sobota, 23 stycznia 2016

Przez cztery dni, wieczorami ludzie wylegali na ulice, aby popatrzeć na światełka. W czterech strefach można się było napatrzeć na różnego rodzaju instalacje świetlne. Cztery wieczory, aby przyciągnąć ludzi do Londynu w okresie posuchy turystycznej, bo gorączka świąteczna i noworoczne wyprzedaże już za nami. Chyba się udało, bo w sobotę 16 stycznia zamknięto na jakiś czas stację King’s Cross, tak była zatłoczona chętnymi na obejrzenie zimowych iluminacji. My wybraliśmy się w niedzielę pod Opactwo w Westminsterze i właśnie na King’s Cross.

Pod budynkiem opactwa przestaliśmy chyba godzinę, przytupując z zimna z resztą tłumu, to był ten mroźny weekend w Londynie. Mój ukochany cierpliwie robił zdjęcia i ja też, a zachwytom nad efektem rzucania kolorów na budynek nie było końca. Fasada wyglądała niesamowicie, nagle wszystkie postacie ożyły, szaty nabrały kolorów, wyłoniły się cienie i fałdy na odzieniach. Cuda-wianki co staramy się pokazać na paru fotkach z tego dnia.


 


 

 


Na King’s Crossie było już bardziej nowocześnie i abstrakcyjnie.


Były suknie w ciemnych witrynach.

 


Była świetlna osoba skacząca do sadzawki.

 


Kropki ułożone w postacie zmieniające kształty na ścianie byłego budynku gimnazjum.

 

I był na ścianie wielkiego magazynu pokaz Cyrku Świetlnego, na murze latały autobusy, dziwni człeko-zwierzo-atleci, lisi błazen, pojawił się wielki dzban do herbaty itp.

 


 


 

 

  

Zabrakło nam czasu na pójście w inne miejsca, może w przyszłym roku, bo chyba impreza się udała. Ludzi było sporo, knajpy zarobiły chyba na tym, podobnie jak sprzedawcy różnego rodzaju świetlistych zabawek, więc może ta idea wróci za rok.

piątek, 22 stycznia 2016

 

Poszliśmy na kolejną edycję tej wystawy, naszą 5-tą, bo stało się to chodzenie taką naszą zimową tradycją. Oboje lubimy przyrodę i fotografujemy trochę, mój ukochany to prawdziwy pasjonat i więcej wie o tej całkiem miłej zabawie, niż ja.  Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.” , a ubiegłoroczna w „Wildlife photographer of the year 2014.”.

Konkurs jest organizowany przez Muzeum Historii Naturalnej i BBC. Jest otwarty dla wszystkich. Zgłoszenia są przyjmowane od 2 stycznia do 25 lutego, a potem panele sędziowskie muszą zdecydować o nagrodach.

Detale jak się zgłosić są na tym linku: http://www.nhm.ac.uk/visit/wpy/competition.html

Jest 16 kategorii dla dorosłych, 3 kategorie wiekowe dla osób poniżej 18 roku życia. Jest jeszcze czas, więc aparaty w dłoń i dalej na pola, łąki, w góry, nad wodę i do lasu, bo nawet jak nie zdążycie na tę edycję to jest zawsze następna. Miłoby było zobaczyć wśród 100 finalistów jakieś polskie nazwisko.

Początki tej wystawy były skromne, bowiem na pierwszy konkurs w 1965 roku nadesłano 500 zdjęć, obecnie liczba zdjęć sięga 40 000. W pierwszej edycji były 3 kategorie. Obecnie kategorie dla dorosłych są podzielone tematycznie, a dziecięce wiekowo. Są też nagrody za portfolio i fotoreportaż. Pozmieniano też nazwy i pogrupowano kategorie, nie jestem do tych zmian przekonana. Wydzielono Earth’s Diversity czyli Różnorodność Ziemi z podziałem na : Ssaki, Ptaki, Płazy, Gady i Ryby, Bezkręgowce, Rośliny i Grzyby. Mamy też Earth’s Environments (Środowisko Naturalne) z kategoriami: Land (Krajobraz), Urban (Środowisko Miejskie), From the Sky ( Z Powietrza) i Under Water ( Pod Wodą). Znów jest Earth’s Design (Kreacje Ziemi) z Detalami, Czarno Białe, Impresje. No i jest jak w ubiegłym roku The TimeLapse, czyli seria zdjęć pokazująca zmiany w krajobrazie lub zachowania zwierząt.

 

Zwycięzcą tej edycji wystawy zostało zdjęcie „ A tale of two Foxes” (Opowieść od dwóch lisach),  którego autorem jest  Don Gutoski. Don jest lekarzem z zawodu, ale pasjonuje się fotografią od wieku nastoletniego. Interesuje go zachowanie zwierząt w dzikich rejonach jego rodzinnej Kanady oraz w innych regionach świata. Mieszka w południowym Ontario na 40-hektarowym rezerwacie przyrody, który sam utworzył. Dwa lisy na zdjęciu to rudy i arktyczny, oba polujące na małe ssaki, i przy ociepleniu klimatu ten rudy coraz bardziej się zapuszcza na północ. Lisi kuzyni nie tylko są dla siebie konkurencją w zdobywaniu pożywienia, parokrotnie zauważono rudego polującego na białego, choć generalnie oba rodzaje unikają siebie nawzajem. Zdjęcie zostało zrobione w Kanadzie, w Parku Narodowym Wapusk niedaleko Przylądka Churchilla, w zimie gdy temperatura spadła do -30°C. Wcześniej z daleka Don widział, że rudy coś gania, potem zauważył, że mniejszy arktyczny lisek jest nieżywy. Przez 3 godziny siedział i obserwował jak rudy ucztuje, aż w końcu lisek zdecydował się odnieść zdobycz i zatrzymał się, aby ją lepiej chwycić. Wtedy Donowi udało się pstryknąć tę zwycięską fotkę. Podobno były jakieś kontrowersje wokół tego zdjęcia, ale jest ono niesamowite, ze względu na kompozycję, biel, rudość i czerwień krwi. Smutna historia ukazująca walkę o przetrwanie.

 

© Don Gutoski „ A tale of two foxes”

W kategorii Młodego Fotografa wygrał Ondrej Pelanek i jego fotka “ Ruffs on display”. Zdjęcie zrobione w Norwegii  przedstawia ptaki bataliony w czasie walk godowych. Mnie bardziej się podobała wiewiórka przy misce z wodą Carlosa Pereza Naval, czy patrzący się prosto w obiektyw goshawk (jastrząb zwyczajny) Liina Heikkinena.

Nagrodę za portfolio otrzymał Audun Rikardsen z Norwegii. Jest on profesorem biologii na Uniwersytecie w Tromsø, znanym też jako najbardziej na północ wysunięty uniwersytet, czy uniwersytet arktyczny. Wychował się on w rybackiej wiosce w północnej Norwegii i zawsze go fascynowała przyroda nad i pod wodą. Zaczął fotografować w 2009 roku koncentrując się na przyrodzie w rejonie Tromsø, zdobył uznanie wśród fotografów rejonów arktycznych, a teraz ta nagroda – jak wisienka na torcie w jego karierze. Audun uważa, że fotografowanie to rejestrowanie wspaniałych chwil i pokazywanie innym cudów świata natury w nadziei, że będzie to dla ludzi inspiracją do troski o środowisko naturalne. Jego zdjęcia są super, bajeczne i magiczne, ale i z humorem. Wybrałam jedno zatytułowane „Deep sleeper” .

 

© Audun Rikardsen „Deep Sleeper” czyli w głębokim śnie.

Pewnej nocy otrzymał on telefon, że coś dziwnego się unosi w fiordzie przy Tromsø, była godzina 1 w nocy, ale że to było lato, było widno i nie miał on problemu z lokalizacją dziwnego stworzonka. Był to gość z Arktyki „bearded seal”  (foka brodata – fokowąs brodaty) śpiący snem bardzo twardym, unosił się na wodzie dzięki nabranemu w gardło powietrzu, jak boja. Musiał tak sobie spać już jakiś czas bo jego wąsy znajdujące się nad wodą zdążyły wyschnąć i zwinęły się uroczo w stylu Poirot’a.  Audun leżał na brzuchu i robił zdjęcia, gdy foka otworzyła oczy i spojrzała na niego, i z powrotem zasnęła, nic się nie przejmując. Inne jego zdjęcia, które nas zachwyciły to Dark Dive czarny koniec ogona humbaka, czy wizja orła morskiego z podwodnej perspektywy.

 

Wśród Płazów i Gadów spodobała nam się zwycięska fotka Edwina Giesbers’a pt. „Still life”  - martwa natura. Mamy tu great crested newt (traszkę grzebieniastą), która lubi sobie dryfować w wodzie bez ruchu. Sam Edwin w skafandrze do nurkowania czatował sobie pod wodą i właśnie mu się taka traszka nawinęła nad aparat. Samiec właśnie wziął oddech i prawdopodobnie rozgrzewał się pod powierzchnią wody w ten zimnawy kwietniowy poranek. Sylwetka traszki cudnie się komponuje z konturami bezlistnych drzew. Traszka ta jest zagrożona azjatycką grzybicą skóry, podobną do tej choroby, która dziesiątkuje żaby i ropuchy na całym świecie. Naukowcy boją się, że może ona podzielić los salamandry plamistej zagrożonej wyginięciem w Holandii.


© Edwin Giesbers "Still Life"

W tej samej kategorii zachwyciła nas fotka „Komodo Judo” autorstwa Andrey’a Gudkowa. Wygląda ona jak ilustracja filmu fantstyczno –naukowego, dwie godzille walczące ze sobą. Rzecz się dzieje w Parku Narodowym Komodo w Indonezji, a tu żyją największe ziemskie jaszczury Komodo dragons - warany , choć wyglądają one jak nieziemskie stwory. Andrey już parę razy był w tym parku właśnie w nadziei, że uda mu się sfotografować walkę smoków. Szczęście się do niego uśmiechnęło w czasie tej wizyty, znalazł dwa jaszczury na wyspie Rinca, które na siebie syczały w złości. Nagle oba stanęły na tylnych łapach i podpierając sią ogonami natarły na siebie, i tak oto mamy to zdjęcie smoczego tanga na krawędzi. Smoki powalczyły, aż jeden przewrócił drugiego na łopatki i potem się rozeszły zostawiając nam to zdjęcie żywcem z parku jurajskiego. Super.


