czwartek, 30 września 2010

Biblioteka Brytyjska zaprezentowała nam tę niesamowitą wystawę o mapach. Mapa - niby prosta rzecz każdy z nas wiele razy używał mapy albo planu miasta w swoim życiu, a wielu nadal obok GPSu na w swoim pojeździe atlas samochodowy. Dla niektórych z nas wywołanie do mapy na lekcji geografii w szkole było prawdziwym koszmarem. Mapa ma nam pomóc w orientacji, znalezieniu drogi, ale nie zawsze tak było, kartografia była sztuką i o takich mapach była ta wystawa.

Piękne mapy i plany zdobiły ściany pałaców, domów bogatych kupców będąc swojego rodzaju świadectwem dobrobytu, wpływów politycznych, gustu etc. Mapy miały za zadanie pokazać potęgę monarchy, a goście mogli zobaczyć i zapoznać się z jego posiadłościami, fortuną i możliwościami. Mapy te pokazywały świat geograficzny, ale ozdabiane były scenkami biblijnymi, historycznymi i rysunkami etnograficznymi. Najlepszym przykładem tego jest Galerie delle Carte Geografiche w Watykanie pochodząca połowy XVI. Jest to imponujący zestaw map, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zobaczyć je na własne oczy a nie na filmie i zdjęciach.

XVII wieczne mapy holenderskich kartografów i to niesamowite eksponaty, wykonano je w czterech częściach następnie złożono i polakierowano, a pokazywały świat w 1680 roku. W rogach były scenki rodzajowe, przedstawiały one zwierzęta z różnych rejonów, kupców i zdobywców oraz europejskich monarchów, a także scenki mitologiczne. Na jednej mapie były nasza Polska od Morza Bałtyckiego po Morze Czarne i na tej mapie były min. miasta jak Crakow, Sandomierz, Zawichost, Płocko, Danzigk, Chełm, Lublin, Swolen (zapewne Zwoleń), Kurow, Kock. Zrobiło mi się ciepło na duszy.

mapa holenderska Europy 1680 rok

Trudno nam jest może zrozumieć, że świat jaki jest nam teraz dzięki telewizji fotografii i gazetom tak dobrze znany był dla większości ludzi przez stulecia wielką tajemnicą. Nowo odkryte lądy pełne były niespodzianek i nieznanych kultur, zwierząt, krajobrazów i budowli. Wszystko to fascynowało nie tylko odkrywców, ale także ludzi na dworach, bogatych kupców, wojskowych i innych. Wiedza o nowych ziemiach i odległych krainach spływała ze ścian na oglądających i obok imponowania dostarczała informacji i kształtowała opinie i poglądy. Takie mapy były na pokaz, zwłaszcza w okresie odkryć geograficznych.

bogate ilustracji prze mapie Afryki

Doskonałym przykładem takiego podejścia jest mapa wykonana przez Diego Gutierreza and Hieronymusa Cocka z 1562 roku pokazująca nowo odkrytą Amerykę. Przedstawia ona Hiszpańskie Imperium w Nowym Świecie a została ona wykonana dla króla Filipa II. Artyści kartografowie skupiają się na Ameryce Południowej, łatwo rozpoznajemy kształt kontynentu, jest tu rzeka Amazonka wijąca się jak wąż przez dżunglę. W wodach na około są dziwne stwory i zwierzęta, i pływający goryl (!?) na środku oceanu. Król Filip II przedstawiony jest na tej mapie, jako Neptun w powozie ciągnionym przez rumaki przez wody Atlantyku. Detale na tej mapie są niesamowite artyści z równą uwagą musieli przykładać uwagę do pomiarów i relacji podróżników jak i do artystycznego wyrazu tego dzieła.

Gutierrez i Cock mapa Ameryki

detal z mapy Americas

Musiało to być niesamowite posiadać taką mapę, dzieło pokazujące najnowsze odkrycia i wiedzę człowieka, pamiętajmy, że Amerykę dla Europejczyków (ponownie po Vikingach) odkrył Kolumb zaledwie pod koniec XV stulecia i do tego jeszcze pomylił z Indiami. Wszystko było niesamowite i pełne niespodzianek, na mapie pełno stateczków, stworów morskich i nieznanych zwierząt, ludzi w dziwnych strojach.

Brasilia

Mapy te były bardzo bogato ilustrowane np. mapa dla Henryka II króla Francji, był na niej jego herb, a rysunki wykonano kolorowym atramentem, przedstawiała ona świat z figurami różnych ludzi w różnych strojach, budynki, odziały zbrojne, zamki, łodzie, zwierzęta, ludzi przy pracy itp. Mapa była pozłacana i wykonana na welinie (cienkim pergaminie ze skóry cielęcej). Na tej mapie znalazłam Lithuanię, Sarmatic devrope?, Prusse, Polonie, Pomerię. Autorem tej mapy jest Pierre Desceliers a pochodzi ona z 1550 roku. Na innej mapie z 1564 roku (A. Ortelius i G. de Jode) przestawiającej min, Mexico City and Cuzco oraz źródła cynamonu, rabarbaru, i rubinów ku mojemu zadowoleniu w Europie znajdowała się Polonia z miejscowościami Plotzka, Warsovia, Sadomir, Cracouia, Nissa, Possna, oraz Podolia, Silesia. Naprawdę fajną miałam zabawę starając się znaleźć Polskie miejscowości na tych starych mapach. Zastanawiało mnie jak się o nich dowiedzieli autorzy map, czy relacje podróżników były pozytywne, jak nas postrzegano?

W połowie XVI wieku Europa przeżyła zagrożenie tureckie i mapa z 1530 roku, która wyszła spod ręki dwóch artystów kartografów J. Haselberga i C. Zella to ukazuje. Jest to mapa a także ilustrowana historia wydarzeń. Trzeba pamiętać, że obraz jest uniwersalnym środkiem przekazu i najszybciej i najłatwiej trafia do odbiorcy, a słowo pisane trafia tylko do tych, którzy potrafią je odczytać. Nie ma też problemu przy ilustrowanym przekazie z nieznajomością języka i tłumaczeniami. Jest to przepiękna kronika obrazkowa wydarzeń i sytuacji politycznej a także propaganda, bo oto niewierni stoją na granicy Europy, nie pierwszy raz i nie ostatni. Z prawego dolnego rogu mapy z miasta Constantinopolis (miasto jest otoczone murami, widać wieże minaretów i kopułę Hagia Sophia) wylewa się na Europę armia turecka mamy piechurów, wojowników na koniach, armaty, a nawet objuczone wielbłądy. Maszerują oni prze Bułgarię i podchodzą pod Budę ( na północ on niej jest Best), tu są namioty obozowe a z armat unosi się dym, na co odpowiadają armaty obrońców miasta. Potem armia najeźdźców wyrusza pod Wiedeń i tam rozbija kolejny obóz i rozpoczyna oblężenie, niektóre budynki na przedmieściach są w płomieniach. Oblężenie się nie powiodło, ale na pewno łupy po miastach i wsiach zdobyte były liczne, bo w armii na północ of Budy wracającej w kierunku południowo wschodnim figurki niosą wypchane worki na plecach, wozy są i wielbłądy są obładowane sakwami i pakunkami.

Polska na mapie z 1530 roku

Patrząc na tę mapę mamy rysunki rycerzy oraz wielu miast, jest Buda, król węgierski, a wyżej łańcuch górski rzeka zapewne Wisła i siedzący na tronie Król Polski i wymienione są miasta polskie Cracouia, Sadomiria, Syradia (Sieradz), Gniesna (Giezno), Vladislauia (Włocławek?), Prisca (Praszka?), Namsel (Namysłów), Lomisch (Łomża) i Mezeritz (Międzyrzecz), Pietercouia (Piotrków), Vresmila (Przemyśl?) i Posnania (Poznań). Mapa ta jest warta obejrzenia podaje tu link do strony gdzie można ją sobie dobrze obejrzeć. mapa chrześcijaństo zagrożone  jak się powiększy to trzeba trochę poczekać żeby obraz nabrał ostrości

W 1784 roku powstała bardzo symboliczna mapa „of Independence” jej autorem był Abel Buell który określił ją jako ukończoną przez jednego człowieka Amerykanina. Na tej mapie nawet meridion czyli południk zero przeniesiono do Filadelfii w rogu mapy jest figura Wolności siedzi ona dumnie bo oto narodził się nowy niepodległy kraj Stany Zjednoczone.

