sobota, 30 października 2010

Rozmawiałyśmy z koleżanką z pracy o krzyżowcach i historii i to ona mi pożyczyła DVD z tym filmem i kompletnie mnie on zauroczył. Jest to adaptacja szwedzkiej trylogii o Arnie Magnussonie i jego przygodach w okrutnym świecie XII wiecznej Europy. Arn  (Joakim Natterqvist) należy do klanu Folkung i wychował się w klasztorze pod opieką mnichów a jeden z nich grany przez Vincenta Pereza był kiedyś krzyżowcem. Arn został oddany do klasztoru przez rodziców, którzy obiecali to zrobić jeśli ich syn wyzdrowieje po wypadku jakim uległ jak był mały. Mnisi jednak nie szkolili go na zakonnika, ale na wojownika, bo taki odkryli w nim talent. W czasie jednej ze swoich wycieczek z klasztoru poznaje on młodą uroczą dziewczynę Cecilię (Sofia Helin) i kompletnie stracił dla niej głowę. Kiedy Arn wraca do rodzinnych stron wplątuje się w rywalizację miedzy klanami, w pojedynku okalecza butnego wojownika innego klanu i nie zyskuje sobie w tym przychylności panującego króla. Okazuje się że Cecilia jest przeznaczona za żonę wrogiemu klanowi ale ona kocha Arna i tylko z nim chce być. Młodych łączy gorący romans a o jego owocu Cecilia zwierza się siostrze, ale ta z zazdrości zdradza ten sekret oraz wymyśla inny matce przełożonej ta z kolei biskupowi i spada na młodych okrutna kara. Zostają ekskomunikowani i muszą pokutować przez 20 lat, Cecilia zostaje wysłana do klasztoru gdzie włada okrutna Matka Przełożona Rikissa spokrewniona z dynastią Swerkerydów. Arn zostaje wysłany przez opata klasztoru, w którym się wychował do Ziemi Świętej by tam odkupić swoje winy i tak staje się Krzyżowcem znanym, jako de Gothia. Jest to ciekawa historia gdzie wielkie uczucie ponad czasem i przestrzenią trwa i dają nadzieję i siłę przeżycia każdego dnia. Ta niesamowicie piękna historia miłosna jest osadzona na tle wielkich wydarzeń mamy walkę Krzyżowców z Saladinem i jego armią, walkę między klanami o panowanie na tronie szwedzkim. Piękne krajobrazy pastelowe, ciepłe jak piaski pustyni i soczysto zielone oraz krystalicznie mroźne surowej Skandynawii. Śliczna muzyka i fantastyczne sceny batalistyczne a cała opowieść przyprawia o łzy w oczach i trzeba mieć pudełko z chusteczkami pod ręką.

 

piątek, 29 października 2010
Zaczęłam tę książkę czytać w kwietniu a skończyłam w drugiej połowie października, chyba zajęło mi dłużej przebrnięcie przez kartki tego tworu niż autorom jego napisanie. Jeszcze nigdy tak się nie rozczarowałam żadną lekturą jak tą, miałam naprawdę ogromne oczekiwania, spodziewałam się książki rzetelnej, ciekawej, pełnej faktów i dobrych zdjęć proszę sobie nie myśleć, że spodziewałam znalezienia złotego miasta. Nie mogę powiedzieć, że nie ma tu dobrych momentów, są interesujące opisy przyrody i wydarzeń, ciekawe są fragmenty „kartki z notatnika”, ale niektóre opinie tak pachną Denikenem, że aż człowiekowi ręce opadają.
środa, 27 października 2010

 

Do napisania tego wpisu skłoniła mnie akcja prowadzona przez Art Fund zbierająca pieniądze na kupno obrazu, który wyszedł spod pędzla jednego z synów malarskiej rodziny Brueglów (Brueghlów). Postanowiłam się w nią włączyć i was zachęcić porównując dwóch malarzy ( nie jedynych) w tej rodzinie o tym samym imieniu Pieter ojca i syna.  

W Galerii Narodowej w Londynie do 9 Listopada możemy obejrzeć obraz syna Pietera Bruegla Starszego też Pietera dla odmiany zwanego Brueghlem Młodszym (pisał on swoje nazwisko z „h”). Nie jest to do końca szczęśliwa okazja, chodzi, bowiem o akcję zbierania pieniędzy, aby ten obraz uratować od sprzedaży do prywatnej kolekcji, potrzebne jest prawie £3 miliony. Zaangażowały się w to The Nationa Trust i Art Fund, na stronie, której można przekazać pieniądze. Każdy grosz (pence) się liczy, wiem, że ktoś może się zapytać, co nas to obchodzi w Polsce? Ale sztuka nie zna granic i jest dla wszystkich i szkoda żeby zniknęła ona z galerii do jakiejś prywatnej kolekcji, sejfu albo bunkra i stała się niedostępna dla szerokiej publiczności.

Obraz o który chodzi to „The Procession to Calvary”. Są dwa obrazy o tym tytule jeden to dzieło ojca drugi to dzieło syna, w tej rodzinie synowie często malowali kopie obrazów ojca i poruszali podobne tematy, w tym wypadku nie jest to kopia a raczej wariacja na ten sam temat.

Pierw spójrzmy na obraz „The Procession to Calvary” 1564, Pietera Bruegla Starszego (ojca) po naszemu „Droga na Kalwarię albo Procesja na Kalwarię albo Droga Krzyżowa”. Krajobraz jest trochę nierealny, ten wiatrak na górze, w dali mury średniowiecznego miasta i ta atmosfera festynu, trudno się dopatrzeć tu sceny biblijnej. Kobieta na pierwszym planie po prawej stronie obrazu, wyraźnie przerażona i załamana nam uświadamia, że coś tu ma się stać. W tym obrazie nie ma pompy jak u innych malarzy przedstawiających sceny biblijne, wygląda to jak kolejna egzekucja, takich było dużo w czasie, kiedy żył i tworzył malarz. Egzekucje gromadziły gapiów i często nabierały one charakteru festynu i tu to tak trochę wygląda, mamy zwykłych gapiów, handlarza domokrążcę (siedzi do nas tyłem) ludzi ciągnących na to wydarzenie całymi rodzinami. Jezus gubi nam się w tłumie, niby jest w centrum obrazu, ale nie na nim jest skupiona uwaga. Wszystkie postacie są ubrane we współczesne (renesansowe) ubrania oprócz Jezusa, który upadł pod ciężarem krzyża, a może naszych grzechów, oraz grupy kobiet z św Janem na pierwszym planie w prawym rogu.

obraz Bruegela

Przed Jezusem na wozie jadą na egzekucję dwaj łotrzy a przy nich spowiednicy – tu mamy mały paradoks, bo są to postacie związane z religią chrześcijańską – a wydarzenie przedstawiane tu jest esencją i źródłem chrześcijaństwa. Drugi paradoks to scena w lewej części obrazu zaraz przy skałach mamy mężczyznę Szymona z Cyreny, którego żołnierze ciągną do pomocy w dźwiganiu krzyża, ale on się opiera a jego żona go odciąga. U jej boku wisi zaś różaniec- też symbol wiary.

 fragment obrazu Bruegla

Czy są to wskazówki na hipokryzję wiary chrześcijańskiej i jej wyznawców, dwulicowość ludzką? Musimy pamiętać, że jest to czas niepokojów religijnych, a sam obraz może być odczytany jako krytykę kościoła i katolickiego króla hiszpańskiego Filipa, w tym czasie panowały w Holandii silne nastroje anty hiszpańskie. Czarne chmury nadciągające nad kraj, symbolizują wojenną zawieruchę w imię religii, jest to obraz prowokacyjny bardzo polityczny.

Po prawej stronie na samej krawędzi, ponad skałą przy słupie stoi brodata postać i wielu badaczy podejrzewa że jest to wizerunek malarza, który podobno miał w zwyczaju umieszczać siebie pośród gawiedzi na obrazach.

 procession to calvary by brueghel the younger

Jego syn Pieter Brueghel Młodszy namalował obraz o tej samej tematyce „Procesja na Kalwarię” obraz ukończył w 1602 roku. Utrzymał on swoje dzieło w podobnych kanonach jak ojciec, ale nie jest to prosta kopia, jest to inna wersja tego samego wydarzenia. Podobnie jak ojciec umieszcza tą scenę biblijną w jemu współczesnym czasie i krajobrazie, układ kompozycji jest też podobny. Mamy miasto na lewej stronie obrazu z wieżami kościołów oraz Wielką Świątynią (synagoga) okrągły budynek z gotyckimi oknami i miejsce egzekucji po prawej stronie, matka Jezusa (w towarzystwie Marii Magdaleny Marii matki Jakuba i Józefa i Marii Salome) jest umieszczona także po prawej stronie obrazu na pierwszym planie brak jest św. Jana ją pocieszającego, choć może ten osobnik przytulony czy raczej schowany za drzewem to właśnie on. Nawet wiatrak, który u ojca góruje nad całym krajobrazem wystąpił u syna, który go jednak przesunął dalej na horyzont. Podobnie jak ojciec ubiera ludzi we współczesne mu ubiory, z wyjątkiem Jezusa, nosi on prostą szatę i jest bosy, podobnie czyni z matką i jej towarzyszkami są one w starszych średniowiecznych szatach.