© Andrey Gudkov "Komodo Judo"  

W kategorii Bezkręgowców spodobało nam się zdjęcie „Beetle beauty and the spiral of love” Javiera Aznara Gonzalesa de Rueda’y. Javier szukał gadów i płazów na zboczach wulkanu Tungurahua w Ekwadorze, gdy wpadły mu w oko te niezwykłe żuczki będące w okresie godowym. Te urocze stworzonka baraszkują przez bardzo długi czas i samiec odgania każdego rywala, co dało szansę Javierowi na odpowiednie przygotowanie i użycie dwóch dyfuzorów do rozpraszania światła – jak mówi mój ukochany aby „zmiękczyć” światło. Ciekawostką jest, że samica wierci dziurę w łodydze rośliny i tam składa zapłodnione jaja, w ten sposób larwa po wykluciu jest chroniona i ma jedzenie pod nosem. Kolor pancerza jest niesamowity. Metaliczna tęcza, powodowana światłem załamującym sią na chitynowych warstwach, daje efekt ochronny. Robi wrażenie, jakby to była kolorowa kropla wody, a nie potencjalny obiad dla jakiegoś głodnego ptaka czy innego stworzonka.

 

 

©“Beetle beauty and the spiral of love” Javier Aznar Gonzales de Rueda

Wśród ssaków zauroczył nas zając zimową porą “Snow hare”, uchwycony aparatem przez Rosamund Macfarlane. Siedzi sobie na śniegu przyczajony, czy nastroszony, z jedną łapką podniesioną jakby do nas machał. Rosamunda marzyła o sfotografowaniu górskiego zająca w zimowym futerku. Z przewodnikiem wybrała się ona w góry szkockie Cairngorms i brnąc w śniegu udało im się natknąć na zajączki przycupnięte w zagłębieniu terenu. Przez parę godzin leżała ona w śniegu obserwując te futrzaki. W końcu gdy zgłodniały i zaczęły szukać czegoś na przegryzienie grzebiąc w śniegu, udało się jej cyknąć tę fotkę. I tak oto mamy ten uroczy portrecik zajączka w śniegowym futerku.


 © Rosamund Macfarlane "Snow hare"

W kategorii Ziemia przykuło nasze spojrzenie na dłużej zdjęcie „Collage of sand” (kolaż z piasku) Timo Liebera, właśnie ze względu na uchwycone kolory i strukturę piasku. Timo wybrał się w poszukiwaniu piękna i trudnych warunków na pustynię Rub’ al. Khali (the empty quater – czyli pustkę) na półwyspie arabskim. Na terenie tym, o obszarze większym niż Francja, rocznie spada 3 centymetry deszczu a temperatura sięga 51°C. Pod powierzchnią jest pełno ropy i gazu, ale na powierzchni przy tych warunkach nie ma osadnictwa, jest pustka i tylko czasem na obrzeżach pojawiają się Beduini. Timo został odstawiony na miejsce przez lokalnego przewodnika i obozował sobie przez parę dni szukając inspiracji. Ta fotka genialnie ukazuje czar i grozę pustyni, ten różowy piasek jest bardzo bajkowy, ale warunki w jakich go można zobaczyć raczej zabójcze. W tej kategorii było bardzo dużo zdjęć, które nam się podobały, obok wisiała łąka z zachodnich Węgier cała pokryta jedwabnym obrusem wytkanym przez pajączki dla kontrastu do suchości pustyni.  Nie mogę ich wszystkich tu pokazać, więc gorąco zachęcam do pójścia na wystawę.


© Timo Lieber "Collage of sand" 

W kategorii Miasto dużym zaskoczeniem jest tu zdjęcie, na którym wydawało mi się że jest zamieć śnieżna, dopiero po przeczytaniu opisu, okazało się, że są to owady jętki. Lisy w mieście pojawiają się dwa razy, wygrało właśnie zdjęcie lisa, a raczej jego cienia.

Wśród Detali ujęło nas swoją prostotą i fantazją zdjęcie „ The meltwater forest”  (topniejący las) zrobione przez Fran Rubia. I tak oto, błotko poroztopowe może zostać przekształcone w sztukę. Fran był na Islandii i tam pod nogami zauważył wodę z roztapiającego sią lodowca na wulkanie Vatnajökull. Gdy zaczęła ona malować fantastyczny krajobraz, czekał cierpliwie na odpowiednie światło i uchwycił ten magiczny moment, gdy przed oczami wyrósł nam las i rzeki. Drzewa wydają się wstawać jak w książeczkach dla dzieci (tzw. pop up books), gdy po otwarciu strony mamy naklejone elementy, które powstają tworząc trójwymiarowy obrazek.  Zdjęcie nie z tego świata,  po prostu fantastyczne.


© Frank Rubia „ The meltwater forest”

W kategorii Impresje było parę interesujących fotek, na jednej ptak wlatywał przez stary obraz, na drugiej mamy obraz jak namalowany, poziome pasy różnego koloru – kompozycja z plaży morskiej. Nam przypadła do gustu cała zielona fotka liścia z dziurką przez którą zagląda kameleon widzimy jego oko i cień na liściu. Autorem tego zdjęcia jest Juan Jesus Gonzales Ahumada, który uchwycił tego gada w rodzinnej Andaluzji. W połowie lutego o poranku, gdy słońce już świeci, ale jeszcze jest chłodek i kameleony są mało ruchliwe, cierpliwie czekał z dziurawym liściem, aż któryś się nawinie przez obiektyw. Kameleony mają bardzo ostry wzrok i każde oko rusza się niezależnie od drugiego. I ten ciekawski gadek zagląda przez dziurkę, sprawdzając co tu się dzieje i świetnie się jego cień wtapia w strukturę liścia. Fajnie to wygląda.

 

© Juan Jusus Gonzales Ahumada „ The texture of life”

Zdjęcia w kategori fotoreportażu znów ukazywały nam zagrożone gatunki i okrucieństwo człowieka wobec zwierząt, drapieżniki w cyrku, słonie w świątyniach przywiązane łańcuchami i oczywiście kłusownictwo w Afryce, gdzie walka z handlarzami kością słoniową wydaje się być walką z wiatrakami -  paru strażników z Parków Narodowych uwiecznionych na zdjęciach już nie żyje, zostali zamordowani.

Connor Stefanison został ogłoszony wschodzącą gwiazdą za swoje portfolio. To specjalna nagroda dla fotografów w przedziale wiekowym 18 – 25 lat. Robi fajne zdjęcia zwierzaków, ma fajnego czarnego kruka kroczącego po zasypanym śniegiem krajobrazie, czy niedźwiedzia, który przez przypadek uwieczniony został przez jego aparat w zastawionej na skunksa „pułapce fotograficznej” .

W kategorii The TimeLapse były dwie prace: zwycięska pokazująca zachowania plażowe tzw. ghost crab – który buduje nocą tunele i zamki na piasku, a potem przypływ mu to wszystko ładnie niweluje, aby miał znów zajęcie na noc. Druga kompozycja to niemal reklama dla krainy w Wielkiej Brytanii Dartmoor – nazwana humory Dartmoor – mnie zachęciła do przyjazdu w tamte strony.

Wystawa ta do 10 kwietnia mieści się w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie – najbliższa stacja metra South Kensington.

Ceny

Dorośli : £13 lub £15 z darowizną

Dzieci (lata 4-16) : £7,50 lub 6,75 z darowizną

Ulgowe (studenci, emeryci) : £7,5 lub 6,75 z darowizną

Rodzinne (max 2 dorosłych i 3 dzieci) : £41 lub 36,90 z darowizną

Darowizna to dobrowolna dopłata.

Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, jest jak zwykle co oglądać i czym się zachwycać.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez dział prasowy Muzeum Historii Naturalnej. 

 

Wystawa będzie też objeżdżać Wielką Brytanię więc miejcie oczy szeroko otwarte bo może zawitać do waszego miasta.

Oto parę dat i miejsc

Bristol do 10 kwietnia 2016 w M-Shed

Chelmsford do 14 lutego w Chelmsford Museum

Gloucester do 13 marca w Nature in Art.

Coventry od 5 lutego do 10 kwietnia w Herbert Museum and Art. Galery.

Przyjedzie też do Polski i znów parę dat i miejsc ale sprawdzajcie w waszych miastach i galeriach.

Toruń w Centrum Nowoczesności do 7 lutego

Mińsk Mazowiecki w Museum Ziemi Mińskiej od 12 lutego do 6 marca

Bielsko-Biała w Galerii Bielska BWA od 12 marca do 5 kwietnia

Bytom – Muzeum Górnośląskie od 9 kwietnia do 8 maja

Sopot w Państwowej Galerii Sztuki od 13 maja do 19 czerwca

Szklarska Poręba – Centrum Edukacji Ekologicznej od 24 czerwca do 24 lipca.

sobota, 16 stycznia 2016

 

 

Magna Carta ma już 800 lat i z tej okazji Biblioteka Brytyjska urządziła wystawę ukazującą nam historię powstania tego dokumentu, jego znaczenie i dziedzictwo. Na wystawie można było zobaczyć dwa z czterech zachowanych oryginałów, a także dokument zwany „Articles of the Barons”, który był spisem roszczeń możnych wystosowanych do króla Jana (King John), „Petition of Right” z 1628 roku i „the English Bill o Rights” z 1689 roku, zęby króla Jana, kość jego palca, fragmenty szat z jego grobu, testament króla Jana i wiele innych interesujących eksponatów, a także wielkie tłumaczenie Magna Carty na angielski wypisane na całej ścianie. 

king john bone © British Library

Magna Carta obrosła legendą, stała się dokumentem uważanym za podstawy demokracji, wolności i praworządności. Jeden z brytyjskich polityków, prawników i sędziów Lord Thomas Bingham (zmarł w 2008) roku stwierdził, że „ niezwykłość Magna Carty polegała nie na tym, co tam było napisane, ale na tym, co późniejsze pokolenia uważały i wierzyły, że zostało w niej zawarte.” Bardzo mi się to stwierdzenie spodobało.