Fra Mauro 1450 średniowieczna mapa

Jedną z bardziej niesamowitych map była mapa z 1450 roku znana jako Fra Mauro. Na pierwszy rzut oka ta mapa jest bardzo dziwna i nie bardzo wiadomo co na niej jest, potem jak się bardziej przypatrzymy to do nas dochodzi że jest ona „do góry nogami”.  Mapa ta pokazuje znany świat w 1450 roku, bez Ameryki i Australii, i rzeczywiście trzeba się przyzwyczaić do tego układu południe na górze i dopiero wtedy można na niej się odnaleźć. Co jest ciekawe sposób w jaki jest osadzona - daje wrażenia okrągłości, kuli – globu, średniowieczni uczeni podejrzewali że ziemia jest sferą a Fra Mauro szacuje obwód do 22-24000 migli (mili – ale standaryzacja wymiaru mili dokonano dopiero w 1592 roku) co może odpowiadać około 24880 milom co jest dość blisko wymiarów naszego globu. Wykonana ona została przez weneckiego mnicha Fra Mauro a umieszczenie południa na górze mapy to standard muzułmański. Miasta są oznaczone na mapie rysunkami z murami obronnymi, mamy też zamki, oraz ważniejsze budynki architektoniczne, po morzach pływają stateczki. Mapa ma też komentarze, powołuje się on na relacje z pewnych źródeł, być może były to przekazy Marco Polo, a także podróżnika znanego jako Strabo (podróż z Arabii do Gibraltaru), zapewne inne mapy jak mapa De Virga czy XII wieczna mapa arabskiego kartografa al-Idrisi zostały przez tego kartografa wykorzystane. Z tą mapą wiąże się mała anegdotka, kiedy została ona przedstawiona na dworze królewskim, król się spytał dlaczego Wenecja jest taka mała na co kartograf odpowiedział że takie są proporcje w stosunku do świata. Król nie był zadowolony i stwierdził, że świat powinien być mniejszy a Wenecja większa, ale nie rozkazał jednak rysować jeszcze raz.

Mappa Mundi

Jeżeli drżycie w szkole przed lekcją geografii a zwłaszcza wywołaniem do Mapy to pomyślcie jakie macie szczęście że w szkole jest nowoczesna mapa a nie taka kopia mapy z 1300 roku znana jako „Mappa Mundi” lub „the Hereford World Map” pochodzi z katedry w Hereford. Jest to dzieło kartograficzno-historyczne, pokazuje dzieje ludzkości od czasów biblijnych, zapowiada też Sąd Ostateczny, mamy też na górze mapy Rajski Ogród. Autorem jej był ksiądz Richard (Ryszard) z Haldingham  znany też jako Richard de Bello. Wykonana została na welinie czyli pergaminie ze skórki cielęcej, użyto czarnego atramentu, a także złota i czerwieni a dla wody niebieskiego i zielonego z morzem czerwonym jednak w czerwonym kolorze. Co jest ciekawe dla „zmyłki” Afryką podpisano Europę i odwrotnie, a żeby coś na tej mapie znaleźć to trzeba się nieźle nagimnastykować, po licznych wygibasach szyjnych, i wnikliwym wpatrywaniu się w nią (na wystawie była kopia oczyszczona cyfrowo) udało mi się znaleźć Jeruzalem w samym centrum – no przecież to jasne i oczywiste że to miejsce było w centrum, potem pojawiła się Venetia, Babilonia, Roma; Hungari, Germania i Agnlia i Scotia w lewym dolnym rogu, a także na lewo od centrum Sarmatia? Niezła zabawa w szukaniu co jest gdzie na tej mapie, aż można dostać oczopląsów.

Mapa niby prosta rzecz, ale czyżby… wobec tych starych nasze obecne mapy są proste i trochę nudne może lepiej by wchodziły do głowy z różnymi urozmaiceniami, a podróże palcem po mapie były by o wiele ciekawsze gdyby znów w kartografii było trochę więcej sztuki. O tym chyba pomyślał S Walter kiedy w 2008 stworzył on satyryczną mapę Londynu i nazwał ją „The Island” pełna jest ona symboli i słów, jest ona czarno biała i stanowi super zabawę kiedy człowiek stara się swoją wiedzę o Londynie osadzić na tej mapie i są tu polskie akcenty mamy polską flagę w paru miejscach co według legendy przy mapie oznacza Little Poland i tak mamy flagi w Hamersmith, na Chiswicku i Acton. I choć nie jest pewne czy udałoby się według tej mapy znaleźć konkretną ulicę i konkretny dom, ale można się na nią gapić godzinami i ciągle znajdować coś nowego i interesującego. Artysta jest niezwykle spostrzegawczy i na tej mapie pokazał wielo-kulturową społeczność Londynu i pełna jest ona historyczno alegorycznych ciekawostek. Warto jest wejść na jego stronę i dobrze się jej przyjrzeć. the Island mapa Londynu proszę ponaciskać na details i next aby więcej zobaczyć.

 Little Poland in Acton

 

wtorek, 28 września 2010

Poszłam na ten film skuszona zapowiedzią w kinie i dlatego że nie była to hollywoodzka produkcja. Film jest oparty na komiksie a konkretnie na pasku komiksowym z gazety The Guardian autorstwa Possy Simmonds, która to z kolei oparła to na powieści XIX wiecznego pisarza Thomasa Hardy (Z dala od zgiełku 1874). Paski komiksowe zostały złożone w powieść graficzną czyli poważny komiks dla odróżnienie od komiksów o superbohaterach.

Akcja filmu (reż. R. Frears) toczy się w małej miejscowości w Dorset gdzie jak to się mówi – diabeł mówi dobranoc i gdzie nic się nie dzieje według dwóch szkolnych przyjaciółek, ale czy naprawdę? Sielskie niewinne urocze okolice gdzie pisarze przyjeżdżają pisać i spotkać się z innymi pisarzami, gdzie mogą oni w spokoju pisać – czyli coś w rodzaju Domu Pisarza czy wczasów pisarskich. Domem zajmuje się Beth(Tamsin Greig), której małżonek Nicolas (Roger Allam) jest bardzo popularnym mistrzem pióra i produkuje, co roku poczytne kryminały które stają się bestsellerami jak tylko wyjdą spod prasy drukarskiej. Jest on też notorycznym kobieciarzem i jedno jest pytanie - , kiedy Beth się zorientuje i go przegoni. Wśród gości są pisarka min profesor piszący o T. Hardy, który cierpi na zastój intelektualny i nic nie może napisać a terminy gonią. Tytułowa Tamara Drewe (Gemma Arterton) to takie trochę brzydkie kaczątko, które kiedyś wyjechało z tej osady, a teraz wróciła, aby rozliczyć się z przeszłością a głównie sprzedać dom po rodzicach. Ale czy tylko? Tamara się zmieniła, operacja plastyczna redukująca nos to nie jedyna zmiana, jest ona dziennikarką piszącą dla poważnej ogólnokrajowej gazety, ma swoją własną rubrykę i jest kobietą sukcesu. Jej powrót wywoła jednak więcej niż poruszenie w tym zapyziałym miasteczku, były chłopak Andy ( przystojniak grany przez Luka Evansa) nie może sobie znaleźć miejsca, zwłaszcza, gdy Tamara związuje się z perkusistą popularnej grupy rokowej Benem (Dominic Cooper) oraz wspomniane już nastolatki Jody (zakochana po uszy w perkusiście) i Cassey także mają swój udział w całym tym rozgardiaszu a jeszcze kobieciarz mąż i profesor też wtrącają swoje trzy grosze. W sumie to nawet fajne było. Ostatnio chyba panuje moda na przerabianie literatury na obecne czasy, jakiś czas temu był Makbet ( w świecie kucharzy i restauracji), Duma i Uprzedzenie w tzw Bolywood, i cykl opowieści z Canterbury w czasach nowoczesnych i trzeba powiedzieć że było to bardzo interesujące podejście. Zastanawiałam się, jakie polskie dzieła można by przerobić, może by tak „Fircyka w Zalotach” albo „Zemstę” a może „Balladynę” albo „Moralność pani Dulskiej” mogło by być ciekawie.

Do obejrzenia filmu zachęcam, bo ładne krajobrazy, interesujące (ładne) postacie i wątki a przede wszystkim, bo jest to dobra rozrywka z puentą.

