sobota, 25 grudnia 2010

Najlepsze życzenia

Zdrowia, Szczęścia,

Radości, Wszelkiego Dobra

Pełno Miłości i Spokoju

Przygód Ciekawych

Odkryć Niezwykłych

Spełniena Pragnień

Wszystkim Blogerom, Czytelnikom i Znajomym

życzy

Imigrantka

 

poniedziałek, 20 grudnia 2010

W moim ogódku zrobiłam Bałwankę. Zimno było i w komunikacji nadal więcej stoi niż jeździ więc zostałam w domu i stwierdziłam, że w ogródku jest pusto i trzeba go ozdobić i trochę muszę się przyznać, że spodobało mi się robienie bałwanów po sobotnim wypadzie do parku.

śnieg, ogród, zima, bałwan

Zaczęło się od małej kupy śniegu i powoli stawiałam nogi, na szczęście snieg był lepki, trochę było odwilży i się dość dobrze lepił.

 śnieg, zima, Londyn, ogórd

Potem dorabiamy głowę i robimy kapelusz.

śnieg, bałwan, zima, Londyn, ogórd

 Książka i spódniczka bo zdecydowałam się że to będzie niewiasta śniegowa.

 śnieg, zima, bałwanka, bałwan, Londyn

No i na koniec piórko.

bałwan, bałwanka, snow, śnieg, snowwoman, snowlady

I tak sobie pracowałam nad moją Panną Śniegową, a tymczasem cała Wielka Brytania stała w śniegu, w tym pobliskie lotnisko Heathrow, gdzie prawdziwy koszmar trwał choć śnieg przestał padać w Sobotę około 14 godziny. Zadaje sobie pytanie co oni przez te 24 godziny robili na tym lotnisku, herbatkę pili czy co? To nie pierwszy raz, powinni już mieć jakiś plan, co robić i jak, a tu nic się nie nauczyli na błędach z poprzednich lat. A tymczasem ludzie siedzą na lotnisku i czekają i nic nie wiedzą bo im nikt nic nie mówi, a tu święta prawie za pasem...

sobota, 18 grudnia 2010

Padał śnieg w Londynie, zamknęli lotniska, na drogach korki, ale trzeba w całym tym koszmarze znaleść trochę radości. Wybrałam się do parku i ulepiłam bałwana.

ławka, zima, śnieg, Londyn

Znalazłam pustą ławkę i stwierdziłam że trzeba krajobraz urozmaicić.

bałwan, snowman, ławka, bench,

śnieg trochę jak kaszka manna i nie bardzo się lepił w kule

 snow, śnieg, zima, winter, snowman, bałwan, ławka

Powoli bałwan nabierał kształtów.

 snowman, śnieg, zima, Londyn, bałwan, Londyn

Kapelusz nie był tak trudny do zrobienia ale trzeba było zdjąć rękawiczki.

 śnieg, bałwan, ławka, snowman, winter, zima, Londyn

No i koniec, ale to była fajna zabawa, czułam znów się jak dziecko, ludzie się zatrzymywali i robili fotki, super zabawa polecam.

 

piątek, 17 grudnia 2010

   

