poniedziałek, 28 lutego 2011

   

 

Simon Pegg i Nick Frost to znany i lubiany duet komediowy w Anglii, a na filmie „Fat Run Boy Run” uśmiałam się do łez, więc jak pojawiła się ta nowa produkcja to szybko pobiegłam do kina. Film opowiada historyjkę jak z komiksu, a jego główni bohaterowie to miłośnicy komiksów tych dla „dorosłych” a raczej dla miłośników tej formy przekazu, bo tu chyba nie chodzi o wiek a raczej o stan umysłu. Otóż Graeme Willy ( w tej roli Simon Pegg) i Clive Gollings (Nick Frost) przyjechali do San Diego na wielki zlot (convention) tego gatunku literackiego, chodzą na sympozja spotykają swojego idola pisarskiego Adama Snowchilda i otrzymują jego autograf i nawet mają go ze sobą na zdjęciu gdzieś daleko w tyle. Są oni wielbicielami gatunku fantastyczno naukowego i nawet sami tworzą, ale jeszcze nie znaleźli uznania, a żeby dopełnić swój pobyt w Ameryce decydują się na wyprawę do znanych miejsc spotkań z obcymi przybyszami. W tym celi wynajmują RV (kamper) samochód turystyczny taki dom na kółkach i tak zaczyna się ich przygoda, bo oto w drodze spotykają właśnie Paula rozbitka międzygalaktycznego, który uciekł z laboratorium i chce wrócić do domu. Paul jest typem luzaka, obcego przybysza, który przez 60 lat pobytu z ludźmi nabrał ich nawyków i poczucia humoru i okazuje się, że był inspiracją do pomysłów z filmotece fantastyczno – naukowej w ciągu ostatnich dziesięcioleci. . Teraz jednak jest w niebezpieczeństwie i potrzebuje pomoc i tak Graeme i Clive zostają bohaterami mimo woli. Film ma fantastyczne dialogi, nawiązuje do innych filmów s-f, komedii, humor jest wysublimowany i wzbudza może nie salwy śmiechu, ale uśmieszek na ustach i pokręcenie głową, gdy dotrze do nas znaczenie lub źródło tego, z czego się śmiejemy. Są dramatyczne pościgi, agenci FBI, kreacjoniści niewierzący w ewolucję i inne życie poza tym stworzonym na ziemi, wybuchy i strzelanina i nawet człowiek nie wie, kiedy cała ta historyjka dobiegła do końca. Jest też wątek romantyczny dla Graeme’a któremu serce zabiło szybciej dla Ruth (Kirsten Wiig) córki właściciela parkingu dla RV. Pojawia się tu też Sigourney Weaver jako "The Big Guy", która to usiłuje zlikwidować problem obcego  Jest to film pogodny i w sam raz na niedzielne popołudnie można się pośmiać i rozerwać i zdecydowanie sobie poprawić humor. Oskarów to tu nie będzie, ale jest to zgrabna komedia i dobrze się ją ogląda.

 

niedziela, 27 lutego 2011

Zapraszam do kolejnego kościoła w centrum Londynu i jest to najstarszy kościół pod wezwaniem Najświętszej Panny w Londyńskim City.

Mary Aldermary, London, Gothic revival

Budynek kościelny był tutaj już 900 lat temu jednak zachowało się niewiele informacji na temat jego wyglądu, w 1510 roku kupiec i Mer Londynu Henry Keeble sfinansował budowę nowego budynku, ale kiedy on umarł w 1518 roku budowla nie była jeszcze ukończona zwłaszcza wieża, którą ukończono dopiero w 1629 roku. Kroniki kościelne zaczęły zapisy w 1558 roku, kiedy to tron objęła Elżbieta I. W 1598 roku Stow przeprowadził swego rodzaju inwentaryzację Londynu i wspomina o tym kościele, a był on uważany za jeden z większych i wspanialszych kościołów w Londynie i wielu bogatych i wpływowych ludzi zostało tu pochowanych np. brat poety Geoffrey’a Chaucera, Richard, a Jon Milton inny poeta właśnie w tym kościele wziął ślub z Elizabeth Minshull w 1663 (była to jego trzecia żona). W czasie Wielkiego Pożaru w 1666 roku budynek ten został zniszczony, choć fundamenty, część murów oraz podstawa wieży się zachowały. Odbudowa Londynu to był duży projekt i wielkie nakłady finansowe, dopiero 13 lat po pożarze udało się zgromadzić fundusze na odbudowę kościoła, zostały one podarowane przez Anne Rogers siostrzenicę bogatego właściciela ziemskiego z Somerset Henryka Rogersa. Odbudowa kościoła w latach 1679-82 nadzorowana była przez Johna Olivera asystenta Ch. Wrena i jest to jedyny kościół w City odbudowany w stylu gotyckim. Było to możliwe dzięki temu, że użyto funduszy z prywatnego źródła a nie z publicznego pochodzącego z tzw. Coal Tax czyli podatku węglowego.

detail st mary aldermary

Styl w jakim budynek został odbudowany określony został jako późny perpendykularny i jest to piękny budynek, wydaje się byś lekki jak ptak, unosi się on do nieba i wprawia w zachwyt. Kościół ten ucierpiał w czasie nalotów bombowych podczas II wojny światowej, zniszczone zostały witraże i odpadło trochę tynku, ale cała konstrukcja ocalała.

nave, st mary aldermary London watling street

Plan budynku jest dość ciekawy, jest to konstrukcja trzynawowa z nawą główną z ołtarzem, nawą boczną północną z organami i zakrystią i nawą boczną południową w wieżą przyklejoną do bocznej ściany w zachodnio południowym rogu. Długość kościoła to 30m (100 stóp) szerokość 19m (63 stopy) i wysokość 14m (45 stóp) wieża sięga 41m (135 stóp) a ściana wschodnia nawy głównej jest pod dziwnym kątem do reszty budynku i wydaje się odstawać a spowodowane to było, że kościół ten został wbudowany w przestrzeń, jaka była do dyspozycji parafii a ta ściana wyznaczona były przez istniejące tu przejście. Kościół ten jest tak gotycki w wyglądzie, że został on określony przez N. Pevnesera (niemieckiego historyka sztuki a specjalizującego się w architekturze Wielkiej Brytanii, twórca 46 tomowego dzieła „Budynki Anglii”, było on swego rodzaju alfą i omego wiedzy o architekturze); jako jeden z najważniejszych przykładów XVII-wiecznej stylizacji Gotyckiej (Gothic revival) otóż stwierdził on, że budynek ten - obok kościoła pod wezwaniem St. Mary’s w Warwick to dwa najpiękniejsze kościoły tego okresu w Anglii. Czy miał rację? Proszę się wybrać na wycieczkę i samemu przekonać, jeżeli będziecie w Londynie.

tower of st mary aldermary London

Przechodziłam koło tego kościoła wielokrotnie, ale dopiero ostatnio udało mi się wejść do środka a stało się tak przez przypadek, wracałam z wyprawy do innego dzieła Ch. Wrena kościoła św. Stefana Walbrook i stwierdziłam, że zobaczę może jest otwarty. Okazało się, że nie tylko był otwarty, ale miał się tam odbyć za chwilę koncert darmowy w cyklu Festiwalu Muzycznego Londyńskiego City organizowanego przez Towarzystwo Muzyczne City (City Music Society) i Orkiestry Symfonicznej City (City of London Sinfonia). Koncerty odbywają się w porze lunchu we wtorki i środy w różnych kościołach w obrębie City. Program można sprawdzić na stronie Towarzystwa Muzycznego. Tego dnia występował tam Sam Carter, o którym nigdy przedtem nie słyszałam a który mnie oczarował swoim głosem i piosenkami oraz grą na gitarze. Tak właśnie koncert gitarowy w kościele, Sam pisze swoje własne piosenki i ma głos barda, zaśpiewał też kilka piosenek folkowych z różnych regionów Wielkiej Brytanii. Fajnie, że tam wpadłam, bo była to miła niespodzianka i jest to fantastyczny pomysł na to, aby przyciągnąć ludzi to tego i innych przepięknych historycznych budynków w centrum Londynu, przywołać je do życia.

fan vaulting st mary aldermary London city

Siedziałam tam sobie słuchając tego barda i zachwycałam się wystrojem tego uroczego miejsca. Budynek ten wygląda na gotycki a przecudne sklepienie wachlarzowe urzeka swoim delikatnym ornamentem i nikt by się nie domyślił, że to cudo nie jest z kamienia, ale sprytnie zaaranżowanymi formami tynkowo – gipsowymi.

fan vaulting st mary aldermary watling street city of London

Łagodne łuki oddzielające nawy oraz okna maswerkowe (z ornamentem składającym się z elementów geometrycznych) dodają temu kościołowi średniowiecznego wyrazu, sklepienie jest białe z wyjątkiem fragmentu nad ołtarzem, który został barwnie pomalowany. Nie mogłam się napatrzeć na to cudo nade mną, aż mnie rozbolała szyja od patrzenia do góry.