 

Tagi: adaptacja
12:15, edyta1972 , Film
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 września 2010

in the valley

Rezydencja leży w uroczej dolinie i jest otoczona parkiem i ogrodami, oraz jeziorkami. Na mapach z XVII wieku mamy południowe i północne jeziorka sadzawki oraz środkowe jeziorko (osuszone w XVIII) a także młyn obecnie nie ma po nim śladu na powierzchni. Taka ilość wodnych struktur była typowa dla rezydencji szlacheckich, stawy dostarczały ryb – podstawa potraw w okresie postu etc., system wodny zasilający te stawy także wymieniał wodę w fosie, do której odprowadzano odpady z ustępów (garderobe) i kuchni

North Lawn

Po stronie północnej mamy duży trawnik (North Lawn) z kaskadami wodnymi na końcu. Jak pójdziemy dalej na północ dojdziemy do jeziorka północnego i terenu leśnego, które ucierpiały w czasie słynnego huraganu z 1987 roku.

 sad w Ightham Mote

Każda rezydencja miała swoje własne ogrody kuchenne, które dostarczały podstawowych warzyw i ziół. Podzielony części jednej z nich w obecnie znajduje się Sad z różnymi gatunkami lokalnych jabłoni min specjalny gatunek jabłka Cox Orange Pipping nazwanego „Sunset”, jest tam też parę uli z pracowitymi pszczółkami. Efekt akcji ratowania pszczół, parę lat temu jakaś choroba przetrzebiła pszczele zastępy i teraz panuje tu akcja zapszczelania, modne stało się zakładanie uli, można dać ul w prezencie po przeszkoleniu jak się pszczółkami opiekować. Druga część ogrodu kuchennego przerobiona została na Cutting Garden z grządkami kwiatów, ziół i warzyw.

cuttings garden

Obok jest Ogród z Fontanną

ogrody przy Ightham Mote

Wzdłuż murków i ogrodzeń mamy „herbaceous border” pas obsadzony roślinami wieloletnimi oraz uzupełniany rocznymi pięknie kwitnącymi gatunkami.

amorek

 Po drugiej stronie zachodniego trawnika jest tzw. „Enclosed Garden” otoczony murkami, wybrukowany płytami z sadzawką i fontanną uroczym chrubinkiem na środku, za żywopłotem ukrywa się ogródek, który ja nazwałam trawiastym z różnymi gatunkami traw.

trawy

Wschodnie jeziorko jest przez drogę i można na ten teren wejść tylko z przewodnikiem, ale są plany na przyłączenie tego terenu do reszty ogrodów po ukończeniu prac rekonstrukcyjnych. Warto się na ten tur zapisać bo rezydencja wygląda uroczo od tej strony i pięknie się odbija w jeziorku.

odbicie

Dojazd:

Najlepiej samochodem, Ightham Mote leży na południe od M25, na zjeździe nr5 wjechać na A21 i zaraz na A25 ( uwaga można się tu pogubić), są tam dwa ronda na pierwszym trzeba zjechać na pierwszym zjeździe w stronę Maidstone i M20 a na drugim trzeba jechać prosto – drugi zjazd z ronda trzymając się cały czas A25 i kierunku na M20 i Maidstone. Potem jest Bat and Ball skrzyżowanie (nietoperz i piłka?) i na nim prosto na ulicę Seal Rd (A25) aż do rozjazdu z Coach Rd i dalej w kierunku Ivy Hatch i dalej drogą Mote Rd. To jadąc od strony M25. Większe miejscowości w okolicy to Sevenoaks i Tonebridge z tej drugiej jechać na północ po drodze A227 gdy kończy się Ightham Rd skręcić na lewo High Cross Rd do Ivy Hatch i skręcić na Mote Rd. Powodzenia.

Pociągami:

do Borough Green i Wrotham – w odległości 3 mili (4.8km) autobus wysiąść w Fairlawne i spacerkiem około pół mili (0.8km)

do Hildenborough w odległości 6 mili; (9.6km)

do Sevenoaks w odległości 6 mili – autobusy do Ivy Hatch  lub Ightham Common i spacerkiem około 1.5 mili (2.4km)

Można też rowerkiem od stacji kolejowych, ale uwaga bo droga jest czasami bardzo wąska i brak jest pobocza.

Mapa na stronie National Trust

Muszę tu podziękować pracownikom w Ightham Mote za ich pomoc i entuzjazm dla mojego projektu.

sobota, 25 września 2010

Relacja z uroczej rezydencji w Ightham Mote cz.2

Na pierwszym piętrze jeszcze więcej pomieszczeń do zachwycania się a jedno z nich to The Oriel Room. Od połowy XIV wieku rezydencja ta miała dwa pokoje na pierwszym piętrze znane pod nazwą Solar – etymologii tego słowa nie należy szukać w słowie słońce jakoby były one dobrze nasłonecznione –  nazwa, bowiem pochodzi od słowa Sole ( samemu, w pojedynkę, w samotności). Były to specjalne komnaty, w których właściciele rezydencji a zwłaszcza kobiety, mogły odpocząć z dala od oczu służby, gości i zgiełku towarzyszącemu codziennym czynnościom a także zapachom kuchennym. Mogły się one tu oddać czynnościom takim jak wyszywanie, czytanie i pisanie. Była to, więc komnata prywatna, mniejsza niż The Great Hall, ale wygodna, z kominkiem, pięknie dekorowana drewnianymi panelami a także gobelinami. Ightham Mote miał dwa takie pomieszczenia i to jest kolejny dowód bogactwa ich właścicieli. W XVI wieku skromne okno zostało zamienione tym dużym z wykuszem (oriel), z emblematami za zewnątrz króla Henryka VIII i jego pierwszej żony Katarzyny Aragońskiej.

oriel - solar room

Jest tu kominek z epoki wiktoriańskiej stylizowany na Jakobiński (panowanie dynastii Stuartów) z płaskorzeźbami głowy króla Edwarda VI i Shakespeare’a, uroczy stolik do pisania oraz okno do wnętrza budynku do pomieszczenia opisywanego, jako The Old Chapel (Stara Kaplica) można było słuchać mszy bez opuszczania komnaty. Meble pochodzą z okresu panowania Karola II, a niebieski gobelin –na którym drzewa i trawa są niebieskie to nie jest przejaw renesansowego stylu, ale efekt utleniania się zielonego barwnika przez stulecia.

Drugi Solar został w 1924 roku podzielony na dwa pomieszczenia teraz są tu Łazienka i Solar Bedroom ( sypiania). W łazience mamy wannę i zlew zamontowane w sypialniach chłopięcych przez T. Colyer-Fergusona, był tu także podobny koń bujany z kulkami kamiennymi w środku, które wydawały odgłosy w czasie ruchu, udając zapewne klekot kopyt.

Domy prywatne posiadały także własne kaplice, i Stara Kaplica ( the old chapel) pochodzi z XIV wieku, jest ona nad kryptą i była wąskim ale wysokim pomieszczeniem. W połowie XVI wieku przerobiono ją na sypialnie wstawiając sufit dzieląc w ten sposób na dwa poziomy, zostało dodane dodatkowe okno i kominki w obu pomieszczeniach. W 1962 roku ówczesny właściciel usunął sufit i przywrócił poniekąd średniowieczny wygląd. Krzyż na ołtarzu ( holenderski stół) to XVI krzyż procesyjny osadzony na późniejszej hiszpańskiej podstawie.

ightham mote

The Boy’s Rooms – pokoje chłopięce – ta część domu została zbudowana w połowie XVI wieku, dla Richarda Clementa i była zapewne przeznaczona dla służby. W XX wieku była określana, jako pokoje kawalerskie, i została przeznaczona przez T. Colyera-Fergusona jako sypialnie dla synów i wnuków. Pokój na rogu zajmował jego wnuk James i umeblowanie w tym pomieszczeniu pochodzi z tego okresu i jest on raczej prosty a wręcz spartański, ale dość uroczy.

