piątek, 03 sierpnia 2018

Ten wpis chodził mi po głowie od jakiegoś czasu. Zwiedzanie to naprawdę frajda ale kupowanie biletów może być czasem skomplikowane. Mam nadzieję że ten wpis trochę wam rozjaśni takie sytuacje.

W Wielkiej Brytanii atrakcje turystyczne, galerie, muzea działają na różnych zasadach, niektóre są utrzymywane przez państwo czy gminę i są za darmo np. Muzeum Brytyjskie, Galeria Narodowa  w Londynie ( British Museum, National Gallery). W tych instytucjach jednak trzeba płacić jeżeli idzie się na tzw.  wystawę okresową. Inne miejsca są za opłatą.

W większości muzeów i galerii są też duże skarbonki do których można wrzucić datek.

Są też atrakcje turystyczne głównie pałace, zamki, posiadłości szlachty czy burżuazji itp. , które są zarządzane przez fundację charytatywną, dla nas może to być dziwne, bowiem organizacja dobroczynna kojarzy nam się z pomaganiem biednym, chorym, osieroconym ludziom lub zwierzętom. Tu takie fundacje są tworzone do opieki nad miejscami historycznymi i mają wtedy status organizacji dobroczynnej. W końcu jednak czynią dobro patronując i chroniąc obiekty historyczne, przyrodnicze  i kulturalne. W tych miejsca płaci się za wstęp.

Płacąc za wstęp do muzeów, pałaców czy na wystawy macie parę opcji i są różnice w cenie.

Pierwsza różnica w cenie to kupowanie na miejscu w kasach biletowych (gate price – dosłownie cena na bramie) a kupowanie przez Internet (online price) , na stronie danej atrakcji. Często bilety kupione prze Internet, na stronie danego miejsca, które chcecie zwiedzić są tańsze, ale czasem jest doliczana opłata za transakcję tzw. booking fee. Jeżeli kupujecie przez Internet to sprawdzicie dobrze opcje dostarczenia biletu : collect on site – oznacza że bilet odbierzecie w kasach atrakcji, print at home  - oznacza że go wydrukujecie w domu – na telefonie może nie zadziałać i wtedy was będą odsyłać do kas,  E- ticket oznacza, że można go mieć na telefonie lub Ipadzie. Wybierzcie tę która wam będzie najbardziej odpowiadać. Jeżeli zapłaciliście a nie dostaliście potwierdzenia od atrakcji a tylko że transakcja się udała to sprawdźcie sobie folder ze spamem czy junk mail, bo ten email tam mógł utknąć. Jeżeli nadal nie macie potwierdzenia to skontaktujcie się z customer services danej atrakcji bo mógł być problem z waszą opłatą i oni jednak nie dostali pieniędzy i po prostu nie macie biletu.

Obie opcje internetowa na stronie danej atrakcji i ta w kasach biletowych mogą być jeszcze podzielone na dwa rodzaje, zwłaszcza jeżeli miejsce ma status organizacji charytatywnej. Ceny mogą być z darowizną ( with donation) i bez czyli standard, które to są tańsze. Jako klient możecie wybrać, więc popatrzcie sobie dokładnie na tablice z cenami, te bez darowizny są z reguły pisane mniejszymi literami. Powiedzcie jaki bilet chcecie lub pokażcie palcem.

Kategorie biletów – takie główne, najczęściej spotykane

Adult – Dorosły - to osoby z reguły od 16 do 59 roku życia, niektóre atrakcja dolny wiek mają inny 17 lub 18 lat.

Concessions – Ulgowe -  tu są kategorie np. Seniors – seniorzy czyli osoby w wieku 60 i więcej; student studenci z legitymacją ( zabierajcie legitymacje szkolne i studencie jeżeli nie wyrobiliście sobie międzynarodowej karty ISIC), w wielu miejscach osoby 16-18 mogą dostać też zniżkę nawet bez legitymacji, ale jest lepiej mieć jakiś dokument nawet w innym niż angielski języku, słowo student czy szkoła jest bardzo podobne w wielu językach.

Children – dzieci – z reguły do 15 roku życia, dolny wiek może być różny i zależy od atrakcji, w niektórych jest to 3 a w innych 5 lat. Sprawdźcie dokładnie przed kupieniem biletów. Może się też zdarzyć że od 12 roku życia będzie odrębna kategoria.

Family – Rodzina - to z reguły 2 dorosłych plus 2 lub 3 dzieci ( w zakresie wiekowym jakie w danej atrakcji jest opisywane jako dziecko) czyli np. dwoje rodziców po 50 siątce z 2 dzieci w wieku 20 lat nie będą się kwalifikować. Są atrakcje które mają kategorie: Family 1 adult czyli rodzina z jednym rodzicem plus 2 lub 3 dzieci. Jest to ukłon w stronę rodzin z jednym rodzicem samotnych matek, ojców, cioć czy wujków zabawiających dzieciaki; Family 2 adults – rodzina z dwoma dorosłymi. Żeby dostać bilet rodzinny nie trzeba być jednak rodziną mogą to być dwie koleżanki na wspólnym wyjściu z dzieciakami, stryjek z ciocią zabierających bratanków itp.

Group discount - Bilety grupowe – z reguły musi być określona liczba minimalna aby dostać zniżkę, bo kupuje się bilet grupowy np. minimum 15 osób. Zapłata musi być w jednej transakcji, więc trzeba pozbierać pieniążki przed i zapłacić razem, może być to gotówka lub karta, uwaga wiele instytucji odchodzi od akceptowania czeków w kasach biletowych. Jeżeli kupujecie bilety z wyprzedzeniem i wysyłacie np. czek pocztą to pamiętajcie że musi on się zrealizować zanim dostaniecie bilety. Poczekajcie na potwierdzenie ze czek został zrealizowany (cleared, cashed). Jeżeli w grupie są dzieci to muszą one być w czasie zwiedzania pod opieką dorosłych. Przewodnicy grupy też z reguły muszą płacić chyba że są zarejestrowanymi przewodnikami w UK czyli mają legitymacje z tzw. Blue Badge Tourst Guides, lub np. w Londynie – City of London Guides. Często jednak kierowca autokaru ma wejście za darmo, po tym jak udowodni, że jest kierowcą autokaru którym taka grupa przyjechała. Warto się zapytać w danej atrakcji.

Druga różnica w cenie może być spowodowana dniem czy porą roku w której chcemy zwiedzić atrakcję, czy pójść na wystawę. Niektóre miejsca kasują więcej gdy zwiedzamy w tzw. Peak Time czyli czas szczytu gdy są oni bardziej zajęcie, może to być weekend, wakacje, okres świąteczny, ferie szkolne itp. Sprawdźcie sobie bo może się okazać, że jak przyjdziecie w środę to zapłacicie mniej niż w sobotę.

Educational Visit  - Wycieczki szkolne -  to jest naprawdę gąszcz bo każda atrakcja ma swoje własne zasady. Jest jednak parę że tak można powiedzieć czy raczej napisać elementów wspólnych. To że jesteście na swojej wycieczce szkolnej wcale nie oznacza że wasza wizyta w danej atrakcji jest traktowana jako educational visit.

Taka wycieczka musi być zorganizowana – zarezerwowana dużo wcześniej ( in advance) w dziale edukacyjnym danej atrakcji  i musi być zapłacona wcześniej..  Bilety mogą być tańsze ale może być ograniczenie w tym co można zwiedzać i czas w jakim macie się pojawić. Przeczytajcie dokładnie warunki takiej wizyty, co można a czego nie można. Nie można z reguły zarezerwować takich wycieczek w czasie gdy w UK są wakacje, przerwy świąteczne czy semestralne. W czasie takich wycieczek nie można na terenie atrakcji puścić dzieci w tzw. samopas, muszą one być pod opieką dorosłych, takie są tu zasady. Jeżeli planujecie im dać czas wolny to najlepiej nie w czasie zwiedzania w atrakcjach turystycznych. Generalnie 10 dzieciaków powinno mieć 1 dorosłego, dzieci młodsze z reguły poniżej 7 roku życia 1 dorosły na 5 dzieci. Te informacje dostaniecie jak będziecie sobie organizować taką wycieczkę, mogą wam odmówić wstępu jeżeli nie będzie wystarczającej liczby dorosłych. Z reguły opiekunowie w takich wycieczkach szkolnych wchodzą za darmo lub ze zniżką. Uwaga ale taka wycieczka musi być zarezerwowana przez dział edukacyjny danej atrakcji z wyprzedzeniem. Jeżeli chcecie zorganizować taką wycieczkę to pogrzebcie po stronach internetowych i szukajcie : educational visit, learning and engagement, school trips itp.

Vouchers – czyli kupowanie biletów u pośredników. Wiele atrakcji oprócz tego że same sprzedają bilety ma też umowy z setkami pośredników, agentów i biur turystycznych organizujących ludziom wakacje. Możecie u nich kupić bilety do danych atrakcji bezpośrednio np. w hotelu, lub przez Internet często nawet możecie nie wiedzieć że kupujecie u pośrednika, przykładowi agenci: . 365 tickets, Golden Tours, Globus, viator, getyourguide, visitBritain, … Weście pod uwagę że płacicie pośrednikowi, czyli nie samej atrakcji i teoretycznie nie macie jeszcze biletu, tylko voucher – kupon potwierdzający że zapłaciliście pośrednikowi. Wydrukujcie sobie ten voucher, bo w wielu miejscach nie zadziała na telefonie, musi być wydrukowany. Szukajcie zdania „ Print this voucher”.

 Z tym voucherem musicie pójść do kas biletowych i dopiero wtedy wam wymienią to na bilet, nawet jeżeli agent się ogłaszał, że nie będziecie musieli stać w kolejkach. Wy zapłaciliście agentowi, on ma wasze pieniądze ,ale zapłaci danej atrakcji dopiero jak oni udowodnią że wy tam byliście, z reguły wysyłając im invoice z waszym voucherem.  Uwaga taki voucher nie jest gwarancją że wejdziecie do atrakcji, zdarza się że pośrednicy zalegają z płatnością za poprzednie tygodnie i atrakcja ma prawo odmówić realizacji waszego kuponu. Dlatego jeżeli można to unikajcie pośredników i kupujcie na stronie atrakcji, dodatkowo jeżeli kupicie u agenta to tylko część waszych pieniędzy zostanie przeznaczona dla danego miejsca, bo taki pośrednik też musi z czegoś żyć.

Online collection point – Punk odbioru biletów – jest dla tych co kupili bilety przez Internet ale na stronie danej atrakcji, a nie dla wszystkich co kupili bilet przez Internet, zwłaszcza jeżeli kupili bilet u pośrednika. Jeżeli na waszym papierku jest napisane This is not a ticket lub this is your booking confirmation to musicie odebrać bilet. Z reguły zapytają was o nazwisko pod jakim kupiliście bilet, każą potwierdzić adres. Dobrze jest mieć ze sobą kartę którą płaciliście.

Gift Aid – to taka inicjatywa rządowa która pozwala organizacjom charytatywnym na pozyskanie 25 pensów za każdego 1 funta jaki im podarowaliście. Miejsca turystyczne czyli pałace, zamki, siedziby szlacheckie itp., mają tu znów dwie opcje. Z oboma się spotkacie bo to zależy od atrakcji jak to jest realizowane.

Jedna opcja to ta z ceną z darowizną i standardową. Każdy może zapłacić cenę z darowizną ale tylko Brytyjscy podatnicy mogą dokonać Gift Aid. Jeżeli wybierzecie opcję „With donation” to sprzedający bilety może się was zapytać czy jesteście brytyjskimi podatnikami. (are you UK tax payer) jeżeli jesteście to możecie zadeklarować, że cała cena jest datkiem dobroczynnym i wtedy oni dostaną z każdego funta 25 pensów. Was to nic nie kosztuje a takie miejsce ma dodatkowe pieniądze na konserwacje i edukację, bo na to są te fundusze przeznaczane. Jeżeli się zgodzicie to musicie podać adres, bo to jest potrzebne do papierkowej roboty. Większość atrakcji turystycznych ma właśnie taki system.

Druga opcja to oferowanie możliwości powrotu do atrakcji przez rok, jeżeli się zrobi ten Gift Aid. Wtedy też trzeba to zarejestrować często w czasie kupowania biletu, trzeba się też podpisać i mieć ten bilet np. podstemplowany w czasie wizyty. Kiedy się chce ponownie przyjść trzeba przynieść ten bilet z deklaracją i jakiś dokument potwierdzający że jest się tą osobą która zadeklarowała Gift Aid np. foto ID i potwierdzenie adresu. Nazywa się to z reguły 1-year pass. Jeżeli atrakcja ma bilety na określone godziny to trzeba sobie zarezerwować to wcześniej. Ten jest mniej popularny.