fragment obrazu Bueghla

Punktem kulminacyjnym obrazu jest jednak nie scena upadku oto Jezus zatrzymał się, krew ścieka spod korony cierniowej, na krzyżu many napis „to jest Jezus król Żydów” przed nim klęczy kobieta w egzotycznej i bogatej sukni to św. Weronika, oferująca mu białą chustę do otarcia potu i krwi z twarzy. Obok niej stoi kobieta w żółtej sukni, która właśnie ociera swoją twarz, z łez zapewne. Jest to ważna dla wielu wyznawców chwila bowiem na tej chuście miała się odcisnąć twarz Jezusa, „vera icon” (stąd imię Veronica) czyli prawdziwy obraz wizerunek, w okresie gdy żył i pracował malarz relikwia ta była szczególnie otaczana czcią. Jest też Szymon na tym obrazie, ale tu dźwiga on krzyż, a obok idą jego dzieci jedno trzymając żołnierza za rękę. Przesunął on tę scenę znacznie bliżej widza u jego ojca długo się trzeba było naszukać, aby znaleźć Jezusa w tłumie.

procession to calvary by brueghel the youngerPodobnie jak ojciec umieszcza dwóch łotrów na wozie przed idącym Jezusem, a na nim jedzie odziany w czarne szaty mnich spowiednik – znów ten sam paradoks ustalone symbole chrześcijańskie w scenie wiodącej do narodzenia się Chrześcijaństwa. Młody Brueghel dzieli łotrów ubiorami czarny to ten, który był złośliwy i szydził, a w białym ubraniu trzymający krzyż to ten, który stwierdził, że oni giną za swoje zbrodni, ale on ( Jezus) jest niewinny i prosił go o pamięć o nim i to jemu syn boży obiecał wejście do raju.

U Młodszego Brueghla obecność militarna jest znacznie silniejsza niż u ojca, u którego mamy tylko oficerów na koniach w czerwonych kubrakach, tu mamy armię w zbrojach, jadącą w złożonej formacji na czele całej procesji, przypomina to raczej inwazję niż eskortę na egzekucję. Armia ta ma być armią rzymską, ale zbroje a przede wszystkim sztandar z dwugłowym czarnym orłem to symbol dynastii habsburskiej, której monarchowie czuli się właśnie spadkobiercami Imperium Rzymskiego – czysta polityczna aluzja do inwazji i wojen religijnych z poprzedniego stulecia, czasów jego ojca i jego młodości, miał on zaledwie 3 lat kiedy król Filip II wysłał okrutnego Albę aby zrobił porządek w Holandii.

Nad figurą Jezusa mamy stojący krzyż przydrożny a przy nim żebraka, jest on okaleczony, może właśnie przez wojny toczące się w imię pańskie, przed nim chusta przytrzymywana kamieniami z paroma monetami a nachyla się nad nim zakonnica – kolejny paradoks.

Dwie postacie jadące na koniach za skazańcami to Józef z Arimathei w białym turbanie i szatach obszytych futrem a w różowawym turbanie to Nicodemus, Józef wystarał się o ciało mesjasza u Poncjusza Piłata i obaj pomogli w jego pochówku. Siedząca tyłem do nas postać w pobliżu matki z jej towarzyszkami to pielgrzym, u ojca był to domokrążca, czyli osoba, która była w wielu miejscach i wiele widziała i tu się przygląda tej procesji na egzekucję. Czy w swoich dalszych wędrówkach będzie on rozpowiadał o tym, co widział tu i słyszał? Nad wąwozem, którym przechodzi procesja siedzi dwójka dzieci, przyglądają się one wydarzeniom, a być może nawet rozmawiają, bo jedno dziecko na głowę lekko zwróconą do drugiego. Czy są to przyszli wyznawcy?

Obrazy te ojca i syna są podobne, ale i różne zarazem. Widać, że Pieter jest synem swego ojca, operuje on podobnym warsztatem, dużo detali, nie boi się zadawać trudnych pytań i wytykać hipokryzję a może namawia do powrotu do tego, co było esencją chrześcijaństwa, bez biurokracji w jaką obrosło i instytucji, w jaką się ono przemieniło. Jak ojciec jest wspaniałym obserwatorem i politycznie aktywnym artystą. Warto jest ten obraz ocalić dla przyszłych pokoleń, jeśli możecie wstąpcie do Galerii Narodowej w Londynie (sala nr 29) a od 18 listopada do świąt Bożego Narodzenia do Galerii Sztuki w Yorku lub na stronę internetową i pomóżcie. Link do wpłat na stronie Art Fund

Inne wpisy z Brueglem

Myśliwi na śniegu

Od Bruegla do Rubensa

wtorek, 26 października 2010

Następny na drodze zwiedzania jest Print Room (Drukowany Pokój) nazwa pozostała choć setki Nadruków zostały usunięte w latach 20tych XIX wieku. Teraz mieszczą się tu portrety ludzi związanych z historią domu. I tak mamy tu portret Protektora Somerset wuja króla Edwarda VI syna Henryka VIII, portret podpisany jako Jane Gray (królowa 9 dni) może być zaś portretem jej kuzynku księżniczki Elżbiety (później królowej), jest tu kopia van Dycka wykonana przez T. Philipsa portretu rodzinnego wspomnianego już Hrabiego Czarodzieja (patrz Syon House ciekawostki historyczne), oraz portrety hrabiów i hrabin Northumberland pędzla malarzy takich jak Peter Lely, T.Gainsborough, J.Raynolds. Proszę zwrócić uwagę na portret George’a Percy (1580-1632), mężczyzna w białej koszuli na ciemnym tle z koronkowym kołnierzykiem i z czerwoną „opończą” oraz brakującym środkowym palcem u lewej ręki. Jest to młodszy brat Henriego Hrabiego Czarodzieja, który towarzyszył podróżnikowi Walterowi Raleigh w jego wyprawach do Ameryki, w czasie walki w jednej z kampanii stracił on właśnie ten palec. Musiał się zasłużyć Koronie bo w 1611 roku (gdy jego brat nadal jest więźniem w Tower of London) został on mianowany Tymczasowym Gubernatorem w Jamestown w stanie Virginia.

To nie koniec powiązań z Ameryką 1 Książe Northzmberland miał romans z Elżbietą Macie dziedziczką fortuny Hungerfords ze Studley a owocem tego był nieślubny syn James Lewis Macie który został najmłodszym członkiem Królewskiego Towarzystwa ( Naukowego) i później został jego wice przewodniczącym. W 1802 roku przyjął nazwisko swojego ojca Smithson i w testamencie zapisał swój majątek „Stanom Zjednoczonym na utworzenie w Waszyngtonie instytutu którego celem i zadaniem będzie pogłębianie i szerzenie wiedzy” tak oto na bazie pół miliona dolarów powstał słynny Smithsonian Institute ( Instytut Smitsona największa na świecie organizacja muzealno, badawczo edukacyjna). Oj ludzie to kiedyś mieli gest, fantazję i wyobraźnię.

the dutchess sitting room

Do kolejnych pomieszczeń możemy tylko zajrzeć przez drzwi a chciało by się wejść i wszystkiemu dokładnie przyjrzeć. Pierwszy z nich to „The Dutchess Sitting Room” czyli Salon Księżnej. Pomieszczenie to w przeróbkach do XVI wiecznego rozkładu przez R. Adama zostało przeznaczone na Sypialnię teraz jednak jest używane jako salon – pokój dzienny. Stolik Karciany z szachami i kartami, kośćmi do gry oraz biurko wykonane z drzewa kalamanderowego (Calamander pochodzi z Indii i płd.- wschodniej Azji) o charakterystycznym ciemno-orzechowym kolorze z czarnymi pręgami o różnej grubości znane też pod nazwą Macassar Ebony (heban paskowany), obrazy głównie flamandzkie zostały zakupione przez 1 Księżnę i to właśnie im chciałabym się przyjrzeć.

Następne pomieszczenie to „The Green Drawing Room” czyli Zielony Salonik używany dość regularnie przez rodzinę raczej wygodne fotele i sofy. Pokój ten wcale nie jest zielony, sufit to XIX wieczna kreacja w stylu renesansowym, kominek projektu R. Adama został wykonany w Scaglioli a „grate” czyli ten pojemnik w którym pali się drewno został wykonany z nowego srebra (paktong) stopu miedzi, niklu i cynku (nie ma w nim srebra) ma on jednak taką właściwość że nie pokrywa się patyną i wygląda bardzo ładnie. W pomieszczeniu tym jest parę obrazów van Dycka a z nad kominka z majestatycznym wyrazem spogląda na nas dziecięcy portret następcy Henryka VIII książę Edward później na krótko król Edward VI. Obraz ten jest bardzo podobny do portretu namalowanego przez Holbeina i prawdopodobnie wyszedł z jego pracowni, może wykonał go jeden z jego uczniów.

