sobota, 23 lutego 2013

 

Zawsze jest taki drobny dreszczyk emocji, gdy bierzemy do ręki nową książkę autorki którą lubimy i cenimy. Tak było i teraz, bardzo mi się podobała rodzinna saga osadzona wokół „Cukierni pod Amorem” i sięgając po nową powieść pani Małgorzaty, nie bardzo wiedziałam czego oczekiwać. Jest to opowieść ze świata teatralnego, dziejąca się w ciągu kilkunastu tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Powieść ta ma być komediowym podejściem do tematu – i dobrze, bo do tej pory króluje w tej tematyce patos z nielicznymi wyjątkami.  Akcja powieści dzieje się w teatrze na prowincji, a bohaterami są pracownicy tej kulturalnej instytucji – aktorzy, dyrektor, reżyser, bufetowa  itd., wpadający co chwilę pierwszy sekretarz, handlarka, córka bufetowej i jej francuski przyjaciel, ksiądz i jego ulubiony dramaturg przerabiający sztuki na współczesne czasy… . Jest to komedia pomyłek i absurdu w której nikt nic nie wie, ale wszyscy coś ukrywają, lekka przyjemna i zabawna, o tak wartkiej akcji, że nawet człowiek się nie zdąży zaśmiać, a już coś nowego się bohaterom przydarza.

W teatrze na prowincji nowy reżyser, prosto ze stolicy, młoda nadzieja polskiej sztuki reżyserskiej męczy sią nad nową premierą sztuki „Horsztyński”. Aktorzy się spóźniają, żona dyrektora widzi w nim nowego kandydata na romans, główny aktor stroi do niego migdałowe oczy, a pierwszy sekretarz mu się wtrąca w repertuar. Jak tu w takich warunkach pracować? Dyrektor teatru marzy o dziedzicu nazwiska i romansuje z sekretarką, która ma ambicję na bycie kolejną żoną dyrektora, a nawet wskoczenie na jakieś stanowisko kierownicze. Na pyszne obiadki do teatralnego bufetu wpada po sąsiedzku pierwszy sekretarz i w ramach dopieszczania swojej ulubionej placówki teatralnej przysyła im świnię – co by nie zabrakło mięsiwa na te pyszne obiadki. Artyści jednak nie mają serca aby uśmiercić zwierzaka, zwłaszcza, gdy okazuje się, że jest ona prośna i tak w teatrze rozpoczyna się hodowla żywca. Jest to problem zwłaszcza, gdy na teatr spada kontrola NIK-u, której przewodniczy kobieta uwiedziona w młodości przez szanownego dyrektora. Wszystko podpada pod jakiś paragraf i zbiera się, zbiera na wielką aferę. Do tego jeszcze dyrektorowa wpada w oko pierwszemu sekretarzowi, Magda córka bufetowej spodobała się reżyserowi, a obrazy abstrakcyjne francuskiemu koledze Magdy. Wraz z wizytą Magdy pojawia się powielacz, a potem nawet trzy, a żeby dorzucić oliwy do ognia to jeszcze się pojawia się legenda opozycji w regionie w przebraniu hydraulika, a taki fachowiec jest na wagę złota, więc nic dziwnego, że go chce przechwycić pierwszy sekretarz. Na zapleczu pracownicy pędzą bimber, przyprawiają go kukułkami i zlewają w butelki po koniaku. Tyle się dzieje, że aż dziwne, że tam jeszcze sztuki wystawiają, a i na scenie nie jest bezpiecznie - w czasie jednego przedstawienia dwa wypadki niemalże eliminują ważne postacie z tej gry. I jak tu w takim galimatiasie przygotować premierę na 12-ego grudnia, która to ma być głównym punktem artystycznym kończącym manewry wojskowe, jaką sztukę wybrać dla towarzyszy ze wschodu, kto ma grać itp. Nic dziwnego że dyrektor Zbytek co chwila woła o krople – zresztą przygotowane przez zaprzyjaźnionego księdza, który się domaga przedstawienia jasełkowego. 

Historia wydaje się być śmieszna, pełna farsy i absurdu, ale jakoś mi nie było do śmiechu i sama się wiem dlaczego. Może było zbyt nasycone tym humorem, zbyt mało ilustracji, a zbyt dużo sytuacji komicznych. Dopiero jak sobie zaczęłam przypisywać aktorów do postaci to pojawił śmiech. Stworzyłam sobie obsadę marzeń do tej powieści i wydaje mi się że fajna by była z tego komedia na srebrnym ekranie, niż powieść na kartkach. Moją ulubioną postacią powieści był pan Czesio, do tej roli Tadeusz Fijewski, w roli Zbytka zdecydowanie Kowalewski, Paulina to Anna Seniuk ( prosto z Czterdziestolatka), Mariola to Katarzyna Figura, pierwszy sekretarz to Jerzy Stuhr, a udający hydraulika działacz legenda to Stefan Friedmann. Przy scenie na ławeczce między Seniuk a Stuhrem to padałam ze śmiechu, jak mi to ukazało się w mojej wyobraźni. No cóż, rzecz to niemożliwa taka obsada, ale pofantazjować przecież można, a w ten sposób zdecydowanie lepiej się tę powieść czytało.

środa, 20 lutego 2013

 

Fabuła tego filmu opiera się  na prawdziwych wydarzeniach i jest dziwniejsza niż fikcja. Gdyby nie fakt, że to się naprawdę wydarzyło, możny by śmiało powiedzieć, że to jest niemożliwe. Akcja filmu opowiada o zdarzeniach, które pamiętam, bo wydarzenia te pokazywane były w telewizji. Otóż w listopadzie 1979 roku grupa muzułmańskich studentów i bojowników wtargnęła na teren Amerykańskiej Ambasady w Teheranie, a wszyscy jej pracownicy stali się zakładnikami.

Okazało się, że szóstka: Robert Anders (Tate Donovan), Cora Lijek (Clea DuVall), Mark Lijek (Christopher Denham), Joe Stafford (Scoot McNairy), Kathy Stafford (Kerry Bishe) i Lee Schatz (Rory Chochrane,  wymknęła się z Ambasady niezauważona i udało się tej grupce dotrzeć do domu Kanadyjskiego Ambasadora Kena Taylora (Victor Garber), który to udzielił im schronienia. Film „Argo” opowiada właśnie ich historię, akcję ratunkową opracowaną przez eksperta CIA Toniego Mendeza (Ben Afflek) przy współpracy rządu kanadyjskiego oraz ludzi z Hollywood, w świetnie obsadzonych rolach Alan Arkin jako Lester Siegel i John Goodman jako John Chambers.  Pojawiają sią różne plany wydostania ich z Iranu, jeden bardziej niemożliwy od drugiego, sprawę utrudnia fakt, że każdy wyglądający na Europejczyka i mówiąc po angielsku jest traktowany jak potencjalny wróg rewolucji i państwa irańskiego. Propozycje wysłania do nich rowerów i map lub udawanie przez nich członków organizacji dobroczynnych były równie nieprawdopodobne, jak ta ostatecznie przyjęta, zwana „wersją hollywoodzką”. Zwierzchnicy Mendeza byli bardzo sceptyczni ale jak on to sam stwierdził to jest „najlepszy z najgorszych pomysłów jakie mają”.

