sobota, 23 stycznia 2016

Przez cztery dni, wieczorami ludzie wylegali na ulice, aby popatrzeć na światełka. W czterech strefach można się było napatrzeć na różnego rodzaju instalacje świetlne. Cztery wieczory, aby przyciągnąć ludzi do Londynu w okresie posuchy turystycznej, bo gorączka świąteczna i noworoczne wyprzedaże już za nami. Chyba się udało, bo w sobotę 16 stycznia zamknięto na jakiś czas stację King’s Cross, tak była zatłoczona chętnymi na obejrzenie zimowych iluminacji. My wybraliśmy się w niedzielę pod Opactwo w Westminsterze i właśnie na King’s Cross.

Pod budynkiem opactwa przestaliśmy chyba godzinę, przytupując z zimna z resztą tłumu, to był ten mroźny weekend w Londynie. Mój ukochany cierpliwie robił zdjęcia i ja też, a zachwytom nad efektem rzucania kolorów na budynek nie było końca. Fasada wyglądała niesamowicie, nagle wszystkie postacie ożyły, szaty nabrały kolorów, wyłoniły się cienie i fałdy na odzieniach. Cuda-wianki co staramy się pokazać na paru fotkach z tego dnia.


 


 

 


Na King’s Crossie było już bardziej nowocześnie i abstrakcyjnie.


Były suknie w ciemnych witrynach.

 


Była świetlna osoba skacząca do sadzawki.

 


Kropki ułożone w postacie zmieniające kształty na ścianie byłego budynku gimnazjum.

 

I był na ścianie wielkiego magazynu pokaz Cyrku Świetlnego, na murze latały autobusy, dziwni człeko-zwierzo-atleci, lisi błazen, pojawił się wielki dzban do herbaty itp.

 


 


 

 

  

Zabrakło nam czasu na pójście w inne miejsca, może w przyszłym roku, bo chyba impreza się udała. Ludzi było sporo, knajpy zarobiły chyba na tym, podobnie jak sprzedawcy różnego rodzaju świetlistych zabawek, więc może ta idea wróci za rok.

piątek, 22 stycznia 2016

 

Poszliśmy na kolejną edycję tej wystawy, naszą 5-tą, bo stało się to chodzenie taką naszą zimową tradycją. Oboje lubimy przyrodę i fotografujemy trochę, mój ukochany to prawdziwy pasjonat i więcej wie o tej całkiem miłej zabawie, niż ja.  Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.” , a ubiegłoroczna w „Wildlife photographer of the year 2014.”.

Konkurs jest organizowany przez Muzeum Historii Naturalnej i BBC. Jest otwarty dla wszystkich. Zgłoszenia są przyjmowane od 2 stycznia do 25 lutego, a potem panele sędziowskie muszą zdecydować o nagrodach.

Detale jak się zgłosić są na tym linku: http://www.nhm.ac.uk/visit/wpy/competition.html

Jest 16 kategorii dla dorosłych, 3 kategorie wiekowe dla osób poniżej 18 roku życia. Jest jeszcze czas, więc aparaty w dłoń i dalej na pola, łąki, w góry, nad wodę i do lasu, bo nawet jak nie zdążycie na tę edycję to jest zawsze następna. Miłoby było zobaczyć wśród 100 finalistów jakieś polskie nazwisko.

Początki tej wystawy były skromne, bowiem na pierwszy konkurs w 1965 roku nadesłano 500 zdjęć, obecnie liczba zdjęć sięga 40 000. W pierwszej edycji były 3 kategorie. Obecnie kategorie dla dorosłych są podzielone tematycznie, a dziecięce wiekowo. Są też nagrody za portfolio i fotoreportaż. Pozmieniano też nazwy i pogrupowano kategorie, nie jestem do tych zmian przekonana. Wydzielono Earth’s Diversity czyli Różnorodność Ziemi z podziałem na : Ssaki, Ptaki, Płazy, Gady i Ryby, Bezkręgowce, Rośliny i Grzyby. Mamy też Earth’s Environments (Środowisko Naturalne) z kategoriami: Land (Krajobraz), Urban (Środowisko Miejskie), From the Sky ( Z Powietrza) i Under Water ( Pod Wodą). Znów jest Earth’s Design (Kreacje Ziemi) z Detalami, Czarno Białe, Impresje. No i jest jak w ubiegłym roku The TimeLapse, czyli seria zdjęć pokazująca zmiany w krajobrazie lub zachowania zwierząt.