Film ten ma świetny zwiastun i świetną obsadę, choć nie jestem specjalnie wielbicielką A. Jolie, to po prostu musiałam na niego pójść, bo oglądanie Johnnego Depp’a na ekranie do po prostu przyjemność. Film jest filmem akcji, dokraszony romansem. Otóż Elise (A. Jolie) jest obserwowana przez francuską policją działającą w porozumieniu ze Scotladyardem, bowiem jest ona jedynym tropem czy ogniwem dającym im nadzieją na złapanie Aleksandra Pears’a, który ma zaległości podatkowa w Wielkiej Brytanii na ponad 700 milionów funtów. Ci tajniacy francuscy to takie trochę fajtłapy, w stylu podopiecznych „żandarma” z małego miasteczka, mam nadzieję, że tylko w filmie. Ta operacja trwa już dwa lata i nie bardzo przynosi efekty, a kosztuje (prawie 8 milionów funtów) i szef policji w Londynie (Timothy Dalton były James Bond) jest już trochę tym podirytowany zwłaszcza po aresztowaniu doręczyciela przesyłki dla Elise. Tymczasem kobieta wykonując instrukcję z owej przesyłki wsiada do pociągu jadącego do Wenecji i przysiada się do przypadkowego pasażera Franka Tupelo (Johnny Depp) nauczyciela matematyki z Wisconsin. Depcze jej po piętach inspektor Acheson (Paul Bettany – Pan i Władca, Kod da Vinci, Dogville, Wimbledon - świetny aktor), który ma prawdziwą obsesję na punkcie Pears’a i robi wszystko, aby go złapać a Elise jest jego jedynym punktem zaczepienia. Nie tylko policja francuska, angielska i włoska stara się aresztować uciekiniera, ściga go także gangster Reginald Shaw (S. Berkoff), któremu to Aleksander ukradł ponad 2 biliony funtów i który chce odzyskać pieniądze i zemścić się. Wenecja do idealne miejsce na film akcji, pościgi uliczkami i kanałami, eleganckie hotele i restauracje, policjanci i gangsterzy a wszystko w tle tego uroczego i romantycznego miasta. Dodatkowym bonusem jest fakt, że od czasu do czasu przez ekran przemyka cudownie przystojny Rufus Sewell (Filary Ziemi, Uczciwa Kurtyzana, Obłędny Rycerz). Jedynym słabym punktem tego filmu jest A. Jolie, o ile inni bohaterowie są realni i można uwierzyć w gangstera, policjanta, nauczyciela matematyki, to jej postać jest drewniana, stylizowana na Sophie Loren w ubiorach i uczesaniu, zwłaszcza w scenie na balu i to spojrzenie - w stylu jestem najpiękniejszą kobietą na świecie - trochę już męczy po paru filmach. Wiem, że taka miała być postać, jaką grała, ale czy ona grała czy była w tym filmie, coś mi w niej tu nie pasuje. Ogólnie fajna rozrywka, a ostatnia rozmowa między Elise a Frankiem wywołuje uśmiech na ustach.

środa, 15 grudnia 2010

  

Jest to adaptacja powieści Martina Bootha pt „ A very private Gentelman” książki nie czytałam, więc nie wiem jak dobra jest to adaptacja. Film widziałam i mogę trochę o tym napisać, jak się wybierałam do kina to miałam wrażenie, że idą na film akcji, a było trochę inaczej. O czym jest film otóż zaczyna się on romantycznie w Szwecji gdzie Jack razem z przyjaciółką miło spędzają czas aż do momentu, gdy na spacerze okazało się, że nie są tam w tej głuszy sami. Staje się jasne, że ktoś na Jacka czyha i jedzie on do Rzymu gdzie kontaktuje się ze swoim „agentem - menadżerem” Pavlem, który kieruje go na prowincję i każe czekać. Jack zatrzymuje się w miasteczku Castel del Monte urocze miejsce, domy wyglądają jakby były przylepione do stoków góry, przy której jest ono położone. Jest to bardzo małe miasteczko w rzeczywistości liczy ono zaledwie 129 mieszkańców. Jack zaznajamia się z miejscowym księdzem Benedetto (Paolo Bonacelli), który zaprasza go na kolację, spacery w czasie, których prowadzą rozmowy na różne tematy. Poznaje też miejscową prostytutkę Clarę (Violante Placido), której osobowość, że tak powiem bardzo Jacka pociąga. W międzyczasie kontaktuje się z Pavlem, który nadaje mu kolejne zlecenie, tym razem Jack ma tylko przygotować broń dla innego specjalisty od czarnej roboty, którym okazuje się być urocza kobieta Mathilda (Thekla Reuten – Thekla i urocza trochę mi nie pasowało, skrzywienie z dzieciństwa z Pszczółki Mai gdzie była zła samica pająka grająca na skrzypcach o tym właśnie imieniu). Pobyt w tym miasteczku coś jednak w Jacku zmienia, czy jest to ksiądz i wieczorne z nim rozmowy, czy piękna Clara, która chce z nim iść na randkę, czy fakt, że ciągle niemal śpi z bronią w ręku – postanawia jednak zerwać z życiem zawodowego zabójcy. Tymczasem ktoś depcze mu po piętach i usiłuje go zabić, Jack widzi potencjalnego wroga we wszystkich naokoło. Czy uda mu się odejść z tego krwawego i bezwzględnego biznesu? Nie będę zdradzać więcej szczegółów.

