poniedziałek, 29 listopada 2010

bosoalewostrogach

W czasie jednego z moich letnich pobytów w Polsce znalazłam w księgarni książkę, na którą miałam ochotę od wielu lat, ale myślałam, że jej już nie wydają. Stała sobie na półce i uśmiechnęła się do mnie a ja do niej, bo kiedy paręnaście lat temu przeczytałam parę opowiadań z niej wiedziałam, że chciałabym ją mieć i poznać resztę. Wiedziałam już, że jej nie puszczę z rąk, nawet nie położyłam na chwilę jak oglądałam inne książki czy DVD. Więc kiedy teraz byłam chora i siedziałam w domu pijąc cieplutką herbatkę i słuchając PRL-u, czyli Polskiego Radia Londyn (grali min. „ U Cioci na imieninach” nową wersję) w końcu zatopiłam się w lekturze, na którą tak długo czekałam. Jeszcze zanim ją przeczytałam wiedziałam, że będzie dobra jak skończyłam to zdałam sobie sprawę jak bardzo była dobra. Grzesiuk zabiera nas do przedwojennej Warszawy na ulicę Tatrzańską na Czerniakowie, gdzie nie było bruków, chodników i latarni a w domach światła i wody, mieszkania były jednoizbowe, ustęp nie był skanalizowany, życie towarzyskie koncentrowało się na ulicy, gdzie młodzież „urzędowała” na rogu, gdzie były knajpy i w każdym sklepie wódka, ale ani jednego kina, świetlicy, biblioteki lub czytelni i rządziły zasady „skarżyć nie wolno, odegrać się wolno”. I lekcja, jaką dał mu ojciec o tym, że go zleje, jeżeli zaczepi kogoś i jak pobije słabszego to też dostanie, ale żeby sobie nie dał wejść na głowę, bo jak raz pozwoli na to, to już mu spokoju nie dadzą.

Opis życia szkolnego, podwórkowego i ulicznego, swojskich chłopaków przygody, gdy pracują w niedziele na kortach tenisowych, różne draki i poruty, bójki i zabawy. Grzesiuk uwielbiał czytać zarabiane pieniądze przeznaczał na wypożyczanie książek ze sklepu na Mokotowie i jego ulubionymi bohaterami byli ludzie, których cechowała odwaga i ryzykanctwo, obrońcy słabych i uciśnionych a bojowi wobec złych. Mówiono o nim, że jest „charakterny” to taka mieszanka odwagi, uporu, szlachetności i zadziorności a przede wszystkim honoru. Potem szkoła zawodowa nowi ludzie i nowe środowisko, tzw. „frajerska” strona stolicy, moda i zwyczaje a człowiek przez to płynie i nawet nie wie, kiedy i jak a tu zamiast piętnastolatka po Warszawie nas prowadzi młodzieniec sprytny „kozak” pracujący zdający egzamin wyzwoleńczy na czeladnika i uczący się wieczorami, bo miał w życiu cel, do którego droga miała być ciężka, bo miał ciężkie warunki domowe, praca i nauka równocześnie była bardzo męcząca, brak pieniędzy zwłaszcza na tę dobrą szkołę, ale chciał w życiu dojść do czegoś. Miał szansę, był młody inteligentny i zdolny szybko się uczył niestety nie miał „farta” bo wojna te plany życiowe przerwała, a aresztowanie i pobyt w obozie koncentracyjnym nadszarpnęły jego zdrowie i skróciły życie.

Pośmiałam się, nauczyłam innego znaczenia słowa „powstańcy” to nastoletni chłopcy, którzy dopiero właśnie „powstawali” na cwaniaków i naśladowali starszych, i kto to jest wystawniak – dzieciak, który uciekł z domu.  Dialogi naturalne okraszone słownictwem i zwrotami jak zrobić kogoś, „na fryko” – przekręt z resztą tak oddać żeby sobie coś zostawić; świat, w którym może być klawo, ale może też być poruta, gdzie są nasi i frajerzy, i ferajna, gdzie dobrze jest mieć przyjaciela lub pomocnika „za parkanem” – w kieszeni wewnętrznej płaszcza; jak się robiło na zabawie tanecznej „małego balona” i „dużego balona”. Czasami się też człowiek popłakał i zezłościł, bo ludzie potrafią być tak po prostu podli.

To książka, którą warto przeczytać, aby poznać ten inny świat, odległy i bliski zarazem. Zachęcam do przeczytania, jeśli jeszcze go nie znacie.

niedziela, 28 listopada 2010

Kiedy jechałam do Yorku i sobie planowałam rozkład zwiedzania na te trzy dni, które zamierzałam tam spędzić, kolega z pracy zapytał się czy mam w planach Jorvik. Nie byłam pewna czy powinnam to uwzględnić, bo z tego, co on wspomniał, choć sam tam nie był to główną atrakcją ma być przejazd kolejką po rekonstrukcji miasta w czasach Vikingów, trochę to pachniało tanią rozrywką, ale postanowiłam, że nie wykluczę tego z moich planów. Okazało się, że niepotrzebnie się obawiałam, bo to jest fantastyczne miejsce. Jedna z najlepszych ekspozycji archeologicznych i muzealnych, jakie widziałam w swoim życiu. Byłam i nadal jestem pod wrażeniem wiem, że tam wrócę, bo jest tyle do zobaczenia i nauczenia, że jedna wizyta to za mało. Dla tych, co mieszkają w okolicy jest roczny bilet i warto go kupić. W ogóle i w szczególe należą się gratulacje dla YAT czyli York Archaeological Trust (Towarzystwu Archeologicznemu Yorku) bo to oni się tym opiekują i są za to odpowiedzialni, brawo i jeszcze raz brawo.

Vikingowie , aktorzy naśladowcyVikingowie – tak nazywamy skandynawskich wojowników siejących postrach we wczesnym średniowieczu. Na początku byli to zwykli rybacy i rolnicy, którzy większość roku spędzali we własnym domu. Latem na zawołanie lokalnego przywódcy wybierali się na te zamorskie wyprawy w celach rabunkowych, handlowych czy w poszukiwaniu nowych terenów do zasiedlenia. Nazwa Viking może mieć korzenie w staro angielskim słowie „wicing” (pirat, piractwo), jakim Anglosasi określali wszystkich obcych napadających i rabujących ich osady i klasztory, nawet przed pojawieniem się tych skandynawskich wojowników. Dopiero w na przełomie X i XI wieku w poematach anglosaskich np. „ The Battle of Moldon” pojawiło się to słowo jako określenie skandynawskiego rabusia morskiego. Staro nordycki (old norse) ma w swoim słownictwie, „vikingr” ale jego pochodzenie nie jest znane, uważa się, że mogło określać żeglarze z okolic Vik fiordów w rejonie Oslo i potem przywarło do określenia wojowników z tego rejonu a jeszcze później wojowników z całej Skandynawii.

Vikingowie byli nie tylko krwiożerczymi wojownikami, na swoich łodziach eksplorowali wybrzeża morskie i drogi rzeczne w celach handlowych i osadniczych i tak mamy ich obecność od rzeki Wołgi i Konstantynopola na wschodzie do Islandii, Grenlandii i Ameryki Północnej na zachodzie i Morzu Śródziemnym na południu.

najazdy, kontakty handlowe i osadnictow Vikingów

Dlaczego osiedlili się na terenie obecnego Yorku? Było to atrakcyjne miejsce, ośrodek polityczny, gospodarczy i handlowy, co prawda 60 km od wybrzeża, ale dzięki rzece Ouse miał on dogodne połączenie z Morzem Północnym, a kontakty handlowe z kontynentem miały wielowiekową tradycję. Wielka Armia Pogańska pod dowództwem Ivara (the Boneless) i jego brata Halfdana najechała w latach 60tych IX wieku ziemie na wyspach podbijając słabe królestwa i 1 Listopada 866 roku zajęli oni York. Przez prawie 100 lat Jorvik, bo tak Vikingowie nazywali to miasto był kwitnącym ośrodkiem nowego skandynawskiego królestwa i nawet, kiedy ostatni król Vikingów Eryk Bloodaxe (Krwawy Topór) został wygnany w 954 roku nie zatrzymało to rozwoju miasta, a Vikingowie zostali. Społeczność lokalna zasymilowała najeźdźców i mieszanka Anglo-Skandynawska żyła tu, pracowała aż do podboju Normańskiego i uważa się, że w roku 1066 mogło tu mieszkać 10 do 15 tysięcy ludzi. Wpływy Vikingów były tak duże, że nawet dziś widać to na planie miasta, większość ulic ma w nazwie formę staro nordyckiego słowa „gata” co znaczy ulica i tak mamy Coppergate, Fossgate, Walmgate, Stonegate (rzymska via praetoria) Micklegate itp.  