 

Zwycięzcą tej edycji wystawy zostało zdjęcie „ A tale of two Foxes” (Opowieść od dwóch lisach),  którego autorem jest  Don Gutoski. Don jest lekarzem z zawodu, ale pasjonuje się fotografią od wieku nastoletniego. Interesuje go zachowanie zwierząt w dzikich rejonach jego rodzinnej Kanady oraz w innych regionach świata. Mieszka w południowym Ontario na 40-hektarowym rezerwacie przyrody, który sam utworzył. Dwa lisy na zdjęciu to rudy i arktyczny, oba polujące na małe ssaki, i przy ociepleniu klimatu ten rudy coraz bardziej się zapuszcza na północ. Lisi kuzyni nie tylko są dla siebie konkurencją w zdobywaniu pożywienia, parokrotnie zauważono rudego polującego na białego, choć generalnie oba rodzaje unikają siebie nawzajem. Zdjęcie zostało zrobione w Kanadzie, w Parku Narodowym Wapusk niedaleko Przylądka Churchilla, w zimie gdy temperatura spadła do -30°C. Wcześniej z daleka Don widział, że rudy coś gania, potem zauważył, że mniejszy arktyczny lisek jest nieżywy. Przez 3 godziny siedział i obserwował jak rudy ucztuje, aż w końcu lisek zdecydował się odnieść zdobycz i zatrzymał się, aby ją lepiej chwycić. Wtedy Donowi udało się pstryknąć tę zwycięską fotkę. Podobno były jakieś kontrowersje wokół tego zdjęcia, ale jest ono niesamowite, ze względu na kompozycję, biel, rudość i czerwień krwi. Smutna historia ukazująca walkę o przetrwanie.

 

© Don Gutoski „ A tale of two foxes”

W kategorii Młodego Fotografa wygrał Ondrej Pelanek i jego fotka “ Ruffs on display”. Zdjęcie zrobione w Norwegii  przedstawia ptaki bataliony w czasie walk godowych. Mnie bardziej się podobała wiewiórka przy misce z wodą Carlosa Pereza Naval, czy patrzący się prosto w obiektyw goshawk (jastrząb zwyczajny) Liina Heikkinena.

Nagrodę za portfolio otrzymał Audun Rikardsen z Norwegii. Jest on profesorem biologii na Uniwersytecie w Tromsø, znanym też jako najbardziej na północ wysunięty uniwersytet, czy uniwersytet arktyczny. Wychował się on w rybackiej wiosce w północnej Norwegii i zawsze go fascynowała przyroda nad i pod wodą. Zaczął fotografować w 2009 roku koncentrując się na przyrodzie w rejonie Tromsø, zdobył uznanie wśród fotografów rejonów arktycznych, a teraz ta nagroda – jak wisienka na torcie w jego karierze. Audun uważa, że fotografowanie to rejestrowanie wspaniałych chwil i pokazywanie innym cudów świata natury w nadziei, że będzie to dla ludzi inspiracją do troski o środowisko naturalne. Jego zdjęcia są super, bajeczne i magiczne, ale i z humorem. Wybrałam jedno zatytułowane „Deep sleeper” .

 

© Audun Rikardsen „Deep Sleeper” czyli w głębokim śnie.

Pewnej nocy otrzymał on telefon, że coś dziwnego się unosi w fiordzie przy Tromsø, była godzina 1 w nocy, ale że to było lato, było widno i nie miał on problemu z lokalizacją dziwnego stworzonka. Był to gość z Arktyki „bearded seal”  (foka brodata – fokowąs brodaty) śpiący snem bardzo twardym, unosił się na wodzie dzięki nabranemu w gardło powietrzu, jak boja. Musiał tak sobie spać już jakiś czas bo jego wąsy znajdujące się nad wodą zdążyły wyschnąć i zwinęły się uroczo w stylu Poirot’a.  Audun leżał na brzuchu i robił zdjęcia, gdy foka otworzyła oczy i spojrzała na niego, i z powrotem zasnęła, nic się nie przejmując. Inne jego zdjęcia, które nas zachwyciły to Dark Dive czarny koniec ogona humbaka, czy wizja orła morskiego z podwodnej perspektywy.

 

Wśród Płazów i Gadów spodobała nam się zwycięska fotka Edwina Giesbers’a pt. „Still life”  - martwa natura. Mamy tu great crested newt (traszkę grzebieniastą), która lubi sobie dryfować w wodzie bez ruchu. Sam Edwin w skafandrze do nurkowania czatował sobie pod wodą i właśnie mu się taka traszka nawinęła nad aparat. Samiec właśnie wziął oddech i prawdopodobnie rozgrzewał się pod powierzchnią wody w ten zimnawy kwietniowy poranek. Sylwetka traszki cudnie się komponuje z konturami bezlistnych drzew. Traszka ta jest zagrożona azjatycką grzybicą skóry, podobną do tej choroby, która dziesiątkuje żaby i ropuchy na całym świecie. Naukowcy boją się, że może ona podzielić los salamandry plamistej zagrożonej wyginięciem w Holandii.


© Edwin Giesbers "Still Life"

W tej samej kategorii zachwyciła nas fotka „Komodo Judo” autorstwa Andrey’a Gudkowa. Wygląda ona jak ilustracja filmu fantstyczno –naukowego, dwie godzille walczące ze sobą. Rzecz się dzieje w Parku Narodowym Komodo w Indonezji, a tu żyją największe ziemskie jaszczury Komodo dragons - warany , choć wyglądają one jak nieziemskie stwory. Andrey już parę razy był w tym parku właśnie w nadziei, że uda mu się sfotografować walkę smoków. Szczęście się do niego uśmiechnęło w czasie tej wizyty, znalazł dwa jaszczury na wyspie Rinca, które na siebie syczały w złości. Nagle oba stanęły na tylnych łapach i podpierając sią ogonami natarły na siebie, i tak oto mamy to zdjęcie smoczego tanga na krawędzi. Smoki powalczyły, aż jeden przewrócił drugiego na łopatki i potem się rozeszły zostawiając nam to zdjęcie żywcem z parku jurajskiego. Super.


