środa, 11 kwietnia 2018



 

Książki towarzyszyły mi w życiu od małego, moja mama sama lubiła czytać i mnie swoją pasją zaraziła, czytając mi bajki na dobranoc. Po jakimś czasie miałam już swoje ulubione. Z reguły były one długie. Moja mama miała nadzieję, że zasnę, gdy ona mi będzie czytać. Krótkie często się kończyły, zanim pogrążyłam się w śnie i wtedy chciałam jeszcze jedną. Miałam także swój sposób na długie wieczory z książką, otóż wplątywałam sobie paluszka w dziurkę od guzika w podomce mojej mamy, kombinując, że jak będzie odchodzić to mnie to obudzi. Moja mama też miała sposoby, skracała bajki, gdy widziała, że moje oczka już opadają.  Wtedy ja budziłam się stwierdzając „ ale Mamusiu zapomniałaś przeczytać o tym jak … „ no i moja biedna mama musiała wrócić na tę niechcący zapomnianą stronę. Najbardziej lubiłam bajki Natalii Gałczyńskiej „ O Wróżkach i Czarodziejach”, a z tego zbioru opowiadanie o Agnieszce skrawku nieba. Bajkę tę znałam tak dobrze, że kiedyś w przedszkolu jako 6-latka zostałam posadzona na stołeczku i opowiadałam ją młodszym dzieciom (pani przedszkolanka musiała się zająć z koleżanką dzieckiem, któremu coś się stało). Spowodowałam, że pod koniec wszystkie stały i krzyczały  „ludzie po tamtej stronie lasu są tacy sami jak my” tak głośno, że pani dyrektorka sprawdzała, co się tu działo. Do tej pory mama mi to przypomina.

Nie trzeba mnie było oczywiście poganiać do nauki czytania, i kiedy już zgłębiłam tę sztukę tajemną przekształcania znaczków na papierze w słowa i opowieści, to otwarł się dla mnie nowy świat. Książki były dla mnie ważne, kiedy była dostawa do księgarni, stawałam w kolejce, która czasem była niemal tak długa jak ta po papier toaletowy w sąsiednim papierniczym. Największą radość sprawiały mi wyjazdy do Warszawy do lekarza ortodonty, bo po niemiłej wizycie i kolejnej przymiarce lub wycisku na nowy aparat, wpadaliśmy do wielkiego antykwariatu i tam po prostu spędzałam długie godziny buszując wśród półek i polując na książki. Obsługa mnie zapamiętała, choć bywaliśmy tam tylko raz w miesiącu, po jakimś czasie zaczęli mi podsuwać różne książki.  To u nich poznałam i zadurzyłam się w przygodach Tomka Wilmowskiego i skompletowałam sobie prawie cały cykl o jego perypetiach. To tu pani mi poleciała inny cykl  Szklarskich „Złoto Gór Czarnych” (jeden z tomów czekał na mnie któregoś dnia w szufladzie).

Drugim rajem była oczywiście biblioteka, najpierw szkolna, potem publiczna. Panie w tej bibliotece nie tylko nam doradzały, ale i ułatwiały dostęp do lektur trudno osiągalnych. Byłam jedną z tych irytujących osób, które miały przeczytane nie tylko te lektury obowiązkowe, ale i te z listy zwanej uzupełniającą. Nigdy wtedy nie wymiękałam na widok grubości książki, czy potem na studiach na ilość artykułów i opracowań, czy innych publikacji, które mieliśmy sobie przyswoić. Miałyśmy ciekawy sposób wybierania książek w bibliotece, patrzyłyśmy na książki oceniając stopień zużycia, bo ona musiała być często czytana i mogła być fajna. Nie zawsze się to sprawdzało oczywiście. Choć miałyśmy dużo szczęścia, bo nie było wtedy tyle tandetnych harlekinowskich romansideł. To tak odkryłam Alejo Carpentiera, gdy znalazłam jego książkę „Podróż do źródeł czasu” patrząc na mocno zdezelowaną okładkę, popękany grzbiet i fakt, że była ona naprawiana. Zakochałam się w jego prozie. Nie pamiętam, kto był tłumaczem, ale czapki z głów dla tej osoby, bo kiedy znalazłam „Eksplozję w Katedrze” po angielsku, to się załamałam. Czytałam ją po polsku i mi się podobała, a ta po angielsku była taka drętwawa trochę.

Moje czytelnictwo osłabło, gdy przyjechałam do Wielkiej Brytanii, wynajmowane pokoje, mało miejsca, książki targane w walizkach z Polski i problemy z ilością rzeczy przy przeprowadzkach. Sytuacja się poprawiła gdy mój angielski stał się na tyle płynny, że mogłam sobie czytać książki w tym języku. Nadal kupowałam , choć oszczędnie bo nie miałam dużo miejsca, taki typowy pokój miał ma wyposażeniu zwykle łóżko i jakąś szafę na ubrania. Kiedy kupiłam sobie biurko, to takie, co to miało trochę półek i tam trzymałam moje drukowane skarby. Chyba dopiero moja ostatnia gospodyni miała w moim pokoju półki na książki, które ja dość szybko zaczęłam sobie zapełniać – pustki mnie irytowały.

Zapisałam się też do biblioteki i znów byłam w raju książkowym. Kiedy się od mojej ostatniej gospodyni wyprowadzałam, co by zamieszkać w wynajętym mieszkaniu z moim ukochanym, to już musieliśmy wynająć samochód dostawczy, no nie na same książki oczywiście, bo były też ubrania, biurko, laptop, radio, itp., W nowym mieszkaniu nasze kolekcje książek bardzo szybko zapełniły półki, które tam były. I znów targaliśmy je z Polski, kupowaliśmy no prawie bez umiaru… .

Teraz we własnych czterech kątach już dorobiliśmy się ścian z półkami na książki i zaczynamy myśleć gdzie by tu jeszcze dostawić kolejną „billy bookcase” z Ikei.

Książka towarzyszy mi każdego dnia, droga do i z pracy zajmuje mi około trzech godzin dziennie w publicznym transporcie i większość tego czasu spędzam z nosem w książce. Żałuję, że nie jest to podróż jednym pociągiem, bo tracę trochę czasu na przesiadkach, przechodzeniu z metra na kolej, wchodzeniu i schodzeniu ze schodów i przełażeniu przez bramki, łażeniu po peronach.

Nie mogę czytać w autobusie, zaczyna mnie męczyć choroba lokomocyjna, strasznie się nudziłam w czasie długich podróży autokarem. 

W samolocie to szybko zapadam w sen i nawet ,jak chcę czytać, to po dłuższej chwili robi się ze mnie kiwaczek, czasem, gdy długo czekamy w kolejce na pas startowy, to zasypiam zanim wystartujemy. Całe szczęście więc, że do pracy dojeżdżam pojazdami na szynach.

Postanowiłam sprawdzić, ile książek czytam rocznie i zaczęłam zapisywać te które przeczytałam i w 2017 było ich 54, 14 z nich było polskich autorów, 6 było tłumaczeń na polski, a reszta po angielsku. Najkrótsza to autorstwa M J Formana „Bomber Girls” o kobietach pilotach w RAFie w czasie II Wojny miała 67 stron, a najgrubsza D. Gabaldon „Written in my own Blood – Outlander book 8 „ miała 1296 stron. Trzy były kompletną stratą czasu i autorów sobie wpisałam na „czarną listę”.  Paru autorów odkryłam i stałam się ich fanką np. A Swinfen i jej detektywistyczne opowieści dziejące się w średniowiecznym Oxfordzie; R M Wegner i jego „Opowieści z Mekhańskiego Pogranicza” i teraz czekam na kolejne wychodzące części;H A Culley i jego cykl o Królach Northumbri z IX wieku. To są 54 recenzje które mi chodzą po głowie i może kiedyś się zbiorę, aby wam te książki przybliżyć i polecić.

Tylko jedna z tych 54 książek ( D. Churchill „The Leopards of Normandy – Devil”)  była wydana na papierze, te od jakiegoś czasu nazywam papierówkami. A oto dlaczego.  

Otóż parę lat temu zażyczyłam sobie pod choinkę nową książkę Sharon Penman „Lionheart” o Ryszardzie Lwie Serce - dalsze części z cyklu o Plantagenetach. Tu są moje wpisy o trzech pierwszych częściach : „When Christ and His Saints Slept”  „Time and Chance” and  „ Devil’s Brood” . 

I to była książka w twardej oprawie i miała 594 strony maczkiem drukowane. Z koleżanką w pracy, też molem książkowym nazywamy takie egzemplarze papierówek - cegłówkami. No i ja z tą cegłówką codziennie do pracy, po schodach, po peronach, po pociągach i pisząc szczerze ręce mi opadały. Wtedy to mój ukochany zaczął mnie namawiać na kindla. Miał on swojego i zaoferował się, że mogę go sobie trochę poużywać i zobaczyć jak to jest. No i wzięłam do ręki ten jego elektroniczny nośnik książek i po prostu się w tym cudzie techniki zakochałam. Normalnie można sobie powiększyć literki, nie trzeba się już męczyć z maczkiem drukowanymi książkami.

No i po jakimś czasie, po wielkich moralnych męczarniach stwierdziłam, że może na urodziny to bym jednak chciała tego, jak to go nazywaliśmy po jednym z moich przejęzyczeń, „kundla”. Dostałam i nie żałuję, bo czytam więcej, nie muszę targać cegłówek, a na półkach mamy więcej miejsca na „papierówki”, na poważne publikacje, katalogi z wystaw, poradniki fotograficzne, opracowanie archeologiczne, historyczne, albumy różnego rodzaju i w sumie to chyba kupujemy więcej niż przedtem. Na ostatnie święta dostałam nowszy model, bardziej dotykowy i zapisałam się na tzw. „Kindle unlimited” – płacę miesięczną kwotę i wybieram sobie książki do czytania z ogromnej puli w zbiorach Amazona i nie tylko można też kupować i ściągać polskie książki.

No i muszę się przyznać, że kundel wygrywa, choć nie jest idealny, papierówki nadal są lepsze jako książki w ładnym wydaniu, z ilustracjami.

Zalety kundla to to, że jest lekki, można zmieniać wielkość i kształt czcionki, zakładki nie wypadają, można mieć na mim mnóstwo książek i jak się jedną skończy, to od razu można zaczynać drugą, nie czekając, aż się dojedzie do domu. Kupowanie książek jest łatwe, ściągnięcie trwa parę sekund, nikt nie wie co czytasz. Jak się kupi kundlowi okładkę, to nawet mamy ten odruch zamykania i otwierania książki.


Zalety papierówki: lepiej widoczne ilustracje, w uczeniu się łatwiej szukać czegoś przelatując przez strony, można jak się skończy, dać lub pożyczyć komuś, mogą dużo powiedzieć o właścicielu i jego zainteresowaniach.

Czytam bo lubię i choć przeniosłam się na kundla, to nadal książka ma dla mnie taką samą wartości, jak stare klasyczne papierówki. Może miałam trochę rozterek, bo wydawało mi się, że zdradzam książkę, ale przecież słowo pisane przeszło już wiele zmian, od kutego na kamieniu, rytego rylcem na tabletach, malowanego piórkiem na pergaminie, drukowanego na papierze do tego przekazywanego elektronicznie na ekranie.

I tak jak kino nie zabiło teatru, a telewizja kina, tak kundle i inne elektroniczne nośniki słowa pisanego nie zabiją książki, może wręcz przeciwnie, a i drzew się trochę uratuje.

wtorek, 03 kwietnia 2018

 

Pogoda nas nie rozpieszcza w tym roku więc poszliśmy sobie na spacer w poszukiwaniu wiosny. Jako miejsce naszych wysiłków w tropieniu owej ulotnej pory roku wybraliśmy sobie Ogrody Botaniczne w Kew.

Uzbrojeni w aparaty i odziani w ciepłe kurtki, dzielnie tropiliśmy wiosnę, a co znaleźliśmy, to obfotografowaliśmy … .  

Te tak skromnie pochylały główki 

Zawsze mnie zachwycają i są dla mnie jednym z pierwszych oznaków wiosny.

Potem dostrzegliśmy te śliczne pączki a roślinaka ta była podpisana jako Stachyurus praecox var. leucothrichus 

To drzewko było podpisane Hybrid Black Poplar populus x canadensis 

A to miało tabliczkę Cammon Hornbeam Carpinus Betulus

Rododendrony też już niesmiało się zaczęły rozwijać.


Magnolie  już pokazały co potrafią choć niektóre trochę ucierpiały w czasie ostatnich nawrotów zimy. Tu mała ciekawostka, otóż nazwa Magnolia pochodzi od nazwiska francuskiego botanika Pierra Magnol, który  jest uważany za ojca klasyfikacji roślin i koncepcji rodzinnej w owej klasyfikacji, publikując swoje wiekopomne dzieło w 1689 roku. 

Magnolia x Veitchii na jednej gałązce jeszcze w zimowym kubraczku, a na drugiej już gotowa na wielkie otwarcie. 


Magnolie wyglądają bardzo dostojnie w pączkach, kojarzą mi się ze świecznikami.

Magnolia x kobneri " Rasbery Fun" ,tak jakby niesmiało ten pączek się rozwijał. 


 

We dwoje zawsze raźniej 

Taka jakby potargana... .

Magnolia Tonia tej się chyba uda, ale na innej gałązce trochę ucierpiała. 

To jest ciekawy okaz, nazywa się ona Magnolia x Kewensis i jest mieszanką Magnoli Kobus i Sacifola, a została wyhodowana w 1938 roku tu własnie, w Kew.

 

A ta to nie wiem co było, ale ładnie się rozwijało.

Prunus Pendula

I jeszcze parę innych kwitnących zwiastunów 

 

 

 

 

I choć na kwiatku przcupnęła sobie trochę zźiębnięta mucha 

 

To wiosna chyba już idzie ….

 

sobota, 10 marca 2018

 

W tą niedzielę 10 marca w Wielkiej Brytanii obchodzona będzie Mothering Sunday – co jest w dość dużym uproszczeniu Dniem Matki. Jest to święto ruchome, bo wypada zawsze na trzy niedziele przed Wielkanocą. Choć obecnie ma ono bardzo świecką wymowę, to jest to święto o głębokich korzeniach chrześcijańskich. Otóż w zamierzchłych czasach w ten dzień wierni mieli odwiedzić swój „matczyny kościół”, a mógł to być kościół, w którym zostali oni ochrzczeni lub kościół parafialny lub katedra (matka wszystkich kościołów parafialnych). Stało się to pretekstem do spotkań rodzinnych, bo służba otrzymywała na ten dzień wolne, aby mogli uczestniczyć w tym powrocie do swojej „matki kościelnej” . Ktoś tu może wytknie, że przecież niedziela to dzień wolny od pracy -  może teraz to jest powszechne choć i tak wiele osób pracuje w weekendy. Z biegiem czasu zaczęto też honorować matki - rodzicielki z krwi i kości i otrzymywały one prezenty od najbliższych i przekształciło się to święto w Dzień Matki w naszym rozumieniu. Święto to podupadło i przestało być praktykowane i dopiero na początku ubiegłego wieku pojawił się ruch w USA z Anną Jarvis na czele, która nawoływała do wskrzeszenia tej tradycji. Pierwsze oficjalne świętowanie odbyło się w 1908 roku w kościele metodystów św Andrzeja w Grafton w Zachodniej Wirginii.  W 1914 roku prezydent W. Wilson podpisał proklamację deklarującą Dzień Matki (druga niedziela maja ) oficjalnym narodowym dniem honorującym wszystkie matki.