Drugim najbardziej imponującym pomieszczeniem w Ightham Mote (po Great Hall) jest The New Chapel czyli Nowa Kaplica. Używając dendrochronologii ( metoda datowania drewna na podstawie słojów) ustalono, że konstrukcja tego skrzydła pochodzi z lat 1470-80 kiedy mieszkał tu Richard Haute. Był to na parterze korytarz krużgankowy z arkadami łukowymi a na pierwszym piętrze komnata łącząca wschodnie i zachodnie skrzydło. Nie zbudowano jej, jako kaplicy, rezydencja bowiem miała wtedy tzw Starą Kaplicę. Przypuszcza się, że była to komnata gościnna z własnymi schodami i pokojem dla służby. Ze źródeł historycznych wiadomo, że w 1585 roku ówczesny właściciel Christopher Allen został posądzony o prowadzenie ohydnego domu popierającego papiestwo (papistical house), jako że jego żona była znaną katoliczką, w tym czasie jego dom został przeszukany w celu znalezienia dowodów i przedmiotów o wymowie katolickiej.

nowa kaplica na piętrze

To sugerowałoby, że Stara Kaplica wciąż była w użyciu. Nie wiemy dokładnie, kiedy zdecydowano się na budowę nowej kaplicy i dlaczego. Wiemy, że w 1633 roku Dorothy Delby poprosiła o pozwolenie na odprawianie mszy w swojej rezydencji jako, że jej mąż był bardzo chory. Dostała na to licencję od Dziekana w Shoreham ( licencja jak na prowadzenie pubu??) w 1638 roku – to była dopiero opieszałość biurokracji – jej mąż zmarł w tym samym roku, ale pozwolenie pozostało dla niej. Umeblowanie kaplicy pochodzi z różnych okresów od średniowiecza do XVIII wieku. Na ołtarzu, który jest XIX wieczną kopią stołu z refektarza w majątku Penshurts stoi XVI wieczny hiszpański krzyż procesyjny. W XIX wieku zamontowano tu witraż Dziewicy z Dzieciątkiem, Janem Chrzcicielem i św Jerzym (około 1525rok) a został on przywieziony z kościoła św Piotra w Kolonii.

Drewniany wystrój kaplicy jest wspaniały, ale można dostać prawdziwego zawrotu głowy patrząc na sufit, nie tylko, dlatego że trzeba zadzierać głowę, ale dlatego że jest on po prostu oszałamiający. Sklepienie kolebkowe pochodzi z okresu przed przekształceniem tego pomieszczenia w kaplicę. Składa się ono z malowanych wygiętych desek i zostały one umieszczone w tym miejscu na początku XVI wieku. (były poddawane renowacji w końcu XIX wieku i w 1997 roku). Malowane dekoracje nie są wcale religijne a utrzymane w takim samym hołdujące monarchii i tak mamy tu znów pomarańcze Katarzyny Aragońskiej, róże białą Yorku, czerwoną domu Lancaster i mieszaną Tudorów (białą czerwoną łącząco oba domy), francuskiego symbolu heraldycznego stylizowanej lilii (fleur de lis) oraz Porticulis czyli brona, krata symbol rodziny Beaufort (babka króla Henryka VIII się tym herbem pieczętowała). Wydaje się to upamiętniać małżeństwo Henryka i Katarzyny Aragońskiej oraz jego pretensje do francuskiego tronu. Inne symbole to kołczan ze strzałami dla Aragonii i zamki dla Kastylii, pasy w bieli i zieleni, które były kolorami Tudorów, wszystko to przejaw hołdu poddańczego Richarda Clementa wobec króla Henryka VIII. Malowidła te pochodzą z lat 20 tych XVI wieku, musiały powstać przed zerwaniem z Rzymem i ślubem króla z Anną Boleyn w1533 roku. Była koncepcja, że sufit ten pochodzi ze spotkania króla Henryka VIII z Franciszkiem I królem Francji w 1520 roku ze słynnego pawilonu Cloth of Gold (Złote Płótna) ale ostatnie badania pokazały że zostały one namalowane na miejscu i nie były przenoszone. Wydaje mi się, że były by to swego rodzaju prowokacja ze strony Henryka VIII z tymi liliami wmieszanymi w jego herby a przecież to spotkanie było jak konferencja pokojowa, przyjacielskie zjazd. Czy Henryk VIII tak prosto w oczy by pokazywał Franciszkowi I że pretenduje do jego korony? Malowidła zostało namalowane z wolnej ręki i czasem symbole są wciśnięte jakby nie mieściły się w przestrzeni jak pozostała artyście.

Ciekawe są też drzwi do kaplicy, mają one 5 dziurek od klucza, czyli 5 zamków i w ruch cała fantazja co mogło się za tym kryć a powód prosty, nie używano ich wszystkich na raz jak się jeden postarzał i przestał działać to wstawiano nowy. Jak popatrzyłam w górę to tam pod sufitem są drzwi i znowu mi się skojarzyło z kryjówką dla katolickiego księdza, ale to przecież bez sensu, bo zaraz by go znaleźli a pan stróż mi powiedział, że to wejście do wieży z zegarem i dzwonem ot i cała tajemnica.

Kolejne pomieszczenia na tym piętrze to The Drawing Room – czyli pokój dzienny, salonik, wybudowany w XV wieku uległ paru przeróbką w XVII wieku rodzina Selby zastąpiła drewniane piętro murowaną konstrukcją, weneckie okno jakobińskim a część okien została zamurowana. Kominek jest jakobiński a reszta mebli to zdecydowane młodsze eksponaty lakierowane meble chińskie, chińska porcelana ze scenami angielskich polowań wyrabiana specjalnie na eksport, meble w stylu ludwika XVI-tego, pianino itd. Tapeta na ścianie to dodatek z początku XIX wieku jest to piękny ręcznie malowany okaz, ucierpiała ona od robaczków wilgoci i nieumiejętnych prób naprawczych. W 1989 roku podjęto nową próbę odrestaurowania zdejmując całość i podpinając to japońskim papierem, oczyszczono i przed położeniem na ścianę umocowano tam specjalne wchłaniające wilgoć zawieszki na lnianym płótnie. Tapeta jest urocza i warto na nią rzucić okiem.

Ightham Mote

W wieży są dwa pomieszczenia sypialnia i po prostu pokój ( Tower Bedroom i Tower Room), oba pochodzą w lat 30tych XVI wieku, pokój posiada Tudorowy kominek, i jest w nim teraz mała ekspozycja przedmiotów znalezionych w czasie prac archeologicznych i restauratorskich min buty odkryte za kominkami i w ścianach – były to ofiary czy talizmany przeciw złym duchom. Nie bardzo to chrześcijańska tradycja, ale stare nawyki umierają powoli i jest to raczej uroczy dowód przetrwanie starszych pogańskich zwyczajów. W Tower Bedroom w 1887 roku nocował pisarz Henry James (autor „Miłość i śmierć w Wenecji” „W kleszczach lęku”), który przebywał tu w czasie świąt Bożego Narodzenia.

Ostatnie do zwiedzania są Garderoba i Sypialnia Charlesa Henrego Robinsona, choć są one w jednej z najstarszych części rezydencji wystrój jest bardzo nowoczesny lat 50te ubiegłego stulecia. Schody południowo zachodnie zostały odnowione pod koniec XIX wieku, nowa betonowa podłoga, nowe dębowe schody a ławeczka okienna ukrywa XV wieczny ustęp – garderobe – to średniowieczna ubikacja, z wylotem prosto do fosy, niezłe zapachy musiały się z takiej fosy unosić po jakimś czasie.

To już prawie koniec zwiedzania tego uroczego miejsca. Jeszcze tylko spacer po ogrodach. Godziny otwarcia i ceny biletów w pierwszej części Ightham Mote.

Więcej w części trzeciej Ogrody w Ightham Mote

czwartek, 23 września 2010

O miejscu tym nic nie wiedziałam i wyciągnęła mnie tam koleżanka z pracy i jestem jej za to wdzięczna bo miejsce to mnie oczarowało. Jest to urocza rezydencja, której początki sięgają do średniowiecza i jest tu w tych murach zaklęte 600 lat fascynującej historii.

Jak tam jechałyśmy to się zgubiłyśmy po drodze na zjeździe z autostrady M25 potem się dowiedziałyśmy, że przybytek to nie jest najłatwiejszy do znalezienia bowiem wojska rebelianckie Olivera Cromwella szukały go w celach łupieżczych ale im się także nie udało. Potem inna koleżanka z pracy jechała tam z mężem i też się na tym samym zjeździe z autostrady zgubili.

