, którzy po krótkich negocjacjach wstąpili do służby pod sztandarem Lwiego Serca. Jak stwierdza jeden z służących królowi tłumaczy - można być jednocześnie piratem i chrześcijaninem. Ryszard zdecydował się przenieść na wynajęte pirackie statki z kilkoma zaufanymi rycerzami, a resztę wysłać dalej normalną drogą. Chce szybko i bez zwracania na siebie uwagi przedostać się do przyjaznej Saksonii. Okazuje się bowiem, że Cesarz Rzymski Henryk rozstawił sieci i czeka, aż mu królewski łup wpadnie w ręce.

Wiatry nie były jednak pomyślne, wręcz przeciwnie i po strasznym sztormie statki osiadają mocno zniszczone na wyspie La Croma ( Lokrum u wybrzeży Horwacji, teraz jest tam słynna plaża nudystów). Sztorm był tak silny, że zgromadzeni na pokładzie myśleli, że oto nadchodzi ich koniec, sam król obiecał darowiznę 100 tysięcy dukatów na budowę kościoła w miejscu, gdzie wyjdą ocaleni na ląd. Gdy jeden z jego towarzyszy, dostrzegł ląd stwierdził, że oto zostali uratowani, bo jakby mógł Bóg nie skusić się na taką sumę, okup królewski. Można by powiedzieć wykrakał! Ale właśnie tak Sharon Penman buduje akcję, znane fakty ubiera w bogate szaty, przystraja w pióropusze, a czasem ogołaca z tego przepychu i podaje nam wszystko wprost i do rzeczy. 

Obywatele pobliskiej Republiki Ragusa (obecnie Dubrownik) przyjęli rozbitków z otwartymi sercami. Ich serca i domy jeszcze bardziej zostały otwarte, gdy okazało się jaka czeka ich nagroda. Nic nie jest jednak proste, bo w sumie to wylądowali oni na wyspie opodal i oficjale kościelni spierali się, kto ma otrzymać darowiznę, klasztor na wyspie czy katedra w mieście.

Niestety miłe towarzystwo i bezpieczną przystań trzeba opuścić, a choć powracający krzyżowcy byli objęci specjalną ochroną kościelną, Ryszard miał tylu wrogów, że trudno było im znaleźć bezpieczną drogę do domu. Znów wypłynęli na morze, a ich celem był port Zadar, będący pod panowaniem Węgierskim. Nie mieli szczęścia - najpierw cisza morska, a potem mgła i kolejny sztorm. Tu pomaga żeglarzom magnetyczna igła wbita w korek, która pływa w wiadrze z wodą i zawsze wskazuje północ. Statek został uszkodzony, stracił ster i pozostawał na łasce wiatru i fal, ale udało się ostatecznie doprowadzić dryfujący wrak na wybrzeże, puste, zasolone błota - ziemia bez życia. Zły omen. Rozbitkowie nie wiedzą gdzie są, czy na terenach przyjaznych, czy wrogich, ale nie mają wyjścia i muszą resztę podróży odbyć lądem. Rozpoczynają niebezpieczną przeprawę przez tereny pełne szpiegów cesarskich i każda chwila jest pełna grozy. Nie wiedzą gdzie i kiedy ich los zostanie zakuty w kajdany. Penman jest genialna w wykorzystaniu informacji źródłowych, strzępki jakie czasem posiada, przekształca swoim piórem w pasjonujące opowieści i tak jest z momentem pojmania Króla Ryszarda. Choć wiemy, że to się stało, bo znamy historię, nawet, jeżeli nie uczyliśmy się jej pilnie w szkole, to każdy słyszał o legendzie Robin Hooda. To jednak w jaki sposób pisarka nam to wydarzenie opisuje tak przykuwa nas do kartek, a mnie do Kindla, że można przegapić stacje metra i w rezultacie spóźnić się do pracy. Postać Arne -niemieckiego chłopca w służbie angielskiego króla i jego historia wylęgła się z jednej wzmianki kronikarskiej, że był przy nim młody tłumacz. Arne pojawia się dużo wcześniej i znów jest jednym z nośników informacji o zwyczajach, czasach i wydarzeniach, podobnie jak Morgan walijski kuzyn króla, który jest kontynuacją wątku Ranulfa z pierwszych części sagi – jest jego synem, czy Mariam przyjaciółka Joanny królowej Sycylii i siostra z nieprawego łoża jej męża Williama II. Te fikcyjne osoby wprowadzają nas, czytelników XXI już wieku, w realia średniowiecza, pozwalają na dialogi między nami a bohaterami opowieści kronikarskich.

 

Kiedy Morgan, walijski kuzyn króla, zadaje mu pytanie czy nigdy nie boi się o swoje życie, zwłaszcza walcząc na polu bitwy, ten po długim namyśle odpowiada, „ że w ferworze walki, gdy krew szybko krąży w żyłach czasem trudno jest odróżnić podniecenie od strachu”. To jedna z rzeczy, które mi się podobają w u tej pisarki, dialogi, które przypisuje postaciom są takie ludzkie, prawdopodobne i pozwalają bliżej poznać danego bohatera, sztywna postać historyczna staje się normalnym śmiertelnikiem.

Doskonale to widać w udręce jakiej doznaje Ryszard w czasie swojego uwięzienia w Trifels, gdy stara się zachować godność, a jednocześnie przetrwać samotność, opuszczenie, odizolowanie. W pewnym momencie mówi sam do siebie, wspominając 16 lat aresztu domowego ( zamkowego w zasadzie) swojej matki Eleonory Akwitańskiej – jak ty to zniosłaś. Gdy jest chory ma wizje, majaczy w gorączce, a odwiedza go wtedy jego ojciec Król Henryk II i niemalże go błaga, aby nie zaprzepaścił tego, co on z matką zbudowali, aby ocalił Imperium Andegaweńskie.

Tymczasem kobiety w drodze do domu i matka pozostawiona na straży królestwa zaczynają się niepokoić, brak wieści nie jest tu obiecujący i zaczynają krążyć złowrogie plotki. Wkrótce staje się jasne, że coś niedobrego spotkało powracającego do kraju króla, rozpozna się walka dyplomatyczna między tymi, którym ta nieobecność jest po myśli, a tymi co są w stanie zrobić wszystko, aby króla odzyskać. Kto da więcej? Jan i Filip, aby Henryk króla sobie zatrzymał, czy Eleonora i jej stronnictwo, aby króla odkupić. Pisarka zabiera nas też do Speyer na sąd nad królem, gdzie sędziami są możni i książęta Kościoła (Imperial Diet) i tu swoją przemową Ryszard zwycięża nad Cesarzem, nie tylko genialny strateg na polu walki, ale i niezły mówca. Niemalże zaciskamy kciuki chcąc, aby mu się powiodło. Wolność nie przychodzi łatwo, Henryk sprawnie i okrutnie pociąga za sznurki i co chwile perspektywa swobody jest od naszego bohatera okrutnie oddalana.

Nie zdradzę tu tajemnicy, że Ryszard odzyska wolność i wróci do swojego królestwa, ale to nie jest koniec opowieści. Autorka zręcznie wpisuje naszą wiedzę XX-go wieku na temat psychologii i wpływu dramatycznych wydarzeń na zachowanie człowieka w średniowieczne realia. Ryszard boryka się z tym, co przeżył. Mamy jego dziwne zachowanie wobec żony Berengarii, wydawało się, że ją kochał w czasie wyprawy krzyżowej, teraz nie bardzo się kwapi, aby ją znów zobaczyć. Co się za tym kryje? Król niemal nie zdejmuje zbroi i nie zsiada z konia, ciągle w ruchu ciągle tłumi jakąś rebelię. Nie ma czasu na bycie mężem, a przydałoby się, bo koronie potrzebny jest następca. Niby jest Jan, ale czy to najlepsza opcja?

Ostatecznie zabiera nas pod Chalus i tu wycisnęła ze mnie łzy – taka jestem płaczliwa. Umierający król wzywa do siebie matkę - królową Eleonorę Akwitańską, ale nie żonę Berengarię, później biskup jej mówi, starając się wytłumaczyć ten gest, że chciał jej oszczędzić cierpienia. Drobna rana przynosi śmierć, medycy średniowieczni są bezsilni w walce z gangreną. Ryszard wie, że umiera i stara się zrobić wszystko, aby jego brat Jan mógł zasiąść na tronie. Sprawa się skomplikowała, bo w tym czasie Jan był na dworze w Bretanii, a tam znajdował się potencjalny konkurent do tronu w postaci Artura, syna ich  brata Geoffrey’a (Godfryda II)  księcia Bretanii. Umierający Ryszard nie chce wzbudzać podejrzeń, stara się żyć tak długo, aby zabezpieczyć Janowi sukcesję, stawia królestwo przed żoną. Przyjazd Berengarii byłby podejrzany, a matki nie, bo często się z nią konsultował w sprawach wagi państwowej. Eleonora zdążyła przed śmiercią i ten dialog między nimi jest znów majstersztykiem Penman. Jest tu czarny humor - gdy matka pyta się czy była spowiedź i ostatnie namaszczenie, Ryszard żartuje, że tyle miał do spowiedzi, że zajęło to pół dnia. Gdy prosi o pochówek w Fontervrault przy stopach swojego ojca Henryka II, Eleonora mówi łagodnie, że on mu na pewno przebaczył. Ryszard prosi też, aby zrobiła, co może dla Jana i ona przytakuje. Jesteśmy z Eleonorą w tych najcięższych dla niej chwilach, kolejne z jej dzieci umiera, przyszłość jej imperium umiera, jesteśmy tam do ostatniego oddechu, do ostatniego uderzenia serca jej ukochanego syna.

Jest jeszcze Joanna, jej wdowieństwo i wydanie jej za mąż za Raymonda VI Hrabiego Tuluzy, którego poznała w czasie powrotnej podróży z Ziemi Świętej. Niezwykła kobieta i niezwykłe małżeństwo z człowiekiem, który kochał poezję, uznawał tolerancję wobec innych wyznań czy heretyków. Został on uznany przez to za wroga Kościoła i tyrana, który znęcał się nad swoją żoną. Sharon Penman ukazuje inną historię - małżeństwo, w którym Joanna była szczęśliwa, bo znalazła człowieka, który nie uważał, że kobieta to osoba niższa intelektualnie i bez żadnych praw. Tu raz jeszcze wspomnę, że w bardzo przystępny sposób ukazuje autorka nam nie tylko wydarzenia historyczna, ale i realia społeczne i kulturowe życia w średniowieczu. Joanna bezdzietna w pierwszym małżeństwie – wina zawsze była po stronie kobiety – rodzi po bardzo trudnych ciążach Raymondowi syna i córkę. Ostatnia ciąża jest niestety niezbyt szczęśliwa, gdyby to była fikcja to bym złorzeczyła, że tak sobie ktoś wymyślił, ale niestety los był dla niej okrutny. Dla Joanny bycie w ciąży nie było stanem błogosławionym, przechodziła je bardzo ciężko. Pisarka konsultowała się z lekarzami specjalistami i sugeruje, że tego przyczyną była hyperemesis gravidarum (HG), po naszemu niepowściągliwe wymioty ciężarnych, a fakt, że Joanna miała cesarskie cięcie jest jednym z najwcześniejszych zapisów o tego typu operacji. Czytałam, a łzy mi ciekły strumieniami po policzkach.

