niedziela, 16 listopada 2014

 

To już czwarte spotkanie z monarchami dynastii Plantagenetów, tym razem pozostawiamy Imperium Andegaweńskie i razem z Ryszardem udajemy się na krucjatę do Ziemi Świętej. „Devil’s Brood” kończy się śmiercią mojego ulubionego króla Henryka II, któremu serce pękło i ciało poddało się chorobie, po tym jak się dowiedział, że został zdradzony przez tych, którym najbardziej ufał i tych, których kochał. Król zmarł, niech żyje król i Ryszard nareszcie mógł zasiąść na tronie. Niestety nic nie jest proste i oczywiste, a kto zna historię wie, że panowanie Króla Ryszarda nie było usłane różami.

Autorka zabiera nas od razu na słoneczną Sycylię, gdzie poznajemy ulubioną siostrę braci Plantagenetów Joannę - Królową Sycylii. Migała ona w poprzednich książkach, ale jako dziecko została wyswatana i dość wcześnie wysłana na dwór swego przyszłego męża – takie były zwyczaje wśród średniowiecznych dynastii. Joanna pokochała swoją nową ojczyznę, nauczyła się tam tolerancji, bowiem jej królestwo zamieszkiwali także Saraceni, Chrześcijanie Obrządku Wschodniego i Żydzi. Do szczęścia brakowało jej tylko rodziny, niestety jedyne dziecko, jakie przyszło na świat w jej małżeństwie zmarło bardzo szybko. Poznajemy Joannę w chwilach dla niej trudnych, bowiem jej mąż William II de Hauteville umiera i spokojny świat, w jakim żyła to młoda kobieta się kończy. Kandydatów do objęcia tronu jest paru, najgroźniejszy, choć znajdujący się najdalej jest Cesarz Rzymski Henryk mąż Konstancji, siostry zmarłego Króla Sycylii. Ta kandydatura nie cieszyła się zbytnim powodzeniem, toteż miejscowa arystokracja wybiera na króla Tankreda, kuzyna zmarłego monarchy - nieślubnego syna brata ojca Williama II, czyli mieli wspólnego dziadka. Tak się zaczyna ta opowieść o legendarnym Królu Lwie Serce.

Po takim wstępie wracamy na północ, na dwór Andegaweński, pojawiają się stare i znane postacie – jest oczywiście kobieta, której sława i chwała przetrwała stulecia Eleonora Akwitańska, mamy Wilhelma Marshala, pojawia się znów Tilda córka Eleonory i Henryka II no i oczywiście John, który żyje spiskując, Alys francuska wieczna narzeczona Ryszarda, no i król Francji tchórzliwy Filip.  Pojawiają się nowe postacie np. rodzina królewska z Nawarry, gdzie Ryszard potajemnie negocjuje o żonę z Królem Sancho.  Jest tu także Morgan, syn Ranulfa wuja Henryka II. Młody Walijczyk jest co prawda postacią fikcyjną ale łącząca tę sagę o Plantagenetach, jest on często w centrum wydarzeń, a podążając za Ryszardem na krucjatę znajduje miłość swojego życia na Sycylii, gdzie poznaje Mariam siostrę z nieprawego łoża króla Williama II i oddaną przyjaciółkę Joanny.

Wyruszamy na wyprawę krzyżową razem z Ryszardem i królem Filipem, a tymczasem wiekowa już Eleonora udaje się do królestwa Nawarry, aby poznać Berengarię  nową narzeczoną i dostarczyć ją Ryszardowi przed ołtarz, gdzieś w drodze do Ziemi Świętej. Każda krucjata wpada po drodze na Sycylię i tak też zjednoczone siły Angielsko – Francuskie. Tutaj oczywiście Ryszard dowiaduje się, że Joanna jest w areszcie pałacowym, no i jak na rycerskiego brata przystało ujmuje się za swoją pokrzywdzoną siostrą. Dochodzi on do porozumienia z Tankredem, robiąc sobie wiecznego wroga w Henryku Cesarzu Rzymskim. Krucjata dopiero się zaczęła, a już pojawiają się problemy. Obie koronowane głowy nie mogą na siebie patrzeć, nie do pomyślenia jest to, że jeszcze niedawno byli to sojusznicy zwalczający Henryka II. Monarchowie mieli się dzielić zdobyczamia więc Filip domaga się połowy wypłaty uposażenia wdowiego, jaką dostał Ryszard dla swojej siostry Joanny - no i co ma tu piernik do wiatraka. Francuzi nawet grożą opuszczeniem wyprawy i Ryszard w końcu zgadza się wypłacić jedną trzecią sumy, Joanna oczywiście nie ma nic do powiedzenia.

