niedziela, 27 listopada 2016

 

Tym razem zapraszam Was na Plac Trafalgar, do skrzydła bocznego Galerii Narodowej na wystawę o wpływie artysty, znanego jako Caravaggio, na malarstwo Europejskie. Gdy Caravaggio opuścił rodzinną Lombardię i udał się do Rzymu, był młodym, nieznanym malarzem. Dziś uważa się, że był zarodkiem rewolucji w malarstwie europejskim przełomu XVI i XVII wieku. Jego obrazy pełne emocji i naturalizmu oczarowały arystokratów i duchownych, koneserów sztuki i innych artystów. Stworzył on nowy język malarski pełen ekspresji, emocji i realizmu – takie spojrzenie na świat zostało szybko zaadoptowane przez innych malarzy i owiało całą Europę.

Rzym był Mekką dla artystów w czasie gdy Michelangelo Merisi da Caravaggio przybył do Wiecznego Miasta. Dzielnice Santa Maria del Popolo i San Lorenzo w Lucinie to był taki tygiel artystyczny,  mieszkało tu wielu głodnych wrażeń twórców z całej Europy – Francji, Holandii, Niemiec i Flandrii, mieszając się z przybyszami z Włoch. Trzeba sztukę sprzedać aby żyć i choć wielu było mecenasów wśród bogatych książąt i elity kościelnej, chętnych do płacenia za sztukę, to walka o przetrwanie była ostra. Artystyczne temperamenty czasami kończyły się w sądzie, nie tylko za rozprzestrzenianie i oczernianie, ale i za rękoczyny. Caravaggio nie był spokojnym człowiekiem, był bardzo porywczy, co tu ukrywać był łobuzem, utalentowanym co prawda, ale jednak. Nie potrafił trzymać nerwów na wodzy i z tego powodu musiał z Rzymu uciekać w 1606 roku, oskarżony o śmiertelne zranienie Ranucciego Tomassoni.  Tułał się po Europie, stąd m.in. obrazy na Malcie i w Neapolu. Starał się, aby jego patroni wynegocjowali mu przebaczenie i dlatego malował dużo wielkoplenerowych, religijnych obrazów. Artysta zmarł w 1610 roku w drodze do Rzymu, niektórzy twierdzą, że został zamordowany (kiedy był w Neapolu ktoś już próbował go zabić).

 

Na tej wystawie możemy zobaczyć nie tylko jego dzieła, ale i jego kolegów po fachu, który zaadoptowali jego styl i zostawili po sobie obrazy poruszające nasze serca i dusze. Caravaggio wielkim artystą był i jego najsłynniejsze obrazy są olbrzymie, więc nie mogły tu zostać przywiezione,  trzeba sobie pojeździć po Europie, aby je obejrzeć - np. na Malcie, w konkatedrze w Valletcie jest przepiękny obraz „Ścięcie św. Jana Chrzciciela” ( rozmiary: 3.6 na 5.2 metry), ale nie ma możliwości aby był on przewożony, podobnie z obrazami z Rzymskich czy Neapolitańskich kościołów i katedr. Chociaż większość obrazów na wystawie to dzieła  jego naśladowców, czy idących jego torem artystycznego myślenia malarzy ( Caravaggioniści ), to jednak wystawa jest ciekawa i ukazuje nam ewolucje czy nawet rewolucje w sztuce. Miał ten jego styl wielu zwolenników, współcześni koneserzy chwalili jego podejście do malowania, jego naturalizm i użycie światła. Za to inni wytykali mu wulgaryzm i ostatecznie to oni zwyciężyli, a Caravaggio oraz jego sposób ukazania świata odszedł w zapomnienie na parę stulecie. Dopiero w XX wieku przeżył on swój renesans i znów nam mówią, że Caravaggio wielkim malarzem był. Przekonajcie się sami, wpadnijcie na wystawę a jeżeli nie możecie oto moja relacja.  

Jak zwykle mamy krótki film o malarzu i temacie wystawy w małym kinie przy wystawie, warto zacząć od tego filmu, bo potem lepiej nam się ogląda ekspozycje.

 

Boy peeling Fruit © The Royal Collection

Jednym z najstarszych dzieł artysty jest obraz „Boy peeling Fruit” (Chłopiec obierający owoc) namalowany około 1592-3 roku. Obraz ten jest przykładem tzw. „genre paintings” obrazów ukazujących życie codzienne. Oto, proszę, chłopiec w koszulinie zawinął rękawy i obiera sobie nożykiem jabłko czy inny owoc, skórka zwija się w serpentynkę. Chłopiec patrzy na to co robi, nie na widza, mamy więc wrażenie, jakbyśmy go podglądali. Obraz został wykonany na płótnie nie najlepszej jakości, co jest zrozumiałe, bo artysta ledwie przybył do Rzymu i musi jakoś związać koniec z końcem. Nad rękami chłopca jest jakby jakaś plama na koszuli, to zarys liścia, który nigdy nie został namalowany. Obraz ten był w kolekcji królewskiej opisany jako Michael Angelo (pierwsze imiona artysty), potem przypisano autorstwo hiszpańskiemu artyście B.E Murillo, zanim w końcu przywrócono go do twórczości Caravaggio, jest to jeden z obrazów  opisanych przez G. Mancini, XVII-wiecznego biografa malarza. Do kompletu, mamy z tego okresu chłopca z koszem owoców i  chłopca ugryzionego przez jaszczurkę. Wydaje się, że był to swego rodzaju cykl, który łączył model, temat i styl „genre” oraz wykonanie w paru wersjach.