Potem zaglądamy do Prywatnej Jadalni „The Private Dining Room”, pomieszczenie to od przebudowy przez R. Adama taką właśnie pełniło funkcję. Jak na jadalnię przystało mamy duży mahoniowy stół, krzesła do kompletu, specjalne meble „cellarets” do przechowywania wina do posiłków, stoły z marmurowymi blatami do ustawiania potraw itd. Pokój jest udekorowany znowu wielką ilością obrazów, francuską porcelaną ale najbardziej interesującym przedmiotem jest tu kryształowy żyrandol. Został on zaprojektowany i wykonany przez Williama Collinsa w 1824 roku, jest to pozłacany brąz, a forma to trzy delfiny splecione ogonami (górna część) które tryskają wodnymi fontannami ze swoich nozdrzy, krople wody są imitowane przez szkło a naokoło tego świece, oczywiście dziś są to żarówki w kształcie płonienia w obsadkach w kształcie świec. Musimy sobie wyobrazić, jaki to musiał być niesamowity efekt w trakcie wieczornego posiłku w świetle świec odbijanym w tysiącu szklanych kropelek.

prywatna jadalnia w syon house

Zaglądając do tych pomieszczeń przechodzimy przez długi korytarz tzw „The Oak Passage” czyli Dębowy Korytarz, ciekawostką jest to że ściana po lewej stronie ( ta bez okien) to ściana zewnętrzna oryginalnego domu a powstało tu to przejście w wyniku rozbudowy rezydencji w 1830 roku ( za 3 Księcia) a panele drewniane pochodzą z XVI wieku z innej rezydencji rodzinnej w Yorkshire. Jest to urocza galeria renesansowego malarstwa portretowego i możemy tu stanąć niemal, że twarzą w twarz z najważniejszymi osobistościami świata Tudorowego w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo korytarz jest dość wąski. Mamy tu, więc Księcia Artura Tudora starszego brata króla Henryka VIII ( zmarł on w wieku 16 lat), żony Henryka VIII, dygnitarzy i polityków dworskich, dwórki królewskie i faworytów postacie, o których słyszeliśmy a teraz możemy stanąć oko w oko. Niby taki niepozorny korytarz, a tu tyle twarzy późnego średniowiecza i renesansu, niesamowite.  

Potem schodami w górę, ale klatka schodowa też jest pełna niezwykłych przedmiotów, na środku stoi na piedestale ogromna waza ze słynnej fabryki porcelany w Sevres (Francja), pięknie malowana, obok lektyka z herbem 1 Księcia, obrazy na ścianie to min przypisywany studiu Rubensa i de Vosa „Diana returning from the Hunt” czyli „Diana powracająca z polowania”, twarze niby znajome czyżby to ta sama modelka co na „Pitagorasie zachwalającym wegetarianizm” (Rubens i Snyder). Jak wchodzimy po schodach to sceny myśliwskie są właśnie dziełami malarza Snyder’a specjalizującego się w faunie i florze a zwłaszcza psach.

Pierwsze piętro jest już bardziej prywatne, trzeba pamiętać że jest to miejsce zamieszkałe a nie puste muzeum. Sypialnie i pokoje które można tu zobaczyć zostały urządzone w stylu z przełomu wieku ( chodzi tu o XIX/XX) i niektóre z nich są pomieszczeniami w których obecny Książę i jego rodzeństwo mieszkało w czasie gdy rodzina przebywała w tej rezydencji. Najważniejsze pomieszczenia w tej części to apartamenty przeznaczone dla młodej Książniczki Wiktorii i jej matki Księżny Kentu, ukończone w 1832 roku. Trzeba tu dodać, że Księżna Charlotte Florentina żona 3 Księcia Northumberland była guwernantką Wiktorii w latach 1831-37 a przyszła królowa odwiedzała tą posiadłość spędzając tu czas toteż jej pokój nadal nazywany jest Pokojem Księżniczki Wiktorii.

sypialnia księżniczki Wiktorii

Jest tu parą interesujących przedmiotów, tkanina niebieska paskowana to „tabaret” rodzaj tkaniny obiciowej na meble oraz zasłony itp. która się charakteryzuje paskowym ornamentem jedwabnym, satynowym z prążkami moire (mory) co daje wodny falowany efekt. Łoża z baldachimami miały trzy materace, najniższy wykonany był z siana, środkowy z wełny lub włosia końskiego, ten na wierzchu określany jako łóżko (Bed) wypełniany był piórami gęsimi albo kurzymi. Prawdziwa księżniczka co prawda nie siedem ale tylko trzy. Inne pomieszczenia to pokój właśnie Księżnej Kentu i tzw sypialnie dziecięce.

sypialnia dziecięca

Co jest ciekawe w progach tej rezydencji nie raz gościły ekipy filmowe i można efekty zobaczyć na małym i dużym ekranie a kręcono tu zdjęcia do „Szaleństwa Króla Jerzego” „Emmę” „The Golden Bowl” z Nickem Nolte, Ummą Turman i Kate Backinsale, a także „Gosford Park” a scena z gorącym mlekiem między Lady Sylvia( K. Scott Thomas) a kamerdynerem pana Weissmana Henry Dentonem (R. Phillippe) odegrana została właśnie w sypialni dziecięcej na piętrze a żółte pokrycia łoża i zasłony są elementami scenografii które pozostały po zakończonych zdjęciach. A na telewizyjnym ekranie Syon house grał w serialach i filmach takich jak „Longitude”, „ The Lost Prince” „Byron”, „The People’s Duchess” a także „Cranford” następnym razem jak będę te filmy oglądać to się lepiej przypatrzę, choć czasem scenografia filmowa trochę zmienia wygląd.

No to zapraszam do zwiedzania.

Syon House jest tylko otwarty w sezonie letnim 16 marca – 31 października 2010 roku, w środy, czwartki, niedziele ( i tzw bank holidays też) od 11:00 do 17:00.

Bilety na Dom, Ogród i Wielką Szklarnię:

Dorośli - £9, Ulgowe - £8, Dzieci - £4, Rodzinny - £20.

Ogród i Wielka Szklarnia

Dorośli - £4.50, Ulgowe - £3.50, Dzieci - £2.50, Rodzinny – £10.00

Gdzie to jest

Londyn zachodni nad Tamizą, blisko M4 zjazd 2 od centrum Londynu, zjazd 3 od zachodu , drogi A4, A315 A310,

Kolej z Waterloo do Kew Bridge, i autobusy 237, 267 podobnie metrem linii Districkt ( zielonej) do Gunnersbury i te same autobusy.

Jak się nie uda zwiedzić w tym roku to trzeba będzie poczekać na marzec przyszłego roku.

Inne wspisy o Syon House

Ciekawostki histryczne

Zwiedzając Syon House cz. 1

 

poniedziałek, 25 października 2010

k enerlich prowincja pełna marzeń

Muszę przyznać, że siadałam do tej powieści z obawami, że będzie to kolejne romansidło a okazało się, że jest to dość zabawna i dobrze napisana opowieść, którą czyta się szybko i przyjemnie, czasem zanosząc w głos ze śmiechu – poczekajcie na wypad pociągiem do Torunia. Nie mogłam się od niej oderwać i dosłownie połykałam ją jak szarlotkę mojej mamy, pyszną i puszystą. Kiedy dobrnęłam do ostatniej kartki to się łzy mi stanęły w oczach, bo taki słodki koniec i trochę mi było szkoda, że już się skończyło i musiałam ją odłożyć na szafę, bo polubiłam bohaterów i miejsca.

Akcja się dzieje w Mrągowie na Mazurach a bohaterką jest dziennikarka; to druga pod rząd książka, jaką przeczytałam gdzie główna bohaterka uprawia ten zawód; pracuje ona w lokalnej gazecie i pewnego dna ich miły naczelny zostaje zamieniony na wrednego typka, któremu źle z oczu patrzy i Ludmiła (nasza bohaterka) ma z nim niezłe perypetie. Te kłopoty to tylko początek, pojawia się też miłość w postaci Niemca Martina, który przyjeżdża na Mazury z delegacją ze swojego miasta a także szukając miejsc rodzinnych, o których opowiadał mu ojciec. Są tajemnice i sekrety rodzinne, spiski i knowania, romanse i rozstania a dokraszone jest to opowieściami z regionu i doprawione uroczymi ilustracjami w postaci pocztówek przedstawiających przedwojenne Mazury. Szkoda tylko, że papier, na którym to zostało wydrukowane nie oddaje w pełni uroku miejsc, które są nam przedstawione, wiem, że lepszy papier to droższa cena książki. Nie wiem, jaki jest VAT na książki, ale na pewno trochę za duży.

Kibicujemy bohaterce w jej perypetiach i ja też czasem też bym tak chciała trzasnąć drzwiami w pracy, na razie tylko o tym sobie po cichutku marzę. Podobał mi się styl, w jakim pani Katarzyna pisze jest taki swojski gawędziarski i unosi się w nim pewna aura sielskości i swojskości. Wiem, że w czasie następnego wypadu do Polski będę szukać w księgarni kolejnych jej książek. Ponad to zachęciło mnie jej pisanie do odwiedzin w tych miejscach, o których ona pisze, zwłaszcza w swojej wycieczce do Torunia. Trochę jednak to daleko od mojego rodzinnego miasta a ja muszę polegać na transporcie publicznym a ten w naszym kraju trochę kuleje i czasem prosta wycieczka zamienia się w tak skomplikowaną imprezę, że aż się człowiekowi odechciewa nawet o tym pomyśleć.