Czy jest to dobry film? Na to pytanie jest mi trudno odpowiedzieć. Jak na niego szłam to wydawało mi się, że to będzie coś w stylu Bonda czy Bourne’a z szybką, wartką akcją a tu dłuuuuużyzny takie były…. Jazda samochodem przez krajobraz skalisty, górzysty włoskiej prowincji, miasteczka i kręte wąskie uliczki, dużo samotności i zwięzłe dialogi, długie sceny siedzenia w kawiarni, przechadzek, porannej gimnastyki itp. Kiedy wracałam do domu spacerkiem po mroźnych uliczkach mojej dzielnicy i sobie myślałam o tym filmie nagle mnie dopadło. Jest tam taka scena, gdy Jack siedzi w kawiarence wieczorem a na dużym płaskim ekranie na ścianie mamy film, spaghetti western w reżyserii Sergio Leone „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (Once upon a time In the West) z Henry Fondą w roli głównej. I oto wszystko wydało się mieć sens, ten film to swego rodzaju hołd dla tego reżysera, nawet właściciel kawiarni mówi do Jacka wskazując ekran – Sergio Leone wielki Włoch - czy coś w tym stylu. Oto mamy przybysza z nikąd, o którym mało wiemy, małe miasteczko, w którym on jest obcy, jest płatnym zabójcą, ma do wykonania robotę, poznaje kobietę – prostytutkę – niemalże zawsze główne postacie kobiece w westernach, zamiast jazdy konnej przez górzyste krajobrazy ameryki, są jazdy samochodem po górzystym krajobrazie włoskiej prowincji, jest nawet pojedynek jak w prawdziwym westernie. Długie jazdy kamerą po planie filmowym, muzyka bardzo dobrze dobrana, np. Jack siedzi w kawiarni a tam w tle przebój „Tu vuo fa l’americano” napisany przez Włocha Renato Carosone (śpiewany min przez Puppini Sisters) a w czasie kolacji z padre Benedetto w tle mamy operę Madame Butterfly – muszę wyjaśnić, że Jack się interesował motylami, miał tatuaż motyla na plecach i obie kobiety nazwały go Panem Motylem; oszczędne dialogi i swego rodzaju symbolizm i poetycka wymowa przedmiotów i natury, to wszystko tak bardzo przypomina te arcydzieła ubiegłego wieku. Niezłe! Nie wiem czy taki był zamiar pisarza, czy twórcy filmu pozwolili sobie na trochę interpretacji i dorzucili swoje, co nieco, czy to tylko moja wybujała wyobraźnia, wiem tylko, że poszłam na jeden film a wróciłam do domu z całkiem innego.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

róża, zima, śnieg, ogrodyŚnieg jest czymś normalnym w zimie, biały puszek pokrywający świat jak puchowa pierzynka to nie odłączny element tej pory roku, przynajmniej w naszej strefie klimatycznej. Matka Natura wydaje się sobie smacznie spać pod kołderką, odpoczywa po trudach lata, zbiera siły na następny rok. Ostatnio tu w Wielkiej Brytanii prószy śniegiem coraz częściej i śnieg zostaje dłużej niż zwykle, zwłaszcza w Londynie. Taki obrót rzeczy to ciekawy temat wiadomości, na okrągło były raporty z różnych części Wyspy, z bardzo zaśnieżonych zakątków o tym, jaki to mamy stan niemalże klęski żywiołowej. Tymczasem w Londynie tego śniegu ledwie po kostki i tak sobie siedzimy w pracy i słuchamy tych wiadomości, o śniegu i fatalnych warunkach na drogach, o mrozach, bo temperatura spadła do -5°C w nocy. Chodniki zamieniły się w małe lodowiska i nie było wesoło, koleżanka z pracy wywinęła orła przed bramą i nadal ją boli tam gdzie plecy kończą szlachetną nazwę. Tymczasem pan minister w telewizji zapewniał, że jest wystarczająca ilość materiałów do posypywania dróg i chodników i niczego nie brakuje i służby pracują, aby utrzymać Wielką Brytanię w ruchu (keep Britain moving) tyle, że ja a raczej my w pracy nic takiego nie widzieliśmy. Na mojej ulicy to piątego dnia po opadzie śniegu, nadal było ślisko i bardzo się przydały moje polskie buty i umiejętność chodzenia po tzw „szklance”, bo tego się trzeba nauczyć. Teraz już w Londynie śnieg stopniał, a w wiadomościach o białym przekleństwie trochę umilkło, bowiem pojawili się protestujący studenci.