Powieść ta kończy się dojściem do władzy Jana i śmiercią Eleonory. W tej ostatniej kwestii autorka znów pozwala sobie na swoją pisarską wspaniałą fantazję. Otóż w gorączce Eleonora widzi przy swoim łożu Henryka II, swojego męża, który przygania jej, że już ma 80 latek, i że on z Ryszardem czekają na nią tak długo.

Wspaniała lektura, trzyma w napięciu nawet, jeżeli wiemy, co się ma stać, bo wystarczy otworzyć podręcznik lub wpisać na Google imię Ryszard Lwie Serce. Pisarka jest genialna i udowadnia po raz kolejny, że historia to nie są nudy, tylko trzeba umieć o niej opowiadać. Dobrze, że czekała na mnie tzw. Walijska Trylogia, bo trudno by się było z jej pisarstwem rozstać.

Polecam

Inne części sagi o Plantagenetach. 

When Christ and His Saints Slept - pierwsza część, czasy anarchii 

Time and Chance - opowieść o Henryku II i Eleonorze Akwitańskiej

Devil's Brood - bunty i walka o tron w Imperium Andegaweńskim

Lionheart - Ryszard Lwie Serce, w drodze na krucjatę i walki na Ziemi Świętej

poniedziałek, 19 stycznia 2015

 

To już czwarta edycja tej wystawy, na której byliśmy, to już taka nasza zimowa tradycja. Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.

Konkurs jest organizowany przez Muzeum Historii Naturalnej i BBC. Jest otwarty dla wszystkich, zgłoszenia są przyjmowane od grudnia do lutego, a potem panele sędziowskie muszą zdecydować o nagrodach.

Początki tej wystawy były skromne, bowiem na pierwszy konkurs w 1965 roku nadesłano 500 zdjęć, na tę, 24-tą już edycję, wpłynęło 41 000 zgłoszeń z 96 krajów. To trochę mniej niż w ubiegłym roku.  Zwiększyła się także liczba kategorii - w pierwszej edycji było ich tylko 3. W tym roku zrobiono swego rodzaju rewolucję w kategoriach konkursowych, likwidując niektóre, a tworząc nowe. I tak np. zniknęły Portrety Zwierząt, Urban Wildlife (Dzikie życie w mieście) oraz Animals in Their Environment (Zwierzęta w swoim naturalnym środowisku), a np. Botanical Realm (Królestwo Roślin) zostało przekształcone w Plants and Fungi (Rośliny i Grzyby) Behaviour: Cold-blooded animals ( Zachowania Zwierząt Zimnokrwistych) stało się Amphibians and Reptiles ( czyli Płazy i Gady), podobnie Wildscapes (Dzikie Zakątki) stała się Earth’s Environments czyli takie Środowisko Naturalne. Creative Visions (Kreatywna Wizja Przyrody) zmieniła się w Natural Design - coś w rodzaju Kreacje Przyrody i nadal zadziwia czasami, o co autorowi tu chodziło i co to jest na zdjęciu. Całkiem nową kategorią jest The TimeLapse Award – idąc za duchem czasu, a ponieważ obecnie królują w mediach „ruchome obrazy”, wprowadzono tę kategorię, w której mamy szansę obserwować zmiany uchwycone na serii zdjęć.

Nadal jest nagroda dla młodych fotografów, w tych samych kategoriach wiekowych,  nagroda foto-dziennikarska, ale są dwie nagrody za Portfolio. Jedna kategoria to Wildlife Photographer of the Year Portfolio Award i tu zwyciężył ze swoimi zdjęciami rajskich ptaków Tim Laman. Druga to Rising Star Portfolio Award (czyli Wschodząca Gwiazda) i tu wygrał 15-letni Michel d’Oultremont z Belgii. Nadal jest też tzw. „Świat w naszych rękach”. która ma ukazywać wpływ człowieka na środowisko naturalne i ukazuje zwykle negatywne aspekty działalności ludzkiej.

Jak w poprzednich latach nie zawsze zgadzaliśmy się z decyzjami jurorów, ale tak to już jest, że każdy ma swoje opinie. Wiele zdjęć nas znów zachwyciło i gorąco Was namawiam do zobaczenia tej wystawy. W Londynie jest ona w tym roku bardzo długo bo do końca sierpnia 2015 roku, a można ją zobaczyć w Muzeum Historii Naturalnej.  Każdego poprzedniego roku była ona na objeździe po UK, a także po Polsce. Miejcie wiec oczy i uszy szeroko otwarte. Jak dowiem się gdzie i kiedy do dopiszę to na końcu wpisu.

Nagrodę Wildlife Photographer of the Year 2014 otrzymał Michael ‘Nick’ Nicholson, który nie raz już przewijał się wśród zwycięzców. Tematem są jego chyba ulubione zwierzaki - lwy, tym razem w czarno-białej formie, stado wyleguje się na skałach. Zdjęcie ładne, czy koniecznie najlepsze? Zapraszam na wystawę, abyście mogli sami ocenić.

Dla zachęty przedstawię parę zdjęć, które nam szczególnie przypadły do serca.


W kategorii „Birds” Ptaki znów jako zwycięzca znajome nazwisko Bence Mate, ale mnie zauroczył Jan van der Greef i jego fotka „Touche”. Jest to ciekawe ujęcie ptasiego życia. Otóż mamy tu sword billed hummingbird (mieczodziobka z rodziny kolibrowatych), który ma bardzo długi dziób ( około 11 cm), dłuższy niż jego ciało – nie licząc ogona. Taki długi dziobek jest bardzo przydatny w wypijaniu nektaru z kwiatów o długich kielichach, ale ma też inną zaletę. Ten jego dziób jest jak mieczyk, a może raczej kopia i ten mały ptaszek wydaje się wiedzieć jak go użyć, aby innych, niepożądanych gości na jego terenie przegonić. Mały, ale dziarski, stoi na „paluszkach” i wydaje się grozić delikwentowi, który ośmielił się wkroczyć na jego terytorium. Kolorystka też mnie urzekła, zieleń konarka i ciało ptaszka mieniące się też zielenią, a fakt że udało mu się uchwycić go, machającego skrzydełkami 60 razy na minutę, już od razu zachwyca.

 

W kategorii Earth’s Environments ujęły nas dwa zdjęcia.


Pierwsze to zwycięzca Francisco Negroni i jego „Apocalypse”. Otóż Francisco, gdy usłyszał że wulkan w kompleksie Puyehue-Cordon Caulle obudził się i zaczyna wyrzucać w powietrze dym, popiół, pumeks i co tam jeszcze się da, to pojechał tam w nadziei, że uda mu się coś ciekawego pstryknąć. No i miał facet nosa, udało mu się sfotografować rzadki fenomen jakim są pioruny wulkaniczne (volcanic lighting – dirty thunderstorm). Wizja jaka ukazana na zdjęciu jest cudna i straszna, potęga wulkanu i zachodzących w czasie erupcji procesów chemicznych i fizycznych może przerażać, ale jednocześnie zapiera dech w piersiach.


Drugie zdjęcie autorstwa Davida Clappa „Magic mountain” (czarodziejska góra) przypadło nam do serca, bo znamy tę górę. Byliśmy w ubiegłym roku na Islandii, i nasz przyjaciel nas zabrał w tamte rejony i opowiadał, że ta góra (Kirkjufell) jest często fotografowana, że są tłumy ludzi i każdy stara się uchwycić górę i wodospady, a potem idziemy sobie po wystawie i jest ta piękna i tajemnicza góra z aureolką borealis. Ach zatęskniło mam się wtedy za Islandią, za tą dzikością, za tym pięknem.

Z kategorii Underwater Spiecies rozbawiło nas zdjęcie Adriano Morettiniego „Touch of magic”. To zdjęcie, a raczej pomysł na nie miał Adriano w głowie od 15 lat. Niedaleko jego miejsca zamieszkania jest zamek Miramare, stoi on na klifie nad Morzem Adriatyckim i tam zbierają się meduzy. Dwa rodzaje Barell Jellyfish (Rhizostoma pulmo ) i Fried-egg Jellyfish (Phacellophora camtschatica). Obrazek jaki mamy na zdjęciu jest uroczy, naprawdę jakby jajko sadzone nam pływało po wodzie i ten zamek w tle nad wodą. Cudne to po prostu i inne niż reszta. Warto było czekać 15 lat i pocierpieć, gdy one poparzyły przy zbliżaniu się, w celu uzyskania najlepszego ujęcia.

Dwa ostatnie zdjęcia pochodzą z kategorii Młodzików.


Zwyciężył w przedziale wiekowym 11-14 lat Marc Albiac z Hiszpani ze zdjęciem „Angle poise”. Będąc dobrym wnuczkiem Marc pomagał swojej babci posprzątać ogródek i tam wśród jeżyn zauważył modliszkę śródziemnomorską. Kazał babci jej pilnować i pognał do domu po sprzęt. Na szczęście modliszka była grzeczna i została tam gdzie była. Niestety światło nie było zbyt dobre, ale wtedy poratowała go prosta kartka papieru, wsunięta ostrożnie za owada. I tak oto mamy tę prześlicznie jak do modlitwy pozującą, a jednocześnie zalotnie zerkającą na nas samiczkę.


W przedziale wiekowym 15-17 lat spodobał mi się „Snowbird” (śnieżny ptak” Edwina Sahlina. W czasie zimowych wakacji zaobserwował on ptaki z gatunku Siberian Jay (sójka syberyjska), polujące na resztki jedzenia zostawianego przez turystów i narciarzy. Okopał się w śniegu i rozrzucił resztki jedzenia naokoło i czekał. Miał szczęście, bo ptak przefrunął nad nim i mamy taki uroczy efekt, sójkę w pozie orzełka.

