sobota, 28 stycznia 2012

Książka ta przyjechała z Polski do mnie jakiś czas temu i leżała sobie na półce trochę czekając w kolejce, choć i tak zabrałam się za nią o wiele wcześniej niż by to nakazywała zasada pierw kupiona pierw czytana. Trochę zwlekałam, bo wiedziałam, że to ma już być ostatni tom i nie chciałam się pożegnać z ulubionymi bohaterami, ale jednocześnie chciałam się dowiedzieć jak potoczyły się ich losy i poznać wszystkie tajemnice.

Kupując pierwszy tom „Zajezierscy „ wpadłam jak śliwka w kompot i czekałam niecierpliwie na dalsze części. Jest to saga rodzinna, a w zasadzie kilku rodzin na przestrzeni stuleci, akcja dzieje się w kilku przedziałach czasowych i na początku może to trochę przeszkadzać, ale już po paru rozdziałach człowiek się przyzwyczaja.

Na rynku w Gutowie są prowadzone badania archeologiczne i w zasypanym lochu odnaleziono ciało kobiety z tajemniczym pierścieniem na ręku. Pierścień ten należał do rodu Zajezierskich, ale także rodzina Cieślaków miała go w posiadaniu. Iga Hryć najmłodsza bohaterka i wnuczka Celiny Hryć z domu Cieślak - właścicielki tytułowej Cukierni pod Amorem - stara się rozwikłać tajemnicę tego znaleziska m.in., kim była kobieta i jak to się stało, że miała ten rodowy pierścień przy sobie. Poznajemy losy Zajezierskich na tle dramatycznych wydarzeń politycznych XIX i XX wieku, śledzimy zmiany społeczne, kulturowe i technologiczne i poznajemy życie codzienne na prowincji i w wielkim mieście a także za oceanem.

Koniec tomu „Cieślakowie” zostawił nas tuż przed wybuchem II Wojny, a także w 1995 roku na wizycie Adama Toroszyna ( Adam i Celina znali się przed wojną i łączyło ich gorące młodzieńcze uczucie) z synem i wnukiem na ponownym otwarciu szkoły prowadzonej przez zakonnice – jego matka była absolwentką tej szkoły a ciotka siostrą przełożoną. Tom trzeci ma krótki wstęp dla przypomnienia, kto co i jak bo to dużo wody upłynęło w Wiśle od wydania tomu drugiego i czytelnik mógł trochę zapomnieć. Nie zastąpi to jednak lektury poprzednich tomów.

Dwa dni temu zrobiłam sobie herbatkę połamałam czekoladę i ułożyłam się wygodnie do lektury. Zachłannie czytałam każdą stronę wiedząc, że nieuchronnie zbliżam się do końca a teraz chodzę śpiąca, bo nie mogąc się od niej oderwać zabierałam ją na drogę do pracy. Prawie trzy godziny dziennie spędzam w pociągach, do tej pory głównie lekko sobie drzemiąc nadrabiając konieczność wczesnego wstawania. Ta jednak opowieść tak mnie wciągnęła, że czytałam ją jak tylko udało mi się usiąść i pochłaniałam ją nawet na przerwie w pracy zagryzając pośpiesznie zrobionymi kanapkami.

Znów śledzimy losy ulubionych bohaterów, ich dramaty, miłości i rozterki, bo oto kolejna wojenna zawierucha sieje śmierć i zniszczenia na prawo i lewo. Ginę Weylen wojna zastaje za granicami państwa i rozdziela z synem Adamem, który stara się przeżyć opiekując się przyrodnią starszą chorą psychicznie siostrą, a także angażuje się w działalność konspiracyjną i coraz mocniej zakochuje w Celinie Cieślak. Paweł Cieślak staje wreszcie w oko w oko ze swoim ojcem, ale wojna nie daje im szansy na normalne poznanie, na scenę wkracza Hryć i dowiadujemy się jak to się stało, że Celina wyszła za niego i jak stali się właścicielami Cukierni pod Amorem ( kiedyś Aniołem). Wojna nie oszczędza nikogo, ludzie giną lub ślad się po nich urywa, w mieście utworzone zostało getto a jego mieszkańcy powoli zostają ograbieni z mienia, potem godności a na końcu życia. Poznajemy bliżej Lilith Apfelbaum z domu Cukierman córkę założyciela Cukierni domniemaną kobietę z pierścieniem, wielką miłość Zygmunta brata Celiny, ale czasy to były okrutne i chwile szczęścia trzeba było wykradać śmierci.