Membership, Season Tickets, Friends of …– Bilety sezonowe. Wiele atrakcji ma jakiś system biletów wielokrotnego użycia. Są tego różne nazwy, kupuje się je z reguły na rok i przez ten rok ma się wstęp do atrakcji, lub na wystawy organizowane w danym muzeum lub galerii. Jeżeli mieszkacie w Londynie lub UK to możecie się takim biletom przyjrzeć, bo czasem się one bardzo opłacają. Takie bilety są imienne czyli są dla osoby która za niego zapłaciła, nie można ich pożyczać. Są różne kategorie Indywidualna, Joint ( dla dwóch osób) i rodzinne. Można zapłacić kartą, gotówką lub przez Direct Debit. Ta forma jest bardziej popularna w opłacaniu rachunków ( nie mylcie jej z tzw. Standing Order), Direct Debit to gdy za naszą zgodą instytucja może ustawić nam płatność regularną np. co miesiąc,  stałej lub zmiennej sumy prosto (direct) z naszego konta do ich. W przypadku biletów okresowych do atrakcji turystycznych jest to z reguły opłata coroczna. Czyli wasz bilet jest odnawiany automatycznie, jesteście o tym uprzedzani, z reguły dostaje się list z nową ceną i wtedy jak nie chcemy to możemy zrezygnować i trzeba wtedy skontaktować się ze swoim bankiem i skasować tą opłatę.( cancel direct debit)  

Jeżeli gdzieś byliście i wydaje się wam, że tam wrócicie to sprawdźcie czy nie mają opcji biletu rocznego, bo często to co już zapłaciliście może być potraktowane jako część tej rocznej opłaty (nazywane jest to upgrade) . Zasada jest taka, że trzeba tego dokonać albo tego samego dnia albo jest jakiś przedział czasowy. Warunkiem jest posiadanie biletu kupionego bezpośrednio w atrakcji, a nie u pośrednika, dlatego już wcześniej namawiałam was na omijanie pośredników. Dla wielu atrakcji nie ma znaczenia fakt że nie mieszkacie w UK, sprawdźcie to sobie. Jednak nie można zrobić Direct Debit jeżeli nie ma się konta w banku z brytyjskim adresem.

English Heritage i National Trust to dwie wielkie organizacje opiekujące się wieloma miejscami historycznymi i przyrodniczymi na wyspach. Niektóre z nich są za darmo dla wszystkich ale do większości trzeba kupić bilet, ale można zostać membersem i wtedy wchodzi się za darmo bo już się zapłaciło za kartę ( Membership – członkostwo). Jeżeli dużo zwiedzacie i mieszkacie w UK to jest to dobry pomysł. Nie chodzi tu tylko o te zaoszczędzone pieniądze na biletach wstępu, ale przyczyniacie się do ochrony, odbudowy wspaniałych miejsc nie tyko dziedzictwa Brytyjczyków bo przyroda i historia należy do nas wszystkich. ( te organizacje np. opiekują się Stonehenge, zamkiem w Dover )

Kolejna karta która może się wam przydać to National Art Pass, tu mamy wejścia za darmo lub zniżką do wielu miejsc muzeów,  galerii, wystaw okresowych. Art Fund to organizacja która pomaga już od 110 lat muzeom, galeriom, dokładając się do kupowania dzieł sztuki, organizowaniu wystaw, itd. i w ten sposób dając nam wszystkim możliwość podziwiania dorobku kulturowego, który inaczej byłby zamknięty gdzieś w prywatnej kolekcji lub sejfie w banku.  Ten pass chyba najwięcej mi dał satysfakcji przez lata, zawsze kiedy wyciągam mojego ukochanego na kolejną wystawę z tym pasem jest trochę taniej.

Większość z tych biletów sezonowych można kupić komuś jako prezent (gift), wtedy na karcie będzie jego imię. Jeżeli macie kogoś kto lubi sztukę, historię, lub przyrodę to może to być doskonały pomysł na prezent.

Mam nadzieję że ten wpis wam się przyda i będzie pomocny.

Miłego zwiedzania.

niedziela, 08 lipca 2018

 

Tym razem zapraszam Was do niezwykłego rezerwatu przyrody w wielkim mieście. Pomysłodawcą specjalnej ochrony mokradeł i rozlewisk wodnych był Peter Scott (1909 – 1989), o którym nic nie wiedziałam, a okazało się, że to bardzo ciekawa postać. Jego ojciec to Robert Falcon Scott , ten słynny oficer brytyjskiej marynarki wojennej, badacz Antarktydy, który zginął w czasie wyprawy na biegun południowy w 1912 roku. Historia tej wyprawy zasługuje na oddzielny wpis. Peter miał tylko 2 latka gdy jego ojciec zmarł, a Robert w swoim ostatnim liście do żony, artystki i rzeźbiarki Kathleen Bruce zasugerował, aby wzbudziła w synku zainteresowanie historią naturalną, jeśli to jest możliwe, bo to jest lepsze nisz gry ( miał tu chyba na myśli gry sportowe, a nie planszowe). Jego ojcem chrzestnym był J. M. Barrie autor Piotrusia Pana.

Peter studiował w Trinity College w Camebride, zaczynając w tzw. naukach naturalnych (m.in. biologia, chemia, geologia), ale ostatecznie zakończył edukację dyplomem z Historii Sztuki. Miał talent artystyczny po mamie i zaczął malować, jego tematami była przyroda, zwłaszcza ptaki. Był na tyle zamożny, że mógł oddać się całym sercem temu co lubił czyli polowaniu na ptaki wodne, żeglowaniu i jeździe na łyżwach. Musiał być dobrym żeglarzem, bo w 1936 roku reprezentował Wielką Brytanię na olimpiadzie w żeglarstwie i zdobył brązowy medal.

W czasie Drugiej Wojny służył w Marynarce Wojennej i tu wykorzystał swoje talenty malarskie,  przyczyniając się do stworzenia nowego typu kamuflażu okrętów opartego na pomysłach A. H. Thayera (countershading)  z czasów Pierwszej Wojny. W maju 1941 roku okręty na Północnym Atlantyku zostały pomalowane według jego pomysłu po tym jak testy wykazały, że przy pochmurnym niebie okręty tak zamaskowane podpływały o około 9,5 kilometra bliżej, niż okręty pomalowane na czarno. Ten kamuflaż był tak skuteczny, że niektóre okręty się zderzyły.

Po wojnie poświęcił się ochronie środowiska i zagrożonych gatunków. W 1946 roku stworzył Wildfowl and Wetlands Trust w Slimbridge jako centrum naukowe i ochrony gatunków oraz udostępnił je do zwiedzania. Prowadził wraz z rodziną program przyrodniczy dla BBC (1955-69) „Look”, który można by przetłumaczyć jako „Popatrz”. Był to pierwszy program przyrodniczy w brytyjskiej telewizji. W tym cyklu pokazano pierwszy kolorowy film o ptakach „Prywatne życiu zimorodków”, w którym był narratorem. Pomógł stworzyć tzw. czerwoną listę zagrożonych gatunków, stworzył logo WWF - słynną pandę i był współzałożycielem tej organizacji , uratował gęś „nene” tzw. bernikle hawajską od wyginięcia.

 

nene - bernikla hawajska 

Pracował dla BBC radia i telewizji i był prekursorem mojego ulubieńca D. Attenborough, pisał i ilustrował książki, został mistrzem Wielkiej Brytanii w szybownictwie, a to tylko część jego niezwykle bogatego życia. Niesamowita postać.  

Londyńskie centrum to jedno z dziewięciu takich ośrodków w Wielkiej Brytanii. Zostało ono otworzone w 2000 roku na terenie byłych wiktoriańskich zbiorników wodnych w Barns w Londyńskiej dzielnicy Richmond. Mamy tu 40 hektarów mokradeł, oazę dla wielu gatunków ptaków, pierwszy tego typu miejski projekt, szczerze mówiąc bardzo owocny pomysł.

Poszliśmy tam w pochmurny dzień i mimo pogody, była to bardzo udana wycieczka. Jest tu dużo do zobaczenie, są specjalne kryjówki-obserwatoria z okienkami i atlasami ptaków dla amatorów rozróżniania gatunków. To moje nowe niby hobby, zawsze lubiłam ptaki i teraz uczę się je rozpoznawać. To centrum to po prostu raj. Bardzo to miejsce polubiliśmy, można tu spędzić cały dzień i nadal mieć niedosyt wrażeń. Jeżeli lubicie fotografować przyrodę to jest to miejsce dla was, można sobie wyrobić bilet sezonowy i wpadać tu co chwilę.

Centrum jest podzielone na część z ptakami egzotycznymi chronionymi przed lisami płotem pod napięciem i resztę. Jest mnóstwo ścieżek spacerowych i tablic informacyjnych, kafejka i specjalne miejsce do zabawy dla małych odkrywców. Mamy parę fotek z naszej wyprawy i mamy nadzieję, że Was zachęcimy. Jeżeli kupicie bilety przez Internet to zaoszczędzicie 10%, a bilet można wykorzystać w ciągu 6 miesięcy. Jeżeli okaże się, że pogoda nie dopisała tego dnia którego chcecie iść, to można sobie odpuścić i przyjść innego. Uwaga bilet jest ważny na jedną wizytę, chyba że sobie wyrobicie ten sezonowy ( roczny).

Jak tu dojechać ?

Pociągiem lub metrem do stacji Barnes, Hamersmith, a potem autobusami 33, 72, 209 do przystanku Red Lion, a od tego pubu to już parę kroków.

Centrum jest otwarte :

w zimie ( 1 listopada do końca lutego) 9:30 do 4:30 ostatnie wejście godzinę przed zamknięciem

w lecie od 9:30  do 5:30 ostatnie wejście godzinę przed zamknięciem.

Zamknięte w święta Bożego Narodzenia.

Ceny biletów tutaj .

Polecamy

Oto parę fotek interesujących informacji z tej wycieczki.

Moorhen (gallinula, kokoszka ) to bardzo płochliwy ptak, zawsze ucieka, a tu nam się udało je sfotografować z małymi, biegającymi po liściach lilii wodnych. Najpierw myślałam, że to pisklak łyski, ale pojawiła się mama i to była kokoszka. W innej części mokradeł ptak ten brał kąpiel, wyraźnie się szykował na randkę.

 

małe kokoszki

kokoszka w kąpieli 

Indian Runner Duck ( anas platyrhynchos domesticus, biegus indyjski) to kaczka udomowiona w Indonezji 2000 lat temu. Rolnicy wpuszczali je między swoje uprawy, bo zjadały owady, ślimaki i chwasty. Nogi mają bardziej z tyłu tułowia, stoją przez to bardziej pionowe i dość szybko biegają.

 

biegus indyjski 

Emperor goose (Anser Canagicus chen canagica, snieżyca cesarska) to gąska, której stanowiska lęgowe znajdują się na Morzu Beringa, głównie na Alasce i Kamczatce. To ładna gęś, taka jakby posrebrzana z białą główką i tyłem szyi. Zanieczyszczenie środowiska i polowania spowodowały, że ich liczba spadła .

 

śnieżyca cersarska

Barnacle goose Branta Leucopsis to rodzina tzw. czarnych gęsi. Poprzednio zaliczano ją razem z Brant Goose do jednego gatunku, obecnie się je rozdziela. Nazwa ta powstała od staronordyckiego słowa Brandgas (burnt, black goose, czarna) i starogreckiego leukos (white, biały) and  opsis (face, twarz). Po naszemu to Bernikla białolica. W połowie XX wieku na Svalbardzie zostało tylko 300  gęsi i wtedy w 1957 roku do akcji włączył się właśnie Peter Scott, rozpoczynając program badawczy, który okazał się najdłużej działającym programem badań nad ptakami migrującymi. Centrum WWT w Solway Firth stało się zimowiskiem dla tych ptaków i uratowało je od wyginięcia.

 

bernikla białolica

Następna gąska w projekcie ratowania gatunków to Red Breasted Goose (Branta ruficollis, bernikla rdzawoszyja ), którą umieszczono na liście zagrożonych w 2007 roku. Liczba tych ptaków spadła z 90 000 na początku XXI wieku do 30 000. W projekcie tym bada się zachowania tych ptaków, uświadamia i propaguje potrzebę ochrony środowisk w jakich one żyją i pogodzenia tego z rozwojem gospodarczym. Życzę im powodzenie, bo jest to śliczny ptaszek. 

 

bernikal rdzawoszyja 

Nie tylko ptaki tu są pod opieką, można też popodglądać sobie parę wydr karłowatych ( asian short-clawed otters, wyderka orientalna, aonyx cinerea). To urocze zwierzątko zostało wpisane na listę gatunków tzw. podwyższonego ryzyka. Zanik mokradeł zamienianych na tereny uprawne, zanieczyszczenie środowiska i polowania spowodowały dramatyczny spadek ich liczebności. Tu, w tym centrum można posłuchać pogadanki o nich, popatrzeć jak się bawią, rywalizują między sobą, pływają i są karmione.