I to tak tyle dla zachęty, wybierzcie się na tę wystawę, jest ciekawa, inspiruje do podróży, do chwycenia za aparat, wzrusza, wzbudza gniew, gdy oglądamy okrucieństwo człowieka wobec zwierząt i naszej planety.

Wystawa będzie w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie do końca Sierpnia. Zapraszam

 

Godziny otwarcia od 10 do 17:45 ostatnie wejście o 17:15.

Ceny biletów

Dorośli – £ 12.60

Dzieci i bilety ulgowe – £ 6.30

Bilet rodzinny ( max 2 dorosłych i 3 dzieci) - £35.45

Ulgowe bilety są dla seniorów, studentów z legitymacją, posiadaczy karty Art Fund. 

Dojazd: najbliższa stacja metra to South Kensington, linie metra District (zielona), Circle (żółta)i Piccadilly (granatowa), autobusy 14, 49, 70, 74, 345, 360, 414, 430 mają przystanki w pobliżu muzeum.


Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez Wydział Prasowy zajmujący się promocją wystawy ˆ.


Kalendarium po Polsce

04.12. -€“ 28.12.  -  Bydgoszcz  -  Muzeum Okręgowe, ul. Grodzka 7-11

05.02. -€“ 27.02.  -  Mińsk Mazowiecki  -  Muzeum Ziemi Mińskiej, ul. Okrzei 16 

05.03. -€“ 26.03.  -  Szczecin  -  Muzeum Narodowe, ul. Wały Chrobrego 3 

01.04. -€“ 26.04.  -  Toruń  -  Centrum Nowoczesności „Młyn Wiedzy”, ul. Łokietka 5

01.05. - 25.05.  -  Sopot  -  Państwowa Galeria Sztuki, Plac Zdrojowy 2 

30.05. -€“ 28.06.  -  Szklarska Poręba  -  Karkonoski Park Narodowy, ul. Okrzei 28 

03.07. - 30.07.  -  Płock  -  Płocka Galeria Sztuki, ul. Sienkiewicza 36 

06.08. €- 30.08.  -  Białowieża  -  Białowieski Park Narodowy, Park Pałacowy 5 

04.09. -€“ 29.09.  -  Bytom  -  Muzeum Górnośląskie, Plac Jana III Sobieskiego 2 

06.10. - 29.10.  -  Warszawa  -  Muzeum Ziemi PAN, Aleja Na Skarpie 27 

05.11. -€“ 29.11.  -  Wrocław  -  Muzeum Miejskie, Ratusz/ul. Sukiennice 14/15

 

 

sobota, 17 stycznia 2015



Tak zwane okno urodziń z wydrapanymi imionami zwiedzających w poprzednich stuleciach. 

Na Henley Street stoi dom będący miejscem pielgrzymek wielbicieli Szekspira od stuleci. To tu wielki poeta i pisarz się urodził, to tu spędził dzieciństwo i młodość. Przed domem każdy turysta robi sobie pamiątkowe zdjęcie, czy wchodzi i zwiedza, czy tylko przechodzi. Dom został zakupiony dla dobra narodu, ale dzięki temu został ocalony i można go zwiedzać. Służy nie tylko jego rodakom, ale i całym stadom turystów z różnych zakątków świata. Byliśmy tam jesienią, wydawało się, że poza sezonem turystycznym a ludzi było jak mrówek. Czasem trzeba było czekać, aby wejść do kolejnego pomieszczenia.

Trochę historii rodziny: otóż dziadek Szekspira Richard był farmerem, wynajmował ziemię od Roberta Arden (ojca Mary Arden matki poety) w miejscowości Snitterfield około 6 i pół kilometra na północny –wschód od Stratford. Na początku lat 50-tych XVI wieku John syn Richarda opuścił rodzinną farmę i przeprowadził się do miasta, gdzie został uznanym rzemieślnikiem – rękawicznikiem.


Dom, w którym się urodził nasz poeta, wszedł w posiadanie jego ojca Johna, krótko po przeprowadzce do miasta, bowiem już w 1552 rok został odnotowany jako mieszkaniec domu na Henley Street. W 1556 roku dokupuje dom obok i łączy oba budynki. Kolejny dodatek to dwupokojowy aneks po stronie wschodniej domu. To tu prawdopodobnie wprowadzili się nowożeńcy w 1582 roku, gdy William poślubił Anne Hathaway. Tu zamieszkała na początku XVII wieku siostra Szekspira ze swoim mężem Williamem Hart – kapelusznikiem.

Obok domu stoi nowoczesne centrum Szekspirowskie, to tu można kupić bilety, odebrać te kupione przez Internet, tu jest wystawa wstępna i kawiarenka, gdzie można coś przekąsić i ugasić pragnienie.

Tu zapoznajemy się z miastem w czasach gdy żył poeta, wielka mapa ukazuje miejsca jemu znajome, potem można sobie spacerkiem te miejsca odwiedzić i zobaczyć co z nich zostało. W gablotach są liczne eksponaty związane z autorem, epoką i miastem.

Jest tu np. jedno z pierwszych wydań jego dzieł zebranych.


W innej gablotce mamy zbiór dokumentów z lat 1575 1647, potwierdzających, że rodzina Szekspira była właścicielami tej posesji. Gdy William zmarł zostawił ten dom w spadku swojej córce Susanie i mamy tu m.in. jej podpis.

Jest tu też tzw. „horn book” z 1680 roku, to taka tabliczka, na której dzieciaki w średniowieczu ćwiczyły pisanie alfabetu w czasie lekcji. Otóż papier był przytrzymywany na drewnianej podstawie właśnie przez tę rogową oprawkę.


Jest tu także „book of common prayer” – zawiera ona modlitwy używane w czasie mszy w obrządku anglikańskim (starowinka, mocno nadgryziona przez ząb czasu), złoty pierścień z inicjałami WS, znaleziony niedaleko kościoła Świętej Trójcy w XIX wieku.

Jest tu też podstawa krzyża targowego („market cross”) wyznaczającego obszar, na którym sprzedawano żywność, ubrania i sprzęty domowe w dni targowe.


Są tu przetłumaczone dzieła na różne języki, przedmioty związane z obchodami różnych rocznic urodzin, ilustracje sztuk, itp.

Potem wychodzimy do ogrodu, w którym m.in rosną zioła i roślinki wspominane w jego sztukach i poezji.


Zwiedzanie samego domu rozpoczynamy od tego dwupokojowego aneksu. Jest tu miejsce do spania i kuchnia, więc osoby tu mieszkające cieszyły się swojego rodzaju niezależnością.

Możemy tu zobaczyć rekonstrukcję warsztatu rękawicznika. W takim właśnie pracował ojciec poety. Rękawiczki to był wyrób luksusowy, posiadanie rękawiczek wskazywało pozycję społeczną i sytuację finansową, był również to popularny prezent. John Szekspir zajmował się też handlem skórami i wełną.

Czasem zdarzało mu się wejść w konflikt z prawem np. za pobieraniem procentu od pożyczki powyżej ustalonego limit, za handel wełną bez licencji na taką działalność i za to m.in. że przed jego domem leżało nieposprzątane końskie łajno. Te drobne wpadki nie przeszkadzały mu jednak w piastowaniu urzędów miejskich, nawet tak wysokich jak burmistrz.

pokój w którym się urodził wielki poeta i dramaturg

William był trzecim dzieckiem z ośmiorga, ale i najstarszym bowiem pierwsza dwójka zmarła nie przeżywszy nawet roku. Jest tu pokój, w którym się prawdopodobnie pisarz urodził. Data jego urodzenia jest przybliżona i określana na 23 kwietnia, jako że ochrzczony został 26 kwietnia.


Poeta zapewne poszedł do szkoły Kings New School w wieku 7 lat, do tej założonej przez Edwarda VI. Tu uczył się czytać i pisać po łacinie, poznając klasykę literatury spisanej po łacinie. Dom rodzinny był zapewne bardzo gwarny, nie dość że pełen dzieciaków to jeszcze klienci, dostawcy, koledzy ojca itp. Bawił się na ulicy z dzieciakami z sąsiedztwa i wyrastał na geniusza.


Za czasów szekspirowskich obecny ogród wyglądał trochę inaczej, były tu oczywiście grządki z warzywami, ziółkami, drzewka owocowe, ale też były tu pomieszczenia do obróbki skóry, stajnie dla koni, chlewik oraz kurnik. Domostwa były w dużym stopniu samowystarczalne, a przynajmniej starały się być.


Teraz w sąsiednim dom mieści się sklep z pamiątkami, a za czasów Szekspira mieszkał tu kowal Richard Hornby z rodziną. W sklepie oczywiście można kupić wszystko o Szekspirze, magnesy, koszulki, kałamarze, kubki, książki,  a wśród nich znaleźliśmy Szekspirowskie Gwiezdne Wojny.

Ciekawostką jest fakt że po śmierci Szekspira w XVII wieku część domu była użytkowana jako pub o wdzięcznej nazwie „Swan and maidenhead” czyli panna i łabędź.

Urocze to miejsce i polecam tu wpaść na chwilę, ale proszę sobie zarezerwować taką dłuższą chwilę.

Szukając Szekspira:

Anne Hathaway Cottage

Stratford upon Avon - ulicami miasta

środa, 14 stycznia 2015



  

Tym razem pojechaliśmy do Stratford upon Avon w poszukiwaniu Szekspira. Miasteczko jest po prostu urocze, żyje Szekspirem, jest pełne zabytków, uroczych budynków i uliczek. W poszukiwaniu Szekspira udaliśmy się najpierw do jego miejsca urodzenia - Shakespeare’s Birthplace – jest to dom jego rodziców, w którym pisarz się urodził i spędził swoje dzieciństwo, młodość oraz 5 pierwszych lat swojego małżeńskiego życia. Tu mamy szanse naprawdę stanąć oko w oko z wielkim pisarzem, poetą, dramaturgiem, chodzimy po podłodze, pokojach, po których biegał mały William.

 


Budynek ten i inne w mieście, związane z poetą, są zarządzane przez The Shakespeare Birthplace Trust. Gdy dom w stanie mocno podupadłym został w 1846 roku wystawiony na sprzedaż, stworzono komitet w celu zebrania funduszy do nabyciu domu, w którym poeta się urodził. Wśród silnie działających na ten cel był m.in. Karol Dickens. Udało się uzbierać 3 000 funtów i uratować to miejsce. Rok później komitet przekształcił się w Shakespeare’s Birthplace.


W 1876 roku dokupiono Shakespeare’s New Place - miejsce, na którym stał dom, w którym mieszkał poeta ze swoją rodziną i dom, w którym mieszkał Thomas Nash - mąż wnuczki poety Elżbiety. W 1892 roku zakupiono Anne Hathaway’s Cottage – dom, w którym wychowała się żona Szekspira, a w 1930 roku Mary Arden’s House - dom, w którym dorastała matka Szekspira Mary Arden.