Dodatkowo zauważyłam w tym wydaniu, które mam, kilka literówek chochlik trochę narozrabiał i to mnie uspokoiło, zdarza się w wielkich wydawnictwach gdzie specjaliści pracują żeby takie rzeczy wyłapywać a one i tak się im przytrafiają to, co dopiero u mnie na moim skromnym blogu. Każdemu może się zdarzyć.

Cieszę się że na tę autorkę trafiłam i gorąco tę książką polecam.

sobota, 23 października 2010

 Carlevarijs The reception of earl of manchester at doge palace

Popularnym tematem wśród artystów weneckich były regaty festiwale i oficjalne ceremonie i jest tu jedno pomieszczenie poświęcone temu tematowi. W kalendarzu każdego turysty były te wydarzenia wpisane i dobrze było sobie kupić jakąś pamiątkę, że się tam było i to widziało. Wenecja lubiła się bawić i każdy powód był dobry i tak np. organizowano ceremonialne przyjęcia dla ambasadorów np. Brytyjskiego w 1707 roku obraz L. Carlevarijs szukajcie kobiety z czarnej sukni z wachlarzem ( ma on ulubione postacie, które umieszcza w swoich malunkach); czy powitanie francuskiego ambasadora z 1727 na obrazie Canaletta, „tiratori” na cześć Fryderyka z Saksonii pędzla G.B. Cimaroli (1687-1771) pokazuje ten obraz popularną rozrywkę, gdy na arenie byki były szczute psami a młodzi mężczyźnie je próbowali utrzymać na linach pokazując swoją siłę i odwagę.

Wenecja wydawała się być miejscem gdzie zabawa była rzeczą codzienną, ale jak dowiedziałam się z krótkiego filmu na tej wystawie Wenecka republika była państwem policyjnym, szpiedzy byli wszędzie i węszyli czy aby nikt nie spiskuje przeciwko niezależności tego miasta. Prawo nie pozwalało obywatelom republiki przyjmować gości we własnych domach, bo mogliby oni knuć z wrogami, więc budowano małe budynki obok zwane „Casino” casa (dom), czyli mały domek, i tam przyjmowano gości i spotykano się w celach towarzyskich. Trochę to naiwne go spiskować można przecież wszędzie, ale może w większym towarzystwie trudniej jest to ukryć.

A Regatta on the Grand Canal by Canaletto

Inny popularny sport to regaty, odbywały się na różne okazje, ale najsłynniejszy z nich to wyścig (8km) na Wielkim Kanale. I tak mamy tu znów ciekawe wizerunki, u Carlevarijsa „ The Regata on the Grand Canal In honour of Frederic IV king of Norway” i jest tu znowu pompa i splendor, zwęził on kanał, co dodaje obrazowi klaustrofobicznego wyrazu, są tu wielkie łodzie bogatych kupców, dygnitarzy, arystokracji, chodzi po to, aby się pokazać i człowiek się zastanawia gdzie są zawodnicy, gdzie tu jest ten wyścig? A potem jak się lepiej przyjże to stwierdza - o jest jeden człowieczek na łódce, o a dalej jeszcze jeden. Wydaje się, że główni bohaterowie dnia są tylko tłem dla tej całej maskarady i przepychu jest się tam po to aby się pokazać i obejrzeć sobie innych. Na obrazie Canaletta z 1733-34 roku mamy regaty na Wielkim Kanale, mniej pompatyczne, typowe zawody, a co ciekawe na lewej stronie z obrazu patrzy na nas być może główny wenecki patron i agent malarza J.Smith. ( Pod koniec swojego życia sprzedał on swoją kolekcję brytyjskiemu monarsze Jerzemu III)

Najpopularniejszą ceremonią był jednak „Ascension Day” w czasie, którego flotylla łodzi, gondoli, oraz oficjalna miejska łódź Bucintoro (łódź ta była określana jako najprzedniejszy statek na świecie) zabierała Dożę z jego siedziby na tę specjalną ceremonię zaślubienia z morzem – Doża wrzucał symboliczny pierścień w wody Adriatyku, podkreślając ten szczególny związek między republiką a otaczającymi go wodami. To było przedstawienie pełne splendoru i każdy chciał tam być i to zobaczyć, kto nie miał łodzi ten starał się o dobre miejsce obserwacji, z okien budynków też było dobrze widać. Budynkiem obok siedziby Doży było więzienie, w którym dwa razy w celi siedział słynny Casanova. Pierwszy raz, kiedy został aresztowany po znalezieniu się w łożu z osobnikiem tej samej płci. Wtedy zapłacił strażnikowi za dobrą celę z widokiem na Wielki Kanał, bo chciał obserwować to święto. Drugi raz miał już mniej szczęścia i jego cela była mniej „słoneczna”, że tak powiem, więc postanowił z niego uciec. Swoją eskapadę opisał w „Historii mojej ucieczki”, niektórzy twierdzą, że tu go poniosła fantazja i że raczej przekupił sobie drogę do wolności.

Mamy tu kilka obrazów pędzla różnych artystów, L. Carlevarijs(1663-1730) Canaletta, Bellotta, oraz F. Guardi (1712-1793), ostatniego z rywali Canaletta. To artysta, który choć malował wizerunki miejskie to jego styl i podejście sięgało w następne stulecie, gdy natura i pejzaże zdominowały malarstwo a styl był bardziej płynny, pastelowy, oraz bardziej się liczyło spojrzenie impresjonistyczne niż topograficzno architektoniczne. I tak mamy tu ten sam widok dwaj różni malarze.

 The Grand Canal with San Simeone Piccolo and Santa Lucia by Francesco Guardi

Francesco Guardi pochodził z rodziny o malarskich tradycjach i rozpoczął swoją karierę kopiując ryciny mistrza Canaletta, ale jego podejście było trochę inne. Jego obrazy pełne są płynnego światła, rozmazanych odbić, czasem nie wiadomo gdzie się kończy woda na horyzoncie a zaczyna nieboskłon, a budynki Wenecji wyrastają z wody jakby ich korzenie roztapiały się w Adriatyku. Jest to coś nowego, mieliśmy już architekturę będącą tłem dla splendoru miasta, codzienne życie miejskie bez upiększania, idealistyczne wizerunki na pamiątkę, a tu mamy „wrażenie” jakie na nas wywarło to miasto, ewolucja i rewolucja pędzlem. Canaletto nadal dominował rynek pamiątkowych vedut ale Guardi nakreślił nowy styl duchowego poetyckiego podejścia do sztuki malowania pejzażu, przed którym świat stanął otworem choć dopiero w następnym stuleciu, choć sam artysta popadł trochę w zapomnienie.

Canaletto zmarł w 1768 roku w tym samym mieszkaniu, w którym się urodził, z kilkoma koszulami i parą spodni na zmianę, jego sukces nie przekształcił się w fortunę, republika Wenecka upadła cztery lata po śmierci Guardiego wraz z najazdem Napoleona (1797), liczne wojny zahamowały turyzm i zmniejszyły popyt na pamiątkowe veduty. Miasto jednak przetrwało na obrazach w galeriach i prywatnych domach na całym świecie, było ono natchnieniem dla nowych artystów jak J.W Turner, który swój hołd wielkiemu mistrzowi veduty złożył na jednym ze swoich obrazów przedstawiającym Wenecję. „ Bridge of Sighs, Ducal Palace and Custom House Venice, Canaletti painting” obok grupa łódek po prawej stronie stoi sam mistrz Canaletto i maluje.

Wystawę kończą trzy wizerunki różnych artystów tego samego miejsca „The Torre di Malghera” są to ruiny fortyfikacji weneckich na lądzie i mamy je ukazane oczami Canaletta ciepły słoneczny widok, Bellotta w chłodnym słońcu tajemniczy i Guardiego pastelowy pełen poezji.

 Wystawa jest interesująca i choć widzi się ciągle te same budynki to ciekawe jest jak je malowano, co się za tym kryło, jak malarze przekazywali nam to, co widzieli, jak kształtowały się gusta kupujących i jak zmieniały się style i ewoluowały spojrzenia. Niektórzy krytycy zarzucają wybór artystów i obrazów mówiąc, że organizowana ona była, jako pokazówka dla handlarza sztuki, który chce je tak zaprezentować publiczności. Warto też obejrzeć krótki filmik o wystawie i współczesnym malarzu widoków miejskich Clive Head.

Offerta 2 za cenę 1 biletu gdy się przyjechało koleją, trzeba pokazać bilet kolejowy lub travelkę z symbolem National Rail, trzeba też mieć kupon z broszurki, można je znaleść na stacjach kolejowych albo wydrukować go ze strony Days Out. Wejść na stronę przez ten link i cliknąć na Claim Offer, wypełnić kupon i wydrukować.

Wystawa w Galerii Narodowej będzie do 16 Stycznia 2011 roku.

Wenecja Canaletto i jego rywale część 1

Godziny otwarcia 10:00 – 18:00 w piątki do 22:00.