Obie armie postanowiły przeczekać zimę w Messynie, Filip czekając na sprzyjające wiosenne wiatry, a Ryszard na swoją nową narzeczoną. Tymczasem Eleonora zawitała na Pampeluński Dwór i zabrała młodą, cichą, nieśmiałą i niezmiernie religijną księżniczkę w długą podróż do ołtarza. Czeka ich niezwykła podróż, przekraczają Alpy i jak orzeka Eleonora – „ nie spodziewała się, że będzie w swoim nobliwym wieku zjeżdżać z gór…” Po drodze spotykają Henryka będącego w drodze do Rzymu, muszą ukrywać, kim jest Berengaria, bowiem Henryk i Filip to sojusznicy.

A tymczasem w „Outremere” – tak określano tereny Ziemi Świętej pojawiają się nowe problemy, umiera Sybilla Królowa Jerozolimy, zaraza zbiera obfite żniwo, a Saraceni odnoszą sukcesy. Siostra przyrodnia Sybilli -  Isabella jest teraz dziedziczką korony, siłą rozwiedziona z mężem Humpreyem de Toron wydana zostaje za Conrada z Monteferrat, lepszego żołnierza i stratega. Wdowiec po Sybilli - Guy de Lusignan też chce władzy, a że jest on wasalem Ryszarda, a Conrad kuzynem Filipa i Henryka nie wróży to dobrze krucjacie.

Oczywiście Filip nie jest zadowolony, gdy dowiaduje się, że Ryszard żeni się z jakąś Berengarią z Nawarry, miał się żenić z jego siostrą Alys, zaręczeni byli od małego, już prawie 20 lat, a tu taka niespodzianka. Niestety dla Filipa Ryszard miał asa w rękawie, wykorzystał ziarna, które posiał kiedyś Francuski Król, aby poróżnić Ryszarda z jego ojcem Henrykiem II. No cóż, kto mieczem wojuje ….

Tyle się wydarzyło a to dopiero początek tej pasjonującej opowieści.

S. Penman zabiera nas w tej powieści na nowe tereny, na bardzo atrakcyjną podróż do Ziemi Świętej, na krucjatę. Ukazuje nam średniowiecze z punktu widzenia człowieka żyjącego w tej epoce. Religijność, wiara i męczeństwo w parze z normalnym codziennym życiem. Widzenie i postrzeganie świata, medycyna, technologia, strategia oraz rola kobiety są tu oddane w bardzo przystępny sposób, autorka naprawdę poświęciła dużo czasu studiowaniu epoki, a gdy popełnia błędy, to się do nich otwarcie przyznaje.

W notatkach od autorki dowiadujemy się, że Ryszard nie był jej ulubionym bohaterem, ale im więcej się o nim dowiadywała tym bardziej ją fascynował. Powoli rozpracowuje Ryszarda znanego z mitów i Ryszarda odkrytego z kronik itp. Poznajemy go jako wariata z mieczem w ręku, który pierwszy rwie się do walki, chce być w centrum każdej bitwy, ale z drugiej strony dba o swoich żołnierzy, troszczy się o nich, dlatego był tak uwielbiany przez swoich podkomendnych, którzy byli mu tak oddani, że poszliby za nim do piekła.

Czytając tę powieść miałam wrażenia, że jakoś pisanie szło Sharon ciężko tym razem, mi również czytanie na początku szło jak po grudzie, może to, dlatego że Ryszard nie był jej faworytem. Może dlatego, że brakowało tu silnej postaci kobiecej, Eleonora występuje, ale już w wieku sędziwym, nie może grać pierwszoplanowej roli. Żona Ryszarda to gołębica, jak on ją czasem pieszczotliwie nazywa, nie jest ona w stanie zaognić tej historii, jej jedynym problemem jest to, aby spełnić swój małżeńsko królewski obowiązek – dostarczyć męskiego potomka do królewskiej kołyski. A że do tanga trzeba dwojga nie bardzo jej się udaje, Ryszarda bardziej interesują bitwy, negocjacje, oblężenia i odsiecze. Prawdopodobnie kochał swoją żonę, musiała go na swój sposób pociągać, bo nie zabrał by jej po ślubie na wyprawę krzyżową, a zostawił w bezpiecznym miejscu na Sycylii, może wydawało mu się, że na wszystko ma jeszcze czas.