W 1949 roku do kolekcji dołączono Hall’s Croft - tu zamieszkała ze swoim mężem doktorem Johnem Hallem córka Szekspira Susanna. Ten Trust zajmuje się też bibliotekę i archiwami związanymi z pisarzem oraz zajmuje się propagowaniem i edukowaniem nowych miłośników szekspirowskiej literatury. Trust także zajmuje się także Tudorowym budynkiem Howard House w imieniu Uniwersytetu Harvard.

Tu są ulice, którymi William i jego rodzina podążali każdego dnia, tu obok mieszkał Richard Hornby kowal, prawdopodobnie mały William bawił się z jego dziećmi. Idziemy Henley Street, na której stoi Shakespeare’s Birthplace, potem skręcamy w High Street i przechodzimy do Chapel Street, gdzie stoi Guild Chapel, tu mamy witraż z postacią jego ojca Johna, potem mamy szkołę King Edward VI Grammar School (wtedy King’s New Shcool), do której uczęszczał Szekspir jako dziecko.

 

Mijamy tu sporo uroczych budynków zbudowanych w stylu Tudorowym, na każdym kroku są jakieś odnośniki do Szekspira, teatru, czy epoki, w której on żył i tworzył. Nad rzeką jest uroczy stary kościółek Holy Trinity Church (Trójcy Świętej) - tu spoczywa nie tylko sam poeta, ale i jego rodzina, oraz inni zasłużeni obywatele tego miasta.


Oczywiście, gdy już podrepczecie jego śladami po mieście, możecie się udać na przedstawienie teatralne w kompleksie Szekspirowskim nad rzeką Avon. Tradycja teatralna jest długa w tym mieście, Stratford było odwiedzane przez Lord Leicester’s Man (słynną w owym czasie trupę teatralną) w latach 1573-4 i 1576-7. Jeżeli młody Szekspir był na jakimś przedstawieniu, to na pewno wywarło ono na nim duże wrażenie.


Polecam wycieczkę śladami wielkiego pisarza, bo Szekspir był wielkim pisarzem, poetą, dramaturgiem itd. Jego imię jest znane na całym świecie, jego sztuki wystawiane na scenach wszystkich kontynentów, a przynajmniej tych zamieszkałych, jego dzieła zostały przetłumaczone na ponad 70 jezyków. Chodząc po miejscach z nim związanych, nie tylko drepczemy po jego śladach, ale pokonujemy tę samą drogę, jaką podążali tu jego inny słynni wielbiciele jak np. Karol Dickens, John Keats czy Thomas Hardy.


Jeżeli zdecydujecie się tam pojechać, polecam kupić bilety przez Internet na stronie Trustu, jest też opcja łączonego biletu – Five House Pass - na wszystkie miejsca pod opieką Shakespeare’s Trust, jest to tańsze i praktyczne, a bilet jest ważny przez 12 miesięcy od zakupu. Jeśli więc, nie uda się Wam wszystkiego zobaczyć w czasie jednej wizyty, to możecie jeszcze wpaść za jakiś czas. Nam została Mary Arden’s Farm. Obecnie New Place and Nash’s House jest zamknięty z powodu konserwacji i przebudowy.

CDN...

Wpis o domu w którym się pisarz urodził Birthplace

Anne Hathaway Cottage - dom rodzinny żony Szekspira

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kapitan Borchardt – taki żaglowiec był na liście polskich jednostek biorących udział w zlocie żaglowców Tall Ship w 2014 roku, którego kulminacją były parady i postoje na Tamizie w Londynie. Znaleźliśmy go przycumowanego wśród innych stateczków, gdy szukaliśmy Daru Młodzieży. Stwierdziłam wtedy, że to bardzo egzotyczne imię dla polskiej łajby. Mój ukochany – żeglarz pełną gębą, poinformował mnie, że nosi ona imię Karola Olgierda Borchardta - słynnego żeglarza i pisarza-marynisty autora takich książek jak „Znaczy Kapitan” czy „Szaman Morski”. Nerwowo szukałam w pamięci wśród przeczytanych książek i znanych mi autorów, ale coś mi tylko świtało i to z daleka, o tym szamanie, choć może to mi się pomerdało z wilkiem morskim. Nazwisko to zapadło mi więc w pamięć i gdy w czasie ostatniej wizyty w Polsce buszowaliśmy po księgarni i nagle zobaczyłam to nazwisko na książce stojącej na półce, to od razu ją złapałam. Z triumfem na twarzy i zdobyczą w ręce pobiegłam w poszukiwaniu mojej żeglarskiej połowy. Na moje radosne - zobacz, co znalazłam moja chłopina ze spokojem zapytała, czy tylko ten jeden tytuł był? Wtedy się okazało, że nie wiem. Tak szybko pobiegłam z moją zdobyczą, że nawet nie spojrzałam, co jest jeszcze na półce. Na dodatek, teraz nawet nie pamiętałam, gdzie była ta książka.  Kiedy udało się półkę odnaleźć, okazało się, że były tam jeszcze dwa inne tytuły, które także ostatecznie wylądowały w naszych walizkach i zostały przytachane do Londynu.

Książkę „Znaczy Kapitan” zaczęłam czytać jeszcze w Polsce i potem ją tachałam w plecaku do i z pracy i czytałam w każdej chwili, wybuchając w głos niekontrolowanym śmiechem, przyciągając wzrok współpasażerów w metrze. Jest to zbiór 37 opowiadań, których głównym wątkiem jest postać kapitana Mamerta Stankiewicza. Każdą wypowiedz i myśl swoją rozpoczynał on od słowa „znaczy”.

W pierwszym opowiadaniu poznajemy Tenangę, bohatera dziecięcych lektur autora książki. Karol Borchardt chciał zostać Indianinem, na podwórku razem z kolegami odgrywali sceny z książek. Kiedy sobie uświadomił, że z powodu koloru skóry nigdy Indianinem nie zostanie , postanowił pójść w ślady drugiego bohatera książki Orła Śnieżnych Wierchów. Zainspirowała go ilustracja z opowieści przedstawiająca marynarza wspinającego się po linie na rufę statku z podpisem „ Jako ostatni wspiął się marynarz olbrzymiego wzrostu”, więc aby stać się, jak ów Orzeł Śnieżnych Wierchów, olbrzymem o nadludzkiej sile nasz autor zaczął ćwiczyć i trenować. Niestety został on odrzucony na pierwszej komisji lekarskiej, ale ten młody olbrzym nie poddawał się tak łatwo i udało mu się dostać do Szkoły Morskiej w Tczewie i na statek szkoleniowy „Lwów”. Tu nasz młody żeglarz został przydzielony do obsługi kabestanu, urządzenia do podnoszenia i opuszczania kotwicy. Otóż połamał on handszpaki (takie drągi wkładane w głowicę kabestanu) i pierwszy oficer wpadł w ogromną złość, krzycząc, że mu jeszcze cały statek połamie. Kiedy nadszedł Kapitan i wysłuchał, o co chodzi, to zakończył całą sprawę słowami „Znaczy panie Konstanty, znaczy co? Znaczy za silny?”

Znaczy Kapitan jest osobą niesamowitą, wzorem do naśladowania. Uczniowie i załoga mają do niego ogromny szacunek. Jego wiedza i umiejętności ciągle im imponują, jest on osobą wymagającą i surową, ale dba o swoją załogę. Każdy robi swoją robotę porządnie, bo nie chce zawieść kapitana, bo jest dumny z tego, że pływa z nim na żaglowcu, czy innym statku pod polską banderą.

Czyta się te opowiadania jednym tchem, ciekawość przekręca kartki i nawet nie wiemy, kiedy zbliżamy się do końca. Ostatnie opowieści czytałam ze łzami w oczach, trudno mi się było pożegnać z legendą i z dobrą książką – na szczęście, na półce są jeszcze dwie tego autora i wiem, że czekają na mnie z niesamowitą przygodą i że znów poczuję podmuch wiatru i smak soli na ustach.

Polecam ten zbiór opowiadań z całego serca, poznacie narodziny polskiej żeglugi, popłyniecie śladami piratów na wody mórz południowych, znajdziecie się pod palącym słońcem i pełnymi żaglami, na polach lodowych, w przepastnych otchłaniach oceanu wzburzonego huraganami. Potem wpadniecie do herbaciarni w Londynie, zamówicie w restauracji walijskiego królika, obejrzycie korridę w Hiszpanii, będziecie oblegani przez pasażerki na mostku i handlowców w portach. Wszystkie te przygody okraszone oczywiście zdrową dawką wyśmienitego humoru. Łezka się w oku kręci nad minionym czasem, oj kręci … .

Jest  to wspaniała lektura na każdą porę roku, na wakacje, na zimowe wieczory i nie trzeba być znawcą żaglowców, takielunku itp., bo K. O. Borchardt tak potrafi pisać, że taki szczur lądowy jak ja, czuje się jak ryba w wodzie czytając te opowieści.

Jeżeli mieszkacie w okolicach Hartlepool w północno-wschodniej Anglii to wstąpcie któregoś dnia na nadmorski cmentarz i zapalcie znicz lub złóżcie kwiaty na grobie Kapitana, Znaczy się Mamerta Stankiewicza. My mamy postanowienie, że jeżeli drogi nas w tamte strony poprowadzą to też wstąpimy i się pokłonimy.

Tymczasem do księgarń, kochani, do księgarń! 

wtorek, 06 stycznia 2015

Jako że całość się nie chciała zmieścić musiałam podzielić. Zanim zadacie pytanie sprawdzcie w cz 1.

Travelcard – Travelka to bilet wielokrotnego użycia i można go kupić na jeden dzień, tydzień, miesiąc i rok ( nie ma biletów weekendowych). Może to być papierowy bilet, albo można go mieć na karcie Oyster.

Travelka w strefach Londynu nie obejmuje dojazdu do Lotnisk w Luton, Stansted czy Gatwick, choć lotniska te mają w nazwie London, to leżą daleko poza granicami miasta i nawet tzw.  Greater London. Lotniska City i Heathrow są objęte strefami i można użyć na dojazd do nich Travelek lub Oysterek, jadąc metrem, autobusem (Piccadilly Line na Heathrow) , autobusem czy DLR (na City), nie można użyć ich w Heathrow Expressie (pociągu odjeżdżającym z Paddington) – tu trzeba kupić oddzielny bilet, jeżeli chcecie jechać tym expresem.