Rozpoczynają się przygotowania, strony rządowe amerykańska i kanadyjska pracują nad dokumentami – paszporty, wizy…. Tony udaje się do Hollywood i zbiera ekipę do produkcji filmu, jak mówi postać grana przez J. Goodmana -  „…więc chcesz przyjechać do Hollywood, zachowywać się jak gruba ryba i w zasadzie nic nie robić? – gdy Tony odpowiada potwierdzająco– acha – ten mu mówi – to się idealnie wpasujesz…”. Robią przeglądy aktorów, castingi, pojawiają się informacje w prasie, pracują nad kostiumami, szkicami lokacyjnymi, odbywa się nawet spotkanie promocyjne z udziałem prasy. Zaangażowane zostało też studio produkcyjne z biurem i telefonem – żeby to wyglądało na poważna produkcję.

Otóż Mendez jedzie do Iranu i ma wrócić z uciekinierami jako ekipa filmowa robiąca rozpoznanie do zdjęć filmowych, są im potrzebne egzotyczne plenery do filmu fantastyczno-naukowego „Argo”.  Nie jest to jednak takie proste, Wielki Irański Brat czuwa i biurokracja utrudnia całą operację, po pierwsze na wszystko jest potrzebne zezwolenie z ministerstwa, a po drugie dzieci segregują i układają zniszczone w niszczarkach dokumenty m.in. zdjęcia pracowników ambasady – wkrótce bojownicy się zorientują, że kogoś im brakuje. Dom Kanadyjskiego ambasadora to gościnna kryjówka, ale niebezpieczeństwo wisi nie tylko nad uciekinierami, ale i nad rodziną ambasadora i jego pracownikami. Uciekinierzy nic nie mogą zrobić tylko czekać i mieć nadzieję, że ktoś ich stamtąd wyciągnie. Muszą bardzo uważać, aby ich nikt nie zobaczył, bo szpiedzy i fanatycy są wszędzie. Uciekinierzy to normalni ludzie i boją się, nie wiedzą komu ufać, bardzo szybko muszą nauczyć się konspiracji, nowych ról aby ocalić swoje życie.

Są dramatyczne momenty, aby dodać historyjce autentyczności Mendez i ekipa filmowa udają się na wybrane plenery filmowe, oczywiście pod kontrolą obserwatora z ministerstwa. Po drodze przejeżdżają przez antyzachodnią demonstrację, która testuje nerwy bohaterów filmu ale także nasze. Potem cała operacja zostaje niemal odwołana, a gdy już przechodzą przez kontrolę paszportową, a potem ideologiczną nerwowo ściskamy za nich kciuki. Choć wiedzieliśmy, jaki jest koniec, to siedzieliśmy na krawędzi foteli, tak ten film trzymał nas w napięciu. Kiedy koła samolotu oderwały się od pasa startowego i zagrożenie minęło połowa kina odetchnęła z ulgą.

Dobrze się tę historię dziwniejszą niż fikcja oglądało, a Ben Afflek znów pokazał nam ze ma główkę nie od parady.

poniedziałek, 18 lutego 2013

 

Plakat reklamujący tę wystawę widzieliśmy dawno temu i stwierdziliśmy, że to może być interesująca ekspozycja, a potem kompletnie o tym zapomnieliśmy i o mały włos, a by nam ona przeszło obok nosa.

Wystawa ta jest rezultatem wykopalisk przeprowadzonych przy Royal London Hospital, a konkretnie na terenie cmentarza przyszpitalnego. Cmentarz od lat nie był w użyciu i popadł w totalne zapomnienie, do tego stopnia, że jego odkrycie wzbudziło zdziwienie. Odkryto 262 pochówki, często kości były mocno pomieszane, nosiły ślady sekcji, amputacji, niektóre kości były połączone drutami, a wśród nich znajdowały się także szczątki zwierzęce. Cmentarz był w użyciu w pierwszej połowie XIX wieku, niby niedawno,  więc co nowego mogło to znalezisko wnieść do naszej wiedzy o tamtych czasach.  Wbrew pozorom bardzo dużo, a wystawa ta jest wynikiem wnikliwej analizy materiałów wykopaliskowych i źródeł pisanych, dokumentów sądowych, i eksponatów pomocniczych ze szkół medycznych.  Wkraczając na sale wystawowe, wkraczamy w ciemny i niebezpieczny świat  początków XIX wieku i możemy się przypatrzeć narodzinom nowoczesnej medycyny.

Na początku wystawy mamy wielką mapę Londynu z tego okresu z naniesionymi miejscami, które są przedstawione na wystawie. Są tu więc szpitale, szkoły anatomii, gospody, cmentarze i inne miejsca o szczególnym znaczeniu dla tego tematu. Wystawa jest przesiąknięta ciekawymi informacjami i eksponatami.

ivory model of the body

London Hospital był szpitalem opartym na datkach dobroczynnych, przyjmowani do niego byli tylko pacjenci, który sobie na to zasłużyli, ciężko pracujący i biedni, ale o dobrym charakterze, czyli dobrze się prowadzących (np. nie przyjmowano osób z podejrzeniami chorób wenerycznych).  W szpitalach prowadzono ewidencję, a książki szpitalne rejestrowały imiona, daty przyjęcia, diagnozy i rezultaty podejmowanych działań – operacji. Londyn w tym okresie był bardzo przeludniony, choroby, wypadki spowodowały, że znacznie wzrosło zapotrzebowanie na usługi medyczne.

Wiedza lekarska to wynik zbiorowej kolekcji informacji, i aby była ona skutecznie wykorzystana musi być przekazywana w sposób praktyczny. Aby lekarz mógł skutecznie leczyć, musi poznać budowę ludzkiego ciała. W 1820 roku w Londynie były 4 szpitale oferujące lekcje w prosektorium i 17 prywatnych szkół anatomicznych. Potrzeba było około 500 ciał rocznie aby zaspokoić zapotrzebowanie. Wszystko to dlatego że popularna stała się tzw. „metoda paryska” – według której każdy student miał osobne zwłoki do preparacji.  Mamy tutaj w jednej z gablot, list studenta medycyny Hamiltona, który narzeka, że jest za mało ciał i muszą się dzielić, i że otrzymał tylko kawałek nogi do preparowania. Praktyczne lekcje anatomii były ograniczone przez dostęp do ciał – oficjalnie tylko ciała skazanych na śmierć były przekazywanie do badań medycznych; oraz warunki pogodowe – zajęcia odbywały się tylko w okresie jesienno- zimowym, nie było chłodni, więc w lecie było to raczej niepraktyczne.

wax model of a head

Całe to krojenie i preparowanie uznawano za dodatkową karę za popełnione przestępstwo, tak złoczyńca zostawał ostatecznie i w dość makabryczny sposób unicestwiony – był bez szans na życie pośmiertne, bo nie miał już ciała.

Pokazano też interesujące powiązania między sztuką a medycyną. Adepci sztuki byli zainteresowani ciałem, choć w innym aspekcie niż przyszli lekarze. Rzeźbiarz Thomas Banks był przekonany, że dotychczasowe przedstawienia ukrzyżowania nie oddawały w sposób realny tego, co się dzieje z ciałem w czasie takiej egzekucji. Postanowił więc on sprawdzić to w sposób naukowy -  czyli poprzez doświadczenie. Rzeźbiarz i dwaj inni artyści B. West i R. Crossway otrzymali ciało skazańca Jamesa Legg, 73-lentiego  emeryta Chelsea ( są to emeryci wojskowi mieszkający w specjalnym słynnym Królewskim Szpitalu w dzielnicy Chelsea, staruszek ten zabił kolegę i został skazany za tę zbrodnię na śmierć). Jego ciało zostało przybite do krzyża, następnie zdjęto skórę aby uwidocznić mięśnie i zrobiono odlew gipsowy. Okazało się, że artysta miał rację, dzieło to - „Anotomical crucifixion  of James Legg” na stałe znajduje się w zbiorach Królewskiej Akademii Sztuki - zostało wypożyczone na tę wystawę.