Życie po wojnie nie jest łatwiejsze, codzienne zmagania hartują naszych bohaterów i niesamowite jest to, że Celina u schyłku swojego życia w rozmowie z wnuczką stwierdza, że choć możemy mieć plany i cele, ale ich osiągnięcie to nasze próby i że okoliczności sprawiły, że grała wiele ról i wyszła poza schemat, jaki narzuciłoby jej środowisko, ale nie ma w niej zgorzknienia.

Powoli a może jednak za szybko dochodzimy do końca i okazuje się, że nie wszystkie tajemnice zostały rozwiązane. Choć ostatecznie znamy już tożsamość kobiety z pierścieniem to nadal nie wiemy, w jaki sposób dostał się on w jej ręce, (choć możemy mieć domysły), i jak to się stało, że ona tam w tym lochu została i nigdy z niego nie wyszła? Czy to jednak było najważniejsze, czy o to naprawdę chodziło? Czy był to tylko pretekst do tej czarującej podróży w przeszłość? Czy Iga szukała rozwiązania tej zagadki pierścienia czy raczej chodziło o znalezienie tego co on mógł symbolizować – dwaj mężczyźni dali je kobietom które kochali, czy chodziło o miłość?

Muszę się przyznać, że mam niedosyt, jak po zjedzeniu pysznego ciasta, chce się jeszcze, ale blacha już pusta. Dobrnięcie do ostatniej strony mnie zasmuciło nie dlatego, że nie odkryto przede mną wszystkich tajemnic, ale dlatego że trzeba pożegnać ulubionych bohaterów.

Marzy mi się jeszcze jedna blacha pełna łakoci, chciałabym wiedzieć czy starsza pani spotka się z Adamem Toroszynem i co z tego spotkania wyniknie. Czy Iga otworzy wytwórnię czekolady jak kiedyś zażartowała? Czy rodzeństwo Hryciów nadal będzie się starało rozdrapać majątek jeszcze za życia seniorki rodu? Czy Iga pogodzi się ze swoim uczuciem? Czy szczęście i miłość zawita w progi Cukierni pod Amorem? Marzy mi się ślub i huczne wesele a może nawet dwa. Wiem, że autorka zastrzega, że to ostatnia część, ale czy można tak nas czytelników zostawić i osierocić. Proszę panią Małgorzatę o jeszcze jedną opowieść i mam nadzieję, że nie będę jedyną o to proszącą.

wtorek, 24 stycznia 2012

 

Mission song by le Carre

Wreszcie dobrnęłam do końca tej powieści i muszę się przyznać, że długo się zmagałam z tą książką i trochę mnie to zdziwiło zwłaszcza, że bardzo mi się podobał „The Constant Gardener” (Wierny ogrodnik) powieść i film oraz „The Tailor of Panama” (Krawiec z Panamy) i ostatnio „Tinker, Tailor Soldier Spy”.

Jest to kolejna opowieść o tym jak zachód i koncerny przemysłowo finansowe wykorzystują Afrykę, a dokładnie bogate w surowce naturalne w Kongo. Bohaterem powieści jest Bruno Salvador tłumacz doskonale znający francuski, angielski i suahili a także wiele regionalnych języków jak Kinyarwanda, shi, bembe, lingala etc. Bruno jest sam dzieckiem Afryki - jego ojciec był irlandzkim misjonarzem a matką piękna dziewczyna z okolicznej wioski. Ojciec jego dostał się w ręce jednej z grup rebelianckich i poddany był licznym torturom, które dzielnie wytrzymywał, ale jedna tortura była dla niego nie do zniesienia – perspektywa, że umrze bez znajomości spełnienia w ramionach kobiety i tak oto Bruno przyszedł na świat. Jego matka zostawiła go z zakonnicami i wróciła do swojej wioski, ale niestety niedługo potem wszyscy mieszkańcy zostali zmasakrowanie przez wrogie plemię. Misjonarz został ukarany przenosinami na parę lat do innych części świata, ale że bardzo kochał Afrykę, wrócił tam i nawet udało mu się przekonać swoich przełożonych, że owoc jego grzechu powinien być przy nim. Bruno dowiedział się dopiero w wieku 10 lat, że ten katolicki misjonarz jest jego ojcem. Po śmierci ojca postanowiono się pozbyć problemu, jakim było to dziecko (owoc grzechu) i odesłano go do szkoły z internatem w Wielkiej Brytanii, gdzie pojawia się właśnie, jako Bruno Salvador, bo takie nazwisko mu przypisała przełożona Karmelitek.