 

wyderka orientalna

Sand Martin (brzegówka zwyczajna, riparia riparia )  – tutaj mają swoje jamy lęgowe w skarpie (sand martin bank) , wisi tam kamera i można sobie je poobserwować, są to bardzo szybkie ptaki i nie jest im łatwo zrobić zdjęcie.

 

jamki w skarpie brzegówek zwyczajnych 

The smew, ( Bielaczek, Mergellus Albellus,) mały ale uroczy ptaszek, takie oczy w stylu pandy, a samiczka ma brązową czapeczkę.

 

bielaczki 


The Canvasback ( głowienka długodzioba, Aythya valisineria)

głowienka długodzioba

 Hooded merganser ( Lophodytes cucullatus, kapturnik)

kapturnik

 

 

Wooper swan ( cyngus cyngus, łabędz krzykliwy) ale nic nie krzyczał, cichy jakiś taki.

 

łabędz krzykliwy


Mute swans (cyngus olor, łabędz niemy) cała rodzina, i te na nas syczały bo miały małe, potem wlazły nam na ścieżkę i musieliśmy boczkiem prze trawę aby ich nie drażnić.

rodzinka łabędzi niemych 

łabędziątka 

Mandarin duck (aix galericulata, mandarynka) jest to bardzo ładny kolorowy ptaszek, pochodzi z Azji wschodniej, do Europy sprowadzona jako kaczka ozdobna przez kolekcjonerów. Uciekła z niewoli i można ją spotkać w paru miejscach w Anglii.

 

mandarynka 

Jest to kaczka nadrzewna skoligacona z amerykańską Wood Duck ( aix sponsa, karolinką)

 

karolinki 


Northern Lapwing, green plover, lapwing  (Vanellus vanellus, czajka zwyczajna), jest to pospolity ptak w Eurazji  ale objęty ścisłą ochroną, tracą one bowiem stanowiska lęgowe w wyniku osuszania mokradeł, a opryski chemiczne zabijają owady którymi one się żywią. Szkoda ich.

 

czajka zwyczajna


Northern pintail ( anas acuta, rożeniec zwyczajny) wędrowny ptak objęty ścisłą ochroną

 

rożeniec zwyczajny 

Laysan duck (anas laysanensis, krzyżówka białooka), endemiczna kaczka z Wysp Hawajskich. Ta kaczka prawie wyginęła, polowano na nie dla mięsa, dla sportu (nie mogę zrozumieć takiego określenia), dużo zginęło z głodu. W 1930 roku ostał się tylko jeden ptak, samiczka, a kiedy zniosła ona jajka okazało się, że są one zapłodnione i wykluły się małe kaczątka. To był ostatni dzwonek.

krzyżówka białooka 


Wetland Trust zajmuje się ochroną i odbudową populacji od lat 50-tych ubiegłego wieku. Dzielą się wiedzą ze swoich badań z kolegami z Ameryki, walka o ich ocalenie nadal trwa, huragany i susze w latach 90 znów je przetrzebiły, podobnie jak zatrucie jadem kiełbasianym 10 lat temu. Taka to niepozorna kaczuszka i takie ma ciężkie życie. Trzymamy za nią kciuki.

Coot (Fulica atra, łyska) było ich dużo z pisklętami w różnym wieku.


A na koniec śliczny mały ptaszek Robin (Erithacus rubecula, rudzik)


I to by było na tyle, mamy więcej zdjęć, ale nie jestem pewna , jakie ptaki na nich są. Mam nadzieję, że Was zachęcił ten wpis do wyprawy do tego lub innego centrum ochrony ptaków. Jest to niezwykle pouczająca przygoda, a podglądanie ptaków to naprawdę frajda. Trochę zazdroszczę Brytyjczykom, że mieli takiego wizjonera, jego idea trwa i się rozrasta, ale pracy nigdy im nie zabraknie.


środa, 11 kwietnia 2018



 

Książki towarzyszyły mi w życiu od małego, moja mama sama lubiła czytać i mnie swoją pasją zaraziła, czytając mi bajki na dobranoc. Po jakimś czasie miałam już swoje ulubione. Z reguły były one długie. Moja mama miała nadzieję, że zasnę, gdy ona mi będzie czytać. Krótkie często się kończyły, zanim pogrążyłam się w śnie i wtedy chciałam jeszcze jedną. Miałam także swój sposób na długie wieczory z książką, otóż wplątywałam sobie paluszka w dziurkę od guzika w podomce mojej mamy, kombinując, że jak będzie odchodzić to mnie to obudzi. Moja mama też miała sposoby, skracała bajki, gdy widziała, że moje oczka już opadają.  Wtedy ja budziłam się stwierdzając „ ale Mamusiu zapomniałaś przeczytać o tym jak … „ no i moja biedna mama musiała wrócić na tę niechcący zapomnianą stronę. Najbardziej lubiłam bajki Natalii Gałczyńskiej „ O Wróżkach i Czarodziejach”, a z tego zbioru opowiadanie o Agnieszce skrawku nieba. Bajkę tę znałam tak dobrze, że kiedyś w przedszkolu jako 6-latka zostałam posadzona na stołeczku i opowiadałam ją młodszym dzieciom (pani przedszkolanka musiała się zająć z koleżanką dzieckiem, któremu coś się stało). Spowodowałam, że pod koniec wszystkie stały i krzyczały  „ludzie po tamtej stronie lasu są tacy sami jak my” tak głośno, że pani dyrektorka sprawdzała, co się tu działo. Do tej pory mama mi to przypomina.

Nie trzeba mnie było oczywiście poganiać do nauki czytania, i kiedy już zgłębiłam tę sztukę tajemną przekształcania znaczków na papierze w słowa i opowieści, to otwarł się dla mnie nowy świat. Książki były dla mnie ważne, kiedy była dostawa do księgarni, stawałam w kolejce, która czasem była niemal tak długa jak ta po papier toaletowy w sąsiednim papierniczym. Największą radość sprawiały mi wyjazdy do Warszawy do lekarza ortodonty, bo po niemiłej wizycie i kolejnej przymiarce lub wycisku na nowy aparat, wpadaliśmy do wielkiego antykwariatu i tam po prostu spędzałam długie godziny buszując wśród półek i polując na książki. Obsługa mnie zapamiętała, choć bywaliśmy tam tylko raz w miesiącu, po jakimś czasie zaczęli mi podsuwać różne książki.  To u nich poznałam i zadurzyłam się w przygodach Tomka Wilmowskiego i skompletowałam sobie prawie cały cykl o jego perypetiach. To tu pani mi poleciała inny cykl  Szklarskich „Złoto Gór Czarnych” (jeden z tomów czekał na mnie któregoś dnia w szufladzie).

Drugim rajem była oczywiście biblioteka, najpierw szkolna, potem publiczna. Panie w tej bibliotece nie tylko nam doradzały, ale i ułatwiały dostęp do lektur trudno osiągalnych. Byłam jedną z tych irytujących osób, które miały przeczytane nie tylko te lektury obowiązkowe, ale i te z listy zwanej uzupełniającą. Nigdy wtedy nie wymiękałam na widok grubości książki, czy potem na studiach na ilość artykułów i opracowań, czy innych publikacji, które mieliśmy sobie przyswoić. Miałyśmy ciekawy sposób wybierania książek w bibliotece, patrzyłyśmy na książki oceniając stopień zużycia, bo ona musiała być często czytana i mogła być fajna. Nie zawsze się to sprawdzało oczywiście. Choć miałyśmy dużo szczęścia, bo nie było wtedy tyle tandetnych harlekinowskich romansideł. To tak odkryłam Alejo Carpentiera, gdy znalazłam jego książkę „Podróż do źródeł czasu” patrząc na mocno zdezelowaną okładkę, popękany grzbiet i fakt, że była ona naprawiana. Zakochałam się w jego prozie. Nie pamiętam, kto był tłumaczem, ale czapki z głów dla tej osoby, bo kiedy znalazłam „Eksplozję w Katedrze” po angielsku, to się załamałam. Czytałam ją po polsku i mi się podobała, a ta po angielsku była taka drętwawa trochę.

Moje czytelnictwo osłabło, gdy przyjechałam do Wielkiej Brytanii, wynajmowane pokoje, mało miejsca, książki targane w walizkach z Polski i problemy z ilością rzeczy przy przeprowadzkach. Sytuacja się poprawiła gdy mój angielski stał się na tyle płynny, że mogłam sobie czytać książki w tym języku. Nadal kupowałam , choć oszczędnie bo nie miałam dużo miejsca, taki typowy pokój miał ma wyposażeniu zwykle łóżko i jakąś szafę na ubrania. Kiedy kupiłam sobie biurko, to takie, co to miało trochę półek i tam trzymałam moje drukowane skarby. Chyba dopiero moja ostatnia gospodyni miała w moim pokoju półki na książki, które ja dość szybko zaczęłam sobie zapełniać – pustki mnie irytowały.

Zapisałam się też do biblioteki i znów byłam w raju książkowym. Kiedy się od mojej ostatniej gospodyni wyprowadzałam, co by zamieszkać w wynajętym mieszkaniu z moim ukochanym, to już musieliśmy wynająć samochód dostawczy, no nie na same książki oczywiście, bo były też ubrania, biurko, laptop, radio, itp., W nowym mieszkaniu nasze kolekcje książek bardzo szybko zapełniły półki, które tam były. I znów targaliśmy je z Polski, kupowaliśmy no prawie bez umiaru… .

Teraz we własnych czterech kątach już dorobiliśmy się ścian z półkami na książki i zaczynamy myśleć gdzie by tu jeszcze dostawić kolejną „billy bookcase” z Ikei.

Książka towarzyszy mi każdego dnia, droga do i z pracy zajmuje mi około trzech godzin dziennie w publicznym transporcie i większość tego czasu spędzam z nosem w książce. Żałuję, że nie jest to podróż jednym pociągiem, bo tracę trochę czasu na przesiadkach, przechodzeniu z metra na kolej, wchodzeniu i schodzeniu ze schodów i przełażeniu przez bramki, łażeniu po peronach.

Nie mogę czytać w autobusie, zaczyna mnie męczyć choroba lokomocyjna, strasznie się nudziłam w czasie długich podróży autokarem. 

W samolocie to szybko zapadam w sen i nawet ,jak chcę czytać, to po dłuższej chwili robi się ze mnie kiwaczek, czasem, gdy długo czekamy w kolejce na pas startowy, to zasypiam zanim wystartujemy. Całe szczęście więc, że do pracy dojeżdżam pojazdami na szynach.

Postanowiłam sprawdzić, ile książek czytam rocznie i zaczęłam zapisywać te które przeczytałam i w 2017 było ich 54, 14 z nich było polskich autorów, 6 było tłumaczeń na polski, a reszta po angielsku. Najkrótsza to autorstwa M J Formana „Bomber Girls” o kobietach pilotach w RAFie w czasie II Wojny miała 67 stron, a najgrubsza D. Gabaldon „Written in my own Blood – Outlander book 8 „ miała 1296 stron. Trzy były kompletną stratą czasu i autorów sobie wpisałam na „czarną listę”.  Paru autorów odkryłam i stałam się ich fanką np. A Swinfen i jej detektywistyczne opowieści dziejące się w średniowiecznym Oxfordzie; R M Wegner i jego „Opowieści z Mekhańskiego Pogranicza” i teraz czekam na kolejne wychodzące części;H A Culley i jego cykl o Królach Northumbri z IX wieku. To są 54 recenzje które mi chodzą po głowie i może kiedyś się zbiorę, aby wam te książki przybliżyć i polecić.

Tylko jedna z tych 54 książek ( D. Churchill „The Leopards of Normandy – Devil”)  była wydana na papierze, te od jakiegoś czasu nazywam papierówkami. A oto dlaczego.  

Otóż parę lat temu zażyczyłam sobie pod choinkę nową książkę Sharon Penman „Lionheart” o Ryszardzie Lwie Serce - dalsze części z cyklu o Plantagenetach. Tu są moje wpisy o trzech pierwszych częściach : „When Christ and His Saints Slept”  „Time and Chance” and  „ Devil’s Brood” . 