© Andrey Gudkov "Komodo Judo"  

W kategorii Bezkręgowców spodobało nam się zdjęcie „Beetle beauty and the spiral of love” Javiera Aznara Gonzalesa de Rueda’y. Javier szukał gadów i płazów na zboczach wulkanu Tungurahua w Ekwadorze, gdy wpadły mu w oko te niezwykłe żuczki będące w okresie godowym. Te urocze stworzonka baraszkują przez bardzo długi czas i samiec odgania każdego rywala, co dało szansę Javierowi na odpowiednie przygotowanie i użycie dwóch dyfuzorów do rozpraszania światła – jak mówi mój ukochany aby „zmiękczyć” światło. Ciekawostką jest, że samica wierci dziurę w łodydze rośliny i tam składa zapłodnione jaja, w ten sposób larwa po wykluciu jest chroniona i ma jedzenie pod nosem. Kolor pancerza jest niesamowity. Metaliczna tęcza, powodowana światłem załamującym sią na chitynowych warstwach, daje efekt ochronny. Robi wrażenie, jakby to była kolorowa kropla wody, a nie potencjalny obiad dla jakiegoś głodnego ptaka czy innego stworzonka.

 

 

©“Beetle beauty and the spiral of love” Javier Aznar Gonzales de Rueda

Wśród ssaków zauroczył nas zając zimową porą “Snow hare”, uchwycony aparatem przez Rosamund Macfarlane. Siedzi sobie na śniegu przyczajony, czy nastroszony, z jedną łapką podniesioną jakby do nas machał. Rosamunda marzyła o sfotografowaniu górskiego zająca w zimowym futerku. Z przewodnikiem wybrała się ona w góry szkockie Cairngorms i brnąc w śniegu udało im się natknąć na zajączki przycupnięte w zagłębieniu terenu. Przez parę godzin leżała ona w śniegu obserwując te futrzaki. W końcu gdy zgłodniały i zaczęły szukać czegoś na przegryzienie grzebiąc w śniegu, udało się jej cyknąć tę fotkę. I tak oto mamy ten uroczy portrecik zajączka w śniegowym futerku.


 © Rosamund Macfarlane "Snow hare"

W kategorii Ziemia przykuło nasze spojrzenie na dłużej zdjęcie „Collage of sand” (kolaż z piasku) Timo Liebera, właśnie ze względu na uchwycone kolory i strukturę piasku. Timo wybrał się w poszukiwaniu piękna i trudnych warunków na pustynię Rub’ al. Khali (the empty quater – czyli pustkę) na półwyspie arabskim. Na terenie tym, o obszarze większym niż Francja, rocznie spada 3 centymetry deszczu a temperatura sięga 51°C. Pod powierzchnią jest pełno ropy i gazu, ale na powierzchni przy tych warunkach nie ma osadnictwa, jest pustka i tylko czasem na obrzeżach pojawiają się Beduini. Timo został odstawiony na miejsce przez lokalnego przewodnika i obozował sobie przez parę dni szukając inspiracji. Ta fotka genialnie ukazuje czar i grozę pustyni, ten różowy piasek jest bardzo bajkowy, ale warunki w jakich go można zobaczyć raczej zabójcze. W tej kategorii było bardzo dużo zdjęć, które nam się podobały, obok wisiała łąka z zachodnich Węgier cała pokryta jedwabnym obrusem wytkanym przez pajączki dla kontrastu do suchości pustyni.  Nie mogę ich wszystkich tu pokazać, więc gorąco zachęcam do pójścia na wystawę.


© Timo Lieber "Collage of sand" 

W kategorii Miasto dużym zaskoczeniem jest tu zdjęcie, na którym wydawało mi się że jest zamieć śnieżna, dopiero po przeczytaniu opisu, okazało się, że są to owady jętki. Lisy w mieście pojawiają się dwa razy, wygrało właśnie zdjęcie lisa, a raczej jego cienia.

Wśród Detali ujęło nas swoją prostotą i fantazją zdjęcie „ The meltwater forest”  (topniejący las) zrobione przez Fran Rubia. I tak oto, błotko poroztopowe może zostać przekształcone w sztukę. Fran był na Islandii i tam pod nogami zauważył wodę z roztapiającego sią lodowca na wulkanie Vatnajökull. Gdy zaczęła ona malować fantastyczny krajobraz, czekał cierpliwie na odpowiednie światło i uchwycił ten magiczny moment, gdy przed oczami wyrósł nam las i rzeki. Drzewa wydają się wstawać jak w książeczkach dla dzieci (tzw. pop up books), gdy po otwarciu strony mamy naklejone elementy, które powstają tworząc trójwymiarowy obrazek.  Zdjęcie nie z tego świata,  po prostu fantastyczne.