W tym okresie (1823 rok) powstaje słynne czasopismo medyczne „Lancet” , jego założyciel T. Wakley - lekarz – miał na celu wyciąć korupcję i niekompetencją w świecie medycznym, stąd też nazwa pisma pochodząca od instrumentu chirurgicznego, a także od okna o podobnym kształcie, które wpuszczało światło do pomieszczenie  -  pismo miało więc oświecać światek lekarski.

Jednym z tematów jakim zajął się Wakley była sprawa Williama Milarda i jego żony Anny. Otóż Milard był pracownikiem szkoły anatomicznej przy szpitalu św. Thomasa i w 1823 roku został przyłapany na terenie szpitalnego cmentarza z łopatą i workiem – został on osadzony w więzieniu, słynnym z ciężkich warunków Coldbath Prison, a jego żona walczyła o jego uwolnienie. Dwa lata później Anna opublikowała pamflet, w którym opisała związki lekarzy i wykopujących ciała z grobów „przestępców” . Ujawniła prawdę o czarnym rynku, na którym towarem były ludzkie ciała z przeznaczeniem do szkół anatomicznych. Zapotrzebowanie rosło, a że egzekucji było mało, to ktoś musiał zapełnić te luki, zadziałało tu prawo popytu i podaży. Gdzie jest zapotrzebowanie, tam zawsze pojawią się ludzie bez skrupułów, którzy będą się starali na tym interesie zarobić. Opisała ona sytuację w szpitalu św. Thomasa, gdzie ciała zmarłych pacjentów były kupowane i sprzedawane jak owce czy woły na targu. Była to rzeczywistość, o której wszyscy wiedzieli, ale nikt nie chciał nic zrobić. Rabowanie grobów było karalne, ale perspektywa zarobku powodowała, że ten proceder kwitł.

Jednym z interesujących eksponatów na tej wystawie jest pamiętnik J. Naples „Diary of Resurectionist” – osobnicy wyciągający ciała z grobów byli potocznie nazywani „Resurection Man”  -  ożywiaczami. Jest tu wersja cyfrowa i można sobie poszperać na ekranie i poczytać o poczynaniach jego gangu. Metody działania takich odgrzebujących to znalezieniem świeżego grobu, wykopanie tunelu przy użyciu drewnianych łopat ( były cichsze), rozbicie trumny i wyciągnięcie zwłok przy pomocy liny. Zabierano tylko ciało zostawiając ubranie i inne przedmioty – nawet biżuterię – nie chcieli być oskarżani o kradzież. Rabowanie grobów z ciał było traktowane jako występek i karane więzieniem, kradzież to już zbrodnia i karą mogła być nawet egzekucja albo wywózka np. do kolonii karnych. Szajka Naplesa działając w latach 1811-12 dostarczyła na rynek anatomiczno-szkolny 300 ciał.

Oczywiście ludzie usiłowali się zabezpieczyć i bronić przed rabusiami, cmentarze były patrolowane, na grobach zakładano pułapki, wnyki itp. – te jednak uznano za nielegalne. Pojawiły się reklamy trumien z zabezpieczeniami, reklamowane „ Bezpieczeństwo dla zmarłych” , przykłady takich trumien można min. zobaczyć w kościele St. Bride przy Fleet Street w Londynie. Bogatsi obywatele zaopatrywali się w specjalne trumny z zabezpieczeniami przeciwko tym specyficznym intruzom cmentarnym – np. doktor A. Cooper, lekarz głów koronowanych, sam klient tych antygrabarzy został pochowany w kilku trumnach - tak na wszelki wypadek.

Taka rzeczywistość miała swoje odbicie w literaturze i tak oto pojawiają się dzieła jak „Frankenstein”  Mary Shelley, są nawiązania w powieści Dickensa „Opowieść o dwóch miastach” ; „Middlemarch” autorstwa G. Elliot, oraz mniej znane jak „Mysteries of London” - okropne historyjki dla biedoty sprzedawane za grosze; czy ballada T. Hooda „Mary’s Ghost”.

Rabowanie grobów ze świeżych ciał dla niektórych przestępców okazało się zbyt pracochłonne i pojawiły się przypadki morderstw dla uzyskania ciała na sprzedaż. Pierwszy wielki skandal miał miejsce w Edynburgu, gdzie grasował gang Burke and Hare (nakręcono o nich czarną komedię). Byli to dwaj osobnicy którzy postanowili zarabiać na życie dostarczając ciał na lekcje anatomii. Pierwsze ciało sprzedali, gdy usiłowali się pozbyć lokatora, który zmarł w „pensjonacie” prowadzonym przez żonę Hare’a.  I tak się zaczął ich ciemny proceder, mordowali lokatorów m.in. odurzając alkoholem i przyduszając -  taki sposób został określony potem jako „burking”, a następne gangi także nazywano od imienia tego edynburskiego przestępy jako „burkers”. Potem pojawili się naśladowcy w Londynie i reszcie królestwa. W gablocie na wystawie był zakonserwowany fragment mózgu Burke.

Burke's brain, mózg edynburskiego mordercy

Słynna sprawa z Londynu to morderstwo „włoskiego chłopca” przez gang J.bishopa, T. Williamsa, M. Shieldsa i J. May (gang ten miał na sumieniu wykopanie około 500-1000 ciał), ale to okrutne morderstwo czternastolatko doprowadziło ich na salę sądową. 5 Listopada 1831 roku Bishop i May pojawili się ze świeżym ciałem w Szpitalu Guya żądając za nie 12 gwinei, gdy im odmówiono, skierowali się do szkoły Anatomii przy King’s college na Strandzie. Tutaj zostało ono obejrzane przez R. Partridge’a, któremu jego świeżość wydała się podejrzana, ciało nie wyglądało jak wykopane z grobu, wezwana została policja, a dostawców aresztowano. Domki w których zamieszkiwali i przyległe tereny w ogrodach Nova Scotia zostały przeszukane i znaleziono liczne przedmioty i ubrania – fakty te sugerowały możliwe wcześniejsze zbrodnie, niestety brak dowodów spowodował, że oskarżeni oni zostali tylko o zabójstwo tego bezimiennego chłopca (identyfikowanego jako Carlo Ferrari lub pastucha bydła z Lincolnshire). Przestępcy przyznali się także do innego zabójstwa bezdomnej kobiety i jej dziecka, których ciała sprzedali za 8 szylingów w szpitalu św. Thomasa.

Bishop, Williams i May zostali skazani na karę śmierci, a sprawa ta miała taki rozgłos, że musiano otworzyć okna w sądzie Old Bailey, aby zgromadzone tłumy mogły usłyszeć ogłoszenie wyroku. Dom używany przez gang stał się atrakcją turystyczną, którą można było zwiedzić za opłatą 5 szylingów, wielu zwiedzających zabrało sobie różne przedmioty na pamiątkę. Zgodnie z prawem ciała przestępców skazanych na śmierć zostały po wykonaniu egzekucji przekazane do szkół anatomicznych. Chętnych na obejrzenie zwłok i sekcji było wielu, prawie doszło do zamieszek w czasie przepychanki przy wpuszczaniu na salę, gdzie miała się odbywać lekcja anatomii z ciałem Williamsa w roli głównej. W gablotach na wystawie można było zobaczyć pamiątki z tego wydarzenia – kawałki skóry Williamsa i Bishopa.