Coppergate wykopaliskaW1972 roku małe wykopy zostały założone na ulicy Pavement w okolicach Banku Lloyds i okazało się, że była to prawdziwa kopalnia wiedzy 9 metrów pełnych różnych warstw archeologicznych, z których większość pochodziła z czasów panowania w mieście Vikingów. Doskonałe warunki: teren wilgotny, podmokły spowodowały, że zachowały się przedmioty wykonane z materiałów organicznych drewno, skóry, a także nasiona, owady, rośliny, pollen a także jajka pasożytów żerujących na ludziach. W latach 70tych ubiegłego wieku miasto postanowiło przebudować tereny w okolicach ulicy Coppergate a wobec tych sensacyjnych odkryć urzędnicy miejscy zezwolili na wykopaliska w czasie, gdy finalizowane są plany przebudowy. Wykopaliska na Coppergate rozpoczęto w maju 1976 roku i trwały one przez następne 5 i pół roku. To, co odkryli tam archeolodzy przeszło wszelkie oczekiwania, oto bowiem odnaleziono opisywany i znany z historii Jorvik. 

W czasie badań wydobyto z ziemi 5 ton kości zwierzęcych; tysiące rzymskich i średniowiecznych dachówek – Vikingowie wykorzystywali pozostałości fortu do swoich potrzeb; plecionkę używaną do budowy domów i ogrodzeń i ścieżek; muszle ostryg; materiały budowlane drewniane z okresu Vikingów i średniowiecza; szlakę (żużel) odpady powstałe przy obróbce matali (metal slag); ćwierć miliona fragmentów ceramiki, fragmentów przydatnych do datowania i określenia pochodzenia i przeznaczenia; 20 000 przedmiotów; osiem ton ziemi przesiano znajdując małe obiekty i mikroskopijne świadectwa zmian przyrodniczo – klimatycznych, zabezpieczono 2 500 próbek ziemi, setki przedmiotów drewnianych i ich fragmentów zostało poddanych długim procesom konserwatorskim. W czasie tych wykopalisk zarejestrowano i udokumentowano 40 000 przypadków tzw. kontekstu archeologicznego, każdy zabytek dla archeologa tkwi w unikalnym układzie z otoczeniem i innymi zabytkami, ten układ jest bardzo ważny dostarcza nam, bowiem informacji o okolicznościach, w jakich zabytek znalazł się w ziemi a także o tym, co wpływało na jego takie a nie inne położenie i stan zachowania. Każde stanowisko archeologiczne jest jak wielka księga, trzeba ją dokładnie i ostrożnie czytać a przede wszystko dokumentować to dzięki temu możemy odtworzyć warunki, w jakich ludzie żyli, mieszkali i pracowali, co jedli itp. a także chronologię i rekonstrukcję wydarzeń i budowli.

rekonstrukcja stanowiska archeologicznego

Wykopaliska te ukazały też plan zabudowy osady, ulica była brukowana – wyłożona kamieniem – pozostałość po rzymianach a wzdłuż ulicy były posesje od ulicy do rzeki Foss. Domy budowano przy ulicy, tył był zapleczem gospodarczo odpadkowym, od sąsiadów oddzielone były one ogrodzeniami wykonanymi z plecionki. Pierwsze budynki były jednopiętrowe, kryte strzechą później w miarę rozwoju miasta część z nich została zastąpiona podpiwniczonymi domami o ścianach z dębowych desek. Domy były obiektami mieszkalnymi i warsztatami produkcyjnymi zarazem. Co jest ciekawe taki rozkład osadnictwa w postaci parceli miejskich pozostał przez długie lata i niektóre posesje dziś są w takim właśnie układzie. Przeprowadzono także wykopaliska w innych częściach miasta po drugiej stronie rzeki Ouse na Micklegate „wielka lub wspaniała ulica” oraz Skeldergate i prowadzone są prace archeologiczne na Hungate – można zwiedzać to stanowisko i wysłuchać opowieści o wykopaliskach – muszę to zapisać w planie na następną wizytę w Yorku.

Moneta, Vikingowie, YorkVikingowie napadali na klasztory i kościoły o ich morderczych wypadach piszą obszernie kronikarze, ale kiedy osiedlili się oni w Yorku dość szybko przyjęli tutejsze zwyczaje. Już na początku X wieku wybijali swoje własne monety, i pojawiły się na nich religijne motta i symbole np. św. Piotra patrona katedry, ale pojawiają się też symbole skandynawskie bóstwo Thor symbolizowane przez młot, Olaf Sigtryggson wybijał monety z ptakiem krukiem bóstwa Odina i jego tytułem w staro nordyckim Onlaf Cununc, ostatni król Vikingów w Yorku miał na swojej monecie miecz.

Wydobycie zabytków z ziemi, solidna dokumentacja to jednak dopiero połowa zadanie, oto trzeba te tysiące zabytków i obiektów archeologicznych opracować, poddać konserwacji, analizie i interpretacji. Praca trwała w laboratoriach a archeolodzy z wykopów przenieśli się do sal, utworzono archiwa dla pomieszczenia bogatej dokumentacji wykopaliskowej a co najważniejsze podjęto decyzję o budowie centrum wystawowego. W 1984 roku otworzono Jorvik Viking Centre, nie oznaczało to jednak końca badań nad Vikingami i materiałami z wykopalisk na Coppergate, po 16 latach na podstawie nowej wiedzy z analizy materiałów ( proszę pamiętać o ogromnej ich liczbie) dokonano modernizacji i w 2001 roku otworzono unowocześnione centrum, na tym jednak się nie skończyło, nowe informacje i nowe sposoby przekazu i po raz kolejny zmodernizowane centrum otworzyło swoje podwoje w lutym 2010 roku pokazując nam życie w X wiecznym Jorvik pełnym Vikingów. Przygotowywana jest kolejna modernizacja muzeum, bo analiza materiałów z wykopalisk dostarcza nowych informacji.

CDN...Jorvik czyli jak urządzić muzeum XXI wieku

Inne wpisy o Yorku

Eboracum czasy Rzymian

Eoforowic czasy Anglosaskie

Clifford's Tower - średniowieczna wieża

Barley Hall - dom średniowieczny

życie codzienne w średniowiecznym Yorku

sobota, 27 listopada 2010

Okres przypadający na lata 400 – 600 jest dość dużą niewiadomą w historii osadnictwa na terenie obecnego Yorku. Jest to też czas, kiedy plemiona Anglosaskie pojawiają się na Wyspach Brytyjskich i ślady ich osadnictwa są datowane w okolicach Yorku na początek V wieku. Niektórzy historycy twierdzą, że zaistniało tu około 470 roku królestwo Ebrauc, na pewno takie miasto nawet podupadłe przyciągało uwagę lokalnych wodzów, ale nie są to jeszcze na razie solidnie udokumentowane teorie.

anglo saxon helmet York Eoforwic

Z mroków York wyłania się na początku VII wieku, kiedy to papież Grzegorz postanawia nawrócić pogańskich Anglosasów i ustanawia York za centrum chrześcijańskie na północy. W tym czasie formują się królestwa Wessex, East Anglia, Mercia i Northumbria pojawiają się miasta w źródłach pisanych jak Lundenwic ( rzymskie Londinium, obecny Londyn) czy Gipeswic ( dzisiejsze Ipswich) a także Eoforwic (język sobie można na tym połamać) na miejscu rzymskiego Eboracum. Czcigodny Bede i Alcuin z Yorku dostarczają interesujących informacji o losach osady.

W latach 20tych VII wieku przybywa do Eoforwic misjonarz papieski Paulinus, udaje mu się przekonać do chrześcijaństwa króla Northumbrii. W specjalnie zbudowanym drewnianym kościółku św. Piotra król Edwin przyjmuje chrzest w 627 roku, król zlecił budować kościół kamienny ale po jego śmierci w czasie bitwy biskup Paulinus ucieka z Eoforwic a biskupstwo zostaje przywrócone do Yorku dopiero po synodzie w Whitby w 664 roku. Najświetniejszy czas przechodziło Eoforwic za czasów biskupa św. Wilfrida, który odbudował i zadbał o upiększenie kościoła.

File:DurhamCassiodorusFol81vDavidMusician.JPG

W 735 zostaje tu ustanowione arcybiskupstwo ( pierwszy arcybiskup - Egbert) a miasto pełne jest mnichów, kościołów, skrybów kopiujących manuskrypty tu prawdopodobnie powstał manuskrypt Durham Cassiodorus, pięknie ilustrowany zawiera wyjaśnienie do psalmów i min wizerunki króla Davida (Durham to miasto także na północy Anglii). Znajdować się tu też musiała niemałą biblioteka, która stała się zalążkiem ośrodka szkolnego. Tu właśnie szkolił się Alcuin, którego cesarz Karol Wielki zaprosił do swojej szkoły pałacowej w Aachen a potem do klasztoru św. Marcina w Tours, człowiek wykształcony właśnie w Eoforwic był jedną z ważniejszych figur w tworzeniu tzw. karolińskiego renesansu w kulturze europejskiej.