© Frank Rubia „ The meltwater forest”

W kategorii Impresje było parę interesujących fotek, na jednej ptak wlatywał przez stary obraz, na drugiej mamy obraz jak namalowany, poziome pasy różnego koloru – kompozycja z plaży morskiej. Nam przypadła do gustu cała zielona fotka liścia z dziurką przez którą zagląda kameleon widzimy jego oko i cień na liściu. Autorem tego zdjęcia jest Juan Jesus Gonzales Ahumada, który uchwycił tego gada w rodzinnej Andaluzji. W połowie lutego o poranku, gdy słońce już świeci, ale jeszcze jest chłodek i kameleony są mało ruchliwe, cierpliwie czekał z dziurawym liściem, aż któryś się nawinie przez obiektyw. Kameleony mają bardzo ostry wzrok i każde oko rusza się niezależnie od drugiego. I ten ciekawski gadek zagląda przez dziurkę, sprawdzając co tu się dzieje i świetnie się jego cień wtapia w strukturę liścia. Fajnie to wygląda.

 

© Juan Jusus Gonzales Ahumada „ The texture of life”

Zdjęcia w kategori fotoreportażu znów ukazywały nam zagrożone gatunki i okrucieństwo człowieka wobec zwierząt, drapieżniki w cyrku, słonie w świątyniach przywiązane łańcuchami i oczywiście kłusownictwo w Afryce, gdzie walka z handlarzami kością słoniową wydaje się być walką z wiatrakami -  paru strażników z Parków Narodowych uwiecznionych na zdjęciach już nie żyje, zostali zamordowani.

Connor Stefanison został ogłoszony wschodzącą gwiazdą za swoje portfolio. To specjalna nagroda dla fotografów w przedziale wiekowym 18 – 25 lat. Robi fajne zdjęcia zwierzaków, ma fajnego czarnego kruka kroczącego po zasypanym śniegiem krajobrazie, czy niedźwiedzia, który przez przypadek uwieczniony został przez jego aparat w zastawionej na skunksa „pułapce fotograficznej” .

W kategorii The TimeLapse były dwie prace: zwycięska pokazująca zachowania plażowe tzw. ghost crab – który buduje nocą tunele i zamki na piasku, a potem przypływ mu to wszystko ładnie niweluje, aby miał znów zajęcie na noc. Druga kompozycja to niemal reklama dla krainy w Wielkiej Brytanii Dartmoor – nazwana humory Dartmoor – mnie zachęciła do przyjazdu w tamte strony.

Wystawa ta do 10 kwietnia mieści się w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie – najbliższa stacja metra South Kensington.

Ceny

Dorośli : £13 lub £15 z darowizną

Dzieci (lata 4-16) : £7,50 lub 6,75 z darowizną

Ulgowe (studenci, emeryci) : £7,5 lub 6,75 z darowizną

Rodzinne (max 2 dorosłych i 3 dzieci) : £41 lub 36,90 z darowizną

Darowizna to dobrowolna dopłata.

Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, jest jak zwykle co oglądać i czym się zachwycać.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez dział prasowy Muzeum Historii Naturalnej. 

 

Wystawa będzie też objeżdżać Wielką Brytanię więc miejcie oczy szeroko otwarte bo może zawitać do waszego miasta.

Oto parę dat i miejsc

Bristol do 10 kwietnia 2016 w M-Shed

Chelmsford do 14 lutego w Chelmsford Museum

Gloucester do 13 marca w Nature in Art.

Coventry od 5 lutego do 10 kwietnia w Herbert Museum and Art. Galery.

Przyjedzie też do Polski i znów parę dat i miejsc ale sprawdzajcie w waszych miastach i galeriach.

Toruń w Centrum Nowoczesności do 7 lutego

Mińsk Mazowiecki w Museum Ziemi Mińskiej od 12 lutego do 6 marca

Bielsko-Biała w Galerii Bielska BWA od 12 marca do 5 kwietnia

Bytom – Muzeum Górnośląskie od 9 kwietnia do 8 maja

Sopot w Państwowej Galerii Sztuki od 13 maja do 19 czerwca

Szklarska Poręba – Centrum Edukacji Ekologicznej od 24 czerwca do 24 lipca.

sobota, 16 stycznia 2016

 

 

Magna Carta ma już 800 lat i z tej okazji Biblioteka Brytyjska urządziła wystawę ukazującą nam historię powstania tego dokumentu, jego znaczenie i dziedzictwo. Na wystawie można było zobaczyć dwa z czterech zachowanych oryginałów, a także dokument zwany „Articles of the Barons”, który był spisem roszczeń możnych wystosowanych do króla Jana (King John), „Petition of Right” z 1628 roku i „the English Bill o Rights” z 1689 roku, zęby króla Jana, kość jego palca, fragmenty szat z jego grobu, testament króla Jana i wiele innych interesujących eksponatów, a także wielkie tłumaczenie Magna Carty na angielski wypisane na całej ścianie. 

king john bone © British Library

Magna Carta obrosła legendą, stała się dokumentem uważanym za podstawy demokracji, wolności i praworządności. Jeden z brytyjskich polityków, prawników i sędziów Lord Thomas Bingham (zmarł w 2008) roku stwierdził, że „ niezwykłość Magna Carty polegała nie na tym, co tam było napisane, ale na tym, co późniejsze pokolenia uważały i wierzyły, że zostało w niej zawarte.” Bardzo mi się to stwierdzenie spodobało.