fan vaulting made in plaster st mary aldermary London

Po wejściu do kościoła i nasyceniu się widokiem nawy głównej proszę się odwrócić, bo witraż w oknie na ścianie zachodniej jest imponujący. Został on zaprojektowany przez J. Crowforda i upamiętnia obronę Londynu przed atakami bombowymi w latach 1939-45. Pokazuje Chrystusa powstającego w chwale, rękę Boga Ojca i Ducha Świętego w postaci Gołębia. Dolna część witraża ukazuje św. Michała pokonującego smoka – jest to symbol dobra zwyciężającego zło – a po bokach stoją św. Piotr ( lewa strona) i św. Paweł ( po prawej). U podstawy mamy zaś panoramę Londynu z symbolicznymi budynkami jak Katedra św. Pawła, Opactwo Westminster, Monument i „elementy”, które przyczyniły się do zwycięstwa jak Wiedza, Mądrość, Bojaźń Boża itp. Nowoczesny witraż ale bardzo natchniony i ciekawie zaprojektowany.

west window of st mary aldermary watling street london

W kaplicy nawy południowej jest inny witraż projektu Lawrenca Lee (XX wieczny projektant i mistrz rzemieślniczy w Cechu Artystów Witrażystów, pracujący aż do 90 roku życia) ukazująca Dziewicę Maryję z Dzieciątkiem otoczoną św. Tomaszem i św. Janem Chrzcicielem a pod jej stopami jest w okręgu wieża tego kościoła a po prawej stronie klęczy architekt Ch. Wren z projektem budynku.

chapel window st mary aldermary by Lawernce Lee

Ten sam artysta jest odpowiedzialny za witraż w ścianie wschodniej nawy głównej, przedstawia on Ukrzyżowanie z jednej strony stoi Maria a z drugiej św. Jan a w dolnej części Zwiastowanie z Barankiem Bożym i stoją też św. Antholin i św. Mikołaj oraz różne sceny biblijne. Drzwi główne pięknie rzeźbione w drewnie, po stronie zachodniej nawy głównej mają zaś pochodzić ze zburzonego w 1874 roku kościoła właśnie św. Antholina.

reredos st mary aldermary watling streetRetabulum, (reredos) czyli nastawa ołtarzowa jest stylizowana na styl perpendykularny i przedstawia wesele w Kanie, ołtarz jest z XVII wieku i jest na nim inkrustowane białym marmurem imię Edwarda Wattsa kupca - darczyńcy. Ambona pochodzi z lat 80 tych XVII wieku, choć jej fragmenty min. podstawkę na biblię zostały sprzedane w 1876 roku na aukcji za £7 i 10 szylingów.

organs from st mary aldemary  

Organy we wschodniej części nawy północnej pochodzą z 1781 roku a były dziełem George’a England, przebudowane zostały w 1876 przez Holditcha a następnie w 1908 przez firmę Norman i Beard. Zostały one przeniesione w tę część kościoła w 1876 roku z galerii w zachodniej stronie kościoła, kiedy to została one zdemontowana. Jest to nie tylko instrument, ale także dzieło sztuki zdobione malunkami i rzeźbami min. aniołkami grającymi na długich trąbach.

sword rest from 1682

Inny ciekawy przedmiot tutaj to „sword rest” drewniany wieszak na miecz, że tak powiem, to na nim zawieszał swój ceremonialny miecz Mer Londynu gdy przybywał do tego kościoła. Został on wykonany jak data wskazuje w 1682 roku, więc gdy ukończono odbudowę i otworzono kościół dla wiernych i jest unikatem, bowiem większość wykonywano z metalu a ten jest z drewna.

font 1682 st mary aldermary London

Chrzcielnica pochodzi z tego samego roku i były darem parafianina Duttona Seamana a przykrywka na niej datowana jest na 1796 rok i została wykonana z drewna dębowego. Ściany boczne naw są zdobione witrażami symbolizującymi cechy rzemieślnicze średniowiecznego Londynu.

The worshipful company of innholders

cech karczmarzy

the worshipful company of vinters

cech winiarzy (handlarzy winem)

Och jest się tu, czym zachwycać. Zapraszam.

nave in st mary aldermary watling street London

Kościół ten leży na skrawku ziemi wyznaczonym przez trzy ulice: ulicę Królowej Wiktorii, ulicę Watling i Bow Lane. Kościół jest otwarty od poniedziałku do piątku od godziny 10:30 do 15:30. Najbliższe stacje metra to Mansion House, Cannon Street, Bank i St. Pauls.

sobota, 26 lutego 2011

 

Byłam na paru poważnych filmach ostatnio więc postanowiłam, że trzeba by obejrzeć coś lekkiego i niezobowiązującego więc wybrałam film „Gnomeo and Juliet” zwłaszcza że była to kolejna produkcja trójwymiarowa. Film jest niby dla dzieci a jest oparty na dramacie „Romeo i Julia” wielkiego dramaturga angielskiego Williama Shakespeare’a i tu trochę się można zdziwić jak to taka poważna sztuka i to jeszcze z tragicznym zakończeniem przerobiona została na film dla dzieci. Ale sęk w tym, że nie jest to wyłącznie film dla dzieci i że została ona świetnie przerobiona.

Akcja filmu dzieje się na zwyczajnej ulicy – Verona Drive – na przedmieściach angielskiego miasta i dwoje sąsiadów Pani Montague (głos Julie Walters) i Pan Capulet (głos Richard Wilson) wyraźnie się nie lubią ich domy to totalne przeciwności Montague jest w tonacji niebieskiej a u Capulet króluje czerwony a ich wrogość przenosi się do ogrodów pełnych gnomów w jednym niebieskich w drugim czerwonych. Po obu stronach płotu jest spokój dopóki właściciele są w domu jednak podczas ich nieobecności ten świat ożywa i jest pełen rywalizacji, spiskowania i knowania. Po stronie niebieskiej mamy Lady Blueberry (głos Maggie Smith) i jej syna przystojniaka Gnomeo Mongague (głos uroczego Jamesa McAvoy’a) a po stronie czerwonej mamy Lorda Redbrick (głos Michael Caine) i jego córkę Juliet (głos Emily Blunt). Mamy, więc wyścigi kosiarek w alejce między ogrodami na tyłach domów i po obu stronach siedzą kibice i skandują imiona kierowców Gnomeo jedzie w kosiarce niebieskiej a jego przeciwnikiem jest Tybalt (głos Jasona Stathama) i nie jest to czysta gra, bo nie liczy się jak - ale żeby wygrać, nie bardzo sportowe jest takie zachowanie. Tymczasem Juliet jest znudzona i sfrustrowana nadopiekuńczym ojcem, który traktuje są jak dziecko i postanawia, że musi udowodnić że jest coś warta i że też może się przyczynić do udowodnienia który ogród jest lepszy. Jej pomysł jednak to zdobycie pięknego kwiatu, który wyrósł nad rozbity dach opuszczonej szklarni i teraz pięknie zakwitł. Wyprawia się tam nocą w stroju maskującym i poznaje wtedy Gnomeo w barwach maskujących i oto zakochują się oni w sobie nie wiedząc, że pochodzą ze zwaśnionych rodzin. Czy ich miłość ma szansę? Dochodzi do otwartej wojny między obozami, Gnomeo poznaje pomnik Shakespeare’a (głos Patrick Stewart) i rozmawiają o podobieństwach między sztuką a życiem, jest też plastikowy Fleming o złamanym sercu a gdy nieszczęście w postaci super-kosiarki Terrafirminator V.O. (głos Hulka Hogana) sieje zniszczenie na prawo i lewo, zadajemy sobie pytanie czy ich miłość ocaleje w takich warunkach?

Film jest dobrze zrobiony, inteligentnie, niektóre momenty są bardzo śmieszne i człowiek sobie myśli fajny pomysł, są aluzje do innych filmów, jak np. wyprawa Juliet po orchidee to jak „Crouching Tiger Hidden Dragon” a wyścig kosiarek to „Fast and Furious” jest moment z „American Beauty” z żabą Nanet, pachnie też trochę „Rambem”…. Ci co to pisali musieli się nieźle bawić przy tym. Film wprowadza dzieciaki w świat wielkiej dramaturgii w lekki i przyjemny sposób a nie jest przecież adaptacją sztuki, ma morał, który wyraźnie mówi niezgoda rujnuje i namawia do zaniechania konfliktów i pracy dla wspólnego dobra a jeżeli się weźmie pod uwagę, że kolory niebieski i czerwony to kolory reprezentujące partie polityczne na Wyspach, kluby piłkarskie Arsenal i Chelsea to wchodzimy jeszcze głębiej w jego wymowę … ha ha. Film jest też zgrabnie okraszony muzyką Eltona Johna – jest on tu producentem, więc nic dziwnego – dobrze mi się ten film oglądało, była to miła odskocznia od poprzednich i od codziennego szaro –deszczowego życia.