Ightham Mote szlachecka rezydencja z fosą

Ightham Mote to rezydencja szlachecka otoczona fosą należała do rodzin min Haute, Selby szeryfów, parlamentarzystów, a w 1985 roku ostatni właściciel Charles Henry Robinson obywatel Amerykański przekazał ten obiekt organizacji The National Trust. Po paru latach remontów można oglądać ten prawdziwy skarb architektury i jest to naprawdę wyjątkowo zachwycające miejsce. Budynki pochodzą ze średniowiecza, renesansu ale każde niemal stulecie odcisnęło piętno na wyglądzie tej rezydencji.

budynki gospodarcze przy Ightham Mote

W ogrodach na zachód od głównego kompleksu z fosą mieszczą się budynki gospodarcze (stajnie), domy wiejskie (cottage) pochodzące z 1475 roku, w XIX roku były tu kwatery służby. Obecnie część jest odrestaurowana i używana przez obsługę oraz mieszczą się tu prywatne apartamenty, które są wynajmowane turystom na wakacje.

most przez fosę

Obecnie do rezydencji prowadzą 3 mosty tylko dwa są w użyciu dla turystów. Wejście jest od strony północnej.

Nad całym zespołem budynków dominuje Wieża, można się zapisać na jej zwiedzanie, ale ilość miejsc jest ograniczona, a widok z tarasu na dachu wyjaśnia trochę dlaczego tak trudno było parlamentarzystom to miejsce znaleźć, leży ono ukryte w dolinie. Fundamenty i podstawa wieży zbudowane zostały w 1330-40 roku, drzwi nabite gwoździami pochodzą połowy XVI wieku podobnie jak okna, z okresu panowania Elżbiety I pochodzi ceglany wierzchołek wieży a herb rodziny Selby został dodany po 1591 roku. Teraz murowany most był zapewne drewniany i być może na początku nawet zwodzony.

most i wieża

Murowane budynki przy Wieży datowane są na 1480 rok budynek na południowej stronie od bramy jest XVII wieczną rekonstrukcją wcześniejszej drewnianej struktury dolna część z oryginalnymi oknami pochodzi z XVI wieku.

Ightam Mote strona południowa

Południowa strona wygląda na najstarszą i została zabudowana na przełomie XV/XVI wieku, ale obecny wygląd do XX wieczna improwizacja.  

Dziedziniec jest dobrze widoczny z wieży, na środku jest fontanna, którą umieszczono na miejscu studni, otaczające budynki to urocza po prostu cukierkowa kombinacja murowanych i szachulcowych konstrukcji. Ciekawa wystawa rzeźb urozmaica wystrój dziedzińca a dodatkowego czaru mu dodaje duża psia buda zbudowana w 1891 roku dla Dido psa rasy Bernardyn należącego do ówczesnego właściciela.

 psia buda

Wieża zegarowa pochodzi z 1798 roku, dzwon w małej wieżyczce wybija godziny a cały mechanizm jest datowany na lata 80te XVII wieku.

The Great Hall roku to rodzaj sali reprezentacyjnej (sala kominkowa), która znajduję się w każdej szanującej się rezydencji a ta tutaj jest po prostu fantastyczna. Drewniane panele na ścianach, belkowany sufit, gobeliny, drewniane meble pięknie rzeźbione, kamienne płaskorzeźby i reliefy, zbroje i wisząca lampa. Komnata ta została wybudowana w około 1330 roku na początku miała glinianą podłogą i palenisko na środku a dym uchodził przez mały otwór w dachu. Kominek został wstawiony w okresie schyłkowym średniowiecza. Sala ta pełniła funkcje min. jadalni właściciele jadali tu przy głównym stole a służba przy stołach bocznych, prawdopodobnie służba spała tu także na workach wypełnionych słomą.

Sufit tej komnaty (11.3 metra nad podłogą) jest imponującą konstrukcją i został datowany na lata 30te XIV wieku i jest arcydziełem inżynieryjno estetycznym, ma trzy łuki w tym dwa drewniane i jeden murowany i wspierane one są na uroczych ludkach zastygłych w przysiadzie albo uginających się pod ciężarem. Figury te osadzone są na murach, co było niezwykle nowatorskie i świadczyło że budowniczy był doskonałym fachowcem a właściciel majątku miał wystarczająco dużo pieniędzy żeby go opłacić.

Okno naprzeciw kominka pochodzi z 1480 lat, kiedy Richard Haute zdecydował się je powiększyć do pięciu paneli. Potem Richard Clement przyozdobił je pięcioma małymi witrażami z herbami symbolizującymi jego oddanie królowi Henrykowi VIII. Mamy tu, więc pomarańcz symbol Katarzyna Aragońskiej pierwszej żony króla, Różę Tudorową łączącą czerwoną i białą z dwoma małymi pomarańczami, Królewski Herb Anglii, Czerwoną Różę domu Lancaster z dwoma małymi białymi różami domu York, i symbol babki Henryka VIII Małgorzaty Beaufort –brona; krata (portcullis) – który to król zaadoptował w swój herb królewski. Każdy symbol jest udekorowany koroną a musiały one być wstawione przed 1533 rokiem, kiedy to Henryk rozwiódł się z Katarzyną i poślubił Annę Boleyn a wspomniany już pan tego domu R. Clement celebrował przy tym wydarzeniu. Sala ta jest pełna uroczych mebli, zbroja pochodzi z XVII wieku podobnie jak arrasy, obraz kobiety w stroju z okresu elżbietańskiego to portret Dorothy Selby, zmarła ona od zakażenia po ukuciu igłą podczas wyszywania. Niby takie bezpieczne zajęcie przy kominku sobie szyć, a tu proszę jedno ukucie i koniec. Jeśli spojrzymy na ten portret to widać bogactwo rodu Selby, koronka na około szyi i rękawów, a także marszczone rękawy z dużej ilości materiału, który jest wyszywany złotem i naszywany perłami.Great hall

zdjęcie ze zbiorów National Trust

Po wyjściu z Great Hall natrafiamy na schody z okresu jakobińskiego (XVII wiek) piękne rękodzieło z głową Saracena, który to jest w herbie rodziny Selby. Pozostałe pomieszczenia na tym poziomie to pokoje użytkowe i dla służby. Możemy, więc zobaczyć pokój Ochmistrzyni – Gospodyni Domu odrestaurowany do wyglądu z lat 30 tych XX wieku, całkiem przytulny.

Kolejne pomieszczenie na tym poziomie to The Butlers Pantry i trudno mi było znaleźć polski odpowiednik dla tego pomieszczenia. Pantry pochodzi od pane lub pain określające po łacinie i francusku chleb i było to pomieszczenie składowe, Butler to najwyższy rangą służący, który był odpowiedzialny za wydawanie posiłków, piwniczką z winami i właśnie owe pantry czyli skład z żywnością i innymi artykułami jak: chleb, świece, przyprawy herbatę, kawę itp. W tym pomieszczeniu jest parę ciekawostek, min wielka kasa pancerna od razu się nasuwa myśl że to na srebrne półmiski itp. a tu nam miły pan powiedział że to na herbatę, przyprawy korzenne bo one były bardzo drogie i ich używanie było starannie monitorowane. Herbata to był bardzo luksusowy towar i bardzo pilnowano tych zapasów, podobnie z przyprawami sprowadzanymi z Indii i innych egzotycznych krajów. Pod oknem jest zlew z powierzchniami do suszenia, które to są pokryte ołowiem, a cały zlew ma przykrywkę. Jest tu też kominek, przy którym pewnie siedziało towarzystwo i czekało na wezwanie, bo są tu elektryczne dzwonki wzywające do pomieszczeń, jest tu też pozostałość tuby komunikacyjnej z Salonikiem (Drawing Room).

Potem zachodzimy do Krypty ( zwana też undercroft) jest to pomieszczenie pod Starą Kaplicą i wbrew nazwie nie miała żadnej funkcji religijnej. Oba okna na fosę są oryginalne podobnie jak czterodzielne sklepienie krzyżowo żebrowe a w ścianach można znaleźć czworokątne dziury zwane putlogs – maculce , które są ostały tu po rusztowaniach z czasu konstrukcji tego budynku. Pomieszczenie to jest przyozdobione figurką tzw Czarnego Księcia (Black Prince 1330-1376) wojowniczego syna króla Edwarda III walczącego we Francji min z Thomasem Cawne, który był właścicielem tego majątku w XIV wieku, kiedy najstarsze budynki właśnie powstawały min także ta Krypta. Figurka pochodzi z ubiegłego wieku i została zakupiona przez ostatniego właściciela C.H. Robinsona, wykonana została ona z gipsu, choć wygląda na pozłacany brąz.