Magna Carta to w sumie tzw. „charter” (dokument prawny) spisany na pergaminie z owczej skóry, jeden z wielu wydanych i spisanych w średniowieczu. Jest to umowa między baronami a królem Janem, swego rodzaju spis obietnic i ulg.

Większość odnosiła się do średniowiecznej prawno-obyczajowej rzeczywistości świata możnych, a nie całego społeczeństwa. Magna Carta miała umożliwić możnym większe wpływy i ograniczyć władzę króla. Król Jan miał to nieszczęście, że był synem Henryka II i bratem wspaniałego Ryszarda Lwie Serce i na ich tle wypada, jako jeden z najgorszych monarchów zasiadających na tronie Angielskim.

Wystawę zaczyna krótki rys historyczny o prawach i zwyczajach panujące na Wyspach Brytyjskich, poczynając od praw anglo-saskich w postaci manuskryptu z XI wieku „The Old English Hexateuch” , kodeksu króla Cnuta (Kanuta Wielkiego), charteru Koronacyjnego króla Henryka I, w którym m.in. król zobowiązywał się utrzymywać dobre prawa i walczyć z nieprawością w swoim królestwie. Mamy tu też manuskrypt pt. „Koszmary Henryka I” . Gdy ów król zaniedbał sprawy królestwa, nawiedziły go koszmary, więc poprzysiągł poprawę, a po przeżytym na morzu sztormie obiecał zaniechać zbierania tzw. duńskiego podatku przez 7 lat i utrzymywać sprawiedliwość.

archbishop Walter slipers Canterbury Cathedral © British Library

Jednym z ciekawszych eksponatów w tej części wystawy są szaty liturgiczne arcybiskupa Canterbury i doradcy królewskiego –Huberta Waltera (chancellor of England),  był on zdolnym politykiem, umiejącym lawirować między młotem a kowadłem, niestety zmarł w 1205 roku i król bez dobrego doradcy zaczął popełniać coraz więcej błędów. Ten okres w historii Anglii jak zwykle świetnie przedstawia Sharon Penman w swojej tzw. Walijskiej Trylogii – muszę się zebrać i napisać recenzję. Wracając do szat liturgicznych, wykonane są z jedwabiu, sprowadzone ze wschodu, może przez Hiszpanię, ale wyszywane już w Anglii. Są one jak napisano w notce przy gablotce przepięknym przykładem stylu „Opus Anglicanum”, a na niektórych fragmentach jedwabiu są motywy pseudokufickie, co pozwala na spekulację, że może materiał ten był darem od Saladina w czasie pobytu Waltera na trzeciej krucjacie w Ziemi Świętej. Mamy tu buty, mitrę, stułę oraz jego pięknie zdobiony pastorał. Cudeńka.

Canterbury cathedral archbishop crozier © British Library

W gablocie po przeciwnej, stronie na środku komnaty, mamy inne ciekawe elementy. Jest tu tzw. skarb z Wainfleet - w naczyniu pokrytym zielonym szkliwem znaleziono monety z czasów panowania królów Henryka II,  Ryszarda i Jana. Były to srebrne monety tzw. „short cross pennies” i półpensy o łącznej wartości 1 118 funtów, 8 i pół szylingów w ówczesnych czasach. Niezły majątek.

W innej gablocie mamy kolejny niezwykły zabytek z tego okresu „Tally Sticks”. Są to kawałki drewna z rożnymi nacięciami – a jest to niezwykła rzecz, te patyczki to rachunki -  dowody zapłaty podatku. Otóż na kawałku drewna (zazwyczaj orzecha laskowego) wycinano znaczki potwierdzające sumę zapłaconego podatku, potem taki patyczek rozszczepiano na dwie części i jedna część zostawała u podatnika, a drugą miał poborca – obie idealnie pasowały do siebie -  genialne rozwiązanie.

Chodząc po tej wystawie zazdrościłam ilości zachowanych dokumentów z okresu średniowiecza, to bardzo bogate źródła informacji o życiu w średniowiecznej Anglii.