Tutaj jego mentorem zostaje Brak Michał, którego ciotka Imelda zostaje finansową podporą w okresie, gdy dzieciak zdobywa edukację; a że jest zdolnym osobnikiem uzyskuje dyplom w Londyńskiej szkole studiów orientalnych i afrykańskich oraz tytuł Master of Scence ( odpowiednik naszego magistra) w Tłumaczeniu i Interpretacji. Tłumacz i interpreter to nie jest jedno i to samo, tłumaczyć może każdy, ale nie każdy może być interpreterem, tu liczy się szybkość i precyzja oraz znajomość niuansów języka a w przypadku Salvo ( to jego przydomek) języków.

Taki talent lingwistyczny znajduje pracę bez problemu, jego klientami są prawnicy, przedsiębiorcy oraz służby tajne Rządu Jej Królewskiej Mości. I tu sprawa się dla Bruna komplikuje i jedno zlecenie zmienia jego życie. Otóż zamiast na przyjęcie w do swojej żony dziennikarki udaję się on w tajną wyprawę na nieznaną wyspę gdzie prowadzone są tajne negocjacje w sprawie Konga. Otóż udało się doprowadzić do wspólnego stołu niemalże wszystkie strony konfliktu i jest szansa na zaprowadzenie pokoju i demokracji w tym bogatym w surowce mineralne regionie - gdzie ziemia tak bardzo przesiąknięta jest krwią ludzką.

Wszystko pięknie i prosto, ale nie wróży się dobrze demokracji, jeżeli wprowadzana jest ona za pomocą ciężkiej broni sprowadzonej do kraju, jako narzędzia rolnicze. Te negocjacje to pic na wodę i fotomontaż i Salvo to wkrótce odkrywa i stara się coś z tym zrobić zwłaszcza, że teraz Kongo jest mu jeszcze bliższe, bo zakochał się w pielęgniarce pochodzącej właśnie z tego kraju. Czy mu się to uda – proszę sięgnąć po książkę i się dowiedzieć.

Na początku pisałam, że zmagałam się z tą lekturą a przyczyną jest to, że w pewnych momentach autor zaczyna wykład w taki sposób jakbyśmy my czytelnicy nie byli w stanie zrozumieć, że nie zawsze białe jest białe a czarne – czarne. Bruno wydaje się być zbyt naiwny na dorosłego mężczyznę o tak bogatym życiorysie i umiejętnościach językowych, ale może ta jego naiwność i mentalna czystość są potrzebne, aby ukazać dwulicowe i pazerne postępowanie innych postaci i organizacji w tej powieści. Trochę to męczy i irytuje i może ekranizacja lub słuchowisko wypadły by lepiej, bo można te uwagi i dygresje sprytnie usunąć.

Sama historia jest ciekawa jednak nie sądzę, aby spowodowała ona wyrzuty sumienia w politykach tu i tam, a w obywatelach ruch społeczny domagający się zakończenia wszelkich konfliktów w Afryce. Niestety tam gdzie są bogate złoża minerałów zwłaszcza takich jak koltan ( niezbędny nie tylko w elektronice, ale i produkcji powłok odpornych na wysoką temperaturę) pojawią się ludzie i grupy, których jedynym celem będzie wydobycie tych surowców i wzbogacenie się, bez względu na koszty zwłaszcza te ludzkie. Można powiedzieć że cywilizacja jest wymagająca – a to czego się nie widzi to nas nie boli. Nie wiem, jaka była intencja autora, czy miał intencję, czy po prostu chciał opowiedzieć historię, czy zainkasować pieniądze za kolejną wydaną powieść, ale czegoś mi było tu brak, coś mnie męczyło i nie były to wyrzuty sumienia, że żyję w komforcie cywilizacji.