 

biblioteka w Ightham Mote

zdjęcie ze zbiorów National Trust

To koniec pomieszczeń na parterze teraz należy wejść na piętro po uroczych schodach z okresu jakobińskiego (panowanie dynastii Stuartów). Na tym samym poziomie, ale po drugiej stronie dziedzińca są Biblioteka, Pokój do Bilardu i tzw składnica Jabłek. Biblioteka ma domowy charakter i atmosferę regały z książkami są ustawione w taki sposób, że tworzą alkowy, jest tu biurko pana Robinsona z jego książką adresową, miękkie fotele i stoliczki nic tylko wziąć coś z pułki i zatopić się w lekturze szkoda, że nie wolno. Pokój do Bilardu odrestaurowany został w stylu wiktoriańskim, ale belki na suficie pochodzą z XV wieku, wiktoriański stół bilardowy to dar Pani Van Houten, a trzy pięknie rzeźbione krzesła wróciły do tego domu po pięćdziesięciu latach w 2008 roku.  

Godziny otwarcia

Budynek – do 31 października 2010 od Czwartku do Poniedziałku, od 11.00 do 17.00 godziny.

Zima: 4 listopada – 19 grudnia 2010 od Czwartku do Niedzieli, od 11.00 do 15.00 godziny.

Sklep, restauracja i ogrody w takim samym czasie ale otwierają o pół godziny wcześniej.

Zamknięte w święta Bożego Narodzenia i w styczniu 2011 roku.

Ceny - w nawiasach ceny standardowe bez dobrowolnej darowizny.

Do końca października                 zimowe weekendy

Dorośli: £ 11.00  (£10.00)            £5.50 (£5.00)

Dzieci: £5.50.     (£5.00)              £2.75 (£2.50)

Rodzina: £ 27.50 (£25.00)

 CDN...

Ightham Mote cz 2 perełka turystyczna

poniedziałek, 20 września 2010

Pogoda się zmienia i powoli nadchodzą jesienne klimaty, więc takie kwiatowe wspomnienie lata.

rozkwita

Ta róża wydaje się być jakby w księżycowej poświacie

żółciana

Dla ochłody trochę kropelek.

różowa

Ach cóż to był za zapach...

pomarańczowa róża

a jeszcze tulipanki moje ulubione

kolorosy

Kolorowy świat tulipanów 

 z środkiem

różowieńki

żółto czerwony

Już niedługo pożegnamy lato ale jesień też ma swoje uroki...

Tagi: kwiaty
10:55, edyta1972 , Fotografia
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 września 2010

Przeróbki i odkrycia

Kolejna sala to nowe interesujące przepadki różnych ingerencji w obrazy. Niektóre zmiany to dzieło konserwatorów, nowych właścicieli ulegających modzie i mających kaprys na zmianę w obrazie, który kupili. Oto kilka bardziej interesujących przykładów zaprezentowanych na wystawie w Galerii Narodowej. 

„Portret Alexandre Mornauer” pochodzi z lat 1464-88 i trafił do kolekcji galerii w 1990 roku zaraz potem przeprowadzono prace konserwatorskie i w czasie analizy chemicznej okazało się, że pigment zawarty w farbie tła obrazu to Prussian Blue ( Pruski Błękit), który wszedł do użycia w XVIII wieku (1704-10) a podstawą w farbie olejnej był olej tłoczony z maku. Pod tą XVIII wieczną warstwą były dwie warstwy lakieru a pod nimi brązowawa farby z olejem lnianym, jako podstawą wiążącą barwniki, a także okazało się też, że czapka na głowie mężczyzny była w oryginale wyższa. Zdecydowano się usunąć XVIII wieczne modyfikacje, i tak naszym oczom ukazał się całkiem inny obraz. Wersja oryginalna nie była uszkodzona, więc nowe warstwy nie miały na celu naprawienia obrazu, dlaczego go, więc tak drastycznie zmieniono?

Master of the Mornauer Portrait, 'Portrait of Alexander Mornauer',

 Master of the Mornauer Portrait, 'Portrait of Alexander Mornauer', about 1464-88

Obraz ten pojawił się w latach 1788-97 w kolekcji George’a Nugenta-Temple-Grenville’a pierwszego markiza z Buckingham, jako „Martin Luther” dzieło Hansa Holbeina Młodszego w takiej zmienionej właśnie postaci. Zmiany, których dokonano miały na celu upodobnienie obrazu do dzieł, które wyszły spod ręki Hansa Holbeina Młodszego i stało się to prawdopodobnie na początku XVIII wieku. Oryginalny obraz jest utrzymany w tonacji ciemnej i brązowej, ale to tylko, dlatego że oryginalny pigment czerwony tzw.„red lake” wyblakł z upływem czasu. (Barwniki określane, jako Lake powstają na skutek mieszania substancji barwiącej i wypełniaczy opartych na metalicznych solach)

Inny obraz to odkryte w 1930 roku dzieło Giorgione „Il Tramonto (The Sunset), artysty, który zmarł w 1510 roku. Od czasu odkrycia w willi w pobliżu Wenecji obraz był naprawiany trzy razy w ciągu 30 lat, w czasie niektórych z nich była to bardziej praca twórcza niż rekonstrukcyjna. Nowoczesne badania pozwoliły określić, które fragmenty są oryginalne a które wytworem fantazji konserwatorów. Obok odrestaurowanego obrazu wisi fotografia z 1933 roku sprzed prac konserwatorskich.


Giorgione, Il Tramonto (The Sunset), Pre-restoration image from the London Illustrated News, 4 November 1933

Giorgione, Il Tramonto (The Sunset),

Obraz został odrestaurowany w pracowni Augusto Vermehrena który pracował min dla Galerii Uffizi we Florencji. Oczyścił on obraz z zanieczyszczeń, a następnie zajął się uzupełnianiem braków i retuszem. W 1934 roku obraz został kupiony przez młodego handlarze sztuki Vitale’a Blocha, który zarządził drugą rekonstrukcję tym razem w pracowni T.Dumler’a i M. Pelliccioli z radami historyka sztuki R. Longhi. W tej rekonstrukcji użyto fragmentów płótna w celu, co miało stworzyć iluzję, że braki i zniszczenia były o wiele mniejsze niż w rzeczywistości. I tak na obrazie pojawił się św. Jerzy i trzy kamienie w wodzie w prawej części obrazu gdzie zniszczenia były największe. Widać to wyraźnie, ale dopiero przy użyciu rentgena. Obraz po tym trafił do sejfu i ujrzał światło dzienne dopiero w 1955 roku na wystawie malarstwa Giorgione w Wenecji.

Galeria Narodowa zakupiła ten obraz w 1961 roku i nowe zmiany nastąpiły, konserwator galerii A. Lucas usunął trzy kamienie z jeziorka, ale jak zobaczył, jakie duże są zniszczenia to umieścił tam coś bezkształtnego niby jakiegoś stwora morskiego(?). Następnie zdjęto grubo nałożony lakier, który miał ukryć konserwatorskie zabiegi z 1934 roku i ukazała się nam turkusowa tkanina tworząca siodło rumaka. Analizy zdjęć rentgenowskich i wykonanych w podczerwieni ostatecznie potwierdziły zabiegi konserwatorów włoskich, którzy w miejsca gdzie były ubytki nanieśli stare fragmenty płócien, koń i siodło zostały złożone z licznych fragmentów jak puzzle i nie były częścią oryginalnego obrazu. Św. Jerzy wydaje się walczyć ze smokiem, farba w którego ogonie jest z oryginału, ale teraz eksperci twierdzą, że mogło to być drzewo i jego korzeń stał się ogonem smoczym w czasie drugiej włoskiej rekonstrukcji. Rzeczywiście taki trochę mały ten smok. Na tej półce skalnej po prawej stronie jest ledwo widoczny pustelnik, którego ręce i głowa są być może z oryginalnego obrazu, ale ten świnio-podobny stwór pod nim, którego trudno jest dostrzec to już przeróbka ze skały. Mężczyźni po lewej stronie, siedzący na krawędzi oraz dziobaty stworek wynurzający się z wody to czysty oryginał. Bardzo ciekawy przypadek, bo czy te ingerencie konserwatorskie nie zmieniły tego dzieła, gdzie jest granica między restaurowaniem obrazu a tworzeniem, dlaczego rumak ze św. Jerzym i smok a nie coś innego? Jak naprawdę wyglądało to płótno, gdy wyszło spod ręki malarza? Na to pytanie nie znajdziemy odpowiedzi, chyba, że się pojawi jakaś kopia z epoki. Czy było by lepiej pozostawić puste pole zamiast kreować coś nowego? Lekarze mają w swoim kodeksie wpisane przede wszystkim nie szkodzić czy konserwatorzy nie powinni mieć zapisu – przede wszystkim nie zmieniać?