Magna Carta to w sumie tzw. „charter” (dokument prawny) spisany na pergaminie z owczej skóry, jeden z wielu wydanych i spisanych w średniowieczu. Jest to umowa między baronami a królem Janem, swego rodzaju spis obietnic i ulg.

Większość odnosiła się do średniowiecznej prawno-obyczajowej rzeczywistości świata możnych, a nie całego społeczeństwa. Magna Carta miała umożliwić możnym większe wpływy i ograniczyć władzę króla. Król Jan miał to nieszczęście, że był synem Henryka II i bratem wspaniałego Ryszarda Lwie Serce i na ich tle wypada, jako jeden z najgorszych monarchów zasiadających na tronie Angielskim.

Wystawę zaczyna krótki rys historyczny o prawach i zwyczajach panujące na Wyspach Brytyjskich, poczynając od praw anglo-saskich w postaci manuskryptu z XI wieku „The Old English Hexateuch” , kodeksu króla Cnuta (Kanuta Wielkiego), charteru Koronacyjnego króla Henryka I, w którym m.in. król zobowiązywał się utrzymywać dobre prawa i walczyć z nieprawością w swoim królestwie. Mamy tu też manuskrypt pt. „Koszmary Henryka I” . Gdy ów król zaniedbał sprawy królestwa, nawiedziły go koszmary, więc poprzysiągł poprawę, a po przeżytym na morzu sztormie obiecał zaniechać zbierania tzw. duńskiego podatku przez 7 lat i utrzymywać sprawiedliwość.

archbishop Walter slipers Canterbury Cathedral © British Library

Jednym z ciekawszych eksponatów w tej części wystawy są szaty liturgiczne arcybiskupa Canterbury i doradcy królewskiego –Huberta Waltera (chancellor of England),  był on zdolnym politykiem, umiejącym lawirować między młotem a kowadłem, niestety zmarł w 1205 roku i król bez dobrego doradcy zaczął popełniać coraz więcej błędów. Ten okres w historii Anglii jak zwykle świetnie przedstawia Sharon Penman w swojej tzw. Walijskiej Trylogii – muszę się zebrać i napisać recenzję. Wracając do szat liturgicznych, wykonane są z jedwabiu, sprowadzone ze wschodu, może przez Hiszpanię, ale wyszywane już w Anglii. Są one jak napisano w notce przy gablotce przepięknym przykładem stylu „Opus Anglicanum”, a na niektórych fragmentach jedwabiu są motywy pseudokufickie, co pozwala na spekulację, że może materiał ten był darem od Saladina w czasie pobytu Waltera na trzeciej krucjacie w Ziemi Świętej. Mamy tu buty, mitrę, stułę oraz jego pięknie zdobiony pastorał. Cudeńka.

Canterbury cathedral archbishop crozier © British Library

W gablocie po przeciwnej, stronie na środku komnaty, mamy inne ciekawe elementy. Jest tu tzw. skarb z Wainfleet - w naczyniu pokrytym zielonym szkliwem znaleziono monety z czasów panowania królów Henryka II,  Ryszarda i Jana. Były to srebrne monety tzw. „short cross pennies” i półpensy o łącznej wartości 1 118 funtów, 8 i pół szylingów w ówczesnych czasach. Niezły majątek.

W innej gablocie mamy kolejny niezwykły zabytek z tego okresu „Tally Sticks”. Są to kawałki drewna z rożnymi nacięciami – a jest to niezwykła rzecz, te patyczki to rachunki -  dowody zapłaty podatku. Otóż na kawałku drewna (zazwyczaj orzecha laskowego) wycinano znaczki potwierdzające sumę zapłaconego podatku, potem taki patyczek rozszczepiano na dwie części i jedna część zostawała u podatnika, a drugą miał poborca – obie idealnie pasowały do siebie -  genialne rozwiązanie.

Chodząc po tej wystawie zazdrościłam ilości zachowanych dokumentów z okresu średniowiecza, to bardzo bogate źródła informacji o życiu w średniowiecznej Anglii.

Średniowieczne królestwa były co chwile targane różnymi buntami, a zwykle buntowali się możni, którym nie było na rękę panowanie silnego władcy. Henryk II miał podobne problemy, ale on był dobrym strategiem i miał silną osobowość. Ryszard Lwie Serce większość czasu spędził poza wyspami, albo na krucjatach, albo walcząc na kontynencie o swoje Andegaweńskie dziedzictwo. Król Jan utraciwszy dużo terytorium na kontynencie skupił się na panowaniu na Wsypach, no i to było trochę nie w smak możnym. Generalnie przyjmuje się, że nie było on najlepszym monarchą, miał tendencje do okrucieństwa, był podejrzliwy i pamiętliwy. Jego osobowość świetnie ukazała wspomniana już Sharon Penman, skupię się  na tym przy okazji recenzji jej serii o Walii.

genealogical chronicles king john© British Library

Otóż tym razem baronowie mieli środki materialne i militarne, aby poważnie zagrozić panowaniu Króla Jana, ten nawet oddał swoje królestwo w opiekę papieżowi, co było niezwykle zgrabnym posunięciem politycznym. Baronowie zaś powoływali się na „chartery” przywileje i prawa koronacyjne królów Henryka I i Edwarda Wyznawcy (Edward the Confessor). Doszło do negocjacji i efektem których była umowa zawarta między rebeliantami a królem. Dokument ten znany jest jako Magna Carta i nie był ani pierwszym kodeksem praw, ani pierwszą próbą ograniczenia praw monarchy. Podobne umowy były zawiązywane w całej średniowiecznej Europie. Dokument ten został opatrzony pieczęcią królewską w miejscu dziś znanym jako Runnymede – jest tam pomniczek upamiętniający  to wydarzenie. Co jest warte zaznaczenie to fakt, że dokument ten nie został podpisany jak się często mylnie wyraża, a właśnie obwieszony pieczęcią czyli przypieczętowany. W Canterbury mają jedną z czterech zachowanych kopi (chodzi tu o odpis nie o kopie jak my to rozumiemy obecnie)  tego dokumentu właśnie z Wielką Pieczęcią Anglii.

Magna Carta Canterbury copy © British Library

Magna Carta zawierała 63 klauzule, z których do czasów obecnych tylko 3 nadal są w pewien sposób obowiązujące, reszta odeszła do lamusa lub została objęta odrębnymi dekretami itp.

W pierwszym punkcie stwierdzono niezawisłość i niezależność kościoła, to nadal obowiązuje. Gwarantowano też konsultacje w sprawie podnoszenia podatków, a aresztowani mieli prawo do sprawiedliwego procesu i sądu według obowiązujących praw (law of the land), a nie widzimisię królewskiego. Ciekawym punktem było stwierdzenie, że wdowy nie mogą zostać zmuszane do ponownego zamążpójścia, jeżeli nie życzą tego sobie, jednocześnie nie mogły poślubić nowego małżonka bez zgody króla lub możnego jeżeli żyły z dochodu ziem do nich należących. Nie chodziło tu o prawa kobiety, ale o utrzymanie kontroli nad ziemią i tworzenie koligacji majątkowych.

Gdyby król nie dotrzymał swoich zobowiązań baronowie mogli go ostrzec, że źle czyni, a potem ewentualnie użyć siły.

king john hunting © British Library

Żywot Magna Carty był bardzo krótki, a Król Jan wcale nie miał chyba zamiaru jej przestrzegać bowiem już we wrześniu papież wystawił bullę, w której uznał tę umowę za niezgodną z prawem i obłożył baronów ekskomuniką oraz zawiesił Arcybiskupa Canterbury Stephena Langtona. Król Jan zmarł rok później nadal walcząc z baronami, a władzę objął jego syn Henryk III który miał tylko 9 lat i to była druga szansa dla baronów i Magna Carty.

Nowe wersje zostały zatwierdzone aby zyskać poparcie baronów dla króla, a kolejni monarchowie -  Henryk III i Edward I mieli podobne problemy z możnymi. Kolejne wersje były szeroko upowszechniane, a najbardziej trwałym elementem tego dokumentu był fakt, że król jest objęty zasadami prawa i im podlegał. Zmieniały się zasady dotyczące podatku od odziedziczonego mienia, oczywiście stawki szły w dół. Decyzje o wysokości podatków nakładanych na poddanych miały być konsultowane z  baronami, potem do tego doszli jeszcze rycerze oraz rzemieślnicy i kupcy czyli elita miejska. Powoli rodził się parlament, a zwłaszcza jego niższa izba (gmin).

great seal king John eaton collage © British Library

W kolejnych gablotkach można było zobaczyć pierwszą wydrukowaną wersję Magna Carty w drukarni Richarda Pynsona, tłumaczenie na angielski przez Roberta Redmana wydane przez Georga Ferrersa. Nawet taki despota jak Henryk VIII użył jej w czasie swoich reform religijnych, zwłaszcza jej pierwszej klauzuli o niezawisłości Kościoła w Anglii, świetnie mu to pasowało, gdy odrywał się od Rzymu. Do tego dokumentu odwoływali się przeciwnicy reformacji i tak np. powołał się na nią Thomas Moore w czasie swojego procesu – niewiele mu to jednak pomogło.