Francesco Buoneri zwany Cecco del Caravaggio “ A Musician”(Muzykant) około 1615, © The Wellington Collection

Obraz ten z kompozycji przypomina „Lute Player” (Lutnistę) i „Boy bitten by a lizard” (Chłopca ugryzionego przez jaszczurkę) – połowa postaci ukazana za stołem, z zaaranżowaną martwą naturą, skrzypce w tej samej pozycji jak u Lutnisty. Postać jest uchwycona w specyficznej pozie i wydaje się, że on nas przyłapał na podglądaniu go. Oto mamy młodzieńca w modnie rozcinanej koszuli, nonszalancko siedzącego na krześle, w jednej ręce trzymającego tamburyno, w drugiej monetę, jakby miał ją podrzucić i chciał się nas spytać orzeł czy reszka. W ustach ma mały okrągły gwizdek, piórko na kapeluszu zawadiacko zwisa za oparciem. Na stole skrzypce, pudełka, teleskop, zwoje, książki w bardzo artystycznie zaaranżowanym nieładzie. Jest tu uchwycony moment w czasie i przestrzeni, chwila jak kadr z filmu, coś się działo przed i zaraz coś się stanie, może moneta zawiruje w powietrzu?

Autorem miał być Velazquey, potem przypisywano go do Caravaggio, ale ostatecznie ustalono, że jest to dzieło Cecca, który był bliskim przyjacielem, współlokatorem w Rzymie, a także modelem dla Caravaggio, może nawet jego uczniem, choć nie miał on zwyczaju dzielić się wiedzą i ideami.

Na tej wystawie można zobaczyć dwa wielkie dzieła malarza wykonane na zamówienie Ciraco Mattei.

Pierwszy z nich to „The Supper at Emmaus” z 1601 roku (Wieczerza w Emmaus). © The National Galery w Lodynie


Caravaggio sięgnął do ewangelii według Łukasza i opowiada nam wydarzenie, gdy dwaj uczniowie Jezusa, Łukasz i Kleofas spotkali go w drodze z Jeruzalem do Emmaus. Nie poznali go, ale zaprosili obcego podróżnika na kolację w gospodzie, a  gdy on pobłogosławił jedzenie doznali olśnienia i rozpoznali w nim swojego nauczyciela. Tutaj mamy właśnie ten moment i kusi mnie, aby powiedzieć przepięknie wyreżyserowany. Caravaggio był dla mnie jak reżyser i scenograf teatralny, jego sztuka to poezja i dramat na płótnie. Oto mamy stół w gospodzie zastawiony jedzeniem: mięsiwo, owoce, wino, chleb, jeden kosz z owocami stoi na krawędzi, mamy niemalże ochotę popchnąć go głębiej na stół. Spójrzcie na owoce w tym koszu, mają one jakieś plamy, jeden trochę jakby zaczynał się psuć, a winogrona błyszczą pełne soku. Czy jest to metafora o życiu, że nie zawsze jest pięknie, czy po prostu ukazanie rzeczywistości - bo jabłka mają plamki, owoce jak za długo leżą, to zaczynają się psuć – ot wielka filozofia, każdy ogrodnik i każda gospodyni domowa to wie. Czy Caravaggio tutaj pokazuje nam rzeczywistość bez retuszu i bez tego tak popularnego w naszych czasach Photoshopa?

Drugi aspekt jego stylu to ruch i emocje. Oto tu mamy ruch błogosławienia posiłku wykonany przez Jezusa i błysk olśnienia w zachowaniu obu uczniów. Jeden z nich rozłożył (Kleofas - ten z muszelką) ręce w takim geście, jakby właśnie miał zakrzyczeć „Jezus Maria!!!” w geście zdziwienia, ale i powitania. Drugi, ten z dziurą na łokciu (Łukasz),  podniósł brwi i zrywa się z krzesła, ale zdążył tylko lekko wesprzeć się na oparciu, nawet nie jestem pewna, czy uniósł już ciało. Przyjrzyjcie się jego ubraniu, nie chodzi mi o dziurę na rękawie ( to normalne u biednego wędrowca), ale to naciągnięcie materiału na ciele, gdy mięśnie pod nim pracują.  Gospodarz za to stoi i wydaje się być nieświadomy wiekopomnego wydarzenia, tak jakby czekał, czy jeszcze coś zamówią, czy już może iść.

Obraz ten był krytykowany za ukazanie Jezusa bez brody, za to, że owoce były nie tego sezonu co trzeba, no bo to wiosna przecież ma być, a tu np. jabłka. Może dlatego takie plamiste, bo te ładne już wcześniej zjedzone, a to drugie tak długo leżało i czekało na klienta, że już trochę przejrzało. Czepiali się po prostu złośliwie z zazdrości.

Drugi obraz to „ The Taking of Christ” 1602 ( Pojmanie Chrystusa) © National Gallery of Ireland


W styczniu 1603 roku Caravaggio otrzymał 125 skudów od Ciriaco Mattei, za obraz z ramą przedstawiający Chrystusa aresztowanego w ogrodzie, to był ostatni z trzech obrazów wykonanych na zlecenie tego mecenasa w tym okresie. Obraz ten był w rodzinie Mattei do XIX wieku, kiedy kupił go William Hamilton Nesbit i zabrał do Szkocji pod nazwiskiem innego malarza Gerrita van Honthorsta. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach odkryto, że jest to ten zaginiony obraz znany z kopi i opisów, co potwierdziły dokumenty archiwalne rodziny Mettei. Tak sobie wisiał na ścianie pod innym nazwiskiem i czekał, aż ktoś zada sobie pytanie i trochę trudu.

Temat ten był popularny w sztuce, powstało wiele obrazów przedstawiających to wydarzenie, opisane we wszystkich czterech ewangeliach. Jezus szedł z Góry Oliwnej i został pojmany w Ogrójcu przez żołnierzy Rzymskich. Obraz jest zatłoczony, postacie wydają się być wciśnięte we framugę, a św. Jan, tu w zielonej szacie, uciekając  nie mieści się po prostu w kadrze. Malarz  przytłacza nas postaciami, daje poczucie chaosu i klaustrofobiczności całej tej sytuacji. Jakby chciał nam pokazać, jak musi się czuć osaczony człowiek. Judasz właśnie złożył na policzku Jezusa zdradziecki pocałunek i okuci w XVI zbroje żołnierze rzucili się na Mesjasza. Jan umyka w popłochu, ale ręce trzymające jego czerwony płaszcz za chwilę go zapewne szarpną do tyłu. Cały obraz wydaje się pochylać w lewą stronę, za ruchem wykonywanym przez aresztujących żołnierzy. Znów mam wrażenie, że jest to stopklatka i za chwilę wszyscy runą na ziemię. Twarz Jezusa jest spokojna, zaakceptował już swój los, ale jego ręce wydają się oddawać emocje obserwatora -  niepokój i smutek. Jeżeli spojrzymy na prawy górny róg, na postać bez hełmu trzymającą latarnię, to mamy tu autoportret samego artysty. Caravaggio jest świadkiem tego wydarzenia i wpatruje się mocno, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, a nam wydaje się, że słyszymy tupot nóg i brzęk oręża. Niemalże chcemy interweniować – nie można stać przed tymi obrazami bez emocji, przynajmniej ja nie umiem.