Średniowieczne królestwa były co chwile targane różnymi buntami, a zwykle buntowali się możni, którym nie było na rękę panowanie silnego władcy. Henryk II miał podobne problemy, ale on był dobrym strategiem i miał silną osobowość. Ryszard Lwie Serce większość czasu spędził poza wyspami, albo na krucjatach, albo walcząc na kontynencie o swoje Andegaweńskie dziedzictwo. Król Jan utraciwszy dużo terytorium na kontynencie skupił się na panowaniu na Wsypach, no i to było trochę nie w smak możnym. Generalnie przyjmuje się, że nie było on najlepszym monarchą, miał tendencje do okrucieństwa, był podejrzliwy i pamiętliwy. Jego osobowość świetnie ukazała wspomniana już Sharon Penman, skupię się  na tym przy okazji recenzji jej serii o Walii.

genealogical chronicles king john© British Library

Otóż tym razem baronowie mieli środki materialne i militarne, aby poważnie zagrozić panowaniu Króla Jana, ten nawet oddał swoje królestwo w opiekę papieżowi, co było niezwykle zgrabnym posunięciem politycznym. Baronowie zaś powoływali się na „chartery” przywileje i prawa koronacyjne królów Henryka I i Edwarda Wyznawcy (Edward the Confessor). Doszło do negocjacji i efektem których była umowa zawarta między rebeliantami a królem. Dokument ten znany jest jako Magna Carta i nie był ani pierwszym kodeksem praw, ani pierwszą próbą ograniczenia praw monarchy. Podobne umowy były zawiązywane w całej średniowiecznej Europie. Dokument ten został opatrzony pieczęcią królewską w miejscu dziś znanym jako Runnymede – jest tam pomniczek upamiętniający  to wydarzenie. Co jest warte zaznaczenie to fakt, że dokument ten nie został podpisany jak się często mylnie wyraża, a właśnie obwieszony pieczęcią czyli przypieczętowany. W Canterbury mają jedną z czterech zachowanych kopi (chodzi tu o odpis nie o kopie jak my to rozumiemy obecnie)  tego dokumentu właśnie z Wielką Pieczęcią Anglii.

Magna Carta Canterbury copy © British Library

Magna Carta zawierała 63 klauzule, z których do czasów obecnych tylko 3 nadal są w pewien sposób obowiązujące, reszta odeszła do lamusa lub została objęta odrębnymi dekretami itp.

W pierwszym punkcie stwierdzono niezawisłość i niezależność kościoła, to nadal obowiązuje. Gwarantowano też konsultacje w sprawie podnoszenia podatków, a aresztowani mieli prawo do sprawiedliwego procesu i sądu według obowiązujących praw (law of the land), a nie widzimisię królewskiego. Ciekawym punktem było stwierdzenie, że wdowy nie mogą zostać zmuszane do ponownego zamążpójścia, jeżeli nie życzą tego sobie, jednocześnie nie mogły poślubić nowego małżonka bez zgody króla lub możnego jeżeli żyły z dochodu ziem do nich należących. Nie chodziło tu o prawa kobiety, ale o utrzymanie kontroli nad ziemią i tworzenie koligacji majątkowych.

Gdyby król nie dotrzymał swoich zobowiązań baronowie mogli go ostrzec, że źle czyni, a potem ewentualnie użyć siły.

king john hunting © British Library

Żywot Magna Carty był bardzo krótki, a Król Jan wcale nie miał chyba zamiaru jej przestrzegać bowiem już we wrześniu papież wystawił bullę, w której uznał tę umowę za niezgodną z prawem i obłożył baronów ekskomuniką oraz zawiesił Arcybiskupa Canterbury Stephena Langtona. Król Jan zmarł rok później nadal walcząc z baronami, a władzę objął jego syn Henryk III który miał tylko 9 lat i to była druga szansa dla baronów i Magna Carty.

Nowe wersje zostały zatwierdzone aby zyskać poparcie baronów dla króla, a kolejni monarchowie -  Henryk III i Edward I mieli podobne problemy z możnymi. Kolejne wersje były szeroko upowszechniane, a najbardziej trwałym elementem tego dokumentu był fakt, że król jest objęty zasadami prawa i im podlegał. Zmieniały się zasady dotyczące podatku od odziedziczonego mienia, oczywiście stawki szły w dół. Decyzje o wysokości podatków nakładanych na poddanych miały być konsultowane z  baronami, potem do tego doszli jeszcze rycerze oraz rzemieślnicy i kupcy czyli elita miejska. Powoli rodził się parlament, a zwłaszcza jego niższa izba (gmin).

great seal king John eaton collage © British Library

W kolejnych gablotkach można było zobaczyć pierwszą wydrukowaną wersję Magna Carty w drukarni Richarda Pynsona, tłumaczenie na angielski przez Roberta Redmana wydane przez Georga Ferrersa. Nawet taki despota jak Henryk VIII użył jej w czasie swoich reform religijnych, zwłaszcza jej pierwszej klauzuli o niezawisłości Kościoła w Anglii, świetnie mu to pasowało, gdy odrywał się od Rzymu. Do tego dokumentu odwoływali się przeciwnicy reformacji i tak np. powołał się na nią Thomas Moore w czasie swojego procesu – niewiele mu to jednak pomogło.