Niestety nie udało się odnaleźć ani katedry, ani klasztoru i szkoły przyklasztornej, a nawet położenie królewskiego palatium jest nadal owiane tajemnicą. W czasie wykopalisk okazało się że nie ma śladów osadnictwa z tego okresu w forcie czy w cywilnej osadzie, pozostaje pytanie gdzie zamieszkali nowi mieszkańcy Eoforwic. W latach 80-tych w czasie wykopalisk w rejonie Fishergate prawie kilometr of położenia rzymskiego fortu znaleziono ślady osady datowanej na VIII i IX wiek. Archeolodzy odkryli pozostałości czworokątnych budynków drewnianych, rowy i doły odpadkowe, studnie i latryny a także ślady uprawianego rzemiosła, metalurgii, obróbki szkła, rogu, kości a także skór oraz tkactwa. Osadnicy nie zamieszkali, więc w opuszczonej i zapewne zrujnowanej dawnej osadzie rzymskiej, ale w jej sąsiedztwie podobnie było w innych częściach Wielkiej Brytanii (Londynie, Southampton czy Ipswich). Znaleziska archeologiczne pokazują nam dobrze rozwinięte rzemiosło artystyczne, bogato i pięknie dekorowane przedmioty.

srebrne ozdoby wisząca misa York Eoforwic

 

Miasto musiało się dobrze rozwijać i być znanym ośrodkiem handlowym a kiedy wystąpiły w królestwie Northumbria wewnętrzne spory polityczne stało się to miasto łakomym kąskiem dla grasujących na wodach północnych Vikingów. W 866 roku zajęli oni Eoforwic i w ciągu dziesięciolecia utworzyli nowe skandynawskie królestwo, którego stolicą było Jorvik.

czwartek, 25 listopada 2010

The return of the Herd – November

Mamy jesień i takie mi do głowy przychodzą jesienne tematy i tak teraz jest okazja popisać o obrazie „Powrót stada – Listopad”. To kolejny wizerunek jesieni tym razem w wydaniu jednego z moich ulubionych artystów malarzy Pietera Bruegla Starszego (ojca). Malarz ten często był nazywany „chłopskim Brueglem”, jako że pokazywał życie codzienne i świat prostych ludzi w licznych alegoriach i przypowieściach. Bruegel nie miał pozycji na dworze królewskim, nie pracował dla kościoła, nie uznawał koncepcji piękna idealnego, był mistrzem w tym, co robił i jego dzieła są dokumentem czasów, w jakich żył i pracował. Dochody przynosiły mu pejzaże, obrazy, drzeworyty o tematyce alegoryczno religijnej i politycznej oraz tzw. „near net leven” - z życia wzięte – scenki rodzajowe. Po wielu stuleciach jego obrazy stały się dla nas dokumentem życia na przełomie średniowiecza i renesansu. Bruegel uważany jest za ważnego artystę w rozwoju malarstwa pejzażowego, uczynił on przyrodę nie tłem w swoich dziełach, ale częścią opowieści, natura i zmiany jakie w niej zachodziły stała się elementem w dialogu z odbiorcą a nie tylko tłem dla przedstawienia religijnego lub moralizatorskiego.

W późnym średniowieczu modlitewniki bogatej szlachty posiadały ilustrowane kalendarze gdzie każdemu miesiącowi odpowiadała ilustracja pokazująca typowe czynności charakterystyczne dla danego miesiąca. I tak w styczniu mamy uroczyste bankiety, w lutym ścinanie drzewa, w marcu orkę itd. Bruegel przeniósł to z ksiąg na ściany i ukazał nam życie, gdzie natura wyznacza czynności jakie są wykonywane. W 1565 roku namalował on serię obrazów prawdopodobnie dla kupca z Antwerpii Nicolasa Jonghelinka, który w następnym roku przekazuje swoją kolekcję miastu jako żyrant Daniela de Bruynesa a wśród nich jest 16 obrazów Bruegla min „Tower of Babel” (wieża Babel) „Carrying of the Cross” (procesja na Kalwarię) oraz obrazy określone jako „the twelve months” (dwanaście miesięcy). Niestety inwentarz zbiorów Jonghelinka nie określał ile obrazów było w serii i do tej pory trwają spory czy było to 12 czy 6 paneli i którym miesiącom one odpowiadają. Kiedy 30 lat później miasto Antwerpia podarowało obrazy arcyksięciu Ernestowi wymienia się 6 paneli, a później w inwentarzu jego zbiorów figuruje notka o 6 panelach reprezentujących 12 miesięcy roku Bruegla, w 1659 przeprowadzono inwentaryzację zbiorów Leopolda Wilhelma brata cesarza Rudolfa II gubernatora Niderlandów mowa jest już tylko o 5 obrazach. Co się stało z jednym z nich nie jest wiadomo. Część badaczy uważa też, że pierwsze 6 mogło zostać zniszczone w czasie wojen i splądrowania miasta przez wojska hiszpańskie w czasie interwencji w protestanckich Niderlandach, inni twierdzą, że bardziej prawdopodobne jest zaginięcie jednego niż siedmiu obrazów.

Dziś mamy tylko 5 obrazów „Myśliwi na śniegu” styczeń jest uważane za reprezentację grudnia i stycznie, a ten „Powrót Stada” za październik i listopad, na luty i marzec jest „Gloomy Day” „Haymaking” ma być czerwcem i lipcem a „Corn Harvest” sierpniem i wrześniem, a brakujący to wiosna kwiecień i maj. Ja bym jednak wolała żeby ich było 12, czy nazwałby je dwanaście miesięcy gdyby było tylko sześć paneli – to by mogło być nazwane „sezony roku” zawierając 4 tradycyjne pory plus przedwiośnie i przedzimie czy coś takiego. Są jego szkice do drzeworytów określane, jako „wiosna” i „lato” nazwał je porami roku, dlaczego by, więc nazywał coś 12 miesięcy, jeżeli by przedstawiał tylko 6 pór roku, wolę mieć nadzieję, że było ich więcej. Niedawno odnaleziono jeden jego obraz „ The Wine of St. Martins Day” więc może kiedyś jeszcze się inne odnajdą. Ciekawe jest jednak, że jego synowie, którzy lubili kopiować ojca nie dokonali tego w tym przypadku może, dlatego że dość szybko stały się one dla nich trudno dostępne.

P. Bruegel, Powrót statda, the return of the herd

Obraz ten przedstawia sprowadzenie stada z pastwisk letnich do obór na zimę, która jest zapowiedziana w czarnych chmurach nadciągających od prawej strony obrazu. Krowy leniwie idą w kierunku wioski, w większości ukazane są od tyłu, kierowane one są przez dwóch pastuchów, właściciel albo główny pastuch jedzie za nimi na koniu a reszta grupy idzie z tyłu. Obraz jest utrzymany w kolorach jesiennych dominują w nich brązy, złocienie, szarości i brunatności. Krajobraz w tle nie jest typowym dla Holandii, nigdy nie kojarzyła mi się ona z górami i stromymi skałami, być może jest to efekt jego podróży po Włoszech. Wioska na lewej stronie obrazu jest ledwo widoczna za drzewami, choć nie mają one już liści to jednak szarość dnia i pory roku powoduje, że jest ona dość „rozmazana”, ten fragment jest taki trochę, że tak powiem impresjonistyczny. W dole płynie rzeka, nad nią jest kolejna wioska, widać jakieś łodzie na wodzie, sad i krzątających się tam ludzi, trwają ostatnie przygotowania do zimy, trzeba uprzątnąć ostatnie zbiory, popodcinać drzewka owocowe, zima nadchodzi wielkimi krokami, kto nie jest gotowy może jej nie przeżyć.  

Jest to obraz olejny namalowany na dębowych deskach. Na stałe znajduje się w muzeum Kunsthistorisches w Wiedniu.

inne wpisy z Brueglem

Bruegel i Brueghel jak ocalić obraz

Myśliwi na śniegu - styczeń

Od Bruegla do Rubensa

środa, 24 listopada 2010

Wycieczka jaką odbyłam do Yorku była jedną z najciekawszych, a miasto mnie po prostu oczarowało. Będzie dużo wpisów o tym mieście albo zainspirowanych przez mój krótki zdecydowanie za krótki pobyt tam. Było już o Wieży Clifford i Domu Barley i życiu codziennym w średniowiecznym Yorku a teraz przenoszę się w bardziej odległe czasy, gdy dotarli tu Rzymianie. Wiem, że to tak trochę nie chronologicznie, ale jakoś tak mi wypadło.