Nie zniechęciło mnie to jednak do lektury innych jego powieści i wiem, że sięgnę po inne książki. Każdemu pisarzowi trafia się słabsze dzieło i może właśnie to jest taki przypadek. Jest to pisarz, którego lubię i ciężko mi pisać o tym, że nie byłam tą powieścią zachwycona, przeczytajcie sami, bo autor jest tego wart i może wam się będzie bardziej podobać.



poniedziałek, 23 stycznia 2012

 

Nowa ekranizacja powieści Stiega Larsona, czy jak inni mówią remake, tym razem produkcja amerykańska z wkładem brytyjskim, niemieckim i szwedzkim, w reżyserii Davida Finchera, a w rolach głównych Daniel Craig i Rooney Mara. Nie czytałam powieści i nie oglądałam pierwszej adaptacji, więc poszłam na ten film kompletnie zielona, ale może to i dobrze, nie miałam żadnych oczekiwań. Jest to bardzo brutalny film z dużą dawką przemocy, ale jest to interesująca historii o wielu wątkach i motywach, sprawach czasem niewygodnych. Film rozpoczyna się wyrokiem sądowym na dziennikarzu Mikaelu Blomkvist (Daniel Craig), pracującym w magazynie Millennium, który właśnie został skazany za zniesławienie. Dowiadujemy się też, że jest on sprawdzany przez prywatną firmę, na zlecenie bogatego przedsiębiorcy Henrika Vangera (Christiopher Plummer), który ma plany względem dziennikarza.

Akcja filmu toczy się dwutorowo, jeden wątek to Mikael i jego perypetie, bowiem przedsiębiorca Vanger postanowił go zatrudnić do opracowania swojej biografii – taki był oficjalny powód - a naprawdę chodziło o rozwiązanie 40-letniej tajemnicy zniknięcia jego bratanicy Harriet Vanger. Vanger obiecuje zapłatę a pieniądze bardzo się Mikaelowi przydadzą, bo sąd nałożył na niego karę. Dodatkowym bodźcem jest obietnica dostarczenia informacji mogących pogrążyć wroga Blomkvista, który oskarżył dziennikarza o zniesławienie - biznesmena Wennestroma.

Co roku Henrik Vanger dostaje na urodziny przesyłkę - zasuszone rośliny w ramce, taki prezent dawała mu Harriet i on teraz myśli, że ktoś w taki sposób go torturuje psychicznie. Mamy tu zgrabne przeskoki do przeszłości, które są nakręcone w innych odcieniach i to jest bardzo interesujące zróżnicowanie czasu, w jakim dzieje się akcja, muszę przyznać, że takie przedstawienie kolorystyczne uwiarygodnia przekaz. Harriet zaginęła w czasie spotkania rodzinnego na wyspie, która w całości należy do rodziny i prowadzi do niej tylko jeden most. Na tym moście, w tamtym dniu zdarzył się wypadek, więc nie mogła ona się przez niego wydostać, więc co się z nią stało? Henrik Vanger podejrzewa, że za zniknięciem Harriet stoi ktoś z rodziny i chciałby, aby Mikael odkrył, kto zamordował Harriet.

Drugi wątek to losy dziewczyny z tatuażem, która walczy o swoje życie, samodzielność i zmaga się ze swoimi własnymi kompleksami i nieufnością wobec ludzi. Tytułowa bohaterka pojawia się trochę później i jest to osoba dość skomplikowana, znajduje się ona pod nadzorem kuratora, gdy pierwszy z nich już nie jest w stanie się nią zajmować, przydzielony jej zostaje osobnik, który sam powinien siedzieć w celi. Lisbeth Salander (Rooney Mara) jest doskonałą obserwatorką i zmyślnym detektywem, ale brak jej umiejętności nawiązywania kontaktu z ludźmi i jest określana, jako aspołeczna. Od razu jednak budzi nasz szacunek i sympatię, choć jej zachowanie nie jest przyjazne.  