Magna Carta odżyła w czasach panowania dynastii Stuartów, za króla James I, a potem jego syna Charlesa I (Karol I), dzięki staraniom i działaniom prawnika i humanisty Edwarda Cooka. Gdy królowie zaczęli ograniczać swobody obywateli, narzucając swoje decyzje, on powołując się na Magna Cartę stanął naprzeciw monarchii w obronie prawa powszechnego. W pewnym momencie stracił pozycję i nawet przebywał w więzieniu. Właśnie za panowania Karola I konflikt między parlamentem, a królem panującym miłościwie z woli Boga się mocno zaostrzył. W 1628 roku Cook przedstawił w Parlamencie dokument „The Petition of Rights” , który opierał się na wyżej wspomnianym średniowiecznym dokumencie. Ostatecznie E. Cook wydał 13 tomów raportów o prawie i 4 tomy komentarzy znanych jako „Institutes of the Laws of England” i jest uznawany za twórcę podstaw tzw. „English liberties” (angielskich wolności i przywilejów). Co jest dziwne O. Cromwell nie był zbytnim miłośnikiem Magna Carty, chociaż był przeciwnikiem króla i przywódcą parlamentarzystów w czasie wojny domowej. Pod koniec XVII wieku otrzymujemy „The Bill of Rights” kolejny demokratyczny krok, w nim zawarta jest m.in. klauzula, że monarcha nie może zawiesić lub działać poza prawem, nakładać opłaty pieniężne bez zgody parlamentu, czy zbierać armię w czasie pokoju. Był ten dokument w gablotce to zobaczenia.

Oczywiście idee te przeniknęły do kolonii i pierwsze odnośniki do Magna Carty pojawiają się w dziele kwakra Williama Penna „The Frame of Government of Pennsylvania”, który był swego rodzaju przepisem na dobre zarządanie i był bardzo głęboko osadzony w tym starym dokumencie. Opierali się na niej też Banjamin Franklin, John Adams i Thomas Jefferson w czasie swoich prace nad deklaracją niepodległości. Można było obejrzeć na tej wystawie tzw. pierwszą wersję tej deklaracji, z notkami i propozycją zniesienia handlu niewolnikami. Kolejnym ważnym dokumentem był „United States Bill of Rights”, w którym odnoszono się do aresztu, procesu, bezstronności sędziów. Porównano też brytyjską wyboistą  drogę do demokracji z krwawą jatką w czasie Francuskiej Rewolucji.

 US bill of rights © British Library

Ostatnie pomieszczenia wystawy poświęcone były echom Magna Carty w innych dokumentach i deklaracjach m.in. w walce kobiet of równouprawnienie, w Deklaracji Praw Człowieka, o Magna Carcie  wspomniał Nelson Mandela w czasie swojej przemowy na procesie w Rivonii.

Jako ciekawostkę podam, że gdy w czasie II wojny światowej znani angielscy faszyści - Oswald i Diana Mosley, zostali zatrzymani prewencyjnie, to właśnie powołali się na Magna Cartę, a swoje zatrzymanie i uwięzienie bez procesu przedstawili jako atak na wolność. Odpowiedź rządu była: „to nie jest atak na swobody, ale jest to niezbędne działanie w celu utrzymania swobód”.

Tak ważny dokument pojawia się w edukacji, więc były różne pomoce edukacyjne, puzzle, książeczki dla dzieci itp. Na mnie największe wrażenie zrobiły filmiki CBBC z serii Horrible Histories. Przez resztę dnia chodziłam nucąc melodię z tej serii, która wpada ona w ucho i nie chce wypaść.


Na końcu była też ściana z angielskim tłumaczeniem Magna Carty i obie kopie, dość nadgryzione przez ząb czasu.

kopia Magna Carty © British Library

Wystawa super, jak i inne organizowane przez Bibliotekę Brytyjską. Warto jest to tego budynku zaglądać i jak jesteście w Londynie to wpadać na ich wystawy, bo są dobrze przygotowane, ciekawe i mają wielgaśną kolekcję manuskryptów. Niektóre są za darmo, więc wpadajcie na ich stronę aby to sprawdzić. W tym roku przypada 400-na rocznica śmierci Shakespeare’a, więc będzie kolejna wielka wystawa.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez dział prasowy Biblioteki Brytyjskiej. Images © British Library

sobota, 09 stycznia 2016

 

Zima to czas, gdy ciemności opanowują ziemię. Tej ciemności jest więcej im bardziej na północ się znajdujemy i chyba dlatego wszelkiego rodzaju światełka nas fascynują. Od listopada każda dzielnica, miasteczko, a nawet ulice jak Oxford Street miały uroczyste zapalanie światełek świątecznych i mrok zostawał ceremonialnie rozświetlony tysiącami lampek, z reguły guzik wciskała znana osoba, a tłum wydawał okrzyki zachwytu najczęściej w rodzaju: uuucha, lub wooow. Niektóre domy rozświetlano nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz. Po drodze do lokalnego supermarketu przechodziłam obok ogródka, w którym królowały świetliste pingwiny, bałwanki i niedźwiadki polarne itp. Takie światełka to atrakcja dla dzieciaków, których grupki gromadziły się zwłaszcza w czasie powrotów ze szkoły. Słyszałam jak mama mówiła maluchowi, że jeśli jutro też będzie grzeczny, to znowu tu przyjdą. Tuż przed Waterloo jest siedziba dużej firmy naprawczej (hydraulika itp.),  co roku ich dekoracje świetlne są coraz większe.  Mikołaj ze wszystkimi reniferami, śnieżki, bałwanki itp. Każdy patrzy przez okno, niektórzy dorośli ukradkiem.

Nic więc dziwnego, że różne atrakcje turystyczne wpadły na pomysł rozświetlenia mroku i zarobienia na tym dodatkowego grosza. Zima, zła pogoda i krótkie dni niezbyt przyciągają turystów, a przecież światełka wszyscy lubią.

 ©pysson

My już po raz trzeci wybraliśmy się do Kew Gardens – Ogrodów Botanicznych w Kew na ich imprezę światełkową. Pierwszy rok był taki sobie, gdyż chcieli przy okazji edukować dzieciaki. Niezbyt to się sprawdziło, bo my dorośli trochę byliśmy odstawieni na drugi tor. W ubiegłym roku było o wiele lepiej, podobnie w tym roku.

 

 

©pysson

 ©pysson

Niektóre motywy się powtarzały, niektóre zmieniono, wiele dodano i naprawdę fajnie się chodziło po ogrodach w nocy, zachwycając się światełkami, lampkami i ognikami. Był też chórek rozświetlonych krzaczków, zmieniający kolory według śpiewanych gam i nutek. Drzewka były specjalnie podświetlone, niektóre wyglądały jak z bajek  i wydawało się , że zaraz wstaną i  zapytają  – co się tak gapisz.

 

 

©pysson

Był też Mikołaj i grupka  artystów, która miała uprzyjemniać czas dzieciakom.

Na końcu trasy był pokaz światło i dźwięk, a tłem tego pokazu była wielka palmiarnia. Obejrzeliśmy dwa razy czekając na wielkie śnieżki i kulki. Było ciemno, więc dorośli mogli też rozdziawić usta z zachwytu i poddać się naszym pierwotnym instynktom. Bo to uwielbienie światła, ogników, cieni może mieć korzenie w dalekiej przeszłości, gdy nasi przodkowie siedzieli w jaskini przy ognisku, bezpieczni, ogrzani snując opowieści, wpatrując się w życiodajny ogień.

Oto parę fotek z tej imprezy tak na zachętę jakbyście się zastanawiali co można zobaczyć zimą w Londynie, Kew już skończyło te pokazy, ale Lumiere London już nadciąga.

 

©pysson



©pysson



©pysson

 

 ©pysson

 

 ©pysson

 

 ©pysson

 

 

 

Tagi: Kew Londyn
22:14, edyta1972 , Fotografia
Link Dodaj komentarz »

 

Święta, Święta i po Świętach, a nawet po Nowym Roku. Czas płynie, czy tam biegnie nieubłagalnie, co tam płynie, rwie z kopyta, aż człowiek dostaje zadyszki usiłując mu dotrzymać kroku. Tak, zdecydowanie, czas jest moim największym wrogiem, nie miałam czasu na pisanie. A oto moje żałosne wymówki… .

Najpierw stwierdziliśmy, że musimy trochę odnowić mieszkanie no i w ruch poszły pędzle, szpachelki, wałki i bieganie po sklepach za farbą, taśmami, wałkami - bo ten to nie bardzo, a tamten do luftu itp. W międzyczasie był urlop i wyjazd do kraju, po powrocie kontynuacja malowania po pracy, czasem to było parę godzin, przestawianie mebli, zdejmowanie książek, płyt i DVD z półek, znajdowanie na nie miejsca itp. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę z ogromniej ilości posiadanych książek drukowanych – nazywam je „papierówkami” i cieszyłam się ponownie z posiadania Kindla, bo znaczyło to, że na półkach nie stały kolejne 73 książki, a jak się jeszcze doda te 108 z archiwum, to naprawdę oszczędza się nie tylko na zajmowanej przez nie przestrzeni, ale i na energii zużywanej na ich przenoszenie z kąta w kąt. Zdecydowanie więcej też kupujemy książek z tego też właśnie powodu, że nie zajmują nam miejsca, więc wydawcy i pisarze raczej mają z nas pożytek. Tak na marginesie to mam dużo recenzji do przeniesienia na papier, a raczej na ekran, jest też parę wystaw i parę katedr do opisania … .

A wracając do wymówek, to potem zaskoczyły nas święta i trzeba było jakoś mieszkanie ogarnąć, budowaliśmy nowy komputer, bo mój laptopik trochę się postarzał. No i ani się człowiek nie obejrzał, a tu już Nowy Rok. Ale nad pierwszym wpisem już usilnie pracuje. Mój fotograf ma dla mnie zdjęcia i lada dzień coś się nowego ukaże.

Najlepszego Wam życzę i Pozdrawiam. 

sobota, 11 lipca 2015

Blue Morpho występuje w Meksyku, Centralnej Ameryce i północnych regionach Ameryki Południowej i Pargwaju na Trinidadzie.

W czasie naszego pobytu w Stratford natknęliśmy się na Farmę Motyli, jest ona po drugiej stronie rzeki naprzeciwko mostku dla pieszych. Trzeba tylko przejść przez drogę i już się prawie jest na miejscu. Jest to urocze miejsce, gdzie można sobie pochodzić wśród motyli. Mają tutaj także drobne ptaszki, papużki, rybki, jest wylęgarnia motyli i hodowla gąsienic, część z pająkami, inne owady np. koniki polne, żuki, itp. Naprawdę jest się, na co napatrzeć a jak się jest cierpliwym to można zobaczyć jak motylek wyłazi z kokonu. Farma jest otwarta przez cały rok, latem do 6 wieczorem zimą do 5. Ostatnie wejście na półtorej godziny przed zamknięciem.