Znów ma padać i znów strachem zapachniało, bo zima jest taka zła i jak to w wierszyku w oczy śniegiem sypie i wichrem w polu gna, ale przecież śnieg jest dla ludzi i zwierząt. Przypomniało mi się jak mój pies pierwszy raz zobaczył śnieg, nie bardzo wiedział, co to jest - ale nie spodobało mu się, bo było mu zimno w łapki i aż je podnosił z obrzydzeniem na pysku. Potem nauczył się, że można się w śniegu wytarzać, że smakuje całkiem nieźle i można się bawić podrzucając zamarznięte kawałki w górę. Jak był starszy to nie lubił niskich temperatur i zdarzało się, że na spacerze po wyjściu z domu biegł pod najbliższy krzaczek i sikał bardzo długo, aż się chwiał stojąc na trzech nogach, potem radosny podskok i biegł pod klatkę z wyrazem na pysku i w oczach – no już wysikałem, co miałem, więc chodźmy do domu, bo zimno. Taki był z niego cwaniaczek.

Zima jest trochę utrapieniem, zimno, wiatr w oczy wieje i zimno w uszy, z nosa kapie jak się wejdzie do domu, okulary zaparowują po wejściu do autobusu, trzeba zakładać swetry, podkoszulki, bluzki, grube skarpety itd., ale przy tym wszystkim może być bardzo pięknie i śmiesznie. Parę zdjęć z uroków zimowych.

rowery, zima, Londyn

Jedno z moich ulubionych zdjęć, rowery na mojej ulicy w czasie wielkiego opadu śniegu w 2009.

bałwan, zima, ogrody, śnieg,

Porządek musi być.

na ławce, zima, śnieg, piwo, bałwan

Na ławeczce przy piwku, a piwko nasze a raczej Tyskie

bałwan, kapelusz, zima, śnieg

bałwan, łódka, śnieg, zima

Tu bałwanka zrobili w łodzi i pięknie przystoili.

 drzewo

Drzewko w zimowej szacie.

ogród, zima, śnieg, biel, biały

Biały ogród.

zimowy,śnieg, ogrody, pałac Hampton Court

Ogrody Pałacu Hampton Court

posąg, zima, śnieg, ogrody

Posągi owinięto dla ochrony przed srogimi warunkami atmosferycznymi.

śnieg, zima, drzewo

Bajkowa dróżka w parku.

zima, śnieg, park, Londyn

Groźny bałwan w parku

bałwan, zima, śnieg

Takie to mamy uroki zimy.

piątek, 10 grudnia 2010
krystyna_i_chlopcy

Kolejna książka pełna irytujących bohaterów a raczej postaci, bo bohater to pozytywny element a tu o taki raczej trudno, no może Józefa gospodyni tytułowej Krystyny. Nie wiem, dlaczego ale wydaje mi się że ona raczej nie lubi postaci w swoich książkach a przynajmniej w tych dwóch które czytałam, i dlatego są one tak denerwujące i po prostu nie do zniesienia. Krystyna nie ma szczęścia w życiu, jest artystką, pracuje i odnosi sukcesy, jako animatorka (filmy rysunkowe), ale nie układa jej się z płcią odmienną. Jej mąż Franciszek redaktorek z zawodu, nie jest zbytnio zadowolony z perspektywy zostania ojcem, nie znosi wrzasków i smrodków i wkrótce po urodzeniu się Misia (Michała) wyprowadza się z domu do przyjaciółki. Miś jest dzieckiem rozpieszczonym i leniwym, nic mu się nigdy nie chce robić, ale wszystko chciałby mieć najlepiej podstawione pod nos, gdy on siedzi przed telewizorem. Nawet jego kolega z podwórka nazwał go leniem, oczywiście po latach odzywa się tatuś, do którego synek się przeprowadza, bo on tak „nie szura” jak matka. Kolejny mąż Krystyny to aktorzyna z dużym apetytem na trunki, którego ona usiłuje wyleczyć z nałogu kupując mu samochód …?! Pojawia się też piesek Lolek, uroczy pudelek ze skłonnościami do zjadania nowych toczków i robienia kupy na dywanie, a także kandydat na męża - rodak z Ameryki właściciel posiadłości z basenem, o którego względy Krystyna musi walczyć i taką jedną aktoreczką.