Ceny: £12 - dorośli; £11 – emeryci; £6 – ulgowe: studenci, bezrobotni, członkowie Art. Fund, dzieci od 12 do 18 roku życia; £24 – bilet rodzinny. Audio Guide £3.50

Wtorki po godzinie 2:30  dorośli i emeryci tylko £6

Dojazd: Najbliższa stacje metra: Charing Cross, Leicester Square; Kolejowe Charing Cross, Waterloo trzeba przejść po moście przez Tamizę.

Autobusy: 3, 6, 9, 11, 13, 15, 23, 24, 29, 53, 88, 91, 139, 159, 176, 453.

Wpisł powstał dzięki pomocy działu prasowego Galerii Narodowej

piątek, 22 października 2010

Kolejna wystawa tego sezonu tym razem w Galerii Narodowej przy Trafalgar Square (Londyn) ukazuje nam Wenecję w oczach malarzy XVIII wieku skupiając się na „rywalizacji”, różnych technikach, spojrzeniach oraz sposobie przekazu artystycznego. W XVIII wieku panowała moda na Wenecję, młodzi arystokraci zwłaszcza brytyjscy wyruszali na tzw. Grand Tour  czyli objazd ważnych kulturowo miejsc w Europie. Poznawali oni różne zwyczaje kulturę, kuchnię, bogatą historię i sztukę min. Italii a Wenecja była koniecznym przystankiem w takiej wyprawie. Tak jak dziś kupujemy drobne pamiątki z naszych podróży tak i wtedy konieczne było przywiezienie czegoś ze swojego objazdu i dzięki temu rozwinął się gatunek w malarstwie znany, jako vedute, czyli miejskie widoki. Takie drogie pocztówki na płótnie wędrowały z turystami oraz jako przesyłki na statkach do miast w Anglii, Niemczech itd. Jeśli myślimy o Wenecji i miejskim malarstwie widokowym to od razu na język ciśnie nam się  Canaletto (mały Canal, po naszemu więc chyba Kanalik) czyli Giovanni Antonio Canal (1697-1768), jest on uznawany za mistrza veduty ale nie był on pierwszym ani jedynym malarzem tworzącym w tym gatunku, działającym na rynku artystycznym w XVIII-wiecznej Wenecji. Wystawa prezentuje nam jego dorobek na tle innych twórców, pokazując także jak różni malarze podchodzili do tego samego wizerunku czy wydarzenia, jak manipulowali przestrzenią w swoich pracach i jak zmieniała się moda i wymagania kupujących. Wenecja nazywana La Serenissima czyli Najbardziej Spokojne miasto dzięki ich pracom stała się znana na całym świecie, główne budynki są rozpoznawalne przez ludzi którzy nigdy nie postawili stopy na uliczkach tego miasta i nigdy nie zasiedli w słynnych gondolach. Kiedy artyści i turyści jadą do Wenecji to mają pewne oczekiwania, które są właśnie wynikiem artystycznego bumu i mody na miejskie malarstwo widokowe w XVIII.

 The Molo Seen from the Bacino di San Marco.jpg

Wystawę rozpoczynają artyści, którzy wiedli prym w Wenecji przed wielkim Canaletto. Pierwszy obraz na który należy zwrócić uwagę to „The Molo form the Bacino di San Marco”(Molo od strony zatoczki św. Marka) pędzla Gaspara van Willtel znanego pod jego włoskim przydomkiem Vanvitelli, obraz ten został namalowany w 1697 roku (roku urodzenia Canaletto). G. van Wittel był flamandzkim artystą, który w czasie podróży po Włoszech zawitał do Wenecji, wykonał szereg szkiców i potem w studiu malarskim w Rzymie wyprodukował ten obraz. Flamandzka precyzja tworzenia wizerunków miejskich trafiła do Wenecji i szybko znalazła naśladowców. Miasto przyciągnęło artystów, którzy zaczęli tworzyć obrazki dla turystów, jednym z nich był Luca Carlevarijs który już w 1703 roku uzyskał uznanie i pozycję oraz stworzył swoisty kanon obrazowania miasta i ceremonii jaki się w nim odbywały.

Jego obraz „The Piazza San Marco looking East” (Plac św. Marka patrząc na wschód), Pokazuje Wenecję jako pępek świata kulturalnego, handlowego i turystycznego, koncentruje się on na figurach a miasto jest tłem do przepychu i splendoru ale ten przepych i splendor symbolizuje to miasto - wielką tysiącletnią republikę. Malarz ten jest jednak bardziej zainteresowany w postaciach niż architekturze, ale jego postacie to zbiór modeli, bowiem miał on kartusze, które wykorzystywał w różnych obrazach i tak np. ta kobieta w czarnej sukni z wachlarzem pojawi się na paru jego innych obrazach na tej wystawie. Dość fajna zabawa jak się jej na szuka na jego dziełach. Obok tego obrazu wisi dzieło Canaletta pokazujący ten sam widok, ale jest on zupełnie inny, bowiem artysta stara się pokazać nam atmosferę tego miejsca a nie kolorowy tłum.

Innym malarzem szukającym szczęścia w słonecznej Wenecji był szwedzki artysta Johan Richter i mamy tu jego obraz „The Entrance to the Grand Canal with a Bridge for The Feast of the Madona Della Salute” – większość obrazów ma właśnie takie opisowe długi nazwy określające dokładnie, co jest przedstawione na obrazie. Na tym obrazie nie ma jednak samego kościoła Madonny artysta zaś koncentruje się na specjalnie stworzonym tymczasowym moście, po którym ludzie przechodzą w czasie procesji do listopadowej mszy dziękczynnej za przetrwanie plagi w 1630 roku. Dziewczynki po prawej idące po mostku w pomarańczowych ubiorach to dzieci ze słynnego sierocińca(Ospedale Della Pieta), porzucone córki, dla których nie było miejsca w domach ze względu na prawo dziedziczenia. Synowie ( drudzy i kolejni) oddawani byli do służby w kościele, a córki jak było ich zbyt dużo porzucane na progu tegoż sierocińca. Co jest ciekawe to Vivalid był tam nauczycielem muzyki a potem dyrektorem muzycznym orkiestry żeńskiej, której słynne koncerty były jedną z atrakcji Wenecji. Co jest także ciekawe w tym obrazie to niebo, nadciągający sztorm i wydaje się, że zaraz poleje się woda z nieba, a może to łzy tych niechcianych dziewcząt.

stone masons yard, Canaletto

Canaletto włączył się do tego lukratywnego rynku w latach 20tych i bardzo szybko okazał się groźnym rywalem dla reszty, a jeden z jego zwolenników zachwalając jego malarstwo pisał „ że w jego obrazach można zobaczyć słońce”. Canaletto zaczął swoją karierę malując scenografią teatralną i może dlatego tak dobrze potrafił operować iluzją i światłem. Jego obrazy pełne są życia, potrafił on uchwycić przelotną chwilę, ukazać moment w życiu miasta i jego mieszkańców. Dwa jego obrazy zasługują na szczególną uwagę. Jeden z nich jest popularnie znany jako „Stonemasons yard” ( Plac- podwórko kamieniarskie), który ukazuje nam miasto takim jakim ono jest pełnym mieszkańców, którzy wiodą swoje życie, pracują, bawią się, odpoczywają itp. I tak mamy kobietę biorącą wodę ze studni, dzieciaki przepychające się na podwórku, mężczyzn pracujących przy kamieniach, kobieta wygląda przez okno, firanki, zasłony pranie na sznurkach fruwają na wietrze, doniczki stoją w oknach. Jest to Wenecja zwykłych ludzi, taki nieturystyczny zakątek i dlatego o wiele ciekawszy niż pełne pompy obrazy. Podobnie z obrazem „The Rio del Meldicanti looking East” (1723) gdzie znów mamy jakąś boczną uliczkę i codzienne życie na niej, chłopcy popychający gondolę, kobieta wytrząsa miotłę przez okno, znów sznurki z praniem, na uliczce po lewej mamy min staruszka z laską, który opiera się zmęczony o mur. Dobry z niego obserwator trzeba przyznać, aż trudno uwierzyć, że malował to w studiu opierając się na szkicach, które wcześniej wykonał.

Canaletto stał się popularny, a lata 30te to najświetniejszy okres w jego karierze, ma on dobrego agenta, promotora i patrona w osobie Josepha Smitha. Mniejsze obrazy były dla turystów – łatwiej się je przewozi na statkach do ich posiadłości- większe były dla bogatych mieszkańców Wenecji. W tym jednak okresie pojawił się rywal w postaci młodego malarze ze slumsów Michele Marieschi, który do veduty trafił także przez scenografią teatralną. Był on zdolny, obrotny, malował szybko i tanio, używał ostrych kolorów, nakładał dużo farby zostawiając widoczne ślady pędzla, manipulował światło i perspektywę a jedynym jego słabym punktem były figurki ludzkie, toteż w tej kwestii współpracował z innymi artystami. Jego kariera została przerwana śmiercią w 1742 roku, dorastanie w biednej dzielnicy okazało się mieć zgubne dla niego skutki. Mamy tu obok siebie te same widoki w wykonaniu przez tych dwóch malarzy np. „Bacino di San Marco” u Canaletta jest mnóstwo łodzi i statków, jest to niemal z lotu ptaka u Marieschi mniej łodzi inny kąt widzenia. Canaletto pracował dość długo, jego obrazy są bardzo dopracowane w szczegółach, każda postać ma swój charakter może, dlatego zajmowało mu to lata i może dlatego inni zaczęli go z rynku wypychać i tak np. Johan M. von Schulenburg po jednym zamówieniu przestawił się właśnie na tańszego i szybszego Marieschi.