Ceny:

Dorośli – £6.25

Ulgowe ( Emeryci i studenci ) – 5.75

Dzieci ( 3-16 lat) – 5.25

Rodzina ( 2 dorosłych i 2 dzieci) – 18.50

Kod pocztowy – CV37 7LS.

Naprawdę polecamy, bo jest tu bardzo ciekawie, byliśmy już dwa razy, motylki są urocze, latają sobie, siadają na karmnikach i jedzą, piją potem tańczą w powietrzu. Jak się ma szczęście to jakiś na was usiądzie żeby sobie odpocząć, ja chodziłam z takim pasażerem prawie godzinę.

na śniadanku bananowym

w pijalni soku


Oto kilka fotek na zachętę, nie znam się na motylach, nie jestem w stanie rozpoznać ich na pierwszy rzut oka, a nawet na drugi, niektóre podpisałam po żmudnych poszukiwaniach i gapieniu się na inne zdjęcia w galeriach motylkowych. Jeżeli jest tu jakiś błąd to wybaczcie.

 Greta Oto - Clearwings o przezroczystych skrzydełkach występuje w Meksyku, Panamie i Kolumbi. 

 Kallima Paralekta - Indian Leafwing występuje na wyspach Jawa i Sumatra

Caligo Memnon (The Owl) występuje w Meksyku i lasach tropikalnych Amazonii.

Purple Mort Blue - Eryphanis polyxena -  występuje w Południowej Ameryce m.in w Wenezuelii, Brazylii, Kolumbii i Paragwaju. 

Morpho Palypphemus (White Morpho) Występuje w Meksyku i Amerycie Centralnej

Partenos sylvia - Clipper - występuje w Południwej i Południowo-wschodniej Azji

Dryas Julia - The Flame - Brazylia, południowy Teksas i Floryda 

Pachliopta Kotzebuea Pink Rose występuje na Filipinach

Papilio palinurus - Emerald Peacock Swallowtail występuje w Południowo-wschodniej Azji - tu po wyśćiu z kokonu jeszcze nie rozprostował skrzydełek

A Papilio Dardanus znany też jako African Swallowtail, Moker Swallowtail, czy Flying Handkerchief czyli latająca husteczka; występuje w Afryce Subsaharyjskiej

A Papilio Thoas - King Swallowtail (?) Południe Ameryki Północnej, Ameryka Centralna i Południowa. 

A Papilio Memnon występuje w południowej Azji

Eumaeus Atala występuje na Florydzie, Kajmanach, Kubie i wyspach Bahama. 

 Idea Leuconoe - Peper Kite, Rice Paper lub Large Tree Nymph (rusałkowata) występuje w Południowo-wschodniej Azji

Graphium Agamemnon - Tailed Jay, Green Spoted Triangle - India, Sir Lanka, Południowo-wschodnia Azja i Australia.

Archaeoprepona Demophon - Banded King Shoemaker - występuje w Meksyku,  Centralnej Ameryce, na Karaibach i północy Ameryki Południowej. 

 Heliconius Antiochus występuje w Panamie i Amazonii

Consul Fabius -  Tiger Leafwing - występuje w krainie neotropikalnej : Antyle i Ameryka Południowa oraz Galapagos. 

To chyba Heliconius Sapho - Sapho Longwing występuje od Meksyku do Ekwadoru. 

Ten był uroczy ale co to jest nie mam pojęcia. Myślałam że to tzw. Malachitowy ale ten ma mieć skrzydełka od spodu w innym kolorze niż na górze tak jak ten na dolnej fotografii. 

 

Ten motyl to trudny orzech do zgryzienia, wydawało mi się że to jest Mechantis Polymnia - Disturbed Tigerwing, potem że to jest Ththorea Harmonia - Harmonia Tigerwing a może to coś zupełnie innego... 

 

To też chyba jakiś Heliconius wydaje mi się że to może być Cydno - Cydno Longwing 

Lycorea Cleobaea - Tiger-Mimic Queen - występuje w Meksyku, Centralne Ameryce i Amazonii

 

Danaus Chrysippus - Plain Tiger - występuje w Azji i Afryce podobno to pierwszy motyl jaki pojawił się w sztuce, 3 500 lat temu w Egipie na fresku w Luxorze. 

 

Do opisu motyli użyłam strony Farmy w Stratford oraz przewodnika online po wystawie o motylach w muzeum Historii Naturalnej na Florydzie i wikipedię. Jako że na motylach zupełnie się nie znam, to jeśli popełniłam błędy to proszę o wybacznie i podesłanie podpowiedzi. Dla mnie motylki są śliczne, bajeczne i czarujące ...

czwartek, 09 lipca 2015

 

Ponieważ New Place and Nash House były zamknięte w czasie naszej majowej wizyty, otworzono dom pod numerem 26 (kiedyś nazywany Ancient House – Stary Dom) z tej samej epoki (Tudorów) po drugiej strony ulicy –High Street. Dom ten został zbudowany w 1596 roku dla lokalnego rzeźnika Tomasa Rogersa. Data budowy i inicjały pierwszych właścicieli m.in. drugiej żony Rogersa, Alice zostały wyrzeźbione w drewnianej fasadzie domu.


Rogers był bogaty, w jego posiadaniu były domy po sąsiedzku 27 i 28 High Street, był zamożnym przedsiębiorcą, oprócz rzeźnictwa zajmował się on też handlem zbożem i bydłem. Był członkiem Rady Miejskiej, w której zasiadał obok Johna Shakespeare’a - ojca Williama. Taki dom, z pięknie wyrzeźbionymi detalami na fasadzie, to typowe oświadczenie o statusie społeczno-majątkowym. W czasie renowacji na początku XX wieku znaleziono malowane szkło, były to fragmenty pochodzące z okna. Takie elementy dekoracyjne spotyka się zazwyczaj w kościelnych budynkach, gdzie mamy piękne witraże, w domach prywatnych jest to kolejne przypomnienie o statusie majątkowym. Szkło to datowano na XV wiek i zostało ono prawdopodobnie przyniesione do tego budynku z innego miejsca, może ze starego domu. Rośliny na oknie to kopie rycin z dzieła Johna Gerarda „ The Herball or Generall historie of plants”, i są na nich przedstawione:  narcyz, pierwiosnek bezłodygowy , orlik (columbine, Aquilegia), dąb i ostrokrzew.


Rogers miał 60 lat, gdy zbudowano ten dom i sporę gromadkę dzieci z obu małżeństw. Gdy zmarł w 1611 roku dom przeszedł w posiadanie jego syna z drugiego małżeństwa, też Tomasa. Był on też „maltsterem”, zajmował się on produkcją słodu (skiełkowanych i wysuszonych ziaren zbóż) używanego w piwowarstwie, (słodownik). Na pewno był to dochodowy biznes, trunki jak piwo i „ale” tzw. piwo górnej fermentacji, były pite w ogromnych ilościach, nawet dzieci piły je rozcieńczone, bowiem procesy produkcyjne i zawarty w nich alkohol odkażały wodę.

Po jego śmierci dom odziedziczył jego syn Edward Rogers, którego profesją było składanie i oprawianie książek. W połowie XVII stulecia sprzedał on ten dom kowalowi Johnowi Capp, który żył tu z rodziną, w ich rękach dom pozostał do 1725 roku. Wtedy zaczął się czas gdy posesję tę wynajmowano i tak mieszkali tu m.in. sprzedawcy książek, krawcy, a w 1871 roku wprowadzili się tu agenci nieruchomości.


Na początku XX wieku pisarka Marie Corelli, mieszkająca przez 20 ponad lat właśnie w Stratford, entuzjastka ratowania starych budynków, namówiła amerykańskiego milionera Edwarda Morrisa z Chicago do zakupu tego domu.  M. Corelli była bardzo popularna w swoim czasie, rodzina Churchilów oraz Królowa Wiktoria zaliczali się do miłośników jej pisarstwa. Dom został odrestaurowany i podarowany Uniwersytetowi Harvarda i obecnie jest znany jako Harvard House. 


Na pierwszy rzut oka to może się wydać dziwne, ale jest w tym trochę logiki. Otóż musimy wrócić do Thomasa Rogersa, a raczej jego córki z drugiego małżeństwa Katherine. Wyszła ona za mąż za rzeźnika z Londynu, za Roberta Harvarda z Soutwark. Robert Haward był nie tylko rzeźnikiem, ale także właścicielem gospody i „churchwardenem”, czyli takim świeckim członkiem rady parafialnej przy kościele Zbawiciela -obecnie Katedra w Southwark. Ich syn John Harvard urodził się w 1607 roku i ze względu na pozycję społeczną ojca uczęszczał on do szkoły przykościelnej (St. Saviour’s Gramma School). W 1625 roku zaraza zabrała mu ojca i czworo rodzeństwa, jego matka wyszła za mąż jeszcze dwa razy, ale owdowiała za każdym razem. Katherine była mądrą kobietą i wykorzystała swoją bardzo dobrą pozycję majątkową ( z domu była bogata, miała bogatych mężów) i wysłała syna na studia do Emmanuel College do Camgridge, gdzie zdobył on tytuł Master of Arts (magistra) w 1635 roku.

Katherine zmarła w 1635 roku, a jego brat Thomas dwa lata później, gdy John był w drodze do Ameryki. W spadku po matce otrzymał on m.in. 250 funtów i gospodę Queens Head oraz połowę domów w miejscowości Barking do podziału z bratem, po jego śmierci posiadłości te przeszły na niego.

John Harvard poślubił w 1636 roku siostrę kolegi z uniwersytetu Ann Sadler i po roku wyemigrowali oni do kolonii w Ameryce do Massachusetts. Sprzedał on najpierw za 130 funtów 4 domy i uzupełnił swoją bibliotekę, wydał na książki około 200 funtów. Dotarli oni do Charlestown w lecie 1637 roku,  a 2 listopada otrzymał posadę nauczyciela w szkole przykościelnej. Zbudował dom na Country Road (później Market a teraz Main Street – obecnie mieści się tu centrum handlowe).