Wszystkie wzloty i upadki są zawsze okraszane surowym i swojskim komentarzem niezawodnej gospodyni domowej pani Józefy, bez której ten cały cyrk nie przetrwał by chyba ani jednego dnia dłużej. Niby powinnam się ubawić po pachy ale jakoś bardziej się zirytowałam niż uśmiałam, może lepiej by cała ta historia wypadła jako słuchowisko lub film albo serial może właśnie animowany? Świetne ilustracje Juliana Bohdanowicza.

środa, 08 grudnia 2010

 

Pojawił się nowy trend w Londynie, obok zwykłych sklepów dobroczynnych pojawiły się kuchnie domowe z darmową lub tanią żywnością. W lokalu „Passing Clouds” w Dalston głównie okupowanym przez grupki artystyczno muzyczne w niedzielne popołudnia zbierają się miłośnicy gotowania. Można tu zjeść tortillę z porem i kabaczkiem, jajecznicę, warzywa, czy makaron z sosem, do tego chleb z serem i wygodny fotel przed telewizorem lub koncert jakiejś lokalnej grupki. Niby nic nowego, bo dobroczynne jadłodajnie działają już od dawna ta jednak jest inna, wszystkie produkty, jakich użyto do przygotowania posiłków pochodzą z odrzutów żeby nie pisać odpadków z supermarketów, których przeznaczeniem były śmietniki, tu posegregowane, przygotowane przez kucharzy zamieniają się w smaczne posiłki do tego za darmo.

Za pomysłem tej „Społecznej kuchni” stoją lokalni mieszkańcy, artyści i przedsiębiorcy, każdy wkład jest mile widziany, można dać pieniądze, za które kupują garnki, sztućce lub oddać te, których już nie używamy, niektórzy przynoszą to, co mają ktoś, kto ma kurę w ogródku dostarcza jajka, których akurat ma za dużo, inni zakasują rękawy i zabierają się do krojenia, smażenia i gotowania. Jeden z bywalców stwierdził „ to wspaniale, że mogę tu przyjść i gotować razem z innymi zamiast siedzieć w domu sam jak to zwykle bywa w Niedzielę. Wspaniałe jest to, że wykorzystujemy żywność, która inaczej skończyła by na śmietniku, ale najwspanialsze jest to, że gotujemy tu i spotykamy innych ludzi.” Można tu połączyć przyjemne z pożytecznym, coś dla ciała i coś dla duszy, głodnych nakarmić i spragnionych napoić a przy tym poznać sąsiadów, ciekawych ludzi, rozkwitły przyjaźnie i nie tylko. Bardzo to ciekawy pomysł i wart naśladowania.

W innych dzielnicach pojawiły się podobne inicjatywy np. w Haringey w Station House Community Cafe prowadzonej przez organizację dobroczynną FoodCycle w Piątki można zjeść lunch (starter, danie główne i deser) za jedyne 4 funty. W karcie są potrawy takie jak pieczone warzywa, pory, sałatki z serem feta, wegetariańskie potrawy ze słodkich ziemniaków, kapusty, na deser bananowe placki i cynamonowy kompot.

Inna inicjatywa to People’s Supermarket (Społeczny Supermarket) otworzono go w lecie a sprzedawana w nim żywność jest właśnie z odrzutu, w sklepie tym otworzono też „społeczną kuchnie” na niedzielne gotowanie. Założycielami są ludzie interesu kucharz z Acorn House i mistrz samowystarczalności i były manager od Marka i Spencera, jest to traktowane jako alternatywa dla wielkich supermarketów wciskających się w każde miejsce. To nie tylko nowe miejsca pracy, ale stworzenie i odbudowanie lokalnej społeczności, dla ludzi którzy pracują tam jako ochotnicy określoną ilość godzin w miesiącu przewidziano zniżki przy zakupach. Posiłki, które tam można kupić zostały przygotowane przez kucharzy na miejscu, są świeże i bez konserwantów.