Te makabryczne przypadki spowodowały szeroką dyskusję na temat czarnego rynku ciałami i mającej miejsce eskalacji – od rabowania świeżych grobów do morderstw. Rozpoczęła się debata w parlamencie i w maju 1832 roku przegłosowano bardzo ważny dokument, znany jako Anatomy Act.  Dyskusja w parlamencie i prasie oraz na ulicach kręciła się wokół kilku pytań : czy to nowe prawo zatrzyma tzw. „Burkers” zabijających dla zdobycia ciał?; czy uda się pozbyć przestępstw (okradania grobów, burking)  pozbywając się pokusy?; co z tego będzie dla biednych?; aby lekarze mogli się uczyć – muszą odbywać się sekcje!; czy biedota nie będzie porzucała swoich krewnych, gdy ich nie będzie stać na pogrzeb?; że to jest bez sensu, że chirurg jest karany na źle wykonane operacje i za kupowanie ciał na sekcje – musi się na czymś szkolić!. Przeciwnicy aktu stwierdzili, że wszyscy co są za powinni oddać swoje ciała po śmierci na cele naukowe … Debata była długa i gorąca, ale ostatecznie postępowa reforma została przegłosowana.

Według nowych przepisów ciała osób zmarłych w szpitalach, domach pracy ( workhouse – instytucja stworzona dla osób nie mogących się utrzymać, oferująca dach nad głową i zatrudnienie – makabryczne miejsce), oraz w więzieniach mogły zostać użyte w celach medycznych. Jeżeli osoba przed śmiercią nie wyraziła sprzeciwu, to przyjmowano że się zgodziła na sekcję na lekcjach anatomii. Wdrożenie aktu w życie nie było takie proste, niektóre instytucje odmawiały przekazania ciał, zawierano tajne umowy na dostarczanie zmarłych do szkół za opłatami trafiającymi do prywatnych kieszeni dyrektorów i innych osób. Udało się jednak puścić grabiących groby z torbami. W czasie 100 lat obowiązywania aktu 57 000 ciał zostało przekazanych na cele naukowe, 99,5% pochodziło ze wspomnianych „domów pracy”, schronisk dla umysłowo chorych i szpitali. Dla wielu popadnięcie w nędzę oznaczało, że jego ciało zostanie wykorzystane po śmierci -  dla wielu ludzi był to dodatkowy ciężar psychiczny, pognębiający i tak już trudne warunki życiowe.

Akt ten obowiązywał do 2004 roku, gdy to w wyniku skandalu w szpitalach dziecięcych w Alder Hey i Brystolu (organy zostały zatrzymane w szpitalach) parlament uchwalił nowe prawo Human Tissue Act i powołał instytucję Human Tissue Authority, której zadaniem jest „regulacja usuwania, przetrzymywania, wykorzystania i niszczenia ciał, organów i tkanek”.  Akt ten m.in. pozwala na anonimowe przekazywanie organów, życzenie osoby zmarłej jest ważniejsze niż rodziny (jeżeli zmarły jest na liście dawców, a rodzina się sprzeciwi, to lekarze nie muszą godzić się z jej opinią, wielu lekarzy jednak nie chce konfrontacji z rodziną i respektuje jej życzenie), zakazuje się handlu organami, jeżeli chce się wystawiać ciała na pokaz to potrzebna jest na to licencja.

anatomical drawing

Wśród eksponatów na wystawie były m.in. drewniany stół do wykonywania sekcji (lata 1750-1870); bawełniany fartuch (1860-1910); przykłady trumien z zabezpieczeniami; karykatury tematyczne Thomasa Rowlandsona; woskowe modele używane przez studentów – ukazujące budowę ludzkiego ciała; ilustracje ukazujące budowę anatomiczną wykonane przez słynnego artystę francuskiego J. Fabien Gautier D’Agoty. Można też zobaczyć ilustracje z pierwszego wydania „Gray’s Anatomy” (najpopularniejszy atlas anatomiczny, którego nazwa trafiła na ekrany telewizyjne) Jednym z bardziej interesujących eksponatów był spreparowany szkielet dziecka, małego chłopca, którego ciało zostało podarowane w celach naukowych Szpitalowi Londyńskiemu przez rodziców. Był to niezwykle rzadki gest, ale nie wiemy dlaczego tak się stało, może w swojej żałobie i nieszczęściu mieli nadzieję, że lekarze badając jego ciało nauczą się czegoś co uratuje życie innemu dziecku -  ale to tylko moje domysły. Ciało zostało poddane sekcji, a następnie zabezpieczone odmianą żywicy naturalnej – szelakiem – uzyskiwanej z wydzieliny owadów Lac laccifer (czerwce), układ krwionośny jest doskonale widoczny został bowiem napełniony specjalnym barwnikiem.

Mamy tutaj także narzędzia lekarskie, zestaw do amputacji – w postaci pił o różnej wielkości, noży itp. – takie sprzęty były drogie, często zdobione i stanowiły własność lekarza, a nie szpitala. Są tu też zestawy do zabiegu kauteryzacji – zamykania rany poprzez działania termiczne – czyli przypalania (przyżegania) oraz przykłady różnych urazów i zwyrodnień kości oraz chorób uwidaczniających się na szkielecie. 

Na początku XIX wieku medycyna dopiero raczkuje i naprawdę lepiej było nie chorować, niektóre rzeczy wzbudzają w nas zdziwienie i nie możemy w nie uwierzyć. Przerażające jest to, że instrumenty medyczne nie były sterylizowane – była to jedna z przyczyn dużej śmiertelności wśród pacjentów. J. Luke nauczyciel anatomii  był wyjątkiem i dziwakiem w swoich naleganiach o czystość, mycie rąk i narzędzi. Lekarze potrafili od pacjenta z gangreną przejść do porodu bez umycia rąk; złamane ręce czy nogi były często po prostu amputowane, pierwszy raz użyto gipsu w leczeniu złamania w 1856 roku w Paryżu . Amputacja to makabryczny zabieg, po pierwsze nie było znieczulenia ( po raz pierwszy użyto eteru w 1846 roku), asystujący w operacji często trzymali pacjenta, by się nie wyrywał, najpierw nacinano tkanki miękkie i jeżeli przy tym pacjent nie zemdlał to czekała go dalsza gehenna gdy piłą ucinano kość, nie szyto rany tylko zaklejano plastrem klejącym, lub dokonywano wspomnianej już kauteryzacji.  Podobno dobry chirurg był w stanie to zrobić w 1 minutę – jestem przekonana, że nawet gdy był to super fachowiec, to ta jedna minuta wydawała się pacjentowi wiecznością. Pacjenci umierali nawet, gdy operacja amputacji zakończyła się sukcesem, często z powodu szoku, wykrwawienia się oraz złapanych infekcji. Inny szybki zabieg to trepanacja – wyszkolony chirurg dokonywał jej w 1-2 minuty a pacjent miał 25-50 % szansy na przeżycie.