Powiem szczerze wypatrujcie go w kinach, bo warto usiąść i odpocząć przez chwilę z uśmiechem na sercu, i potem spojrzycie inaczej na wasze ogrodowe krasnale….

Ciekawe kto podłoży głosy w polskiej wersji językowej?

piątek, 25 lutego 2011

Jak ten czas leci już prawie koniec lutego a ja kompletnie zapomniałam o tym obrazie Bruegla. Jest to kolejny wizerunek z cyklu „Miesiące” tym razem przypisywany jest on do Lutego, choć niektórzy uważają, że może to być styczeń – luty, jeżeli miałoby być 6 obrazów a nie 12. Obraz jest ciemny i rzeczywiście ponury w kolorystyce, bezlistne drzewa, szaro-brązowa ziemia i budynki i niebo zaciągnięte chmurami a wysoko w górach leży śnieg. Zdecydowanie, więc raczej zimowa pora roku, uważa się, że papierowa „korona” na głowie dzieciaka to element świętowania Dnia Trzech Króli, co by sugerowało Styczeń, ale jak na styczeń to jest tu mało zimowo a poza tym już inny obraz jest przypisany temu miesiącowi (Myśliwi na śniegu). Nawet, jeżeli przypiszemy każdemu obrazowi dwa miesiące i „Powrót Stada” przypadnie na październik i listopad a wtedy „Myśliwi na śniegu” musieliby pasować do grudnia i stycznia a wtedy „Posępny dzień” wypada na luty i marzec, bo inaczej się miesiące zazębiają i styczeń ma dwie postacie śniegową z myśliwymi lub tę tutaj ponurą z bezlistnymi drzewami. Nie da się nic przesunąć, bo wtedy żniwa wypadną w lipcu i sierpniu a krajobraz z powrotu stada byłby zbyt jesienny na wrzesień i październik - drzewa prawie bezlistne i wyraźnie zimno, bo mężczyzna na koniu jedzie skulony i opatulony w płaszcz. Do tego jeszcze rok się zaczynał w kwietniu, więc pierwszy obraz (zaginiony) w cyklu 6 były by kwietniem i majem a potem byłby „Haymaking” na czerwiec i lipiec.

Wydaje mi się, że to jednak jest luty karnawałowy luty, choć nie widać tu żadnej zabawy, ale dwa osobniki z dzieciakiem w prawej części obrazu wyglądają na wesołych i lekko wstawionych może wracają krokiem wesołym z karczmy. Ten w białych portkach ma w rękach gofry - smakołyk średniowiecznych festynów karnawałowych, choć nie tylko, bowiem był to bardzo popularny produkt, sprzedawany wszędzie w karczmach i u ulicznych kramarzy. Wydaje się on wymachiwać nim w powietrzu może sobie nawet podśpiewuje. Dzieciak ma na głowie jakąś dekorację, może to i wygląda na koronę, ale jest ona tylko na połowie głowy i wygląda raczej jak czepek pielęgniarki, jego strój jest dość dziwny, bo wydaje się, że jest on opatulony w poduszki lub coś w tym rodzaju i przewiązany powrozem w pasie i niesie też coś w rodzaju lampionu. Może wracają z jakiś gier dziecięcych, gdy takie ubranie ochronne jest potrzebne. Takie podobne nakrycie głowy ma też dwójka dzieci na obrazie Bruegla „zabawy dziecięce”, więc nie jestem do końca przekonana, że jedynym wytłumaczeniem jest korona i obchody święta Trzech Króli, (jeśli jednak przyjmiemy, że byli to Mędrcy to korona nie ma sensu), choć był w Niderlandach zwyczaj chodzenia dzieci w grupach trzyosobowych od domu do domu w przebraniach i z lampionem symbolizującym gwiazdę i śpiewania piosenek, co było nagradzanie darowiznami. Trzeba też pamiętać, że czas między świętem Trzech Króli (Mędrców) a Środą Popielcową jest nazywany „the Epiphany Season” Epifania – to objawienie, manifestacja pańska, może jednak bliżej tu jest do końca karnawału niż do początku.

Obok tej trójki mamy ludzi, którzy pracują zbierając chrust i obcinając gałęzie z wierzby zostaną one użyte do budowy lub naprawy płotów, ogrodzeń czy ścian a może do produkcji koszyków i innych przedmiotów. Drzewo przy tym mężczyźnie wygląda jak te przy drodze na wsi gdzie mamy działkę, były one tak samo przycinane – niesamowite inne kraje i ponad 400 lat różnicy a taki samo traktowane drzewa. Za wspomnianą już trójką jest budynek a przy nim na drabinie facet stoi i coś naprawia, takie działanie raczej bliższe jest wiośnie niż środkowi zimy, może najgorsze już minęło i teraz wykonuje się drobne naprawy pozimowe.

Po lewej stronie obrazu w rogu jest karczma pod Gwiazdą a przy niej dwa wyładowane czymś wozy dwukołowe. Przy drzwiach stoi jakiś grajek a przed knajpą rodzina z dzieckiem chyba to jest dziewczynka, może idą do tej gospody a może tańczą sobie w takt jego muzyki. Pod ścianą karczmy stoi facet w białym wdzianku i wydaje mi się, że jest to obszczymurek, bo chyba wypite piwko go pogoniło na stronę albo mu się niedobrze zrobiło i od nadmiaru trunków i się mu żołądek zbuntował.

W tle mamy rzekę, o rwącym nurcie, być może przybrała ona z powodu roztapiającego się śniegu i spływającej wody z gór, potoki stały się większe i rzeka bardziej groźna niż zwykle. Jedna łódka niebezpiecznie się przechyla a jedną stronę a druga na zakolu rzeki się rozbiła i tonie – raczej dramatyczne wydarzenie. Niby więc spokojny i wesoły czas, praca i trochę rozrywki ale niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem a nieobliczalna przyroda może zburzyć ten idylliczny obrazek, czarne chmury na horyzoncie to może przestroga przed nadciągającą nawałnicą nie tylko przyrodniczą ale także polityczną. Bruegel ciągle mnie zadziwia tak wiele się dzieje na jego obrazach, był on swego rodzaju kronikarzem artystycznym przełomu średniowiecza i renesansu. Nie mogę od jego obrazów oderwać oczu są tak pełne życia wydarzeń nie trudno zgadnąć że jest jednym z moich ulubionych malarzy.

Obraz ten został namalowany techniką olejną na desce w 1565 roku w Antwerpii, jego wymiary to 118 x163 cm a obecnie znajduje się w Muzeum Kunsthistorisches (Historii Sztuki) w Wiedniu.

Inne wpisy z Brueglem

świąteczny Bruegel

Listopad - Powrót Stada

Bruegel i Brueghel czyli jak ocalić obraz

Myśliwi na śniegu (styczeń)

 