Craig and Mara in girl with the dragon tattoo

Drogi Mikaela i Lisbeth Salander (dziewczyny z tatuażem) schodzą się, gdy ten potrzebuje asystentki w prowadzeniu śledztwa, a prawnik i prawa ręka Vangera, Dirch Frode (Steven Berkoff) poleca właśnie tę inteligentną samotniczkę jako doskonałego fachowca. Lisbeth szybko zabiera się do pracy i znajduje nowe ślady i wpada na trop czegoś więcej niż tylko zniknięcia nastolatki. Oboje z Mikaelem wplątują się w mroczny świat seryjnego mordercy, powoli po nitce docierają do kłębka, a koniec jest zaskoczeniem, na jakie się w sumie czekało.  

Film mi się podobał, dobra obsada aktorska, Roomey Mara jako dziewczyna z tatuażem po prostu rewelacyjna, Daniel Craig odpoczął trochę od Bonda i to mu na dobre wyszło; ale i role drugo planowe zostały wspaniale dobrane - gwiazdy które grają, a nie tylko występują. I tak mamy Stellana Skarsgarda jako brata Harriet Martina, Geraldine James jako Cecylię Vanger, Joely Richardson jako jej siostrę Anitę, Juliana Sands jako młodego Henrika i Gorana Visnjica jako szefa Lisbeth Dragana Armanskiego, a Robin Wright wcieliła się w rolę wydawcy magazynu Millenium - Erikę Berger. Klimat gra tu ważną rolę i naprawdę czuje się surowość zimy na szwedzkiej prowincji. Nie jestem w stanie powiedzieć czy jest lepszy od wersji szwedzkiej, ale wiem, że będę czekać na dalsze części i sięgnę po książki.

Rooney Mara, girl with the dragon tattoo, dziewczyna z tatuażem

sobota, 21 stycznia 2012

Leonardo da Vinci był geniuszem, wyprzedzał swoją epokę, patrzył na świat z otwartymi oczami, był wnikliwym obserwatorem przyrody i otoczenia, zadawał pytania i szukał na nie odpowiedzi. Do dziś jego pomysły i wynalazki wprawiają nas w zadziwienie podobnie jak wszechstronność jego zainteresowań od inżynierii wojskowej przez architekturę i malarstwo po anatomię, geometrię oraz teatr. To wszystko powoduje, że postać ta tak powszechnie znana jest nadal otoczona poświatą tajemnicy i przyciąga jak magnes. Od początku, kiedy ogłoszono, że Galeria Narodowa w Londynie przygotowuję wystawę o Leonardzie wiadomo było, że będzie to sukces, okazał się to taki bestseller, że nie ma już biletów w przed sprzedaży a jedyną szansą jest przyjście rano a nawet bardzo rano (my stanęliśmy w kolejce o 8 – galerię otwierają o 10 na wystawę weszliśmy o 12: 30) to jest jedyna szansa na dostanie biletów. Pojawiły się osoby, które stoją w kolejce zawodowo i zarabiają pieniądze, niektórzy przychodzą ze składanymi krzesełkami. My próbowaliśmy trzy razy i za trzecim razem nam się udało i było warto.

Wystawa ta koncentruje się na okresie, jaki Leonardo spędził w Mediolanie, pod opiekuńczymi skrzydłami Ludovica Sforzy, ukazuje warsztat i techniki, jakimi posługiwał się artysta, szkice i próby, stara się przybliżyć nam człowieka, artystę i nauczyciela, są tu też dzieła jego uczniów. Nie wystarczy jednak tylko pokazać słynne obrazy, arcydzieła teraz trzeba wykazać się o wiele większym polotem w organizowaniu ekspozycji, należy zgromadzić dzieła o interesującym podłożu, historii w tle, bowiem publiczność stała się bardzo wybredna i chce czegoś więcej.

Na wstępie do wystawy jest film w małej salce kinowej, który warto obejrzeć zanim wejdzie się na sale ekspozycyjne, pomaga on w ogarnięciu tego, co pozostawił po sobie Leonardo. Dowiadujemy się, że fascynowało go światło, jak wpływa na kolory, i na to, co widzimy, że był bardzo chaotyczny w pracy, zmieniał kompozycję, że nie był zdyscyplinowany, np. malując „Ostatnią wieczerze” potrafił „nic” nie robić przez parę dni, potem przychodził i pracował godzinami albo wykonał dwa ruchy pędzlem i szedł do domu. Tradycyjna metoda wykonywania fresków to malowanie na jeszcze mokrym tynku, ale to było zbyt ograniczające jego geniusz i proces twórczy i malował farbami olejno temperowymi na sucho i niestety może to było dla niego wygodne, ale już 20 lat po ukończeniu dzieła było ono w makabrycznym stanie. Warto tu wspomnieć, że ostatnia renowacja trwała dłużej niż samo malowanie i niestety to technika w kombinacji z „lenistwem” mistrza stała się powodem utraty wielu detali jak np. odbicia w naczyniach itp.