Posiłki przygotowywane z odpadów to nie brzmi zachęcająco, ale nie każde warzywo czy owoc w opakowaniu jest niejadalny tylko, dlatego że minęła jego data „spożyć przed „ ile razy mamy w lodówce czy szafce, warzywa i owoce, które dawno już tę datę przekroczyły, ale nadal się trzymają i smakują całkiem całkiem. Własna marchewka, jabłka itp. z ogródka i sadu się trzymają dość długo. Supermarkety muszą jednak takie produkty wycofać ze sprzedaży, stojący za tą inicjatywą ludzie twierdzą, że to nie powinno znaleźć się na śmietniku. Rocznie tak ląduje na wysypiskach śmieci około 400 000 ton żywności, nadaj jadalnej!!!

Jedna z moich ulubionych pieśniarek Tracy Chapman napisała piosenkę zatytułowaną „Why” (Dlaczego)

“Tell me,

 Why do the babies starve

When there's enough food to feed the world

Why when there're so many of us

Are there people still alone”

Pyta się w niej, dlaczego dzieci głodują, gdy jest wystarczająca ilość żywności na świecie, to pytanie pasuje do tego ruchu. Nie twierdzą tu, że należy tę niewykorzystaną żywność pakować w samoloty i wysyłać w rejony dotknięte klęską głodu. Chodzi mi o to, że powinniśmy gospodarnie wykorzystywać to, co mamy i starać się wyeliminować marnotrawstwo. Inicjatywa ta narodziła się w czasach kryzysu, wielu osobom jest teraz ciężej, w portfelu mniej pieniędzy i nic dziwnego, że takie darmowe jadłodajnie stają się coraz bardziej popularne.  Co mi się w inicjatywie społecznej kuchni spodobało to zaangażowanie lokalnych mieszkańców, którzy wzięli sprawy w swoje ręce i zainspirowali sąsiadów i powstały miejsca gdzie ludzie nie tylko mogą się najeść, ale także poczuć przydatnym i nawiązać znajomości i przyjaźnie. Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków w tym przypadku można powiedzieć, że kryzys stał się ojcem inicjatywy społecznej. Żywność wyrzucana na śmietnik to marnotrawstwo, z którym trudno mi się pogodzić. Mam nadzieję, że gdy minie kryzys ruch ten nie zniknie, że wręcz przeciwnie ograniczona zostanie ta niegospodarność, z jaką mamy do czynienia. Wiem, że nie wszystkie produkty można w tą akcję włączyć – mięso czy ryby – raczej mogłoby być niebezpieczne, ale warzywa, owoce a może nawet pieczywo, – dlaczego nie. Są ludzie, którzy sami siebie nazywają „zbieraczami”, którzy właśnie żywią się tym, co znajdą przy supermarketach w kontenerach przeznaczonych na wysypiska, do tej pory byli oni traktowani, jako niegroźni ekscentrycy, ale może ten ruch społeczny naświetli ten problem i zorganizuje wykorzystanie tych produktów, które jeszcze się nadają do użycia. Nie można wyrzucać jedzenia, gdy obok są ludzie, którym brakuje na chleb, po drugie to ważna tu jest to, że ludzie robią coś razem dla siebie i innych, kształtuje to pewną postawę społeczną, w której bierze się, ale i daję. Ciekawa jestem czy ruch ten się rozpowszechni w całym kraju i czy podobne inicjatywy pojawiły się w innych zakątkach świata.

Materiały z artykułu gazety Evening Standard.

 

niedziela, 05 grudnia 2010

 