Kolejny obraz który mnie poruszył i nie dał spokojnie obejrzeć innych prac w jednym z pomieszczeń to „Christ displaying his Wound” (około 1625-35) Giovanni Antonio Galli, znany jako Lo Spadarino  © Perth Musuem and Art. Gallery.

Temat Jezusa pokazującego rany niewiernemu Tomaszowi to kolejny popularny fragment ewangelii, wielokrotnie ukazywany także przez Caravaggio. Ten obraz w moim odczuciu zdominował całe pomieszczenie, nie wiem, czy taki był zamysł kuratorów, gdy układali wystawę. Giovani mnie po prostu tym obrazem oczarował, jest to tak inne podejście do tematu, że nie można obok niego przejść obojętnie. Inspiracją do tego obrazu była terakotowa płaskorzeźba umieszczona nad drzwiami wejściowymi do szpitala św. Marii Nuova we Florencji.  Caravaggio i inni jemu podobni artyści wywoływali w widzu emocje malując scenę w taki sposób, że albo czuliśmy się podglądającymi intruzami , albo bezsilnymi światkami wydarzenia. Lo Spadarino prowadzi z nami dialog, jego obraz do nas przemawia i to nie przez symbolizm itp., ale w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ciemne tło, światło na postaci lub jeżeli ktoś woli bijące od postaci, biel szaty otulającej dolną połowę ciała i samo ciało, i jego różne barwy. Mamy tu zmartwychwstałego Chrystusa, rany już nie krwawią, ale są świeże, część ciała jest jakby szarawa, jeszcze obumarła. Postać wydaje się do nas pochylać, zmarszczone czoło sugeruje słuchanie i jednoczesne zdziwienie, a uchylone usta wydają się do nas szeptać. „Tak to ja” „ Jak to, nie poznajesz mnie?” „Tak umarłem, ale jestem tu teraz” i w końcu „Patrz to są moje rany”. Jest to przepiękny obraz, nie mogłam od niego oderwać oczu.

Kolejny obraz, na który zwrócę waszą uwagę, to „Saint Onuphrius” z 1630? (św. Onufry) autorstwa Jusepe de Ribera © The National Gallery of Ireland.


Św. Onufry żył w IV wieku i był pustelnikiem, który porzucił życie na dworze królewskim swojego ojca i oddał się medytacji, żywił się chlebem przeniesionym przez anioła i nosił tylko opaskę uplecioną z liści, dlatego był też patronem tkaczy. Jusepe namalował tego świętego kilka razy, specjalizował się on bowiem w malowaniu świętych w podeszłym wieku, starych zgrzybiałych, powykręcanyc, pomarszczonych z obwisłą skórą. Wpływ Caravaggia w jego sztuce to oczywiście naturalizm, ukazanie niezbyt miłego dla oka oblicza starości; czarne tło z postacią oświetloną lub emanującą światłem, kontrast między postacią a tłem, teatralność. Jego własny wkład to użycie farby olejnej, niemalże jako pasty olejnej (technika impasto) . Nakładał jej tak dużo, że praktycznie rzeźbił w jej warstwach, tak że powstawały dodatkowe mini cienie nadające obrazowi niesamowity efekt realności. Może lepiej przejść obok tego obrazu na paluszkach, żeby nie przeszkadzać w modlitwie.


„A Concert with Three Figurres” 1615-16 Valentin de Bulogne © The Devonshire Collection, Chatsworth

Kolejny artysta, który często był mylony z Caravaggiem, albo opisywany jako imitator Caravaggia, co jest trochę niesprawiedliwe. Artyści szukają w dziełach innych inspiracji, tak jak kompozytorzy piszą wariacje na różne tematy, także utworów innych kompozytorów. Tematy muzyczne były bardzo popularne, muzykowanie było jedną z form spędzania wolnego czasu, podobnie jak gry hazardowe – obrazy Caravaggio „Musicians” (Muzykanci) czy „Cardsharps” (Grający w karty). To, że te same motywy, to nie znaczy, że od razu imitator, podobnie jak fakt, że malował on prosto z życia, używając modeli. Przebywał w Rzymie na początku XVII wieku, widział dzieła Caravaggio i innych artystów, był ich pracami zainspirowany. Jest to też scena rodzajowa - oto mamy trzech młodzieńców, może w tawernie, bawiących się na całego. Dwóch gra na instrumentach, jeden zdecydowanie śpiewa na całe gardło, a my ich na tym przyłapaliśmy. Może jest to świętowanie jakiegoś wydarzenia, bo śpiewający młodzieniec wydaje się wznosić kielich, w sumie w bardzo dziwny sposób. Chyba już sobie nieźle popili , ten gąsiorek w rogu już jest pewnie pusty. Ciasna kompozycja, postacie prawie dotykają krawędzi obrazu - to też takie w stylu Caravaggio.

Caravaggio miał szczególne podejście do światła, było ono ważnym elementem jego kompozycji, nadawało dramatyzmu, ale nie pokazywał on nam źródła tego światła, było ono zazwyczaj za obrazem, za naszym polem widzenia lub to postać zdawała się emanować światłem.


Hendric ter Brugghen „The Concert” 1626, (Koncert) © The National Gallery London.