Gwiazdą wystawy jest obraz z kolekcji Czartoryskich, „Dama z gronostajem” (Lady with an Ermine”) i dla wielu jest ona „lepsza” niż paryskie arcydzieło, sama na własne uszy słyszałam takie komentarze. Mam nadzieję, że Muzeum Czartoryskich obudzi się i rozpocznie kampanię reklamową z hasłem w stylu „ Nie udało Ci się zobaczyć „Damy „ w Londynie przyjedz do Krakowa” mogliby się dogadać z Lotem i paroma krakowskimi hotelami, zrobić ofertę i podzielić się kosztami opłat reklamowych. Aż się prosi, aby wykorzystać ten sukces.

Sam patron Leonarda to ciekawa postań. Ludovico Sforza o przydomku „il Moro” był księciem Bari, ale w 1479 roku został regentem i wziął w opiekę nieletniego bratanka Gian Galeazza i rozpoczął swoje panowanie w Mediolanie, które zakończyło się dopiero wraz z inwazją francuską na przełomie wieków. Ten zaborczy i brutalny człowiek okazał się wspaniałym mecenasem sztuki, wziął pod swoje skrzydła Leonarda i wykazał się sporą cierpliwością, bowiem artysta był sławny także z tego powodu, że pracował bardzo powoli i trzeba się było naczekać ma te efekty jego geniuszu. Il Moro był człowiekiem dobrze wyedukowanym i potrafił docenić umiejętności i potencjał Leonarda, miał też swego rodzaju hobby czy zachcianki, których celem było posiadanie i tworzenie rzeczy niezwykłych i dlatego potrzebował genialnego uczonego zarazem artystę, odkrywcę, architekta itp.

Pierwsze pomieszczenie wystawy to tradycyjne spojrzenie na wczesne dzieła i porównanie ze współczesnymi artystami oraz naśladowcy i prace uczniowskie. Jest tu też portret Ludovico M. Sforzy pędzla Ambragio de Predis, portret wykonany przez Leonarda przedstawiający mężczyznę w profilu. Od tradycji odbiega „The Musician” (Muzyk ok. 1486-7) przedstawiający prawdopodobnie śpiewaka Atalante Miglirotti, (trzeba dodać, że Leonardo był jego nauczycielem muzyki) lub chórmistrza katedry mediolańskiej. Artysta stara się tu ukazać ulotność innej sztuki, jaką jest muzyka, mężczyzna trzyma w ręce stronę zapisaną nutami (ciekawa jestem czy ktoś kiedyś próbował odczytać, co to jest i zagrać?) Usta wydają się jeszcze powoli zamykać może właśnie skończył on śpiewać. Leonardo ustawił śpiewaka w ¾ profilu odstępując od zasady portretowej panującej w Mediolanie a nakazującej ukazanie postaci w profilu. Proszę się przyjrzeć oczom źrenice są o różnym stopniu rozszerzenia w zależności od światła.

The Musician, portret męski, Leonardo da Vinci,

Jest to też jedyny portret męski, choć mężczyźni byli obecni w szkicach, rycinach to w portretach malowanych pędzlem występują wyłącznie kobiety.

Następne pomieszczenie to właśnie kobiece portrety. Króluje tutaj oczywiście „ The Lady with an Ermine” (Dama z gronostajem). Aby w pełni docenić nowatorstwo portretowe Leonarda trzeba się najpierw przyjrzeć portretowi Bianki Marii Sforzy wykonanemu przez Ambrogio de Predis widać tutaj dokładnie mediolański schemat portretowy, profil, kamienna twarz, bogactwo stroju i biżuterii. Był to portret wykonany w czasie, gdy Ludovico Sforza starał się znaleźć dla swojej bratanicy odpowiedniego kandydata na męża, więc trzeba było pokazać głównie dobrobyt materialny potencjalnej narzeczonej.