Magna Carta odżyła w czasach panowania dynastii Stuartów, za króla James I, a potem jego syna Charlesa I (Karol I), dzięki staraniom i działaniom prawnika i humanisty Edwarda Cooka. Gdy królowie zaczęli ograniczać swobody obywateli, narzucając swoje decyzje, on powołując się na Magna Cartę stanął naprzeciw monarchii w obronie prawa powszechnego. W pewnym momencie stracił pozycję i nawet przebywał w więzieniu. Właśnie za panowania Karola I konflikt między parlamentem, a królem panującym miłościwie z woli Boga się mocno zaostrzył. W 1628 roku Cook przedstawił w Parlamencie dokument „The Petition of Rights” , który opierał się na wyżej wspomnianym średniowiecznym dokumencie. Ostatecznie E. Cook wydał 13 tomów raportów o prawie i 4 tomy komentarzy znanych jako „Institutes of the Laws of England” i jest uznawany za twórcę podstaw tzw. „English liberties” (angielskich wolności i przywilejów). Co jest dziwne O. Cromwell nie był zbytnim miłośnikiem Magna Carty, chociaż był przeciwnikiem króla i przywódcą parlamentarzystów w czasie wojny domowej. Pod koniec XVII wieku otrzymujemy „The Bill of Rights” kolejny demokratyczny krok, w nim zawarta jest m.in. klauzula, że monarcha nie może zawiesić lub działać poza prawem, nakładać opłaty pieniężne bez zgody parlamentu, czy zbierać armię w czasie pokoju. Był ten dokument w gablotce to zobaczenia.

Oczywiście idee te przeniknęły do kolonii i pierwsze odnośniki do Magna Carty pojawiają się w dziele kwakra Williama Penna „The Frame of Government of Pennsylvania”, który był swego rodzaju przepisem na dobre zarządanie i był bardzo głęboko osadzony w tym starym dokumencie. Opierali się na niej też Banjamin Franklin, John Adams i Thomas Jefferson w czasie swoich prace nad deklaracją niepodległości. Można było obejrzeć na tej wystawie tzw. pierwszą wersję tej deklaracji, z notkami i propozycją zniesienia handlu niewolnikami. Kolejnym ważnym dokumentem był „United States Bill of Rights”, w którym odnoszono się do aresztu, procesu, bezstronności sędziów. Porównano też brytyjską wyboistą  drogę do demokracji z krwawą jatką w czasie Francuskiej Rewolucji.

 US bill of rights © British Library

Ostatnie pomieszczenia wystawy poświęcone były echom Magna Carty w innych dokumentach i deklaracjach m.in. w walce kobiet of równouprawnienie, w Deklaracji Praw Człowieka, o Magna Carcie  wspomniał Nelson Mandela w czasie swojej przemowy na procesie w Rivonii.

Jako ciekawostkę podam, że gdy w czasie II wojny światowej znani angielscy faszyści - Oswald i Diana Mosley, zostali zatrzymani prewencyjnie, to właśnie powołali się na Magna Cartę, a swoje zatrzymanie i uwięzienie bez procesu przedstawili jako atak na wolność. Odpowiedź rządu była: „to nie jest atak na swobody, ale jest to niezbędne działanie w celu utrzymania swobód”.

Tak ważny dokument pojawia się w edukacji, więc były różne pomoce edukacyjne, puzzle, książeczki dla dzieci itp. Na mnie największe wrażenie zrobiły filmiki CBBC z serii Horrible Histories. Przez resztę dnia chodziłam nucąc melodię z tej serii, która wpada ona w ucho i nie chce wypaść.


Na końcu była też ściana z angielskim tłumaczeniem Magna Carty i obie kopie, dość nadgryzione przez ząb czasu.

kopia Magna Carty © British Library

Wystawa super, jak i inne organizowane przez Bibliotekę Brytyjską. Warto jest to tego budynku zaglądać i jak jesteście w Londynie to wpadać na ich wystawy, bo są dobrze przygotowane, ciekawe i mają wielgaśną kolekcję manuskryptów. Niektóre są za darmo, więc wpadajcie na ich stronę aby to sprawdzić. W tym roku przypada 400-na rocznica śmierci Shakespeare’a, więc będzie kolejna wielka wystawa.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez dział prasowy Biblioteki Brytyjskiej. Images © British Library

sobota, 09 stycznia 2016

 

Zima to czas, gdy ciemności opanowują ziemię. Tej ciemności jest więcej im bardziej na północ się znajdujemy i chyba dlatego wszelkiego rodzaju światełka nas fascynują. Od listopada każda dzielnica, miasteczko, a nawet ulice jak Oxford Street miały uroczyste zapalanie światełek świątecznych i mrok zostawał ceremonialnie rozświetlony tysiącami lampek, z reguły guzik wciskała znana osoba, a tłum wydawał okrzyki zachwytu najczęściej w rodzaju: uuucha, lub wooow. Niektóre domy rozświetlano nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz. Po drodze do lokalnego supermarketu przechodziłam obok ogródka, w którym królowały świetliste pingwiny, bałwanki i niedźwiadki polarne itp. Takie światełka to atrakcja dla dzieciaków, których grupki gromadziły się zwłaszcza w czasie powrotów ze szkoły. Słyszałam jak mama mówiła maluchowi, że jeśli jutro też będzie grzeczny, to znowu tu przyjdą. Tuż przed Waterloo jest siedziba dużej firmy naprawczej (hydraulika itp.),  co roku ich dekoracje świetlne są coraz większe.  Mikołaj ze wszystkimi reniferami, śnieżki, bałwanki itp. Każdy patrzy przez okno, niektórzy dorośli ukradkiem.