Joanna natomiast okazuje się być niezwykle barwną postacią, ona trzyma tę powieść w kupie, jest łącznikiem i katalizatorem podobnie jak fikcyjny Morgan.

Ta opowieść jest pełna akcji, humoru, dramatu, np.: okręt z Berengarią i Joanną na pokładzie po burzy osamotniony dopływa do Cypru, gdzie despotyczny władcy Isaaca Comnenusa wystawia im ultimatum, Ryszard o mały włos nie został pojmany w czasie polowania z sokołami, gdy napotkali liczny oddział Saracenów itd. Oj dzieje się tu i dzieje, knowania, negocjacje, rzezie i małe nieporozumienia o wielkich konsekwencjach, jak incydent ze sztandarem Leopolda V z Austrii. Po pierwszych wertepach w czytaniu, gdy nastąpiła dłuższa przerwa, czułam potrzebę zerknięcia na kartki, aby się dowiedzieć, co nowego się dzieje na krucjacie.

Sharon Penman kończy opowieść o Ryszardzie Lwie Serce w momencie, gdy z wyprawy wraca on do kraju, by ratować swoje Imperium, bo niedobry brat książę Jan i tchórzliwy Król Francji Filip knują planują i dołki pod nim kopią. To jednak nie koniec i o dalszych losach Ryszarda dowiemy się w powieści „King’s Ransom” (Królewski Okup).

Jak zwykle zachęcam was do lektury i mam nadzieje, że ktoś te powieści przetłumaczy na język polski, bo takiej pisarki jak ona to ze świecą i ogarkiem szukać. Ona zaprzecza twierdzeniu tych nieszczęsnych osobników, co uważają, że historia jest nudna. Nadal mnie zastanawia to, że nie powstał żaden hollywoodzki film na podstawie jej powieści. Dramat, akcja, romans, wszystko tu jest i nic nie trzeba wymyślać i podkolorować.

 



Inne powieści tej autorki, które polecam :

When Christ and His Saints Slept część pierwsza sagi.

Time and Chance  historia Eleonory Akwitańskiej i Henryka II.

Devil's Brood  bunty i walka o tron w Imperium Andegaweńskim.

sobota, 15 listopada 2014

 

W pracy bardzo często rozmawiamy o jedzeniu, to chyba najpopularniejszy temat, oprócz omawiania programów telewizyjnych – jako, że nie mamy telewizora to częściej wtedy słucham, niż gadam. Jedzenie to temat rzeka, rozczulamy się nad smakami z dzieciństwa, ulubionymi potrawami, słodyczami z lat młodzieńczych, dzielimy się opiniami o tym, co nam proponują w strefie gotowców supermarkety, która restauracja jest dobra itp., a czasem dzielimy się naszymi podbojami kuchennymi.

Jakiś czasem temu pojawił się artykuł w prasie stwierdzający, że większość producentów lodów waniliowych raczej używa sztucznych smaków, niż prawdziwej wanilii. Jako, że ostatnio lody waniliowe są moim ulubionym rodzajem, bardzo mnie to zmartwiło, wtedy moja koleżanka ( ta od chleba) stwierdziła, że najlepiej zrobić samemu. Zanim jeszcze zdążyłam powiedzieć o maszynie do robienia lodów (ice-cream maker,) ona szybko dodała, że ma w domu prosty przepis i nie trzeba maszyny, tylko mikser, albo chłopa, co będzie miał siłę i ochotę kręcić i ubijać. Następnego dnia dostałam na kartce przepis na lody waniliowe.

Składniki:

·       1 laska wanilii ( vanilla pod) w sklepach w UK sprzedają je w opakowaniach po dwie - drogo. ale warto bo smak lodów zależy przecież od składników.

·       1 łyżeczka od herbaty Ekstraktu waniliowego - nie esencji ale właśnie ekstraktu.