Prawie jedna trzecia kolonistów w Massachusetts Bay pobierała nauki w Cambridge i w 1636 roku rada mieszkańców zdecydowała się powołać „college” i przeznaczono na ten cel sumę 400 funtów. Na początku niewiele się działo na terenie budowy. Niestety John nie miał szczęścia i zmarł po krótkiej chorobie 14 września 1638 roku w wieku 31 lat.

Mówi się, że kochał naukę szerzenie wiedzy, więc połowę swojego majątku i całą bibliotekę pozostawił on w swoim testamencie (złożonym w sposób ustny) nowo utworzonej uczelni w Cambridge - Newtown (na cześć miasta, gdzie wykształciła się duża część kolonistów). Reszta majątku przypadła wdowie Ann, która 15 miesięcy po jego śmierci wyszła ponownie za mąż za Thomasa Allena. To on zajął się wykonaniem woli zmarłego, podliczył wartość spadku na rzecz uczelni na 779 funtów 12 szylingów i 2 cztropensówki, w zbiorach bibliotecznych to było 400 książek. W przeliczeniu na obecne czasy była to suma przekraczająca 3 miliony funtów. To był porządny zastrzyk finansowy i książkowy i w uznaniu za ten dar zostało ustalone, że uczelnia powininna nazywać się Harvard College.

Jego posąg stoi przed budynkiem Uniwersytetu na Harvard Yard.

Tak więc wnuk i syn rzeźnika stał się patronem jednego z najsłynniejszych uniwersytetów. Dlatego dom rodzinny matki Johna, Katherine Harvard z domu Rogers został przemianowany na Harvard House.


Ciekawe to miejsce i bardzo interesująca historia.

Polecamy

poniedziałek, 06 lipca 2015

Naszym następnym krokiem był dom, w którym wychowała się i mieszkała żona Shakespeara Anne Hathaway. Obie rodziny znały się i często spędzały czas razem pracując i świętując. Ojciec Anny, Richard był rolnikiem, a termin którym określano jego pozycję społeczno-ekonomiczną to „yeoman farmer”. Był wolny (tzn. nie był chłopem pańszczyźnianym)  i posiadał ziemię, na której pracowała jego rodzina i pomocnicy (mogli uprawiać więcej ziemi niż mieli, biorąc pola w dzierżawę). Bieda im nie zaglądała w oczy, bo gdy ojciec Anny umarł w 1581 roku zostawił swojej córce sporą jak na owe czasy sumkę w posagu - 6 funtów 13 szylingów i 4 czteropensówki.

w maju

Praca na roli była dochodowa, ale i ciężka, oraz zależna od kaprysów pogody. Żniwa to czas wytężonej pracy, gdy każda para rąk sią liczy, trzeba plony jak najszybciej zebrać z pola, bo czas ucieka, a pogoda może spłatać figla. Od tego zależy nie tylko dobrobyt rodziny, a często nawet zdrowie i życie. Być może William pomagał zaprzyjaźnionej rodzinie i uczestniczył w biesiadowaniu na koniec żniw. Musieli oni sobie wpaść w oko, bowiem już jesienią 18-letni William musiał prosić ojca o zgodę na zawarcie małżeństwa z Anną. Pośpiech był potrzebny, bo 26-letnia Anna okazała się być przy nadziei. Musieli wystąpić do sądu biskupiego o licencje na zawarcie małżeństwa, za którą dwóch rolników z tej miejscowości wpłaciło 40 funtów poręczenia. Niektóry uważają, że małżeństwo było poprzedzone tzw. „plight troth” ceremonią porównywalną do zrękowin, w czasie której para przy świadkach deklarowała zamiar zawarcia małżeństwa i był to na tyle oficjalny akt, że mogły po nim nastąpić „pokładziny” i nie było tu żadnego grzechu. Ślub odbył się w listopadzie. Anna założyła swoje najlepsze ubranie, włosy miała zapewne przystrojone wiankiem z ziół. William także w najlepszym odzieniu, zapewne zgodnie ze zwyczajem przybył do domu panny młodej z drużbami, przy dźwiękach muzyki i z podarunkiem w postaci rękawic, które wymieniono na kwiaty i zioła. Ceremonia ślubna zaczynała się przed kościołem, gdzie obrączka była poświęcona, a państwo młodzi składali sobie przyrzeczenia, dopiero potem całe towarzystwo wchodziło do kościoła na wysłuchanie specjalnej mszy. Trochę się te zwyczaje ślubne zmieniły.



Dziewięć miesięcy po żniwach pojawił się jeszcze jeden owoc poprzedniego lata - pierwsza pociecha w rodzinie Williama, córka Susanna. Dwa lata później na świat przyszły bliźniaki, Hamnet i Judith, imiona po parze przyjaciół mieszkających za tzw. rogiem, którzy to nazwali swojego syna William. Niestety Hamnet zmarł gdy miał 11 lat, gdy do Stratford zawitała zaraza. Judith za to cieszyła się końskim zdrowiem, dożyła bowiem sędziwego wieku lat 77. Jest dużo spekulacji wśród biografów poety i współczesnych pisarzy i scenarzystów na temat tego związku, niektórzy twierdzą, że Anne go złapała na ciąże, że on jej nie kochał, bo mieszkał w Londynie. Ale co roku spędzał czas w Stratford z rodziną, kupił tu duży dom, a gdy w 1613 przeszedł na swego rodzaju emeryturę to wrócił do Stratford i zamieszkał tu z rodziną a nie w Londynie.

jesienią

Dom rodzinny Anny znajduje się w osadzie Shottery, można powiedzieć, że na dalekich obrzeżach Stratford. Spacerkiem można tam dotrzeć w pół godziny idąc opłotkami według ulicznych wskazówek, a dojazd autem to około 5-10 minut.

Jest to uroczy domek (cottage) otoczony ogródkiem z parkiem wkoło. W czasach Shakespearowskich były tu pola, obecnie jest trochę więcej zabudowy. Domek ten, bo nie mogę go nazywać chatą, bo takie jest tłumaczenie słowa cottage, był w rodzinie Hathaway prawie do końca XIX wieku, przechodząc po linii braci Anny, aż do wygaśnięcia męskich potomków, w 1746 roku przechodząc w ręce żeńskie. W 1892 roku gdy zakupiło ten dom The Shakespeare Birthplace Trust mieszkała tu Mary Baker też z rodu Hathaway, trochę już siódma woda po kisielu, ale nadal kuzynka. Została ona pierwszą opiekunką domu i oprowadzała po nim zwiedzających. Jej zdjęcie można zobaczyć w jednym z pomieszczeń, jak i jej „bonnet” – czepek, nakrycie głowy, w którym chodziły kobiety w XIX wieku, oraz mamy tu też krzesło, na którym ona siedzi na zdjęciu.

sypialnia w rozbudowanej części domu

Najstarsza część domu to ta parterowa od ulicy, wchodzimy do domu tym samym wejściem co Anne i odwiedzający ten dom William. Najpierw mamy swego rodzaju korytarz, po prawo jest kuchnia, a skręcając w lewo wchodzimy do tzw. „parlour” - taki salon. Gdy mieszkała tu Anna nie było kominków, tylko palenisko na podłodze, a dym uchodził przez otwór wentylacyjny w dachu. Zwiedzanie zaczyna się właśnie od tego pomieszczenia, potem korytarzykiem w lewo i przechodzi się obok pomieszczeń gospodarczych, m.in. pantry ( taka spiżarnia). Potem schodkami na górę, która jest wynikiem rozbudowy domu przez rodzinę Anne, głównie przez jej brata Bartholomew Hathaway.

 

kuchnia

pomieszczenia gospodarcze





Zachowały się też meble rodzinne m.in. słynne łóżko Hathaway (Hathaway Bed). Otóż Shakespeare w swoim testamencie zapisał Anne „ second Best Bed with the furniture”. Część osób uważa, że jest to dodatkowy dowód, że William nie był zbyt zakochany w swojej żonie. Jednak jest na to całkiem inne wyjaśnienie, otóż określenie „Best Bed”, czyli najlepsze łóżko było meblem pokazowym oraz dla gości, co by się pochwalić, jak to nam się dobrze powodzi. Drugie najlepsze łóżko (Second Best Bed) było tym, w którym para małżeńska spała, w sumie to był to raczej romantyczny gest. Taka interpretacja bardziej mi pasuje.



Na piętrze można też zobaczyć elementy konstrukcyjne domu, m.in. tej najstarszej części, drewniane bale podtrzymujące dach i ściany oraz gołe ściany wykonane w technice „wattle and daub”, czyli plecionka z gałęzi pokryta mieszanką błota, pociętej słomy i odchodów zwierzęcych.

element konstrukcyjne



Obecnie teren wokół domu to piękny ogródek, kwiatki, ziółka itp., ale w czasach, gdy mieszkała tu Anne i rodzina Hathaway było to gospodarstwo rolne z budynkami gospodarczymi i zwierzakami. Dziś można się tu przechadzać wśród drzew w zagajniku, po sadzie, w lawendowym labiryncie, usiąść w zakątku sonetowym, gdzie można posłuchać poezji Williama, poszukać rzeźb związanych z jego sztukami. Gdy zgłodniejemy to kawiarenka jest po drugiej stronie ulicy lub możemy urządzić sobie piknik na trawie lub specjalnie przygotowanych stołach.

Naprawdę jest to urocze miejsce, byliśmy już tu dwa razy, raz wiosną, a raz jesienią i każda pora ma swoje uroki.



Miejsce to jest pod opieką The Shakespeare Birthplace Trust, jest w cenie biletu „Five House Pass” - łączonego na wszystkie miejsca którymi się opiekuje ta organizacja (Shakespeare’s Birthplace – dom rodzinny; Hall’s Croft; Mary Arden’s Farm; Anne Hathaway Cottage; Shakespeare’s Grave, New Place and Nash House – zamknięte na czas prac konserwatorskich – udostępniono natomiast Harvard House na czas tego zamknięcia).