Travelkę kupuje się na określone strefy i tylko w nich można się poruszać. Jeżeli wyjeżdżacie za strefy określone na Travelce musicie kupić tzw. „extension” .

Travelka obejmuje: metro (underground, tube), autobusy (miejskie – tu nie ma podziału na strefy), tramwaje (tram), DLR, overground, National Rail.

Peak time czyli godziny szczytu w transporcie - to czas w ciągu dnia, gdy jest największy tłok, bo ludzie jadą do pracy, szkoły a potem z pracy i szkoły itp. Peak time to czas przed godziną 9:30 od poniedziałku do piątku oraz między 16:00 a 19:00 dla opłat jednorazowych w dni powszednie.

Off Peak - to po godzinie 9:30, oraz weekendy i dni świąteczne (Bank Holidays) .

Tavelka jednodniowa ma dwie opcje: Peak i Off Peak, jest dostępna tylko w wersji papierowej.

Mamy więc Travelkę jednodniową w wersji Anytime – całodzienną, bo ważna jest przed 9:30  czyli w porannych godzinach szczytu ( Peak Time).

Day Off-Peak - czyli podróż się ma zacząć po 9:30 rano, jest ważna w czasie szczytu popołudniowego.

Każda Travelka (jednodniowa lub okresowa) jest ważna do 4:30 rano następnego dnia - tak żeby móc do domu wrócić nocnym autobusem. Metro i koleje w większości zamierają w okolicy północy. Są plany, aby wprowadzić całodobowe metro i na początek ma tak być w weekendy.

Travelki okresowe (bilety sezonowe) mają daty ważności początkową i końcową, a ważne są także do godziny 4:30 po dniu wygaśnięcia Travelki czyli np. jeżeli macie Travelkę ważną do 10 lutego to, jeżeli chcecie wrócić do domu autobusem nocnym, możecie to zrobić do godziny 4:30 rano dnia następnego czyli 11 lutego .

Travelek nie można użyć na tzw. specjalnych pociągach np. Heathrow Express.

Travelkę można kupić na 7 dni przed dniem, w którym chcemy ją użyć, lub od dnia w którym ma się zacząć – wybieramy od kiedy ma być ważna i na ile. Tygodniowa Travelka  (ważna 7 dni) zaczynająca się np. w piątek 2 Stycznia i jest ważna do 8 stycznia w czwartek, ale jeszcze wrócimy do domu nocnym autobusem do 4:30 w piątek 9-tego. Miesięczna Travelka zaczynająca się np. 20 stycznia będzie ważna do 19 lutego i znów z tą opcją do 4:30 rano dnia następnego na noce powroty do domu, hotelu itp.

Dla dziennych i tygodniowych Travelek papierowych ( printed tickets) nie trzeba mieć tzw „photocards” - to specjalne karty z fotografią towarzyszące biletom sezonowym ważnym przez miesiąc lub dłużej. Z jednej strony mają one ukrócić pożyczanie sobie biletów sezonowych, z drugiej jeżeli zgubicie lub wam ukradną ten bilet, to teoretycznie bez tej „photocard” nie będzie go można użyć, bo jak złapią to karę wlepią. Do Tavelek papierowych miesięcznych i rocznych trzeba wyrobić sobie „photocard”. Można mieć Travelkę miesięczną i roczną na Oysterce ale wtedy Oysterka musi być zarejestrowana.

Travelki są sprzedawane na wszystkich stacjach metra w okienkach biletowych, (choć obecny mer Londynu ma plan zamknąć kasy biletowe na stacjach metra - takie głupie pomysły mu się po głowie szwędają), w automatach ( są instrukcje po polsku), na stacjach kolejowych, w sklepach – kioskach oznaczonych znaczkiem Oyster or TfL, i oczywiście przez Internet.

Travelki papierowe wkładamy w bramkę w jeden otworek z przodu, a potem ona nam wyłazi na górze przez drugi otworek i trzeba ją zabrać - to wtedy otworzy się bramka – taki sprytny trick by ludzie nie zostawiali biletów. Jak wam bilet utknie, to trzeba zawołać pracownika – lepiej zachować rachunek kupna, bo jest na nim numerek i łatwo znaleźć który Wasz. W autobusach niczego papierową Travelką nie dotykacie – pokazujecie datę ważności kierowcy i już.

Bilet jednorazowy nie wyłazi przez ten otwór (podróż jest skończona nie wołajcie pracownika, bo będzie obciach ), bramka się otwiera po tym jak go włożycie i zamyka po przejściu przez nią.

W bramkach są czujniki i jak ktoś się ładuje nadprogramowo to może zostać przycięty i uznany za gapowicza. Uwaga - jeśli przechodzicie za kimś, to nie dotykajcie swoją kartą i nie wkładajcie biletu zanim on nie przejdzie, bo możecie mu niechcący zafundować przejazd. Jeżeli ktoś ma problem i zaświeci mu się czerwone ostrzeżenie, a Wy dotkniecie i odczyta waszą Oysterkę czy kartę bezdotykową lub papierowa Travelka przejdzie i zapali się zielone  - to oni przed Wami wejdą, a Wam się przed nosem bramka zamknie. Trzeba się będzie asystentowi tłumaczyć. Śpiesz się powoli, jak mawia przysłowie pszczół.

Travelki Jednodniowe  nowości i kontynuacje - ceny w tabelce na dole wpisu:

  • zlikwidowano papierowe Jednodniowe Travelki na strefy 1-2
  • na strefy 1-4 można tylko kupić papierową Jednodniową Travelkę w typie Anytime i kosztuje ona teraz 12 funtów.
  • Jednodniowa Travelka Anytime na strefy 1-6 pozostaje bez zmian 17 funtów.
  • Jednodniowa Travelka Off Peak na strefy 1-6 wzrosła do 12 funtów dla osoby dorosłej, dzieci 6 funtów.
  • Dziecięce Travelki Jednodniowe kosztują połowę ceny Travelki dla osoby dorosłej

Karta Oyster– to taki plastikowy bilet wielokrotnego użytku, można mieć na niej Travelkę tygodniową, miesięczną i roczną. Można też naładować sobie pieniądze i płacić za każdy przejazd - nazywa się to „pay as you go” (karta przedpłacona). Jest to tańsze niż płacenie gotówką, czy kupowanie pojedynczego biletu na metro itp.

Karta Oyster jest wydawana za kaucją £5,  tu nic się nie zmieniło. Kaucja jest do odzyskania, gdy się tę kartę odda, a można to zrobić  na każdej stacji metra lub w puntach sprzedaży, które są oznaczone niebieskim symbolem tej karty (nawet ogłaszają, że można im ją wysłać pocztą i też to jakoś zorganizują)

Price Cap (Price Capping – Limit Dzienny )  to taki system na karcie Oyster i kartach płatniczych bezdotykowych, który powoduje, że gdy osiągniemy określony dla danych stref limit opłat, to resztę przejazdów mamy  w tych strefach „za darmo”.

Koszt Daily Cap jest mniejszy niż dzienna Travelka.

Używanie karty Oyster

Można jej używać w autobusach - dotykamy tylko raz żółtego czytnika przy kabinie kierowcy przy wsiadaniu. Jeżeli są to nowe Routemastery i otwierają się wszystkie drzwi, a tylne są otwarte cały czas ( z wyjątkiem wieczorów i weekendów) , to dotykamy czytników przy wejściu przy drzwiach – uwaga, nie ma czytników na piętrze.

Natomiast w metrze, pociągach, DLR i na Overgroundzie dotykamy czytnika przy wchodzeniu i wychodzeniu ze stacji. Jest to ważne, bo jeżeli macie „pay as you go” nawet z wystarczającymi funduszami, a zapomnijcie dotknąć czytnika przy wejściu, podczas kontroli inspektor potraktuje to jak jazdę na gapę. Natomiast, jeżeli zapomnicie dotknąć przy wyjściu (np., gdy nie ma bramek) to automatycznie skasuje opłatę karną 8.80 funta – ta opłata nie wlicza się w Price Capping . Autobusy to wyjątek – tylko raz, gdy wsiadamy.

Kartą Oyster „pay as you go” można płacić tylko za jedną osobę, jest blokada, żeby przypadkowo nie kasowało 2 razy, nie da się tego obejść.

Autobusy i Tramwaje

Uwaga  w autobusach miejskich w Londynie nie można płacić gotówką.

Opłata za przejazd 1.50 funta, Daily Price Cap 4.40 funta. ( jest błąd na ich stronie, w paru miejscach nadal mają cenę z ubiegłego roku)

Wsiadając do autobusu dotykamy czytnika kartą Oyster lub kartą przystosowaną do uiszczania opłat metodą bezdotykową. Jeżeli mieszkacie w UK, to nie ma problemu, jak przyjedziecie do Londynu i macie taką kartę, możecie jej używać i opłaty będą jak z Kartą Oyster ( za pojedyncze przejazdy i także Price Capping za cały dzień – tylko pamiętajcie, żeby używać cały dzień tej samej karty). Uwaga też na przytykanie całego portfela, bo wtedy nie macie kontroli, z której karty was skasuje. Jeżeli macie więcej niż jedną bezdotykową, lub np. Oysterkę, trzeba się jednak wysilić i wyjąć ten kawałek plastiku.  

Wimbledon  jeśli jedziemy z tej stacji tramwajem, trzeba dotknąć przy wejściu na stacje przez bramki, a potem także żółty czytnik na peronie ( jest to bowiem stacja, z której można jechać także metrem oraz pociągiem, i chodzi o to, aby tylko skasowało za podróż tramwajem. Gdy jedziemy tramwajem do Wimbledonu, to dotykamy czytnika na przystanku tramwajowym, z którego wyjeżdżamy, a potem tylko bramek na dworcu w Wimbledonie.

Opłata za przejazd Tramwajem   2.50 funta, płacona gotówką, Karta Oyster i Bezdotykowa 1.50 funta.

Bus Saver tickets – karnety, nie ma ich już w sprzedaży, ale można nadal używać, jeżeli ma się ich jakiś zapas.

Tygodniowe, miesięczne i roczne Bus Passy są tylko na Kartach Oyster, papierowych już nie wydają. Tygodniowy Bus and Tram Pass kosztuje 21 funtów, miesięczny 80.70 funtów.

Travelka pozwala na podróżowanie we wszystkich strefach autobusami komunikacji miejskiej oznaczonymi znaczkiem Transport for London.

Tramwaje i Travelka – można użyć Travelki tygodniowej, miesięcznej jeżeli obejmuje ona strefy 3, 4, 5 lub 6.