W Wielkiej Brytanii Cantance Penswick Smith wykreowała w 1921 roku Mothering Sunday Movement ( można powiedzieć  Ruch Matczynej Niedzieli) starając się o odnowienie tego święta.  W czasie II wojny światowej amerykańscy i kanadyjscy żołnierze mieli duży wpływ na popularyzację Dnia Matki.

Brytyjskie ruchy kupieckie dostrzegły w tym żyłę złota, no bo kto by nie poskąpił grosza dla uczczenia Dnia Matki. I tak religijny charakter tego święta został przekształcony i zaakceptowany nie tylko przez różne kościoły chrześcijańskie, ale i świeckie społeczeństwo. Więc tu na Wyspach świętowany jest ten dzień w trzecią niedzielę przed Wielkanocą ( która jest także 4 niedzielą postu) i tak dwa różne święta Mother’s Day i Mothering Sunday zlały się w jedno. Jest to dzień w którym Brytyjczycy wyciągają portfele i fundują swoim Mamom lunche, wyjścia na wystawy, obiady, kupują kwiaty, prezenty itd. Restauracje oferują specjalne menu i zestawy „ Matkowe”, atrakcje turystyczne mają specjalne punkty w programie np. Pałac w Hampton Court oferuje ”Florimanie” czyli szałowy pokaz bukietów kwiatkowych.

Oto kilka fotek z tej imprezy.


poniedziałek, 05 marca 2018

W Nowy Rok zerwaliśmy się skoro świt na tę paradę. Była to nasza pierwsza, choć mieszkamy w Londynie dość długo. W tym roku akurat wypadło nam obojgu wolne i stwierdziliśmy, że to sobie zobaczymy.

Wybraliśmy się wcześnie, aby zająć sobie dobre miejsca i poszliśmy na początek gdzie ona startowała. Pogada jak to w styczniu była nijaka no i to się odbiło trochę na paradzie. Długie czekanie, aż się coś ruszy potem nagle wszyscy biegiem, bo trzeba załatać dziurę. Kupa lokalnych amatorskich teatrzyków i kółek hobbystycznych oraz goście z różnych stron świata a także reprezentanci mniejszości narodowych. Dlaczego nas nie było – jakieś niedopatrzenie chyba, bo jest nas tu dużo i przecież mamy co pokazać np. smoka wawelskiego, lajkonika, sarmatów itp. Może następnym razem.

Nie było to wydarzenie roku i chyba nie stanie się to naszą noworoczną tradycją. Wybrałam parę fotek, oceńcie sami czy warto rano wstawać. 

Na starcie 

Karoca z ...

Kopciuszek i siostry

ostatnie instrukcje ...

replika samochochodu z popularnego serialu "Only fools and horses"  

parada_noworoczna11

odrobina Paryża w Londynie  

parada_noworoczna6

dzieciak dawały z siebie wszystko w chłodzie i kropiącym deszczu 

parada_noworoczna5

szanowni goście z za oceanu

goście z galaktyki far far away....


niedziela, 04 marca 2018

Kenwood House 

Tak moi drodzy to się zdarza. Nawet jak spadnie śnieg, to z reguły, po paru godzinach nie ma po nim śladu – rano zima po południu wiosna.  Raz na parę lat jednak mamy takie zimowe atrakcje, gdy jest biało przez parę dni. Ostatnim razem było to dość dawno 2009 i 2010 rok. Tu moje poprzednie wpisy na ten temat. Bałwanka , Bałwan własnej robotyHu hu ha nasza zima zła? .

Ta biała posypka to prawdziwy koszmar dla Brytyjczyków, nadawane są komunikaty ostrzegawcze instytutu metrologicznego, ostrzega się ludzi przed podróżowaniem, zamykane są szkoły, niektóre pociągi nie jeżdżą itd., bo spadło trochę śniegu. Musicie też zrozumieć, że Brytyjczycy mają obsesje na punkcie rozmowy o pogodzie, to jest temat rzeka. Jak deszcz pada za długo, to że pada i nie ma słońca i po jakimś czasie ostrzegają przed powodziami. Jak jest sucho i świeci słońce to, że jest za gorąco  i ostrzegają przed udarami słonecznymi albo brakiem wody. Jak jest zimno to, że jest zimo i ludzie marzną na ulicach i staruszkowie w domach, bo ogrzewanie jest drogie. Jak spadają liście to, że pociągi się spóźniają bo są liście na torach – poważnie taka jest przyczyna to nie mój żart;  a jak spadnie śnieg, to już jest raj, zwłaszcza dla satyryków.

Osoby urodzone w krajach, gdzie zima to coroczne wydarzenie, łapią się za głowę, bo jak można tak panikować z powodu 5 centymetrów śniegu. Ano można, moi Angielscy znajomi nie mają opon zimowych do samochodów -  nie ma takiej potrzeby, nie mają butów, porządnych skarpet na takie warunki i po prostu nie umieją chodzić po śniegu czy śliskiej powierzchni. Tak, trzeba umieć chodzić i to każdy z nas, kto dorastał z zimą za pan brat, potrafi. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale tu ciągle w radio gadają, że trzeba chodzić jak pingwiny czy tam kaczki, żeby się nie przewrócić. To każdy z nas ma automatycznie, odruchowo opanowane, bo od małego biegaliśmy po śniegu i lodzie. Ja pamiętam, jak smarowaliśmy sobie świecami podeszwy butów, żeby się lepiej ślizgać.

 

W pracy z koleżankami z Niemiec i Grecji ciągle wpadałyśmy w zachwyt, za każdym razem jak spoglądałyśmy przez okno a tam śnieg. Greczynka biegała zachwycona wykrzykując, że ona to uwielbia i robiła ciągle zdjęcia, wysyłając je rodzicom. Wszyscy się pytali czy u nas w Polsce czy Niemczech też tak wszystko staje jak spadnie śnieg, ja i koleżanka z Niemiec popatrzyłyśmy na siebie i  stwierdziłyśmy, że tak wszystko staje zwłaszcza jak spadnie pół metra śniegu - i  wpadłyśmy w śmiech. Nie potrafili też zrozumieć humoru w powiedzeniu, że zima zaskoczyła drogowców.

Ja byłam szczęśliwa, bo w czasie ostatniej wizyty w Polsce kupiłam sobie nową, solidną zimową kurtkę i okazało się, że jest ona super i zdała egzamin, a ja już myślałam po co mi ta kurtka, jak tu i tak nie ma prawdziwej zimy.

Razem z moim ukochanym wybraliśmy się na spacer i oto parę fotek z tegorocznego ataku zimy na Londyn. Teraz już u nas śnieg stopniał i wyszły spod niego wszystkie brudy, no cóż trzeba poczekać do następnego razu.  

Pałac w Hampton Court

ulica o poranku, pan Mleczarz rozwozi mleko w Mlekowozie

magnolia w parku przy Kenwood House

Pojawiły się bałwany 

nad stawem w Kenwood House

Gąska Egipska w sniegowej scenerii 

Moorhen (gallinula, kokoszka) 

coot czyli łyska

inwazja bałwanów 

Pies - fajny patyk

Bałwan - zostaw moją rękę, ratunku, mordują, obgryzają ...

Robin czyli rudzik pozuje do fotki 

była sobie wiosna 



środa, 22 lutego 2017

 

 Paphiopedilum Victoria Regina

  Chodzenie na wystawę kwiatów egzotycznych, a głównie orchidei do ogrodu botanicznego w Kew,  stało sią taką naszą małą tradycją. Nie jestem botanikiem, więc moja wiedza o tych pięknych roślin ogranicza się do tego, że są roślinami i mają liście, łodygi, korzonki i kwiaty. Staram się podpisywać zdjęcia, ale czasem tabliczka była między okazami, albo napis był na patyczku ręcznie pisany i trochę się rozmazał … itp. Niektóre są do siebie tak podobne, a miały inne nazwy na tych patyczkach, że mi się mogło pomieszać. Jedno jest pewne – to są po prostu przepiękne kwiatki i nigdy ich nie mamy dosyć. Na wystawie także były inne egzotyczne rośliny jak bromeliowate, ananasy i rośliny jedzące owady itd. 

W tym roku tematem przewodnim wystawy były Indie oraz znaczenie kwiatów w kulturze i zwyczajach tego kraju. Organizatorzy starają się trochę urozmaicić wystawę np. w ubiegłym roku były rytmy Brazylijskiego karnawału obecnie mamy dźwięki ulicy w Kalkucie czy Bombaju – głównie trąbienia i dzwonki rowerowe. Było też parę rzeźb kwiatowo roślinnych np. ryksiarza, słonia czy wielkiego pawia.

Oto nasza fotograficzna relacja z tej wystawy na zachętę dla tych co mieszkają na Wyspach lub się tu wybierają w najbliższym czasie – wystawa jest czynna do 5 marca 2017.

 

 Phalaenopsis „moth orchid” czyli po naszemu Falenopsis „ćmówka” to podobno jedna z najłatwiejszych w uprawie orchidei i z tego powodu jest bardzo popularna wśród hodowców i kolekcjonerów, czego efektem są różne mieszańce. Na wystawie ten rodzaj był licznie reprezentowany. Pokazujemy tylko parę zdjęć bo w poprzednich latach już je pokazywaliśmy. Orchidee w Brazylijskim rytmie i Orchidea piękna jest

Phalaeonopsis  "Pebble Beach"

Phalaenopsis Miraflore 

 Cymbidium  to kolejny popularny rodzaj orchidei, łatwe w uprawie roślinki i mające przepiękne ubarwienie, wytwarzają pseudo bulwy a niektóre rosną naprawdę wysoko mamy bliskie spotkania trzeciego stopnia z piękną orchideą. Nazwane są one potocznie „Boat Orchids” czyli łódkowate.

Cymbidium "Ice Nymph"


Cymbidium Goddon Loch "Vieux"


 

Cymbidium Liz Johnson 

 

Cymbidium Strathbraan "Cooksbridge Pearl"


 

 Cymbidium Latigo "Cooksbridge Sunset"

 

 Cymbidium Ray bilton "Cooksbridge Satin"

 

 Cymbidium Maugham Down "Cooksbridge Rajah"


Cymbidium Loch Eck

Loch Heilen "Hamsey" 

 

 Cymbidium Linlithgow Loch "Lewes Gleam" 




 Cymbidium Loch Insh "Lewes"

 

Cymbidium Holy Loch "Lewes"


 Cymbidium Loch Tay

  

Cymbidium Mighty Mouse "Minnie" 

 Vanda (Wanda) to kolejny rodzaj orchidei występujący na wystawie w dużej ilości. Jest to dość popularny gatunek, zwłaszcza wśród hodowców produkujących hybrydy. Niektóre  kwiaty z tego rodzaju są zagrożone, handel dzikimi orchideami jest zabroniony, zwłaszcza Vanda Coerulea ( Blue Orchid – Błękitna Orchidea). Ten rodzaj jest także narodowym kwiatem Singapuru. Nazwa Vanda pochodzi z Sanskrytu, a kwiaty te są używane w hinduizmie jako ofiary dla bogów i w czasie obrzędów religijnych „Puja” (Pudźa).

 

Vanda Coerulea Błękitna Orchidea 

 

 

Vanda Natcha Honey Drops

 

 

Vanda Divana Pink 

Dendrobium – to jedna z liczniejszych rodzajów, ma około 1200 gatunków, które są bardzo różnorodne, niektóre z nich żyją na drzewach, rosną w tropikach i subtropikach.

 

Dendrobium So Nook Thailand Black

 

Inne ciekawe orchidee to Miltonia, Oncidium, Epidendrum czy wyglądające jak pantofelki Paphiopedilum. Dwie pierwsze odmiany to kolejne fikuśne rodzaje tej roślinki. Często wyglądają bardzo podobnie i obie mają urocze kwiatki, które pobudzają naszą wyobraźnie, a ja często widzę w nich postacie np., panny w balowych sukniach albo wesołych skoczków spadochronowych. 

 

 

Miltonium Regnellii

Miltonia Bluntii 

 

Oncidium Altisium nazywana Wydlers Dancing Lady lub jak ktoś woli Popcorn Orchid (Kukurydzianka)

Oncidium Maculatum

 

Oncidium Sharry Baby


 Oncidium Wilsonara nad i pod różne jej odmiany

 

 

Laelia Superbiens "St Joseph Staff"

 

Zygopetalum "Blue Caribou" 

 

Oncidium lub Miltonia  

Paphiopedilum Gratixianum

 

Paphiopedilum Maudiae Femma


Zapraszamy na wystawę do Ogrodów Botanicznych w Kew Londynie.

Ceny biletów

Dorośli =£16.50 *z darowizną, £15 standardowy

Ulgowe (studenci z legitymacją, seniorzy po 60-tce) = £15.50 *z darowizną, £14 standardowy

Dzieci ( 4-16) = £3.50

Rodzina ( 2+2) = £37.50 *z darowizną, £34 standardowy

Rodzina (1 +2) = £21 *z darowizną, £19 standardowy

Bilety kupione przez Internet na stronie Kew Gardens są o funta  taniej.

czwartek, 26 stycznia 2017



Jak zawsze o tej porze roku popędziliśmy do Muzeum Historii Naturalnej na przyrodniczą wystawę fotograficzną. To już nasza szósta impreza i choć tym razem nie wyszliśmy z niej oszołomieni, to jednak były zdjęcia, które nas zachwyciły i zainspirowały. Po latach chodzenia na tę wystawy zaczęliśmy już rozpoznawać style różnych fotografów i wspominaliśmy ich inne fotki z przeszłych lat. Sędziowie nie mają łatwego zadania wyłaniając zwycięzców, bo chcą wybrać coś oryginalnego, coś niezwykłego, z jakimś przekazem, a potem przychodzą tacy jak my i im grymaszą. ( hi hi). Wystawa ta pokazuje zwycięzców konkursu fotograficznego organizowanego przez Muzeum Historii Naturalnej, pierwszy raz została zorganizowana w 1965 roku i miała 3 kategorie oraz 500 zgłoszonych zdjęć. W tym roku zgłoszono 50 000 zdjęć, fotografowie pochodzili z 95 krajów. Sędziami byli Bruno D’Amicis, Orsolya Haarberg, Rosamund „Roz” Kidman Cox, Piotr Naskrecki, Klaus Nigge i Lewis Blackwell. Nadal mamy podział na kategorie dla dorosłych i grupy wiekowe dla młodocianych (15-17 lat; 11-14, i poniżej 10 lat . Kategorie są podobne jak w ubiegłym roku, brak jest kategorii The TimeLapse, czyli serii zdjęć – nie przyznano też nagrody wschodzącej gwiazdy (Rising Star Award). Tegoroczne kategorie: Ssaki, Ptaki, Płazy, Gady i Ryby, Bezkręgowce, Rośliny  zgrupowane w Różnorodności Ziemi (Earth’s Diversity) , w Środowisku Naturalnym (Earth’s Environments), mamy Krajobraz, Środowisko Miejskie (Urban), Pod Wodą   oraz Kreacje Ziemi (Earth’s Design) z kategoriami Czarno Białe, Detale, Impresje. Kategoria Fotoreporterska (The Wildlife Photojournalist Award Single Image) pojedyncze zdjęcie, oraz historia w zdjęciach (The Wildlife Photojournalist Award : Story)

Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, “Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.” , „Wildlife photographer of the year 2014” a ubiegłoroczna „Wildlife photographer of the year 2015”

Ogólnym zwycięzcom został Tim Laman i jego zdjęcie „Entwined lives”, którego też wyróżniono za historię opowiedzianą w 6 zdjęciach w Kategorii - Photojournalist Award Story. Jest on biologiem i fotoreporterem, bardzo mocno zaangażowanym w ochronę środowiska, zwłaszcza orangutanów w na Borneo, jego żona zajmuje się tam projektem ochrony tych uroczych i zagrożonych wyginięciem naczelnych małp człekokształtnych. Jego fotoreportaż o osieroconych orangutanach i przyczynach tej sytuacji łamie serce, zdjęcia mówią za siebie.