Wystawę kończy improwizowana na ekranie debata cieni nad Aktem z 1832 roku oraz niezwykle pouczająca tabela czasu ukazująca ważniejsze wydarzenia w świecie medycyny. I tak dowiadujemy się że Królowa Wiktoria użyła chloroformu w 1853 roku w czasie swojego 8 porodu- to spowodowało że taka metoda walki z bólem została bardziej zaakceptowana. W 1865 roku po raz pierwszy użyto środków antyseptycznych, a w 1896 po raz pierwszy wykorzystano X-ray w czasie operacji. Obie wojny to kolosalny postęp w medycynie, zaciekłość w szerzeniu śmierci nie ustępowała determinacji w ratowaniu życia. W 1952 roku dokonano pierwszej operacji na otwartym sercu, w 1958 roku zamontowano pierwszy wewnętrzny rozrusznik serca, dwa lata później dokonano pierwszej operacji wymiany biodra, a w 1965 dokonano pierwszego udanego przeszczepu nerki – stało się tak dzięki wynalezieniu leków immunosupresyjnych. Tylko parę lat temu widzieliśmy w telewizji konferencję prasową po pierwszym udanym przeszczepie twarzy. 

Postęp medycyny jest niesamowity, że aż trudno uwierzyć że nadal mamy problem z higieną w szpitalach i zarazki się rozprzestrzeniają bo personel nie myje rąk. 

Wystawa jest bardzo dobrze przygotowana, ciekawie zrobiona, pełna interesujących eksponatów i historii, i można się na niej wiele nauczyć o rzeczywistości początku XIX wieku. Wystawa została zorganizowana przez Museum of London i mieści się w ich budynkach na Barbakanie, trwać będzie ona do 14 Kwietnia 2013 roku. Zachęcam, bo jest warta obejrzenia. Godziny otwarcia : codziennie od 10 rano do 18. W piątek 1 Marca do 21 a ostatnie wejście o 19:30.

Organizatorzy wystawy zastrzegają sobie że ze względu na eksponaty i fakty nie jest ona przeznaczona dla dzieci poniżej 12 roku życia.

Ceny:

Dorośli – £9

Ulgowe – £7

Posiadacze karty Art. Fund – £4.50

Dojazd do Museum of London

Metro: stacja Barbican – linie Circle  (żółta), Metropolitan, Hamersmith and City (różowa); St Pauls Centralna (czerwona); Moorgate takie same linie jak na Barbican plus Nothern (czarna) odnoga jadąca przez Bank. Pociągami można dojechać do stacji Farrington, Liverpool St.

Autobusami : 4, 8, 25, 56, 100, 172, 242, 521.

Wpis jest ilustowany materiałami udostępnionymi przez Wydział Prasowy Museum of London. 

poniedziałek, 04 lutego 2013

 

To kolejny film szokującego publiczność reżysera, tym razem na warsztat poszedł western i oto mamy przeróbkę, lub jakby to powiedzieć film inspirowany, czy też obrazkowy hołd złożony klasycznym wersjom Django z Franco Nero w roli głównej.

Film jest ten w zasadzie o miłości, bowiem główny bohater Django (Jamie Foxx) ma jeden cel – odnaleźć i uwolnić swoją ukochaną. Dobry los stawia na jego drodze  uroczego, ekscentrycznego i elokwentnego dentystę.

Django unchained

Doktor King Schultz ( genialny w tej roli Christoph Waltz -  to już drugi występ u Tarantino – czyżby pojawił się nowy ulubieniec u tego reżysera ?) nie jest jednak zwykłym wyrwizębem, a człowiekiem w służbie prawa.  Szuka zbiegłych i ukrywających się przestępców, za którymi sądy wysłały listy gończe  w stylu „ Poszukiwany żywy lub martwy” i dostarcza owych delikwentów ( w stanie wiecznego spoczynku ), pobierając sowite nagrody. Im „gorszy” bandyta tym lepsza nagroda.

Django unchained

Django jest potrzebny dobremu doktorowi, który najpierw usiłuje go kupić po dobroci, ale gdy te starania spełzają na niczym, sięga po mocniejsze argumenty. I tak oto obaj wyruszają w drogę, a doktor, który jest urodzonym humanistą, obiecuje naszemu bohaterowi wolność, jeśli ten pomoże mu znaleźć braci Brittle, poszukiwanych bandytów, bezlitosnych zabójców na usługach właścicieli plantacji. Django ich zna doskonale, bo to oni są przyczyną jego cierpienia, to oni złapali jego i jego żonę, wychłostali ją i wypalili znamię na twarzy, to oni rozdzielili ich, jak się wydaje, na wieczność. Oto pojawia się okazja zemsty, ale na tym nie kończy się oferta dobrego doktora. Gdy Django wyjawia imię jego ukochanej – Broomhilda von Shaft i to, że mówi ona także po niemiecku, to niezwykle zdziwiony Schultz oferuję pomoc z znalezieniu i uwolnieniu dziewczyny, dodając, że jako Niemiec czuje, że jest to jego moralnym obowiązek – przytacza tu legendę o Zygfrydzie i Broomhildzie. Mi jako Polce to imię kojarzy ze zjawą biegającą po zamku, wykrzykującą „Przebacz mi Brumhildo ” .

Django unchained

I tak obaj panowie jeżdżą sobie po Dzikim Zachodzie w poszukiwaniu zbiegów i przestępców, a że tych jest nie mało, to mają oni dużo pracy. Udaje im się odnaleźć wrednych braciszków i zaczynają przygotowania do odnalezienia słodkiej Broomhildy. Niestety, jej nowym właścicielem jest ziemskie wcielenie zła – Calvin Candie ( wyśmienita rola Leonada DiCaprio) i aby dotrzeć do dziewczyny potrzebny jest przebiegły fortel i to nie jeden. Wszystko idzie zgodnie z planem, choć nie bez potknięć i dylematów moralnych, ale oto na drodze do spełnienia i szczęścia staje wierny niewolnik, rasista to setnej potęgi Steven  -  przerażający i porażający Samuel L. Jackson.

Quentin Tarantino wydaje się być wiernym wyznawcą teorii „ po trupach do celu”, bo trup się ścieli tutaj często, a krew się leje po ścianach ( a podobno przeciętny człowiek ma tylko 5-6 litrów krwi), słychać dźwięki łamanych kości, rozszarpywanych ciał, itd. Jest to bardzo krwisty film, ale jak to u Tarantino, w najbardziej „nieodpowiednich” momentach wtłacza on nam przed oczy odrobinę czarnego humoru i człowiek wybucha nerwowym śmiechem, mając nadzieję, że nieznajomy osobnik siedzący przed lub za nami, też tak odebrał tę scenę. Jak zwykle też u Tarantino  bawi się on swoim filmem. I tak oto mamy super scenę spotkania Django Jamiego Foxxa z Franco Nero, który grał postać Django we włoskich oryginałach. Gdy Jamie Foxx literuje mu swoje imię, podkreślając że „D” się nie wymawia, Franco Nero mówi trochę z rozrzewnieniem – „Wiem”. Obejrzeliśmy ten film do końca, po same napisy, a po nich nastąpiło całe podsumowanie filmu w parusekundowej migawce i jednym zdaniu. Warto siedzieć w kinie do końca.

 

Ilustracje udostępnione przez Press Assiociation. 

niedziela, 03 lutego 2013

To druga edycja wystawy, na którą się wybraliśmy i znów nas niektóre zdjęcia olśniły, a nad niektórymi się mocno zastanawialiśmy i zapytywaliśmy sami siebie, co takiego w nich sędziowie widzieli. Początki tego konkursu sięgają do 1965 roku, gdy magazyn BBC pt. „Zwierzęta” ogłosił 1. konkurs, na który zgłoszono 500 zdjęć w 3 kategoriach. Wzrastało zainteresowanie i w 1984 roku magazyn BBC, o zmienionym tytule na „Wildlife” (Przyroda), nawiązał współpracę z Muzeum Historii Naturalnej i tak narodziła się obecna formuła konkursu.