Ceny: w lipcu 2015 roku –

Tylko do Anne Hathaway Cottage 

Dorośli - £ 9.50

Dzieci- £5.50

Ulgowe - £8.50

Rodzinne - £ 24.50

Ceny biletu łączonego “Five House Pass”

Dorośli – £ 23.90

Dzieci – £ 14

Ulgowe – £ 21.90

Rodzinne – £ 61.90

Dodatkowym plusem jest fakt, że bilet jest swego rodzaju biletem sezonowym i jest ważny przez 12 miesięcy od daty zakupu.

Szukając Szekspira 

Birthplace - miejsce urodzin

Stratford upon Avon - ulicami miasta



sobota, 13 czerwca 2015

Trzeba przyznać ze Anglicy mają świetne pomysły jak urozmaicić nudne życie w wielkim mieście. Hitem tej wiosny były figurki Baranka Shaun porozstawiane po centralnym Londynie. Od 28 Marca do 31 Maja można było biegać po ulicach Londynu szukając Baranka Shaun, było 50 figurek a każda była inna bo wykonana przez innego artystę, projektanta czy znaną osobistość, każda miała swój specyficzny wygląd, lub reprezentowała specyficzną idea, itp. Mieliśmy świetną zabawę biegając z mapą i szukając kolejnego modelu. Szkoda że tak krótko były w Londynie ale teraz od 6 Lipca do 31 Sierpnia będzie 70 figurek do szukania po Bristolu. Potem między 12 a 20 Września zebrane zostaną wszystkie w Bristolu a od 24 do 27 Września będą znów wszystkie razem na specjalnym spędzie baranim w Covent Garden.  Więc jak w tym czasie będziecie w tych okolicach to warto wpaść na ten wypas.

Baranki zostaną wystawione a aukcję a zebrane w ten sposób fundusze zasilą konta dwóch fundacji The Grand Appeal (dla szpitala dziecięcego w Bristolu) i Wallace and Gromit’s Children’s Charity która to wspiera dziecięce szpitale i hospicja w całym UK. Cel zbożny a na ich stronie można sobie kupić maskotki itp, wpłacić pieniądze i zakupić aplikację na telefon do szukania Baranków ( teraz już tylko w Bristolu).  

Oto nasze znalezione Baranki Shaun

 

Jingtai (Simon Farrell) w Chinatown



Mossy Bottom (Sylvia Bull) na Leicester Square

Wooly Jumbo ( Joseph Dunmore) też na Leicester Square

The Gruffalo Shaun (Axel Scheffler) w drodze na Piccadily.

Me LLamo Shaun (Edgar Orlaineta) przy The Mall koło budynku British Council

Na placu Trafalgar jak przystało był Nelson ( Benjamin Cox i Vojtech Dvorak )

Br-ewe-nel (Brunel University) stał pod Tate Modern



To Sheep Perchance to Dream czyli Shakespeare's Shaun (one red shoe) stał przy The Globe (teatrze Shakespeare'a)



Out of This World (Josh i Aimee Wiliams)  stał przy centrum informacji przy Katedrze św. Pawła

Baa-roque (Sadie Butler) stał pod Katerdrą św. Pawła

Literary Lamb (PJ Crook) zaraz nieopodal na Paternoster Square

Hamish (Ros Franklin) prosto ze Szkocji buszował też na Paternoster Square

pod drugiej stronie katedry był Chelsea-Pen-Shaun-Er (The Chelsea Pensioners)

A Capital View ( Laura Cramer) stał niedaleko też przy Katedrze



Sheep Shape e Bristol Fashion (Gavin Strange) zdaje się zapraszać do Bristolu ....

Niestety nie udało nam się wszystkich odnaleść, nie bardzo mieliśmy na to czas, mało dni wolnych razem, ale zabawa była przednia więc jak mieszkacie w Bristolu, lub się tam wybieracie to polecam takie szukanie Baranka. 

 





sobota, 21 marca 2015

Pojechaliśmy do Canterbury, aby obejrzeć katedrę, ale że odbywał się tam ślub i była zamknięta na jakiś czas dla zwiedzających, wybraliśmy się na spacer po mieście i znaleźliśmy to urocze miejsce.

Można powiedzieć, że jest to kolebka „odrodzonego” chrześcijaństwa na Wyspach i warto jest spędzić tu trochę czasu. Najpierw może przedstawię krótki rys historyczny. Otóż, opactwo to zostało założone w 598 roku przez Augustyna (świętego), który to został wysłany na misję reewangelizacji południowej Anglii przez papieża Grzegorza Wielkiego ( wracał się z tej misji, nie bardzo był chętny, ale ostatecznie przybył tu). Chrześcijaństwo zawitało do Wielkiej Brytanii już w czasie panowania Rzymian, ale po upadku Imperium i napływie pogańskiej ludności (Anglosasów, Jutów) ostały się tylko małe enklawy głównie w Walii i na zachodzie wśród ludności Celtyckiej (BBC ostatnio pokazała arcyciekawy program o klasztorach „Saints and Sinners” i pierwszy odcinek właśnie temu tematowi był poświęcony).

Na wyspach były różne królestwa i region znany jako Kent był pod panowaniem króla Ethelberta, którego frankońska żona Bertha były chrześcijanką. Dlatego więc papież wybrał ich jako cel tej misji. Królowa miała swojego pasterza Liudharda i używali oni pobliskiego kościoła Św Marcina. Misjonarze przybyli na dwór królewski w 597 roku i wkrótce potem prawdopodobnie sam król Etherbert przyjął chrześcijaństwo. Misjonarze otrzymali stary rzymski kościół w Canterbury, który stał się katedrą oraz tereny na wschód od miasta przeznaczone na klasztor pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła.

Klasztor miał kilka funkcji, tu mieszkali mnisi przybyli z Augustynem, tu było też miejsce pochówku królów i arcybiskupów, których według rzymskich zwyczajów grzebano poza murami miasta. Na początku Augustyn był zarówno arcybiskupem jak i stał na czele klasztoru. Gdy pierwsze budynku klasztorne zostały ukończone Piotr, który przybył razem z Augustynem został wybrany pierwszym Opatem. Pierwszych 6 Opatów było właśnie z pochodzenia Włochami, a rządziły tu reguły zakonu Benedyktynów. Dzień był podzielony na obrządki religijne i modlitwy, a także na prace fizyczne i naukę. Ośrodki kościelne były centrami nauczania, w zasadzie jedynymi dostępnymi miejscami kształcenia. Tak było do XII wieku, gdy zaczęły powstawać uniwersytety.

Opactwo Św. Piotra i Pawła składało się z budynków mieszkalnych m.in. jadalni (dinning hall), sypialni (dormitory) oraz z szeregu kaplic. Misja ta miała ciągłe wsparcie papieża Grzegorza, który przesyłał im dary w postaci naczyń liturgicznych, relikwii oraz ksiąg, jedna z nich zachowała się i jest w zbiorach Corpus Christi College w Cambridge.   

Przyklasztorna szkoła szybko zdobyła sobie uznanie, zwłaszcza za czasów Opatów Hadriana (669-706)  i Arcybiskupa Theodora (668-690). W szkole nauczano czy raczej wykładano Stary i Nowy Testament, poezję, prawo, kaligrafię, astronomię, muzykę i medycynę. Mnisi byli osobami wyedukowanymi, często wychowanymi w klasztorze od dziecka (oblate). Opactwo to było prężnym ośrodkiem, produkowano tu manuskrypty i nawet podbój Normański nie zakłócił tej pracy. Nowy Opat Scolland (1070-1087) był kopistą w klasztorze w Mont St Mitchel i przywiózł ze sobą trochę manuskryptów historycznych i medycznych. Pod koniec XV wieku w bibliotece klasztornej skatalogowanych było 2000 ksiąg, do dziś zachowało się, porozrzucanych po kraju, tylko 200.



Opactwo było wielokrotnie przebudowywane. Jeszcze w X wieku powiększono kościół Św. Piotra i Pawła, a w 978 roku Arcybiskup Dunstan dodał imię Świętego Augustyna (tego misjonarza z VI wieku) w poczet patronów i od tego czasu opactwo było znane właśnie od jego imienia. Wkrótce potem dobudowano krużganki klasztorne (cloister), wieżę, kaplice oraz zaczęto budowę rotundy, której niestety nie ukończono.  Nowy Opat Scolland zmienił plany rozbudowy kościoła. Nowy panujący to nowy styl i przebudowy w stylu Romańskim, najpierw kościoła, a potem obiektów mieszkalnych i gospodarczych, jak jadalnia, kuchnie, piekarnie i warzelnie trunków (codzienny napitek „Ale” to taki trunek piwny otrzymywany za pomocą drożdży górnej fermentacji – trunek ten był obecny na każdym stole w każdym domu), a także stajnie i stodoły.

Opactwo kwitło do czasu, gdy Henryk VIII zdecydował się na drastyczne reformy zrywając ze stolicą apostolską. Jako głowa kościoła w Anglii, wydał szereg zarządzeń i w 1535 roku jego główny minister Thomas Cromwell zorganizował spis kościelnych majątków i odwiedził on m.in. klasztory w celu znalezienia tych, w których upadła dyscyplina itp. Rok później mniejsze klasztory o dochodzie do 200 funtów zostały zamknięte. Opactwo Św. Augustyna przetrwało tylko parę lat dłużej i ostatecznie ostatni Opat John Essex razem z trzydziestoma mnichami poddali się woli króla 30 lipca 1538 roku.

Opactwo trwało tu przez dziewięć wieków, potem był tu pałac królewski (taki przystanek w drodze do portów morskich), potem używane przez okoliczną ludność w celach rekreacyjnych, browar itp. i miejsce to powoli odchodziło w zapomnienie. W 1848 roku w części budynków mieścił się St Augustine’s College, a w 1947 roku utworzono Fundację Św. Augustyna w celu odzyskania terenów opactwa, prowadzenia wykopalisk i ochrony ruin. Na części terenów mieści się teraz King’s School, pozostałe tereny są zarządzane i chronione przez English Heritage. W 1989 roku teren opactwa, katedra w mieście i kościół Św. Marcina zostały wpisane przez UNESCO na listę World Heritage.