Zwycięzcą w kategorii Młodocianych został 16-letni mieszkaniec Londynu Gideon Knight za zdjęcie „The moon and the Crow” zrobione w Parku Valentine. Gideon jest miłośnikiem środowiska naturalnego i fotografuje w londyńskich parkach. Planuje kontynuować naukę w przedmiotach ścisłych i nadal fotografować w wolnych chwilach. Zdjęcie to przedstawia kruka na drzewie z księżycem w tle. Spodobało się ono nam bo ma takie specyficzny klimat, mogło by być ilustracją do opowieści Edgara Alana Poe. Kolorystyka to czerń, ciemny błękit, granat,a rozmazana biel księżyca nadaje temu zdjęciu też takiego specyficznego charakteru kreskówki. Ma się wrażenie ze ptak zaraz wzleci ze złowrogim krakaniem.


©Gideon Knight „The moon and the crow”

Kategoria z ptakami jako temat miała bardzo fajne zdjęcia i dwa z nich Wam przybliżę. Pierwsze to zdjęcie zwycięzcy w tej kategorii, wykonane przez Ganesha H Shankara zatytułowane „Eviction attempt” ( Próba wysiedlenia). Zdjęcie przedstawia scenkę z życia w Indyjkim Parku Narodowym Keoladeo, znanym także jako ptasie sanktuarium. Otóż ptaszek o bardzo dziwnej nazwie Aleksandretta obrożna ( rose ringed parakeets) wrócił do swojej dziury w gałęzi, a tam tymczasem zamieszkał sobie intruz w postaci warana bengalskiego (Bengal monitor lizard). Zadziorne ptaki dziobały jaszczurkę i jedna uczepiła się jej ogona i tak wisiała, dopóki ten nie schował się do dziury. Atakowały jaszczurkę jak tylko wystawiła ona nosek aby się nagrzać w słońcu i tak przez dwa dni, aż w końcu ptaki się poddały i pofrunęły w poszukiwaniu innej wolnej od mieszkańców dziury. Ten zadziorny i skrzekliwy ptak adaptuje się bardzo szybko do otaczającego go środowiska, rozpowszechnił się w Europie można go spotkać m.in. w Londyńskich parkach. 


© Ganesh H Shankar “Eviction attempt”

Druga fotka to „ I spy with my raven eye” (Wypatrzyłem moim kruczym oczkiem) autorstwa Jose Joana Hernandeza Martineza z Hiszpanii. Kruki to bardzo mądre, sprytne i piękne ptaki. Jose leżał sobie w kryjówce przy specjalnych karmikach dla Ścierwnika  (Egiptian vultures) w pobliżu miejscowości Fuerteventura na Wyspach Kanaryjskich i obserwował kruki. Podkradały one jedzonko wystawione dla większych ptaków i od czasu do czasu siadały na ziemi, aby sprawdzić porzucone przez ludzi butelki. Nauczyły się, że w takich butelkach można coś znaleźć na przekąskę, nie na popitkę, nie szukają resztek alkoholu czy innych napojów, a owadów, małych gadów czy płazów,  które tam wlazły w poszukiwaniu wrażeń smakowych. Jose zaobserwował, że one nawet je przetaczają, nawet stawiając do góry, aby zobaczyć czy jest tam coś smacznego. Ten akurat tak fajnie zagląda jednym okiem – bardzo mi się to zdjęcie spodobało, jest takie z humorem i charakterem.


 

© Jose Juan Hernandez Martinez „I spy with my raven eye”

Następne zdjęcie (kategoria Ssaki) to znajomy autor, był on laureatem w poprzednim roku, otrzymał Nagrodę za Portfolio. I znów jego zdjęcia – jest tu ich kilka – mnie oczarowały tematem, a jedno zwłaszcza atmosferą na zdjęciu. Audun Rikardsen urodził się w wiosce rybackiej w Północnej Norwegii i zawsze interesowała go otaczająca przyroda, zaczął fotografować niedawno w 2009 roku i robi naprawdę ciekawe zdjęcia. Zdjęcie, które mnie oczarowało tym razem to „Night blow”  (Nocny wydech). Otóż było to w czasie polarnej zimy, słońce już za horyzontem, a do portu wracała łódź rybacka, Audun wyjrzał przez okno i dostrzegł stado orek płynących za sieciami pełnymi ryb. Orki wpływają do fiordów w okolicach jego rodzinnego Tromso za ławicami śledzi, a tu przypłynęły za łodzią w nadziei na łatwy posiłek. Audun złapał za ciepłe ubranie i aparat, wskoczył do swojej łodzi i wyruszył na swoje fotograficzne łowy. Było bardzo zimno oraz wilgotno i taka niemal magiczna mroźna mgiełka osiadała na wszystkim. Płynął on za orkami wsłuchując się w ich wydechy i ustawiał aparat po omacku, na wyczucie, bo zapomniał z tego całego pośpiechu latarki. Zwisał z burty łódki i celował w stronę dźwięku wydychanego powietrza lub gdy zabłysnęła gdzieś płetwa. Po sześciu godzinach nareszcie był zadowolony ze swoich prób i wrócił przemarznięty do domu.

Zdjęcie jest naprawdę magiczne. Znów kolorystyczne błękitno-granatowe z białymi chmurkami pary i mgły. Z granatu morza wyłania się kształt orki, płetwa i dymek z otworu nosowego jak z lokomotywy parowej. Można sobie tu wyobrazić ruch płynącej orki po drobnych falach na powierzchni wody, zimno i snująca się mgiełka dodają niesamowitej atmosfery. Trudno się od tego zdjęcia oderwać.


© Audun Rikardsen „ Night blow”

Następne zdjęcie ( ta sama kategoria) mnie zaskoczyło, widziałam je z daleka, żubry na zdjęciu z lasem w tle - to pewnie Polska. Podchodzimy bliżej, a tu niespodzianka, bo zdjęcie jest z Holandii. Nie wiedziałam, że tam mają żubry. Zostały one sprowadzone do rezerwatu Kraansvlak w Narodowym Parku Zuid-Kennemerland w 2007 roku, po tym jak zniknęły z tego terenu w ubiegłym wieku. Sprowadzono tam 6 sztuk, od tamtego czasu urodziło się 20 cielaczków – powoli wraca do naszego środowiska to, co niemal doszczętnie wytępiliśmy. Trochę dobrej woli, trochę zaangażowania i kupa pieniędzy, a można zrobić coś pożytecznego.

Jasper Doest razem z leśniczym wybrali się do wodopoju i czekali na przeciwległym brzegu. Stado przyszło o świcie, a irytujące muszki okazały się bajecznym dodatkiem i tak powstało to urocze zdjęcie, spokój i nadzieja na przyszłość. Żubry zostały prawie wytępione, znamy tę historię z Polski, lata pracy leśników i konserwatorów natury i udało się je wprowadzić znów do środowiska. Jest coś takiego bardzo swojskiego w tym zdjęciu, zwykłego, bliskiego sercu, choć żubra widziałam w reklamie piwa i w zwierzyńcu w górach. To zdjęcie obudziło we mnie ducha dzikich przodków, których zachwycał tej majestatyczny wielki zwierz i na chwilę przenieśliśmy się do tych borów nieprzebytych i cywilizacją nieskalanych. Wstaje nowy dzień, pełen nadziei nie tylko dla tych pięknych ssaków ale i dla nas, że uda nam się ocalić od zniszczenia to co mamy najpiękniejsze i jest obok nas.


© Jasper Deost „Dawn of the bison”

Kolejne zdjęcie, które nas zainteresowało jest z kategorii Bezkręgowce i przenosi z Europy do Południowej Australii. Scott Portelli ukazał nam świat i stworzenia o jakich nam sią nawet nie śniło – cuttlefish (mątwy), to prawdziwe dziwolągi, które naprawdę wyglądają jak istoty nie z tego świata. Przypływają one sobie do zatoki Upper Spencer Gulf na gody i samce walczą o najlepsze tereny na składanie jaj i potem starają się zachęcić samiczki to tego, aby ich właśnie wybrały. Taki taniec godowy to przepiękna zmiana kolorów i wzorków na skórze, a są to duże stwory osiągające długość nawet do 1 metra. Rywalizacja jest zacięta, na jedną samiczkę przypada około 10 samców. Jak już się kawalerowi uda skusić jakąś pannę, to jej nie puści, dopóki nie złoży ona jaj. Tak więc tkwią twarzą w twarz, a cała reszta na około tylko sobie może pomarzyć. Wydawało by się, że ten szczęściarz szepcze do niej „mojaś ci moja i nie oddam cię nikomu”. Całe towarzystwo było tak zajęte, że nie zwracali na fotografa uwagi i ten mógł sobie czekać godzinami na to ujęcie, które oczarowało sędziów a także nas. Spójrzcie na te rozmarzone oczy szczęśliwej pary i te pełne żalu ślipka tych samotników, ich „nosy” pozwieszane na kwintę.


© Scott Portelli „Collective courtship”

W kategorii Rośliny zaintrygowało nas zdjęcie niemieckiej weteranki konkursowej, która znów pojawiła się wśród laureatów. Sandra Bartocha i jej „Heart’s delight” znów wprowadza nas w spektakularny świat roślin, którym ona się bawi. Jej sposób ukazywania tego tematu jest bardzo charakterystyczny i jak to zdjęcie zobaczyliśmy to oboje stwierdziliśmy, że to wygląda znajomo, a po zerknięciu na nazwisko wszystko stało się jasne. Tematem tego zdjęcia jest Cotswold pennycrress ( to tobołki – rodzaj roślin z rodziny kapustowatych), to raczej pospolita roślina w całej Europie. Zdjęcie jest z wyspy Oland w Szwecji i nie ma wyglądu rośliny pospolitej i to jest właśnie jej styl. Ona potrafi wyczarować coś niezwykłego, tu postanowiła spojrzeć z góry, i zastosowała podwójną ekspozycję, zmieniając ostrość z górnego na trzeci rządek nasionek. Efekt jest bajkowy. Poszukajcie sobie tej rośliny w internecie i porównajcie z nagrodzoną fotografią - to tak, jak w opowieści o Kopciuszku i dobrej wróżce, tyle że Sandra ma zamiast różdżki aparat, niezwykłe spojrzenie na świat i intuicję, dzięki którym potrafi takie cuda nam pokazać.


© Sandra Bartocha „Heart’s delight”

 

Z kategorii Czarno Białej chcę wam przybliżyć zdjęcie Lancea van de Vyvera „Playing pangolin”. Lance śledził stado lwów godzinami, gdy te zatrzymały się u wodopoju i znalazły tam zwierzątko zwane pangolin (łuskowiec), uroczy ssak łożyskowy, o nocnym trybie życia, żywiący się mrówkami, pokryty łuskami. Gdy ten ssak poczuje się zagrożony, zwija się w kulkę, a łuski tworzą swego rodzaju pancerz ochronny. Zwykle drapieżnik po jakimś czasie się nudzi i zostawia tę pancerną piłkę, ale nie ten lew. On się nim bawił, toczył go, gdy się trochę znudził to łuskowiec próbował mu odejść i wtedy znów lew się nim interesował, i znów musiał się zwijać w kulkę. Ta zabawa trwała 14 godzin i gdy lwy w końcu sobie poszły, to łuskowiec padł, nie z ran, ale ze stresu i całodziennego wystawienie na żar słońca. Zdjęcie skupia się na tej pancernej kulce i pazurach lwa, śladach jakie zostawiły na powierzchni łusek. Jest tu ta bezsilność atakowanego zwierzaka, który ma nadzieję, że prześladowca w końcu sobie pójdzie, ale i determinacja lwa jakby się uparł, że mu pokarze kto tu rządzi, kto jest tu królem zwierząt.


© Lance van de Vyver „Playing pangolin”

W kategorii Środowisko Miejskie naszą uwagę przykuło zdjęcie liska autorstwa Sama Hobsona. Lisy nie mają dobrej reputacji w Wielkiej Brytanii, są uważane za największe zło w mieście. Ale my je lubimy i często widujemy, bo błąkają się po ulicach w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Rozrastające się miasta zabierają im miejsca gdzie mogą żyć i polować, więc przystosowały się do życia w plątaninie ulic i domów. Często są matowe i tracą to przepiękne ubarwienie, które pamiętam, gdy widywałam je w dzieciństwie w lesie, gdy chodziliśmy na spacery z tatą lub na skraju pola na wsi, gdzie mieliśmy tak zwaną działkę. Śliczne zwierzaki z rudą kitą, a ostatnio mieliśmy także szczęście zobaczyć na własne oczy lisa arktycznego w zimowej białej szacie, w czasie naszej wyprawy na Islandię.

To zdjęcie z Bristolu - brytyjskiego lisiego miasta, a ten lisek tak uroczo wystawił łepek zza murku i wsparł się łapkami ciekawy świata. Tak go opisał fotograf, lubił sobie siedzieć na murku i rozglądać się po okolicy. Najpierw właśnie wystawiał łepek i sprawdzał teren, a potem hop na murek. Sam kręcił się po okolicy, cierpliwie pozwalając rodzinie lisiej zaakceptować jego obecność, gdy poznał ich zwyczaje wiedział już, gdzie się ustawić i pstryknąć portret tego uroczego zwierzaka.


© Sam Hobson „Nosy neighbour”

Ostatnie zdjęcie to kategoria fotoreportażu pojedyncze zdjęcie i tu stały niemalże bywalec tych konkursów, genialny ptasi fotograf Bence Mate. W pamięci mamy jego zdjęcia głównie pelikanów, to są chyba jego ulubione ptaki. To zdjęcie nawiązuje do głównego tematu tej wystawy, czasami w podtekście, a czasami ukazujący nam brutalną rzeczywistość, gdy my niszczymy to co mamy na tym świecie najpiękniejszego - przyrodę wokół nas. Czasem są to kłusownicy, łowcy trofeów, wielkie korporacje itp., ale czasem to nasza prosta wygoda i bezmyślność i to zdjęcie jest tego ilustracją. Robił zdjęcie mewie śmieszce na terenie Parku Narodowego w Kiskunsag , z daleka wydawało się, że niesie ona w łapkach coś do budowy gniazda. Dopiero gdy sprawdzał fotki na komputerze, na dużym ekranie okazało się, że to nie budulec do gniazda, ale że jej stopa jest uwięziona w tym plastikowym wieszaku. Niedaleko parku jest wysypisko śmieci i ona tam pewnie żerowała i jakoś się w ten wyrzucony przedmiot wplątała. To jak wyrok śmierci dla niej, jest mało prawdopodobne, aby mogła przeżyć, autor powiedział, że po dwóch dniach zniknęła. Może ktoś powiedzieć, że to taki pospolity ptak i jeden mniej to nic takiego, ale ….


 

© Bence Mate „Hanger-trap” 

Smutno kończyć takim okrutnym akcentem, lecz po raz kolejny ta wystawa pokazuje nam różne oblicze świata, jego piękno, bezkres, surowość, prawa przetrwania ale i naszą odpowiedzialność, za to właśnie przetrwanie. Jesteśmy istotami rozumnymi, a przynajmniej za takie się uważamy, więc powinniśmy dbać o naszą planetę bo w końcu mamy ją tylko jedną. Jeżeli są gdzieś we wszechświecie jakieś inne możliwe do zamieszkania, to na razie są poza naszym zasięgiem.

Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, nie tylko po to aby popatrzeć na fajne zdjęcia, ale aby poszukać inspiracji na własne fotki, aby zachwycić się otaczającym nas pięknem i aby przekonać się i innych, że warto jest dbać o każdy nawet najmniejszy zakątek. Patrzmy na to co kupujemy i na to co wyrzucamy i gdzie wyrzucamy.