I to była książka w twardej oprawie i miała 594 strony maczkiem drukowane. Z koleżanką w pracy, też molem książkowym nazywamy takie egzemplarze papierówek - cegłówkami. No i ja z tą cegłówką codziennie do pracy, po schodach, po peronach, po pociągach i pisząc szczerze ręce mi opadały. Wtedy to mój ukochany zaczął mnie namawiać na kindla. Miał on swojego i zaoferował się, że mogę go sobie trochę poużywać i zobaczyć jak to jest. No i wzięłam do ręki ten jego elektroniczny nośnik książek i po prostu się w tym cudzie techniki zakochałam. Normalnie można sobie powiększyć literki, nie trzeba się już męczyć z maczkiem drukowanymi książkami.

No i po jakimś czasie, po wielkich moralnych męczarniach stwierdziłam, że może na urodziny to bym jednak chciała tego, jak to go nazywaliśmy po jednym z moich przejęzyczeń, „kundla”. Dostałam i nie żałuję, bo czytam więcej, nie muszę targać cegłówek, a na półkach mamy więcej miejsca na „papierówki”, na poważne publikacje, katalogi z wystaw, poradniki fotograficzne, opracowanie archeologiczne, historyczne, albumy różnego rodzaju i w sumie to chyba kupujemy więcej niż przedtem. Na ostatnie święta dostałam nowszy model, bardziej dotykowy i zapisałam się na tzw. „Kindle unlimited” – płacę miesięczną kwotę i wybieram sobie książki do czytania z ogromnej puli w zbiorach Amazona i nie tylko można też kupować i ściągać polskie książki.

No i muszę się przyznać, że kundel wygrywa, choć nie jest idealny, papierówki nadal są lepsze jako książki w ładnym wydaniu, z ilustracjami.

Zalety kundla to to, że jest lekki, można zmieniać wielkość i kształt czcionki, zakładki nie wypadają, można mieć na mim mnóstwo książek i jak się jedną skończy, to od razu można zaczynać drugą, nie czekając, aż się dojedzie do domu. Kupowanie książek jest łatwe, ściągnięcie trwa parę sekund, nikt nie wie co czytasz. Jak się kupi kundlowi okładkę, to nawet mamy ten odruch zamykania i otwierania książki.


Zalety papierówki: lepiej widoczne ilustracje, w uczeniu się łatwiej szukać czegoś przelatując przez strony, można jak się skończy, dać lub pożyczyć komuś, mogą dużo powiedzieć o właścicielu i jego zainteresowaniach.

Czytam bo lubię i choć przeniosłam się na kundla, to nadal książka ma dla mnie taką samą wartości, jak stare klasyczne papierówki. Może miałam trochę rozterek, bo wydawało mi się, że zdradzam książkę, ale przecież słowo pisane przeszło już wiele zmian, od kutego na kamieniu, rytego rylcem na tabletach, malowanego piórkiem na pergaminie, drukowanego na papierze do tego przekazywanego elektronicznie na ekranie.

I tak jak kino nie zabiło teatru, a telewizja kina, tak kundle i inne elektroniczne nośniki słowa pisanego nie zabiją książki, może wręcz przeciwnie, a i drzew się trochę uratuje.

wtorek, 03 kwietnia 2018

 

Pogoda nas nie rozpieszcza w tym roku więc poszliśmy sobie na spacer w poszukiwaniu wiosny. Jako miejsce naszych wysiłków w tropieniu owej ulotnej pory roku wybraliśmy sobie Ogrody Botaniczne w Kew.

Uzbrojeni w aparaty i odziani w ciepłe kurtki, dzielnie tropiliśmy wiosnę, a co znaleźliśmy, to obfotografowaliśmy … .  

Te tak skromnie pochylały główki 

Zawsze mnie zachwycają i są dla mnie jednym z pierwszych oznaków wiosny.

Potem dostrzegliśmy te śliczne pączki a roślinaka ta była podpisana jako Stachyurus praecox var. leucothrichus 

To drzewko było podpisane Hybrid Black Poplar populus x canadensis 

A to miało tabliczkę Cammon Hornbeam Carpinus Betulus

Rododendrony też już niesmiało się zaczęły rozwijać.


Magnolie  już pokazały co potrafią choć niektóre trochę ucierpiały w czasie ostatnich nawrotów zimy. Tu mała ciekawostka, otóż nazwa Magnolia pochodzi od nazwiska francuskiego botanika Pierra Magnol, który  jest uważany za ojca klasyfikacji roślin i koncepcji rodzinnej w owej klasyfikacji, publikując swoje wiekopomne dzieło w 1689 roku. 

Magnolia x Veitchii na jednej gałązce jeszcze w zimowym kubraczku, a na drugiej już gotowa na wielkie otwarcie. 


Magnolie wyglądają bardzo dostojnie w pączkach, kojarzą mi się ze świecznikami.

Magnolia x kobneri " Rasbery Fun" ,tak jakby niesmiało ten pączek się rozwijał. 


 

We dwoje zawsze raźniej 

Taka jakby potargana... .

Magnolia Tonia tej się chyba uda, ale na innej gałązce trochę ucierpiała. 

To jest ciekawy okaz, nazywa się ona Magnolia x Kewensis i jest mieszanką Magnoli Kobus i Sacifola, a została wyhodowana w 1938 roku tu własnie, w Kew.

 

A ta to nie wiem co było, ale ładnie się rozwijało.

Prunus Pendula

I jeszcze parę innych kwitnących zwiastunów 

 

 

 

 

I choć na kwiatku przcupnęła sobie trochę zźiębnięta mucha 

 

To wiosna chyba już idzie ….

 

sobota, 10 marca 2018

 

W tą niedzielę 10 marca w Wielkiej Brytanii obchodzona będzie Mothering Sunday – co jest w dość dużym uproszczeniu Dniem Matki. Jest to święto ruchome, bo wypada zawsze na trzy niedziele przed Wielkanocą. Choć obecnie ma ono bardzo świecką wymowę, to jest to święto o głębokich korzeniach chrześcijańskich. Otóż w zamierzchłych czasach w ten dzień wierni mieli odwiedzić swój „matczyny kościół”, a mógł to być kościół, w którym zostali oni ochrzczeni lub kościół parafialny lub katedra (matka wszystkich kościołów parafialnych). Stało się to pretekstem do spotkań rodzinnych, bo służba otrzymywała na ten dzień wolne, aby mogli uczestniczyć w tym powrocie do swojej „matki kościelnej” . Ktoś tu może wytknie, że przecież niedziela to dzień wolny od pracy -  może teraz to jest powszechne choć i tak wiele osób pracuje w weekendy. Z biegiem czasu zaczęto też honorować matki - rodzicielki z krwi i kości i otrzymywały one prezenty od najbliższych i przekształciło się to święto w Dzień Matki w naszym rozumieniu. Święto to podupadło i przestało być praktykowane i dopiero na początku ubiegłego wieku pojawił się ruch w USA z Anną Jarvis na czele, która nawoływała do wskrzeszenia tej tradycji. Pierwsze oficjalne świętowanie odbyło się w 1908 roku w kościele metodystów św Andrzeja w Grafton w Zachodniej Wirginii.  W 1914 roku prezydent W. Wilson podpisał proklamację deklarującą Dzień Matki (druga niedziela maja ) oficjalnym narodowym dniem honorującym wszystkie matki.

W Wielkiej Brytanii Cantance Penswick Smith wykreowała w 1921 roku Mothering Sunday Movement ( można powiedzieć  Ruch Matczynej Niedzieli) starając się o odnowienie tego święta.  W czasie II wojny światowej amerykańscy i kanadyjscy żołnierze mieli duży wpływ na popularyzację Dnia Matki.

Brytyjskie ruchy kupieckie dostrzegły w tym żyłę złota, no bo kto by nie poskąpił grosza dla uczczenia Dnia Matki. I tak religijny charakter tego święta został przekształcony i zaakceptowany nie tylko przez różne kościoły chrześcijańskie, ale i świeckie społeczeństwo. Więc tu na Wyspach świętowany jest ten dzień w trzecią niedzielę przed Wielkanocą ( która jest także 4 niedzielą postu) i tak dwa różne święta Mother’s Day i Mothering Sunday zlały się w jedno. Jest to dzień w którym Brytyjczycy wyciągają portfele i fundują swoim Mamom lunche, wyjścia na wystawy, obiady, kupują kwiaty, prezenty itd. Restauracje oferują specjalne menu i zestawy „ Matkowe”, atrakcje turystyczne mają specjalne punkty w programie np. Pałac w Hampton Court oferuje ”Florimanie” czyli szałowy pokaz bukietów kwiatkowych.

Oto kilka fotek z tej imprezy.


poniedziałek, 05 marca 2018

W Nowy Rok zerwaliśmy się skoro świt na tę paradę. Była to nasza pierwsza, choć mieszkamy w Londynie dość długo. W tym roku akurat wypadło nam obojgu wolne i stwierdziliśmy, że to sobie zobaczymy.

Wybraliśmy się wcześnie, aby zająć sobie dobre miejsca i poszliśmy na początek gdzie ona startowała. Pogada jak to w styczniu była nijaka no i to się odbiło trochę na paradzie. Długie czekanie, aż się coś ruszy potem nagle wszyscy biegiem, bo trzeba załatać dziurę. Kupa lokalnych amatorskich teatrzyków i kółek hobbystycznych oraz goście z różnych stron świata a także reprezentanci mniejszości narodowych. Dlaczego nas nie było – jakieś niedopatrzenie chyba, bo jest nas tu dużo i przecież mamy co pokazać np. smoka wawelskiego, lajkonika, sarmatów itp. Może następnym razem.

Nie było to wydarzenie roku i chyba nie stanie się to naszą noworoczną tradycją. Wybrałam parę fotek, oceńcie sami czy warto rano wstawać. 

Na starcie 

Karoca z ...

Kopciuszek i siostry

ostatnie instrukcje ...

replika samochochodu z popularnego serialu "Only fools and horses"  

parada_noworoczna11

odrobina Paryża w Londynie  

parada_noworoczna6

dzieciak dawały z siebie wszystko w chłodzie i kropiącym deszczu 

parada_noworoczna5

szanowni goście z za oceanu

goście z galaktyki far far away....


niedziela, 04 marca 2018

Kenwood House 

Tak moi drodzy to się zdarza. Nawet jak spadnie śnieg, to z reguły, po paru godzinach nie ma po nim śladu – rano zima po południu wiosna.  Raz na parę lat jednak mamy takie zimowe atrakcje, gdy jest biało przez parę dni. Ostatnim razem było to dość dawno 2009 i 2010 rok. Tu moje poprzednie wpisy na ten temat. Bałwanka , Bałwan własnej robotyHu hu ha nasza zima zła? .

Ta biała posypka to prawdziwy koszmar dla Brytyjczyków, nadawane są komunikaty ostrzegawcze instytutu metrologicznego, ostrzega się ludzi przed podróżowaniem, zamykane są szkoły, niektóre pociągi nie jeżdżą itd., bo spadło trochę śniegu. Musicie też zrozumieć, że Brytyjczycy mają obsesje na punkcie rozmowy o pogodzie, to jest temat rzeka. Jak deszcz pada za długo, to że pada i nie ma słońca i po jakimś czasie ostrzegają przed powodziami. Jak jest sucho i świeci słońce to, że jest za gorąco  i ostrzegają przed udarami słonecznymi albo brakiem wody. Jak jest zimno to, że jest zimo i ludzie marzną na ulicach i staruszkowie w domach, bo ogrzewanie jest drogie. Jak spadają liście to, że pociągi się spóźniają bo są liście na torach – poważnie taka jest przyczyna to nie mój żart;  a jak spadnie śnieg, to już jest raj, zwłaszcza dla satyryków.

Osoby urodzone w krajach, gdzie zima to coroczne wydarzenie, łapią się za głowę, bo jak można tak panikować z powodu 5 centymetrów śniegu. Ano można, moi Angielscy znajomi nie mają opon zimowych do samochodów -  nie ma takiej potrzeby, nie mają butów, porządnych skarpet na takie warunki i po prostu nie umieją chodzić po śniegu czy śliskiej powierzchni. Tak, trzeba umieć chodzić i to każdy z nas, kto dorastał z zimą za pan brat, potrafi. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale tu ciągle w radio gadają, że trzeba chodzić jak pingwiny czy tam kaczki, żeby się nie przewrócić. To każdy z nas ma automatycznie, odruchowo opanowane, bo od małego biegaliśmy po śniegu i lodzie. Ja pamiętam, jak smarowaliśmy sobie świecami podeszwy butów, żeby się lepiej ślizgać.

 

W pracy z koleżankami z Niemiec i Grecji ciągle wpadałyśmy w zachwyt, za każdym razem jak spoglądałyśmy przez okno a tam śnieg. Greczynka biegała zachwycona wykrzykując, że ona to uwielbia i robiła ciągle zdjęcia, wysyłając je rodzicom. Wszyscy się pytali czy u nas w Polsce czy Niemczech też tak wszystko staje jak spadnie śnieg, ja i koleżanka z Niemiec popatrzyłyśmy na siebie i  stwierdziłyśmy, że tak wszystko staje zwłaszcza jak spadnie pół metra śniegu - i  wpadłyśmy w śmiech. Nie potrafili też zrozumieć humoru w powiedzeniu, że zima zaskoczyła drogowców.