Mars bóg wojnyW roku 71 naszej ery 5 000 legionistów z IX Legionu rozpoczęło marsz na północ z Lincoln, ich rozkazy to podbicie tubylczego plemienia znanego jako Brigantes a które żyło na terenach między Humber ( jest to estuarium czyli poszerzone lejkowate ujście powstałe w wyniku działania pływów morskich rzek Ouse i Trent na wschodnim wybrzeżu Anglii), a Szkocją. Na bazę dla legionu dowódca misji Petilius Cerialis wybrał teren między łączącymi się rzekami Ouse i Foss a wybudowany tu fort został nazwany Eboracum – co w języku tubylczym miało oznaczać teren gdzie rosną cisy. Było to bardzo dogodne miejsce, bowiem rzeka Ouse miała połączenie z Morzem Północnym a drogi lądowe prowadziły do dolin Gór Pennińskich oraz na mokradła w północnym Yorkshire i południowi Wyspy. Fort rzymski miał dwie główne ulice: via principalis and via pretoria, które poza murami były drogami łączącymi z innymi fortami i miastami Brytanii. Przebieg obu ulic jest widoczny na dzisiejszym planie miasta w postaci ulic Stonegate i Petergate. Fort został wybudowany na przygotowanym wcześniej planie, i obejmował 20 hektarów z regularnie zaplanowanym układem ulic a budynki były drewniane ze ścianami wykonanymi z „wattles and daub” czyli po naszemu plecionki z gałązek która została następnie pokryta gliną. Umocnienia to prosty rów i wał ziemno gliniany o wysokości około 3 metrów z drewnianą palisadą z drewnianymi wieżami obserwacyjnymi i drewnianymi bramami przy wyjściu głównych ulic z miasta.

via pretoria teraz stonegate

W drugim stuleciu dokonano licznych przebudów w forcie i część budynków została wzniesiona z kamienia min. kwatera główna (principia), baraki dla legionistów, łaźnie i układ ściekowy a część głównego budynku – bazyliki – można zobaczyć w podziemiach katedry. Osada się rozrastała, garnizon potrzebował, bowiem wsparcia gospodarczego i rzemieślniczego a także duchowego i tak archeolodzy znaleźli ślady targowiska, spichrzy zbożowych, warsztatów produkujących ceramikę oraz świątyń. Pojawiły się domostwa bogatych obywateli wyposażone w rurociąg doprowadzający wodę, prywatne łaźnie, ogrzewanie podpodłogowe, pomieszczenia zdobione były mozaikami a tynkowane ściany pięknie malowane. Na stołach królował chleb i potrawy z pszenicy, wołowina a także jagnięcina, wieprzowina, ryby i drób, importowano też figi, winogrona i oliwki a także wino z Francji. Eboracum stało się centrum polityczno ekonomicznym tego regionu, garnizon po jednej stronie rzeki Ouse a osada cywilna po drugiej.

Eboracum wizja artystyczna

Imperium rzymskie było rządzone przez cesarza a zdarzyło się dwa razy, że urzędował on w Eboracum czyli to miejsce było wtedy polityczną i militarną „stolicą”. Pierwszy raz w latach 208-211 kiedy Septimius Severus przebywał w tej osadzie, stała się ona przez to najważniejszym miastem w północnej Brytanii, choć prawdopodobnie nie posiadała więcej niż 5000 mieszkańców. Przybył on tutaj, aby prowadzić walki z plemieniem Kaledonów, razem z nim przybyła jego żona Julia Domna oraz synowie Karakalla (Caracalla) i Geta oraz jego gwardia przyboczna Pretorianie. Karakalla był już współ-cesarzem a Geta został nim ogłoszony właśnie w Eboracum. Cesarz zmarł 2 lutego 211 roku właśnie w tej osadzie a wkrótce po jego śmierci została ona uznana przez Karakallę za stolicę północnej prowincji Rzymskiej Brytanii i nadano jej status „colonia” co było najwyższym stopniem jakie mogło osiągnąć rzymskie miasto.

rzymska kolumna, York 

Niestety w połowie III wieku Imperium Rzymskie przeżywało kryzys spowodowany wojną domową, najazdami plemion barbarzyńskich, co widać w znaleziskach z wykopalisk archeologicznych mniej jest importowanych dóbr zwłaszcza ceramiki i szkła. Pod koniec tego stulecia sytuacja się trochę poprawiła a w 305 roku przyjechał tu znów cesarz tym razem Konstancjusz I Chlorus (Constantius) ze swoim synem Konstantynem (Constantine). Cesarz zmarł w lipcu następnego roku właśnie w Eboracum (znowu), legioniści natychmiast obwołali Konstantyna swoim wodzem i rozpoczął on walkę o tron i zjednoczenie imperium, co mu się udało po licznych walkach w 324 roku, to on wybudował nowe miasto Konstantynopol przenosząc tam stolicę z Rzymu.

Konstantyn Wielki

Cesarz ten też zadeklarował swobodę religijną dla chrześcijan i w 314 roku pojawił się tu w Eboracum pierwszy biskup. W drugiej połowie IV stulecia kryzysy polityczne w Imperium spowodowały wycofanie części garnizonu wojskowego na kontynent. Ci, co pozostali zamieszkali razem z rodzinami na terenie garnizonu, osada cywilna została częściowo opuszczona i zaczęła popadać w ruinę, a w V stuleciu żołnierze zostali wycofani do samego serca Imperium, które było na krawędzi upadku. Bez garnizonu i centrum administracyjnego osada powoli zaczęła zamierać, ludność się rozproszyła, miasto opustoszało, podobnie jak inne osady w reszcie prowincji.

Rzymianie na wyspach:

Dover - Malowany Rzymski Dom

wtorek, 23 listopada 2010

 

Poszłam sobie do kina zachęcona zwiastunem na czarną komedię o dwóch typkach dostarczających ciał na sekcje zwłok do prywatnej szkoły medycznej uczącej anatomii, w rolach głównych byli Simon Pegg ( Run Fatboy run, Hot Fuzz) oraz Andy Serkis (Smeagol/Gollum). Na początku filmu dostajemy informację, że wszystko w tym filmie jest prawdziwe poza tymi momentami, które nie są. Akcja się działa w Edynburgu w latach 20tych XIX wieku gdzie dwaj emigranci z Irlandii Burke i Hare z trudem wiązali koniec z końcem a w dodatku któregoś dnia jeden z lokatorów w prowadzonym przez żonę Hare’a Ginny(Isla Fisher) -co lubiła sobie popić- „lodging house” domu z miejscami do spania do wynajęcia, no taki „pensjonat” dla ubogich, zmarł bez uregulowania rachunku. Postanowili pozbyć się jego ciała porzucając je, ale przypadkiem natknęli się na agenta lekarza R.Knox (T. Wilkinson) uczącego anatomii, który kupił zwłoki i obiecał zapłacić za następne. Przyjaciela angażują się w ten nowy interes, ale o umarłych trudno, próbują rabowania grobów, ale to im nie wychodzi trochę z nich niedojdy, więc postanawiają pomóc niektórym osobnikom w drodze na tamten świat. W międzyczasie Burke zakochuje się w „Lucky” (J.Hynes) aktorce, która marzy o wystawieniu sztuki „Makbet” w obsadzie tylko kobiecej i naciąga Burke na sponsorowanie jej pomysłu a Hare i jego żona marzą o tym, aby otworzyć zakład pogrzebowy. Lekarz Knox staje do rywalizacji o prestiżową nagrodę medyczną i pracuje nad swoim tajnym projektem stworzenia mapy ludzkiego ciała, a zatrudnia do pomocy fotografa z Francji, który robi zdjęcia przygotowanych w czasie sekcji ciał. Jest też kapitan miejscowej milicji McClintock (komik R.Corbett), który tropi hieny cmentarne i innych rzezimieszków, który zwietrzył, że za coraz bardziej licznymi zniknięciami obywateli kryje się jakaś grubsza afera. Film jest jak Dickensowski kryminał z bardzo czarnym humorem, świetna obsada, świetne zdjęcia i cała atmosfera i jak to w jednym z moich ulubionych programów w „Trójce” mówili „ a momenty były? – drugi odpowiadał – „ a jak. Najlepiej to jak ten blondyn …” Były momenty, ale między momentami trochę kulało jakby tak, a temat przecież ciekawy, choć może wielu powie, że nie na komedię. Może jednak gdyby nie to komediowe podejście do tematu tu trudno by było nam to wszystko przetrawić i wyjść z kina oburzonym i z niedowierzaniem, że tak mogło być.

Ciekawe było też zakończenie oto pokazali, co się stało z bohaterami opowieści i Burke stał się eksponatem w muzeum przy szkole medycznej w Edynburgu.