The Piazza san Marco looking south and west by Canaletto

Ciekawym obrazem z tego okresu jest „The Piazza San Marco looking South and West” Mamy tu do czynienia z ciekawym eksperymentem zniekształcenia perspektywy, jako że mamy tu dwa punkty zbiegu, jeden w prostej linii na wprost od nas a drugi w prowadzi nasze oczy w prawo. Mur, który jest po prawej stronie na krawędzi obraz powinien być w zasadzie za nami jak patrzymy na wprost. Canaletto także skrócił wieżę o jedno okno i trochę wyidealizował ten widoczek, bowiem między tymi dwoma kolumnami na wprost od nas było miejsce, w którym dokonywano egzekucji w mieście.

Kolejne arcydzieło z tego okresu to „The Riva degli Schiavoni looking West „ (1735) jest to obraz często kopiowany a pokazuje znajomy zakątek Wenecji z nowego punktu widzenie. Mamy tu architekturę pełną detali, ale też życie ludzkie, mnóstwo postaci i ich obecność jest uzasadniona a nie tylko po to, aby zapełnić przestrzeń. Mamy ludzi rozmawiających może o interesach, polityce albo plotkujących o sąsiadach, dzieci zbierające patyki, brud na murach i psy bawiące się na ulicy. Canaletto musiał lubić te zwierzęta, są one obecne na każdym jego obrazie. Obraz wydaje się zatrzymać czas i wszystko ruszy i potoczy się dalej za chwilę. Patrząc na ten obraz a potem szereg innych wydaje mi się, że jest tu pewien schemat, budynek na prawej stronie, niemalże wychodzi z kadru, woda i przestrzeń po lewej. Taka kompozycja pojawia się jeszcze wielokrotnie w jego malarstwie a może to tylko moje złudzenie.

rialto bridge from the riva del vin

Obraz M. Marieschi „Riatlo Bridge form the Riva del Vin” (1737) to niezwykły wizerunek tego symbolu miasta, zbudowany w 1591 roku był to przez wieki jedyny most przez Wielki Kanał i często pojawiał się na obrazach. Figury zostały namalowane przez Gaspara Diziani, bowiem Marieschi nie był w tym dobrym, a zabawił się on także perspektywą i schody na lewej stronie obrazu przy moście są pod dziwnym kątem, a linia brzegowa po drugiej stronie jest trochę zakrzywiona, czyżby używał on jakiegoś instrumentu optycznego typu „Camera obscura” przy swojej pracy?

Bellotto

W pracowni Caneletta uczył się jego siostrzeniec Bernardo Bellotto, czasem jego obrazy były kupowane jako dzieła jego słynnego wuja i mamy tu na tej wystawie parę takich przykładów („Arsenal”). Bellotto uczył się kopiując albo raczej malując wariacje na temat prac swojego wuja i tak mamy tu „The Entrance to the Grand Canal looking East with Santa Maria Della Salute” Canaletto 1741, Bellotto 1743-44 i mamy tu podobny układ kompozycji, postacie, elementy architektoniczne i muszę powiedzieć, że w tym przypadku wolę Bernarda, wydaje mi się, że wprowadził on trochę świeżości, dramatyzmu i chłodnego światła w malarstwo miejskie. Bellotto zdał egzamin cechu artystycznego już w wieku 16 lat, ciągle eksperymentuje jak wuj i próbuje znaleźć własny styl, woli ciemne odcienie, wyraźniejsze linie i kontury architektoniczne, kontrasty i uwielbia monumentalność budynków. Gdy Canaletto upięknia swoje obrazy dla zwiedzających idealizując Wenecję, kupujący nie chcą zabierać ze sobą chmurnych wizerunków a tylko słoneczne idealne, Bellotto utrzymuje styl realistyczny jak kiedyś jego nauczyciel młody może i naiwny wtedy on był, przykładem tego są dwa różne wizerunki „The Campo Santa Maria Formosa”. Na obrazie siostrzeńca mamy tynk odpadający od murów, ciemniejsze kolory. Bellotto podążył do innych miast włoskich a potem ruszył na północ od Alp tam zdobywając klientów i sławę. Lata 40te XVIII wieku to ciężki okres dla artystów na kontynencie wybuchła wojna o tron austriacki i to spowodowało ograniczenie w podróżach, mniej turystów, trudniej sprzedać obrazy.

O i znów mi zabrakło miejsca. Więc CDN...

Wenecja Canaletto i jego rywale część 2

 

poniedziałek, 18 października 2010

kuznianarozdrozu

Kupiłam tę książkę w ramach wspierania polskich pisarzy bo zawsze mam takie patriotyczne odruchy gdy jestem w Polsce. Czasem kupuję książki na chybił trafił kierując się notką na tyle lub boku, okładką czy przeczytanym fragmentem z środka. Tym razem była to notka na wewnętrznej stronie okładki który zachwalała to jako „świetnie osadzoną w naszych realiach, lekką opowieść o współczesnych polskich kobietach”, a na okładce pod tytułem było napisane wojna rozsądku z namiętnością. No i się skusiłam.

Książka zaczyna się prologiem w którym nasza główna bohaterka Adela ginie w katastrofie samolotowej w drodze do nowego „lepszego” życia w Rzymie, a młoda dziewczyna nożem zabija ojca znęcającego się nad całą rodziną. Ciekawy choć trochę makabryczny pomysł, potem reszta zaczyna się „trzy tygodnie wcześniej” i przez całą książkę autorka stara się zrobić wszystko aby do tego co się stało nie dopuścić są też wróżki, siostra, matka dewotka, masażysta i koleżanki. Adela jest dziennikarką, która stara się być wzorową żoną dla swojego męża, który jest nadętym bubkiem o zawodzie architekta, który traktuje swoją żonę raczej przedmiotowo i ma ona służyć jego karierze, i poprawiać jego wizerunek itd. Adela nie jest szczęśliwa, ale nie ma odwagi, aby coś z tym zrobić i my kibicujemy losowi, który stara się ją jakoś z tej drogi do śmierci nawrócić. Najpierw mi się to nie za bardzo podobało może, dlatego że właśnie książka, którą przeczytałam wcześniej była bardzo dobra i jakoś mi się trudno było przestawić na styl pani Ewy. Potem zaczęła mi się podobać aż do rozdziału 9 gdzie się trochę rozczarowałam. Otóż Adela dostaje telefon od syna brata swojego męża, że jego siostra Iza jest w tarapatach, bo poszła ona z koleżanką Elką na jakąś dyskotekę i tam jacyś podejrzani faceci się do niej przyczepili. Zadzwoniła do owej Elki na dyskotece i ta spanikowana krzyczy żeby tę Izę ratować, a potem ani mru, mru o niej w ciągu całej akcji ratunkowej. Co się stało z ową Elką, czy zostawiła przyjaciółkę w kłopotach i uciekła, czy poszła się bawić dalej, nic nie wiadomo, bo ani słowa o niej, jakby Pani Ewa o niej zapomniała? Potem podobnie z Renatą żoną męża brata, która od niego uciekła niby ważny moment w książce, bo uświadamia coś naszej bohaterce, ale niewiele o tym, co dalej nam wiadomo. Wiem, że gdyby się tak rozdrabniać to było by tu 500 stron an nie 365, ale o Elce wystarczyło by jedno zdanie, że ją zabrali ze sobą jak jechali do domu, a Renacie, że znalazła jakąś prace lub jej pomysł się sprawdził etc. Jeszcze jedna rzecz mogła by być lepiej zrobiona, każdy rozdział rozpoczyna się ilustracją karty do wróżenia i zawsze jest to ta sama karta, chyba by było lepiej gdyby za każdym razem były to inna, może dało by się dopasować karty to tego, co się działo w danym rozdziale. Wiem, że trochę się czepiam, ale trochę się rozczarowałam tymi brakami, bo ogólnie to mi się książka nawet podobała. Jeden z tych przypadków, co by było gdyby?

sobota, 16 października 2010

Syon House

Trzeba powiedzieć, że ta rezydencja nie prezentuję się okazale z zewnątrz, taka trochę szara bryła wystająca z trawnika, ale po wejściu do środka zrozumiemy, dlaczego ludzie się nią zachwycali i w swoim czasie była nazywana najprzedniejszą willą Europy. To kolejny przykład, że nie można oceniać po wyglądzie, ma ona, bowiem piękne wnętrza i zdecydowanie zyskuje po bliższym poznaniu. Do budynku wchodzimy przez tzw Porte Cochere dobudowane w 1820 roku jest to specjalny ganek, pod którym z łatwością zmieściła się karoca i jeżeli była brzydka pogoda i lało jak z cebra panie i panowie nie mokli wysiadając z powozów. Już po przekroczeniu progu wpadłam w zachwyt i taka zapewne była intencja architekta Roberta Adama, którego 1 Książe Northumberland  zatrudnił przy przebudowie swojej rezydencji. (w 1766 roku nowy tytuł Księcia Northumberland otrzymał Hugh Smithson mąż Elżbiety Seymour - a była ona pra-pra wnuczką Algernona Percy dla tegoż przyjął on nazwisko rodowe i herb rodziny Percy) Robert Adam spędził jakiś czas we Włoszech i tam nasiąknął klasycyzmem jak wielu przed nim i po nim np. Lord Burlington, Indigo Jones, W. Kent. Od rodziny książęcej otrzymał on polecenie „wykreowania pałacu o grecko rzymskim splendorze”, ale nie wolno mu było przy tym zmienić rozkładu domu i zburzyć głównych struktur. I tak pracować musiał on na starym Tudorowym planie i aż człowiek otwiera oczy i usta w zdumieniu co mu się udało osiągnąć.