Ja byłam szczęśliwa, bo w czasie ostatniej wizyty w Polsce kupiłam sobie nową, solidną zimową kurtkę i okazało się, że jest ona super i zdała egzamin, a ja już myślałam po co mi ta kurtka, jak tu i tak nie ma prawdziwej zimy.

Razem z moim ukochanym wybraliśmy się na spacer i oto parę fotek z tegorocznego ataku zimy na Londyn. Teraz już u nas śnieg stopniał i wyszły spod niego wszystkie brudy, no cóż trzeba poczekać do następnego razu.  

Pałac w Hampton Court

ulica o poranku, pan Mleczarz rozwozi mleko w Mlekowozie

magnolia w parku przy Kenwood House

Pojawiły się bałwany 

nad stawem w Kenwood House

Gąska Egipska w sniegowej scenerii 

Moorhen (gallinula, kokoszka) 

coot czyli łyska

inwazja bałwanów 

Pies - fajny patyk

Bałwan - zostaw moją rękę, ratunku, mordują, obgryzają ...

Robin czyli rudzik pozuje do fotki 

była sobie wiosna 



środa, 22 lutego 2017

 

 Paphiopedilum Victoria Regina

  Chodzenie na wystawę kwiatów egzotycznych, a głównie orchidei do ogrodu botanicznego w Kew,  stało sią taką naszą małą tradycją. Nie jestem botanikiem, więc moja wiedza o tych pięknych roślin ogranicza się do tego, że są roślinami i mają liście, łodygi, korzonki i kwiaty. Staram się podpisywać zdjęcia, ale czasem tabliczka była między okazami, albo napis był na patyczku ręcznie pisany i trochę się rozmazał … itp. Niektóre są do siebie tak podobne, a miały inne nazwy na tych patyczkach, że mi się mogło pomieszać. Jedno jest pewne – to są po prostu przepiękne kwiatki i nigdy ich nie mamy dosyć. Na wystawie także były inne egzotyczne rośliny jak bromeliowate, ananasy i rośliny jedzące owady itd. 

W tym roku tematem przewodnim wystawy były Indie oraz znaczenie kwiatów w kulturze i zwyczajach tego kraju. Organizatorzy starają się trochę urozmaicić wystawę np. w ubiegłym roku były rytmy Brazylijskiego karnawału obecnie mamy dźwięki ulicy w Kalkucie czy Bombaju – głównie trąbienia i dzwonki rowerowe. Było też parę rzeźb kwiatowo roślinnych np. ryksiarza, słonia czy wielkiego pawia.

Oto nasza fotograficzna relacja z tej wystawy na zachętę dla tych co mieszkają na Wyspach lub się tu wybierają w najbliższym czasie – wystawa jest czynna do 5 marca 2017.

 

 Phalaenopsis „moth orchid” czyli po naszemu Falenopsis „ćmówka” to podobno jedna z najłatwiejszych w uprawie orchidei i z tego powodu jest bardzo popularna wśród hodowców i kolekcjonerów, czego efektem są różne mieszańce. Na wystawie ten rodzaj był licznie reprezentowany. Pokazujemy tylko parę zdjęć bo w poprzednich latach już je pokazywaliśmy. Orchidee w Brazylijskim rytmie i Orchidea piękna jest

Phalaeonopsis  "Pebble Beach"

Phalaenopsis Miraflore 

 Cymbidium  to kolejny popularny rodzaj orchidei, łatwe w uprawie roślinki i mające przepiękne ubarwienie, wytwarzają pseudo bulwy a niektóre rosną naprawdę wysoko mamy bliskie spotkania trzeciego stopnia z piękną orchideą. Nazwane są one potocznie „Boat Orchids” czyli łódkowate.

Cymbidium "Ice Nymph"


Cymbidium Goddon Loch "Vieux"


 

Cymbidium Liz Johnson 

 

Cymbidium Strathbraan "Cooksbridge Pearl"


 

 Cymbidium Latigo "Cooksbridge Sunset"

 

 Cymbidium Ray bilton "Cooksbridge Satin"

 

 Cymbidium Maugham Down "Cooksbridge Rajah"


Cymbidium Loch Eck

Loch Heilen "Hamsey" 

 

 Cymbidium Linlithgow Loch "Lewes Gleam" 




 Cymbidium Loch Insh "Lewes"

 

Cymbidium Holy Loch "Lewes"


 Cymbidium Loch Tay

  

Cymbidium Mighty Mouse "Minnie" 

 Vanda (Wanda) to kolejny rodzaj orchidei występujący na wystawie w dużej ilości. Jest to dość popularny gatunek, zwłaszcza wśród hodowców produkujących hybrydy. Niektóre  kwiaty z tego rodzaju są zagrożone, handel dzikimi orchideami jest zabroniony, zwłaszcza Vanda Coerulea ( Blue Orchid – Błękitna Orchidea). Ten rodzaj jest także narodowym kwiatem Singapuru. Nazwa Vanda pochodzi z Sanskrytu, a kwiaty te są używane w hinduizmie jako ofiary dla bogów i w czasie obrzędów religijnych „Puja” (Pudźa).

 

Vanda Coerulea Błękitna Orchidea 

 

 

Vanda Natcha Honey Drops

 

 

Vanda Divana Pink 

Dendrobium – to jedna z liczniejszych rodzajów, ma około 1200 gatunków, które są bardzo różnorodne, niektóre z nich żyją na drzewach, rosną w tropikach i subtropikach.

 

Dendrobium So Nook Thailand Black

 

Inne ciekawe orchidee to Miltonia, Oncidium, Epidendrum czy wyglądające jak pantofelki Paphiopedilum. Dwie pierwsze odmiany to kolejne fikuśne rodzaje tej roślinki. Często wyglądają bardzo podobnie i obie mają urocze kwiatki, które pobudzają naszą wyobraźnie, a ja często widzę w nich postacie np., panny w balowych sukniach albo wesołych skoczków spadochronowych. 

 

 

Miltonium Regnellii

Miltonia Bluntii 

 

Oncidium Altisium nazywana Wydlers Dancing Lady lub jak ktoś woli Popcorn Orchid (Kukurydzianka)

Oncidium Maculatum

 

Oncidium Sharry Baby


 Oncidium Wilsonara nad i pod różne jej odmiany

 

 

Laelia Superbiens "St Joseph Staff"

 

Zygopetalum "Blue Caribou" 

 

Oncidium lub Miltonia  

Paphiopedilum Gratixianum

 

Paphiopedilum Maudiae Femma


Zapraszamy na wystawę do Ogrodów Botanicznych w Kew Londynie.

Ceny biletów

Dorośli =£16.50 *z darowizną, £15 standardowy

Ulgowe (studenci z legitymacją, seniorzy po 60-tce) = £15.50 *z darowizną, £14 standardowy

Dzieci ( 4-16) = £3.50

Rodzina ( 2+2) = £37.50 *z darowizną, £34 standardowy

Rodzina (1 +2) = £21 *z darowizną, £19 standardowy

Bilety kupione przez Internet na stronie Kew Gardens są o funta  taniej.

czwartek, 26 stycznia 2017



Jak zawsze o tej porze roku popędziliśmy do Muzeum Historii Naturalnej na przyrodniczą wystawę fotograficzną. To już nasza szósta impreza i choć tym razem nie wyszliśmy z niej oszołomieni, to jednak były zdjęcia, które nas zachwyciły i zainspirowały. Po latach chodzenia na tę wystawy zaczęliśmy już rozpoznawać style różnych fotografów i wspominaliśmy ich inne fotki z przeszłych lat. Sędziowie nie mają łatwego zadania wyłaniając zwycięzców, bo chcą wybrać coś oryginalnego, coś niezwykłego, z jakimś przekazem, a potem przychodzą tacy jak my i im grymaszą. ( hi hi). Wystawa ta pokazuje zwycięzców konkursu fotograficznego organizowanego przez Muzeum Historii Naturalnej, pierwszy raz została zorganizowana w 1965 roku i miała 3 kategorie oraz 500 zgłoszonych zdjęć. W tym roku zgłoszono 50 000 zdjęć, fotografowie pochodzili z 95 krajów. Sędziami byli Bruno D’Amicis, Orsolya Haarberg, Rosamund „Roz” Kidman Cox, Piotr Naskrecki, Klaus Nigge i Lewis Blackwell. Nadal mamy podział na kategorie dla dorosłych i grupy wiekowe dla młodocianych (15-17 lat; 11-14, i poniżej 10 lat . Kategorie są podobne jak w ubiegłym roku, brak jest kategorii The TimeLapse, czyli serii zdjęć – nie przyznano też nagrody wschodzącej gwiazdy (Rising Star Award). Tegoroczne kategorie: Ssaki, Ptaki, Płazy, Gady i Ryby, Bezkręgowce, Rośliny  zgrupowane w Różnorodności Ziemi (Earth’s Diversity) , w Środowisku Naturalnym (Earth’s Environments), mamy Krajobraz, Środowisko Miejskie (Urban), Pod Wodą   oraz Kreacje Ziemi (Earth’s Design) z kategoriami Czarno Białe, Detale, Impresje. Kategoria Fotoreporterska (The Wildlife Photojournalist Award Single Image) pojedyncze zdjęcie, oraz historia w zdjęciach (The Wildlife Photojournalist Award : Story)

Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, “Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.” , „Wildlife photographer of the year 2014” a ubiegłoroczna „Wildlife photographer of the year 2015”

Ogólnym zwycięzcom został Tim Laman i jego zdjęcie „Entwined lives”, którego też wyróżniono za historię opowiedzianą w 6 zdjęciach w Kategorii - Photojournalist Award Story. Jest on biologiem i fotoreporterem, bardzo mocno zaangażowanym w ochronę środowiska, zwłaszcza orangutanów w na Borneo, jego żona zajmuje się tam projektem ochrony tych uroczych i zagrożonych wyginięciem naczelnych małp człekokształtnych. Jego fotoreportaż o osieroconych orangutanach i przyczynach tej sytuacji łamie serce, zdjęcia mówią za siebie.


Zwycięzcą w kategorii Młodocianych został 16-letni mieszkaniec Londynu Gideon Knight za zdjęcie „The moon and the Crow” zrobione w Parku Valentine. Gideon jest miłośnikiem środowiska naturalnego i fotografuje w londyńskich parkach. Planuje kontynuować naukę w przedmiotach ścisłych i nadal fotografować w wolnych chwilach. Zdjęcie to przedstawia kruka na drzewie z księżycem w tle. Spodobało się ono nam bo ma takie specyficzny klimat, mogło by być ilustracją do opowieści Edgara Alana Poe. Kolorystyka to czerń, ciemny błękit, granat,a rozmazana biel księżyca nadaje temu zdjęciu też takiego specyficznego charakteru kreskówki. Ma się wrażenie ze ptak zaraz wzleci ze złowrogim krakaniem.


©Gideon Knight „The moon and the crow”

Kategoria z ptakami jako temat miała bardzo fajne zdjęcia i dwa z nich Wam przybliżę. Pierwsze to zdjęcie zwycięzcy w tej kategorii, wykonane przez Ganesha H Shankara zatytułowane „Eviction attempt” ( Próba wysiedlenia). Zdjęcie przedstawia scenkę z życia w Indyjkim Parku Narodowym Keoladeo, znanym także jako ptasie sanktuarium. Otóż ptaszek o bardzo dziwnej nazwie Aleksandretta obrożna ( rose ringed parakeets) wrócił do swojej dziury w gałęzi, a tam tymczasem zamieszkał sobie intruz w postaci warana bengalskiego (Bengal monitor lizard). Zadziorne ptaki dziobały jaszczurkę i jedna uczepiła się jej ogona i tak wisiała, dopóki ten nie schował się do dziury. Atakowały jaszczurkę jak tylko wystawiła ona nosek aby się nagrzać w słońcu i tak przez dwa dni, aż w końcu ptaki się poddały i pofrunęły w poszukiwaniu innej wolnej od mieszkańców dziury. Ten zadziorny i skrzekliwy ptak adaptuje się bardzo szybko do otaczającego go środowiska, rozpowszechnił się w Europie można go spotkać m.in. w Londyńskich parkach. 