czwartek, 24 lutego 2011

Choć ostatni film braci Coen mnie nie zachwycił to ten nowy bardzo mi się podobał. Jest to adaptacja powieści Charlsa Portis pod tym samym tytułem, nie czytałam jej jednak ani nie pamiętam filmu z lat 60tych z Johnem Waynem w roli głównej. Nie miałam, więc żadnych oczekiwań i mogłam odebrać ten film na świeży i czysty umysł niezakłócony wpływami literacko-filmowymi. Główną bohaterką filmu jest dziewczyna zaledwie 14 letnia, ale bardzo sprytna i rezolutna osóbka – Mattie Ross (Hailee Steinfeld), która przybywa to małego miasteczka, aby odebrać ciało swojego ojca, który został zastrzelony przez swojego własnego pomocnika Toma Chaney (Josh Brolin), skradł on też przy tym dwa kalifornijskie przetopione kawałki złota oraz jego konie. To jest teren gdzie o prawo i sprawiedliwość trudno a opryszek rozpłynął się w powietrzu uciekając na pobliskie dzikie tereny i szeryf nie ma ludzi i czasu na to, aby go szukać i łapać. Mattie jest jednak uparta i chce sprawiedliwości i postanawia nająć fachowca do złapania bandyty i wybiera „Roostera” (koguta) Cogburna (Jeff Bridges), który jest określany, jako bezlitosny w swoich działaniach. Na to są jednak potrzebne pieniądze a tych Mattie niema i wtedy ukazuje nam swój spryt i tak zagaduje i nagabuje człowieka, z którym jej ojciec robił interesy, że wypłaca on jej „odszkodowanie” za konie jej ojca które zostały skradzione z jego stajni, Mattie ma „gadane” jak to się mówi i kiedy po odzyskaniu pieniędzy postanawia kupić od niego konia on z potem na czole pyta się czy znów robią interesy. Cogburn nie bardzo chce się podjąć zadania, ale nieustępliwość dziewczynki w końcu daje rezultaty, w tym samym czasie w mieście pojawia się strażnik teksański LaBoeuf (Matt Damon z wąsikiem), który także ściga Chaneya za jego występki w Teksasie. Mattie postanawia pojechać razem z Cogburnem i mimo sprzeciwów dopina swego i tak oto ta trójka wyrusza na niebezpieczną wyprawę po sprawiedliwość. Dziewczyna, która gra Mattie jest niesamowita, można powiedzieć to ona jest gwiazdą tego filmu, naprawdę zasłużyła na nominacje i nagrody nie zdziwiłabym się gdyby posypało się więcej. Jeff Bridges jak zwykle oddał z siebie wszystko i bardzo lubię go oglądać na ekranie a Matt Damon też pokazał się od swojej najlepszej strony. Postacie, jaki oni grają nie mogłyby być bardziej przeciwne Cogburn to, co prawda dobry strzelec, doświadczony tropiciel i zabijaka i wie jak sobie poradzić w dziczy i z przeciwnikiem, ale to niechluj i pijaczyna i aż się człowiek dziwi jak to się stało, że on jest postrachem opryszków w okolicy. LaBoeuf to z kolei elegant jego skórzane ubranie zawsze wygląda jakby wyszło prosto z katalogu, wyglancowany cały aż po błyszczące i dźwięczące ostrogi. Między nimi zaś młoda dziewczyna, która ma główkę nie od parady, są tu momenty dramatyczne, ale jest też dużo humoru sytuacyjnego i fantastyczne dialogi, pośmiałam się, ale i poleciała mi łezka. Piękne krajobrazy, ciekawa historia, wspaniała gra aktorska i nie jest to typowy western gdzie dobrzy bohaterowie noszą białe kapelusze i wyprasowane koszule a źli są zawsze na czarno a wszyscy są przystojni. Tu jest brud i smród, okrucieństwo i męstwo, honor i bezprawie, ludzie są zmęczeni i brudni i przerażeni, źli i niedouczeni a wśród tego są osobnicy zdolni od prawdziwego męstwa. Mattie jest wyjątkowa chce tylko jednego sprawiedliwości i o to walczy nie myśli o odwecie o zemście, ale o tym, aby człowiek, który zabił jej ojca został ukarany w majestacie prawa. Wydaje się w tym trochę naiwna w świecie gdzie rządzi prawo pięści, gdzie liczy się ten, kto posiada broń i wie jak jej użyć, ale ona chce normalności, chce świata, w którym rządzi prawo a nie rewolwer.

Muszę podkreślić, że obejrzałam ten film z przyjemnością.

21:31, edyta1972 , Film
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 lutego 2011

York, Treasurer's House, od ogrodu

Jest to jeden z ciekawszych budynków w mieście York, ze względu na swoją historię, niezwykłe wydarzenia oraz ostatniego właściciela, którym był Frank Green. Dom ten stoi w cieniu wielkiej Katedry York Minster i został zbudowany jak większość budynków w tej części miasta na gruzach i fundamentach rzymskiego miasta Eboracum. Historia tego domu rozpoczęła się w 1091 roku, gdy został wyznaczony pierwszy Skarbnik Katedry w Yorku, zarządzał on bogatym majątkiem kościelnym, przyjmował i ugaszczał ważne osobistości odwiedzające Katedrę. Niewiele wiemy o średniowiecznym budynku, część murów się zachowała w sąsiednim budynku Gray’s Court, i piwnicach domu. Co jest ciekawe funkcję Skarbnika często pełnili członkowie rodziny królewskiej, młodsi synowie baronów, czy nominowani przez papieża włoscy arystokraci, ale nie mieszkali oni w Yorku a ich obowiązki sprawowali wyznaczeni pod – skarbnicy. Dom był duży, wygodny i odzwierciedlał bogactwo i splendor urzędu i tak w jednym z manuskryptów z 1509 roku zapisano, że jeden ze Skarbników był tak bogaty, że pozostawił łóżko dla każdego ze swoich męskich sług a miał ich 38 – był to nie lada luksus, bowiem większość służących spała na ławach lub ziemi. W 1547 roku to koniec świetności tego miejsca, skarby zostały skonfiskowane przez ludzi króla Henryka VIII, ostatni Skarbnik William Cliff w 1547 roku napisał ”…, że zawartość skarbca została skonfiskowana, więc nie ma zapotrzebowania na Skarbnika”. Funkcja Skarbnika została powołana ponownie dopiero w 1936 roku.

Nie było, co prawda skarbnika ale pozostał dom i był on własnością anglikańskich arcybiskupów, a trzeci w kolejności Thomas Young był bardzo ważną osobistością w rządzie Królowej Elżbiety I, a jego zadaniem było utrwalanie wiary protestanckiej w północnej Anglii (lata 1562-68). Lord Prezydent Północnych Terytoriów lubił żyć w luksusie i zdecydował się wybudować sobie nową siedzibę poddając rozbiórce stary Pałac Arcybiskupów - pozostała po nim tylko kaplica – obecnie biblioteka Katedry, oraz kolumnada stojąca w parku Dean przy Katedrze. Układ domu był tradycyjny – główny Hall z podziałem na jednej stronie na część mieszkalną a z drugiej strony na część praktyczno-usługową. Na początku XVII wieku pod wpływem renesansowych idei poszerzono i rozbudowano nadając jej symetryczny wygląd, jaki znamy dziś. W 1617 roku król James I (Jakub I) został tu przyjęty z należytymi mu honorami, ale w 1649 roku rodzina Youngów musiała sprzedać dom i budynek ten przeszedł przez ręce wielu właścicieli. Mieszkali tu min. lider parlamentarzystów Thomas Fairfax, w 1720 roku urodziła się tu Elżbieta Montagu, błyskotliwa i inteligentna pisarka i gospodyni spotkań literackich, to z okna tego domu w 1728 roku astronom John Goodricke obserwował orbitę gwiazdy Argol, jego obserwacje stały się podstawą nowoczesnego odmierzania odległości we wszechświecie. W XIX wieku budynek został podzielony na 5 apartamentów zamieszkałych min. przez wdowy, lekarza, nauczyciela muzyki i prawnika etc. W 1897 roku jeden z apartamentów pojawił się na aukcji i został zakupiony przez Franka Greena, który następnie zakupił trzy kolejna i w 1900 roku on i Edwin Gray zdecydowali się na utworzenie dwóch rezydencji Domu Skarbnika i Gray’s Court i tak zaczął się kolejny okres świetności domu.

Frank Green i Edward Green Frank Green to bardzo interesująca postać, osobnik bardzo bogaty, był wnukiem wynalazcy inżyniera Edwarda Greena, który skonstruował w 1845 roku tzw. Green’s Fuel Economiser urządzenie, które wykorzystywało gorącą parę wodną uchodzącą z kotła do podgrzania wody doprowadzanej do kotła w ten sposób oszczędzając na surowcach i kosztach. Ten wynalazek stał się podstawą bogactwa rodziny, która wkroczyła w kręgi polityczne i arystokratycznej śmietanki towarzyskiej. Frank otrzymał solidną edukację w Eton i na Oxfordzie i to właśnie on miał przejąć rodzinny interes. Frank był ekscentrykiem i lubił modne ubrania, uwielbiał porządek i czystość aż do przesady można powiedzieć, jego służba miała szczegółowe instrukcje, według których zajmowała się domem, a na podłodze były specjalne znaki gdzie powinny stać meble. Jedna z podkuchennych wspomina, że czasem nocami schodził on do kuchni i sprawdzał porządek i wywalał szuflady, jeśli wydawały mu się niechlujne. Lubił dobrze zjeść, dostarczano mu produkty z ulubionego sklepu w Londynie, sprowadził kucharza z Francji, jego ubrania i pościel były wysyłana do prania do Londynu i podobno każdej nocy spał w czystych i świeżych lnianych prześcieradłach firmy Jaeger. Zainteresowanie sztuką to wpływ matki i gdy jego bogata kolekcja potrzebowała siedziby wykupił sobie właśnie budynek Domu Skarbnika. Frank zainteresował się historią pod wpływem trendów popularyzowanych w magazynie „Country Life” oraz narodzin w 1895 roku instytucji National Trust, której podstawowym zadaniem jest konserwacja, ochrona i utrzymanie obiektów ważnych dla pamięci i kultury narodowej. Frank Green zatrudnił architekta Temple Moore’a i razem przywrócili rezydencję do wyglądu, jaki uważali za oryginalny, usuwając XIX przeróbki. Wnętrze domu zostało urządzone w taki sposób, że są reprezentowane różne style z historii budynku a umeblowanie nadaje autentyczności i oddaje poczucia wyobraźni właściciela. Frank Green napisał przewodnik po swoim domu opisując średniowieczne dziedzictwo i reprezentowane style wystroju wnętrz. Mieszkał on tu w lata 1897 – 1914 był to czas, gdy fortuna rodzinna rosła a Dom Skarbnika bogacił się w nowe meble i stawał się rezydencją reprezentacyjną i tak gościli tu w 1900 roku min Książę i Księżna Walii późniejszy król Edward VII i jego żona królowa Aleksandra z ich córką księżniczką Wiktorią – przeznaczona dla nich specjalne pokoje do dziś noszące ich imiona. Po śmierci swojego ojca i konflikcie rodzinnym na tle finansowym (chodziło o kontrolę nad firmą) Frank przeniósł się do Dulverton w regionie Somerset a w 1930 roku przekazał dom z całym wystrojem organizacji National Trust – miał facet gest, ciekawe co na to rodzinka powiedziała? Frank Green zmarł w 1954 roku w wieku 93 lat. Podobno zastrzegł sobie, że wszystko ma być jak on zaprojektował i ustawił a jak nie to się pofatyguje z zaświatów i … podobno czasem straszy jak mu coś konserwatorzy lub sprzątaczki przestawią (zresztą to nie jedyny duch w tym domu).