cukiernia pod amorem, zajezierscy, gutowska-adamczyk

Kupiłam tę książką, bo mnie do niej zachęciła okładka no i miałam dość z tego powodu duże oczekiwania. Powieść się czyta przyjemnie, choć na początku mnie trochę irytowało to przeskakiwanie czasowo przestrzenne, ale potem już się przyzwyczaiłam i nawet mi się te ponad czasowe powiązania podobały. Akcja dzieje się w Gutowie i okolicach w latach 90tych XX wieku i 60tycz i 90tych XIX wieku w rodzinach arystokratycznych, chłopskich i środowisku rzemieślniczym czy biznesowym, jak kto woli. Oto na rynku w owym mieście w czasie wykopalisk archeologicznych zostaje odkopany podziemny tunel a w nim ciało kobiety z bardzo starym pierścieniem na ręce. Opowieść o tym pierścieniu jest związana z rodziną obecnego właściciela tytułowej Cukierni pod Amorem i powoli odkrywamy tajemnice trzech rodzin z nim związanych. Oto poznajemy Barbarę Zajezierską z domu Sokołowską i jej życie i małżeństwo z melancholicznym Henrykiem, jej radości, smutki i tajemnice, jej synową Adę i jej siostry Bysławskie, Zuzannę trochę „czarownicę” mamkę Tomasza Zajezierskiego i jej córkę Mariannę, oraz żyjącego w czasach współczesnych Waldemara Hrycia mistrza cukiernika i jego córkę Igę jak starają się pozbierać po wylewie jego matki. Losy ich są splątane ze sobą i pełne romansu, miłości, nieszczęścia, trwogi i dramatów oraz sekretów duszy i ciała.

Co szczególnie podobało mi się w tej powieści to nacisk na życie codzienne, domowe dramaty i prywatne tragedie, szczęście i radości, mity i lokalne legendy, dla których wielka historia była tylko tłem. Zmagania z trudami prowadzenia gospodarki domowej i dworskiej, nowinki techniczne, moda, małżeństwa, bale i polowania a szczególnie zwyczaje i obyczaje na dworach i po za nimi były wystawione na plan pierwszy. Losy bohaterów mnie przyciągnęły i już zamówiłam sobie część drugą i wiem, że będę czekać na następną z niecierpliwością. Chcę wiedzieć, kim była ta kobieta w tunelu z pierścieniem, co się stało z Marianną, i czy Waldemar i jego córka Iga utrzymają swoją cukiernię? Muszę powiedzieć, że spodobał mi się styl pisania pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i będę ją polecać gorąco, a jako że zbliżają się święta to można tę powieść wybrać jako prezent, nie tylko zresztą pod choinkę ale na każdą okazję.

sobota, 04 grudnia 2010

   

Parę tygodni temu siedziałam sobie w sobotę znudzona przed telewizorem i marudziłam, że jak zwykle w sobotę nie ma nic ciekawego na tym telepudle, i biegałam po kanałach aż wpadłam na mojego ulubionego aktora Matthew Macfadyen i film z jego udziałem, a jeszcze jak okazało się, że gra tam Rufus Sewell to już w ogóle wpadłam jak śliwka w kompot. Było to w połowie odcinka, więc zdecydowałam się obejrzeć to od początku korzystając z genialnego pomysłu Channel 4 (Kanału, 4) który na Freeview nadaje ten sam program, ale z godzinnym opóźnieniem. Poczekałam sobie i przerzuciłam na ten kanał i tam zaczęłam od początku. Był to pierwszy odcinek serialu nakręconego na podstawie powieści Kena Folletta „The Pillars of The Earth” czyli „Filary Ziemi” i przez następne tygodnie - sobotnie wieczory były podporządkowane temu serialowi. Tak bardzo chciałam wiedzieć, co się stanie potem, że dorwałam książkę i postanowiłam czytać i bardzo szybko przebrnęłam przez 1076 stron i nie miałam dosyć.

Nazwisko Kena Folletta kojarzy nam się z literaturą sensacyjną, szpiegowską osadzoną w czasie wojen i współcześnie, z powieściami jak „Klucz do Rebeki” czy „Eye of the Needle” (Igła), która została przeniesiona na duży ekran z Donaldem Sutherlandem w roli głównej. Okazało się, że zamiar napisania tej powieści pisarz nosił w sobie przez lata i przez lata zbierał materiały, zwiedzał katedry i archiwa i przygotowywał się do pisania. W międzyczasie pisał inne książki i dostawały się one na listy bestsellerów, ale średniowiecze kusiło go i czekało na swój czas. Jego wydawcy byli raczej sceptycznie i chcieli jedynie by już tę książkę skończył i zabrał się do pisania tego, co już się sprawdziło. Okazało się jednak, że to właśnie ta książka jest jego najpopularniejszą powieścią, to o niej jest najwięcej listów od fanów, to o niej mówią na spotkaniach autorskich i w czasie podpisywania książek, wbrew opiniom wydawców i krytyków to ta powieść okazała się prawdziwym sukcesem światowym. Muszę przyznać, że i ja padłam pod jej urokiem. Czytałam ją jak to się mówi duszkiem i jak się skończyła to mi było trochę smutno, bo polubiłam bohaterów i trochę się do nich człowiek przyzwyczaił przez te ponad tysiąc stron.