Pieter de Hooch, 'A Man with Dead Birds, and Other Figures, in a Stable', about 1655

Inny ciekawy przypadek to obraz pędzla Pietere’a de Hooche’a (1629-84) zatytułowany „ A man with Dead Birds and other figures in a stable” pochodzący z 1655 roku. W 1971 roku wykonano zdjęcie rentgenowskie tego obrazu i okazało się, że ktoś dokonał modyfikacji. Układ, miejsce i styl są typowe dla malarstwa de Hooche’a z tego okresu. Jednak, kiedy pogrzebano w papierach okazało się, że w 1900 roku obraz ten sprzedano, jako dzieło holenderskiego malarza specjalisty od martwej natury i zwierząt o imieniu Jan, Baptist Weenix, który żył i tworzył w XVII wieku, potem określano to jako dzieło nad którym obaj artyści de Hooche and Weenix współpracowali, takie wypadki się zdarzają np. Rubens współpracował z Snyderem i przykładem tego jest obraz „Pythagoras advocating Vegetarianism” (czyli Pitagoras zachwalający Wegetarianizm). Ten pomysł jednak szybko odrzucono, ale zagadka pozostawała, bowiem martwa natura z polowania na pierwszym planie jest namalowana żywszymi kolorami niż reszta obrazu zatem inną ręką a analiza pigmentów wskazuje na XIX wiek..

W 1971 roku z galerią skontaktował się poszukiwacz zaginionego obrazu de Hooche’a opisanego w katalogu z 1825 roku, jako „wnętrze stajni, na pierwszym planie leży ranny mężczyzna którego dogląda lekarz …” Wspomniane już zdjęcie rentgenowskie pokazało że spaniel i upolowane ptaki zakrywają figurę leżącego człowieka z głową przy prawej stronie obrazu i kolanem wspieranym rękoma siedzącego mężczyzny. Kiedyś opatrywał on zapewne nogę leżącego, teraz wyrywa pióra upolowanym ptakom, ( czyli je patroszy). Wypisz wymaluj to ten zaginiony obraz, a zatem modyfikacji musiano dokonać między 1825 a 1900 rokiem. W 1825 roku na aukcji w Amsterdamie obraz kupił malarz z Antwerpii Ignatius Van Regemorter (1795-1873), który się specjalizował w scenkach alegorycznych w stylu XVII rodzajowego malarstwa holenderskiego. On i jego ojciec byli handlarzami sztuki, restauratorami obrazów, kopiowali obrazy i czasem ponosiła ich trochę fantazja. Pod koniec XVIII wieku jakiś jego kolega po fachu stwierdził, że” Rogermortel z Antwerpii wykonuje Ruisdaelów, Pynackerów, Bothów itp. Jest on bardzo zajęty. Wkrótce zapewne zobaczymy dużo tych wielkich mistrzów, których imiona tak dobrze on wypisuje swoją ręką na przemalowanych obrazach. Szkoda, że uczciwi ludzie się dają na to nabrać…” Van Regemortersowie mieli w zwyczaju przemalowywanie XVII wiecznych obrazów na nową modę, aby je lepiej sprzedać. W tym przypadku smutny obraz z rannym człowiekiem okrasili kolorową martwą naturą z psem i ptactwem miał się lepiej sprzedać dzięki temu. Co zrobić z takim fantem, czy zdjąć „namalowidło” i odrestaurować do oryginalnego wizerunku Petera de Hooche’a, czy zostawić, jako przykład historii ludzkich gustów i trendów w świecie artystyczno handlarskim? Bardzo intrygujący przypadek. Czy nadal należy ten obraz tytułować „ … z martwymi ptakami…” skoro już wiemy, że pod nimi jest ukryty ranny mężczyzna?

 Wpis jest ilustrowany materiałami promocyjnymi wystawy z Galerii Narodowej.

 

środa, 15 września 2010

 

Moja gospodyni w ostatni piątkowy wieczór zapytała mnie czy chcę się wybrać do kina, aby zobaczyć Stephena Fry na żywo, odpowiedz mogła być tylko jedna, – kiedy? Wiem, że to dziwnie brzmi kino i na żywo, ale to jest nowy sposób przekazu, zaczęło się od meczów piłki nożnej transmitowanych na żywo do kin, niedawno mieliśmy rugby w 3D i oto ktoś pomyślał a może by tak i inne rzeczy transmitować. Moja gospodyni była na jakimś teatrze czy koncercie a że ma kartę stałego klienta w tym Kinie dostała email o tym wydarzeniu wcześnie i zakupiła bilety, jako prezent dla koleżanki, ale że ona nie mogła pójść ja dostąpiłam tego zaszczytu.

Jak to działa – impreza odbywa się w jednymi miejscu ta była w Royal Festival Hall w centrum Londynu, a obraz jest przekazywany przez satelitę do partycypujących kin w całej Wielkiej Brytanii nawet Irlandii ( w sumie chyba 80 kin). Jest to tak filmowane, że naprawdę człowiek się czuje częścią publiczności, na początku widzimy jak ludzie jeszcze wchodzą na salę, potem światła się ściemniają i cała sala zamilkła po to, aby jak S.Fry wszedł wybuchnąć owacją, to się tak udzieliło, że my też zaczęliśmy bić brawo, chociaż on nas nie mógł usłyszeć.

Stephen Fry to bardzo ciekawa osoba, intelektualista, scenarzysta, autor skeczów (w klubie komediowym w Cambridge –Footlight), aktor (grał min. Oskara Wilde w filmie „Wild” a także w drugiej części uroczego Blackaddera z R. Atkinsonem grał rolę Melchetta Lorda Szambelana królowej Elżbiety I ), komediant (duet z Hugh Laurie  „Fry and Laurie”), pisarz, prezenter (program rozrywkowy „IQ”),  jednym słowem a raczej dwoma, człowiek renesansu.

Było to wystąpienie promujące drugą część jego autobiografii „The Fry Chronicles”, Stephen czytał fragmenty książki i przeplatał je anegdotkami, które mu wpadły do głowy. Były momenty z jego dzieciństwa i początki jego uzależnienia od słodyczy, od płatków pokrytych cukrem, przez różne batony, czekoladki, cukierki itp., o tym jak sklep w miejscowości gdzie była jego szkoła z internatem, do której został wysłany w wieku 7 lat - jak ten sklep i jego zawartość była wyśnionym miejscem i źródłem jego problemów, bowiem było to miejsce zakazane. Słodycze można było tylko kupować w szkolnym sklepiku w wyznaczony dzień – monopolistyczne to bardzo było – a gdzie wolny rynek? Stephen skakał z tematu na temat i wprawnie poruszał się w czasie i przestrzeni, zabierając nas do swoich studenckich lat to Cambridge i spotkania z Emmą Thompson i Hugh Laurie (Docktor House), gdzie razem pracowali w kabarecie w klubie Footlight, do Edynburga gdzie zdobywali nagrody za swoje skecze i do Dublina gdzie szukał on śladów Oskara Wilda oraz klubów dla wybranych w Londynie (Carlton Club – konserwatywny klub dla bogatych dobrze urodzonych i wyszkolonych w ekskluzywnych szkołach snobów – tak to najprościej określić). Było to ciekawe i zajmujące i bardzo zabawne, dobrze go było zobaczyć znów w dobrej formie i muszę powiedzieć, że jego książka chyba się znajdzie w moim liście do św. Mikołaja. Podobno, jeśli to wystąpienie okazaże się sukcesem pojedzie on na tourne po UK.