© Ganesh H Shankar “Eviction attempt”

Druga fotka to „ I spy with my raven eye” (Wypatrzyłem moim kruczym oczkiem) autorstwa Jose Joana Hernandeza Martineza z Hiszpanii. Kruki to bardzo mądre, sprytne i piękne ptaki. Jose leżał sobie w kryjówce przy specjalnych karmikach dla Ścierwnika  (Egiptian vultures) w pobliżu miejscowości Fuerteventura na Wyspach Kanaryjskich i obserwował kruki. Podkradały one jedzonko wystawione dla większych ptaków i od czasu do czasu siadały na ziemi, aby sprawdzić porzucone przez ludzi butelki. Nauczyły się, że w takich butelkach można coś znaleźć na przekąskę, nie na popitkę, nie szukają resztek alkoholu czy innych napojów, a owadów, małych gadów czy płazów,  które tam wlazły w poszukiwaniu wrażeń smakowych. Jose zaobserwował, że one nawet je przetaczają, nawet stawiając do góry, aby zobaczyć czy jest tam coś smacznego. Ten akurat tak fajnie zagląda jednym okiem – bardzo mi się to zdjęcie spodobało, jest takie z humorem i charakterem.


 

© Jose Juan Hernandez Martinez „I spy with my raven eye”

Następne zdjęcie (kategoria Ssaki) to znajomy autor, był on laureatem w poprzednim roku, otrzymał Nagrodę za Portfolio. I znów jego zdjęcia – jest tu ich kilka – mnie oczarowały tematem, a jedno zwłaszcza atmosferą na zdjęciu. Audun Rikardsen urodził się w wiosce rybackiej w Północnej Norwegii i zawsze interesowała go otaczająca przyroda, zaczął fotografować niedawno w 2009 roku i robi naprawdę ciekawe zdjęcia. Zdjęcie, które mnie oczarowało tym razem to „Night blow”  (Nocny wydech). Otóż było to w czasie polarnej zimy, słońce już za horyzontem, a do portu wracała łódź rybacka, Audun wyjrzał przez okno i dostrzegł stado orek płynących za sieciami pełnymi ryb. Orki wpływają do fiordów w okolicach jego rodzinnego Tromso za ławicami śledzi, a tu przypłynęły za łodzią w nadziei na łatwy posiłek. Audun złapał za ciepłe ubranie i aparat, wskoczył do swojej łodzi i wyruszył na swoje fotograficzne łowy. Było bardzo zimno oraz wilgotno i taka niemal magiczna mroźna mgiełka osiadała na wszystkim. Płynął on za orkami wsłuchując się w ich wydechy i ustawiał aparat po omacku, na wyczucie, bo zapomniał z tego całego pośpiechu latarki. Zwisał z burty łódki i celował w stronę dźwięku wydychanego powietrza lub gdy zabłysnęła gdzieś płetwa. Po sześciu godzinach nareszcie był zadowolony ze swoich prób i wrócił przemarznięty do domu.

Zdjęcie jest naprawdę magiczne. Znów kolorystyczne błękitno-granatowe z białymi chmurkami pary i mgły. Z granatu morza wyłania się kształt orki, płetwa i dymek z otworu nosowego jak z lokomotywy parowej. Można sobie tu wyobrazić ruch płynącej orki po drobnych falach na powierzchni wody, zimno i snująca się mgiełka dodają niesamowitej atmosfery. Trudno się od tego zdjęcia oderwać.


© Audun Rikardsen „ Night blow”

Następne zdjęcie ( ta sama kategoria) mnie zaskoczyło, widziałam je z daleka, żubry na zdjęciu z lasem w tle - to pewnie Polska. Podchodzimy bliżej, a tu niespodzianka, bo zdjęcie jest z Holandii. Nie wiedziałam, że tam mają żubry. Zostały one sprowadzone do rezerwatu Kraansvlak w Narodowym Parku Zuid-Kennemerland w 2007 roku, po tym jak zniknęły z tego terenu w ubiegłym wieku. Sprowadzono tam 6 sztuk, od tamtego czasu urodziło się 20 cielaczków – powoli wraca do naszego środowiska to, co niemal doszczętnie wytępiliśmy. Trochę dobrej woli, trochę zaangażowania i kupa pieniędzy, a można zrobić coś pożytecznego.

Jasper Doest razem z leśniczym wybrali się do wodopoju i czekali na przeciwległym brzegu. Stado przyszło o świcie, a irytujące muszki okazały się bajecznym dodatkiem i tak powstało to urocze zdjęcie, spokój i nadzieja na przyszłość. Żubry zostały prawie wytępione, znamy tę historię z Polski, lata pracy leśników i konserwatorów natury i udało się je wprowadzić znów do środowiska. Jest coś takiego bardzo swojskiego w tym zdjęciu, zwykłego, bliskiego sercu, choć żubra widziałam w reklamie piwa i w zwierzyńcu w górach. To zdjęcie obudziło we mnie ducha dzikich przodków, których zachwycał tej majestatyczny wielki zwierz i na chwilę przenieśliśmy się do tych borów nieprzebytych i cywilizacją nieskalanych. Wstaje nowy dzień, pełen nadziei nie tylko dla tych pięknych ssaków ale i dla nas, że uda nam się ocalić od zniszczenia to co mamy najpiękniejsze i jest obok nas.


© Jasper Deost „Dawn of the bison”

Kolejne zdjęcie, które nas zainteresowało jest z kategorii Bezkręgowce i przenosi z Europy do Południowej Australii. Scott Portelli ukazał nam świat i stworzenia o jakich nam sią nawet nie śniło – cuttlefish (mątwy), to prawdziwe dziwolągi, które naprawdę wyglądają jak istoty nie z tego świata. Przypływają one sobie do zatoki Upper Spencer Gulf na gody i samce walczą o najlepsze tereny na składanie jaj i potem starają się zachęcić samiczki to tego, aby ich właśnie wybrały. Taki taniec godowy to przepiękna zmiana kolorów i wzorków na skórze, a są to duże stwory osiągające długość nawet do 1 metra. Rywalizacja jest zacięta, na jedną samiczkę przypada około 10 samców. Jak już się kawalerowi uda skusić jakąś pannę, to jej nie puści, dopóki nie złoży ona jaj. Tak więc tkwią twarzą w twarz, a cała reszta na około tylko sobie może pomarzyć. Wydawało by się, że ten szczęściarz szepcze do niej „mojaś ci moja i nie oddam cię nikomu”. Całe towarzystwo było tak zajęte, że nie zwracali na fotografa uwagi i ten mógł sobie czekać godzinami na to ujęcie, które oczarowało sędziów a także nas. Spójrzcie na te rozmarzone oczy szczęśliwej pary i te pełne żalu ślipka tych samotników, ich „nosy” pozwieszane na kwintę.


© Scott Portelli „Collective courtship”

W kategorii Rośliny zaintrygowało nas zdjęcie niemieckiej weteranki konkursowej, która znów pojawiła się wśród laureatów. Sandra Bartocha i jej „Heart’s delight” znów wprowadza nas w spektakularny świat roślin, którym ona się bawi. Jej sposób ukazywania tego tematu jest bardzo charakterystyczny i jak to zdjęcie zobaczyliśmy to oboje stwierdziliśmy, że to wygląda znajomo, a po zerknięciu na nazwisko wszystko stało się jasne. Tematem tego zdjęcia jest Cotswold pennycrress ( to tobołki – rodzaj roślin z rodziny kapustowatych), to raczej pospolita roślina w całej Europie. Zdjęcie jest z wyspy Oland w Szwecji i nie ma wyglądu rośliny pospolitej i to jest właśnie jej styl. Ona potrafi wyczarować coś niezwykłego, tu postanowiła spojrzeć z góry, i zastosowała podwójną ekspozycję, zmieniając ostrość z górnego na trzeci rządek nasionek. Efekt jest bajkowy. Poszukajcie sobie tej rośliny w internecie i porównajcie z nagrodzoną fotografią - to tak, jak w opowieści o Kopciuszku i dobrej wróżce, tyle że Sandra ma zamiast różdżki aparat, niezwykłe spojrzenie na świat i intuicję, dzięki którym potrafi takie cuda nam pokazać.


© Sandra Bartocha „Heart’s delight”

 

Z kategorii Czarno Białej chcę wam przybliżyć zdjęcie Lancea van de Vyvera „Playing pangolin”. Lance śledził stado lwów godzinami, gdy te zatrzymały się u wodopoju i znalazły tam zwierzątko zwane pangolin (łuskowiec), uroczy ssak łożyskowy, o nocnym trybie życia, żywiący się mrówkami, pokryty łuskami. Gdy ten ssak poczuje się zagrożony, zwija się w kulkę, a łuski tworzą swego rodzaju pancerz ochronny. Zwykle drapieżnik po jakimś czasie się nudzi i zostawia tę pancerną piłkę, ale nie ten lew. On się nim bawił, toczył go, gdy się trochę znudził to łuskowiec próbował mu odejść i wtedy znów lew się nim interesował, i znów musiał się zwijać w kulkę. Ta zabawa trwała 14 godzin i gdy lwy w końcu sobie poszły, to łuskowiec padł, nie z ran, ale ze stresu i całodziennego wystawienie na żar słońca. Zdjęcie skupia się na tej pancernej kulce i pazurach lwa, śladach jakie zostawiły na powierzchni łusek. Jest tu ta bezsilność atakowanego zwierzaka, który ma nadzieję, że prześladowca w końcu sobie pójdzie, ale i determinacja lwa jakby się uparł, że mu pokarze kto tu rządzi, kto jest tu królem zwierząt.


© Lance van de Vyver „Playing pangolin”

W kategorii Środowisko Miejskie naszą uwagę przykuło zdjęcie liska autorstwa Sama Hobsona. Lisy nie mają dobrej reputacji w Wielkiej Brytanii, są uważane za największe zło w mieście. Ale my je lubimy i często widujemy, bo błąkają się po ulicach w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Rozrastające się miasta zabierają im miejsca gdzie mogą żyć i polować, więc przystosowały się do życia w plątaninie ulic i domów. Często są matowe i tracą to przepiękne ubarwienie, które pamiętam, gdy widywałam je w dzieciństwie w lesie, gdy chodziliśmy na spacery z tatą lub na skraju pola na wsi, gdzie mieliśmy tak zwaną działkę. Śliczne zwierzaki z rudą kitą, a ostatnio mieliśmy także szczęście zobaczyć na własne oczy lisa arktycznego w zimowej białej szacie, w czasie naszej wyprawy na Islandię.

To zdjęcie z Bristolu - brytyjskiego lisiego miasta, a ten lisek tak uroczo wystawił łepek zza murku i wsparł się łapkami ciekawy świata. Tak go opisał fotograf, lubił sobie siedzieć na murku i rozglądać się po okolicy. Najpierw właśnie wystawiał łepek i sprawdzał teren, a potem hop na murek. Sam kręcił się po okolicy, cierpliwie pozwalając rodzinie lisiej zaakceptować jego obecność, gdy poznał ich zwyczaje wiedział już, gdzie się ustawić i pstryknąć portret tego uroczego zwierzaka.


© Sam Hobson „Nosy neighbour”

Ostatnie zdjęcie to kategoria fotoreportażu pojedyncze zdjęcie i tu stały niemalże bywalec tych konkursów, genialny ptasi fotograf Bence Mate. W pamięci mamy jego zdjęcia głównie pelikanów, to są chyba jego ulubione ptaki. To zdjęcie nawiązuje do głównego tematu tej wystawy, czasami w podtekście, a czasami ukazujący nam brutalną rzeczywistość, gdy my niszczymy to co mamy na tym świecie najpiękniejszego - przyrodę wokół nas. Czasem są to kłusownicy, łowcy trofeów, wielkie korporacje itp., ale czasem to nasza prosta wygoda i bezmyślność i to zdjęcie jest tego ilustracją. Robił zdjęcie mewie śmieszce na terenie Parku Narodowego w Kiskunsag , z daleka wydawało się, że niesie ona w łapkach coś do budowy gniazda. Dopiero gdy sprawdzał fotki na komputerze, na dużym ekranie okazało się, że to nie budulec do gniazda, ale że jej stopa jest uwięziona w tym plastikowym wieszaku. Niedaleko parku jest wysypisko śmieci i ona tam pewnie żerowała i jakoś się w ten wyrzucony przedmiot wplątała. To jak wyrok śmierci dla niej, jest mało prawdopodobne, aby mogła przeżyć, autor powiedział, że po dwóch dniach zniknęła. Może ktoś powiedzieć, że to taki pospolity ptak i jeden mniej to nic takiego, ale ….


 

© Bence Mate „Hanger-trap” 

Smutno kończyć takim okrutnym akcentem, lecz po raz kolejny ta wystawa pokazuje nam różne oblicze świata, jego piękno, bezkres, surowość, prawa przetrwania ale i naszą odpowiedzialność, za to właśnie przetrwanie. Jesteśmy istotami rozumnymi, a przynajmniej za takie się uważamy, więc powinniśmy dbać o naszą planetę bo w końcu mamy ją tylko jedną. Jeżeli są gdzieś we wszechświecie jakieś inne możliwe do zamieszkania, to na razie są poza naszym zasięgiem.

Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, nie tylko po to aby popatrzeć na fajne zdjęcia, ale aby poszukać inspiracji na własne fotki, aby zachwycić się otaczającym nas pięknem i aby przekonać się i innych, że warto jest dbać o każdy nawet najmniejszy zakątek. Patrzmy na to co kupujemy i na to co wyrzucamy i gdzie wyrzucamy.

Wystawa będzie w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie do 10 września 2017 roku. Jak co roku zdjęcia będą pokazywane w różnych miastach w Wielkiej Brytanii i miastach europejskich. Szukajcie jej bo będzie m.in. w Bristolu, Gloucester, Southampton a w Polsce m.in. w Bytomiu, Toruniu, Sandomierzu.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez Dział Prasowy Muzeum Historii Naturalnej.

Ceny wstępu:

Dorośli: £10.50 – £13.50

Dzieci i bilety ulgowe : £6.50 – £8

Bilety rodzinne: £27 - £36.90

Bilety można kupić przez Internet link tutaj.  

Naljepszy dojazd do Muzeum to metrem do stacji South Kensington liniami District (zielona) Circle (żółta) i Piccadilly (granatowa).

niedziela, 27 listopada 2016

 

Tym razem zapraszam Was na Plac Trafalgar, do skrzydła bocznego Galerii Narodowej na wystawę o wpływie artysty, znanego jako Caravaggio, na malarstwo Europejskie. Gdy Caravaggio opuścił rodzinną Lombardię i udał się do Rzymu, był młodym, nieznanym malarzem. Dziś uważa się, że był zarodkiem rewolucji w malarstwie europejskim przełomu XVI i XVII wieku. Jego obrazy pełne emocji i naturalizmu oczarowały arystokratów i duchownych, koneserów sztuki i innych artystów. Stworzył on nowy język malarski pełen ekspresji, emocji i realizmu – takie spojrzenie na świat zostało szybko zaadoptowane przez innych malarzy i owiało całą Europę.

Rzym był Mekką dla artystów w czasie gdy Michelangelo Merisi da Caravaggio przybył do Wiecznego Miasta. Dzielnice Santa Maria del Popolo i San Lorenzo w Lucinie to był taki tygiel artystyczny,  mieszkało tu wielu głodnych wrażeń twórców z całej Europy – Francji, Holandii, Niemiec i Flandrii, mieszając się z przybyszami z Włoch. Trzeba sztukę sprzedać aby żyć i choć wielu było mecenasów wśród bogatych książąt i elity kościelnej, chętnych do płacenia za sztukę, to walka o przetrwanie była ostra. Artystyczne temperamenty czasami kończyły się w sądzie, nie tylko za rozprzestrzenianie i oczernianie, ale i za rękoczyny. Caravaggio nie był spokojnym człowiekiem, był bardzo porywczy, co tu ukrywać był łobuzem, utalentowanym co prawda, ale jednak. Nie potrafił trzymać nerwów na wodzy i z tego powodu musiał z Rzymu uciekać w 1606 roku, oskarżony o śmiertelne zranienie Ranucciego Tomassoni.  Tułał się po Europie, stąd m.in. obrazy na Malcie i w Neapolu. Starał się, aby jego patroni wynegocjowali mu przebaczenie i dlatego malował dużo wielkoplenerowych, religijnych obrazów. Artysta zmarł w 1610 roku w drodze do Rzymu, niektórzy twierdzą, że został zamordowany (kiedy był w Neapolu ktoś już próbował go zabić).

 

Na tej wystawie możemy zobaczyć nie tylko jego dzieła, ale i jego kolegów po fachu, który zaadoptowali jego styl i zostawili po sobie obrazy poruszające nasze serca i dusze. Caravaggio wielkim artystą był i jego najsłynniejsze obrazy są olbrzymie, więc nie mogły tu zostać przywiezione,  trzeba sobie pojeździć po Europie, aby je obejrzeć - np. na Malcie, w konkatedrze w Valletcie jest przepiękny obraz „Ścięcie św. Jana Chrzciciela” ( rozmiary: 3.6 na 5.2 metry), ale nie ma możliwości aby był on przewożony, podobnie z obrazami z Rzymskich czy Neapolitańskich kościołów i katedr. Chociaż większość obrazów na wystawie to dzieła  jego naśladowców, czy idących jego torem artystycznego myślenia malarzy ( Caravaggioniści ), to jednak wystawa jest ciekawa i ukazuje nam ewolucje czy nawet rewolucje w sztuce. Miał ten jego styl wielu zwolenników, współcześni koneserzy chwalili jego podejście do malowania, jego naturalizm i użycie światła. Za to inni wytykali mu wulgaryzm i ostatecznie to oni zwyciężyli, a Caravaggio oraz jego sposób ukazania świata odszedł w zapomnienie na parę stulecie. Dopiero w XX wieku przeżył on swój renesans i znów nam mówią, że Caravaggio wielkim malarzem był. Przekonajcie się sami, wpadnijcie na wystawę a jeżeli nie możecie oto moja relacja.  

Jak zwykle mamy krótki film o malarzu i temacie wystawy w małym kinie przy wystawie, warto zacząć od tego filmu, bo potem lepiej nam się ogląda ekspozycje.

 

Boy peeling Fruit © The Royal Collection

Jednym z najstarszych dzieł artysty jest obraz „Boy peeling Fruit” (Chłopiec obierający owoc) namalowany około 1592-3 roku. Obraz ten jest przykładem tzw. „genre paintings” obrazów ukazujących życie codzienne. Oto, proszę, chłopiec w koszulinie zawinął rękawy i obiera sobie nożykiem jabłko czy inny owoc, skórka zwija się w serpentynkę. Chłopiec patrzy na to co robi, nie na widza, mamy więc wrażenie, jakbyśmy go podglądali. Obraz został wykonany na płótnie nie najlepszej jakości, co jest zrozumiałe, bo artysta ledwie przybył do Rzymu i musi jakoś związać koniec z końcem. Nad rękami chłopca jest jakby jakaś plama na koszuli, to zarys liścia, który nigdy nie został namalowany. Obraz ten był w kolekcji królewskiej opisany jako Michael Angelo (pierwsze imiona artysty), potem przypisano autorstwo hiszpańskiemu artyście B.E Murillo, zanim w końcu przywrócono go do twórczości Caravaggio, jest to jeden z obrazów  opisanych przez G. Mancini, XVII-wiecznego biografa malarza. Do kompletu, mamy z tego okresu chłopca z koszem owoców i  chłopca ugryzionego przez jaszczurkę. Wydaje się, że był to swego rodzaju cykl, który łączył model, temat i styl „genre” oraz wykonanie w paru wersjach.


Francesco Buoneri zwany Cecco del Caravaggio “ A Musician”(Muzykant) około 1615, © The Wellington Collection

Obraz ten z kompozycji przypomina „Lute Player” (Lutnistę) i „Boy bitten by a lizard” (Chłopca ugryzionego przez jaszczurkę) – połowa postaci ukazana za stołem, z zaaranżowaną martwą naturą, skrzypce w tej samej pozycji jak u Lutnisty. Postać jest uchwycona w specyficznej pozie i wydaje się, że on nas przyłapał na podglądaniu go. Oto mamy młodzieńca w modnie rozcinanej koszuli, nonszalancko siedzącego na krześle, w jednej ręce trzymającego tamburyno, w drugiej monetę, jakby miał ją podrzucić i chciał się nas spytać orzeł czy reszka. W ustach ma mały okrągły gwizdek, piórko na kapeluszu zawadiacko zwisa za oparciem. Na stole skrzypce, pudełka, teleskop, zwoje, książki w bardzo artystycznie zaaranżowanym nieładzie. Jest tu uchwycony moment w czasie i przestrzeni, chwila jak kadr z filmu, coś się działo przed i zaraz coś się stanie, może moneta zawiruje w powietrzu?

Autorem miał być Velazquey, potem przypisywano go do Caravaggio, ale ostatecznie ustalono, że jest to dzieło Cecca, który był bliskim przyjacielem, współlokatorem w Rzymie, a także modelem dla Caravaggio, może nawet jego uczniem, choć nie miał on zwyczaju dzielić się wiedzą i ideami.

Na tej wystawie można zobaczyć dwa wielkie dzieła malarza wykonane na zamówienie Ciraco Mattei.

Pierwszy z nich to „The Supper at Emmaus” z 1601 roku (Wieczerza w Emmaus). © The National Galery w Lodynie


Caravaggio sięgnął do ewangelii według Łukasza i opowiada nam wydarzenie, gdy dwaj uczniowie Jezusa, Łukasz i Kleofas spotkali go w drodze z Jeruzalem do Emmaus. Nie poznali go, ale zaprosili obcego podróżnika na kolację w gospodzie, a  gdy on pobłogosławił jedzenie doznali olśnienia i rozpoznali w nim swojego nauczyciela. Tutaj mamy właśnie ten moment i kusi mnie, aby powiedzieć przepięknie wyreżyserowany. Caravaggio był dla mnie jak reżyser i scenograf teatralny, jego sztuka to poezja i dramat na płótnie. Oto mamy stół w gospodzie zastawiony jedzeniem: mięsiwo, owoce, wino, chleb, jeden kosz z owocami stoi na krawędzi, mamy niemalże ochotę popchnąć go głębiej na stół. Spójrzcie na owoce w tym koszu, mają one jakieś plamy, jeden trochę jakby zaczynał się psuć, a winogrona błyszczą pełne soku. Czy jest to metafora o życiu, że nie zawsze jest pięknie, czy po prostu ukazanie rzeczywistości - bo jabłka mają plamki, owoce jak za długo leżą, to zaczynają się psuć – ot wielka filozofia, każdy ogrodnik i każda gospodyni domowa to wie. Czy Caravaggio tutaj pokazuje nam rzeczywistość bez retuszu i bez tego tak popularnego w naszych czasach Photoshopa?

Drugi aspekt jego stylu to ruch i emocje. Oto tu mamy ruch błogosławienia posiłku wykonany przez Jezusa i błysk olśnienia w zachowaniu obu uczniów. Jeden z nich rozłożył (Kleofas - ten z muszelką) ręce w takim geście, jakby właśnie miał zakrzyczeć „Jezus Maria!!!” w geście zdziwienia, ale i powitania. Drugi, ten z dziurą na łokciu (Łukasz),  podniósł brwi i zrywa się z krzesła, ale zdążył tylko lekko wesprzeć się na oparciu, nawet nie jestem pewna, czy uniósł już ciało. Przyjrzyjcie się jego ubraniu, nie chodzi mi o dziurę na rękawie ( to normalne u biednego wędrowca), ale to naciągnięcie materiału na ciele, gdy mięśnie pod nim pracują.  Gospodarz za to stoi i wydaje się być nieświadomy wiekopomnego wydarzenia, tak jakby czekał, czy jeszcze coś zamówią, czy już może iść.

Obraz ten był krytykowany za ukazanie Jezusa bez brody, za to, że owoce były nie tego sezonu co trzeba, no bo to wiosna przecież ma być, a tu np. jabłka. Może dlatego takie plamiste, bo te ładne już wcześniej zjedzone, a to drugie tak długo leżało i czekało na klienta, że już trochę przejrzało. Czepiali się po prostu złośliwie z zazdrości.

Drugi obraz to „ The Taking of Christ” 1602 ( Pojmanie Chrystusa) © National Gallery of Ireland


W styczniu 1603 roku Caravaggio otrzymał 125 skudów od Ciriaco Mattei, za obraz z ramą przedstawiający Chrystusa aresztowanego w ogrodzie, to był ostatni z trzech obrazów wykonanych na zlecenie tego mecenasa w tym okresie. Obraz ten był w rodzinie Mattei do XIX wieku, kiedy kupił go William Hamilton Nesbit i zabrał do Szkocji pod nazwiskiem innego malarza Gerrita van Honthorsta. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach odkryto, że jest to ten zaginiony obraz znany z kopi i opisów, co potwierdziły dokumenty archiwalne rodziny Mettei. Tak sobie wisiał na ścianie pod innym nazwiskiem i czekał, aż ktoś zada sobie pytanie i trochę trudu.