Miejsce jest trochę na uboczu, ale warto czasem odejść od głównego traktu, aby zobaczyć coś interesującego. Być może jest to kupa ruin, cegieł wśród traw, ale to kolebka chrześcijaństwa na Wyspach i miejsce o niezwykle barwnej historii.

Główna brama opactwa jest doskonale zachowana i jest wejściem szkoły znajdującej się na części terenów klasztoru. Pochodzi ona z XIV wieku i nazywana jest Fyndon Gate (Brama Fyndona) od imienia Opata, za którego dokonano przebudowy. Brama jest piękna, kunsztowna i bogata takie musiały być i inne budynki na terenie opactwa, łezka się kręci w oku, że nie możemy tego zobaczyć, i tylko rysunki i rekonstrukcje artystyczne nam pozostały.

Najważniejszym budynkiem opactwa był oczywiście kościół, trudno sobie wyobrazić patrząc na te ruiny, wystające z trawy i fragmenty murów ten imponujący Romański kościół, na szczęście na tablicach są ilustracje, a jeżeli skorzystacie z „audio guida – słuchawek ” to otrzymacie dodatkowe informacje.

Zachował się fragment muru północnej części budynku, obok mamy fragmenty wieży Ethelberta.



 

W południowym transepcie umieszczono groby królów Anglosaskich przeniesionych z kaplicy Św. Mari, tu spoczęli Edbald, Lothaire, Wihtred (królowie Kentu). Król Ethelbert i kapłan jego żony Liudhard zostali złożeni (przełożenie z pierwszego miejsca pochówku w kościele św. Piotra i Pawła) przy Ołtarzu głównym, na miejscu honorowym. Trzeba przyznać, że zdobywcy nie starali się zamazać historii, a nawet wydaje się, że starali się do niej nawiązywać. Te niezwykle interesujące czasy Anglosasów popadły w zapomnienie znacznie później. Czasem mam wrażenie, że tu na Wyspach byli Rzymianie potem długo dług nic i pojawiają się Normanowie z Wilhelmem Zdobywcą na czele. A przecież tyle się tu działo, dlatego chyba tak polubiłam średniowiecze. Ostatnio pojawiło się wiele programów w Brytyjskiej telewizji właśnie dotyczących tych mrocznych wieków, tych czasów zapomnianych, zapyziałych i zarośniętych trawą. Szkoda, że nasza telewizja nie ma pieniędzy i pomysłu na podobne programy o ziemiach polskich.

Ale wróćmy do opactwa w Canterbury. Następny przystanek to ruiny normańskiej krypty w stylu romańskim, to była pierwsza ukończona część nowego kościoła. Tu w czasach Anglosaskich stał kościół Św. Marii.

Krypta ta miała trzy kaplice  m.in. Św. Tomasza Apostoła i jest najlepiej zachowana kaplica w krypcie, mamy tu resztki ołtarza, dwie wnęki – schowki?, a podłoga pochodzi z XIII wieku.

Centralna kaplica była na początku dedykowana Błogosławionej Dziewicy Marii i była używana do odprawiania mszy do lat 80-tych XIII wieku. W 1325 roku została ona poświęcona Św. Marii i Aniołom. Ściany tej kaplicy były pokryte tynkiem i malowane, sam ołtarz był pokryty poziomymi czerwonymi wstęgami. Są tu też kawałki średniowiecznej posadzki.

Daszek został wybudowany w 1937 roku dla ochrony nowo odrestaurowanego i poświęconego ołtarza. Jest on sporadycznie używany przez studentów Misjonarskiego Koledżu Św. Augustyna.

W centrum krypty został pochowany wspomniany już Opat Scolland, któremu dla towarzystwa dołożono innego zasłużonego Opata Wulfrica I. Krypta miała sufit wsparty na kolumnach, przy przebudowach wykorzystywano starsze elementy anglosaskie i rzymskie.

Nad kryptą znajdowało się prezbiterium o takim samym kształcie, więc też miało trzy kaplice, a także 13 sanktuariów m.in. Św. Mildred, której relikwie zostały sprowadzone z Minsteru na Thanet w 1030 roku, a także arcybiskupów i Opata Hadriana. Pochówki te zostały z ceremoniałem przeniesione w nowe miejsce z Saksońskiego pierwszego kościoła pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła. Tu też w samym centrum znajdowało się sanktuarium z relikwiami Św. Augustyna (założyciela misjonarza), obstawione było ono księgami prezentami od Papieża Grzegorza.

Wielki Ołtarz i Sanktuaria znajdowały się na podwyższeniu trzeba się było wspiąć po kilku schodkach i były punktem centralnym kościoła.

Początkowo na terenie klasztoru znajdowało się cztery kościoły i kaplice: kościół główny Św. Piotra i Pawła, mała kapliczka na zachód od tego kościoła, kościół Św. Marii, kościół Św. Pankracego.

Kościół Św. Piotra i Pawła został zbudowany przy użyciu rzymskich cegieł (to popularna praktyka Anglosasów – tak np. było w kościele na zamku w Dover St Mary in Castro). Był to stosunkowo prosty budynek składający się z nawy, przedsionka i kaplic bocznych znanych jako „porticus” pod wezwaniami Św. Grzegorza i Marcina. Było to miejsce spoczynku królów Kentu, arcybiskupów i opatów m.in. pierwszych opatów Augustyna i Laurence’a. Król Ethelbert i jego żona Bertha zostali pochowani w południowym porticus Św. Marcina. Gdy zabrakło miejsca w tych kaplicach chowano dostojników w nawie głównej.

Innymi kamieniami rzucającymi się w oczy, są kamienne ruiny bloków o trapezowatym kształcie. To jest krypta nieukończonej Rotundy Opata Wulfrica.  To pozostałość po Anglosaskim opactwie.

Opat Wulfric postanowił przebudować kościół i dostawić rotundę łącząc kościół główny Św. Piotra i Pawła z kościółem Św. Marii. Inspiracją do takiej konstrukcji były zapewne budowle, które widział on w czasie swojej podróży po Francji m.in. w Rheims. Niestety ta budowla nigdy nie została ukończona, a potem została przykryta Normańskim nowym kościołem w stylu Romańskim.

Kaplica Św. Pankracego to najlepiej zachowane pozostałości po Anglosaskim opactwie. Zbudowana z rzymskich cegieł, przetrwała, bo nie przeszkadzała w Normańskiej przebudowie. Była używana, jako kaplica cmentarna i zawiera także pochówki. Był to prosty budynek jednonawowy z przedsionkiem, prezbiterium i małymi kapliczkami na obu bokach. Nawę oddzielała od prezbiterium wczesna forma lektorium – przegrody chórowej wspartej na czterech kolumnach (użyto tu też rzymskich kolumn). Istnieje przekonanie, że właśnie w okolicy tej kaplicy Augustyn odprawił pierwszą Mszę w Canterbury.



Najbardziej charakterystycznym motywem architektonicznym klasztoru jest krużganek (the cloister), nawet stał się on synonimem klasztoru - mówiło się np., że ktoś wybrał „cloister(ed) life”. Niestety został się tu ino placyk z trawką i troszkę murów. Krużganki miały rozmiar 37 na 35 metrów, w centrum był ogród (wirydarz), a po bokach alejki. To było centrum gospodarczo-domowe opactwa, stąd prowadziły drzwi i korytarze do różnych budynków opactwa np. refektarza (jadalni), kapitularza (sala zebrań) , dormitorium (sypialnie), infirmerii (sala szpitalna dla chorych mnichów) , domu Opata, armarium (alkowa biblioteczna) itp. W korytarzach były „carrels”,  takie wnęki do studiowania, w każdym mnich mógł sobie siedzieć i czytać, a że często czytano na głos, aby się wprawić, taki podział był bardziej praktyczny.



Po refektarzu i kuchni na planie sześciokąta zostało trochę widocznych w trawie kamieni. Posiłki to głównie chleb i potrawka z warzyw lub zupa (broth) na wywarze z kości, z rybą, warzywami i ziarnami. Mięso było serwowane tylko na specjalne okazje. Żywność pochodziła z ziem uprawnych należących do opactwa. Kuchnie przetrwały rewolucję  religijną Henryka VIII i stały się kuchniami pałacowymi. Miały one 2 wejścia, jedno do jadalni, a drugie do magazynów przy dziedzińcu. Sypialnia to był piętrowy budynek, mnisi spali na piętrze, do dziś ostało się tylko parę filarów przyporowych i „gable” - fragment szczytu. Infirmeria i przyległe budynki to dziś boisko – w przewodniku jest fotka z lotu ptaka i można się tu w trawie dopatrywać zarysów.

Wycieczkę po tym opactwie warto zakończyć na the Campanile Mound – tu stała wieża z dzwonem ( campanile od campana – dzwon, z Włoskiego oznacza dzwonnicę zwłaszcza taką wolnostojącą). Łady jest stąd widok. W tle mamy katedrę. Może się wydać, że to kupa kamieni ukrytych w trawie, ale to niezwykle interesująca kupa kamieni. Warto tu wpaść i zadumać się nad upływem czasu. Polecam, zwłaszcza, że jest to krótki spacerek od katedry i centrum miasta. Jest tu małe muzeum z zabytkami, fragmentami dekoracji wydobytymi w czasie wykopalisk.

Godziny otwarcia ( na rok 2015/16)

Zima tylko w weekendy od 10 do 16.

Od 28 Marca do 30 Września: codziennie od 10 do 18.

Od 1 Października do 1 Listopada: środa – niedziela od 10 do 17.

Po 2 Listopada do 24 Marca 2016 tylko weekendy od 10 -16.

Ceny biletów

Posiadacze karty English Heritage za darmo.

 

 

Cena standard

Cena z Gift Aid (z
  darowizną)

Dorośli

£5.40

£6.00

Dzieci (5 do 15 lat)

£3.20

£3.60

Ulgowe (studenci i osoby po 60-tce)

£4.90

£5.40

Rodzina ( 2 dorosłych i max 3 dzieci)

£14.00

£15.60

Godziny otwarcia i ceny biletów aktualne w czasie publikacji wpisu. Można sprawdzić na stronie English Heritage.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Flag Counter