The Great Hall serce średniowiecznego domu zostało zamienione na przestronne marmurowe pomieszczenie wzorowane na Rzymskiej Bazylice. Jego wymiary 31 m na 9.4 m i wysokości 10.3 m z oknami i dwoma wejściami w tym jedno do wewnętrznego dziedzińca z ogrodem i fontanną. 

courtyard

Po obu stronach są apsydy z sufitem kasetonowym, komnata jest otoczony doryckim kolumnami, które podtrzymują stylizowane grecki fryz - architraw biegnący naokoło pomieszczenia. Greko – Rzymski wygląd jest doprawiony kolekcją posągów i rzeźb, niektóre z nich są projektu Adama a wykonane przez artystę rzeźbiarza Josepha Rose ( Livia, Rzymianin w todze, Rzymski urzędnik). W absydzie z półkopułą mamy posąg Apolla Belwederskiego jest to kopia (dłuta Johna Cheere cena w 1764 za wykonanie 21 funtów) oryginału z Watykanu pochodzącego z około 250 roku p.n.e.. Między kolumnami zaś jest kopia wykonana przez Valadiera słynnej rzeźby z Muzeum Kapitolińskiego w Rzymie „Umierający Gal” Jest ona wykonana z brązu a swój czarny kolor zawdzięcza zaś temu, że przez 9 lat leżała zanurzona w wodzie. Pierwsza Księżna Northumberland zapłaciła za nią w 1773 roku 300 funtów. Trzeba spojrzeć na sufit i podłogę, bowiem są one trochę podobne we wzorze. Kolorem dominującym jest biel w różnych odcieniach, zakłócona tylko biało czarną szachownicą właśnie na podłodze.

 Great Hall in Syon House

Po schodach za rzeźbą „Umierającego Gala” wchodzi się do Przedsionka (Ante Room 11.1 m na 9.1m, wysokość 6.4m) i jest to bardzo bogato udekorowany przedsionek. Wystrój jest utrzymany w stylu klasycystycznym, ale jest dla odmiany kolorowy, kolumny są w stylu Jońskim (R. Adam zakupił je w Rzymie w 1765 roku) podtrzymują one bogato zdobiony fryz także biegnący dokoła pomieszczenia. Nad kolumnami na fryzie stoją pozłacane rzeźby antycznych bohaterów. Kolumny swój wygląd zawdzięczają technice dekoracyjnej, w której powierzchnię pokrywa się substancją imitującą marmur (Scagliola) w tym przypadku jest to imitacja „antycznej zieleni” (verd antique) znanej też jako ofikalcyt. Podłoga także została wykonana techniką Scagliola i motyw na niej odpowiada temu, co jest na suficie mniej więcej. Bardzo imponujący ten przedsionek nieprawdaż. Pomieszczenie to było używane także, jako jadalnia.Przedsionek Syon House

The Dining Room czyli Jadalnie to podłużna komnata 20.1 m na 6.5 m. i powiela styl z poprzednich sal, kolumny są tym razem korynckie podtrzymują one fryz a końce sali mają podobne absydy jak w Great Hall. Sufit jak poprzednie to dzieło Josepha Rose i wspaniale on współgra z motywami dekoracyjnymi na architrawie i fryzie oraz w półkopułach, kominku a zwłaszcza gipsowym panelem nad nim przedstawiającym Trzy Gracje córki Zeusa. ( projekt R.Adam wykonanie L.F Breton koszt 70 funtów). W rogu stoi „mały” zegar tak się przynajmniej wydaje na pierwszy rzut oka, a jednak cały ten mebel to mechanizm zegarowy, wykonany on został przez renomowanego zegarmistrza szwajcarskiego Benjamina Vulliamy w 1785 roku. Zegara jest osadzony w wytworze słynnej firmy produkującej porcelanę, ozdoby gipsowe i gliniane Wedgwood, na zegarze stoi mały globus i pochyla się nad nim figura kobieca. Całość stoi na piedestale, który ukrywa zestaw piszczałek wygrywający różne melodyjki. Całość jest pokryta Scagliolą a na przedzie mamy okrągły malunek przedstawiający Apolla powożącego rydwan Słońca. Urocze cacko. Klasycystycznego wystroju dopełniają liczne posągi i popiersia. Warto się także przyjrzeć ślicznemu fryzowi w stylu chiaroscuro, w którym gra się na kontraście między światłem a ciemnością, niesamowity efekt.

Red Drawing Room

Następne pomieszczenie to The Red Drawing Room czyli Salonik Czerwony. Według architekta R. Adama miał to być przedsionek (ante room) do właściwego Saloniku chodziło o pomieszczenie, które by wyciszało hałasy z Jadalni, które by mogły przeszkadzać damom. Pomieszczenie to, to prawdziwy skarbiec, nie wiadomo gdzie się najpierw patrzeć i nad czym zachwycać. Są tu te same schematy architektoniczne jak w poprzednich pomieszczeniach, jednak to komnata ciepła i przytulna a sprawia to nie tylko kolor, lecz cały wystrój, który nie jest przypadkowy, ale połączony w bardzo wymyślny sposób. W tym pomieszczeniu trzeba zadrzeć głowę sufit jest, bowiem imponujący, został on zainspirowany wnętrzami Villi Madama w Rzymie a wykonany przez Josepha Rose’a. Ten typ sklepienia jest określany, jako zwierciadlane (coved), opisując to można nazwać je nieckowym ze ściętym wierzchołkiem, umieszczono na nim 239 medalionów autorstwa Ciprianiego z tego 75 w części centralnej wydają się one fruwać w niebiosach, te na bocznych częściach stoją lub siedzą na ziemi. Wzór na oprawkach medalionów, na fryzie, na kominku, ścianach, meblach jest podobny i formą przewodnią jest motyw greckiego wiciokrzewu (greek honeysuckle) nawet dywan został wykonany w 1769 roku w zakładach Thomasa Moore’a w Londynie a został zaprojektowany przez architekta Roberta Adama specjalnie dla tego pomieszczenia. Jest tu parę interesujących obrazów, większość z nich pochodzi z okresu Jakobińskiego (panowanie dynastii Stewartów w Anglii). I tak mamy tu Elżbietę królową Bohemii zwanej także „Zimową królową”, jako że królowała ona tylko jeden rok a resztę życia spędziła ona na wygnaniu razem z mężem Fryderykiem V (elektorem Palatyńskim) w Holandii, zmarła w Londynie. Była ona córką pierwszego króla Anglii z dynastii Jakobińskiej – Jakuba I Stewarta, siostrą Karola I (Charles I który stracił tron, królestwo i głowę w 1649 roku), ciotką Karola II (Charles II), cioteczną babką królowej Mary II żony Williama III Orleańskiego i babką króla Jerzego I ( George I pierwszego monarchy z dynastii Hanowerskiej). Inne znamienite postaćie to Henrietta Księżna Orleanu, siostra Karola II zwana pieszczotliwie „Minette”, aktywna politycznie kobieta, która przyłożyła ręce do tzw Tajnego Układu w Dover z 1670 roku między swoim bratem a królem Francji Ludwikiem XIV (chodziło o powrócenie Anglii na łono Katolicyzmu i sojusz militarny przeciw Holendrom); Karol II z Katarzyną z Braganzy oraz Król Karol I i jego syn Jakuba II (wtedy Książe Yorku) pędzla Petera Lely oraz portrety spod pędzla van Dycka jego własnego lub z jego studia min żony Karola I Henriety Marii. Trzeba tu powiedzieć że kiedy Król Karol I został aresztowany w czasie wojny domowej (przewrót i rządy parlamentarzystów pod wodzą Cromwella 1642-1660) to właśnie  10ty Hrabia Algernon Percy został wybrany na opiekuna królewskich dzieci, które tu właśnie przebywały. Król został zatrzymany w areszcie domowym w Pałacu Hampton Court, który leży w górze rzeki Tamizy i czasami odwiedzał swoje dzieci i hrabiego.