Wystawa będzie w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie do 10 września 2017 roku. Jak co roku zdjęcia będą pokazywane w różnych miastach w Wielkiej Brytanii i miastach europejskich. Szukajcie jej bo będzie m.in. w Bristolu, Gloucester, Southampton a w Polsce m.in. w Bytomiu, Toruniu, Sandomierzu.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez Dział Prasowy Muzeum Historii Naturalnej.

Ceny wstępu:

Dorośli: £10.50 – £13.50

Dzieci i bilety ulgowe : £6.50 – £8

Bilety rodzinne: £27 - £36.90

Bilety można kupić przez Internet link tutaj.  

Naljepszy dojazd do Muzeum to metrem do stacji South Kensington liniami District (zielona) Circle (żółta) i Piccadilly (granatowa).

niedziela, 27 listopada 2016

 

Tym razem zapraszam Was na Plac Trafalgar, do skrzydła bocznego Galerii Narodowej na wystawę o wpływie artysty, znanego jako Caravaggio, na malarstwo Europejskie. Gdy Caravaggio opuścił rodzinną Lombardię i udał się do Rzymu, był młodym, nieznanym malarzem. Dziś uważa się, że był zarodkiem rewolucji w malarstwie europejskim przełomu XVI i XVII wieku. Jego obrazy pełne emocji i naturalizmu oczarowały arystokratów i duchownych, koneserów sztuki i innych artystów. Stworzył on nowy język malarski pełen ekspresji, emocji i realizmu – takie spojrzenie na świat zostało szybko zaadoptowane przez innych malarzy i owiało całą Europę.

Rzym był Mekką dla artystów w czasie gdy Michelangelo Merisi da Caravaggio przybył do Wiecznego Miasta. Dzielnice Santa Maria del Popolo i San Lorenzo w Lucinie to był taki tygiel artystyczny,  mieszkało tu wielu głodnych wrażeń twórców z całej Europy – Francji, Holandii, Niemiec i Flandrii, mieszając się z przybyszami z Włoch. Trzeba sztukę sprzedać aby żyć i choć wielu było mecenasów wśród bogatych książąt i elity kościelnej, chętnych do płacenia za sztukę, to walka o przetrwanie była ostra. Artystyczne temperamenty czasami kończyły się w sądzie, nie tylko za rozprzestrzenianie i oczernianie, ale i za rękoczyny. Caravaggio nie był spokojnym człowiekiem, był bardzo porywczy, co tu ukrywać był łobuzem, utalentowanym co prawda, ale jednak. Nie potrafił trzymać nerwów na wodzy i z tego powodu musiał z Rzymu uciekać w 1606 roku, oskarżony o śmiertelne zranienie Ranucciego Tomassoni.  Tułał się po Europie, stąd m.in. obrazy na Malcie i w Neapolu. Starał się, aby jego patroni wynegocjowali mu przebaczenie i dlatego malował dużo wielkoplenerowych, religijnych obrazów. Artysta zmarł w 1610 roku w drodze do Rzymu, niektórzy twierdzą, że został zamordowany (kiedy był w Neapolu ktoś już próbował go zabić).

 

Na tej wystawie możemy zobaczyć nie tylko jego dzieła, ale i jego kolegów po fachu, który zaadoptowali jego styl i zostawili po sobie obrazy poruszające nasze serca i dusze. Caravaggio wielkim artystą był i jego najsłynniejsze obrazy są olbrzymie, więc nie mogły tu zostać przywiezione,  trzeba sobie pojeździć po Europie, aby je obejrzeć - np. na Malcie, w konkatedrze w Valletcie jest przepiękny obraz „Ścięcie św. Jana Chrzciciela” ( rozmiary: 3.6 na 5.2 metry), ale nie ma możliwości aby był on przewożony, podobnie z obrazami z Rzymskich czy Neapolitańskich kościołów i katedr. Chociaż większość obrazów na wystawie to dzieła  jego naśladowców, czy idących jego torem artystycznego myślenia malarzy ( Caravaggioniści ), to jednak wystawa jest ciekawa i ukazuje nam ewolucje czy nawet rewolucje w sztuce. Miał ten jego styl wielu zwolenników, współcześni koneserzy chwalili jego podejście do malowania, jego naturalizm i użycie światła. Za to inni wytykali mu wulgaryzm i ostatecznie to oni zwyciężyli, a Caravaggio oraz jego sposób ukazania świata odszedł w zapomnienie na parę stulecie. Dopiero w XX wieku przeżył on swój renesans i znów nam mówią, że Caravaggio wielkim malarzem był. Przekonajcie się sami, wpadnijcie na wystawę a jeżeli nie możecie oto moja relacja.  

Jak zwykle mamy krótki film o malarzu i temacie wystawy w małym kinie przy wystawie, warto zacząć od tego filmu, bo potem lepiej nam się ogląda ekspozycje.

 

Boy peeling Fruit © The Royal Collection

Jednym z najstarszych dzieł artysty jest obraz „Boy peeling Fruit” (Chłopiec obierający owoc) namalowany około 1592-3 roku. Obraz ten jest przykładem tzw. „genre paintings” obrazów ukazujących życie codzienne. Oto, proszę, chłopiec w koszulinie zawinął rękawy i obiera sobie nożykiem jabłko czy inny owoc, skórka zwija się w serpentynkę. Chłopiec patrzy na to co robi, nie na widza, mamy więc wrażenie, jakbyśmy go podglądali. Obraz został wykonany na płótnie nie najlepszej jakości, co jest zrozumiałe, bo artysta ledwie przybył do Rzymu i musi jakoś związać koniec z końcem. Nad rękami chłopca jest jakby jakaś plama na koszuli, to zarys liścia, który nigdy nie został namalowany. Obraz ten był w kolekcji królewskiej opisany jako Michael Angelo (pierwsze imiona artysty), potem przypisano autorstwo hiszpańskiemu artyście B.E Murillo, zanim w końcu przywrócono go do twórczości Caravaggio, jest to jeden z obrazów  opisanych przez G. Mancini, XVII-wiecznego biografa malarza. Do kompletu, mamy z tego okresu chłopca z koszem owoców i  chłopca ugryzionego przez jaszczurkę. Wydaje się, że był to swego rodzaju cykl, który łączył model, temat i styl „genre” oraz wykonanie w paru wersjach.


Francesco Buoneri zwany Cecco del Caravaggio “ A Musician”(Muzykant) około 1615, © The Wellington Collection

Obraz ten z kompozycji przypomina „Lute Player” (Lutnistę) i „Boy bitten by a lizard” (Chłopca ugryzionego przez jaszczurkę) – połowa postaci ukazana za stołem, z zaaranżowaną martwą naturą, skrzypce w tej samej pozycji jak u Lutnisty. Postać jest uchwycona w specyficznej pozie i wydaje się, że on nas przyłapał na podglądaniu go. Oto mamy młodzieńca w modnie rozcinanej koszuli, nonszalancko siedzącego na krześle, w jednej ręce trzymającego tamburyno, w drugiej monetę, jakby miał ją podrzucić i chciał się nas spytać orzeł czy reszka. W ustach ma mały okrągły gwizdek, piórko na kapeluszu zawadiacko zwisa za oparciem. Na stole skrzypce, pudełka, teleskop, zwoje, książki w bardzo artystycznie zaaranżowanym nieładzie. Jest tu uchwycony moment w czasie i przestrzeni, chwila jak kadr z filmu, coś się działo przed i zaraz coś się stanie, może moneta zawiruje w powietrzu?

Autorem miał być Velazquey, potem przypisywano go do Caravaggio, ale ostatecznie ustalono, że jest to dzieło Cecca, który był bliskim przyjacielem, współlokatorem w Rzymie, a także modelem dla Caravaggio, może nawet jego uczniem, choć nie miał on zwyczaju dzielić się wiedzą i ideami.

Na tej wystawie można zobaczyć dwa wielkie dzieła malarza wykonane na zamówienie Ciraco Mattei.

Pierwszy z nich to „The Supper at Emmaus” z 1601 roku (Wieczerza w Emmaus). © The National Galery w Lodynie


Caravaggio sięgnął do ewangelii według Łukasza i opowiada nam wydarzenie, gdy dwaj uczniowie Jezusa, Łukasz i Kleofas spotkali go w drodze z Jeruzalem do Emmaus. Nie poznali go, ale zaprosili obcego podróżnika na kolację w gospodzie, a  gdy on pobłogosławił jedzenie doznali olśnienia i rozpoznali w nim swojego nauczyciela. Tutaj mamy właśnie ten moment i kusi mnie, aby powiedzieć przepięknie wyreżyserowany. Caravaggio był dla mnie jak reżyser i scenograf teatralny, jego sztuka to poezja i dramat na płótnie. Oto mamy stół w gospodzie zastawiony jedzeniem: mięsiwo, owoce, wino, chleb, jeden kosz z owocami stoi na krawędzi, mamy niemalże ochotę popchnąć go głębiej na stół. Spójrzcie na owoce w tym koszu, mają one jakieś plamy, jeden trochę jakby zaczynał się psuć, a winogrona błyszczą pełne soku. Czy jest to metafora o życiu, że nie zawsze jest pięknie, czy po prostu ukazanie rzeczywistości - bo jabłka mają plamki, owoce jak za długo leżą, to zaczynają się psuć – ot wielka filozofia, każdy ogrodnik i każda gospodyni domowa to wie. Czy Caravaggio tutaj pokazuje nam rzeczywistość bez retuszu i bez tego tak popularnego w naszych czasach Photoshopa?

Drugi aspekt jego stylu to ruch i emocje. Oto tu mamy ruch błogosławienia posiłku wykonany przez Jezusa i błysk olśnienia w zachowaniu obu uczniów. Jeden z nich rozłożył (Kleofas - ten z muszelką) ręce w takim geście, jakby właśnie miał zakrzyczeć „Jezus Maria!!!” w geście zdziwienia, ale i powitania. Drugi, ten z dziurą na łokciu (Łukasz),  podniósł brwi i zrywa się z krzesła, ale zdążył tylko lekko wesprzeć się na oparciu, nawet nie jestem pewna, czy uniósł już ciało. Przyjrzyjcie się jego ubraniu, nie chodzi mi o dziurę na rękawie ( to normalne u biednego wędrowca), ale to naciągnięcie materiału na ciele, gdy mięśnie pod nim pracują.  Gospodarz za to stoi i wydaje się być nieświadomy wiekopomnego wydarzenia, tak jakby czekał, czy jeszcze coś zamówią, czy już może iść.

Obraz ten był krytykowany za ukazanie Jezusa bez brody, za to, że owoce były nie tego sezonu co trzeba, no bo to wiosna przecież ma być, a tu np. jabłka. Może dlatego takie plamiste, bo te ładne już wcześniej zjedzone, a to drugie tak długo leżało i czekało na klienta, że już trochę przejrzało. Czepiali się po prostu złośliwie z zazdrości.

Drugi obraz to „ The Taking of Christ” 1602 ( Pojmanie Chrystusa) © National Gallery of Ireland


W styczniu 1603 roku Caravaggio otrzymał 125 skudów od Ciriaco Mattei, za obraz z ramą przedstawiający Chrystusa aresztowanego w ogrodzie, to był ostatni z trzech obrazów wykonanych na zlecenie tego mecenasa w tym okresie. Obraz ten był w rodzinie Mattei do XIX wieku, kiedy kupił go William Hamilton Nesbit i zabrał do Szkocji pod nazwiskiem innego malarza Gerrita van Honthorsta. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach odkryto, że jest to ten zaginiony obraz znany z kopi i opisów, co potwierdziły dokumenty archiwalne rodziny Mettei. Tak sobie wisiał na ścianie pod innym nazwiskiem i czekał, aż ktoś zada sobie pytanie i trochę trudu.

Temat ten był popularny w sztuce, powstało wiele obrazów przedstawiających to wydarzenie, opisane we wszystkich czterech ewangeliach. Jezus szedł z Góry Oliwnej i został pojmany w Ogrójcu przez żołnierzy Rzymskich. Obraz jest zatłoczony, postacie wydają się być wciśnięte we framugę, a św. Jan, tu w zielonej szacie, uciekając  nie mieści się po prostu w kadrze. Malarz  przytłacza nas postaciami, daje poczucie chaosu i klaustrofobiczności całej tej sytuacji. Jakby chciał nam pokazać, jak musi się czuć osaczony człowiek. Judasz właśnie złożył na policzku Jezusa zdradziecki pocałunek i okuci w XVI zbroje żołnierze rzucili się na Mesjasza. Jan umyka w popłochu, ale ręce trzymające jego czerwony płaszcz za chwilę go zapewne szarpną do tyłu. Cały obraz wydaje się pochylać w lewą stronę, za ruchem wykonywanym przez aresztujących żołnierzy. Znów mam wrażenie, że jest to stopklatka i za chwilę wszyscy runą na ziemię. Twarz Jezusa jest spokojna, zaakceptował już swój los, ale jego ręce wydają się oddawać emocje obserwatora -  niepokój i smutek. Jeżeli spojrzymy na prawy górny róg, na postać bez hełmu trzymającą latarnię, to mamy tu autoportret samego artysty. Caravaggio jest świadkiem tego wydarzenia i wpatruje się mocno, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, a nam wydaje się, że słyszymy tupot nóg i brzęk oręża. Niemalże chcemy interweniować – nie można stać przed tymi obrazami bez emocji, przynajmniej ja nie umiem.

Kolejny obraz który mnie poruszył i nie dał spokojnie obejrzeć innych prac w jednym z pomieszczeń to „Christ displaying his Wound” (około 1625-35) Giovanni Antonio Galli, znany jako Lo Spadarino  © Perth Musuem and Art. Gallery.

Temat Jezusa pokazującego rany niewiernemu Tomaszowi to kolejny popularny fragment ewangelii, wielokrotnie ukazywany także przez Caravaggio. Ten obraz w moim odczuciu zdominował całe pomieszczenie, nie wiem, czy taki był zamysł kuratorów, gdy układali wystawę. Giovani mnie po prostu tym obrazem oczarował, jest to tak inne podejście do tematu, że nie można obok niego przejść obojętnie. Inspiracją do tego obrazu była terakotowa płaskorzeźba umieszczona nad drzwiami wejściowymi do szpitala św. Marii Nuova we Florencji.  Caravaggio i inni jemu podobni artyści wywoływali w widzu emocje malując scenę w taki sposób, że albo czuliśmy się podglądającymi intruzami , albo bezsilnymi światkami wydarzenia. Lo Spadarino prowadzi z nami dialog, jego obraz do nas przemawia i to nie przez symbolizm itp., ale w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ciemne tło, światło na postaci lub jeżeli ktoś woli bijące od postaci, biel szaty otulającej dolną połowę ciała i samo ciało, i jego różne barwy. Mamy tu zmartwychwstałego Chrystusa, rany już nie krwawią, ale są świeże, część ciała jest jakby szarawa, jeszcze obumarła. Postać wydaje się do nas pochylać, zmarszczone czoło sugeruje słuchanie i jednoczesne zdziwienie, a uchylone usta wydają się do nas szeptać. „Tak to ja” „ Jak to, nie poznajesz mnie?” „Tak umarłem, ale jestem tu teraz” i w końcu „Patrz to są moje rany”. Jest to przepiękny obraz, nie mogłam od niego oderwać oczu.

Kolejny obraz, na który zwrócę waszą uwagę, to „Saint Onuphrius” z 1630? (św. Onufry) autorstwa Jusepe de Ribera © The National Gallery of Ireland.