Do ubiegłorocznej edycji zgłoszono 48 000 zdjęć z 98 krajów świata. Konkurs jest otwarty dla wszystkich, a anonimowe zdjęcia oceniane są przez panel sędziowski w różnych kategoriach: Świat Podwodny, Kreatywna Wizja Przyrody, Zwierzęta w swoim środowisku, Dzikie Zakątki,  Zachowanie  -Ssaków,  -Ptaków, -Zwierząt zimnokrwistych, Portrety Zwierząt, Biało–Czarna Przyroda, Królestwo Roślin, Dzikie życie w mieście, Nagroda dla młodych Fotografów Dzikiej Przyrody oraz „Świat w Naszych Rękach”.  Przyznawana jest też za całe portfolio artystyczne specjalna nagroda imienia Erica Hoskinga dla młodych fotografów ( od 16 do 26) roku życia, ma ona na celu promocję nowych talentów oraz zachęcenie ludzi do uprawiania tego interesującego hobby.  A w celu promowania ochrony gatunków zagrożonych jest kategoria imienia Geralda Durella.

Znów było trudno wybrać zdjęcia do bardziej szczegółowego przedstawienia, bo ze 100 musiałam ograniczyć się do 5, ale może ta mała namiastka zachęci Was do poszukania najbliższego miejsca, gdzie można tę wystawę zobaczyć i się na nią wybierzecie.

Zdjęcie Paula Nicklena „Frozen mement” wygrało kategorię – Zachowanie Ptaków. Ptaki są jednym z popularniejszym tematów nadsyłanych prac, a ukazanie ich zachowania w sposób interesujący i artystyczny nie jest łatwe. Wszystkie zdjęcia w tej kategorii były zajmujące i nietuzinkowe, ale ja uwielbiam pingwiny i ta fotografia mnie po prostu oczarowała i zaparła dech w piersiach. Pingwiny Cesarskie wracają z Oceanu z pełnymi brzuszkami do swoich kolonii, muszą nakarmić wygłodniałe małe i zwolnić drugą połówkę z opieki, aby owa poszła sobie sama na wyżerkę. Zwierzaki te nie mają rączek z paluszkami i nie mogą się chwycić, aby wyjść z wody, nie jestem nawet pewna, czy takie wyciąganie się na śliski lód było by możliwe. Na dodatek w około czatują na swój obiad różne ssaki jak foki, lamparty morskie itp. , więc liczy się szybkość takiego wyjścia z wody. Pingwiny dosłownie wyskakują z wody jak torpedy, z błyskawiczną prędkością , która jest osiągana dzięki bąbelkom powietrza uwalnianym spod piórek ptaka. Jest na wystawie podwodne zdjęcie to przedstawiające, też autorstwa Paula Nicklena i też zwycięska fotka w kategorii „Podwodny świat”.

pengwins

„Frozen moment” złapał dwa pingwiny - jeden właśnie wylądował na brzuszu, a drugi jeszcze jest w locie i krople wody unoszą się za nim jak kurz na drodze. Ptak ma rozchylony dziób jakby radośnie wołał sobie „jiiihiii” przy tym skoku. Cudowne, po prostu niesamowite i temat, i ujęcie.

W kategorii „Portrety Zwierzęce”, w której zadaniem było uchwycenie obiektu oddając jego osobowość i ducha w niecodzienny i pełen wyobraźni sposób, zwyciężył Larry Lynch. Jego zdjęcie „Warning night light” (światła ostrzegawcze) w pełni ukazuje paskudny i drapieżny  charakter zimnokrwistego aligatora. Zdjęcie naprawdę może zmrozić krew w żyłach, szkoda, że nie dodano przy nim złowrogiego pomruku, ale i bez tego zjeżyły mi się włosy na karku. Zdecydowanie wolałabym bliższe spotkanie z pingwinem niż z tym gadem, ale zdjęcie jest super.

aligator

Inne zdjęcie które mnie ujęło, też pochodziło z tej kategorii, a jego autor Jasper Doest otrzymał za nie wyróżnienie. „Relaxation” (Relaks) to urocza fotka przedstawiająca Makaka Japońskiego z Doliny Jigokudani. Okolica ta jest popularna w czasie zimy zarówno wśród ludzi jak i małpek, bo jest bogata w gorące źródła, i w czasie mrozów, aż roi się tam od tych małp, siedzą w ciepłej wodzie ze śniegiem na głowie. Takie grzanie ciałka rozleniwia, niektóre zaczęły sobie przysypiać z wyrazem „lubości” na mordkach, a płatki śniegu na włosach i rzęsach zmieniły się w krople. To zdjęcie zapiera dech w piersiach, spokój, ufność, błogostan w najczystszej postaci.

makak japonski

W kategorii „Botanical Realms” (królestwo roślin) oczarowały mnie dwa zdjęcia wyróżnione: „Woodland Magic” Andresa Miguela oraz „Fairy Lake fir” Adama Gibbsa.

„Woodland Magic” (zaklęty las) to przepiękny obraz jesieni, mgła, las, opadłe liście i wynurzające spod nich nieśmiało swoje łebki grzybki. Dwa niezwykle kolorowe muchomorki dopiero pęcznieją i nabierają kolorów, jeden jest bardziej musztardowy niż czerwony, a kropelki rosy dodają całej atmosferze jeszcze więcej tajemniczości i niezwykłości. Podoba mi się też perspektywa z jakiej zrobiono zdjęcie, nazwałam ją jeżykową,  bo tak pewnie wygląda leśny świat z punktu widzenia jeża.

muchomorki

„Fair Lake fir” nazwałam sobie „Jedlica na Rusałkowym Jeziorku”. Autor tego zdjęcia wędrował sobie po okolicy Port Renfrew w Kanadzie i natknął się na to magiczne jeziorko, wśród lasów z powalonymi drzewami tonącymi w wodzie. Na jednym takim pniu, rosło sobie małe drzewko, wiatr przyniósł nasionko, zapuściło ono korzonki ale, że nie było dużo miejsca aby się rozrosnąć, to taki wyrósł tam niedorostek – wyglądający na medalowy egzemplarz z hodowli bonsai. Fajne by były z tego puzzle, zabawa na parę dni.

drzewko

Mam nadzieję że udało mi się Was zachęcić, bo to tylko parę zdjęć, a są jeszcze inne równie ciekawe jak np. : lis przyłapany z piórami w zębach przy kurniku, którego wyraz pyszczka wydaje się mówić – ja tu tylko chciałem posprzątać; troskliwy tata gębacz z pyskiem pełnym ikry; pteropus czyli nietoperek zwany też latającym lisem, zaspokajający swoje pragnienie kroplami wody, które wzbija z powierzchni jeziorka za pomocą skrzydełek; kormorany rabujące głuptaka z jego połowu itd. Długo by wyliczać, naprawdę warto zobaczyć.

Wystawa jest w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. Najbliższa stacja metra to South Kensington, linie metra District (zielona), Circle (żółta)i Piccadilly (granatowa). Wystawa ta będzie tu do 3 Marca 2013 roku. Muzeum jest otwarte od 10 rano do 17:50 a w każdy ostatni piątek miesiąca do godziny 22. Wstęp na wystawę co najmniej na godzinę przed zamknięciem, ale lepiej sobie wygospodarować więcej czasu.