Ten obraz też jest porównywany do wyżej wspomnianych obrazów Caravaggio, ale tu mamy inne podejście do światła. Są tu dwa widoczne źródła: jedno w tle - to mała wisząca lampa na ścianie i drugie na przedzie obrazu - to świeca podkreślająca białe elementy odzieży i rzucający cienie na ściany. Podobnie jak w „Muzykantach” mamy tu egzotyczne elementy stroju - turbanopodobne nakrycie głowy kobiety. Dwie postacie odwracają się niby do nas, ale zbyt są zajęte muzykowaniem, aby zwrócić na nas uwagę. Chłopiec w tle wydaje się śpiewać i dyrygować nieprzejęty naszą obecnością. Mamy tu trzy elementy muzykalności głos, struny (kobieta chyba gra na lutni) i flet. Obaj malarze umieszczają winogrona - symbol Bacchusa, boga wina i biesiadowania. Mówi się, że muzyka i wino mogą człowieka podnieść na duchu. Ter Brugghen, w odróżnieniu od erotyzmu w obrazie „Muzykanci” Caravaggiao, raczej skupia się na przekazie o generalnej harmonii –muzyczna alegoria.


Willem van der Vliet „A Philosopher and his Pupils” 1620 (Filozof i jego uczniowie)  © National Trust for Scotland.

Ten flamandzki malarz był dobrze sytuowanym portrecistą, a ten obraz jest jego próbą pokazania, że też inspirował i intrygował go snujący się po Europie caravaggionizm. Mamy tu klasyczne przejawy tego nurtu, ciasna kompozycja, kontrasty, gra światła i cieni, z dodatkiem północnoeuropejskim - obecnym źródłem światła, choć jest ono przysłonione ręką jednego z uczniów. Ta futrzana czapa i broda nauczyciela są niesamowite, wydaje się, że jak zrobimy przeciąg, to zaraz sobie one pofalują. Obserwujemy tu scenę lekcji lub egzaminu, bo ten dzieciak po prawej stronie kurczowo ściska jakąś księgę, jakby chciał coś z niej wycisnąć, a mistrz wydaje się mu wyliczać lub pomagać, przypominając pierwszą zasadę lub punkt. Jest to fantastyczna scenka rodzajowa, ale nie budzi ona w nas takich emocji, nie szarpie za duszę. Choć zachwyca nas warsztat tego malarza, szczegóły, literki w otwartej księdze naprawdę podoba mi się ten obraz,  ale … no właśnie jest jakieś „ale”.


Podobnie jest z obrazem „The Cheat with the Ace of Clubs” 1630-4 (Oszust z Asem Treflowym) Georges de La Tour © Kimbell Art. Museum Texas

Jest to tak inny obraz i rzuca się to w oczy, choć mamy tu znów swego rodzaju tłok, postacie znów są wciśnięte we framugę – choć zaczynam myśleć, że jest to raczej uwarunkowane cenami płócien do malowania, a nie efekt kompozycyjny, bo na tak wielu obrazach to widzimy, albo może tak je przycinali przy oprawianiu w ramki. Temat znów znajomy: gry hazardowe, postacie odcinają się od ciemnego tła, jedna z postaci odwraca się do nas jako, że my ją przyłapaliśmy na próbie oszustwa, bo ma Asa za pasem. Panna w czerwonej czapce z piórkami porozumiewawczo patrzy na służącą nalewającą kielich wina i wskazuje na oszusta – dla niego więcej wina – czyżby był plan, co by go upić i ograć. A może ofiarą jest ta niewinnie wyglądająca osóbka po prawej. Ta służąca znów w taki dziwny sposób trzyma ten kielich. Tak by mogło to być, ale jest to obraz bardzo dwuwymiarowy, wiem obrazy są dwuwymiarowe, ale u Caravaggio i wielu jego naśladowców mamy osiągniętą swego rodzaju trójwymiarowość, a tu tej głębi mi brakuje. Te postacie są płaskie, i takie ładne, że aż sztuczne. Ten i drugi jego obraz na wystawie „Dice Players” (gracze w kości) kojarzy mi się z ilustracjami z jednej z moich książek - jakiegoś zbioru bajek.

Ten styl prawdziwego oddania natury to coś, do czego nawet nam współczesnym byłoby się trudno przekonać. Może dlatego Caravaggionizm odszedł w zapomnienie na parę stuleci.   Dlaczego? Spójrzmy na naszą rzeczywistość - ciągle poprawiamy naturę, od zwykłego porannego makijażu po operacje plastyczne. Magazyny dla kobiet są pełne retuszowanych zdjęć, narzucających nam jak mamy wyglądać. Aktorki i gwiazdy są piętnowane za małe uchybienia w akceptowalnym pięknie. Chodząc po supermarkecie wybieramy to, co jest uważane za piękne, okrągłe błyszczące jabłka, proste marchewki itd. To nie jest natura, to podróbka.

Dlatego uważamy Caravaggio za geniusza, bo pokazywał świat taki jakim jest, bo nie bał się niedoskonałości, bo chciał nam coś w obrazach przekazać, widział piękno w naszych różnorodności i ułomnościach. Jest geniuszem bo potrafił uchwycić chwilę i utrwalić ją na płótnie, bo inni artyści patrzyli na jego dzieła i czerpali z nich inspiracje to tego stopnia, że ich wysiłki były uważane za wyniki jego pracy. Caravaggio swoim podejściem do malowania wywalał lawinę w sztuce Europejskiej, dlatego wystawa nazywa się „Beyond Caravaggio”, bo ukazuje nam świat artystyczny pod jego wpływem. Zachęcam do wypadu na tę wystawę.

Wystawa będzie w Galerii Narodowej w Londynie do 15 stycznia 2017 roku.

Godziny otwarcia 10-18 ostatnie wejście 17:15 w piątki do godziny 21 ostatnie wejście o 19:15 – ale od razu mówię 45 minut to za mało na tę wystawę. Zarezerwujcie sobie co najmniej 2 godziny.

Ceny: bilety są na konkretną godzinę wejścia na wystawę.

Dorośli - £16 z darowizną a £14 bez darowizny

Seniorzy - £14 z darowizną a £12 bez darowizny

Studenci z legitymacją, dzieci od 12 do 18 lat -  £8 z darowizną £7 bez darowizny.

Galeria zaleca rezerwacje przez Internet lub telefonicznie, ponieważ wystawa jest bardzo popularna.