Day Buss and Tram Pass powróciły po latach nieobecności, można je znów kupić w formie jednodniowej, ale tylko w dniu, kiedy jej chcemy użyć. Kosztuje 5 funtów, czyli Price Cap jest nadal tańszą opcją. Day Buss and Tram Pass jest do kupienia w formie plastikowej (w sklepach i centrach informacji) i papierowej (na stacjach metra i niektórych automatach). Za tę plastikową, wyglądającą jak Oysterka, nie dostanie się zwrotu kaucji – więc uważajcie, aby wam ktoś tej jednorazówki nie podsunął jako Oysterki.

Doładowanie Karty Oyster

Można to uczynić w każdym punkcie sprzedaży oznaczonym niebieskim symbolem Oyster, w kasie na każdej stacji metra i w automatach, także na dworcach kolejowych, no i oczywiście przez Internet.

Sprzedawcy mogą nam też powiedzieć, ile mamy na karcie. Gdy podajemy kartę mówimy np. ile chcemy doładować funtów, jeżeli używa się „pay as you go” - albo gdy chcemy tygodniową lub miesięczną Travelkę na Karcie Oyster to mówimy na ile czasu, na ile stref, i od kiedy ma zacząć działać.

Doładowanie w automatach  (jest instrukcja, jak to zrobić po polsku) jest też dość proste.

Najpierw dotykamy żółtego czytnika kartą Oyster, tu pojawiają się opcje co chcemy zrobić : „pay as you go” , czy kupić Travelkę.

Opcja „pay as you go” pozwala na doładowanie pieniędzy,

  • wybieramy z opcji na ekranie ile chcemy doładować,
  • płacimy gotówką lub kartą
  •  uwaga jeszcze raz dotykamy czytnika kartą  Oyster aby ją zaktualizować – jest to ważne.

Potem możecie jeszcze raz dotknąć czytnika i sprawdzić, ile macie na konciei czy zadziałało. Na wszelki wypadek zabierzcie też dowód wpłaty-doładowania.

Druga opcja  - Travelka – na tydzień i na miesiąc, do miesięcznej należy zarejestrować kartę aby ją chronić. Do tygodniowej nie trzeba tego robić.

  • wciskamy więc na ekranie, np. że chcemy tygodniową (7 dniową)
  • na ile stref
  • od kiedy ma być ważna
  • płacimy
  • znów dotykamy żółtego czytnika aby kartę zaktualizować.

Karty Bezdotykowe

Można tymi kartami płacić w autobusach, metrze, w tramwajach, na DLR i większości pociągów w obrębie zarządzanym przez TfL. Uwaga jeżeli karta nie została wydana w Wielkiej Brytanii to musice się dowiedzieć u wydającego banku ( instytucji )czy będzie ona tu działała i jakie będą ewantualnie opłaty za używanie tej karty.

Karta taka działa niemal jak Oysterka i tak mamy tu Peak and Off Peak, taryfę na pojedyncze przejazdy, Daily Price Capping na Autobusy i Tramwaje  oraz na cały transport (metro, DLR, bus, tram, kolej) – opłata podobnie jak Price Cap na Oysterce zależy od przejechanych stref.

Uwaga - jeżeli używacie jej w metrze, DLR, na kolei, to dotykacie kartą bezdotykową czytnika tak, jak używając Oysterki przy wejściu i potem przy wyjściu ( pamiętajcie aby użyć tej samej karty ! ) , a w autobusie tylko raz, w tramwaju tak jak Oysterki, pamiętajcie o Wimbledonie - trzeba dotknąć także na peronie przy wsiadaniu do tramwaju.

Funkcja „Monday to Sunday Cap” to taka automatyczna travelka tygodniowa. Jeżeli używa się tej samej Karty Bezdotykowej od poniedziałku do niedzieli, to automatycznie, jak dojdziemy do opłaty tygodniowej, przestaje nabijać. Podobna zasada jak Daily Price Cap – ale podkreślam, trzeba przez ten czas używać tej samej karty, działa to tylko w tym obrębie czasowym, może to się zmieni, ale obecnie nie wskoczy nam ten „Cap” np. od środy do wtorku lub soboty do piątku.

 

Przykładowe opłaty gotówką i Karta Oyster w systemie „pay as you go” w metrze, także na kartach bezdotykowych.

Strefa

Opłata gotówką

Oyster „pay as you go”

Peak

Off Peak

Peak Price Cap

Off Peak Price Cap

1

£4.80

£2.30

£2.30

£6.40

£6.40

1-2

£4.80

£2.90

£2.30

£6.40

£6.40

1-3

£4.80

£3.30

£2.80

£7.50

£7.50

1-4

£5.80

£3.90

£2.80

£9.20

£9.20

1-5

£5.80

£4.70

£3.10

£10.90

£10.90

1-6

£6.00

£5.10

£3.10

£11.70

£11.70

2-3

£4.80

£1.70

£1.50

£7.50

£7.50

2-6

£5.80

£2.80

£1.50

£11.70

£11.70

Peak Time Price Cap np. dla strefy 1 spadł z 8.40 funtów do 6.40 funtów; a Peak Price Cap dla 1-3 z 10.60 funtów na 7.50 funtów. Pojedyńcze opłaty na Oysterce i kartą bezdotykową wzrosły generalnie o około 10 pensów. Niestety wzrosły ceny niektórych Off Peak np. dla stref 1-4 z 7.70 funtów na 9.20 funtów.

Przykłady opłat za Travelki okresowe (Anytime and Day Off Peak – tylko papierowe; Tygodniowe i dłuższe mogą być na Oysterce)

Travelka

Strefa

Day Anytime

Day Off Peak

Tygodniowa

Miesięczna

roczna

1 i 1-2

£12.00

£12.00

£32.10

£123.30

£1284

1-3

£12.00

£12.00

£37.10

£144.80

£1508

1-4

£12.00

£12.00

£46.10

£177.10

£1844

1-5

£17.00

£12.00

£54.70

£210.10

£2188

1-6

£17.00

£12.00

£58.60

£225.10

£2344

2-3

£12.00

£12.00

£24.10

£92.60

£964

2-6

£17.00

£12.00

£40.10

£154.00

£1604



  • Najczęściej zadawane pytania:
  • Co się bardziej opłaca Travelka czy Oysterka? To naprawdę zależy jakie macie plany, czy jest to urlop, czy tu chcecie zamieszkać, czy to jest jeden pobyt, itp. Musicie popatrzeć na ceny i sami zdecydować, bo ja nie jestem w stanie tego za was zrobić. Czasem opłaca się zainwestować w Oysterkę, a czasem nie.
  • Jak dojechać z … do… ? Podaje linki do mapek metra i kolei, proszę tam sprawdzić. Na stronie TfLu jest też specjalna strona „Journey planner”,  na której to można sobie dokładnie sprawdzić, podając różne wiadomości np. stacje metra, nazwy atrakcji turystycznej, a najlepszym sposobem jest podanie kodu pocztowego.
  • Hotele – najlepsze strony, których sama używam podróżując po Wielkiej Brytanii to Tripadvisor, expedia - proszę tam zajrzeć.
  • Ile kosztuje przejazd z … do… Kochani, macie linki do cenników, proszę sprawdzić samemu. Tube, DLR i Overground   National Rail
  • Przejazdy z i do Londynu koleją tu proszę sprawdzać koszty i połączenia.
  • Oferta 2 za 1 na atrakcje ważna jest tylko z aktualnymi biletami kolejowymi lub Travelkami kupionymi w kasie na dworcu kolejowym – są one w pomarańczowym kolorze. Nie można mieć np. biletu z ubiegłego roku i próbować go użyć. Nie może to też być jakikolwiek bilet np. z Yorku do Edynburga, a próbujecie go użyć w Londynie. Trzeba mieć kupon z broszurki „2 for 1”, które są na większości dworców kolejowych i biurach Informacji Turystycznych. Można też wydrukować z Internetu na stronie Days Out – trzeba mieć wydruk, nie można tylko pokazać kuponu na telefonie. Jeżeli w atrakcji powiedzą „nie”, proszę nie robić obciachu i nie kłócić się, bo osoby, które tam pracują lepiej wiedzą, czy akceptują ofertę i jakie są warunki akceptacji.

Miłego zwiedzania, mieszkania itp...

Jak to zwykle na początku roku zacznę od nowych cen w londyńskim transporcie, bo, tak jak zwykle, zafundowano nam podwyżkę wspartą licznymi robotami na liniach metra i torach kolejowych – chyba byłoby nudno w zimie bez tych autobusowych serwisów zastępczych, odwołanych pociągów itp.   

Najpierw jednak wyjaśnię trochę terminologii, bo zawsze się pojawiają jakieś pytania w tej sprawie.

Londyn jest podzielony na 6 stref głównych (na niektórych liniach są dodatkowe strefy podmiejskie – proszę zerknąć na mapkę metra i sieci komunikacyjnej w Londynie) i cena opłaty za przejazd zależy od ilu i przez jaki strefy przejeżdżamy. Miasto ma różne rodzaje transportu: Tube (metro), autobusy, DLR czyli Docklands Light Railway, Tram (tramwaje) i National Rail (czyli koleje) oraz London Overground - też kolejka, która kiedyś nazywała się Silverlink. Autobusy nie są uzależnione od stref i opłata za przejazd jest stała, każda travelka pokrywa przejazd autobusami miejskimi w obrębie Londynu.( coach to autobus międzymiastowy, nie podlega TfLowi i np. jadąc coachem czy pociągiem na Stansted nie możemy użyć ani Travelki ani Oysterki)

TfL to skrót od Transport for London - siły wyższej, która koordynuje i zarządza różnymi rodzajami transportu w stolicy. Jest na ich stronie informacja po polsku, ale mają w broszurce jeszcze ceny z ubiegłego roku.

Christmas Day (25.12) – Boże Narodzenie – nic nie jeździ, każdy świętuje.

Przewóz bagażu  nie podlega opłacie, więc bez problemu można zabierać walizki, wózki itp., jeżeli jesteśmy te rzeczy w stanie sami przenosić i nie są one dłuższe niż 2 metry. Nie można ich umieszczać na siedzeniach i w przejściach, nie można przewozić materiałów niebezpiecznych, takich które mogą uszkodzić autobus, pociąg lub zranić innych podróżnych. Rowery nie są mile widziane w godzinach szczytu, i nic dziwnego czasem nie ma jak oddychać i taki osobnik z rowerkiem naprawdę wkurza. W pociągach są często specjalnie wydzielone miejsca gdzie należy postawić rower. Do autobusu wpuszczają tylko z rowerem składanym.