Tyle w filmie, ale został on oparty o prawdziwe wydarzenia. Byli tacy dwaj panowie Burke i Hare, pierwszy miał kochankę Helen M’Dougal drugi żonę Margaret, która prowadziła „pensjonat” i rzeczywiście trudnili się oni dostarczaniem zwłok dla doktora Knox. Otóż w XIX wieku medycyna zaczęła rozkwitać, a Uniwersytet w Edynburgu był renomowanym miejscem zdobywania wiedzy. Lekarze muszą poznać anatomię człowieka a tego się najlepiej uczy na zajęciach gdzie można na własne oczy zobaczyć i dotknąć narządów, kości itp. a do tego potrzeba eksponatów, czyli nieboszczyków. Według prawa jednak tylko zwłoki kryminalistów po egzekucji były oddawane do szkół medycznych i o ile w XVIII wieku było ich pod dostatkiem to w XIX wieku około 3 egzekucje na rok, co nie było zbyt dużo. Gdzie jest zapotrzebowanie tam pojawią się chętni aby je zaspokoić - za odpowiednią cenę oczywiście i tak pojawił się proceder rabowania grobów a raczej rabowania ciał z grobów i dostarczania ich na stoły prosektoriów. Im świeższy nieboszczyk tym lepiej, a stąd już tylko krok do morderstwa. I tak Burke i Hare wkroczyli w ten dość lukratywny biznes za swoją pierwszą dostawę ( lokator z „pensjonatu”) otrzymali 7 funtów i 10 szylingów od doktora R. Knoxa. Następnego lokatora Józefa Młynarza upili i udusili a jak zabrakło schorowanych sublokatorów zaprosili jedną staruszkę i zastosowali tę samą metodę jak poprzednio. W podobny sposób potraktowali następne ofiary min prostytutkę Paterson, żebraczkę Effie, starą kobietę i jej ślepego wnuka ( w tym wypadku użyli środków przeciwbólowych a chłopcu złamali kręgosłup). Otrzymywali oni od 8 do 10 funtów za zwłoki i żadnych pytań. Ta banda nie miała żadnych skrupułów mordując znajomych „Mrs Ostler” oraz kuzynkę H. M’Dougal Annę, potem dawną lokatorkę Elizabeth Haldane a w parę miesięcy później jej córkę Peggy. Następną ofiarą był młody chory umysłowo chłopiec kulejący na nogę James Wilson, jego matka go szukała a kiedy doktor Knox następnego dnia rozpoczął swój pokaz anatomiczny paru studentów rozpoznało „Głupiego Jasia” (podobnie jak ciało prostytutki wcześniej) ale doktor zaprzeczył i rozpoczął od sekcji twarzy.

Jak wpadli? Ich ostatnim celem był M.C. Docherty którą Burke przekonał że są kuzynami i „zaprosił” w gościnę do „pensjonatu” tu musieli poczekać aż inni lokatorzy James i Anna Gray sobie pójdą i potem zrobili swoje. Grayowie stali się podejrzliwi gdy Burke zabronił Annie podchodzić do jednego z łóżek i potem oni odkryli zwłoki, M’Dougal próbowała ich przekupić ale oni pobiegli na policję. W tym czasie Burke i Hare odtransportowali już ciało do doktora Knoxa, ale policja aresztowała Burke i M’Dougal, gdy podali sprzeczne czasy opuszczenia przybytku mieszkalnego przez panią Docherty a potem aresztowano także małżeństwo Hare po tym jak policja znalazła dzięki anonimowemu donosowi ciało Docherty u Knoxa. Burke i Hare działali 12 miesięcy i ich ofiarami padło 17 osób. Prowadzący oskarżenie W. Rae wobec niepewnych dowodów ( były to czasy gdy CSI nie było rozwinięte) bał się że na poszlakach nie uda mu się wygrać sprawy i zaofiarował Hare wolność w zamian za zeznania przeciwko Burke, ten się oczywiście zgodził (w filmie jest bardziej „szlachetnie”). Burke został powieszony 28 stycznia 1829 roku a jego ciało zgodnie z prawem zostało przeznaczone dla celów medycznych i odbyła się publiczna sekcja prowadzona przez doktora A. Monro, który umoczył pióro w jego krwi i napisał „ To jest napisane krwią Wm Burke, który został powieszony w Edynburgu. Ta krew została wzięta z jego głowy” – ale to nie koniec makabreski jego szkielet, maska pośmiertna i obrobiona skóra są wystawione na pokaz w muzeum edynburskiego college medycznego!!! Więc to prawda co pokazali na końcu filmu. O Hare słuch zaginął podobno żebrał na ulicach Londynu, kobiet o mało nie zlinczowano, Helen podobno wyjechała do Australii, a Margaret wróciła do Irlandii a lekarz Knox przeniósł się do Londynu.

Ta afera uświadomiła kryzys w rozwoju wiedzy medycznej i braki legislacyjne toteż w 1832 roku parlament brytyjski uchwalił Akt o Anatomii – według którego każdy kto chciał uczyć anatomii musiał otrzymać licencję od Urzędu Wewnętrznego, byli też oni odpowiedzialni za zwłoki, za ich traktowanie z szacunkiem, lekarze z licencją otrzymali też prawo do ciał osób zmarłych o które się nikt nie upomniał, a także otworzył perspektywy darowania ciała po śmierci w zamian za godziwy pochówek (trzeba pamiętać że czasem dla biednych rodzin pochówek był bardzo drogim wydatkiem). Akt ten był więc w pewnym sensie rezultatem morderstw popełnionych prze ten gang Burke i Hare. Wielu współczesnych zarzucało, że to krótkowzroczność rządzących i brak wyobraźni doprowadziła do tych tragicznych wydarzeń zwłaszcza że do podobnych wypadków dochodziło w innych częściach królestwa. W 1831 roku złapano w Londynie gang nazwany „Burkers” od imienia tego edynburskiego mordercy, który najpierw rabował świeże groby a potem po przeczytaniu w gazetach o sprawie ze Szkocji przestawili się na morderstwa. Zabójstwo przez przyduszenie i ucisk klatki piersiowej w celu uniemożliwienia oddychania zaś zostało nazwane nawet „Burking” Burke i Hare bowiem przygniatali ofiarę uniemożliwiając jej oddychanie i zatykali usta tłumiąc wołanie o pomoc, jeżeli ta jeszcze miała siły. Niesamowita historia mrożąca krew w żyłach.  

niedziela, 21 listopada 2010

okładka zielone drzwi K. Grochola

Lubię autorkę więc może ta moja recenzja będzie trochę stronnicza, ale pani Kasia przypadła mi do serca już pierwszą książką jaką przeczytałam a pożyczyła mi ją moja kochana bratowa. Zakupiłam resztę z tej serii i padałam ze śmiechu i się wzruszałam a każdą z nich odkładałam z przyjemnością i trochę żalem, że się skończyła. Potem wpadł mi w ręce „Kryształowy Anioł” i też mi się podobała a tym razem kupiłam sobie „Zielone drzwi”, muszę się przyznać, że nawet nie patrzyłam, o czym jest, dopiero w domu się okazało, że to opowieść autobiograficzna. Musiała sobie poczekać w kolejce, bo szybciej kupuję książki niż je czytam, dużo czasu spędzając zwiedzając i pisząc o tym na moim blogu a tak mam ogromne zaległości, bo mogę to robić tylko w czasie wolnym od pracy i dojazdów do pracy. Niestety nie mogą czytać w autobusie, bo mam chorobą lokomocyjną i jak czytam to nie jest mi za dobrze i nie chcę, aby czytanie mi się kojarzyło z takim nieprzyjemnym uczuciem.

No wiec po paru miesiącach oczekiwania przyszła kolej na „Zielone drzwi” Grocholi i znów wpadłam w tę książkę po uszy i czytałam jak najęta. Znów się uśmiałam po pachy, uciszyłam bo ja też kochałam się w Winnetou i wymyślałam inne zakończenia książek i filmów zwłaszcza jak mi się nie podobało co się przydarzyło moim ulubionym bohaterom, potem okazało się że ona była na koloniach zuchowych w wiosce pod moim miastem rodzinnym, a potem jak była w Londynie to pracowała i mieszkała w okolicach Richmond i jak tu jej nie lubić. Czytając jej przygody z dzieciństwa i szkolnych lat zaśmiewałam się i przypominało mi się jak i nasza pani od chemii była postrachem całej szkoły a moja koleżanka to nawet brała valium przed jej lekcjami, wycieczki szkolne i wygłupy. Zabrała nas ze sobą przez trudne dni walki z rakiem, zmagania się z samotnym macierzyństwem, budową domu, i początkami pisania. Trzeba przyznać, że czyta się to wszystko dobrze i szybko, bo nawet w najtrudniejszych momentach życia nie stroni ona od humoru i nie boi się okazywać nam strachu a to jest bardzo ludzkie. Tu chyba tkwi jej sekret pisze tak jak czuje, bo jak ją czytam to czuję ten zwykły ludzki wymiar. Z jej książkami można się pośmiać, zastanowić i popłakać i tak poleciały mi łzy, jak musiała uśpić swojego psa, bo przypomniało mi się jak rodzice mi opowiadali, co się stało z moim psem przez telefon i oni płakali i ja ryczałam jak bóbr. Pani Kasia pisząc dociera do nas, bo pisze o tym co jest możliwe, co było i o rzeczach które i nam się mogły przydarzyć i o ludzkiej życzliwości za którą tak tęsknimy i dlatego pewnie jest tak popularna.