·       600 ml śmietany gęstej co najmniej 22% im gęściejsza tym lepsza ( double cream )

·       Puszka mleka skondensowanego ( sweetened condenced milk) uwaga nie kupcie przez pomyłkę evaporated milk – to nie to samo i się nie nadaje. Puszki mają 397 gram.

Potrzebny wam też będzie pojemnik na lody - około 1,5 litra, taki który można wsadzić do zamrażalnika, a także mikser lub robot kuchenny, lub osoba z mięśniami do ubijania – kręcenia.

Najpierw rozcinamy laskę wanilii i wyskrobujemy ziarenka – uzyskamy taką czarną pastę (to ona jest nam potrzebna), resztę płuczemy, osuszamy i wsadzamy do słoiczka z cukrem. Jak to tam posiedzi przez parę tygodni to mamy cukier waniliowy do używania w wypiekach.

Do pojemnika wlewamy mleko z puszki, śmietanę, łyżeczkę ekstraktu waniliowego oraz zeskrobaną pastę z ziarenkami wanilii. Włączamy robota, mikser lub mięśnie i kręcimy, kręcimy i kręcimy, aż pojawią się fałdki i gdy te fałdki po zatrzymaniu, się nie rozpływają to znaczy, że już dość tego kręcenia.

Wsadzamy do pojemnika, wylizujemy łyżki, mieszadełka, miskę a potem pojemnik z lodami wsadzamy do zamrażalnika i następnego dnia mamy wyżerkę. Uwaga jak za mocno się zamrożą to poczekać trochę z nakładaniem, my musieliśmy sobie nową łyżkę do lodów kupić, bo stara nie wytrzymała presji.

Lody Czekoladowe


Po udanym lodowaniu zapytałam się koleżanki, a co jak by się chciało lody czekoladowe. Ona nigdy nie robiła, ale poradziła, że pewnie najlepiej by było rozpuścić czekoladę na parze i dodać do mikstury.

Składniki:

·       Tabliczka czekolady do pieczenia, co najmniej 75% kakao.

·       1 łyżeczka ekstraktu waniliowego ( nie konieczna, ale jest fajny smak)

·       600 ml gęstej śmietany ( double cream) co najmniej 22%.

·       1 puszka mleka skondensowanego słodzonego.

Jak poprzednio śmietanę, mleko i łyżeczkę ekstraktu wlewamy do miski. Szklane naczynie żaroodporne umieszczamy nad gotującą się wodą, łamiemy czekoladę i czekamy, aż się rozpuści, my dodaliśmy raz trochę smakowej czekolady cappuccino i był taki delikatny posmaczek. Jak czekolada się rozpuści to najlepiej trochę poczekać, aż nie będzie taka gorąca i wlewamy do michy mieszamy szpachlą i kręcimy, kręcimy i kręcimy aż się fałdki nie rozpływają.


Potem wkładamy masę do pojemnika i pojemnik do zamrażalnika. No i jeszcze proszę nie zapominać o obowiązkowym oblizywaniu szpachli, łyżek, michy.

Lody malinowe.

Jak już tak eksperymentowaliśmy to stwierdziliśmy, że zastąpimy czekoladę malinami.

·       250 -300 gram malin, my użyliśmy świeżych, moja koleżanka mówiła żeby je podsmażyć jak na dżem, ale mi się nie chciało i je ostrzami w robocie rozciapciałam na drobnicę aż soczek ładnie puściły.

·       600 ml gęstej śmietany co najmniej 22%

·       Puszka mleka skondensowanego

·       Ekstrakt wanilii ( nie jest konieczny, ale można)

Najpierw rozciapciać maliny, a potem wlać śmietanę, mleko i ekstrakt (łyżeczkę) i zamieszać szpachlą, a potem kręcimy, kręcimy i kręcimy aż nam się fałdki utworzą. Potem masę do pojemnika, michę i łyżki do wylizania, a pojemnik z lodami do zamrażalnika.


Możliwości jest wiele, smaki sobie można wybrać, i dodać składnik smakowy do podstawy jaką jest: 600 ml gęstej śmietany (double cream) i puszka skondensowanego mleka. Myślimy o zrobieniu lodów cytrynowych, a ja dziś w sklepie dostrzegłam mleko skondensowane o smaku karmelkowym i od razu mi się zaświeciły oczka, że może by tak karmelkowe zrobić ….

Zachęcam, bo proste te lody do zrobienia i smaczne, że palce lizać.