Osoby niepełnosprawne poruszające się na wózkach – w autobusach są wydzielone miejsca, często zajmowane przez matki z dziećmi w spacerówkach, teoretycznie powinny takie osoby zwolnić to miejsce dla osoby niepełnosprawnej, ale nie zawsze tak się dzieje. Autobusy mają rampy wysuwane w środkowych drzwiach (rampa wysuwa i wsuwa się przy zamkniętych drzwiach). Są limity w rozmiarach wózków: 70 cm szerokości i 120 cm długości plus waga jaka jest określona dla rampy w modelu autobusu – jest to wypisane na rampie lub przy drzwiach. Wózki elektryczne: szerokość 60 cm, długość 100 cm o promieniu skrętu 120 cm. Chodzi o to aby zmieścić się w to przeznaczone miejsce, wózek należy zaparkować plecami do kierunku jazdy. Osoba niepełnosprawna podróżuje autobusem za darmo, natomiast osoba jej towarzysząca podlega zwykłej taryfie.  Psy przewodniki, jak i każde inne jeżdżą za darmo.

W pociągach i na stacjach są przenośne rampy - trzeba zgłosić się do pracownika, który wtedy pomoże. Dużo stacji metra i kolejowych ma windy (lift)  itp. ułatwienia, ale nadal na części stacji są tylko schody. Nie można używać wózków na ruchomych schodach (escalator)  – jest to niebezpieczne nie tylko dla osoby na wózku, ale i innych używających ruchomych schodów.

W metrze i na dworcach kolejowych są specjalne szerokie bramki dla osób niepełnosprawnych, otwierają się one i zamykają wolniej, należy ich także użyć, gdy podróżuje się z dziećmi, wózkami dziecięcymi i walizkami.

Podróżowanie w grupie - musi być co najmniej 10 osób i muszą one podróżować razem, ten typ biletu tylko na strefy 1-6 ; osoba dorosła 8 funtów dziecko 4 funty. Podróż tylko w czasie Off Peak ( po 9:30 w dni powszednie i w weekendy i święta).

Podróżowanie z dziećmi

Dzieci do lat 5  podróżują za darmo, oczywiście nie same, pod opieką osoby dorosłej. Przy przechodzeniu przez bramki lepiej wziąć malucha na ręce lub przejść przez szeroką bramkę (dla wózków), żeby dziecka nie przycisnęło.

Dzieci od 5 do 10 lat jeżdżą za darmo autobusach; w metrze, DLR za darmo, ale tylko jeśli są pod opieką rodziców albo osoby dorosłej (do 4 dzieciaków na jednego dorosłego). Gdy mają same używać transportu należy im wyrobić kartę Oyster dla dzieci (5-10 Oyster Photocard), jest tu opłata administracyjna £10 i trzeba dostarczyć zdjęcie. Dobrze jest taką kartę wyrobić jeśli dzieciak wygląda na więcej niż 10 lat, nawet jeżeli ma tylko używać autobusów.

Uwaga: na kolei (National Railway) za darmo tylko do 5 roku życia.

Dzieci 11-15 należy wyrobić Zip Oyster photocard, z nią mają dzieciaki darmowe przejazdy autobusami i tramwajami oraz „pay as you go” na dziecięcych taryfach w metrze, DLR, pociągach i Overgroundzie a także sezonowe bilety w taryfach dziecięcych na tydzień, miesiąc itp.

  • Ograniczenie wiekowe – na stronie TfLu jest napisane, że dziecko się kwalifikuje jeżeli przed 31 sierpnia dziecko nie ukończyło 16 lat (Over 10 years and 11 months; Under 16 on 31 August).
  • Ważność karty to zawsze koniec września danego roku.

Trzeba złożyć aplikację przez Internet lub na poczcie. Trzeba udowodnić wiek, można użyć paszportu, aktu urodzenia, dostarczyć fotkę oraz zapłacić £10 które to jest opłatą administracyjną i nie jest zwracane, nawet jeżeli aplikacja zostanie odrzucona. Uwaga od połowy czerwca zmiana opłat - wzrost do 15 funtów za 11-15 Zip Oyster a do 20 za 16+ Zip Oyster.

Więcej szczegółów na stronie TfLu : 11-15 Zip Oyster photocard . Proszę potem kliknąć na "How to Apply" i mamy dwie opcje "I live in London borough" oraz "I live outside London" ( to też dotyczy zagranicy, wybiera się miejsce odbioru i trzeba przy odbiorze pokazać paszport dziecka z datą urodzenia.)

Są nadal w sprzedaży Dzienne Dziecięce  Jednodniowe Travelki w formie papierowej, w dwóch wersjach Peak (Anytime) i Off Peak. Dziecko musi być poniżej 16 roku życia, ale nie ma tu ogranicznika „sierpniowego” – ta data jest ważna tylko, gdy wyrabiamy 11-15 Oyster Photocard. Czyli jeżeli Wasza pociecha 14 września będzie miała  15 lat 11 miesięcy i 23 dni to nadal możecie kupić Jednodniową Travelkę Dziecięcą.

 Uwaga jest nowość w kategorii podróżowanie z dziećmi.

 

Pojawiła się opcja 11-15s Young Visitor discount.

 

To nowa inicjatywa i trochę pomaga, ale nie całkiem. Otóż można przerobić na maximum 14 dni tymczasowo Oysterkę na opcję płacenia stawek dziecięcych w systemie Pay as you go. Można to zrobić w kasach biletowych metra w strefie 1, na Heathrow, w Centrach Informacji Turystycznej i na stacji Kolejowej Victoria. Gdy to się wyrabia dziecko musi być z osobą wyrabiającą i Oysterka musi być zarejestrowana. No i tu się zaczynają górki, bo rejestruje się kartę w kasach metra, wypełnia się druczek i potwierdza adres rachunkiem, adres musi być w UK. Potem jednak stwierdzają że można taką zniżkę nałożyć na Visitor Oyster Card jeżeli już się taką ma ( kupuje się je przed przyjazdem do UK przez Internet) Po upływie tych 14 dni Oysterka znów jest ze stawkami dla dorosłych. Więc opcja ta pomaga jeżeli już mieszkacie w UK bo nie ma problemu z rejestracją Oysterki ale gdy przyjeżdżacie i nie załatwicie sobie tej Visitor Oyster Card odpowiednio wcześnie to już nie bardzo jest możliwość wykorzystania tej nowej opcji, bo na razie ( kwiecień 2015) nie akceptują adresów poza granicami UK w czasie rejestracji.  

Można też wyrobić kartę 16+Zip Oyster Card jeżeli nie mieszka się w UK - nowość - TfL ostation ciągle wprowadza zmiany, zwylke to robili raz przy corocznej zmianie cen.  Travel for under 18  na linku są zasady i link do składania aplikacji. Co trzeba dostarczyć wypełniając aplikację adres email, opłatę administracyjną, zdjęcie w formacie elektronicznym do 2mb; Kartę odbiera się osobiście w Londynie w Vistior lub Travel Information Centre (wyszczególnionym w mailu potwierdzającym) trzeba przynieść ten mail z potwierdzeniem że się to dostało i passport, ID card, dziecka lub akt urodzenia wszystko oryginalne dokumenty nie photocopie. Trzeba to zrobić co najmniej 4 tygodnie przez przyjazdem.

Zasady dla mieszkających w UK i Londynie są inne - możecie sprawdzić na tym samym linku. 



Studenci - uczący się w Londynie mają prawo do zniżkowych biletów okresowych, ale trzeba być studentem w akceptowanych placówkach – ich lista jest na stronie TfLu, oraz mieszkać w czasie studiowania w Londynie. Można sobie wyrobić kartę przez Internet, wypełniając podanie (aplication form), dostarczając fotkę i dowód, że jest się studentem – wydają to w placówkach edukacyjnych. Jest oczywiście opłata administracyjna £10, ale potem jest 30 % zniżki przy opłatach za Travelki okresowe.

Turystyczne Karty Oyster i Travelki kupowane przed przyjazdem

Można kupić tzw. Visitor Oyster Card lub Travelki przed przyjazdem do Londynu – odpowiednio wcześnie, bo wysyłają je do domu. Są nawet specjalne oferty z Visitor Oyster Card zerknijcie na ten link. 

Visitor Oyster Card może być używana tak samo, jak Oysterka kupiona na miejscu, można ją doładować, jak się wyda pieniądze. Minimum z jakim ją sprzedają to 10 funtów plus 3 funty opłaty aktywizującej – nie ma możliwości odzyskania tej sumy.

Travelki są w wersjach jednodniowa Anytime strefy 1-4 i 1-6 oraz Off Peak  na strefy 1-6. Ceny takie same ,jak kupowane na miejscu (popatrzcie w tabelkę). Dziecięce Travelki jednodniowe to połowa ceny dla osoby dorosłej. Przez Internet można kupić także tygodniową Travelkę i uwaga - można je kupić także dla dzieci w formie papierowej. Jest też więcej możliwości wyboru stref (1-2, 1-3, 1-4, 1-5, 1-6) Cena dziecięcej to połowa ceny dla osoby dorosłej. Ceny takie same jak kupowane na miejscu. Do tego jest doliczona opłata za dostawę. Wybieramy kraj, do którego ma być przysłana i datę od której ma być ona ważna (tego nie można po przyjeździe zmienić – więc jak coś nie wypali z przyjazdem, to przepadło).  Jeżeli okaże się, że im wyjdzie, że nie zdążą wysłać to transakcja nie przejdzie,. Musicie to kupić z odpowiednim wyprzedzeniem, oni zakładają 12-16 dni roboczych , tak żeby nie siedzieć już na walizce i czekać na listonosza.

Uwaga: te Travelki są wydawane przez TfL i nie uprawniają do skorzystania z oferty „2 za 1” przy zwiedzaniu atrakcji turystycznych. Aby skorzystać z tej oferty, trzeba mieć bilet lub Travelkę kupioną na stacji kolejowej – jest ona pomarańczowa i ma symbol National Rail.

Link do różnych Map   Mapa Metra i Pociągów

Tu są szczegółowe zasady korzystania z różnego rodzaju transportów Terms and Conditions of Carriage

No i okazało się że jest tu limit objętości wpisu i nie da się wszystkiego zmieścic w jednym.

Zanim zadacie pytanie przeczytajcie część drugą tutaj

niedziela, 16 listopada 2014

 

To już czwarte spotkanie z monarchami dynastii Plantagenetów, tym razem pozostawiamy Imperium Andegaweńskie i razem z Ryszardem udajemy się na krucjatę do Ziemi Świętej. „Devil’s Brood” kończy się śmiercią mojego ulubionego króla Henryka II, któremu serce pękło i ciało poddało się chorobie, po tym jak się dowiedział, że został zdradzony przez tych, którym najbardziej ufał i tych, których kochał. Król zmarł, niech żyje król i Ryszard nareszcie mógł zasiąść na tronie. Niestety nic nie jest proste i oczywiste, a kto zna historię wie, że panowanie Króla Ryszarda nie było usłane różami.