Lond Gallery Syon House

Następne pomieszczenie to jeszcze bardziej zachwycająca "The Long Gallery" czyli Długa Galeria została ona zaprojektowana przez R. Adama specjalnie dla wygody dam. Wymiary galerii to 41.1 m długości i 4.2m szerokości i zajmuje ona całą wschodnią stronę domu. W Tudorowym domu była tu także Długa Galeria, był to popularny element w siedzibach szlacheckich, a jedną z jej funkcji był spacerniak dla mieszkańców na wypadek złej pogody i niemożliwości wyjścia do ogrodów. Po jednej stronie mamy kolumnadę z jedenastoma oknami po drugiej stronie pięć wnęk, troje drzwi, dwa kominki z półki na książki jako że służy to pomieszczenia jako biblioteka ( z 3000 książek). Klasyczny efekt został uzyskany dzięki 62 pilastrom (półfilary przyścienne) w stylu korynckim, okrągłym stiukom, a umiejętne użycie motywów geometrycznych a zwłaszcza operowanie optycznymi przekątnymi na suficie powoduje, że pomieszczenie to wydaje się nam jeszcze dłuższe niż jest w rzeczywistości. I znowu te same wzory pojawiają się na ścianach, meblach, suficie i dywanie, co powoduje niezwykłe uczucie harmonii. Są tu także ukryte drzwi, zaraz po wejściu do Galerii z Czerwonego Saloniku są „półki z książkami” a tak naprawdę to drzwi wiodące do ogrodu. Na obu końcach Galerii są pomieszczenia nazywane The Turret Room (turret to mała wieża), zwłaszcza interesująca jest ta na końcu północno – wschodnim bogato dekorowana ornamentem stiukowym posiada wiszącą u sufitu mechaniczną klatkę ze śpiewającym ptakiem i zegarem w spodzie mechanizmu jest to unikatowy eksponat pochodzący z końca XVIII wieku. Na okrągłych medalionach we fryzie mamy portrety rodzinne rodziny Percy, która doszukuje się swoich korzeni u Charlemagne (Karola Wielkiego) portret wspomnianego wcześniej Henrego Percy „Hotspur” można zobaczyć naprzeciw drugiego kominka, na licznych stoliczkach są współczesne zdjęcia rodzinne. Widok z okien rozchodzi się na park, Tamizę i ogrody botaniczne w Kew.

CDN...

Inne wpisy o Syon House ciekawostki historyczne

zdjęcia wnętrz zbiory Syon House

piątek, 15 października 2010
 

Kupiłam tę książkę w księgarni na promocji 3 za cenę 2 ( takie oferty są bardzo niebezpieczne, bo człowiekowi aż ślinka cieknie na widok tylu książek w zasięgu ręki) Długo ona jednak czekała na swoją kolej na kupce na mojej podłodze, potem półce aż się wreszcie doczekała. Moja przyjaciółka już przeczytała jej następną a ja dopiero teraz. Wszyscy zachwalali, jaka to super powieść no i miałam duże oczekiwania, zwłaszcza komediowe. Trzeba by trochę przybliżyć postać autorki Marina Lewycka urodziła się w 1946 roku w obozie przejściowym w Kiel w Niemczech, jej rodzice przebywali w licznych obozach pracy na terenie Niemiec w czasie wojny i zdecydowali się nie wracać na wschód i rozpocząć nowe życie na zachodzie w Anglii. Tu rodzina się osiedliła i zapuściła korzenie a Marina teraz wykłada na uniwersytecie Hallam w Sheffield. Czytając notki biograficzne i wywiad z autorką zastanawiałam się na ile ta powieść jest biograficzną historyjką.

Książka nie jest wyłącznie o traktorach, choć nawet na okładce mamy kobietę na traktorze, owszem ta maszyna pojawia się, ale jako odskocznia i tło do opowieści o ojcu głównej bohaterki. Powieść ta opowiada o rodzinie ukraińskich imigrantów powojennych osiadłych w Anglii i ich życiu. Akcja dzieje się na kilku frontach, w czasach współczesnych, okresie powojennym, podczas wojny i w komunistycznej republice Ukraińskiej. Autorka zręcznie przenosi nas w czasie i przestrzeni cierpliwie wyjaśniając zawiłe losy rodziny Mayevskich. Została ta opowieść napisana w pierwszej osobie i może, dlatego tak się człowiek przywiązuje do bohaterów i wydarzeń i nie może pozostać obojętny na to, co się dzieje na kartach powieści. Główna bohaterka Nadezhda zwana Nadią opowiada nam o niefortunnym małżeństwie swojego ojca (lat 84) z młodą 36letnią sex bombą z Ukrainy. Nikolai kompletnie oszalał dla młodej kobiety z bujnym biustem i na nic się zdają pytania i wątpliwości rodzinny. Nadia i jej siostra, z którą nie rozmawiała od czasu śmierci matki, muszą teraz się zjednoczyć, aby uratować ojca przed tą harpią. Nadia jest zaniepokojona, ale trochę naiwna i stara się na początku być dobrej myśli, ale jej siostra Vera jakby jej alter ego jest zbulwersowana i przekonana, że ojciec oszalał i trzeba coś z tym natychmiast zrobić i pisze list do Urzędu Imigracyjnego zawiadamiając władze, że oto to jest podejrzana sytuacja a kobieta nie ma szczerych intencji. Akcja Very nic nie daje i Valentina wraca do Anglii z jej synem Stanislavem dochodzi do ślubu i zaczyna się cały cyrki. Valentina jest, bowiem kobietą z ambicjami i jest zaślepiona zdobyczami cywilizacyjnymi zachodu, przede wszystkim gotowymi obiadami do mikrofalówki itp. nie gotuje nie piecze, bo po co, lepsze można kupić w Tesco. Młoda żona chce samochód ale musi to być dobry samochód, najlepiej Mercedes, Jaguar, no ostatecznie może być BMW ale w żadnym wypadku Ford. Nie jest to coś, na co stać emeryta, ale kobieta się uparła i dopięła swego, Nikolai spienięża swoje emerytalne bony oszczędnościowe i kupują stary samochód marki Rover, który jest gruchotem tylko cudem jeżdżącym. Żona nie jest zadowolona i wkrótce zaczyna gderać, że „samochód gówniany i mąż gówniany”. Potem domaga się nowej kuchenki musi być koniecznie gazowa i brązowa, bo to jest nowoczesne i świadczy o sukcesie. Valentina okazuje się wszystkim, czego się Vera obawiała wredną ździrą, która złapała dziadka żeby zostać na zachodzie i do tego zaczęła się teraz znęcać psychicznie i fizycznie nad staruszkiem. Siostry przystępują do ataku i pierwszym efektem jest odmowa na wniosek o pozostanie w Wielkiej Brytanii z urzędu imigracyjnego, który stwierdził po inspekcji, że coś to małżeństwo jest podejrzane. W końcu też sam Nikolai stwierdził, że to jest jędza, która chce go doprowadzić do grobu i prosi córkę Nadię o pomoc, bo ma trochę na pieńku z Verą i na dodatek czasami się waha w swoim postanowieniu rozstania z Valentiną. Od czasu do czasu autorka przenosi nas w odległe strony na Ukrainę i tam śledzimy losy naszych bohaterów w czasie klęski głodu, poznajemy pradziadków, ich życie w nowym ustroju, ślub a potem tragiczne lata wojenne, obozy pracy i głód w Niemczech i wreszcie spokojne pełne pracy życie w Anglii. Poznajemy w tych wspomnieniach matkę dziewczyn Ludmiłę, kobietę silną i zaradną, która wytrzymała ekscentryczne wybryki Nikołaja przez całe jej życie, kobietę ciepłą i pełną miłości mimo cierpienia i udręk, jakie jej w życiu przyszło przetrwać. A traktory też są, bo Nikolai jest inżynierem i fascynują go te maszyny, które wywołały rewolucję w rolnictwie, więc pisze on swoją historie tego wynalazku zaczynając od pierwszych dziwnych maszyn (tzw traktor Fowlera) składających się z dwóch silników umieszczonych po przeciwnych stronach pola i połączonych kablem z pługiem do niego przymocowanym, który to był ciągniony od brzegu do brzegu i w taki to dziwny sposób orano od końca do końca. Wszystko to jest okraszone sporą dawką humoru, głównie wynikającą z różnic językowych i kombinacji ukraińsko angielskich, trzeba też sobie wyobrazić akcent i postacie czasie akcji i można czasem zrywać boki.

Jedno mnie tylko zastanowiło, dlaczego jak już się udało wypchnąć Valentynę z domu to nie zmienili zamków żeby nie mogła nachodzić staruszka. Takie trochę niedopatrzenie, ale się czepiam, co? Może gdyby tak zrobili to by książka była o połowę krótsza. Podobno przetłumaczono tę powieść na 27 języków w tym na polski, ja czytałam ją w wersji angielskiej i bardzo mi się podobała. Zwłaszcza poczułam ciepłe przywiązanie do bohaterów, gdy okazało się w 5 rozdziale, że mama głównej bohaterki Ludmiła urodziła się w Nowej Aleksandrii w małym miasteczku garnizonowym w Polsce, bo to moje miasteczko i ja się też tam urodziłam. Polecam, bo jest to książka bardzo odkrywcza, pokazuje skomplikowany losy narodów przez pryzmat prostych i zwykłych ludzi jest tu humor trochę jak oset kłujący i prawda o tym jak pewne stereotypy nami rządzą i jak trudno jest nam się od nich uwolnić.

200pxA_Short_History_of_Tractors_in_Ukrainian

 
1 , 2
Flag Counter