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi Galerii Narodowej w Londynie.

niedziela, 20 listopada 2016

 

Witam ponownie,  po długiej przerwie wracam do pisania. Na pierwszy ogień idzie relacja z wystawy w Muzeum Brytyjskim „Sunken cities Egypt’s lost worlds”, czyli zatopione miasta utraconego egipskiego świata. Wystawa ta jest podsumowaniem prawie 20 lat pracy zespołu archeologicznego pod kierownictwem F.Giddio, pracującego w wodach zatoki Abukir u wybrzeży Egiptu. Prace na tym terenie, pogrążonym w wodzie od 1200 lat, zaczęły się w 1999 roku. Odkryto ruiny świątyń, budynków,  portu, 69 wraków jednostek pływających, monumentów i posągów oraz tysiące zabytków ruchomych jak biżuteria i ceramika. Dzięki tym nowym odkryciom jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć i prześledzić dzieje i wzajemne relacje dwóch wielkich antycznych cywilizacji śródziemnomorskich: Egiptu i Grecji - od pierwszych osadników zakładających osady handlowo – religijne w  Thonis – Heracleion,  Naukratis i Canopus , potem podbój przez Aleksandra Wielkiego, władanie Ptolemeuszów, do podboju przez Rzym. Przez ten czas osadnicy greccy i rdzenni Egipcjanie żyli w tych osadach, dzieląc polityczne idee, panujący „Greccy królowie” przyjmowali regalia faraonów, zwykli obywatele czcili swoich bogów w świątyniach obok siebie, zacieśniały i mieszały się języki i kultury.

Głównymi bohaterami wystawy są już wspomniane podwodne miasta Thonis-Heracleion i Canopus - miasta pomosty kulturowe, których bogactwo i rozwój napędzane były przepływem ludzi, dóbr i idei. Było to uwarunkowane dogodnym położeniem na tzw. kanoposkiej odnodze Nilu, dostępem do morza i przez rzekę do reszty kraju, bardzo dogodne położenie dla przedstawicielstwa handlowego. Teren ten był taką granicą miedzy lądem a morzem, pełnym jeziorek, wysepek, wydm, wielkim rozlewiskiem. Niestety to było też powodem zniknięcia tych miast z powierzchni ziemi, jako że teren ten nie był zbyt stabilny i w końcu zamulone kanały w połączeniu z innymi katastroficznymi wydarzeniami, ( być może trzęsienie ziemi czy fala tsunami) spowodowały, że osady zaczęły „tonąć”  i zostały  opuszczone. Nowe odkrycia z tych wykopalisk podwodnych pozwoliły naukowcom na lepsze zrozumienie kontaktów, wzajemnych wpływów i przenikania się  tych obu kultur.

W starożytności kanoposka odnoga Nilu biegła 30 km na wschód od miasta Aleksandria. Ten region był znany w starożytności jako miejsce spotkania się kultur greckiej i egipskiej i nawet obrósł on w legendę, jako miejsce gdzie Herakles postawił swoje pierwsze kroki na ziemi egipskiej. Według innej legendy, gdy statki Parysa z porwaną Heleną zostały zepchnięte z kursu, to schronili się oni w świątyni Heraklesa w osadzie przy odnodze Nilu. Sama nazwa miasta Canopus miała pochodzić od imienia pilota (Canobos)  we flocie Menelaosa, który to zmarł w tym miejscu. Dekret z Canopus wspomina o mieście Heracleion leżącym w rejonie Canopos, w którym to czczono boga Amuna-Gareb obok Heraklesa, od imienia którego miasto zostało nazwane. Strabo też pisał o osadach na wschodzie od miasta Aleksandria. Mahmud Bey el-Falaki astronom wicekróla Egiptu nakreślił w 1866 mapę tego regionu wyznaczając hipotetyczny bieg odnogi Nilu, wybrzeża i lokalizacji miasta Canopus. Późniejsi badacze posługiwali się zarówno starożytnymi tekstami jak i jego mapami w poszukiwaniu zaginionych osad. W latach 30tych ubiegłego wieku szukano ich z powietrza, ale kluczowych informacji dostarczyli miejscowi rybacy. Poszukiwania zostały zawieszone na dziesięciolecia i dopiera pod koniec ubiegłego wieku przy wykorzystaniu najnowszych technologii (sonary, magnetometry - rezonanse magnetyczne itp. cuda techniki)  zostały wznowione i przyniosły niespodziewane rezultaty, a to jest dopiero początek.

Canopus – odkryto min. stanowisko archeologiczne o długości 150 metrów pełne kolumn z czerwonego granitu, budynków z piaskowca, z którego wydobyto drobne zabytki z okresu bizantyjskiego (AD 330-641): biżuterię, krzyże, monety i pieczęcie.  Wskazuje to na funkcjonowanie struktur wczesno- chrześcijańskich na terenie byłej świątyni pogańskiej. Obok tego kompleksu, pod 2 metrami piasku odkryto świetnie zachowane fundamenty świątyni egipskiej nad kanałem. Mury świątyni rozciągały się na 103 metry – musiał to być ważny obiekt sakralny, na razie największy w tym regionie. Między kompleksami odkryto składowisko posągów m.in.  głowy faraonów, fragmenty sfinksów, głowa boga Serapis z okresu Ptolemeuszów  ( 323-31 BC) – rozmiary głowy sugerują że cały posąg mógł mieć 4 metry wysokości, obok leżały także rzymskie popiersie personifikujące rzekę Nil (Neilos), urny kanopskie itd.  