Autorka zabiera nas od razu na słoneczną Sycylię, gdzie poznajemy ulubioną siostrę braci Plantagenetów Joannę - Królową Sycylii. Migała ona w poprzednich książkach, ale jako dziecko została wyswatana i dość wcześnie wysłana na dwór swego przyszłego męża – takie były zwyczaje wśród średniowiecznych dynastii. Joanna pokochała swoją nową ojczyznę, nauczyła się tam tolerancji, bowiem jej królestwo zamieszkiwali także Saraceni, Chrześcijanie Obrządku Wschodniego i Żydzi. Do szczęścia brakowało jej tylko rodziny, niestety jedyne dziecko, jakie przyszło na świat w jej małżeństwie zmarło bardzo szybko. Poznajemy Joannę w chwilach dla niej trudnych, bowiem jej mąż William II de Hauteville umiera i spokojny świat, w jakim żyła to młoda kobieta się kończy. Kandydatów do objęcia tronu jest paru, najgroźniejszy, choć znajdujący się najdalej jest Cesarz Rzymski Henryk mąż Konstancji, siostry zmarłego Króla Sycylii. Ta kandydatura nie cieszyła się zbytnim powodzeniem, toteż miejscowa arystokracja wybiera na króla Tankreda, kuzyna zmarłego monarchy - nieślubnego syna brata ojca Williama II, czyli mieli wspólnego dziadka. Tak się zaczyna ta opowieść o legendarnym Królu Lwie Serce.

Po takim wstępie wracamy na północ, na dwór Andegaweński, pojawiają się stare i znane postacie – jest oczywiście kobieta, której sława i chwała przetrwała stulecia Eleonora Akwitańska, mamy Wilhelma Marshala, pojawia się znów Tilda córka Eleonory i Henryka II no i oczywiście John, który żyje spiskując, Alys francuska wieczna narzeczona Ryszarda, no i król Francji tchórzliwy Filip.  Pojawiają się nowe postacie np. rodzina królewska z Nawarry, gdzie Ryszard potajemnie negocjuje o żonę z Królem Sancho.  Jest tu także Morgan, syn Ranulfa wuja Henryka II. Młody Walijczyk jest co prawda postacią fikcyjną ale łącząca tę sagę o Plantagenetach, jest on często w centrum wydarzeń, a podążając za Ryszardem na krucjatę znajduje miłość swojego życia na Sycylii, gdzie poznaje Mariam siostrę z nieprawego łoża króla Williama II i oddaną przyjaciółkę Joanny.

Wyruszamy na wyprawę krzyżową razem z Ryszardem i królem Filipem, a tymczasem wiekowa już Eleonora udaje się do królestwa Nawarry, aby poznać Berengarię  nową narzeczoną i dostarczyć ją Ryszardowi przed ołtarz, gdzieś w drodze do Ziemi Świętej. Każda krucjata wpada po drodze na Sycylię i tak też zjednoczone siły Angielsko – Francuskie. Tutaj oczywiście Ryszard dowiaduje się, że Joanna jest w areszcie pałacowym, no i jak na rycerskiego brata przystało ujmuje się za swoją pokrzywdzoną siostrą. Dochodzi on do porozumienia z Tankredem, robiąc sobie wiecznego wroga w Henryku Cesarzu Rzymskim. Krucjata dopiero się zaczęła, a już pojawiają się problemy. Obie koronowane głowy nie mogą na siebie patrzeć, nie do pomyślenia jest to, że jeszcze niedawno byli to sojusznicy zwalczający Henryka II. Monarchowie mieli się dzielić zdobyczamia więc Filip domaga się połowy wypłaty uposażenia wdowiego, jaką dostał Ryszard dla swojej siostry Joanny - no i co ma tu piernik do wiatraka. Francuzi nawet grożą opuszczeniem wyprawy i Ryszard w końcu zgadza się wypłacić jedną trzecią sumy, Joanna oczywiście nie ma nic do powiedzenia.

Obie armie postanowiły przeczekać zimę w Messynie, Filip czekając na sprzyjające wiosenne wiatry, a Ryszard na swoją nową narzeczoną. Tymczasem Eleonora zawitała na Pampeluński Dwór i zabrała młodą, cichą, nieśmiałą i niezmiernie religijną księżniczkę w długą podróż do ołtarza. Czeka ich niezwykła podróż, przekraczają Alpy i jak orzeka Eleonora – „ nie spodziewała się, że będzie w swoim nobliwym wieku zjeżdżać z gór…” Po drodze spotykają Henryka będącego w drodze do Rzymu, muszą ukrywać, kim jest Berengaria, bowiem Henryk i Filip to sojusznicy.

A tymczasem w „Outremere” – tak określano tereny Ziemi Świętej pojawiają się nowe problemy, umiera Sybilla Królowa Jerozolimy, zaraza zbiera obfite żniwo, a Saraceni odnoszą sukcesy. Siostra przyrodnia Sybilli -  Isabella jest teraz dziedziczką korony, siłą rozwiedziona z mężem Humpreyem de Toron wydana zostaje za Conrada z Monteferrat, lepszego żołnierza i stratega. Wdowiec po Sybilli - Guy de Lusignan też chce władzy, a że jest on wasalem Ryszarda, a Conrad kuzynem Filipa i Henryka nie wróży to dobrze krucjacie.

Oczywiście Filip nie jest zadowolony, gdy dowiaduje się, że Ryszard żeni się z jakąś Berengarią z Nawarry, miał się żenić z jego siostrą Alys, zaręczeni byli od małego, już prawie 20 lat, a tu taka niespodzianka. Niestety dla Filipa Ryszard miał asa w rękawie, wykorzystał ziarna, które posiał kiedyś Francuski Król, aby poróżnić Ryszarda z jego ojcem Henrykiem II. No cóż, kto mieczem wojuje ….

Tyle się wydarzyło a to dopiero początek tej pasjonującej opowieści.

S. Penman zabiera nas w tej powieści na nowe tereny, na bardzo atrakcyjną podróż do Ziemi Świętej, na krucjatę. Ukazuje nam średniowiecze z punktu widzenia człowieka żyjącego w tej epoce. Religijność, wiara i męczeństwo w parze z normalnym codziennym życiem. Widzenie i postrzeganie świata, medycyna, technologia, strategia oraz rola kobiety są tu oddane w bardzo przystępny sposób, autorka naprawdę poświęciła dużo czasu studiowaniu epoki, a gdy popełnia błędy, to się do nich otwarcie przyznaje.

W notatkach od autorki dowiadujemy się, że Ryszard nie był jej ulubionym bohaterem, ale im więcej się o nim dowiadywała tym bardziej ją fascynował. Powoli rozpracowuje Ryszarda znanego z mitów i Ryszarda odkrytego z kronik itp. Poznajemy go jako wariata z mieczem w ręku, który pierwszy rwie się do walki, chce być w centrum każdej bitwy, ale z drugiej strony dba o swoich żołnierzy, troszczy się o nich, dlatego był tak uwielbiany przez swoich podkomendnych, którzy byli mu tak oddani, że poszliby za nim do piekła.

Czytając tę powieść miałam wrażenia, że jakoś pisanie szło Sharon ciężko tym razem, mi również czytanie na początku szło jak po grudzie, może to, dlatego że Ryszard nie był jej faworytem. Może dlatego, że brakowało tu silnej postaci kobiecej, Eleonora występuje, ale już w wieku sędziwym, nie może grać pierwszoplanowej roli. Żona Ryszarda to gołębica, jak on ją czasem pieszczotliwie nazywa, nie jest ona w stanie zaognić tej historii, jej jedynym problemem jest to, aby spełnić swój małżeńsko królewski obowiązek – dostarczyć męskiego potomka do królewskiej kołyski. A że do tanga trzeba dwojga nie bardzo jej się udaje, Ryszarda bardziej interesują bitwy, negocjacje, oblężenia i odsiecze. Prawdopodobnie kochał swoją żonę, musiała go na swój sposób pociągać, bo nie zabrał by jej po ślubie na wyprawę krzyżową, a zostawił w bezpiecznym miejscu na Sycylii, może wydawało mu się, że na wszystko ma jeszcze czas.

Joanna natomiast okazuje się być niezwykle barwną postacią, ona trzyma tę powieść w kupie, jest łącznikiem i katalizatorem podobnie jak fikcyjny Morgan.

Ta opowieść jest pełna akcji, humoru, dramatu, np.: okręt z Berengarią i Joanną na pokładzie po burzy osamotniony dopływa do Cypru, gdzie despotyczny władcy Isaaca Comnenusa wystawia im ultimatum, Ryszard o mały włos nie został pojmany w czasie polowania z sokołami, gdy napotkali liczny oddział Saracenów itd. Oj dzieje się tu i dzieje, knowania, negocjacje, rzezie i małe nieporozumienia o wielkich konsekwencjach, jak incydent ze sztandarem Leopolda V z Austrii. Po pierwszych wertepach w czytaniu, gdy nastąpiła dłuższa przerwa, czułam potrzebę zerknięcia na kartki, aby się dowiedzieć, co nowego się dzieje na krucjacie.

Sharon Penman kończy opowieść o Ryszardzie Lwie Serce w momencie, gdy z wyprawy wraca on do kraju, by ratować swoje Imperium, bo niedobry brat książę Jan i tchórzliwy Król Francji Filip knują planują i dołki pod nim kopią. To jednak nie koniec i o dalszych losach Ryszarda dowiemy się w powieści „King’s Ransom” (Królewski Okup).

Jak zwykle zachęcam was do lektury i mam nadzieje, że ktoś te powieści przetłumaczy na język polski, bo takiej pisarki jak ona to ze świecą i ogarkiem szukać. Ona zaprzecza twierdzeniu tych nieszczęsnych osobników, co uważają, że historia jest nudna. Nadal mnie zastanawia to, że nie powstał żaden hollywoodzki film na podstawie jej powieści. Dramat, akcja, romans, wszystko tu jest i nic nie trzeba wymyślać i podkolorować.

 



Inne powieści tej autorki, które polecam :

When Christ and His Saints Slept część pierwsza sagi.

Time and Chance  historia Eleonory Akwitańskiej i Henryka II.

Devil's Brood  bunty i walka o tron w Imperium Andegaweńskim.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Flag Counter