Ceny biletów:

Z Darowizną:
Dorośli: £10

Dzieci i ulgowe (seniorzy, studenci itp.) : £5

Rodzinny (max 2 dorosłych i 3 dzieci) : £27

Bez Darowizny:

Dorośli: £9

Dzieci i ulgowe (seniorzy, studenci itp.) : £4.50

Rodzinny (max 2 dorosłych i 3 dzieci) : £24

 

Wystawa ta też jeździ po Wielkiej Brytanii i możecie ją zobaczyć m.in. w:

Bristol Museum and Art Gallery - do 17 Lutego 2013

Natural History Museum at Tring do 13 Marca 2013

Nature in Art in Gloucester do 17 Marca 2013

National Museum Cardiff od 16 Marca do 28 Kwietnia 2013

Royla Albert Memorial Musuem and Art Gallery w Exeter od 2 Lutego do 2 czerwca 2013

Willis Museum w Basingstoke of 18 Maja do 27 Lipca 2013

Gosport Gallery of 3 Sierpnia do 12 Października 2013

 

Wystawa ta też pojeździ sobie po Polsce a zorganizowała to Agencja Zegart.

Bytom - Muzeum Górnośląskie, Pl. Jana III Sobieskiego 2 -  Od 5 Stycznia do 3 Lutego 2013


Tarnów - Tarnowskie Centrum Kultury, Rynek 5 – Od 7 do 28 Lutego 2013

Szczecin - Muzeum Narodowe, ul. Wały Chrobrego 3 -  Od 7 Marca do 1 Kwietnia 2013

Bielsko-Biała - Galeria Bielska BWA, ul. 3 Maja 11 – Od 6 do 28 Kwietnia 2013

Mińsk Mazowiecki, Muzeum Ziemi Mińskiej, ul. Okrzei 16 – Od 3 do 30 Maja 2013

Sopot - Państwowa Galeria Sztuki, Pl. Zdrojowy 2 -  Od 6 do 30 Czerwca 2013

Szklarska Poręba - Karkonoski Park Narodowy, ul. Okrzei 28 – Od 4 do 30 lipca 2013

Białowieża - Białowieski Park Narodowy, Park Pałacowy 5 -  Od 4 do 29 Sierpnia 2013

Jelenia Góra - Muzeum Przyrodnicze, ul. Wolności 268 – Od 6 do 29 Września 2013

Warszawa - Muzeum Ziemi PAN, Al. Na Skarpie 27 -  Od 4 do 30 Października 2013

Wrocław - Muzeum Miejskie, Ratusz/ul. Sukiennice 14/15 -  Od 7 do 28 Listopada 2013

Toruń - Muzeum Okręgowe, Rynek Staromiejski 1 – Od 6 do 29 Grudnia 2013

Zachęcam do wybrania się na tę wystawę w Londynie, Wielkiej Brytanii, Polsce czy gdziekolwiek mieszkacie, rozglądajcie się uważnie czy nie ma jej w pobliskiej galerii lub muzeum. Warto naprawdę warto, a nuż widelec może was to zainspiruje do polowania z obiektywem i ….

Wpis został zilustrowany materiałami prasowymi udostępnionymi przez wydział prasowy Muzeum Historii Naturalnej.

piątek, 01 lutego 2013

Titanic 

Wystawa ta o mały włos by nam przebiegła koło nosa, nie zdawałam sobie sprawy jak była popularna i dopiero udało mi się zdobyć bilety na ostatni tydzień. Sale wystawowe w Muzeum Victorii i Alberta były oblegane przez miłośników kina i mody, a było na co popatrzeć bo zebrano ponad 100 kostiumów z różnych filmów na przestrzeni stulecia 1912-2012. Wiele z tych kostiumów pochodziło z prywatnych kolekcji i nigdy nie były udostępnione tak szerokiej publiczności.

Wystawa została podzielona na akty, przedstawiające różne aspekty kostiumologii filmowej.

costiums on exhibition

Akt 1 „Dekonstrukcja” czyli proces twórczy.

Kreatorzy kostiumów są bardzo ważnym elementem pracy nad filmem, ich wytwory pomagają ożywić postać ze scenariusza i powodują, że jesteśmy w stanie uwierzyć w bohaterów filmowych i świat w jakim oni żyją i funkcjonują.  Za każdym kostiumem kryje się historia jego powstania, skomplikowany proces twórczy, często długie poszukiwania w archiwach, konsultacje ze specjalistami itp. Meryl Streep stwierdziła „że ubrania są połową zmagań w tworzeniu wizerunku bohatera”.  Widownia czyli my powinna uwierzyć, że osobnik z filmu istniał przed pojawieniem się na ekranie, że wciągu tych paru godzin w kinie wglądamy w ich realny świat jak intruzi i właśnie kostiumy mają nam pomóc uwierzyć w tę iluzję. Twórcy kostiumów powinni dobrze się zaznajomić z postacią i aktorem który ma ją odtwarzać.

Tak więc zobaczyliśmy kostium Ch. Chaplina, słynne workowate spodnie i przyciasny surdut, aktor stwierdził że ” … w momencie gdy nałożył ubranie, makijaż, poczuł sią jak charakter który miał zagrać i zaczął go poznawać …”  Bogate stroje z „Ostatniego Cesarze”  to iluzja oparta na autentycznych strojach, użyto technik teatralnych tworząc kostiumy używając wosku, aluminium oraz techniki „Puffer paint” stosowanej do nanoszenia motywów na koszulki dającej wrażenie ręcznie wykonanego haftu. Kostiumy z „Brokeback Mountain” wydają się być zwykłym zakupem w sklepie, a nie przemyślaną dobraną do rodzaju charakteru garderobą. Obok siebie mieliśmy też kostiumy obu bohaterów „Fight Club”(Podziemny krąg) nudny, szary i bez wyrazu garniturek Edwarda Nortona i żywiołowy, barwny, ekstrawagancki stój noszony przez Brada Pitta. Prześliczne sukienki noszone przez Angelikę Huston w „Adams Family” mogły by pojawić się na wybiegu pokazu mody, chciała bym taką mieć - jest tu szyk i elegancja. Inne kostiumy pochodziły z filmów braci Coen m.in. z „The Big Lebowski”  - szlafroczek głównego bohatera; „No Country for Old Man” - dżinsowe ubranko noszone przez upiorną postać graną przez J. Bardema; ubranko Mattie Ross z nowej wersji „True Grit”. Można też było zobaczyć słynną zieloną suknię zrobioną z zasłony z „Przeminęło z Wiatrem” noszoną przez Scarlett.

Przedstawiono też proces twórczy w postaci szkiców, notatek do paru filmów jak „Ocean 11”. Pracujący nad tym obrazem J. Kurland szukał inspiracji do kostiumów m.in. w swojej rodzinie i wśród znajomych dla postaci Rubena Tishkoffa.  Danny to elegant z klasą i doświadczeniem (George Cloony – ma elegancję we krwi chyba), Rusty ( B. Pitt) to awangarda, polot i tzw. „show off”, a Don Cheadle to kwintesencja stylu angielskiego „cockney”, oparty został na latach 60tych i 70tych i stylu noszonym przez brytyjskich muzyków.

kostium Indiany Jonesa

Ciekawa jest historia ze strojem Indiany Jonesa – otóż kurtka skórzana była postarzana papierem ściernym, a na kapeluszu siadali Deborah Nadoolman Landis (twórczyni) i aktor Harrison Ford, był tu też szkic S.  Spielberga z jego wyobrażeniem tej postaci.