informacja o chodzeniu w kapciachDom ten jest niesamowity pełen skarbów i podziwiam fantazję ostatniego właściciela, który wydał spory majątek na przywrócenie temu miejscu świetności i splendoru. Chodząc po domu spotkamy fotografie z początku ubiegłego wieku a na nich dobrodzieja tego miejsca, służbę itd. Są też oryginalne wywieszki i notatki dla służby min o tym by chodzić po domu w kapciach. Trzeba przyznać, że ekscentryczny właściciel zadbał o wystrój wnętrza domu, zakupił wiele oryginalnych mebli i wzorował się na innych historycznych budowlach.

Hall wzorowany na tzw. średniowiecznym Great Hall czyli sali kominkowej został odrestaurowany i miał właśnie sprawiać wrażenie takiej średniowiecznej izby reprezentacyjnej, usunięto panele i sufit który tworzył dodatkową komnatę oraz wymieniono okna XVIII na okna gotyckie z tzw. laskowaniem czyli rozczłonkowaniem okna przez wąskie pionowe konstrukcje kamienna (laski) oraz okna z krzyżem okiennym tworzonym przez słupek i śTreasurer's house Great Halllemię (poprzeczkę). Jest to urocze pomieszczenie ukazujące bogactwo i styl, proszę zwrócić uwagę na wewnętrzne okna w ścianie szachulcowej nad kolumnami. Dębowy stół z 1600 roku został wykonany z jednego drzewa, ornament na schodach został skopiowany z rezydencji Knol na południu od Londynu. Obraz na ścianie pod galerią z oknami to Joachim Beuckelaer (1530-73) przedstawiający Scenę Kuchenną, obok niego zwisa sobie na ścianie z otworu w suficie łańcuch a jest to wahadło zegara lampowego czy latarniowego (lantern clock, inne wyjaśnienie nazwy to od słowa latten – określający stop metalu, z jakiego były one głównie wykonywane). Zegar ten pochodzi z XVII wieku wykonano w Niemczech, ale został on przerobiony z zegara napędzanego przez sprężynę i ciężarki na instrument napędzany wahadłem o długości prawie 4 metrów (13 stóp) i zajmuje mu 4 sekundy wykonanie jednego wahnięcia, zegary te posiadały tylko 1 wskazówkę wyznaczającą godziny. Schodzi się tu niżej i do pomieszczenia zwanego Jadalnią (The Dining Room) to tu można obejrzeć rodzinne portrety rodziny Green oraz kolekcję ceramiki lokalnych producentów w okolicach Yorku i Stafford (XVIII) oraz porcelanę z Worcester i meble z tego okresu.

klatka schodowa Williama i Mary Treasurer's houe

zdjęcie wykonane przez Marka Ivkovica (ze zbiorów i za pozwoleniem National Trust)

Po drugiej stronie Hallu mamy klatkę schodową i są to bardzo imponujące schody nazwane na cześć panujących monarchów Williama (Wilhelma) III i Mary II a taki wystrój pochodzi z XVIII wieku. O ile Hall jest stylizowany na średniowiecze to tu wchodzimy w barok, przepych kolorów, ornamentów, złoconych przedmiotów. Przy drzwiach, przez które wchodzimy, jest ogromne lustro w stylu Bookers z Dublina, oprawione w złocone ramy bogato zdobione ornamentami stylizowanymi na kolmny i belkowanie oraz szczyt (tempanon). Pod lustrem rozpościera skrzydła olbrzymi złocony orzeł (XVIII wiek), z początku tego samego stulecia pochodzi też stolik z różowego marmuru na złoconej podstawie z drewna orz echowego i skrzynia złocona w kształcie sarkofagu oraz żyrandol ze szkła weneckiego.

Boulle desk

Na tym samym poziomie jest też główne pomieszczenie skrzydła północno zachodniego, jest to Niebieski Salonik, nazwany tak ze względu na dominujący tu kolor na ścianach i zasłonach. Jednym z ciekawszych przedmiotów tutaj jest francuskie biurko Boulle z 1715 roku zdobione techniką markietażu i inkrustacji a przedstawiające scenki z Comedie Italienne. Złocone lustra na ścianach pochodzą z początku XVIII wieku podobnie jak krzesła z drzewa orzechowego oraz świeczniki z majątku Blenheim z monogramem Johna Churchilla Pierwszego Księcia Marlborough. Kolejne pomieszczenie na tym poziomie obok schodów i Niebieskiego Saloniku to The Court Room to XVII część model statku wykonanego przez jeńców francuskich budynku, kominek i ściany pochodzą z tego okresu. Na środku tego pokoju stoi gablota z modelem statku, został on wykonany z kości min wieloryba, przez więźniów Francuskich z czasów wojen napoleońskich. Gablota stoi na hiszpańskim stole z drzewa orzechowego z przełomu XVII/XVIII wieków.

Po Schodach Williama i Mary wchodzimy na pierwsze piętro gdzie mamy pomieszczenia, w których zatrzymały się w 1900 roku przyszła Królowa Aleksandra (wtedy Księżna Walii) i jej córka Księżniczka Wiktoria. Oba pomieszczenia zostały wyposażone w iście królewski sposób, The Queen’s Room (Pokój Królowej) to pomieszczenie z początku XVIII wieku z wyjątkiem kominka wstawionego w 1902 roku. Łoże z żółto – złotym baldachimem z około 1740 roku pochodzi z rezydencji Houghton Hall w Norfolk, a herb monarchii duńskiej został umieszczony tu ze względu na Księżnę Aleksandrę. Wśród mebli są takie cudeńka jak francuska komoda wykonana z drzewa różanego inkrustowanego brązem z 1730 roku, bidet z 1730 roku lakierowany z drzewa orzechowego, francuska komoda z drzewa hebanowego inkrustowana także brązem z 1730 roku, bogato rzeźbione taborety z pozłacanego drewna brzozowego z 1705 roku. Pokój Księżniczki Wiktorii w czasie wizyty królewskiej był kolorystycznie dopasowany do sypialni jej matki, obecny zielonkawo niebieski koloryt to wygląd z lat 20tych XX wieku. Łoże to także tzw. Tester Bed ( jest to konstrukcja z panelem umieszczonym nad łóżkiem) i pochodzi ono z tego samego okresu i rezydencji Houghton Hall, a ozdobione jest herbem Księżniczki Wiktorii. Inne meble w tym pomieszczeniu to eksponaty z kolekcji Pokój księżnicznki Wiktorii, Dom Skarbnika Yorkdatowane na XVII i XVIII wiek, np. rzeźbiona osłona kominkowa (fire screen) z drewna orzechowego dodatkowo zdobiona haftem z około 1695 roku, osłony były stawiane przy kominku, aby chronić przed bezpośrednim żarem ognia, stały się one z czasem elementami dekoracyjnymi pomieszczenia. Jest tu też sekretarzyk – składane biurko do pisania listów z lakierowanego drewna orzechowego w stylu angielskim z 1690 roku z blatem wykonanym z drzewa dębu wielkoowocowego – jest to drzewo rosnące w Ameryce i Kanadzie.

Tapestry Dressing Room to ostatni pokój na tym poziomie w tej części domu, pomieszczenie to było przerabiane wielokrotnie, ale zachowało swoje panele na ścianach z XVII wieku a nazwa pochodzi od XVII wiecznego Flamandzkiego Arrasu, przedstawia on scenę ogrodową: drzewa, krzewy, kwiaty i ptaki. Inne ciekawe eksponaty tutaj to dębowa skrzynia z domu rodzinnego Greenów z 1670 roku, XVIII wieczny kufer (być może hiszpański) pokryty skórą, stół dębowy z połowy XVII wieku z liśćmi dębowymi wyrytymi na nim u podstawy blatu, i bardzo interesujący przykład haftu tzw. Stumpwork (XVII wiek) – gdzie elementy haftu były naniesione w taki sposób, że wystawały ponad powierzchnię tworząc iluzję trójwymiarowości, a osiągnięto to używając szkieletów drucianych i podkładów warstwowych naszywanych na materiał w dużej ilości a następnie pokrywanych haftem. Niesamowity przykład arcydzieła pracy rąk ludzkich a zwłaszcza cierpliwości. W tym pokoju podobno straszy jakaś kobieta siedzi na jednym z krzeseł.

minstrel galery in treasurer's house

Aby zobaczyć pomieszczenia przeznaczone dla Księcia Walii późniejszego Edwarda VII trzeba zejść po schodach i przejść przez Hall i po schodach po drugiej stronie wejść na piętro. Wchodzimy tu na tzw. MInstrels’ Gallery (Galeria Minstrela) to ta szachulcowa konstrukcja, którą widać z Hallu z oknami. Tu można zobaczyć „Lantern Clock” zegar, którego wahadło wystaje z sufitu i drynda na ścianie w Hallu.