Św. Onufry żył w IV wieku i był pustelnikiem, który porzucił życie na dworze królewskim swojego ojca i oddał się medytacji, żywił się chlebem przeniesionym przez anioła i nosił tylko opaskę uplecioną z liści, dlatego był też patronem tkaczy. Jusepe namalował tego świętego kilka razy, specjalizował się on bowiem w malowaniu świętych w podeszłym wieku, starych zgrzybiałych, powykręcanyc, pomarszczonych z obwisłą skórą. Wpływ Caravaggia w jego sztuce to oczywiście naturalizm, ukazanie niezbyt miłego dla oka oblicza starości; czarne tło z postacią oświetloną lub emanującą światłem, kontrast między postacią a tłem, teatralność. Jego własny wkład to użycie farby olejnej, niemalże jako pasty olejnej (technika impasto) . Nakładał jej tak dużo, że praktycznie rzeźbił w jej warstwach, tak że powstawały dodatkowe mini cienie nadające obrazowi niesamowity efekt realności. Może lepiej przejść obok tego obrazu na paluszkach, żeby nie przeszkadzać w modlitwie.


„A Concert with Three Figurres” 1615-16 Valentin de Bulogne © The Devonshire Collection, Chatsworth

Kolejny artysta, który często był mylony z Caravaggiem, albo opisywany jako imitator Caravaggia, co jest trochę niesprawiedliwe. Artyści szukają w dziełach innych inspiracji, tak jak kompozytorzy piszą wariacje na różne tematy, także utworów innych kompozytorów. Tematy muzyczne były bardzo popularne, muzykowanie było jedną z form spędzania wolnego czasu, podobnie jak gry hazardowe – obrazy Caravaggio „Musicians” (Muzykanci) czy „Cardsharps” (Grający w karty). To, że te same motywy, to nie znaczy, że od razu imitator, podobnie jak fakt, że malował on prosto z życia, używając modeli. Przebywał w Rzymie na początku XVII wieku, widział dzieła Caravaggio i innych artystów, był ich pracami zainspirowany. Jest to też scena rodzajowa - oto mamy trzech młodzieńców, może w tawernie, bawiących się na całego. Dwóch gra na instrumentach, jeden zdecydowanie śpiewa na całe gardło, a my ich na tym przyłapaliśmy. Może jest to świętowanie jakiegoś wydarzenia, bo śpiewający młodzieniec wydaje się wznosić kielich, w sumie w bardzo dziwny sposób. Chyba już sobie nieźle popili , ten gąsiorek w rogu już jest pewnie pusty. Ciasna kompozycja, postacie prawie dotykają krawędzi obrazu - to też takie w stylu Caravaggio.

Caravaggio miał szczególne podejście do światła, było ono ważnym elementem jego kompozycji, nadawało dramatyzmu, ale nie pokazywał on nam źródła tego światła, było ono zazwyczaj za obrazem, za naszym polem widzenia lub to postać zdawała się emanować światłem.


Hendric ter Brugghen „The Concert” 1626, (Koncert) © The National Gallery London.

Ten obraz też jest porównywany do wyżej wspomnianych obrazów Caravaggio, ale tu mamy inne podejście do światła. Są tu dwa widoczne źródła: jedno w tle - to mała wisząca lampa na ścianie i drugie na przedzie obrazu - to świeca podkreślająca białe elementy odzieży i rzucający cienie na ściany. Podobnie jak w „Muzykantach” mamy tu egzotyczne elementy stroju - turbanopodobne nakrycie głowy kobiety. Dwie postacie odwracają się niby do nas, ale zbyt są zajęte muzykowaniem, aby zwrócić na nas uwagę. Chłopiec w tle wydaje się śpiewać i dyrygować nieprzejęty naszą obecnością. Mamy tu trzy elementy muzykalności głos, struny (kobieta chyba gra na lutni) i flet. Obaj malarze umieszczają winogrona - symbol Bacchusa, boga wina i biesiadowania. Mówi się, że muzyka i wino mogą człowieka podnieść na duchu. Ter Brugghen, w odróżnieniu od erotyzmu w obrazie „Muzykanci” Caravaggiao, raczej skupia się na przekazie o generalnej harmonii –muzyczna alegoria.


Willem van der Vliet „A Philosopher and his Pupils” 1620 (Filozof i jego uczniowie)  © National Trust for Scotland.

Ten flamandzki malarz był dobrze sytuowanym portrecistą, a ten obraz jest jego próbą pokazania, że też inspirował i intrygował go snujący się po Europie caravaggionizm. Mamy tu klasyczne przejawy tego nurtu, ciasna kompozycja, kontrasty, gra światła i cieni, z dodatkiem północnoeuropejskim - obecnym źródłem światła, choć jest ono przysłonione ręką jednego z uczniów. Ta futrzana czapa i broda nauczyciela są niesamowite, wydaje się, że jak zrobimy przeciąg, to zaraz sobie one pofalują. Obserwujemy tu scenę lekcji lub egzaminu, bo ten dzieciak po prawej stronie kurczowo ściska jakąś księgę, jakby chciał coś z niej wycisnąć, a mistrz wydaje się mu wyliczać lub pomagać, przypominając pierwszą zasadę lub punkt. Jest to fantastyczna scenka rodzajowa, ale nie budzi ona w nas takich emocji, nie szarpie za duszę. Choć zachwyca nas warsztat tego malarza, szczegóły, literki w otwartej księdze naprawdę podoba mi się ten obraz,  ale … no właśnie jest jakieś „ale”.


Podobnie jest z obrazem „The Cheat with the Ace of Clubs” 1630-4 (Oszust z Asem Treflowym) Georges de La Tour © Kimbell Art. Museum Texas

Jest to tak inny obraz i rzuca się to w oczy, choć mamy tu znów swego rodzaju tłok, postacie znów są wciśnięte we framugę – choć zaczynam myśleć, że jest to raczej uwarunkowane cenami płócien do malowania, a nie efekt kompozycyjny, bo na tak wielu obrazach to widzimy, albo może tak je przycinali przy oprawianiu w ramki. Temat znów znajomy: gry hazardowe, postacie odcinają się od ciemnego tła, jedna z postaci odwraca się do nas jako, że my ją przyłapaliśmy na próbie oszustwa, bo ma Asa za pasem. Panna w czerwonej czapce z piórkami porozumiewawczo patrzy na służącą nalewającą kielich wina i wskazuje na oszusta – dla niego więcej wina – czyżby był plan, co by go upić i ograć. A może ofiarą jest ta niewinnie wyglądająca osóbka po prawej. Ta służąca znów w taki dziwny sposób trzyma ten kielich. Tak by mogło to być, ale jest to obraz bardzo dwuwymiarowy, wiem obrazy są dwuwymiarowe, ale u Caravaggio i wielu jego naśladowców mamy osiągniętą swego rodzaju trójwymiarowość, a tu tej głębi mi brakuje. Te postacie są płaskie, i takie ładne, że aż sztuczne. Ten i drugi jego obraz na wystawie „Dice Players” (gracze w kości) kojarzy mi się z ilustracjami z jednej z moich książek - jakiegoś zbioru bajek.

Ten styl prawdziwego oddania natury to coś, do czego nawet nam współczesnym byłoby się trudno przekonać. Może dlatego Caravaggionizm odszedł w zapomnienie na parę stuleci.   Dlaczego? Spójrzmy na naszą rzeczywistość - ciągle poprawiamy naturę, od zwykłego porannego makijażu po operacje plastyczne. Magazyny dla kobiet są pełne retuszowanych zdjęć, narzucających nam jak mamy wyglądać. Aktorki i gwiazdy są piętnowane za małe uchybienia w akceptowalnym pięknie. Chodząc po supermarkecie wybieramy to, co jest uważane za piękne, okrągłe błyszczące jabłka, proste marchewki itd. To nie jest natura, to podróbka.

Dlatego uważamy Caravaggio za geniusza, bo pokazywał świat taki jakim jest, bo nie bał się niedoskonałości, bo chciał nam coś w obrazach przekazać, widział piękno w naszych różnorodności i ułomnościach. Jest geniuszem bo potrafił uchwycić chwilę i utrwalić ją na płótnie, bo inni artyści patrzyli na jego dzieła i czerpali z nich inspiracje to tego stopnia, że ich wysiłki były uważane za wyniki jego pracy. Caravaggio swoim podejściem do malowania wywalał lawinę w sztuce Europejskiej, dlatego wystawa nazywa się „Beyond Caravaggio”, bo ukazuje nam świat artystyczny pod jego wpływem. Zachęcam do wypadu na tę wystawę.

Wystawa będzie w Galerii Narodowej w Londynie do 15 stycznia 2017 roku.

Godziny otwarcia 10-18 ostatnie wejście 17:15 w piątki do godziny 21 ostatnie wejście o 19:15 – ale od razu mówię 45 minut to za mało na tę wystawę. Zarezerwujcie sobie co najmniej 2 godziny.

Ceny: bilety są na konkretną godzinę wejścia na wystawę.

Dorośli - £16 z darowizną a £14 bez darowizny

Seniorzy - £14 z darowizną a £12 bez darowizny

Studenci z legitymacją, dzieci od 12 do 18 lat -  £8 z darowizną £7 bez darowizny.

Galeria zaleca rezerwacje przez Internet lub telefonicznie, ponieważ wystawa jest bardzo popularna.

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi Galerii Narodowej w Londynie.

niedziela, 20 listopada 2016

 

Witam ponownie,  po długiej przerwie wracam do pisania. Na pierwszy ogień idzie relacja z wystawy w Muzeum Brytyjskim „Sunken cities Egypt’s lost worlds”, czyli zatopione miasta utraconego egipskiego świata. Wystawa ta jest podsumowaniem prawie 20 lat pracy zespołu archeologicznego pod kierownictwem F.Giddio, pracującego w wodach zatoki Abukir u wybrzeży Egiptu. Prace na tym terenie, pogrążonym w wodzie od 1200 lat, zaczęły się w 1999 roku. Odkryto ruiny świątyń, budynków,  portu, 69 wraków jednostek pływających, monumentów i posągów oraz tysiące zabytków ruchomych jak biżuteria i ceramika. Dzięki tym nowym odkryciom jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć i prześledzić dzieje i wzajemne relacje dwóch wielkich antycznych cywilizacji śródziemnomorskich: Egiptu i Grecji - od pierwszych osadników zakładających osady handlowo – religijne w  Thonis – Heracleion,  Naukratis i Canopus , potem podbój przez Aleksandra Wielkiego, władanie Ptolemeuszów, do podboju przez Rzym. Przez ten czas osadnicy greccy i rdzenni Egipcjanie żyli w tych osadach, dzieląc polityczne idee, panujący „Greccy królowie” przyjmowali regalia faraonów, zwykli obywatele czcili swoich bogów w świątyniach obok siebie, zacieśniały i mieszały się języki i kultury.

Głównymi bohaterami wystawy są już wspomniane podwodne miasta Thonis-Heracleion i Canopus - miasta pomosty kulturowe, których bogactwo i rozwój napędzane były przepływem ludzi, dóbr i idei. Było to uwarunkowane dogodnym położeniem na tzw. kanoposkiej odnodze Nilu, dostępem do morza i przez rzekę do reszty kraju, bardzo dogodne położenie dla przedstawicielstwa handlowego. Teren ten był taką granicą miedzy lądem a morzem, pełnym jeziorek, wysepek, wydm, wielkim rozlewiskiem. Niestety to było też powodem zniknięcia tych miast z powierzchni ziemi, jako że teren ten nie był zbyt stabilny i w końcu zamulone kanały w połączeniu z innymi katastroficznymi wydarzeniami, ( być może trzęsienie ziemi czy fala tsunami) spowodowały, że osady zaczęły „tonąć”  i zostały  opuszczone. Nowe odkrycia z tych wykopalisk podwodnych pozwoliły naukowcom na lepsze zrozumienie kontaktów, wzajemnych wpływów i przenikania się  tych obu kultur.

W starożytności kanoposka odnoga Nilu biegła 30 km na wschód od miasta Aleksandria. Ten region był znany w starożytności jako miejsce spotkania się kultur greckiej i egipskiej i nawet obrósł on w legendę, jako miejsce gdzie Herakles postawił swoje pierwsze kroki na ziemi egipskiej. Według innej legendy, gdy statki Parysa z porwaną Heleną zostały zepchnięte z kursu, to schronili się oni w świątyni Heraklesa w osadzie przy odnodze Nilu. Sama nazwa miasta Canopus miała pochodzić od imienia pilota (Canobos)  we flocie Menelaosa, który to zmarł w tym miejscu. Dekret z Canopus wspomina o mieście Heracleion leżącym w rejonie Canopos, w którym to czczono boga Amuna-Gareb obok Heraklesa, od imienia którego miasto zostało nazwane. Strabo też pisał o osadach na wschodzie od miasta Aleksandria. Mahmud Bey el-Falaki astronom wicekróla Egiptu nakreślił w 1866 mapę tego regionu wyznaczając hipotetyczny bieg odnogi Nilu, wybrzeża i lokalizacji miasta Canopus. Późniejsi badacze posługiwali się zarówno starożytnymi tekstami jak i jego mapami w poszukiwaniu zaginionych osad. W latach 30tych ubiegłego wieku szukano ich z powietrza, ale kluczowych informacji dostarczyli miejscowi rybacy. Poszukiwania zostały zawieszone na dziesięciolecia i dopiera pod koniec ubiegłego wieku przy wykorzystaniu najnowszych technologii (sonary, magnetometry - rezonanse magnetyczne itp. cuda techniki)  zostały wznowione i przyniosły niespodziewane rezultaty, a to jest dopiero początek.

Canopus – odkryto min. stanowisko archeologiczne o długości 150 metrów pełne kolumn z czerwonego granitu, budynków z piaskowca, z którego wydobyto drobne zabytki z okresu bizantyjskiego (AD 330-641): biżuterię, krzyże, monety i pieczęcie.  Wskazuje to na funkcjonowanie struktur wczesno- chrześcijańskich na terenie byłej świątyni pogańskiej. Obok tego kompleksu, pod 2 metrami piasku odkryto świetnie zachowane fundamenty świątyni egipskiej nad kanałem. Mury świątyni rozciągały się na 103 metry – musiał to być ważny obiekt sakralny, na razie największy w tym regionie. Między kompleksami odkryto składowisko posągów m.in.  głowy faraonów, fragmenty sfinksów, głowa boga Serapis z okresu Ptolemeuszów  ( 323-31 BC) – rozmiary głowy sugerują że cały posąg mógł mieć 4 metry wysokości, obok leżały także rzymskie popiersie personifikujące rzekę Nil (Neilos), urny kanopskie itd.  

Thonis-Heracleion wspomniane zostało w Dekrecie z Canopus z 238 BC. Kiedyś uważano, że były to dwa miejsca. Obecnie naukowcy skłaniają się do hipotezy, że było to jedno miasto ze świątynią boga Amun-Gereb, a nie dwa ośrodki. W 2001 roku na wschód od Canopus odkryto miasto portowe leżące na brzegu odnogi Nilu. Stanowisko rozprzestrzenia się na terenie z wieloma wyspami, tzw. Zachodnim Jeziorem i ma  szereg dróg wodnych m.in. Wielkim Kanałem (Grand Canal), Północnym Kanałem (North Canal). Miasto zostało zidentyfikowane dzięki sanktuarium z różowego granitu z inskrypcją deklarującą, że jest to świątynia boga Amun-Gereb i że miasto nazywa się Heracleion.  Odnaleziono także stelę z granodiorytu z dekretem faraona Nectanebo I (380-362 BC), na którym pojawia się egipskie imię miasta, w którym ją ustawiono jako „The-hone-of-Sais” czyli Thonis . Tak rozwiązała się zagadka dwóch miast w różnych źródłach. Tak więc wydaje się, że Grecy nazywali to Heracleion and Egipcjanie Thonis. Jednym z ważniejszych okryć w czasie podwodnych wykopalisk było znalezienie w okolicy sanktuarium Amun–Gereb wielkiego pojemnika z czerwonego granitu tzw. Ogrodowego Zbiornika (Garden Tank),  wykorzystywanego w czasie obrzędów Misterium Ozyrysa. Znaleziono także 5 metrowe posągi króla, królowej i Hapy (Hapi) - bóstwa żyzności obfitości i wylewającego Nilu. W Wielkim Kanale przy świątyni znaleziono mnóstwo zabytków, co sugeruje, że były one tam złożone w celach rytualnych. Znaleziono tu m.in., wykonane z brązu rytualne chochle, ołowiane modele łodzi powiązane z obrzędem Misterium Ozyrysa.