Thonis-Heracleion wspomniane zostało w Dekrecie z Canopus z 238 BC. Kiedyś uważano, że były to dwa miejsca. Obecnie naukowcy skłaniają się do hipotezy, że było to jedno miasto ze świątynią boga Amun-Gereb, a nie dwa ośrodki. W 2001 roku na wschód od Canopus odkryto miasto portowe leżące na brzegu odnogi Nilu. Stanowisko rozprzestrzenia się na terenie z wieloma wyspami, tzw. Zachodnim Jeziorem i ma  szereg dróg wodnych m.in. Wielkim Kanałem (Grand Canal), Północnym Kanałem (North Canal). Miasto zostało zidentyfikowane dzięki sanktuarium z różowego granitu z inskrypcją deklarującą, że jest to świątynia boga Amun-Gereb i że miasto nazywa się Heracleion.  Odnaleziono także stelę z granodiorytu z dekretem faraona Nectanebo I (380-362 BC), na którym pojawia się egipskie imię miasta, w którym ją ustawiono jako „The-hone-of-Sais” czyli Thonis . Tak rozwiązała się zagadka dwóch miast w różnych źródłach. Tak więc wydaje się, że Grecy nazywali to Heracleion and Egipcjanie Thonis. Jednym z ważniejszych okryć w czasie podwodnych wykopalisk było znalezienie w okolicy sanktuarium Amun–Gereb wielkiego pojemnika z czerwonego granitu tzw. Ogrodowego Zbiornika (Garden Tank),  wykorzystywanego w czasie obrzędów Misterium Ozyrysa. Znaleziono także 5 metrowe posągi króla, królowej i Hapy (Hapi) - bóstwa żyzności obfitości i wylewającego Nilu. W Wielkim Kanale przy świątyni znaleziono mnóstwo zabytków, co sugeruje, że były one tam złożone w celach rytualnych. Znaleziono tu m.in., wykonane z brązu rytualne chochle, ołowiane modele łodzi powiązane z obrzędem Misterium Ozyrysa.


Najnowsze odkrycia wydają się potwierdzać opinię historyka greckiego Diodorusa, który stwierdził że Thonis- Heracleion był głównym Egipskim portem handlowym (emporion) na Morzu Śródziemnym. Kontrolował on ruch do oddalonego o 77 km portu Naukratis wgłębi lądu. Miasto to istniało już co najmniej  od VII wieku BC, okres świetności przechodziło w V-IV wieku BC, z tego okresu pochodzi tzw. Dekret of Sais regulujący opłaty celne. Na dnie basenu portowego odkryto 750 antycznych kotwic oraz 69 wraków jednostek pływających. Thonis-Heracleion był portem tranzytowym (przeładunkowym), tu przypływały statki z dobrami, gdy uiszczone zostały opłaty celne, ( a także opłaceni zaufani ludzie) towary były kierowane do Naukratis,  przeładowywane na barki do transportu rzecznego. Wielki Kanał i Zachodnie Jezioro łączyły Thonis-Heracleion z Canopus – był to wielki kompleks portowy. (Trójmiasto?). Można powiedzieć, że region ten to bo było Egipskie okno na świat,  nie tylko importowane towary wpływały w nurt rzeki, ale i dobra egipskie spływały z głębi kraju i odpływały w siną dal.

Główne greckie towary handlowe to wino i oliwa, a egipskie to zboże, ałunit (alum) używany w farbiarstwie do utrwalania barwników, natron (soda rodzima, soda naturalna), a także papirus, perfumy i amulety.

Miasta prosperowały na tym układzie handlowym, ale to się skończyło około II wieku BC. Jakaś katastrofa spowodowała, że główna świątynia uległa zniszczeniu i miasto zostało w większości opuszczone. Małe grupki mieszkańców pozostały, m.in. na głównej wyspie zamieszkiwano do VIII AD.  Odkryto tu zabytki bizantyjskie, a jedna ze świątyń została przekształcona w chrześcijańskie centrum religijne.

Nawarstwienie się procesów geologiczno-hydrologicznych, zwłaszcza wspieranych przez aktywność sejsmiczną spowodowało, że teren ten zaczął „tonąć”, był to proces powolny i nieunikniony. Dodatkowo w ciągu ostatnich 2000 lat poziom wody w tym rejonie wzrósł o 1-1.5 metra. Większość obecnych ruin znajduje się na głębokości około 7 metrów. Przyczynił się do tego także proces upłynniania gruntu (soil liquefaction), zostało to odkryte dzięki NMR (magnetometrowi) i to m.in. była przyczyna zniszczenia świątyni boga Amon-Gereb w II wieku BC. Takie procesy musiały być przerażające dla mieszkającej tam ludności.

Zachowały się ruiny, posągi, wyroby metalowe itp. , czego nam brakuje to domostwa zwykłej ludności, te zbudowane z cegieł wykonanych z mułu woda zniszczyła doszczętnie. Jednak zabytki które udało się z dna zatoki wydobyć zachwycają, rzucają nowe światło na życie i zwyczaje zamieszkującej te miasta społeczności. Praca pod wodą nie jest prosta, zabiera więcej czasu i wymaga wyszkolonej załogi archeologicznej. Nie jest łatwo te przedmioty wydobyć, nie wszystko się da, konserwacja zajmuje więcej czasu, podobnie jak datowanie i przypisanie zabytków danym fazom w rozwoju kulturowym. Trzeba wybrać ciekawe, intrygujące przedmioty na taką wystawę, eksponaty które wydadzą się znajome, coś już o nich ludzie mogli słyszeć, przekazujące jakąś historię, pobudzą naszą wyobraźnię, można też przemycić coś nowego, przypisać znane nam pojęcia i idee do odległych czasów – bo ludzkie odruchy i emocje są bardzo podobne. Wystawa jest udana, ciekawa pokazuje po raz kolejny że kultury się przenikają, wymiana idei, produktów, przynosi dobrobyt każdej stronie. Chodząc po wystawie słyszy się komentarze, jak oni to robili, te rzeźby to całkiem, całkiem … itp.

Przy wejściu na wystawę jest film na wielkim ekranie przybliżający nam w skrócie położenie i historię tego rejonu, animacje komputerowe pokazują znane z badań losy tych miast, budowle itd. Fragmenty filmów z wykopalisk, zdjęcia przemykają się przez wystawę, podobnie z podkładem muzycznym, takim uspakajającym motywem wodnym, szumiące fale czy coś w tym rodzaju. Na wystawie zgromadzono 217 przedmiotów od drobnych amuletów po olbrzymie posągi o wysokości 5.4 m.

Napiszę parę słów o kilku zabytkach, choć trudno się zdecydować na wybranie tylko kilku.