Bianca Maria Sforza, Ambrogio de Predis, portret mediolański, portret z profilu

Portret Cecilii Galeriani trzymającej w objęciach gronostaja to gwiazda tej wystawy, jest kreowana jako niemal najlepsze dzieło artysty, kwintesencja jego stylu i techniki oraz koncepcji sztuki i piękna. Cecilia była utrzymanką Ludovica Sforzy.

szkic psich łap do damy z gronostajem

Dzieło Leonarda od początku wzbudziło zachwyt do tego stopnia, że nadworny poeta Bernardo Bellincioni napisał odę pochwalną, w której min zachwyca się urodą modelki i precyzję, z jaką malarz uchwycił ulotny moment, w którym ona wydaje się słuchać kogoś a nie mówić. Idealna kobieta: piękna, skromna i słuchająca a na dodatek mało gadatliwa. Cecilia patrzy na kogoś i naprawdę wydaje się być zasłuchana a w objęciach trzyma urocze zwierzątko. Gronostaj uznawany był za symbol nieskażonego piękna, urody tak czystej samej w sobie, że żadne bogactwo materialne nie było jej w stanie dorównać. Gronostaj też może być tu symbolem samego kochanka modelki, bowiem Ludovico Sforza otrzymał Order Gronostaja od Króla Neapolu. Leonardo wierzył, że sztuka może ukazać piękno i w ten sposób upamiętnić i sprowokować za razem wyższe uczucia w odbiorcy, jakimi jest miłość i pasja. I rzeczywiście nie przechodzi się obok tego obrazu obojętnie, widziałam go już trzy razy na własne oczy, wielokrotnie na fotografiach i nie mam dosyć, na wystawie parę razy wracaliśmy do sali numer, 2 aby jeszcze raz na nią spojrzeć. Obok mamy szkice pomocnicze do tego portretu, są tu ręce, szkic psich łap oraz głowy niedźwiedzia którego szpiczasty pyszczek i uczy są przetransformowane w zwierzątko z wspomnianego portretu.

The Lady with an ermine, Dama z gronostajem, Cecilia Gallerani,

 belle ferronniere, Beatrice d'Este, Lukrecja Crivelli, geometria w sztuce

Na ścianie obok wisi inny portret ”The Bella Ferronniere” (podobny napis jest na Damie z Gronostajem). Są różne opinie co do tego kogo przedstawia ten obraz, na wystawie twierdzą że jest to prawdopodobnie żona Ludovica Sforzy Beatrice d’Este, w innych publikacjach np. M Landrus twierdzi że jest to ostatnia metresa Sforzy Lukrecja Crivelli. Obie panie są bardzo podobne do siebie, co może być efektem tego, że uosabiały piękno w drugim portrecie Leonardo miał zastosować zasady geometrii w wyprodukowaniu wizerunku piękna absolutnego. Może jednak Ludovico miał pewien określony gust i dlatego kobiety w jego życiu były podobne do siebie.

W pomieszczeniu numer trzy to poza jednym i to jeszcze nie dokończonym obrazem są same szkice tzw. studia anatomiczne wykonywane różnymi technikami, piórkiem węglem, miedzioryty itp. Leonardo był bardzo zainteresowany anatomią uważał, że aby oddać naturę trzeba ją najpierw poznać, chciał wiedzieć, jakie są zasady i sposoby poruszania się ciał a wszystko po to, aby jego obrazy nawet idealizowane wyglądały wiarygodnie. Pracował on nad proporcjami ciała, kalkulował idealne wymiary, a szkicom często towarzyszą obfite notatki i uwagi. Bardzo często, jak to można zauważyć na całej wystawie, mamy kilka szkiców na tych samych kawałkach papieru, czasem są to różne ujęcia tej samej postaci i tej samej pozy tylko z innego punktu widzenia jakby mistrz studiował ułożenie ciała i chciał wiedzieć jak to ze sobą współgra; czasem są to całkiem odrębne szkice, np. postaci i budynku. Niektóre mają numerki i są to ślady po próbie identyfikacji i uporządkowania jego pracowni po śmierci mistrza. Próba odczytania notatek jest bardzo trudna nie ze względu na język, ale na fakt, że był on leworęczny i pisał od prawej do lewej.