Najnowsze odkrycia wydają się potwierdzać opinię historyka greckiego Diodorusa, który stwierdził że Thonis- Heracleion był głównym Egipskim portem handlowym (emporion) na Morzu Śródziemnym. Kontrolował on ruch do oddalonego o 77 km portu Naukratis wgłębi lądu. Miasto to istniało już co najmniej  od VII wieku BC, okres świetności przechodziło w V-IV wieku BC, z tego okresu pochodzi tzw. Dekret of Sais regulujący opłaty celne. Na dnie basenu portowego odkryto 750 antycznych kotwic oraz 69 wraków jednostek pływających. Thonis-Heracleion był portem tranzytowym (przeładunkowym), tu przypływały statki z dobrami, gdy uiszczone zostały opłaty celne, ( a także opłaceni zaufani ludzie) towary były kierowane do Naukratis,  przeładowywane na barki do transportu rzecznego. Wielki Kanał i Zachodnie Jezioro łączyły Thonis-Heracleion z Canopus – był to wielki kompleks portowy. (Trójmiasto?). Można powiedzieć, że region ten to bo było Egipskie okno na świat,  nie tylko importowane towary wpływały w nurt rzeki, ale i dobra egipskie spływały z głębi kraju i odpływały w siną dal.

Główne greckie towary handlowe to wino i oliwa, a egipskie to zboże, ałunit (alum) używany w farbiarstwie do utrwalania barwników, natron (soda rodzima, soda naturalna), a także papirus, perfumy i amulety.

Miasta prosperowały na tym układzie handlowym, ale to się skończyło około II wieku BC. Jakaś katastrofa spowodowała, że główna świątynia uległa zniszczeniu i miasto zostało w większości opuszczone. Małe grupki mieszkańców pozostały, m.in. na głównej wyspie zamieszkiwano do VIII AD.  Odkryto tu zabytki bizantyjskie, a jedna ze świątyń została przekształcona w chrześcijańskie centrum religijne.

Nawarstwienie się procesów geologiczno-hydrologicznych, zwłaszcza wspieranych przez aktywność sejsmiczną spowodowało, że teren ten zaczął „tonąć”, był to proces powolny i nieunikniony. Dodatkowo w ciągu ostatnich 2000 lat poziom wody w tym rejonie wzrósł o 1-1.5 metra. Większość obecnych ruin znajduje się na głębokości około 7 metrów. Przyczynił się do tego także proces upłynniania gruntu (soil liquefaction), zostało to odkryte dzięki NMR (magnetometrowi) i to m.in. była przyczyna zniszczenia świątyni boga Amon-Gereb w II wieku BC. Takie procesy musiały być przerażające dla mieszkającej tam ludności.

Zachowały się ruiny, posągi, wyroby metalowe itp. , czego nam brakuje to domostwa zwykłej ludności, te zbudowane z cegieł wykonanych z mułu woda zniszczyła doszczętnie. Jednak zabytki które udało się z dna zatoki wydobyć zachwycają, rzucają nowe światło na życie i zwyczaje zamieszkującej te miasta społeczności. Praca pod wodą nie jest prosta, zabiera więcej czasu i wymaga wyszkolonej załogi archeologicznej. Nie jest łatwo te przedmioty wydobyć, nie wszystko się da, konserwacja zajmuje więcej czasu, podobnie jak datowanie i przypisanie zabytków danym fazom w rozwoju kulturowym. Trzeba wybrać ciekawe, intrygujące przedmioty na taką wystawę, eksponaty które wydadzą się znajome, coś już o nich ludzie mogli słyszeć, przekazujące jakąś historię, pobudzą naszą wyobraźnię, można też przemycić coś nowego, przypisać znane nam pojęcia i idee do odległych czasów – bo ludzkie odruchy i emocje są bardzo podobne. Wystawa jest udana, ciekawa pokazuje po raz kolejny że kultury się przenikają, wymiana idei, produktów, przynosi dobrobyt każdej stronie. Chodząc po wystawie słyszy się komentarze, jak oni to robili, te rzeźby to całkiem, całkiem … itp.

Przy wejściu na wystawę jest film na wielkim ekranie przybliżający nam w skrócie położenie i historię tego rejonu, animacje komputerowe pokazują znane z badań losy tych miast, budowle itd. Fragmenty filmów z wykopalisk, zdjęcia przemykają się przez wystawę, podobnie z podkładem muzycznym, takim uspakajającym motywem wodnym, szumiące fale czy coś w tym rodzaju. Na wystawie zgromadzono 217 przedmiotów od drobnych amuletów po olbrzymie posągi o wysokości 5.4 m.

Napiszę parę słów o kilku zabytkach, choć trudno się zdecydować na wybranie tylko kilku.

Hapi (Hapy) posąg bóstwa żyzności, tu jest to olbrzymi posąg górujący na wystawie, 5.4 metry wysokości, wykonany z czerwonego granitu, znaleziony w wodach zatoki na terenie zatopionego miasta Thonis-Heracleion, datowany na IV-III BC. Jest to typowa figurka bóstwa obfitości, jest to figurka męska, wskazuje na to trzyczęściowa peruka na głowie, niesie on przed sobą tacę ofiarną i uosabia wylewający, użyźniający pola Nil. Została ona znaleziona połamana, w 7 częściach i co jest ciekawe była ona naprawiana po jakichś uszkodzeniach, może po pierwszym wypadku upłynniania gruntu. Wygląda na to że przewróciła się na prawą stronę, a zniszczenia zostały zaretuszowane. Figurki takie nie były bóstwami a raczej reprezentantami, pomostem między ludźmi, królem a światem boskim, donosiły one dary od króla dla bogów, co miało zapewnić dobrobyt całemu krajowi.


W 1899 odkryto w Naukratis stelę z dekretem faraona Nectanabo I (380-362 BC) regulującym opodatkowanie  handlu przepływającego przez Thonis-Heracleion i Naukratis. Znaleziono ją w sanktuarium boga Amun-Ra Baded , a teraz, w tym stuleciu, drugą na terenie świątyni boga Amun-Gereb, w zatopionym Thonis-Heracleion. Stelle są prawie identyczne i bardzo dobrze zachowane, robią one wrażenie, wykonane z granodiorytu o barwie czarno-szarej i wysokości prawie 2 metrów.

Dekret ten stwierdza, że jedna dziesiąta złota, srebra, drewna i przetworzonego drewna, oraz wszystkich rzeczy przybywających drogą morską do miasta Hone ma wpłynąć do królewskiego skarbca.  Podobne stawki pobierane w mieście Keredj ( Naukratis),  także na dobrach eksportowanych, mają zostać ofiarowane świątyni Neith w ówczesnej stolicy państwa Sais. Dodatkowo jest tu określone że ta stela ma zostać ustawiona u ujścia rzeki do morza w mieście zwanym The-hone-of-Sais, stąd mamy egipskie imię tego miejsca Thonis


Wśród znalezisk dużo było małych sarkofagów wykonanych z piaskowca, zwłaszcza spore ich nagromadzenie odnotowano w okolicach świątyni Khonsu-Thoth (bóg zemsty i uleczania oraz bóg sprawiedliwości) czczonego w Naukratis. Prawdopodobnie zawierały one mumie ptaków (sokołów i ibisów), które były świętymi ptakami tych bóstw, a często bóstwa te były przedstawiane w formie ptaków. Ciekawostką jest, że niektóre mumie były starożytnymi oszustwami, nie było tam zwierzątka, jego kości, piór, czy jajek, ale była to paczuszka z błota owinięta bandażem.

Najważniejszym czczonym zwierzęciem w Egipcie był byk Apis, kult ten wywodził się z Memphis. Starożytni historycy informują nas, że kapłani bardzo uważnie wybierali byka ze względu na znak na jego ciele; miał on być czarny, z białą czworokątną łatką na czole, z wyobrażeniem orła na plecach, rozdwojonym ogonem i ze skarabeuszem pod językiem. Zwierzę to z jednej strony uosobienie boga Ptah na ziemi, a z drugiej było także blisko związane z kultem żyjącego króla. Gdy ten wybrany byk kończył swój ziemski żywot, wyprawiano mu pogrzeb, a cały kraj pogrążał się w żałobie. Były one mumifikowane, a całe cmentarzysko odkryto w Saqqara w Memphis. Kiedy znaleziono jego następcę cały kraj się radował. Apis był bardzo popularny, jako że miał dużo mocy mógł m.in. interpretować sny i przepowiadać przyszłość, prorokować, udzielać rad. Nic więc dziwnego, że do jego świątyni w Memphis ciągnęły tłumy pielgrzymów.


Posąg na wystawie nie jest co prawda z tych wykopalisk, ale po raz pierwszy jest pokazywany w Wielkiej Brytanii. Jest to byk w całej okazałości, naturalnych rozmiarach (wysokość 1.9m długość 2 m.), z koroną z tarczy słonecznej zdobionej uraeus (świętą kobrą), jest to bardzo realistyczna rzeźba, pod skórą prężą się mięśnie, fałdy skóry pod głową na szyi czy loczki na głowi. Na słupku wspierającym byka jest grecka inskrypcja stwierdzająca, że wykonano ją na okoliczność wizyty cesarza Hadrian w Egipcie w 130 AD. Greccy faraonowie przyjęli kult Apisa i rozpowszechnili go w delcie Nilu, ale dali mu też ludzką formę Serapisa. Gdy Hadrian odwiedził Egipt także popierał kult Apisa i nakazał odbudować sanktuarium Serapeum w Aleksandrii. Ten posąg pochodzi z tego Serapeum.

Panowanie Ptolemeuszów to dwa olbrzymie ( 5 metrowe) posągi króla i królowej wykonane z czerwonego granitu, które stały przed świątynią Amun-Gereba w Thonis-Heracleion i pilnowały tego miejsca i wiernych przekraczających jej progi. Dynastia ta stara się ukazać siebie na modłę Egipską, pozy, stroje i regalia według tradycji Egipskich. Król ma tylko tunikę na sobie oraz podwójną koronę pschent – symbol unifikacji dwóch części Dolnego i Górnego Egiptu, z uraeus (świętą kobrą) na przodzie tej korony.  W prawej dłoni ściska on cylinder, w którym zapewne miał być spis inwentaryzujący Egipt (mekes), jest to podkreślenie legalności jego władzy – odebranej Persom. Królowa jest of parę centymetrów niższa i trochę bardziej zniszczona, brakuje jej min., prawej ręki, ramienia i lewego kolana. Na głowie ma koronę Hathor i Isis ( krowie rogi, tarcza słoneczna i pióra), korona ta została wykonana osobno. Inne elementy stroju to peruka z drobnych warkoczyków, i suknia plisowana z bardzo delikatnego materiału. Te posągi teraz robią wrażenie, a co dopiero gdy stały u wrót przepięknej świątyni.  

Sztuka egipska wydaje się być raczej „toporna”, daleko jej do wyrafinowania greckich rzeźbiarzy, ale eksponaty na tej wystawie przeczą tej opinii. Zachwyciło nas kilka posągów, były po prostu urzekające, a ich piękno i niezwykłość to efekt kontaktów i przenikania się stylów, technik i idei artystycznych. Oto posąg Arsinoe II córki Ptolomeusza I. Została ona wydana za mąż za Lusimachosa władającego Tracją, który był wojennym towarzyszem samego Aleksandra Wielkiego. Miał on wtedy 60 lat i chyba nieźle się trzymał, bo zginął 20 lat później w bitwie z innym byłym generałem wielkiego wodza. Wtedy Arsinoe poślubiła przyrodniego brata Ptolomeusza Keraunosa, ale to miało tragiczny koniec, jej dwóch synów zginęło po jej nieudanym spisku przeciw mężowi. Uciekła wtedy do Aleksandrii i tam poślubiła swojego brata Ptolomeusza II Philadelphosa, pozbywszy się przedtem jego pierwszej żony, swojej imienniczki, a córki jej pierwszego męża. (Takie to pokręcone, że nawet  scenarzysta oper mydlanych by się tu nie połapał).

Na tym nie skończyła się jej kariera intrygantki - podburzała męża do wojny z Seleucydami oraz przeciwko bratu Argajosowi. Niezłe z niej było ziółko, a Ptolomeusz był chyba w niej zakochany po uszy lub kompletnie zaślepiony, bo po jej śmierci wyniósł ją na ołtarze. W 270 BC wydał dekret w tej sprawie ( Dekret z Mendes), nakazując, aby każda świątynia w Egipcie miała posąg boskiej Arsinoe. Ta rzeźba na wystawie jest z Serapeum w Canopus i choć nie ma głowy, to jeżeli artysta oddał nam to co widział, to była to naprawdę zachwycająca kobieta. Posąg jest bardzo zmysłowy, jeżeli można tak powiedzieć, oto mamy kobietę o kształtach Afrodyty w szacie z materiału tak delikatnego, że jest on przezroczysty i możemy podziwiać wdzięki tej bogini. Powiedzmy szczerze, że obecni kreatorzy mody niczego nowego nie wymyślili, jeżeli chcieli gwiazdy ubrać w długie suknie, ale  tak, aby jak najwięcej pokazać. Posąg został wykonany w czarnym granodiorycie, poza jest tradycyjna - jedna noga do przodu, druga służy jako filar (jak przy wielkich posągach króla i królowej i Hapi), ale wypolerowanie materiału i długa upięta szata nadaje tej postaci dynamizmu i nie wiem kogo bardziej podziwiamy tę kobietę o ciele Afrodyty, czy artystę który wyczarował to cudo z kamienia.

Mit o Ozyrysie -  bóg i mityczny król, nauczył ludzi uprawy ziemi, objawił prawo, pouczył jak czcić bogów, jednym słowem przyniósł cywilizację do Egiptu. Miał zazdrosnego brata Setha, który zastawił na niego pułapkę i go utopił. Jego siostra-żona znalazła jego ciało, a wtedy Seth pociął je na 14 kawałków i porozrzucał po całym Egipcie. Jego siostra-żona Isis po długiej wędrówce pozbierała wszystkie, oprócz jednego ważnego narządu. Bogini udało się natchnąć w męża-brata życie na tyle długo, że poczęła ich syna Horusa. Horus ma pomścić ojca, ale także zadbać o jego należyty pochówek. Takie podejście do  rzeczy reprezentuje rozumienie obowiązków króla, zapewnienie panowania ładu i prawa oraz obrona kraju przed złem (Seth symbolizuje zło i chaos). Faraonowie budowali świątynie i grobowce zmarłym poprzednikom, dbali o swoich ojców jak Horus. Isis to bogini, której imię można przetłumaczyć „Wielka w maggi”, jest tą która uzdrawia, i przywraca Ozyrysa do życia. Od wczesnego okresu Średniego Królestwa obrzędy tzw. Misterium Ozyrysa to uroczystości bardzo ważne, a detale były tylko dla wtajemniczonych. Kapłani przygotowywali figurki (dwie połówki),  zwane Vegetans, wykonane z ziemi, jęczmienia i wody przynoszonej przez rzekę Nil. Formy były ze złota, podlewano je wodą używając złotych naczyń, aż ziarna zaczynały kiełkować. Kiełkujące ziarna z ciała Ozyrysa symbolizowały regeneracją i odnowę życia. To zapowiadało początek sezonu rolniczego. W głównej świątyni Ozyrysa w Dendera siedzał on na tronie otoczony innymi bóstwami, a przeświecało im 365 lamp. W Thonis-Heracleion pod koniec miesiąca Khoiaka  te figurki vegetans Ozyrysa na małych, papirusowych barkach (długości 67.5cm) wypływały we flotylli na Wielki Kanał. W tym kanale odkryto pomiędzy licznymi barkami jedną wykonaną z drzewa sykomorowego, które było wiązane z kultem Ozyrysa, zwłaszcza jego powrotem do życia. Na wystawie mamy modele takich barek, znaleziono ich bardzo dużo, a wykonane były z ołowiu. Były to dary wotywne, obok znaleziono lampy oliwne wykonane z ołowiu.