Hapi (Hapy) posąg bóstwa żyzności, tu jest to olbrzymi posąg górujący na wystawie, 5.4 metry wysokości, wykonany z czerwonego granitu, znaleziony w wodach zatoki na terenie zatopionego miasta Thonis-Heracleion, datowany na IV-III BC. Jest to typowa figurka bóstwa obfitości, jest to figurka męska, wskazuje na to trzyczęściowa peruka na głowie, niesie on przed sobą tacę ofiarną i uosabia wylewający, użyźniający pola Nil. Została ona znaleziona połamana, w 7 częściach i co jest ciekawe była ona naprawiana po jakichś uszkodzeniach, może po pierwszym wypadku upłynniania gruntu. Wygląda na to że przewróciła się na prawą stronę, a zniszczenia zostały zaretuszowane. Figurki takie nie były bóstwami a raczej reprezentantami, pomostem między ludźmi, królem a światem boskim, donosiły one dary od króla dla bogów, co miało zapewnić dobrobyt całemu krajowi.


W 1899 odkryto w Naukratis stelę z dekretem faraona Nectanabo I (380-362 BC) regulującym opodatkowanie  handlu przepływającego przez Thonis-Heracleion i Naukratis. Znaleziono ją w sanktuarium boga Amun-Ra Baded , a teraz, w tym stuleciu, drugą na terenie świątyni boga Amun-Gereb, w zatopionym Thonis-Heracleion. Stelle są prawie identyczne i bardzo dobrze zachowane, robią one wrażenie, wykonane z granodiorytu o barwie czarno-szarej i wysokości prawie 2 metrów.

Dekret ten stwierdza, że jedna dziesiąta złota, srebra, drewna i przetworzonego drewna, oraz wszystkich rzeczy przybywających drogą morską do miasta Hone ma wpłynąć do królewskiego skarbca.  Podobne stawki pobierane w mieście Keredj ( Naukratis),  także na dobrach eksportowanych, mają zostać ofiarowane świątyni Neith w ówczesnej stolicy państwa Sais. Dodatkowo jest tu określone że ta stela ma zostać ustawiona u ujścia rzeki do morza w mieście zwanym The-hone-of-Sais, stąd mamy egipskie imię tego miejsca Thonis


Wśród znalezisk dużo było małych sarkofagów wykonanych z piaskowca, zwłaszcza spore ich nagromadzenie odnotowano w okolicach świątyni Khonsu-Thoth (bóg zemsty i uleczania oraz bóg sprawiedliwości) czczonego w Naukratis. Prawdopodobnie zawierały one mumie ptaków (sokołów i ibisów), które były świętymi ptakami tych bóstw, a często bóstwa te były przedstawiane w formie ptaków. Ciekawostką jest, że niektóre mumie były starożytnymi oszustwami, nie było tam zwierzątka, jego kości, piór, czy jajek, ale była to paczuszka z błota owinięta bandażem.

Najważniejszym czczonym zwierzęciem w Egipcie był byk Apis, kult ten wywodził się z Memphis. Starożytni historycy informują nas, że kapłani bardzo uważnie wybierali byka ze względu na znak na jego ciele; miał on być czarny, z białą czworokątną łatką na czole, z wyobrażeniem orła na plecach, rozdwojonym ogonem i ze skarabeuszem pod językiem. Zwierzę to z jednej strony uosobienie boga Ptah na ziemi, a z drugiej było także blisko związane z kultem żyjącego króla. Gdy ten wybrany byk kończył swój ziemski żywot, wyprawiano mu pogrzeb, a cały kraj pogrążał się w żałobie. Były one mumifikowane, a całe cmentarzysko odkryto w Saqqara w Memphis. Kiedy znaleziono jego następcę cały kraj się radował. Apis był bardzo popularny, jako że miał dużo mocy mógł m.in. interpretować sny i przepowiadać przyszłość, prorokować, udzielać rad. Nic więc dziwnego, że do jego świątyni w Memphis ciągnęły tłumy pielgrzymów.


Posąg na wystawie nie jest co prawda z tych wykopalisk, ale po raz pierwszy jest pokazywany w Wielkiej Brytanii. Jest to byk w całej okazałości, naturalnych rozmiarach (wysokość 1.9m długość 2 m.), z koroną z tarczy słonecznej zdobionej uraeus (świętą kobrą), jest to bardzo realistyczna rzeźba, pod skórą prężą się mięśnie, fałdy skóry pod głową na szyi czy loczki na głowi. Na słupku wspierającym byka jest grecka inskrypcja stwierdzająca, że wykonano ją na okoliczność wizyty cesarza Hadrian w Egipcie w 130 AD. Greccy faraonowie przyjęli kult Apisa i rozpowszechnili go w delcie Nilu, ale dali mu też ludzką formę Serapisa. Gdy Hadrian odwiedził Egipt także popierał kult Apisa i nakazał odbudować sanktuarium Serapeum w Aleksandrii. Ten posąg pochodzi z tego Serapeum.

Panowanie Ptolemeuszów to dwa olbrzymie ( 5 metrowe) posągi króla i królowej wykonane z czerwonego granitu, które stały przed świątynią Amun-Gereba w Thonis-Heracleion i pilnowały tego miejsca i wiernych przekraczających jej progi. Dynastia ta stara się ukazać siebie na modłę Egipską, pozy, stroje i regalia według tradycji Egipskich. Król ma tylko tunikę na sobie oraz podwójną koronę pschent – symbol unifikacji dwóch części Dolnego i Górnego Egiptu, z uraeus (świętą kobrą) na przodzie tej korony.  W prawej dłoni ściska on cylinder, w którym zapewne miał być spis inwentaryzujący Egipt (mekes), jest to podkreślenie legalności jego władzy – odebranej Persom. Królowa jest of parę centymetrów niższa i trochę bardziej zniszczona, brakuje jej min., prawej ręki, ramienia i lewego kolana. Na głowie ma koronę Hathor i Isis ( krowie rogi, tarcza słoneczna i pióra), korona ta została wykonana osobno. Inne elementy stroju to peruka z drobnych warkoczyków, i suknia plisowana z bardzo delikatnego materiału. Te posągi teraz robią wrażenie, a co dopiero gdy stały u wrót przepięknej świątyni.  