Temat ten był popularny w sztuce, powstało wiele obrazów przedstawiających to wydarzenie, opisane we wszystkich czterech ewangeliach. Jezus szedł z Góry Oliwnej i został pojmany w Ogrójcu przez żołnierzy Rzymskich. Obraz jest zatłoczony, postacie wydają się być wciśnięte we framugę, a św. Jan, tu w zielonej szacie, uciekając  nie mieści się po prostu w kadrze. Malarz  przytłacza nas postaciami, daje poczucie chaosu i klaustrofobiczności całej tej sytuacji. Jakby chciał nam pokazać, jak musi się czuć osaczony człowiek. Judasz właśnie złożył na policzku Jezusa zdradziecki pocałunek i okuci w XVI zbroje żołnierze rzucili się na Mesjasza. Jan umyka w popłochu, ale ręce trzymające jego czerwony płaszcz za chwilę go zapewne szarpną do tyłu. Cały obraz wydaje się pochylać w lewą stronę, za ruchem wykonywanym przez aresztujących żołnierzy. Znów mam wrażenie, że jest to stopklatka i za chwilę wszyscy runą na ziemię. Twarz Jezusa jest spokojna, zaakceptował już swój los, ale jego ręce wydają się oddawać emocje obserwatora -  niepokój i smutek. Jeżeli spojrzymy na prawy górny róg, na postać bez hełmu trzymającą latarnię, to mamy tu autoportret samego artysty. Caravaggio jest świadkiem tego wydarzenia i wpatruje się mocno, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, a nam wydaje się, że słyszymy tupot nóg i brzęk oręża. Niemalże chcemy interweniować – nie można stać przed tymi obrazami bez emocji, przynajmniej ja nie umiem.

Kolejny obraz który mnie poruszył i nie dał spokojnie obejrzeć innych prac w jednym z pomieszczeń to „Christ displaying his Wound” (około 1625-35) Giovanni Antonio Galli, znany jako Lo Spadarino  © Perth Musuem and Art. Gallery.

Temat Jezusa pokazującego rany niewiernemu Tomaszowi to kolejny popularny fragment ewangelii, wielokrotnie ukazywany także przez Caravaggio. Ten obraz w moim odczuciu zdominował całe pomieszczenie, nie wiem, czy taki był zamysł kuratorów, gdy układali wystawę. Giovani mnie po prostu tym obrazem oczarował, jest to tak inne podejście do tematu, że nie można obok niego przejść obojętnie. Inspiracją do tego obrazu była terakotowa płaskorzeźba umieszczona nad drzwiami wejściowymi do szpitala św. Marii Nuova we Florencji.  Caravaggio i inni jemu podobni artyści wywoływali w widzu emocje malując scenę w taki sposób, że albo czuliśmy się podglądającymi intruzami , albo bezsilnymi światkami wydarzenia. Lo Spadarino prowadzi z nami dialog, jego obraz do nas przemawia i to nie przez symbolizm itp., ale w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ciemne tło, światło na postaci lub jeżeli ktoś woli bijące od postaci, biel szaty otulającej dolną połowę ciała i samo ciało, i jego różne barwy. Mamy tu zmartwychwstałego Chrystusa, rany już nie krwawią, ale są świeże, część ciała jest jakby szarawa, jeszcze obumarła. Postać wydaje się do nas pochylać, zmarszczone czoło sugeruje słuchanie i jednoczesne zdziwienie, a uchylone usta wydają się do nas szeptać. „Tak to ja” „ Jak to, nie poznajesz mnie?” „Tak umarłem, ale jestem tu teraz” i w końcu „Patrz to są moje rany”. Jest to przepiękny obraz, nie mogłam od niego oderwać oczu.

Kolejny obraz, na który zwrócę waszą uwagę, to „Saint Onuphrius” z 1630? (św. Onufry) autorstwa Jusepe de Ribera © The National Gallery of Ireland.


Św. Onufry żył w IV wieku i był pustelnikiem, który porzucił życie na dworze królewskim swojego ojca i oddał się medytacji, żywił się chlebem przeniesionym przez anioła i nosił tylko opaskę uplecioną z liści, dlatego był też patronem tkaczy. Jusepe namalował tego świętego kilka razy, specjalizował się on bowiem w malowaniu świętych w podeszłym wieku, starych zgrzybiałych, powykręcanyc, pomarszczonych z obwisłą skórą. Wpływ Caravaggia w jego sztuce to oczywiście naturalizm, ukazanie niezbyt miłego dla oka oblicza starości; czarne tło z postacią oświetloną lub emanującą światłem, kontrast między postacią a tłem, teatralność. Jego własny wkład to użycie farby olejnej, niemalże jako pasty olejnej (technika impasto) . Nakładał jej tak dużo, że praktycznie rzeźbił w jej warstwach, tak że powstawały dodatkowe mini cienie nadające obrazowi niesamowity efekt realności. Może lepiej przejść obok tego obrazu na paluszkach, żeby nie przeszkadzać w modlitwie.


„A Concert with Three Figurres” 1615-16 Valentin de Bulogne © The Devonshire Collection, Chatsworth

Kolejny artysta, który często był mylony z Caravaggiem, albo opisywany jako imitator Caravaggia, co jest trochę niesprawiedliwe. Artyści szukają w dziełach innych inspiracji, tak jak kompozytorzy piszą wariacje na różne tematy, także utworów innych kompozytorów. Tematy muzyczne były bardzo popularne, muzykowanie było jedną z form spędzania wolnego czasu, podobnie jak gry hazardowe – obrazy Caravaggio „Musicians” (Muzykanci) czy „Cardsharps” (Grający w karty). To, że te same motywy, to nie znaczy, że od razu imitator, podobnie jak fakt, że malował on prosto z życia, używając modeli. Przebywał w Rzymie na początku XVII wieku, widział dzieła Caravaggio i innych artystów, był ich pracami zainspirowany. Jest to też scena rodzajowa - oto mamy trzech młodzieńców, może w tawernie, bawiących się na całego. Dwóch gra na instrumentach, jeden zdecydowanie śpiewa na całe gardło, a my ich na tym przyłapaliśmy. Może jest to świętowanie jakiegoś wydarzenia, bo śpiewający młodzieniec wydaje się wznosić kielich, w sumie w bardzo dziwny sposób. Chyba już sobie nieźle popili , ten gąsiorek w rogu już jest pewnie pusty. Ciasna kompozycja, postacie prawie dotykają krawędzi obrazu - to też takie w stylu Caravaggio.

Caravaggio miał szczególne podejście do światła, było ono ważnym elementem jego kompozycji, nadawało dramatyzmu, ale nie pokazywał on nam źródła tego światła, było ono zazwyczaj za obrazem, za naszym polem widzenia lub to postać zdawała się emanować światłem.


Hendric ter Brugghen „The Concert” 1626, (Koncert) © The National Gallery London.

Ten obraz też jest porównywany do wyżej wspomnianych obrazów Caravaggio, ale tu mamy inne podejście do światła. Są tu dwa widoczne źródła: jedno w tle - to mała wisząca lampa na ścianie i drugie na przedzie obrazu - to świeca podkreślająca białe elementy odzieży i rzucający cienie na ściany. Podobnie jak w „Muzykantach” mamy tu egzotyczne elementy stroju - turbanopodobne nakrycie głowy kobiety. Dwie postacie odwracają się niby do nas, ale zbyt są zajęte muzykowaniem, aby zwrócić na nas uwagę. Chłopiec w tle wydaje się śpiewać i dyrygować nieprzejęty naszą obecnością. Mamy tu trzy elementy muzykalności głos, struny (kobieta chyba gra na lutni) i flet. Obaj malarze umieszczają winogrona - symbol Bacchusa, boga wina i biesiadowania. Mówi się, że muzyka i wino mogą człowieka podnieść na duchu. Ter Brugghen, w odróżnieniu od erotyzmu w obrazie „Muzykanci” Caravaggiao, raczej skupia się na przekazie o generalnej harmonii –muzyczna alegoria.


Willem van der Vliet „A Philosopher and his Pupils” 1620 (Filozof i jego uczniowie)  © National Trust for Scotland.

Ten flamandzki malarz był dobrze sytuowanym portrecistą, a ten obraz jest jego próbą pokazania, że też inspirował i intrygował go snujący się po Europie caravaggionizm. Mamy tu klasyczne przejawy tego nurtu, ciasna kompozycja, kontrasty, gra światła i cieni, z dodatkiem północnoeuropejskim - obecnym źródłem światła, choć jest ono przysłonione ręką jednego z uczniów. Ta futrzana czapa i broda nauczyciela są niesamowite, wydaje się, że jak zrobimy przeciąg, to zaraz sobie one pofalują. Obserwujemy tu scenę lekcji lub egzaminu, bo ten dzieciak po prawej stronie kurczowo ściska jakąś księgę, jakby chciał coś z niej wycisnąć, a mistrz wydaje się mu wyliczać lub pomagać, przypominając pierwszą zasadę lub punkt. Jest to fantastyczna scenka rodzajowa, ale nie budzi ona w nas takich emocji, nie szarpie za duszę. Choć zachwyca nas warsztat tego malarza, szczegóły, literki w otwartej księdze naprawdę podoba mi się ten obraz,  ale … no właśnie jest jakieś „ale”.


Podobnie jest z obrazem „The Cheat with the Ace of Clubs” 1630-4 (Oszust z Asem Treflowym) Georges de La Tour © Kimbell Art. Museum Texas

Jest to tak inny obraz i rzuca się to w oczy, choć mamy tu znów swego rodzaju tłok, postacie znów są wciśnięte we framugę – choć zaczynam myśleć, że jest to raczej uwarunkowane cenami płócien do malowania, a nie efekt kompozycyjny, bo na tak wielu obrazach to widzimy, albo może tak je przycinali przy oprawianiu w ramki. Temat znów znajomy: gry hazardowe, postacie odcinają się od ciemnego tła, jedna z postaci odwraca się do nas jako, że my ją przyłapaliśmy na próbie oszustwa, bo ma Asa za pasem. Panna w czerwonej czapce z piórkami porozumiewawczo patrzy na służącą nalewającą kielich wina i wskazuje na oszusta – dla niego więcej wina – czyżby był plan, co by go upić i ograć. A może ofiarą jest ta niewinnie wyglądająca osóbka po prawej. Ta służąca znów w taki dziwny sposób trzyma ten kielich. Tak by mogło to być, ale jest to obraz bardzo dwuwymiarowy, wiem obrazy są dwuwymiarowe, ale u Caravaggio i wielu jego naśladowców mamy osiągniętą swego rodzaju trójwymiarowość, a tu tej głębi mi brakuje. Te postacie są płaskie, i takie ładne, że aż sztuczne. Ten i drugi jego obraz na wystawie „Dice Players” (gracze w kości) kojarzy mi się z ilustracjami z jednej z moich książek - jakiegoś zbioru bajek.

Ten styl prawdziwego oddania natury to coś, do czego nawet nam współczesnym byłoby się trudno przekonać. Może dlatego Caravaggionizm odszedł w zapomnienie na parę stuleci.   Dlaczego? Spójrzmy na naszą rzeczywistość - ciągle poprawiamy naturę, od zwykłego porannego makijażu po operacje plastyczne. Magazyny dla kobiet są pełne retuszowanych zdjęć, narzucających nam jak mamy wyglądać. Aktorki i gwiazdy są piętnowane za małe uchybienia w akceptowalnym pięknie. Chodząc po supermarkecie wybieramy to, co jest uważane za piękne, okrągłe błyszczące jabłka, proste marchewki itd. To nie jest natura, to podróbka.

Dlatego uważamy Caravaggio za geniusza, bo pokazywał świat taki jakim jest, bo nie bał się niedoskonałości, bo chciał nam coś w obrazach przekazać, widział piękno w naszych różnorodności i ułomnościach. Jest geniuszem bo potrafił uchwycić chwilę i utrwalić ją na płótnie, bo inni artyści patrzyli na jego dzieła i czerpali z nich inspiracje to tego stopnia, że ich wysiłki były uważane za wyniki jego pracy. Caravaggio swoim podejściem do malowania wywalał lawinę w sztuce Europejskiej, dlatego wystawa nazywa się „Beyond Caravaggio”, bo ukazuje nam świat artystyczny pod jego wpływem. Zachęcam do wypadu na tę wystawę.

Wystawa będzie w Galerii Narodowej w Londynie do 15 stycznia 2017 roku.

Godziny otwarcia 10-18 ostatnie wejście 17:15 w piątki do godziny 21 ostatnie wejście o 19:15 – ale od razu mówię 45 minut to za mało na tę wystawę. Zarezerwujcie sobie co najmniej 2 godziny.

Ceny: bilety są na konkretną godzinę wejścia na wystawę.

Dorośli - £16 z darowizną a £14 bez darowizny

Seniorzy - £14 z darowizną a £12 bez darowizny

Studenci z legitymacją, dzieci od 12 do 18 lat -  £8 z darowizną £7 bez darowizny.

Galeria zaleca rezerwacje przez Internet lub telefonicznie, ponieważ wystawa jest bardzo popularna.

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi Galerii Narodowej w Londynie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Flag Counter