To tylko parę elementów tej wystawy, która ukazuje nam niezwykle bogatą mieszankę kulturową, bogate miasto, port, centrum religijne, tygiel kulturowo - narodowo – religijny, a odkryto dopiero 5% zatopionego terenu. Potwierdzają się starożytne źródła, świątynia boga Amun–Gereb została znaleziona, Czy uda się odkryć opisywaną przez Herodota świątynię Heraklesa? Miejsce to kryje jeszcze wiele tajemnic, archeologów czeka wiele pracy … tu zdecydowanie ciąg dalszy nastąpi.

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi Brytyjskiego Muzuem. Wystawa będzie w muzeum do 27 listopada 2016 roku.

Ceny :

Dorośli : £16.50

Studenci : £13

Zapraszam.

niedziela, 20 marca 2016

 Inside the Metropolitan Police’s hidden Crime Museum at Scotland Yard, c.1900 © Museum of London 

O wystawie tej wiedziałam, ale nie była ona wysoko na liście moich planów zwiedzania, jednak po rozmowach z paroma osobami w pracy, które na niej były zaproponowałam mojej drugiej połowie, że tam pójdziemy. Wystawa okazała się bardzo interesująca, dobrze przygotowana i wywarła na nas duże wrażenie. Nie wiedziałam, że coś takiego jak „Crime Museum” istnieje i to było największe odkrycie. Otóż w siedzibie brytyjskiej policji New Scotland Yard mieści się taka niezwykła kolekcja przedmiotów związanych z przestępstwami. Wstęp do muzeum był tylko dla policji i zaproszonych gości i to jest pierwszy raz, gdy przedmioty z tej kolekcji są pokazane szerszej publiczności. Jest tu ograniczenie wiekowe, rekomendowany minimalny wiek zwiedzającego to 12 lat, a przestawione sprawy i zbrodnie pochodzą z lat przed 1975 rokiem z wyjątkiem tych traktujących o terroryzmie. Wystawa pokazuje zmiany i ewolucję policji, sposobów zbierania informacji i prac śledczych, znaczenia nowych odkryć naukowych i opowiada o   nowych wyzwaniach dla współczesnego śledczego i wymiaru sprawiedliwości. Ukazane zbrodnie zostały wybrane bardzo starannie, nie chodziło tu o pokazanie makabreski i horroru, ale o relacjonowanie wydarzeń, wyjaśnienie dochodzenia, użytych metod czy wpływu jaki ta sprawa miała na zmiany prawno-społeczne. Eksponaty ukazane na tej wystawie to nie atrapy czy rekwizyty filmowe, to przedmioty które związane są z konkretnymi przestępstwami, narzędzia zbrodni itd. Trzeba o tym pamiętać, gdy się to wszystko ogląda.

Wystawa przedstawia też historię policji i od paru faktów na ten temat zacznę ten wpis. W 1829 roku został uchwalony Metropolitan Police Act, który był podstawą utworzenia policji w stolicy Wielkiej Brytanii, a konkretnie na obszarze określanym jako metropolia ( z wyjątkiem samego centrum tzw. city of London). Przyjmuje się, że twórcą ówczesnej policji był Home Secretary ( minister spraw wewnętrznych) Robert Peel, od jego imienia pochodzi słynne przezwisko londyńskich policjantów „bobbies”, od skrótu jego imienia Robert – Bobby. Główna kwatera była w budynku nr. 4 przy Whitehall, a główne wejście dla interesantów było na tyłach budynku przy ulicy Great Scotland Yard i wkrótce dostała ona przydomek „Scotland Yard”, którego używa się do dziś.

Po ucieczce mordercy Daniela Gooda i próbie zamachu na królową Wiktorię w  1842 roku utworzono Wydział Śledczy (Detective Branch), miał on 8 Detektywów.

W latach 70-tych XIX wieku utworzony został Prisoners Property Store ( magazyn przedmiotów należących do przestępców), według prawa ich własność miała być teraz przechowywana dopóki nie zażądają jej zwrotu po odbyciu kary. Większość przedmiotów pozostała w magazynach bo właściciele nie zgłosili się po nie, m.in. z tego powodu, że otrzymali wyroki śmierci. W połowie lat 70tych XIX wieku inspektor Percy Neame rozpoczął organizowanie przedmiotów zgromadzonych w magazynach dla celów szkoleniowych i to jemu przypisuje się utworzenie Muzeum Policji.

W 1877 roku w wyniku skandalu korupcyjnego w Detective Branch ( Wydziale Śledzcym) zostaje ten wydział rozwiązany i na jego miejsce utworzono Criminal Investigation Department – CID ( czyli taki Departament do ścigania zbrodni) . 

W 1890 roku policja dostaje nową kwaterę główną, bo w starej już się nie mieścili, nazywa się ona teraz New Scotland Yard i tu też zostało przeniesione Muzeum Policji. W 1901 zostaje utworzone Biuro Odcisków Palców, a rok później Szkoła Detektywów mieszcząca się w budynku nowej kwatery głównej.

Muzeum zawsze fascynowało ludność, a dziennikarze prześcigali się w opisywaniu jego zawartości nadając mu przydomek „Mroczne”, ale wszyscy podkreślali porządek (przedmioty dokładnie opisane) i czystość w muzeum. Od 1894 roku muzeum było otwarte 4 razy w tygodniu przez 2 godziny, a wśród zwiedzających muzeum byli m.in. pisarz Jerome K. Jerome ( ten od zabawnej książki „Trzech panów w łódce – nie licząc psa”), Artur Conan Doyle – tego pana nie muszę przedstawiać, Harry Houdini iluzjonista i specjalista od ucieczek, król Jerzy V, Stan Laurel i Oliver Hardy znani jako Flip i Flap.

Pierwsze dwa pomieszczenia wystawy zostały zainspirowane rysunkami przedstawiającym muzeum na przełomie XIX i XX wieku.

Na półkach pod sufitem mamy tzw. Maski Pośmiertne przestępców straconych w więzieniu w Newgate. Był tu taki zwyczaj, że robiono gipsowe odlewy twarzy skazańca.  W jednej z gablotek jest pistolet z którego Edward Oxford usiłował zastrzelić królową Wiktorię w 1840 roku. Był on oskarżony o zdradę, ale okazało się, że był to osobnik niepełna rozumu. Mamy tu też różne rodzaje kajdanek z XVIII i XIX wieku.

Na ścianach są ilustracje z procesów sądowych wykonane przez rysownika Williama Hartley, z krótkimi opisami spraw sądowych. Niektóre mrożą krew w żyłach, jak dwie kobiety Amelia Sach i Annie Walters, które prowadziły tzw. „farmę dziecięcą”, kobiety mogły tam urodzić w tajemnicy - oczywiście za opłatą, a jeszcze obie baby oferowały zająć się dzieckiem lub znaleźć rodzinę, która za drobną opłatę takie dziecko weźmie. Nie miały one jednak zamiaru tego robić, brały pieniądze, a dzieci truły. Nie wiadomo ile było ofiar zanim odkryto ten zbrodniczy proceder. Zostały one skazane i wyrok wykonano w więzieniu żeńskim Holloway w 1903 roku (więzienie istnieje do dziś). Była to ostatnia podwójna egzekucja kobiet w Wielkiej Brytanii.

13._William_Hartley_Courtroom_illustration_of_Amelia_Sachs_and_Annie_Walters_on_trial_for_baby_farming_1903__Museum_of_London_1

 William Hartley Courtroom illustration of Amelia Sach and Annie Walters on trial for baby farming, 1903 © Museum of London 

Inna sprawa to tzw. Piekarnikowe zabójstwo z St Pancras. W 1898 roku Johann Schneider zabił 19-letniego Conrada Berndta pomocnika w piekarni i włożył jego ciało do piekarnika, a potem zaatakował głównego piekarza.

W 1901 roku Maud Eddington próbowała popełnić samobójstwo i przez przypadek zastrzeliła swojego byłego chłopaka. Sąd nie uznał jej winnej zabójstwa, ale skazał na 15 miesięcy ciężkich robót za próbę popełnienia samobójstwa.

Nie wszystkie sprawy to zabójstwa np. Profesor i Madame Keiro, wróżbici i przepowiadacze przeszłości, zostali uznani za winnych wyłudzania pieniędzy i musieli zapłacić grzywnę, ale ostrzeżono ich też, że w wypadku ponownego aresztowania będzie to więzienie.

Po środku sali jest stół z kartami antropometrycznymi. W 1871 roku uchwalono akt w sprawie zapobiegania przestępstwom i na jego mocy Scotland Yard stworzył centralny zbiór informacji o więźniach skazanych na co najmniej miesiąc. Dyrektorzy więzień byli zobowiązani przesłać wymagane dane. Było to pomocne w identyfikacji przestępców, zwłaszcza, gdy powtarzali swoje wyczyny. Na specjalnych kartach notowano m.in. wzrost, kolor oczu i włosów, a także szerokość i długość głowy, długość średniego lewego palca, długość lewej stopy i lewej ręki od łokcia do środkowego palca. Obok są też przyrządy do wykonywania tych pomiarów. Karty mają też fotografie w dwóch ujęciach z przodu i profilu. Na każdej karcie jest opis przestępstwa i kara. Jest tu m.in. 12-latek skazany za włamanie i kradzież ciastek.

21._Handwritten_criminal_record_card_for_Arthur_James_Woodbine_aged_12_1896__Museum_of_London_1

 Handwritten criminal record card for Arthur James Woodbine, aged 12, 1896 © Museum of London  

W jednej z gablotek jest poduszeczka wykonana przez Anne Parker, która stawała przez sądem w Greenwich ponad 400 razy głównie oskarżana o pijaństwo. Tę poduszeczkę wyszyła ona w czasie pobytu w więzieniu, zamiast nici użyła własnych włosów. Kobieta zmarła w wieku 35 lat na gruźlicę.

5._Pincushion_embroidered_with_human_hair_by_Annie_Parker_1879__Museum_of_London_1

 

Pin-cushion embroidered with human hair by repeat offender, Annie Parker, 1879 © Museum of London

Cała jedna gablota poświęcona została słynnemu włamywaczowi (cat burglar – taki złodziej co wchodzi bez robienia dużo hałasu i włamuje się do trudnodostępnych miejsc). Charles Peace pochodził z Sheffield i był utalentowanym muzykiem (są tu jego skrzypce), gdy był nastolatkiem mówiono o nim „ współczesny Paganini”. Nieszczęśliwy wypadek i strata 3 palców oznaczały koniec kariery muzycznej i wkrótce wstąpił on na drogę przestępczą. Sprawne ręce, nawet okaleczone, wystarczyły, aby stał się włamywaczem.  W sierpniu 1876 roku zabił on policjanta w Manchesterze, ale został o to oskarżony i skazany inny człowiek - W. Habron. Charles wrócił do Sheffield i zastrzelił męża swojej kochanki Artura Dysona. Uciekł znowu tym razem do Londynu, gdzie zamieszkał z żoną i przyjaciółką udając uczciwego obywatela. Tu w czasie włamania do domu w dzielnicy Blackheath został przyłapany przez policjanta którego postrzelił. Został skazany pod przybranym nazwiskiem John Ward na dożywocie. Susan Gray jednak nie wytrzymała i opowiedziała policji kim on jest naprawdę i został odesłany do Yorkshire i tam skazany na śmierć za zabójstwo Artura Dysona. Tuż przed egzekucją chyba ruszyło go sumienie, bo napisał list i przyznał się do zabójstwa policjanta w Manchesterze i niewinny człowiek wyszedł na wolność. W drugim liście napisanym do wikarego w Darnall, gdzie mieszkała jego rodzina prosi o litość dla jego rodziny. Są tu oba listy, a także jego „narzędzia pracy”: składana drabina, wytrychy, łom, świder, pilnik, mała lampa, klin którym blokował drzwi dając sobie szansę na ucieczkę, gdy ktoś wracał do domu w którym „pracował”, a także tygiel w którym przetapiał biżuterię.

 

2._Violin_belonging_to_cat_burglar_Charles_Peace_executed_in_1878__Museum_of_London_1

 

Cat-burglar: Violin belonging to cat-burglar Charles Peace, executed in 1878 © Museum of London

Mamy też zbrodnie, które nigdy nie zostały rozwiązane np. „Zagadka z ulicy Harley” W beczce odkryto zwłoki kobiety, nigdy nie odkryto jej tożsamości ani jej zabójcy. Podobnie z Kubą Rozpruwaczem (Jack the Ripper). Od kwietnia1888 do lutego 1891 na ulicach East End zostało brutalnie zamordowanych 11 kobiet. Prasa oczywiście rozpisywała się w tym temacie, a Londyn ogarnęła panika. Jest tu plakat proszący o pomoc z dokładną kopią listu i pocztówek napisanych czerwonym atramentem, a przysłanych do Centralnej Agencji Prasowej. Podpisany on został Jack the Ripper.  

1._Jack_the_Ripper_appeal_for_information_poster_issued_by_Metropolitan_Police_1888__Museum_of_London_1

 appeal for information poster issued by Metropolitan Police, 1888 © Museum of London

Jednym z podejrzanych był George Chapman (Severin Klosowski), niedoszły lekarz, który był właścicielem zakładu fryzjerskiego dla mężczyzn oraz dwóch  pubów. Jakoś mu wymierały partnerki życiowe i gdy ostatnia Maud Marsh zmarła, wykryto ślady zatrucia antymonem. Po ekshumacji dwóch innych kobiet okazało się, że w ich ciałach też była obecna ta trucizna. Innym podejrzanym był kolejny fryzjer z Whitechapel, też o polsko brzmiącym nazwisku Aaron Kośmiński. Inny kandydat to Thomas N. Cream też truciciel kobiet, którego ostatnie słowa to „I am Jack the….”, ale podobno w czasie popełnionych w Londynie zbrodni przebywał on w amerykańskim więzieniu. Sprawa ta do czasów obecnych budzi kontrowersje , spekulacje i pojawiają się kolejne próby rozwiązania tej zagadki  .

Na jednej ścianie drugiego pokoju mamy sznury na których zostały wykonane wyroki śmierci. Każdy z 6 sznurów został użyty w innej egzekucji, każdy przypadek ma opis sprawy. Popełnione przestępstwa to zabójstwa i znów pojawia się kolejna kobieta - „baby farmer” - zajmująca się opieką nad dziećmi za pieniądze. Amelia Dyer obiecała samotnej matce Evalinie Marmon znalezienie dobrego domu dla jej córeczki za opłatą 10 funtów. Zabrała dziecko do domu swojej córki i tu 2-miesięczna dziewczynka została uduszona. Następnego dnia w domu pojawił się 13-miesięczny Harry Simmonds i spotkał go ten sam los. Kolejnego dnia kobieta zabrała ciała do Reading w torbie podróżnej, obciążyła pakunek cegłami, a potem wrzuciła do wody.