Sztuka egipska wydaje się być raczej „toporna”, daleko jej do wyrafinowania greckich rzeźbiarzy, ale eksponaty na tej wystawie przeczą tej opinii. Zachwyciło nas kilka posągów, były po prostu urzekające, a ich piękno i niezwykłość to efekt kontaktów i przenikania się stylów, technik i idei artystycznych. Oto posąg Arsinoe II córki Ptolomeusza I. Została ona wydana za mąż za Lusimachosa władającego Tracją, który był wojennym towarzyszem samego Aleksandra Wielkiego. Miał on wtedy 60 lat i chyba nieźle się trzymał, bo zginął 20 lat później w bitwie z innym byłym generałem wielkiego wodza. Wtedy Arsinoe poślubiła przyrodniego brata Ptolomeusza Keraunosa, ale to miało tragiczny koniec, jej dwóch synów zginęło po jej nieudanym spisku przeciw mężowi. Uciekła wtedy do Aleksandrii i tam poślubiła swojego brata Ptolomeusza II Philadelphosa, pozbywszy się przedtem jego pierwszej żony, swojej imienniczki, a córki jej pierwszego męża. (Takie to pokręcone, że nawet  scenarzysta oper mydlanych by się tu nie połapał).

Na tym nie skończyła się jej kariera intrygantki - podburzała męża do wojny z Seleucydami oraz przeciwko bratu Argajosowi. Niezłe z niej było ziółko, a Ptolomeusz był chyba w niej zakochany po uszy lub kompletnie zaślepiony, bo po jej śmierci wyniósł ją na ołtarze. W 270 BC wydał dekret w tej sprawie ( Dekret z Mendes), nakazując, aby każda świątynia w Egipcie miała posąg boskiej Arsinoe. Ta rzeźba na wystawie jest z Serapeum w Canopus i choć nie ma głowy, to jeżeli artysta oddał nam to co widział, to była to naprawdę zachwycająca kobieta. Posąg jest bardzo zmysłowy, jeżeli można tak powiedzieć, oto mamy kobietę o kształtach Afrodyty w szacie z materiału tak delikatnego, że jest on przezroczysty i możemy podziwiać wdzięki tej bogini. Powiedzmy szczerze, że obecni kreatorzy mody niczego nowego nie wymyślili, jeżeli chcieli gwiazdy ubrać w długie suknie, ale  tak, aby jak najwięcej pokazać. Posąg został wykonany w czarnym granodiorycie, poza jest tradycyjna - jedna noga do przodu, druga służy jako filar (jak przy wielkich posągach króla i królowej i Hapi), ale wypolerowanie materiału i długa upięta szata nadaje tej postaci dynamizmu i nie wiem kogo bardziej podziwiamy tę kobietę o ciele Afrodyty, czy artystę który wyczarował to cudo z kamienia.

Mit o Ozyrysie -  bóg i mityczny król, nauczył ludzi uprawy ziemi, objawił prawo, pouczył jak czcić bogów, jednym słowem przyniósł cywilizację do Egiptu. Miał zazdrosnego brata Setha, który zastawił na niego pułapkę i go utopił. Jego siostra-żona znalazła jego ciało, a wtedy Seth pociął je na 14 kawałków i porozrzucał po całym Egipcie. Jego siostra-żona Isis po długiej wędrówce pozbierała wszystkie, oprócz jednego ważnego narządu. Bogini udało się natchnąć w męża-brata życie na tyle długo, że poczęła ich syna Horusa. Horus ma pomścić ojca, ale także zadbać o jego należyty pochówek. Takie podejście do  rzeczy reprezentuje rozumienie obowiązków króla, zapewnienie panowania ładu i prawa oraz obrona kraju przed złem (Seth symbolizuje zło i chaos). Faraonowie budowali świątynie i grobowce zmarłym poprzednikom, dbali o swoich ojców jak Horus. Isis to bogini, której imię można przetłumaczyć „Wielka w maggi”, jest tą która uzdrawia, i przywraca Ozyrysa do życia. Od wczesnego okresu Średniego Królestwa obrzędy tzw. Misterium Ozyrysa to uroczystości bardzo ważne, a detale były tylko dla wtajemniczonych. Kapłani przygotowywali figurki (dwie połówki),  zwane Vegetans, wykonane z ziemi, jęczmienia i wody przynoszonej przez rzekę Nil. Formy były ze złota, podlewano je wodą używając złotych naczyń, aż ziarna zaczynały kiełkować. Kiełkujące ziarna z ciała Ozyrysa symbolizowały regeneracją i odnowę życia. To zapowiadało początek sezonu rolniczego. W głównej świątyni Ozyrysa w Dendera siedzał on na tronie otoczony innymi bóstwami, a przeświecało im 365 lamp. W Thonis-Heracleion pod koniec miesiąca Khoiaka  te figurki vegetans Ozyrysa na małych, papirusowych barkach (długości 67.5cm) wypływały we flotylli na Wielki Kanał. W tym kanale odkryto pomiędzy licznymi barkami jedną wykonaną z drzewa sykomorowego, które było wiązane z kultem Ozyrysa, zwłaszcza jego powrotem do życia. Na wystawie mamy modele takich barek, znaleziono ich bardzo dużo, a wykonane były z ołowiu. Były to dary wotywne, obok znaleziono lampy oliwne wykonane z ołowiu.


To tylko parę elementów tej wystawy, która ukazuje nam niezwykle bogatą mieszankę kulturową, bogate miasto, port, centrum religijne, tygiel kulturowo - narodowo – religijny, a odkryto dopiero 5% zatopionego terenu. Potwierdzają się starożytne źródła, świątynia boga Amun–Gereb została znaleziona, Czy uda się odkryć opisywaną przez Herodota świątynię Heraklesa? Miejsce to kryje jeszcze wiele tajemnic, archeologów czeka wiele pracy … tu zdecydowanie ciąg dalszy nastąpi.

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi Brytyjskiego Muzuem. Wystawa będzie w muzeum do 27 listopada 2016 roku.

Ceny :

Dorośli : £16.50

Studenci : £13

Zapraszam.

Flag Counter