The King’s Room – pokój królewski, w którym dominuje kolor czerwony, choć w czasie wizyty królewskiej były one białe, obecny motyw na ścianie to został skopiowany z XVI wiecznego wystroju Malowanej Komnaty z College imienia św. Williama (Wilhelma). Łoże królewskie to znów Tester Bed z wczesnej epoki rządów królewskich z dynastii Hanowerskiej styl ten był określany „georgian” od imienia panujących George (Jerzy) – czy moglibyśmy to przetłumaczyć, jako styl jerzykowy? Oprócz tego są tu w większości meble z przełomu XVII/XVIII wieku, jak stolik z około 1690 roku wykonany techniką „japanning”, która to imitowała azjatycką sztukę pokrywania mebli lakierem, są tu też francuskie krzesła z oparciami na łokcie rzeźbione i pozłacane (około 1685), skrzynia dębowa, taborety brzozowe specjalnie pociemniane.

Ostatnie pomoszczenie to The South Dressing Room małe pomieszczenie poświęcone głównie dobroczyńcy tego miejsca są tu jego portrety rodzinne, ojca i matki Mary Lycett, samego Franka Greena. Przy domu jak przystało jest ogród, zaprojektowany, jako miejsce odpoczynku i zastanowienia.

Dom ten ma jeszcze jedną tajemnicę, jak każdy stary dom ma swoje duchy i jest chyba domem z największą liczbą duchów. Jak to możliwe w takim dość małym domu? Otóż w 1953 roku przeprowadzano konieczne modernizacje i naprawy i nowy system centralnego ogrzewania był zakładany w piwnicach. Młody czeladnik pracował w nad tym, gdy nagle usłyszał dźwięk rogu i na początku nic sobie z tego nie robił ale gdy dźwięk się powtórzył ale już znacznie bliżej chłopak odwrócił się i to co zobaczył spowodowało że oblał go zimny pot a włosy zjeżyły mu się na karku i spadł on z drabiny – oto bowiem koń jak gdyby nigdy sobie stąpał a na nim siedział mężczyzna w hełmie i zbroi a za nim wyłonili się maszerujący piechurzy w hełmach ubrani w coś w rodzaju czerwonego kiltu i zieloną tunikę z okrągłymi tarczami i krótkimi mieczami albo włóczniami a jeden z nich niósł „trumpet„. Wydawali się oni zmęczeni albo przybici a maszerowali w kierunku pobliskiej Katedry, co było dodatkowo dziwnie wydawali się bardzo niscy a wtedy młody hydraulik zauważył że wydają się iść w podłodze bo widoczni byli tylko od kolan w górę aż doszli to odkopanej części gdzie zobaczył ich łydki i stopy. Harry, bo takie było jego imię wybiegł stamtąd przerażony. Rzymianie tu mieszkali i żyli, a dom leży na terenie rzymskiej osady, Eboracum i stacjonował tu garnizon wojskowy a tajemnicą pozostaje, co się stało z 9 legionem rzymskim, (tzw. hiszpańskich), który zaginął w czasie misji na północy około roku 117, może to znużeni rzymscy legioniści wracają do domu.

Treasurer's House York

Godziny otwarcia na rok 2011

19 – 27 luty codziennie oprócz piątków 11:00 – 15:00

28 luty – 31 październik – codziennie oprócz piątków 11:00 – 16:30

1-30 listopada – codziennie oprócz piątków 11:00 – 15:00

Ceny

 

Cena Standardowa

Opłata z Gift Aid (darowizną)

Dom Skarbnika

Dorośli £5.40

Dzieci £2.70

Rodzina £13.50

Dorośli £6.00

Dzieci £3.00

Rodzina £15.00

Piwnica z Duchami

Dorośli £2.15

Dzieci £1.70

Dorośli £2.40

Dzieci £1.90

Tylko Piwnica z Duchami

Dorośli £2.70

Dzieci £2.25

Dorośli £3.00

Dzieci £2.50

Listopadowe zwiedzanie z przewodnikiem

Dorośli £3.60

Dzieci £2.50

Dorośli £4.00

Dzieci £2.80

Zwiedzanie strychu

Dorośli £2.70

Dzieci £2.35

Dorośli £3.00

Dzieci £2.60

 

piątek, 11 lutego 2011

 

Jest to film, który robi wrażenie niektórzy są gotowi wyjść z kina z obrzydzeniem inni na końcu siedzą wbici w fotel z podziwu. Ja należę do tych drugich, film bardzo mi się podobał, z banalnego tematu, jakim jest rywalizacja o rolę zrobiono film pełen emocji i podtekstów o magicznymi i psychologicznym podłożu. Historia prosta oto w grupie baletowej odchodzi „stara” gwiazda Beth (Winona Rider) a wraz z nadejściem nowego sezonu szykuje się nowe przedstawienie „Jeziora Łabędziego” w nowej aranżacji i potrzebna będzie nowa primabalerina. Rola Królowej Łabędzicy to marzenie każdej baletnicy i rozpoczyna się rywalizacja o to, kto ma ją zatańczyć. Reżyser Thomas (Vincent Cassel) waha się, bowiem Nina ( Natalie Portman) była by wspaniałą Białą Łabędzicą, ale miała by też zagrać rolę swojej siostry Czarnej Łabędzicy jednak do tego jej czegoś brakuje, tymczasem w teatrze pojawia się kusząca Lily (Mila Kunis) nowa baletnica która jest pełna życia i bardzo uwodzicielska. Niespodziewanie dla samej siebie Nina dostaje rolę marzeń, ale musi popracować nad rolą Czarnej Łabędzicy, Thomas dostrzegł w niej coś czego ona nie widziała, lub ukrywała a raczej co zostało zepchnięte głęboko poza jej wizerunek słodkiej dziewczynki, ukształtowany przez zaborczą matkę Erikę (Barbara Hershay). Nina całe życie czekała na taką szansę i bardzo chce sprostać zadaniu, ale jak mówi Thomas tu nie tylko chodzi o technikę i umiejętności, ale o pasję w tańcu, o uwolnienie swoich emocji. Nina jest jednak więźniem swoich obaw, małego świata stworzonego przez matkę, która sama była baleriną i przelała swoje niespełnione aspirację na córkę. Matka jest bardzo irytującą postacią, popycha ona córkę do ciężkiej pracy, wspomaga, ale jednocześnie nie pozwala jej na znalezienie własnej drogi w życiu i karierze, ingeruje w wszystko. Kiedy przynosi ciasto, jako objaw świętowania a Nina odmawia zjedzenia dużego kawałka, bo musi dbać o wagę Erika niemal wpada w histerię, gdy Lily przychodzi do Niny mówi jej, że córki nie ma, nieustannie dzwoni do niej, gdy jest poza domem czy teatrem. Erika ciągle powtarza córce, że przerwała karierę dla niej, ale tak naprawdę to nigdy nie była tak dobra żeby być primabaleriną i chyba trochę boi się, że jej córka osiągnie to, czego ona nigdy nie potrafiła. Nina nie ma prywatności we własnym pokoju czy łazience, musi blokować drzwi, aby to osiągnąć. Stara się ona być perfekcyjna, ale wciąż brakuje jej tego czegoś, aby być doskonałą Czarną Łabędzicą, dopada ją także strach, że Lily chce odebrać jej rolę. Niby prosta fabuła, ale to co się na ekranie dzieje nie jest proste ani łatwe do oglądanie, niektóre sceny są szokujące i nie dla wrażliwych, a przy niektórych włos się jeży na głowie. Balet wydaje nam się zwiewny i elegancki tu mamy po pierwsze pokazane, jaką cenę płacą tancerze za te ulotne chwile, jakie nam prezentują na scenie, ile pracy, ćwiczeń wyłamanych paznokci u nóg i odkształconych stóp za tym stoi, ile potu i  znoju, ale to dopiero połowa wysiłku. Nie wystarczy jednak wyjść i zatańczyć poprawnie układ choreograficzny trzeba dać całego siebie.