Nic więc dziwnego, że różne atrakcje turystyczne wpadły na pomysł rozświetlenia mroku i zarobienia na tym dodatkowego grosza. Zima, zła pogoda i krótkie dni niezbyt przyciągają turystów, a przecież światełka wszyscy lubią.

 ©pysson

My już po raz trzeci wybraliśmy się do Kew Gardens – Ogrodów Botanicznych w Kew na ich imprezę światełkową. Pierwszy rok był taki sobie, gdyż chcieli przy okazji edukować dzieciaki. Niezbyt to się sprawdziło, bo my dorośli trochę byliśmy odstawieni na drugi tor. W ubiegłym roku było o wiele lepiej, podobnie w tym roku.

 

 

©pysson

 ©pysson

Niektóre motywy się powtarzały, niektóre zmieniono, wiele dodano i naprawdę fajnie się chodziło po ogrodach w nocy, zachwycając się światełkami, lampkami i ognikami. Był też chórek rozświetlonych krzaczków, zmieniający kolory według śpiewanych gam i nutek. Drzewka były specjalnie podświetlone, niektóre wyglądały jak z bajek  i wydawało się , że zaraz wstaną i  zapytają  – co się tak gapisz.

 

 

©pysson

Był też Mikołaj i grupka  artystów, która miała uprzyjemniać czas dzieciakom.

Na końcu trasy był pokaz światło i dźwięk, a tłem tego pokazu była wielka palmiarnia. Obejrzeliśmy dwa razy czekając na wielkie śnieżki i kulki. Było ciemno, więc dorośli mogli też rozdziawić usta z zachwytu i poddać się naszym pierwotnym instynktom. Bo to uwielbienie światła, ogników, cieni może mieć korzenie w dalekiej przeszłości, gdy nasi przodkowie siedzieli w jaskini przy ognisku, bezpieczni, ogrzani snując opowieści, wpatrując się w życiodajny ogień.

Oto parę fotek z tej imprezy tak na zachętę jakbyście się zastanawiali co można zobaczyć zimą w Londynie, Kew już skończyło te pokazy, ale Lumiere London już nadciąga.

 

©pysson



©pysson



©pysson

 

 ©pysson

 

 ©pysson

 

 ©pysson

 

 

 

Tagi: Kew Londyn
22:14, edyta1972 , Fotografia
Link Dodaj komentarz »

 

Święta, Święta i po Świętach, a nawet po Nowym Roku. Czas płynie, czy tam biegnie nieubłagalnie, co tam płynie, rwie z kopyta, aż człowiek dostaje zadyszki usiłując mu dotrzymać kroku. Tak, zdecydowanie, czas jest moim największym wrogiem, nie miałam czasu na pisanie. A oto moje żałosne wymówki… .

Najpierw stwierdziliśmy, że musimy trochę odnowić mieszkanie no i w ruch poszły pędzle, szpachelki, wałki i bieganie po sklepach za farbą, taśmami, wałkami - bo ten to nie bardzo, a tamten do luftu itp. W międzyczasie był urlop i wyjazd do kraju, po powrocie kontynuacja malowania po pracy, czasem to było parę godzin, przestawianie mebli, zdejmowanie książek, płyt i DVD z półek, znajdowanie na nie miejsca itp. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę z ogromniej ilości posiadanych książek drukowanych – nazywam je „papierówkami” i cieszyłam się ponownie z posiadania Kindla, bo znaczyło to, że na półkach nie stały kolejne 73 książki, a jak się jeszcze doda te 108 z archiwum, to naprawdę oszczędza się nie tylko na zajmowanej przez nie przestrzeni, ale i na energii zużywanej na ich przenoszenie z kąta w kąt. Zdecydowanie więcej też kupujemy książek z tego też właśnie powodu, że nie zajmują nam miejsca, więc wydawcy i pisarze raczej mają z nas pożytek. Tak na marginesie to mam dużo recenzji do przeniesienia na papier, a raczej na ekran, jest też parę wystaw i parę katedr do opisania … .

A wracając do wymówek, to potem zaskoczyły nas święta i trzeba było jakoś mieszkanie ogarnąć, budowaliśmy nowy komputer, bo mój laptopik trochę się postarzał. No i ani się człowiek nie obejrzał, a tu już Nowy Rok. Ale nad pierwszym wpisem już usilnie pracuje. Mój fotograf ma dla mnie zdjęcia i lada dzień coś się nowego ukaże.

Najlepszego Wam życzę i Pozdrawiam. 

Flag Counter