Wiem, że niektórzy powiedzą że to jest taka słodka książeczka i że prawdziwe dramaty zostały w niej uproszczone ale dlaczego interesują nas tylko smutne, dramatyczne, okropne wydarzenia z ludzkiego życia, dlaczego nie umiemy się cieszyć z pozytywnych wydarzeń. Wiem, że jest takie powiedzenie w angielskim „good news is no news”, czyli dobra wiadomość to żadna wiadomość, bo się nie nadaje na nagłówek czy specjalne wydanie „Wiadomości” i tak tutejsze opery mydlane są pełne teraz przestępstw, morderstw, oszustw, wrednych typków, bo tak jest ciekawiej dla widzów, ale mnie to już nudzi i od dłuższego czasu nie interesuje się tym, co się dzieje w „Eastenders” czy „Coronation Street”. Trzeba mi czegoś pozytywnego z humorem i łezką w oku i tu właśnie jest miejsce na Grocholę i jej powieści. W kolejce czeka „Podanie o miłość”, ale dość dużo książek przed nią.

Polecam „Zielone Drzwi” na pocieszenie, na rozbawienie, dla obudzenia wspomnień z młodości, dla odprężenia, w sam raz na jesienne długie wieczory.

 

piątek, 19 listopada 2010

Ai Weiwei, słoneczniki, sztuka, Tate Modern, porcelana

W Holu Turbinowym galerii Tate Modern mamy teraz wystawę instalację tego chińskiego artysty, kreatora, aktywisty polityczno społecznego. Urodził się w Chinach a jego ojciec był poetą, który w czasie tzw „rewolucji kulturalnej” został zesłany do obozu pracy, Weiwei też tam spędził pięć lat. Uczęszczał do Pekińskiej Akademii Filmowej, razem z innymi artystami założył awangardową grupę twórczą „Stars”, przez ponad 10 lat mieszkał w Ameryce, po powrocie do Chin zaangażował się w nowy eksperymentalny trend artystyczny „wschodnią wioskę”, pracował też, jako kurator w Szanghaju. Współpracował z architektami nad projektami rezydencji mieszkalnych w Nowym Świecie a także był konsultantem artystycznym przy budowie stadionu olimpijskiego w Pekinie ( ptasie gniazdo) oraz wystawiał swoje prace w Europie, Ameryce i krajach Orientu. Zaangażowanie polityczno społeczne zwłaszcza po trzęsieniu ziemi w prowincji Sichuan spowodowało, że znalazł się na czarnej liście tajnych służb chińskich.

Teraz możemy zobaczyć jego „pracę” w galerii sztuki nowoczesnej w Londynie. W wielkiej hali, która mieściła kiedyś wielkie turbiny umieszczane są instalacje przestrzenne artystów, na które nie było by miejsca w innych salach. I tak oto podłoga jest usłana milionami (100 milionów) porcelanowych nasion słonecznika w łupinkach. Każde ziarnko zostało wykonane oddzielnie i pomalowane w warsztatach w mieście Jingdezhen, (więc to nie on sam je robił) są to rękodzieła, które są identyczne z pozoru, ale zarazem unikatowe w całej tej masie.

Porcelana kojarzy się nam z Chinami, w angielskim nawet słowem China określa się ten wyrób, pochodzi on z tego kraju i przez stulecia był drogocennym eksportem a jego produkcja była strzeżonym sekretem. Ziarenka są nieco większe niż zwykłe słonecznikowe, ale do złudzenia je przypominają. Na początku można było po nich chodzić i dotykać, ale okazało się że choć same eksponaty są dość mocne to kurz jaki w wyniku takiej interakcji się tworzy został uznany na potencjalnie szkodliwy i po konsultacji z artystą galeria postawiła barierki i tabliczki proszące o niedotykanie rzeźby. Właśnie, jako rzeźba został ten zbiór milionów egzemplarzy ludzkiego rękodzieła zakwalifikowany. Szkoda. Ciekawe też ile nasionek znalazło swoje miejsce w kieszeniach zwiedzających?

Ai Weiwei, sunflower seeds, tate modern, słoneczniki, sztuka

Nie chodzi w tej rzeźbie – instalacji tylko o fakt, że można było po niej chodzić a teraz nie można. Są różne interpretacje, co artysta chciał przez to powiedzieć. Jedną z nich może być przestroga przed zalewającą nas powodzią przedmiotów wyprodukowanych w Chinach – tak by powiedział jeden facet ode mnie z pracy. Wszystkie te ziarenka są podobno podobne, ale nie takie same, chciało był się je wziąć do ręki i sprawdzić. Tak jak my niby tacy sami ręce, nogi, głowa itd., ale każdy jest indywidualnym charakterem. Może odnosi się to do społeczeństwa ubranego w mundurki, ale pod powierzchnią kryją się inne odrębne postacie tylko trzeba się przez tę łupinę przebić; czy tracimy nasz indywidualizm gdy zetkniemy się z kulturą masową, tłumem – studium społeczne, możemy być indywidualistami ale w tłumie zachowujemy się inaczej dopasowujemy się do reszty; jaka jest relacja między nami a resztą świata. Przypomniała mi się zasłyszana rozmowa a raczej podgrzana emocjami dyskusja między nastolatką a matką w której córka chciała taką bluzę jak inni, bo wszyscy już mają a ona nie, a następnego dnia miała pretensję i nie chciała czegoś zrobić jak wszyscy stwierdzając „I am individual” czyli broniła swojego indywidualizmu. Niezłe sobie pomyślałam, jak chcemy to buntujemy się i chcemy być niezależnymi charakterami, osobnymi indywidualistami, ale z drugiej strony sami wpychamy się w schematy, jakie nam podrzuca ten komercyjny świat. Tabuny ludzi pędzą do sklepów, aby zakupić buty, spodnie, bluzki uznane przez różnych guru mody za to co należy mieć na sobie w tym sezonie, mam taką koleżankę w pracy ( urocza i sympatyczna dziewczyna) ale ja ją nazywam pieszczotliwie fashionistka, policjantka mody. Pytanie moje to czy jest miejsce na indywidualizm w obecnym komercyjnym świecie, gdzie wszystko jest na pokaz, i trzeba często być jak reszta żeby przeżyć bez problemów. Czy to, w co się ubieramy, oglądamy, czytamy lubimy i akceptujemy to naprawdę nasz indywidualny wybór czy jest to narzucony nam kanon przez świat reklamy? Czy przejmując się tym, co się dzieje w Big Brotherze, czy życiu prywatnym tego czy tamtego piłkarza, nie oddalamy się od tego, co naprawdę jest dla nas ważne, czy te urobione w gazetach i TV problemy nie mydlą nam oczu i odciągają od tego, co „Oni”, (bo zawsze są jacyś oni) chcą przed nami ukryć? Czy potrafimy jeszcze mieć własne zdanie na tematy inne, niż kto powinien odpaść z X Factor czy innego programu? Czy atakuje on system zniewalający społeczeństwo czy wytyka społeczeństwu, że poddaje się i pozbawia unikalności za cenę konformizmu?

Uf nawet nie wiedziałam, że ta rzeźba takie wywoła u mnie emocje. Co jest ciekawe to, że to jest dzieło zbiorowe, budzi pytania i emocje, ale co się z nim stanie jak przyjdzie koniec.

Rzeźba ta będzie w Holu Turbinowym galerii Tate Modern w Londynie do 2 maja 2011 roku. Zapraszam.

Inne wpisy z Tate Modern

Gauguin – twórca mitu

Rodczenko i Popowa - konstruktywizm

środa, 17 listopada 2010

Jak mówi poeta

"Jesień idzie i nie ma na to rady"

jesienny park

Ta pora roku jest czasem traktowana niesprawiedliwie, a jest przecież taka piękna. Matka Natura maluje świat tysiącami kolorów, drzewa dotąd zielone pokrywają się szatą ze złota, brązu i czerwieni. W powietrzu unosi się zapach owoców i grzybów. Mokre liście wysuszane słońcem mają ten charakterystyczny zapach, a wiatr bawi się na ulicach tańcząc wokół drzew i wzbijając suche liście do góry, w bok i naokoło nas.

jesień, liście, drzewa, park

Leniwe Słońce przesuwa się nisko na horyzoncie, jakby było zmęczone letnią wspinaczką, a kiedy zapada zmrok powietrze gęstnieje i powoli otula nas ni to mgła, ni to mżawka, a mrozek zaczyna szczypać w nosy i uszy. Naciągamy czapkę na uszy i otulamy się szalikiem w potem w domu nic tak nie rozczula nas jak kubek gorącej herbaty z cytryną.

jesień, liście, czerwone

Świat w naszej strefie klimatycznej szykuje się powoli do zimowego snu, dla dzikich zwierząt to szansa, aby utuczyć się przed zimą, zebrać zapasy, dlatego wiewiórki tak szaleńczo zakopują wszystko na trawnikach. Ciekawe czy pamiętają potem gdzie schowały te wszystkie skarby?

jesień, kasztany

Jest coś magicznego w jesieni, piękno i urok zachodzącego słońca i ostatniego liścia trzepoczącego na wietrze, brunatne plamy na chodniki w kształcie opadłego liścia jak fotografia na szarym betonie.

Wielu poetów pisało o jesieni mnie urzekło paru

Jesień  Krzysztof Daukszewicz

Kasztany z drzew strącają mali chłopcy,
Pożółkłe liście niesie drogą wiatr.
Jesiennym chłodem idziesz przesiąknięty,
I przez to bardziej zszarzał cały świat.
Ostatnie kwiaty więdną na balkonach,
Zasypia wcześniej w bramie nocny stróż.
I stare domy stoją przemoknięte,
na pustych oknach osiadł ciężki kurz.