Tagi: kuchnia lody
21:10, edyta1972 , jedzonko
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 listopada 2014

 

 

O 11-tym Listopada i obchodach Niedzieli Pamięci (Remembrance Sunday) już pisałam, ale ten rok jest specyficzny, bowiem mamy setną rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny (dziś nazywamy ją Pierwszą Wojną Światową), więc i obchody są szczególne.


W fosie Londyńskiej Twierdzy (Tower of London) dnia 5 Sierpnia 2014 roku rozpoczęto montowanie instalacji artystycznej upamiętniającej setną rocznicę przystąpienie Zjednoczonego Królestwa do Wielkiej Wojny. Gdy wsadzono pierwszego krwistoczerwonego ceramicznego maka w ziemię, nikt zapewne nie spodziewał się, jaki niesamowity efekt zostanie osiągnięty w taki wydawałoby się prosty sposób. Inspiracją do takiego upamiętnienia tej rocznicy był testament żołnierza z Derbyshire, który wstąpił do armii na ochotnika na początku wojny i zginął w czasie walk na terenie obecnej Belgii.


„Blood Swept Lands and Seas of Red” zostały motywem przewodnim tego hołdu, wiersz jest piękny, a ostatnie słowa jego autora po prostu wyciskają człowiekowi łzy z oczu. Żołnierz pisał list to rodziny, widział śmierć swoich kolegów, ziemia spłynęła krwią, morze krwi na około, był w samym centrum piekła na ziemi tak daleko od wszystkiego, co kochał, i kończy swój list- wiersz słowami o tym, że nadchodzi jego czas pójścia do ataku i ma świadomość, że może nie wrócić, prosi żonę, aby ucałowała jego synów.

The blood swept lands and seas of red,
Where angels dare to tread.
As God cried a tear of pain as the angels fell,
Again and again.

 As the tears of mine fell to the ground
To sleep with the flowers of red

As any be dead
My children see and work through fields of my
Own with corn and wheat,
Blessed by love so far from pain of my resting
Fields so far from my love.

 It be time to put my hand up and end this pain
Of living hell. to see the people around me
Fall someone angel as the mist falls around
And the rain so thick with black thunder I hear
Over the clouds, to sleep forever and kiss

The flower of my people gone before time
To sleep and cry no more
I put my hand up and see the land of red,
This is my time to go over,
I may not come back
So sleep, kiss the boys for me



Wersy “the flower of my people” to kolejne element stojący za inspiracją do tego obecnego hołdu poległym. Nie ma w tym wierszu wspomnienia o makach (poppies), ale to właśnie maki stały się symbolem pamięci ofiary żołnierskiej. Dlatego na parę tygodni przed 11 Listopada dosłownie wszędzie na ulicach, dworcach, atrakcjach turystycznych „sprzedają” takie czerwone maki. Inspiracją do przyjęcia tego niepozornego kwiatka był inny poemat kanadyjskiego lekarza podpułkownika Johna McCrea. Brał on udział w bitwie o Ypres w Belgii, w której Niemcy po raz pierwszy użyli gazu trującego (kwiecień 1915 roku ). W listach do rodziny opisał ten czas, jako prawdziwy koszmar, wielu zabitych i rannych, w tym jego przyjaciel A. Helmer. W czasie pogrzebu (maj 1915) zauważył on, że maki najszybciej wyrastały na grobach poległych żołnierzy. Następnego dnia siedząc na tyle ambulansu skomponował wiersz „ In Flanders Fields” (Na Polach Flandrii)

“In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,…”


W 1918 roku inna poetka amerykańska napisała wiersz zainspirowany poematem McCraego i przysięgła, że aby upamiętnić żołnierskie poświęcenie będzie nosić czerwony mak. W tym samym roku pojawiła się z jedwabnym makiem przypiętym do płaszcza na konferencji YWCA (Young Women’s Christian Association), tu spotkała francuską aktywistkę Annę E. Guerin, którą ta idea zafascynowała i wykreowała ona obecny wizerunek maku. W 1921 roku wysłała swoich makowych sprzedawców do Londynu i tak trafiły one przed oczy marszałka D. Haiga współtwórcy Royal British Legion, poparł on tę inicjatywę i wkrótce sprzedawcy maków pojawili się w całym Brytyjskim Imperium.