Cały jeden segment był poświęcony filmom „kostiumowym” – takim, w których są stroje z epok historycznych. Można było zobaczyć stroje noszone przez różne wcielenia Elżbiety I, a na ekranie wyświetlano składankę pokazującą eksponaty w akcji oraz inspiracje do nich w postaci dzieł malarskich. Podobne inspiracje artystyczne były za strojami z filmów o Marii Antoninie, „Niebezpiecznych Związkach”, ale najbardziej mnie zadziwiła suknia Ginewry (Guinevere) w filmie Camelot noszona przez Vanessę Redgrave – m.in. wszyte na niej były ususzone pestki dyni.

The Kobal Collection - costium for Elizabeth I

Część druga wystawy to „Dialog”,  ukazywał współpracę między reżyserem, aktorem i twórcą kostiumów na podstawie wybranych konkretnych przykładów, używając do tego zdjęć archiwalnych oraz specjalnie zaaranżowanych wywiadów. Niektórzy reżyserzy i kostiumolodzy pracowali razem prze wielu filmach np. A. Hitchcock i Edith Head (11 filmów w tym słynne „Ptaki”) tu dowiadujemy się że spokojny zielony kolor wdzianka noszonego przez M. Daniels miał na celu nie odwracać uwagi widza od akcji filmu. Tim Burton i Colleen Atwood pracowali razem nad 9 filmami, w tym „Sweeney Todd” (Demoniczny golibroda z Fleet Street) ze strojami z epoki królowej Wiktorii i odrobiną czarnego humoru. Martin Scorsese i Sandy Powell zrobili razem 5 filmów m.in. „Gangi Nowego Yorku”. Dowiadujemy się że inspirację do niebieskiego kożuszka noszonego w „Closer” przez Natalie Portman, kreatorka Ann Roth spotkała na lotnisku w postaci śpiącej turystki.

Ciekawe były  filmiki video, zaaranżowane rozmowy reżyserów, aktorów i twórców kostiumów, który opowiadali o procesie twórczym, wpływach artystycznych i przekształcaniu się w postać znaną nam ze srebrnego ekranu

Kostiumy Hollywoodzkie

Cały segment w tej części był zajęty przez zestawienie kostiumowe podzielone na rodzaje filmowe jak kino nieme, czarno białe i wejście koloru, westerny, filmy historyczne, epickie, filmy cenzurowane, oraz science fiction. Każda grupa była ilustrowana fragmentami filmów. Można było zobaczyć na ekranie i na żywo kostiumy noszone przez wielkich aktorów w wielkich filmach np. kostium Ben Hura, strój noszony przez Johna Wayne’a w „True Grit”, Elizabeth Taylor w „Kleopatrze”, i Helenę Boham Carter w „Pokoju z widokiem” i dowiadujemy się że inspiracjami dla ubioru Darth Vadera z „Gwiezdnych Wojen” był m.in niemiecki hełm, strój motocyklisty i habit średniowiecznego mnicha. Nawet filmy czarno białe miały niezwykle kolorowe kostiumy, było to ważne dla uzyskania efektu autentyczności. Przepiękna szkarłatna suknia z filmu „The Bride wore red” (Dama na dwa tygodnie) została specjalnie oświetlona i widzimy ją w kolorze krwistym połyskującym, a potem światło sią zmienia i mamy obraz filmowy czarno biały.

costumes from the movies

Było też o nowej technologii komputerowej i produkcji „Avatara”, a kostiumy, biżuteria i broń zostały wykonane, a potem wmontowane cyfrowo na aktorów w filmie.

Koniec tej części wystawy to dwójka wielkich aktorów i ich kostiumy do najsłynniejszych ról. I tak mamy wspaniałą Meryl Streep i stroje jakie nosiła m.in. w „Iron Lady” , „Lemony Snickets A Series of Unfortunate Events” , śliczny strój z „Pożegnania z Afryką” , pelerynę z Sary z „The French Lieutenants Woman” i kostium Donny z „Mamma Mia”. Wszystko to okraszone fragmentami wywiadów z aktorką.

Drugi wątek to Robert De Niro i kostiumy jego postaci z filmów „Król Komedii” (strasznie słaba jakość materiału!); z „Raging Bull” i „Mery Shelley’s Frankenstein”.

Jack Sparrow

Ostatnia część finałowa to kostiumy które wywarły największe wrażenie i od razu nam się kojarzą z danym filmem.  Tu można było zobaczyć kreację noszoną przez Marlenę Dietrich w filmie „Marocco”: Marilyn Monroe w „Pół żartem, pół serio” ; małą czarną sukienkę Audrey Hepburn ze „Śniadania u Tiffaniego” , fioletową suknię Barbarę Streisand w „Zabawnej dziewczynie”, zieloną opływającą ciało Keirę Knightly w filmie „Atonement” (Pokuta), stroje dobrej i złej Curelly De Ville, Jamesa Bonda, Jacka Sparrow ( ale bez kapelusza); bohaterów rodem z komiksów – Spiderman, Batman i Catwoman; żółtą sukienkę noszoną przez K. Hudson w „Jak stracić chłopaka w 10 dni”; Nicole Kidman z „Moulin Rouge” strój, w którym objawia się nam Kate Winslet w „Titanicu” ; kostium Elizy Doolittle z „My Fair Lady” ; wdzianko Neo z „Matrixa” oraz noszone przez Arniego w „Terminatorze” ; słynna podkoszulka ze „Szklanej Pułapki” , strój „Czarnego Łabędzia”, oraz kosztujący 30 tysięcy dolarów kostium noszony przez Ginger Rogers w filmie „Lady in the Dark”  ; mundur noszony przez Toma Hanksa w „Szeregowcu Ryanie” ; a także kostium pilota Willa Smitha z „Dnia Niepodległości”; strój bokserski Rockiego; garnitury „Blues Brothers”; różowy kostiumik garsonkę “Legalnej Blondynki”; ekstrawaganckie wdzianko Austina Powersa;  wyjściowy garnitur Johna Travolty na Sobotnie potańcówki; biały komplecik noszony przez Sharon Stone w kontrowersyjnej scenie z „Nagiego Instynktu”; butki i sukienka Doroty z „Czarnoksiężnika z krainy Oz” i wiele innych, które mi teraz z głowy wyleciały. Wszystkie manekiny miały ekraniki z wizerunkiem głowy postaci jaką ubierały, bardzo  to pomogło w przypomnieniu sobie filmu i aktora.

czerwone buty Doroty z filmu

Była to niesamowicie interesująca wystawa i nic dziwnego że bilety na nią rozeszły się jak świeże bułeczki.

Swoją drogą fajnie by było zobaczyć kostiumy z naszych rodzimych filmów, też byłoby na co popatrzeć i czym się pozachwycać np. mundur Hansa Klossa, garnitur i kapelusz Pana Anatola, stroje Basi, Pana Michała Zagłoby, ubiór Kmicica, Bohuna, i innych bohaterów Trylogii, mundury załogi Rudego, wdzianka ze Zmienników, Rejsu, Wojny Domowej, ubiory noszone przez Aleksandrę Śląską w serialu Królowa Bona, różne wcielenia Franka Dolasa. Ciekawa jestem czy jest jakaś kolekcja i możliwość obejrzenia tych strojów. Nawet niezła to by była wystawa, gdyby można ją było zorganizować, można by zapożyczyć tytuł z programu rozrywkowego „Kulisy Srebrnego Ekranu” .

 

Wystawa niestety już się skończyła.

Sponsorami jej byli: Harry Winston.

Można kupić katalog wystawy opracowany przez Deborę Nadoolman Landis. "Hollywood Costume"

Wpis ten jest ilustrowany materiałami prasowymi udostępnionymi przez Wydział Prasowy w Muzeum Victorii i Alberta.

Flag Counter