Ty chcesz jesieni pełnej słońca,
Z wiatrem, który liście strąca,
Choć za chwilę Cię przykryje śniegu zimna biel.
I życie ciężko jest odmienić,
Wśród szarych dni i serc kamieni,
Zapytaj się człowieka obok,
Może on coś wie.

Kasztany z drzew spadają nam pod nogi,
Pożółkłe liście niesie drogą wiatr.
Przechodnie idą, tuląc się do płótów,
Zziębnięte twarze kryjąc w fałdach palt.
Jadące auta przecierają oczy
I woda spływa z ich gumowych rzęs.
I coraz ciemniej robi się na dworze,
I wszystko to ma swój jesienny sens.
I wszystko to ma swój jesienny sens.

oraz

Wspomnienie Juliana Tuwima tak pięknie wyśpiewane przez C. Niemena

Mimozami jesień się zaczyna,
złotawa, krucha i miła,
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
która do mnie na ulicę wychodziła.

Od twoich listów pachniało w sieni,
gdym wracał zdyszany ze szkoły,
a po ulicach w lekkiej jesieni
fruwały za mną jasne anioły.
Mimozami zwiędłość przypomina
nieśmiertelnik żółty - październik.
To ty, to ty, moja jedyna,
przychodziłaś wieczorem do cukierni.
Z przemodlenia, z przeomdlenia senny,
w parku płakałem szeptanymi słowy.
Księżyc z chmurek prześwitywał jesienny,
od mimozy złotej majowy.

Ach czułymi, przemiłymi snami
zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
w snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
jak ta złota, jak ta wonna wiązanka.

   jesienny park

 

poniedziałek, 15 listopada 2010

W latach 60tych XV wieku (1460te – 80te) dom Barley Hall został wynajęty przez mistrza Williama Snawshell. William był złotnikiem i musiał byś zdolnym i przedsiębiorczym człowiekiem bowiem w 1457 roku wybudował sklep przy Katedrze (Minster), był to bardzo prestiżowy adres. Mistrz William ożenił się z Joaną Thweng, która była z rodziny szlacheckiej i miała interesujące koneksje w kręgach królewskich. Snawshell był urzędnikiem miejskim, szeryfem miasta, oraz burmistrzem, następnie był w starszyźnie miejskiej, i służył lojalnie kolejnym królom aż wycofał się z życia publicznego z powodu słabego zdrowia.

Wnętrza domu są zrekonstruowane do wyglądu z tego okresu a wystawy i eksponaty pokazują nam w niezwykle ciekawy sposób życie w średniowieczu.

York w okresie średniowiecza był bogatym i kipiącym życiem ośrodkiem miejskim, o dużym znaczeniu militarnym i politycznym (baza w wyprawach na Szkocję), religijnym oraz ekonomicznym. Place i ulice przemieniały się w targowiska, wprowadzono opłaty za towary wwożone do miasta, a rzeki uchodzące do morza zapewniały połączenia handlowe z Irlandią, Niemcami, Holandią, Francją oraz portami Morza Bałtyckiego. Około 1130 roku kupcy i rzemieślnicy zaczęli formować związki kupieckie i budować domy spotkań zwane holami (hall). W 1213 roku obywatele miasta zdołali wykupić sobie u króla prawo do własnego samorządu, który kontrolował wszystko w mieście z wyjątkiem Zamku oraz posiadłości kościelnych jak Katedra (York Minster) oraz domów zakonnych i innych instytucji religijnych (college, szpitale). Miasto było otoczone fortyfikacjami obronnymi, najpierw była to tylko drewniana palisada potem powoli została ona zamieniona przez kamienną konstrukcję.

Był to także ważny port handlowy a najważniejszymi produktami eksportowymi było zboże, wełna oraz tkaniny, z tych ostatnich York był dość słynny, wiele fortun wyrosło właśnie na handlu tkaninami. Importowano wino głównie z Francji, Niemiec oraz Portugali, surowce naturalne, a także ceramikę dzbany z Francji, kubki z Niemiec, oraz metalowe naczynia kuchenne z Holandii.

naczynie z jelonkami, kamionka, salt glazed stoneware

Oprócz handlu kwitło także rzemiosło: dobrze było rozwinięte garbarstwo i wszelka obróbka i przeróbka skór na ubrania, buty, uprzęże, uzbrojenie itp. był to lukratywny biznes, ale raczej śmierdzący, więc był on skoncentrowany na drugiej stronie rzeki w okolicach do dziś noszących nazwę Tanners Row (Tanner to garbarz). Były też warsztaty zajmujące się produkcją i obróbką szkła: ozdoby, naczynia, okna i witraże; działały też odlewnie brązu – produkcja dzwonów i kotłów. Popularni też byli rogownicy którzy potrafili wyprodukować naczynia, okna , lampy, łyżki, oraz inne przedmioty z rogów krowich i kozich itp., surowiec ten był dostępny ze stanowisk rzeźniczych (Shambles) Jako że York było centrum handlu wełną i tkaninami, kwitła więc też obróbka wełny, przędzenie, spilśnianie, tkactwo a według spisów w 1386 roku w mieście działało 128 krawców a w XV wieku jedna czwarta płacących podatki była związana z tymi rzemiosłami.  

Handel, rzemiosło i kościoły, katedra i klasztory a także urzędy administracyjne przyciągały przybyszów, pielgrzymów, kupujących i sprzedających, złodziei i żebraków a wszyscy oni potrzebowali czegoś dla ciała, pełno było, więc karczm, gospód, gdzie można było zjeść i wypić i się zabawić.

Wśród zabytków odkrytych przez archeologów były też przedmioty jak kostki do gry – głównie wykonywane z kości, a także odkryto kubek jesionowy do tej gry hazardowej. Popularne były też gry planszowe tu pionki w postaci krążków były wykonane z kości, a także gagatu (jet) odmiany bitumicznej węgla brunatnego. Znaleziono także piszczałki wykonane z gęsich kości długich a kościane kołki służące do strojenia wskazywały na skomplikowany instrument strunowy, jakim była harfa.

W tzw Lesser Chamber w Barley Hall (mniejszej komnacie) mamy interesujący pokaz diety oraz co się dzieje z odpadami ze stołu i jak trafiają one w ręce archeologów, niemal nieodzownym elementem życia był szczur zawsze w poszukiwaniu smacznego kąska do zjedzenia. Zwierzątka te miały niezłą wyżerkę w dzielnicy Shambles gdzie mieściły się stoiska rzeźników, którzy wszelkie odpady wyrzucali po prostu na ulicę pod nogi, rosły sobie one tam tłuste i duże, a jedzenia było w bród.

stół średniowieczny

Domostwa w większości były drewniane, do chwili obecnej niewiele ich się zachowało, te wyglądające na średniowieczne pochodzą jednak z XV-XVII wieku. Jeden ze starszych budynków mieszkalnych to Our Lady’s Row na ulicy Goodramgate, który pojawia się w dokumentach w 1316 roku. Badania archeologiczne pokazały zmiany w sposobie budowania, na przełomie XIII i XIV wieku fundamenty coraz częściej były wykonywane z kamienia (płyty lub mały murek) a na nich opierała się drewniana konstrukcja, ograniczało to butwienie drewna. Strzechy też zostały zastąpione dachówkami, były one bardziej odporne na złą pogodę, dłużej się trzymały i zmniejszały ryzyko pożarowe. Domostwa były trwalsze, przez to mniej było odpadów powstałych w czasie remontów, które to z kolei nasiąkały wodą i się rozkładały na ulicach tworząc błoto, więc efektem ubocznym zmian w budownictwie były suchsze ulice. Szkło było drogie i z tego powodu okna były wykonywane z innych materiałów. Głównym surowcem były rogi zwierząt rzeźnych, były one poddawane długim procesom moczenia i gotowania, był to także śmierdzący proces. Wykorzystywano tylko przezroczystą część pochwy rogowej, którą formowano i wycinano w prostokątne kształty, gdy były ciepła, stygły one rozłożone na płasko, następnie montowane one były w okiennych framugach. Inny typ okien to tzw. zwany Fenestral w takich oknach kratowana ramka była pokryta lnianym materiałem, materiał ten był nasączany specjalnym roztworem z siarczanu amonowo glinowego, kalafonii, oraz łoju owczego co czyniło materiał przezroczystym i wodoodpornym.

Domy nie były otoczone kwiatowymi rabatkami i trawnikami, wręcz przeciwnie wszystko naokoło domu było typowo użytkowe. Nie było służb oczyszczania miasta, więc każda rodzina musiała radzić sobie sama z odpadami, które często po prostu rozrzucano lub wysypywano na sterty, ale najprostszym sposobem było zakopanie ich w „ogródku” czyli placu za domem w specjalnie wykopane doły odpadkowe lub tzw cess-pits czyli doły kloaczne – szamba które najpierw służyły dla ludzi gdy musieli wyjść za potrzebą. Analiza biologicznych materiałów z takich dołów dostarczyła ważnych informacji o diecie i zdrowiu.