Sam pomysł przekazu satelitarnego też bardzo mi przypadł do gustu, w ten sposób o wiele więcej osób może taką imprezę zobaczyć, w programie na ten sezon widziałam parę oper i przedstawień teatralnych może się znów wybierzemy. Ciekawe czy ten sposób to zawita do Polski – a może już zawitał – nie zawsze przecież możemy jechać do teatru do stolicy, jeśli mieszkamy daleko, jeśli są problemy z powrotem, z noclegiem a tu mamy takie dość interesujące rozwiązanie. Nie musiałyśmy się martwić czy zdążymy na ostatni pociąg do naszej dzielnicy. Dodam, że kino było pełne.

poniedziałek, 13 września 2010

Fryderyk Chopin polski żaglowiec przebywał w Londynie od 3 do 12 września, ostatnie dni ze względu na poziom wody w Tamizie przycumowany był w Dokach Indyjskich na Canary Wharf. Stamtąd też odpłynął w siną dal o 4 godzinie w niedzielę 12 września. Była to część promocyjne podróży po portach Europy, załoga to studenci wyłonieni w czasie konkursu. W Londynie pobyt żaglowca przypadł akurat na coroczny Thames Festival - weekendową imprezę organizowaną nad Tamizą - jest to pożegnanie lata i pokaz i zarazem przegląd bogatej mieszanki kulturowej stolicy Wielkiej Brytanii.

w Dokach Indyjskich w dzielnicy finansowej Canary Wharf

Chopin z The Dome w tle

z the Dome w tle

Szczecin

 

Fryderyk Chopin

 do zobaczenia w Polsce

 

 

sobota, 11 września 2010

Bardzo ciekawa wystawa w Galerii Narodowej, której głównym tematem są obrazy z problemami, że tak powiem, mianowicie nie jest jasne ich pochodzenie, są imitacjami, kopiami, falsyfikatami, przeróbkami itd. Nowoczesne metody i techniki śledczo-badawcze pozwoliły wyjaśnić niektóre tajemnice i przybliżyć nam historię niektórych dzieł i fascynację sztuką u ludzi różnych epok. Wystawa jest podzielona na kilka sal tematycznych mamy tu min fałszerstwa, pomyłki, odkrycia, tajemnice, sprawę Botticellego, i odkupienie. Każda sala jest pełna obrazów ilustrujących wątek oraz wyjaśnień i informacji konserwatorskich.

Fałszerstwa

Fałszerze na różne sposoby starają się przekonać chętnych na posiadanie dzieł danego artysty, że mają przed oczami oryginał. Jednym z takich przykładów jest obraz w Galerii Narodowej malarza Francesco Francia (1450-1517/18) „The Virgin and Child with an Angel” (Madonna z dzieciątkiem i aniołem). W 1954 roku pojawił się na aukcji w Londynie drugi niemal identyczny obraz i trzeba było rozstrzygnąć, który jest prawdziwy. Poszły w ruch lupy, aparaty rentgenowskie, mikroskopy i laboratoria chemiczne. Okazało się, że gesso – czyli zaprawa na podstawie gipsowej była trochę zbyt biała na obrazie z Galerii, obraz był dość cienko namalowany, z reguły mama do czynienia z warstwami farby, a już największe podejrzenie wzbudził tzw. craquelure – krakelury czyli charakterystyczne spękania na powierzchni obrazu olejnego – okazało się że pęknięcia zostały namalowane na powierzchni obrazu w celu postarzenia go. Zmyślne.

 detale obrazu Francesco Francia, 'The Virgin and Child with an Angel'

W 1955 roku Galeria Narodowa uznała, że obraz w ich posiadaniu to zapewne XIX fałszerstwo a nowoodkryty obraz to oryginał. W 2009 roku obraz z Galerii poddano nowym analizom, okazało się, że kanały pozostawione przez korniki zostały zatkane i są pod farbą, ale nie ma tam otworów na tyle drewnianego panelu, co sugerowało, że jest to panel z odzysku – sprytny trend wśród fałszerzy. Analizy chemiczne dowiodły, że czerwona oraz żółta farba (chrome yellow odkryty w 1809 komercyjne użycie w 1818), jakich użyto na tym obrazie to syntetyczne produkty okryte w XIX wieku. Ponadto są tu szkice pod obrazem wykonane ołówkiem jest to obce malarstwu renesansu. W oryginalnym obrazie szkice wykonano pędzelkiem i są widoczne zmiany w zamysłach artysty. Dobra to była podróbka dopiero nauka XX wieku potrafiła ją odkryć.

Analiza chemiczna to jedna z metod śledczych w badaniach autentyczności obrazów, ale trzeba przy niej także być ostrożnym i pobierać więcej niż jedną próbkę czego dowodem jest inny obraz z tej samej sali. Obraz „Venice – entrance to the Cannaregio” przypisywany artyście Francesco Guardi został poddany testom i w 1955 roku znaleziono na nim cobalt blue ( kobaltowy błękit) który jest syntetycznym wynalazkiem z 1804 roku a Guardi żył w latach 1712-93 więc coś tu nie pasowało. W 2009 roku obraz poddano znów badaniom i okazało się, że niebieska kurtka jednego z mężczyzn oraz sukienka jednej z kobiet zostały namalowane przy użyciu Prussian Blue (błękitu pruskiego) w użyciu od 1704-10. Odkryto także farbę z zawartością kobaltu (kobaltowy błękit) i cerulean blue innego syntetyku w użyciu od 1870 roku ale były one w warstwie na oryginalnych warstwach i mogły być wynikiem prac konserwatorskich. Wobec takich rezultatów data powstania tego obrazu jest nadal dla nas zagadką eksperci twierdzą, że był to prawdopodobnie zdolny imitator jego stylu.

 'Protrait Group',

Niektórzy fałszerze stali się mistrzami w swoim rzemiośle, do takich nalerzy Umberto Giunti (1886-1970) – niezwykle utalentowany fałszerz i znawca zarazem włoskiego renesansu. Są tu dwa interesujące przykłady jego talentu „Portrait Group” i „Madonna of the Veil”. Giunti był bardzo wyrafinowanym fałszerzem i przywiązywał dużą wagę do szczegółów, w przypadku pierwszego obrazu cienki panel drewniany został przyklejony do grubszego a następnie zostały one nadłamane aby dodać obrazowi autentyczności i lat. Krakelury zostały namalowane brązowawym odcieniem dla postarzenia powierzchni obrazu, która została pokryta specjalną substancją lakierująca zwaną shellack (szelak) uzyskiwanej z owadów czerwców (lac laccifer). Szelak zaś ma taką właściwość, że jak wysycha to pęka więc dodało to lat temu obrazowi. Następna warstwa to był klej zwierzęcy a także gesso czyli podkład dokonana została w typowy sposób dla XV wieku z użyciem surowca egg tempera czyli emulsji temperowej z jaj a dokładnie żółtek kurzych. Drugi obraz przypisywany był samemu Botticellemu tu Giunti zadbał o krakelury, ubytki w farbie dla postarzenia oraz wykonał sztuczne kanały niby od korników – cóż za drobiazgowość.

Attributed to Umberto Giunti, 'Madonna of the Veil', 1920-1929

Co go zdradziło? Nowoczesna technika – analizy mikroskopijne i chemiczne pokazały, że barwniki nie zostały utarte ręcznie, brak było grudek; użyto barwników syntetycznych jak Prussian Blue ( Pruski Błękit) który pojawiły się w XVIII wieku, kobaltowy niebieski ( cobalt blue) i opaque chromium oxide green czyli matowa zieleń chromowa (z zawartością tlenku chromu) pojawiły się w XIX wieku (zieleń chromowa 1862 rok). Kanały kornikowe zaś  okazały się być wykonane za pomocą świderka. Giunti nie kopiował jednego obrazu ale tworzył nowe dzieło komponując elementy charakterystyczne dla danego malarza np. Botticelli, z innych obrazów sugerując w ten sposób np. odkrycie zaginionego lub nieznanego dzieła.  Zmyślne. Obraz ten kupił Lord Lee z Fareham za 25 000 dolarów w 1930 roku od włoskiego handlarza sztuki, uznano go za wspaniały okaz malarstwa Botticellego, dzieło prawdziwego mistrza ( rzeczywiście mistrza fałszerzy), właściciel w 1947 roku podarował go Galerii Narodowej w Londynie. Wydaje mi się że ten fałszerz artysta rzeczywiście był mistrzem i należy mu się swego rodzaju uznanie bo przez długie lata wodził ekspertów za nos i tylko nowoczesna technika pozwoliła zdemaskować jego dzieła.

Wpis ten jest ilustrowany materiałami promocyjnymi tej wystawy.

 
1 , 2
Flag Counter