I dlatego właśnie mak wybrano na główny element hołdu poległym w Londyńskiej Twierdzy.


Każdy kwiat posadzony w Tower of London symbolizuje jedno stracone życie żołnierza Imperium Brytyjskiego, a o godzinie 10:50 11-go listopada tego roku zostanie posadzony w fosie ostatni z 888 246 maków, bo tylu się doliczono poległych w tej Wielkiej Wojnie. Każdy mak reprezentuje stracone życie, cierpienie, ból, a za każdym takim makiem stoi jeszcze rodzina, żony, dzieci, matki, ojcowie, kochanki, siostry, bracia, przyjaciele sąsiedzi itd., życie tych co pozostali zostało zmienione na zawsze.

Muszę powiedzieć, że ta instalacja autorstwa Paula Cumminsa i Toma Pipera  robie wrażenie, jest pięknym hołdem, choć nie było nic pięknego w okrucieństwie śmierci tych żołnierzy. Jesteśmy w stanie dostrzec rozmiar tragedii, liczba staje się wymierna, widzimy ogrom ich ofiary a ten mały delikatny niepozorny kwiatek wbija się w naszą pamięć, stał się symbolem silnym i jednoczącym. Pojawiły się słowa krytyki - krytyk sztuki Jonathan Jones zarzuca instalacji m.in. że gloryfikuje się konflikt, że propaguje nacjonalizm w stylu Nigela Farage’a, sugeruje, że prawdziwy memoriał powinien być zrobiony z drutów kolczastych i kości ludzkich, bo tylko wtedy miało by to odpowiednią wymowę.

No cóż ma on prawo do swojej opinii, a ja się z tym jego sposobem widzenia nie zgadzam. Sztuka nowoczesna często nas usiłuje zaszokować, rekiny w formalinie, uszy bulgoczące itp. To nie jest instalacja artystyczna w stylu sztuka dla sztuki, ale instalacja refleksyjna moim zdaniem. Minęło sto lat od tych wydarzeń, ich świadkowie wymierają, rany na duszach, ciałach, społecznościach i ziemi powoli się zabliźniają, nie musimy ich rozdrapywać w każdą rocznicę, eksponując okrucieństwo. Nie możemy jednak zapomnieć tych, co zginęli, składamy kwiaty na grobach zmarłych i tak honorujemy ich ofiarę złożoną z krwi. Nie widzę tu gloryfikacji, a raczej pochylone głowy w zadumie, przypomnienie, refleksja. Ludzie idą oglądać maki w fosie i przeraża ich to morze krwi, jest to hołd ku pamięci, chodzi tu o to, aby pamiętać, a nie rozpamiętywać.

Każdego maka już sprzedano, a dochód przeznaczony został do podziału między 6 organizacji dobroczynnych wspomagających weteranów i ich rodziny ( Cobseo – zajmującej się społecznościami wojskowymi; Combat Stress – zajmuje się ranami duszy: m.in. zespołem stresu pourazowego; Coming Home – pomaga rannym żołnierzom, rehabilitacja niepełnosprawnych w wyniku odniesionych ran; Help for Heroes – pomaga przystosować się do życia po wojnie; The Royal British Legion – pomaga weteranom i ich rodzinom; SSAFA – pomaga żołnierzom i weteranom wojskowym oraz ich rodzinom).


Dziś Czerwony Mak jest symbolem pamięci i odnosi się do konfliktów z ostatniego stulecia. Nosimy go, aby upamiętnić poległych żołnierzy walczących w różnych wojnach, można nawet powiedzieć walczących o wolność waszą i naszą. Co jest warte podkreślenia to fakt, że obchody rocznicowe są ceremonią jednoczącą, w tych dniach – Remembrance Sunday i Remembrance Day o godzinie 11 na dwie minuty pochylamy głowy dla uczczenia pamięci poległych żołnierzy. W tych dniach na pierwszym planie będą właśnie owi żołnierze, weterani, rodziny, a wszelkiego rodzaju spory powinny zostać odstawione na bok. Muszę powiedzieć, że te dwa dni raczej Brytyjczyków jednoczą, a wszelkie podziały zostawiane są w domach, na półkach czy gdzieś w zakamarkach świadomości.


Pamiętajcie o 11-tej godzinie 11 Listopada na dwie minuty stańcie i pochylcie głowę …

Flag Counter