Studnie zaś były kopane głęboko i miały ściany obkładane drewnem a nawet kamieniami i cegłami, ale i tak woda z nich nie nadawała się do picia bez przegotowania. Dlatego najpopularniejszym napitkiem był trunek znany jako „Ale”. Był to rodzaj napoju alkoholowego piwnego od ciemnobrązowego do jasnobrązowego w kolorze a wykonywanego ze słodu jęczmiennego bez używania chmielu. Brzeczka, czyli półprodukt w warzeniu, była gotowana i doprawiana ziołami specjalną mieszanką zwaną „gruit” w skład, której często wchodziły: woskownica europejska, bylica pospolita, wrzos zwyczajny, bluszczyk kurdybanek, a także szyszkojagody (jałowca), imbir, anyżek oraz inne. „Ale” i chleb były podstawą diety średniowiecznej ludności, „Ale” miało dużo wartości odżywczych, zawarty w nim alkohol działał, jako konserwant i zabijał drobnoustroje, pili go wszyscy nawet dzieci zamiast wody, bo o czystą nieskażaną wodę było trudno. Produkcja „Ale była dość powszechna, produkowane przez kobiety było sprzedawane na targowiskach, a „Alehouses” czyli pijanie były na każdym rogu.

Warzywa były popularne wśród zwykłych ludzi – pospólstwa, bogaci woleli inne produkty, zwłaszcza mięso, wśród owoców najpopularniejsze były jabłka, było bardzo dużo gatunków tego owocu, jedzono je na surowo, pieczone, oraz jako dodatki do innych potraw, drugim, co do popularności owocem były gruszka, także używana w gotowaniu. W Barley Hall przypomniano mi, że nie każda marchewka była pomarańczowa, były gatunki białe, żółte i fioletowo-purpurowe – ciekawe. Podstawowym posiłkiem był chleb i wspomniane już „Aleoraz polewka zwana „pottage” której głównym składnikiem było ziarno zbożowe, mógł być to owies, jęczmień, pszenica itd., dodawano do niego dla smaku ziół a także warzyw im bogatszy dom tym więcej i różne, ale najpopularniejszym była rzepa. Można było też dodać mięsa, kości, ryby, mleko było to danie jednogarnkowe, do którego można było dodać, co się tylko miało pod ręką. Słowo to wywodzi się od staro francuskiego słowa „potage” danie garnkowe.

zastawa W domu mistrza Snawsella podawano dania jak np. drozdy z solą i cynamonem, salcesony np. z sosem musztardowym, jabłka w cieście, jagnięcina zaprawiana imbirem, różne gatunki ptaków np.w sosach z solą i ziołami, oraz migdały ze śmietaną. Na deser były słodkie wina oraz „hippocras” specjalnie przygotowane wino z cynamonem albo innymi przyprawami np. goździki czy nasiona aframonu madagaskarskiego z rodziny imbirowatych oraz dodatkiem cukru. Inny deser to „wafers” – słodkie cienkie wafle pieczone w gofrownicy (wafer Irons) tak popularne, że w XIV były sprzedawane na ulicach. Popularne też było podawanie różnych gatunków sera oraz figi. Ryby były bardzo popularne, ze względów religijnych mięso było zakazane w różnych okresach roku i wtedy na stoły wkraczały ryby, świeże oraz zasalane.

Bogate rodziny jak rodzina złotnika zamieszkująca Barley Hall mogła sobie pozwolić na kupno szklanych naczyń – pucharów do picia, oraz importować naczynia z okolic Renu był to ostatni krzyk mody tzw „salt-glazed stoneware” ceramika wypalana w piecach, do których dodawano sól, w czasie wypalania opary z tlenkami soli reagowały ze związkami zawartymi w glinie i krzemionce wytwarzając szklistą polewę. Na stołach bogatych królowała „solona” kamionka znad Renu, pospólstwo musiało się zadowolić naczyniami drewnianymi, oraz prostymi garnkami glinianymi. Innym sposobem uzyskania szklistej polewy było wypalanie z sodą, różnica polegała na tym, że soda była nakładana na naczynie. Podłużne tacki do krojenia wytwarzane były z pewter mieszanki cyny, antymonu i miedzi.

drewniane naczynia Barley hall

Nad zdrowiem czuwali zielarze-aptekarze (Apothecary), który opierali swoje mikstury na ziołach i przyprawach i tak np. cukier był uważany za lekarstwo, może, dlatego że dodawał sił i pobudzał. Na wystawie w Barley Hall były różne przepisy oraz składniki mikstur leczniczych na różne dolegliwości, ugryzienia, rany itp.

W tzw Great Chamber był wystawiony szkielet kobiety z cmentarzyska przy kościele św Stefana (dziś nieistniejącym już), pochodzi on z XIV wieku. Został on poddany analizie i okazało się, że była ona chora na trąd, miała zapadnięty nos, kłopoty z rękami i stopami, ale została pochowana na cmentarzu razem z innymi ludźmi. Czyżby nie były izolowana? Trąd był chorobą, która przerażała, jej efekty w postaci deformacji ciała powodowały, że ludzie na nią chorzy byli często izolowani. Dodatkowo okazało się, że osoba ta cierpiała w dzieciństwie na krzywicę, miała pęknięte kręgi, co było spowodowane upadkiem lub skokiem z dużej wysokości, cierpiała na chorobę zwyrodnienia stawów. Braki w uzębieniu spowodowane były zapewne trądem, zęby trzonowe i przedtrzonowe były poluzowane, co zapewne utrudniało żucie i jedzenie. Brak jednak było próchnicy, dieta bezcukrowa. Słaba higiena jamy ustnej, co było powszechne w tamtym czasie i infekcje zapewne powodowały, że jej oddech był raczej nieprzyjemny. Problemy w gryzieniu i jedzeniu powodowały też problemy całego układu pokarmowego, bóle brzucha oraz częste wizyty w wygódce. Obok są rysunki „narzędzi dentystycznych” – oj strach człowieka ogarnia od samego patrzenia i czytania, są tu też porady jak się pozbyć bólu zęba np. powiesić sobie dziób sroki na szyi. Sposoby na bezbolesne usunięcie zęba też są ciekawe „złapać trzeba traszkę oraz trochę żuczków żerujących na drewnie wsadzić je w metalowy garnek i uprażyć, a następnie zetrzeć na proszek, potem zmoczyć palec wskazujący prawej ręki i zanurzyć w proszku i często nakładać na ząb, nie wypluwać, i wtedy ząb wypadnie bez bólu”. A łatanie dziur to też niezła sztuka – najpierw trzeba wypłukać miksturą z wina mięty, pieprzu, szałwii lekarskiej i innych ziół, potem w dziurę należy włożyć miksturę z galasówki ( narośl na liściach spowodowane przez owady i pajęczaki), tłuszczu świni, miękkiej żywicy naturalnej ( mastyks), mirry, siarki, kamfory, wosku pszczelego, arsenu, asafetydy – czarciego fajna (miała właściwości uspokajające oraz przeciwdziała bakteriom jelitowym), i inne…” zalecano też nacieranie zębów (szczotkowanie) omanem wielkim rośliną z rodziny astrowatych .zioła, apotecary, lecznictwo

Zawsze mnie interesowało ile ludzie zarabiali i wydawali żyjąc w różnych okresach historycznych. Tutaj przedstawiono interesujące zestawienia. Najpierw trzeba jednak wyjaśnić, że w czasie, kiedy żył mistrz złotnik Snawsell używano funtów, szylingów i pensów. Jeden funt równał się 20 szylingom, a w jednym szylingu było 12 pensów, jeden pens z kolei z 4 farthingów. Mistrz Snawsell płacił 53 szylingi i 4 pensy rocznie za wynajem domu Barley Hall. Bochenek chleba żytniego lub jęczmiennego kosztował 1 farthing, biały chleb upieczony z pszenicy kosztował już 1 pensa. Galon ( około 4 litrów) wina to 10 pensów, 12 galonów trunku „Ale” kosztowało 20 pensów, baryłka miodu – 14 pensów, za prosiaczka trzeba było zapłacić 3 pensy i farthinga, a za cielaka 2 szylingi i 2 pensy, a za 12 gołębi ( na jedno danie – gołębie w cieście ) 4 pensy.

Pensje wynosiły dla niewykwalifikowanego robotnika 3 funty 10 szylingów rocznie co daje 3-4 pensy dziennie, wykwalifikowany robotnik 5 funtów i 10 szylingów rocznie 5-6 pensów na dzień, tkacz i krawiec zarabiali 8 funtów. Służba: butler i pokojowa – wyżej postawieni służący 40 szylingów rocznie ( miejsce do spania i wyżywienie), praczka 26 szylingów, prosty służący 20 szylingów.

 
1 , 2
Flag Counter