Kilka dni wcześniej znaleziono w rzece ciało małej dziewczynki, później zidentyfikowanej jako Helena Fray, detektywom udało się odczytać pod mikroskopem imię Mrs Thomas (nasza podejrzana po mężu) i etykietkę ze stacji kolejowej w Brystolu. To doprowadziło detektywów do Dyer i jej dom został poddany obserwacji. W końcu udało się przeszukać jej mieszkanie i znaleziono tam tasiemki użyte do duszenia dzieci, kwitki z lombardu za zastawione dziecięce ubranka, rachunki za ogłoszenia o podejmowaniu się opieki nad dziećmi i listy od matek chcących się dowiedzieć jak się mają ich dzieci. Okazało się że Pani Thomas podjęła się opieki około 20 dzieci i znów zamierzała się przenieść na nowe terytorium. Z Tamizy wyłowiono dalsze 7 ciałek m.in. Doris i Harrego. Nie wiadomo ile było ofiar, jej działalność trwała przez około 20 lat na różnych terenach Wielkiej Brytanii, ale przypuszcza się, że mogło być ich około 400. Sprawa ta wywołała skandal i niby przepisy adopcyjne zostały zaostrzone, nie ukróciło to jednak tego procederu, o czym świadczy już wspomniana sprawa z dzielnicy Finchley z 1903 roku.

14._Execution_Ropes_19th_and_20th_Century_c_Museum_of_London_1

 

 E xecution ropes, 19 and 20 century © Museum of London  

Jest też karta biznesowa kata Williama Marwooda, który to opracował nową technikę wieszania „tzw. długi spadek” uznawany za bardziej humanitarny niż „krótki spadek”. Skazaniec umierał szybko, gdy jego odcinek szyjny kręgosłupa zostawał złamany. Ciarki przy tym człowiekowi przebiegają po plecach. Mamy tu też Skrzynię Egzekucyjną numer 9 z więzienia w Wandsworth. To taki jeden z zestawów wysyłany na egzekucje po kraju, ta konkretna wróciła 12 października 1959 roku z wyspy Jersey. W skrzyni były 2 liny, tak żeby kat mógł wybrać, sznur może być użyty kilka razy zanim zostanie wymieniony na nowy. Pętla jest formowana przy użyciu metalowego pierścienia. Sznur testowano na worku wypełnionym piaskiem o ciężarze równym wadze skazańca. Worek wieszano i pozostawiano na całą noc tak aby się sznur naciągnął. Ręce i nogi były spinane specjalnymi pasami, a głowa zakrywana kapturem. Inne elementy tej skrzyni to taśma miernicza, i kreda do malowania znaku T w miejscu gdzie miał stanąć skazaniec. Znów człowiekowi przeszły ciarki po plecach. Ostatnia osoba na której wykonano wyrok w miejscu publicznym to Michael Barret w 1868 roku, w 1908 roku kara śmierci została zniesiona dla osób poniżej 16 roku życia, w 1933 roku granicę podniesiono do 18 roku życia. Ostatni wyrok śmierci wykonano 13 sierpnia 1964 roku. W 1969 roku zniesiono karę śmierci za morderstwa, ale utrzymano na zdradę, piractwo z przemocą oraz akt podpalenia statku królewskiego. W 1998 roku kara śmierci została zniesiona całkowicie.

Następnie mamy przedstawionych 24 sprawy kryminalne sprzed 1975 roku. Oto kilka z nich bo na wszystkie nie ma miejsca.

Bracia Stratton rok 1905

Starsze małżeństwo Farrow zarządzające sklepem Chapman’s Oil and Colour Stores w Depfort zostało znalezione brutalnie zamordowane w marcu 1905 roku. Na miejscu przestępstwa znaleziono m.in. pustą kasetkę, w której przechowywano utarg z całego tygodnia i trzy maski zrobione z pończoch. Świadkowie zeznali ze widzieli braci Stratton w okolicy sklepu i podejrzani zostali aresztowani. Dziewczyna jednego z braci też zeznała, że rano poczuła zapach parafiny od niego. Inny świadek pomógł powiązać braci z maskami z pończoch, ale ostatecznym dowodem był odcisk palca Alfreda na pustej kasetce. To był pierwszy raz, gdy użyto odcisków palców do identyfikacji i skazania sprawcy.

23._Masks_used_by_the_Stratton_Brothers_1905_c_Museum_of_London_1

 

 Masks used by the Stratton brothers  1905 © Museum of London 

The Seddon – 1910 rok

To przyprawiło nas o ciarki bowiem adres wydał nam się znajomy, chyba przechodziliśmy koło tego domu w drodze na zakupy, gdy mieszkaliśmy w naszym poprzednim mieszkaniu. W 1910 roku panna Eliza Barrow i jej wychowanek Ernest Grant wynajęli pokoje w domu państwa Seddon. Po roku Eliza zachorowała, doktor przepisał lekarstwa, ale ona wkrótce zmarła. Jej kuzynka przyjechała na wieść o jej śmierci i zdziwiła się, że mimo rodzinnego grobowca została ona pochowana w zwykłym grobie. Potem odkryła, że przekazała ona cały swój majątek Seddonom w zamian za miesięczną wypłatę i darmowy lokal do zamieszkanie. Jej testament spisany w ostatnich dniach życia mianował wykonawcą pana Seddona. Wydało jej się to podejrzane i poszła na policję. Ekshumowano zwłoki i okazało się, że została ona otruta arszenikiem prawdopodobnie wypreparowanym z papieru na muchy. Nie było bezpośredniego dowodu, ale Seddon został skazany na śmierć i wyrok wykonano w 1912 roku. Ciekawostką jest że w 1905 on i jego ojciec zwiedzali Crime Muzeum.

Patric Mahon  -1924, zabójstwo Emily Kaye

P. Mahon miał żonę i dziecko, prowadził podwójne życie, a Emily była jego kochanką, wynajął dla niej i siebie bungalow w Crumbles w okolicach Eastbourne, ale po paru dniach Emily była już martwa. Jego żona odkryła kwit na bagaż ze stacji Waterloo, a w znalezionej tam torbie były zakrwawione ubranie kobiece i nóż. Mahon twierdził, że się pokłócili i Emily upadła tak nieszczęśliwie, że uderzyła się w głowę o pojemnik na węgiel i zmarła, a on spanikował, pociął jej ciało i spalił część, a część ukrył w domku. Okazało się jednak, że już sobie upodobał następną kochankę, a w dodatku Emily zaszła w ciążę. Sąd uznał, że zaplanował on jej zabójstwo, aby się jej pozbyć i zawłaszczyć jej pieniądze. Została skazany na śmierć, wyrok wykonano.

Ze sprawą tą związane jest parę innowacji. Gdy patolog Sir Bernard Spilsbury przybył na miejsce zbrodni zauważył, że detektywi przeglądają wszystko gołymi rękami, wprowadził on wtedy tzw.”murder bag”, czyli taką torbę śledczą, w której były wszystkie sprzęty potrzebne do prowadzenia oględzin.

22._Murder_bag_forensics_kit_c_Museum_of_London_1

 Murder bag: a forensics kit used by detectives attending crime scenes, c.1946 © Museum of London 

 Zrobiono zdjęcia i użyto ich w czasie procesu sądowego. Zdjęcia także robiono w czasie rozprawy i w 1925 roku wydano akt zabraniający robienie zdjęć, czy kreowanie obrazów w czasie procesu. Ta zasada obowiązuje do dziś. Rysownicy mogą przebywać i robić notatki, ale nie szkice z sal sądowych. Kolejna innowacja to rekonstrukcja miejsca zdarzenia w postaci modelu z rozkładem pomieszczeń, meblami i tym felernym kociołkiem na węgiel, o który to Emilia sobie rozbiła głowę.

17._Patrick_Mahon_Miniature_furniture_used_to_reconstruct_the_murder_scene_of_Emily_Kaye_1924__Museum_of_London_1

 

  Miniature furniture used to reconstruct the murder scene of Emily Kaye, 1924 © Museum of London 

John Robinson, zabójstwo Minnie Bonati w 1927 roku.

W maju 1927 roku pracownicy przechowalni bagażu na stacji Charing Cross poczuli fetor z jednego z kufrów zostawionych tam przed trzema dniami. Gdy go otworzyli znaleźli ciało kobiety. Detektywom udało się denatkę zidentyfikować, dzięki etykietce z pralni, jako . Minnie Bonati. Taksówkarz zgłosił, że przewoził pasażera z podobnym kufrem i znaleziono adres Johna Robinsona. Jego żona zabrała detektywów do jego pracy, ale nic podejrzanego nie znaleziono. Detektyw G. Cornish prowadzący śledztwo był zdeterminowany i bardzo chciał odkryć zabójcę. Zdecydował się na upranie ubrania kobiety i wtedy znaleziono wyszytą nazwę hotelu w którym pracowała żona Robinsona. Jeszcze raz przeszukano biuro Robinsona i znaleziono w koszu wiklinowym zakrwawioną zapałkę. Robinson stwierdził, że Minnie go zaatakowała, potem upadła i rozbiła sobie głowę o kociołek na węgiel (te kociołki wydają się być naprawdę niebezpieczne, a te kobiety tak na nie ciągle wpadają). Jak się zorientował, że ona nie żyje, to spanikował, kupił nóż i pociął jej ciało. Sprawa to zastała rozwiązana dzięki skrupulatniej pracy detektywów, a sąd skazał mordercę na karę śmierci.

Zabójstwo policjanta George’a Gutteridge przez F.Browna i W. Kennedy 1927 rok.

Po nocnym patrolu w Howe Green w Essex policjant George Gutteridge wracał do domu, do żony i dwójki dzieci, ale nigdy do nich nie dotarł, a jego ciało znaleziono przy drodze. Został on zastrzelony. W międzyczasie w odległym o 10 mil Billericay skradziono samochód lekarza. Został ten pojazd odnaleziony w Brixton następnego dnia, były ślady krwi na progu ( tych stopniach w starych samochodach przy drzwiach) oraz łuski po nabojach. Detektywi ze Scotland Yardu połączyli obie sprawy i rozpoczęło się duże śledztwo. W styczniu 1928 roku detektyw Barrett podejrzewając F.Browna odwiedził jego  warsztat samochodowy. Znaleziono tam broń i amunicję oraz torbę lekarską. Po paru dniach aresztowano wspólnika W. Kennediego w mieście Liverpool. Broń została połączona ze zbrodnią poprzez badania balistyczne, specjalista Robert Churchill dokonał analizy mikroskopowej i udowodnił, że kule które zabiły policjanta zostały wystrzelone z broni  typu rewolwer Webley.455MkVI. Był to przełom w analizach balistycznych.

W innych sprawach podkreślono pomoc analiz mikroskopowych, jak porównanie nitek czy próbek ziemi, nie tylko w złapaniu ale i skazaniu przestępców. Jest tu pierwsza sprawa, gdzie podejrzani zostali złapani dzięki użyciu komunikacji telegraficznej.

Czy sprawa Craiga i Bentley’a z 1952 roku, której rezultatem było wprowadzenie zapisu o tzw. „diminished responsibility” w 1957 roku - nie mam pojęcia jaki jest polski prawny odpowiednik tej definicji. Chodzi tu o to osobę popełniającą przestępstwa, ale nie będącą w stanie zrozumieć wagi swojego czynu ze względu na upośledzenie umysłowe. Otóż 16 letni C. Craig i 19 D. Bentley usiłowali okraść magazyn w Croydon. Broń przyniósł Craig, a Bentley to był olbrzym o mentalności 11 letniego dziecka, nieumiejący ani pisać ani czytać. Gdy w czasie rabunku przyłapał ich nieuzbrojony policjant Bentley uciekając krzyknął „Let him have it Chris” i to zdanie jest do tej pory poddawane interpretacji. (czy chodziło tu o oddaj mu broń czy poślij mu kulkę – takie „masz co chcesz”). Craig postrzelił jednego i zabił drugiego policjanta. Obaj stanęli przed sądem oskarżeni o morderstwo, ale Craig nie mógł być skazany na śmierć, bo był poniżej 18 roku życia. Obaj zostali uznani winnym, ale ława przysięgłych poprosiła o litość dla niedorozwiniętego umysłowo Bentleya. Sprawa to wzbudziła duże emocje, nawet wdowa po policjancie poprosiła o łaskę. Został on jednak skazany na śmierć i wyrok wykonano w 1953 roku. W latach 90-tych ubiegłego wieku pośmiertnie otrzymał on wybaczenie wyroku śmierci, a jego skazanie za morderstwo zostało unieważnione.

Inne sprawy to zbrodnia ostatniej kobiety skazanej na śmierć, policjantki, które „patrolowały” na wabia jedną z dzielnic Londynu i pomogły w ten sposób złapaniu groźnego zboczeńca. Jest tu też oczywiście sprawa braci Kray i ich zabójcza teczka ze strzykawką uruchamianą przez mechanizm sprężynowy, która mogła wstrzyknąć zabójczą truciznę cyjanowodoru, powodując śmierć w około 8 sekund. Ten instrument został określony przez patologa z Home Office za najśmiertelniejszą broń jaką on kiedykolwiek widział, a jako patolog widział przecież wiele.

20._The_Krays__briefcase_with_syringe_and_poison_c_Museum_of_London_1

 

 Briefcase with syringe and poison intended for use against a witness at the Old Bailey (never used), 1968 © Museum of London 

Wystawa porusza też wątki terroryzmu, od tych z końca XIX wieku, jak zamachy przygotowane przez Fenian na Londyńskie stacje kolejowe i sam budynek Scotland Yardu, po te z 2005 roku na transport publiczny. Odbicie ambasady irańskiej, zamieszki uliczne, szpiegostwo, rozboje i wielkie napady, jak napad stulecia na wagon pocztowy w 1963 roku, czy próba kradzieży diamentów z Millenium Dome, fałszowanie pieniędzy, narkotyki itd.

18._Implements_used_in_counterfeiting_and_forgery_c_Museum_of_London_1

 

Implements used for counterfeiting seized by Metropolitan Police © Museum of London  

Wystawa jest niezwykła, bardzo pouczająca, dobrze przygotowana, a temat jest przecież bardzo wrażliwy, nie ma tu pogoni za sensacją, jest rzetelna informacja. Ukazane są zmiany w działaniach policji, w prawie i świadomości społecznej. Warto było wpaść do Muzeum Londynu i ją zobaczyć.

Wystawa będzie tu do 10 kwietnia 2016 roku

Ceny biletów : zależą od dnia, np. na środy, przez internet jest taniej. The Crime Museum Exhibition tickets. Średnio oszczędza się około £2.50 kupując przez internet, ale kupuje się na określony dzień i godzinę wejścia.

Dorośli od £10 (na środy przez internet) do £14.50 i £16.50 (w soboty)

Ulgowe (studenci, seniorzy po 60tce)  od £8 ( na środy przez internet) do £10 i £13.50 (w soboty)

Dzieci 12-15 lat – od £8 do  £11.50 i £13.50 (w soboty)

Muzeum of London jest na tzw. Barbakanie i najbliższe stacje metra to Barbican i St. Pauls, kolei Liverpool Street, Farrington i Moorgate. Autobusy 4, 8, 25, 56, 100, 172, 242, 521.

Zapraszamy.

Wpis został zilustrowany materiałami prasowymi dostarczonymi przez dział prasowy Muzeum of London.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Flag Counter