Pod koniec filmu dostrzegamy to jak i dlaczego pewne rzeczy się działy z Niną i rozumiemy sens ciągłego drapania po skórze i dziwny wygląd skóry. Zastanawiałyśmy się z koleżankami z pracy nad tym czy był to film o tym, że w każdym z nas jest taki Czarny Łabędź - takie „alter ego”– drugie ja inne niż my, nie że od razu złe, ale po prostu inne ja. Czy jest to film o ukrytych możliwościach, umiejętnościach o tym, że trzeba wierzyć w siebie, że jesteśmy w stanie sprostać wyzwaniom, jakie stawia nam życie, jeśli tylko przestaniemy się bać, czy jest to film o wyrywaniu się spod klosza stworzonego przez inne osoby, o poszukiwaniu własnego stylu, osobowości. Taniec Czarnej Łabędzicy jest niesamowity a zakończenie filmu mnie zasmuciło, nie chciałam tego, ale to nie jest hollywoodzki film, nie trzyma się kanonów, obala mity i wyobrażenia i wypala na nas znamię.

Wyszłam z kina zachwycona, sposobem podjęcia tematu, przekazem, a przede wszystkim, że film ten dotknął mojej duszy. Nie jest to jednak film dla ludzi zbyt wrażliwych albo pruderyjnych, zdarza się, że ludzie wychodzą z seansu, ale trzeba patrzeć nie na obraz ale na jego wymowę i próbować go zinterpretować, ten film zmusza nas do wysiłku, nie jest to prosty posiłek ale uczta w której trzeba aktywnie uczestniczyć.

Tagi: film kino
21:53, edyta1972 , Film
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 lutego 2011

Kolejna wystawa poświęcona ubiorom tym razem noszonym na chińskim cesarskim dworze. Zakazane Miasto w Pekinie to było serce Imperium i wstęp do niego miała tylko rodzina cesarska, wysoko urodzeni i najwyżsi urzędnicy państwowi. Był to rozbudowany kompleks architektoniczny z pałacami, świątyniami, salami przyjęć, sanktuariami oraz budynkami użytkowymi. Życie w tym mieście było podporządkowane ścisłym rytuałom i obowiązywała skomplikowana etykieta dworska. Szaty cesarskie były, więc podzielone na różne kategorię: oficjalne, świąteczne, normalne, podróżne i militarne oraz zwykłe (domowe) był też także podział na letnie i zimowe. Ubiory na wystawie pochodzą z czasów panowania dynastii Qing, panującej w latach 1644 – 1911, a która pochodziła z plemienia nomadycznego Manchu (w Mandżurii).

 szata domowa cesarzowej z czas Guangxu

Oficjalne szaty Cesarza przeznaczone były na czas specjalnych wystąpień państwowych i dworskich uroczystości. Kolor miał znaczenie symboliczne i był związany z siłami natury – i tak niebieski obowiązywał w czasie składania ofiar na Ołtarzu Niebios, zielony – Ziemi, czerwony – Słońca, a jasno niebieski – Księżyca. Ubiór składał się z szaty dworskiej (court robe), czapki, pasa, długich butów oraz naszyjnika w podobnej kolorystyce. Na szacie dworskiej Cesarz nosił płaszcz, a w zimie futro, mankiety rękawów były często w kształcie końskiego kopyta nawiązanie do nomadycznej tradycji plemiennej. Najpopularniejszym motywem był smok i obowiązywały ścisłe kanony ile smoków i jak miały być rozmieszczone. Stałam przy tej gablocie i nie mogłam wyjść z podziwu a to dopiero był początek. Kolejne eksponaty po prostu mnie oczarowały hafty były tak delikatnie i precyzyjne, że człowiek nie wierzył własnym oczom a niektóre wzory były utkane a wszystko wyglądało jak namalowane. Była podana informacja, że wykonanie stroju wysokiego gatunku zajmowało około 1000 dni roboczych (nie sądzę żeby to był 8-godzinny dzień pracy z przerwą na posiłek itp.), ale jak się na precyzję wykonania patrzy to wszystko jasne.

detal szata cesarzowej czas Daoguang 1821-1850

Cesarzowe nosiły trochę inny krój, nie było szwu w pasie, szwy na ramionach były uniesione, letnie płaszcze nie miały rękawów. W okresie zimowym noszone też były spódnice, zakładane były one pod szaty, ale były także haftowane i ozdabiane futerkiem. Ceremonia, której przewodniczyła Cesarzowa to Ofiara na Ołtarzu Jedwabnika była to ważna uroczystość a tkactwo i przędzalnictwo było uważane za tradycyjną domenę kobiet. No Nowy Rok i Urodziny Cesarza udzielała ona audiencji księżniczkom, cesarskim konkubinom oraz córkom arystokracji Mandżurskiej. Strój oficjalny składał się z szaty, płaszcza bez rękawów, czapki, diademu, ozdobnego kołnierza, trzech naszyjników, trzech par kolczyków jedwabnego wisiora oraz butów. Szaty Cesarzowej zawsze były wykonane z jaskrawego żółtego jedwabiu.flower pot shoes, China rządy Guangxu

Dynastia Mandżurska dla odmiany od dynastii Han nie miała tradycji krępowania kobiecych stóp, ale buty były na platformach a te platformy bardzo oryginalne w kształcie zwłaszcza te tzw. doniczkowe węższe u dołu a szersze u góry a drugie w kształcie chińskich sztabek złota, czy tak jakby zbliżone do kowadła. Efekt jak w noszeniu obcasa, wyższa postura i specyficzny chód drobny i elegancki – bardzo pożądany wśród kobiet. Ja patrząc na te pięknie haftowane buty, jedne miały noski podniesione i były one w kształcie feniksa, zastanawiałam się tylko jak tu w tym chodzić!

świąteczne nakrycie głowy, dianzi, rządy Guangxu

Świąteczne stroje były przeznaczone na uroczystości jak śluby, urodziny w rodzinie cesarskiej, uroczyste bankiety, festiwale itp. były one mniej oficjalne, ale jeszcze poddane regulaminowi. Kobiece stroje są oczywiście bardziej urozmaicone zwłaszcza w motywach dekoracyjnych, przewodzi tu smok, ale są też feniks (dobry znak), motyle, kwiaty, i tzw. charaktery podwójnej szczęśliwości. Jako że kolor jaskrawo żółty był zarezerwowany dla Pary Cesarskiej, oraz Cesarzowej Wdowy, więc konkubiny i księżniczki nosiły odcienie żółtego jak tzw. morelowy, zwykłego żółtego, oraz żółtego kadzidła; czerwony był zaś kolorem ślubno weselnym. Jednym z niezwykle uroczych eksponatów jest szata Cesarzowej z czasów panowania Qianlong (1736 – 1795), dwustronna - takie same motywy na stronie zewnętrznej i wewnętrznej i taka sama dokładność.

szata Cesarzowej, dwustronna, rzady Cesarza Qianlong

Wyodrębniono też stroje militarne i podróżne, były one przeznaczone na czas inspekcji i nie były to zbroje a raczej paradne ubrania. Jest tu przepięknie wykonany z lakierowanej skóry hełm zdobiony złotem i perłami oraz sobolowym futrem, jest na nim też zaklęcie w sanskrycie. Cesarze uważali polowania przygotowaniem do walki i były one lubianą rozrywką oraz sprawdzianem umiejętności jeździeckich, łucznictwa i zdolności organizacyjnych. Było to poważne przedsięwzięcie i trwało czasem nawet do 4 miesięcy, a brało w nim udział do 3 000 ludzi, 6 000 koni i 1 000 łodzi a poszczególne etapy były podporządkowane różnym departamentom Dworu Cesarskiego. Jest tu w gablocie piękny fartuch jeździecki wykonany z futerka jeleniego i czarnej bawełny.

szata cesarza kopytkowe mankiety

Kolejny rodzaj ubioru to tzw. strój regularny, czyli zwykły, noszony w czasie, gdy nie wypadało nosić strojów świątecznych czy oficjalnych a Cesarz nadal wykonywał swoje obowiązki i występowała publicznie np. spotkania z ministrami, rocznice śmierci poprzednich Cesarzy. Były one prostsze, mniej było elementów dekoracyjny, mniej haftów, materiał był utkany z subtelnymi wzorami. Cesarzowe nosiły stroje regularne w dni powszednie, ale nadal sprawowały one wtedy funkcje państwowe jak audiencje dla kobiet z rodzin arystokratycznych. Były one także mniej ozdobne, ale nadal bardzo eleganckie i przepięknie wykonane. 