Autor zabiera nas na niezwykłą przygodę po średniowiecznej Anglii, akcja się dzieje na przestrzeni pięćdziesięciu lat zaczyna się w 1123 roku egzekucją młodego Francuza a kończy pokutą króla Henryka II w 1174 roku po zabójstwie Tomasa Becketa. Jest też krótki prolog w formie notatki o zatonięciu „The White Ship” (Białego Statku) w 1120 roku na pokładzie którego był następca tronu angielskiego, wydarzenie to miało katastroficzne skutki w postaci wojny o tron po śmierci króla Henryka I w1135 roku (syn Wilhelma Zdobywcy), wyznaczył on swoją córkę Matyldę i jej syna Henryka do korony, ale baronowie nie byli chętni temu pomysłowi, nie chcieli zaakceptować kobiety na tronie. Okazało się, że jest inny pretendent do tronu - wnuk Wilhelma, a siostrzeniec Henryka I – Stephen z Blois znany w historii, jako król Stephen I (pisałam o tym trochę przy okazji Dover – Great Tower). To w czasie tej wojny domowej i pierwszych latach panowania króla Henryka II toczy się akcja tej ogromnej powieści. Nazwałam ją ogromną, bo nie tylko jest tu ogrom czasu (kartek), ale także wydarzeń, ilości bohaterów, wątków i informacji o życiu w średniowiecznej Anglii. Poznajemy dzieje kilku rodzin i miejsc, spotykamy zakonników, właścicieli ziemskich, czarownice, kamieniarzy i budowniczych, dobrze urodzonych i biedaków, szlachetnych i łotrów, jest tu honor, miłość, zdrada, ciężka praca i tułaczka, wszystko, czego człowiek zapragnie od dobrej lektury. Nic dziwnego, że w końcu ktoś się skusił, aby to przenieść na mały ekran. Serial jest świetny i choć trochę zmieniony, niektóre wątki wycięte, trochę dodanych i skrócony to jednak fajnie się go oglądało i muszę się przyznać że to dwaj aktorzy w nim grający spowodowali, że nie mogłam od niego się oderwać (R. Sewell i M. Macfadyen). Zagościł tu też D. Sutherland jako Hrabia Bartolomeo, Ian McShane jako biskup Waleran i młodzi aktorzy jak Eddie Redmayne jako Jack czy Hayley Atwell jako hrabianka Aliena też się przyłożyli do sukcesu jaki ten serial odniósł. Muszę powiedzieć, że autorzy serialu pozwolili sobie na parę nieścisłości historycznych, szkoda bo ten czas w historii Anglii był dramatyczny i nie potrzeba było go koloryzować, cóż historii lepiej się jednak uczyć z podręczników i książek niż seriali telewizyjnych. Ken Follett dla odmiany był trochę bardziej dokładny, ale on nie koncentrował się na wydarzeniach historycznych, ale na zdarzeniach w życiu zwykłych ludzi, wielka polityka była w tle i bardziej mamy tu opis tego - co i jaki wpływ te różne decyzje i konflikty miały na ich życie. Miejscowość Kingsbridge, klasztor i katedra zostały wymyślone, ale opis życia i pracy, technik budowlanych, wiedzy, przesądów, organizacji pracy i funkcjonowania klasztorów, miast itp. są prawdziwe przynajmniej na tyli ile nasza wiedza na to pozwala. Sam Ken Follett wystąpił w roli trzecioplanowej, że tak powiem pod koniec serialu, kiedy Jack znajdzie swoją rodzinę na kontynencie przypatrzcie się facetowi, który mówi, że znał jego ojca.

Polecam i książkę i film; książkę, bo jest bo kopalnia wiedzy i pięknie napisana historia życia ludzkiego, trosk i smutków, radości i miłości, a film bo przystojni aktorzy, piękne krajobrazy i ciekawa historyjka.

 
1 , 2
Flag Counter