Cesarskie Szaty domowe były noszone prywatnie w zaciszu domowym, gdy władcy nie pełnili funkcji oficjalnych i dlatego nie były poddawane takimi ścisłymi rygorom. Panowała, więc większa różnorodność w kroju, materiałach i motywach dekoracyjnych. Cesarzowe pełniły mniej funkcji oficjalnych, dlatego częściej nosiły stroje domowe z wyjątkiem Cesarzowych Wdów np. Cesarzowa Cixi która sprawowała władzę w imieniu swojego nieletniego syna Tongzhi. Lubiła ona modę i wolała domowe stroje, luźnie szaty w stylu changyi. Motywy dekoracyjne były bardzo różnorodne, wszelkie aspekty fauny i flory, kwiaty haftowane w trzech odcieniach koloru, motyle przepiękne jak żywe, bardzo plastyczne sprawiające wrażenie jakby przysiadły na chwilę lub były w locie. Największe wrażenie zrobiła na mnie szata z czasów Cesarza Guangxu przepiękna na ciemno niebieskawo fioletowym tle mamy wyhaftowane żurawie, które były symbolem długowieczności. Stałam tam około 15 minut przypatrując się temu dziełu sztuki, każdy żuraw jest inny, próbowałam znaleźć dwa jednakowe, ale mi się nie udało. Po prostu niesamowite umiejętności oraz wyobraźnia twórców tych strojów.

szata cesarzowej z żurawiami,

W połowie XIX wieku popularne stały się kurtki jeździeckie noszone nie tylko do jazdy konnej ale na co dzień, z tej formy ewoluowała kamizelka. Wpływy zachodnie to węższe fasony, pojawienie się koronki czy kołnierzy stojących. W jednej z gablot mamy też skarpety i grube jedwabne pończochy także haftowane i zdobione.

pończochy cesarskie czas Kangxi 1672-1722

Wyszłam z tej wystawy oczarowana, kunsztem rzemieślników, którzy pracowali w pocie czoła nad tymi niezwykłymi szatami. Eksponaty przyjechały z Muzeum Zakazanego Miasta w Pekinie i jest to wyjątkowa okazja, aby je zobaczyć. Ilustracje pochodzą z materiałów promocyjnych udostępnionych przez wydział prasowy Muzeum V&A.

Wystawa jest w Muzeum V&A  Victorii i Alberta w South Kensington, otwarta do 27 Lutego 2011 roku. Najbliższa stacja metra South Kensington, linie metra District ( zielona) Circle (żółta) i Piccadilly (granatowa). Godziny otwarcia od codziennie od 10:00 do 17:30 ( ostatnie wejście o 17:00) w piątki do 21:30 ( ostatnie wejście o 21:00). Potrzeba na nią, co najmniej godzinę nie jest to duża wystawa, ale jest, na co patrzeć i czym się zachwycać. Gorąco zachęcam.

Ceny :

Dorośli £5

Ulgowe £3 ( studenci, emeryci, bezrobotni, dzieci od 12 do 17 lat)

Jeżeli kupujemy przez telefon lub na Internecie to jest dodatkowa opłata.

środa, 09 lutego 2011

podanie o miłość  K Grochola

Jest to książka, która mnie zdziwiła, nawet raz się upewniłam, że na okładce jest napisane Grochola, bo była ona tak inna. Nie jest to powieść, ale zbiór opowiadać, których tematem ma być miłość, czasem zaborcza, czasem tragiczna czasem … . Opowiadanie jest jednym z trudniejszych gatunków literackich, bo w krótkiej formie trzeba zawrzeć dużo treści i esencji, dlatego trudno jest pisać opowiadania. Dobrze napisane opowiadanie to przyjemność do czytania, uwielbiam Czechowa, Janickiego, Himilsbacha to byli mistrzowie tej formy.

Lubię Grocholę, przeczytałam jej powieści w cyklu od „Nigdy w życiu” do „A nie mówiłam” i „Kryształowego Anioła” oraz „Zielone drzwi” i za każdym razem bardzo mi się jej pisanie podobało aż do tego zbioru opowiadań. I znów marudzę – no tak coś mi tu nie grało, nie mogłam się przekonać do postaci i sytuacji, ale historyjki wydały mi się jak z gazety, niektóre z kronik kryminalnych czy jakoś znajome. Nawet opowiadanie o mężu, który się znęcał nad kobietą a dowiadujemy się o tym słuchając o kolejnych kontuzjach kota Buraska, było jakieś takie przewidywalne tylko się czekało czy będzie to kolejna nóżka lub ogonek. Nie zrobiło na mnie wrażenia też opowiadanie o Krzysiu Pędziwietrze czy chłopcu, który chciał zobaczyć drugi brzeg, a ostatnie najdłuższe „Pozwólcie mi odejść” mówiąc szczerze mnie znużyło. Niby ciekawy wątek i forma ciągłe zwroty i zmiany sensu historii, zaczyna się jak niby dwie kochanki się spotykają z szampanem, potem jest mowa o zapłacie za tę noc, potem okazuje się, że to w szpitalu a potem, że siostra – pielęgniarka to jednak naprawdę siostra tej chorej kobiety itd. Po jakimś czasie to już miałam dosyć tych sensacji i ucieszyłam się jak dobrnęłam do końca.

Moja przyjaciółka powiedziała mi, że nie czyta Grocholi, spróbowała jedną książkę i jej się nie podobała, niestety nie pamiętała, jaka to była, ale jeśli to był ten zbiór opowiadań to ją rozumiem. Język, jakim to zostało napisane wydał mi się jakiś płaski, właśnie gazetowy i bez tego błyskotliwego humoru, jaki pani Katarzyna potrafi wszędzie wstawić, nawet w najbardziej dramatyczną akcję, ani razu się nie uśmiechnęłam i byłam raczej zmęczona, ale to może tylko ja taka marudna się zrobiłam ostatnio. Zdziwienie chyba najlepiej opisuje, co o tym tomie opowiadań myślę i jakoś tak mi dziwnie, bo do tej pory zawsze mnie jej pisanie porywało a tu teraz taka klapa. Każdy jednak ma swoje upodobania i opinię i dlatego najlepiej samemu przeczytać.

poniedziałek, 07 lutego 2011

tego lata w zawrociu, hanna kowalewska

Wybierając książki na półce w księgarni sugeruję się różnymi aspektami, okładką, autorem – czasem szukam już znanych i lubianych nazwisk, czasem notką na końcu książki – oczywiście każda zachwala dane wydanie, a czasem rekomendacjami od znajomych czy innych instytucji. O tej książce coś słyszała, ale nie bardzo pamiętałam co. Więc muszę się przyznać skusiła mnie notka na niej, że dostała ona nagrodę za najlepszą polską powieść 1997 roku. Nie było jednak podane, jaka to dokładnie nagroda i kto ją przyznał i decydował, co wydało mi się trochę dziwne, ale raz kozie śmierć jak to się mówi. Lubię powieści o zmianach i wyzwaniach życiowych i wydawało mi się, że ta taka będzie.

Jest to opowieść o dziewczynie, która niespodziewanie dla siebie samej i całe rodziny dostaje spadek po babce, posiadłość w tytułowym Zawrociu. Jest rodzinny konflikt, babka nigdy nie zaakceptowała wyboru matrymonialnego matki Matyldy i zostały zerwane rodzinne kontakty i dochodziło tylko do ukradkowych spotkań z dziadkiem. Babka Aleksandra spotkała swoją wnuczkę Matyldę tylko raz, a mimo to właśnie Matylda została wyznaczona na jedynego spadkobiercę. Matylda mieszka w małym mieszkanku w bloku i przyjeżdża na prowincję, aby zobaczyć posiadłość. Spotyka się z wrogością i niechęcią członków rodziny, którzy są zdziwieni decyzją babki, powoli poznaje dom i okolicę i odkrywa w starych pamiętnikach zapiski z przeszłości, które pomagają jej zrozumieć teraźniejszość i poznać motywy babki Aleksandry. Nie jest to jednak typowa powieść o tym jak przyjeżdża panienka z miasta i osiedla się na prowincji, są ciekawe wątki z młodości Aleksandry i Maurycego - dziadka, z życia Krystyny matki Matyldy, postać Anny wydaje mi się trochę płaska i niedorysowana a może raczej przerysowana. Samo Zawrocie mnie jednak zauroczyło, chciała bym mieć taki dom, ale raczej marne na to szanse, moja babka zostawiła mi mały ugór z chwastami i gorzki smak w duszy i sercu.

Powieść na początku mi się podobała, jest tajemnicza i poetycka i bardzo plastyczna w opisach, historia wydała mi się ciekawa, ale potem coś siadło i jakoś mi było dziwnie, jakby pękła jakaś struna w tym fortepianie z Zawrocia i wkradł się jakiś fałsz w ulubioną melodię. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale jakoś koniec wydał mi się napisany pośpiesznie tak, aby już to zakończyć i oddać wydawcy, bo terminy naglą. I teraz jestem w kropce, bo są dalsze części i ja nie wiem czy kupować czy nie, bo jeśli są takie jak pierwsza połowa tej powieści to by mi się podobało, ale jak są bliższe końca to chyba by mi się nie podobało. Czy ktoś już czytał „Górę śpiących węży” i „Maskę Arlekina”? Odkładam na półkę i nie jestem pewna co dalej.

 
1 , 2
Flag Counter