nieukończony obraz św Hieronim

Jedyny obraz w tym pomieszczeniu to „Saint Jerome” (św. Hieronim) jest to obraz niedokończony a przez to dający nam wgląd w proces twórczy mistrza Leonarda. Obraz przedstawia świętego pustelnika poszczącego na pustkowiu, który trzyma w wyciągniętej prawej ręce kamień i zamierza się nim uderzyć w piersi. Przed nim leży lew, któremu święty wyciągnął cierń z łapy. Jest to niezwykły przypadek widać tu różne stopnie wykonania obrazu, mamy szkice, nałożoną farbę, tło, a głowa i szyja świętego to wspaniały przykład zastosowania i wykorzystania wiedzy zdobytej w czasie studiów nad anatomią ludzkiego ciała. Szkoda, że Leonardo tego nigdy nie skończył, ale cóż taki on był - chaotyczny i impulsywny, prawdziwy koszmar dla zleceniodawców.

W następnym pomieszczeniu mamy obrazy religijne i jedyna w historii okazja, aby zobaczyć dwie wersje tego samego obrazu obok siebie - a dokładnie naprzeciwko siebie (Madonna w Grocie) „The Virgin of the Rocks” 1483-85 obecnie w Luwrze w Paryżu oraz „The Virgin of the Rocks „ 1491/2-9 i 1506-8 z Galerii Narodowej w Londynie.

Towarzyszą im na ścianach obok szkice przygotowawcze mistrza i jego uczniów (Giovanni Antonio Boltraffio), które rzucają trochę światła na to w jaki sposób mistrz dochodził do ostatecznego wyglądu. Obrazy te wydają się być takie same, ale za razem są tak inne od siebie. Pierwsze, co się rzuca w oczy to kolory, obraz z National Gallery wydaje się być o żywszych i jaśniejszych kolorach i wygląda jakby Leonardo użył tu „photoshopu” (zasłyszany komentarz), choć z drugiej strony niebieski barwnik był dość drogi to może w pierwszej wersji z Luwru nie miał go w takiej ilości jakby chciał. Chociaż wytłumaczenie może być o wiele prostsze, obraz z Londynu został niedawno oczyszczony i poddany konserwacji, więc może ciemniejszy wygląd Paryskiego to warstwy brudu osiadłe przez stulecia. Co jest jednak niesamowite w Paryskiej wersji to użycie światła, widać tu, że Leonardo zastosował swoje obserwacje w tej dziedzinie i mamy różne natężenie koloru w różnym oświetleniu. Na obrazie tym mamy Maryję otaczającą ramieniem św. Jana Chrzciciela, który klęczy przed błogosławiącym go dzieciątkiem Jezus. Św. Jan jest uważany za symbol ludzkości, więc z jednej strony Maria jest naszą protektorką a z drugiej strony Anioł wydaje nam się wskazywać wzorzec do naśladowania. Obraz ten jest określany jako bardzo naturalistyczny ze względu na światło i realistyczne przedstawienie roślinności.

pierwsza wersja obecnie w Luwrze Maddony w Grocie

Mówi się też, że Paryska wersja to kooperacja z innym artystą, który pracował nad tym obrazem wcześniej razem z bratem ( Ambrogio i Evangelista de Predis). Ostatecznie jednak oba obrazy zostały podpisane przez Leonarda da Vinci.

maddona w grocie Leonardo da Vinci z national gallery w Londynie

W drugiej wersji tej z Londynu, nastąpiło parę zmian, kolory i światło to jedne z nich, anioł niczego już nie wskazuje a roślinność to zlepek z ładnych egzemplarzy a nie przedstawienie istniejących gatunków – nastąpiła tu idealizacja. Co jest jednak najciekawsze to, że wykonane niedawno zdjęcie rentgenowskie ukazało szkic pod obrazem z zupełnie inną koncepcją ustawienia. Lewa ręka Madonny miała spoczywać na piersi a głowa miała być zwrócona w lewą stronę. Takie ułożenie mogło nadać obrazowi więcej emocjonalnej ekspresji, ale kiedy i dlaczego zostało ono zarzucone nie wiemy i tak oto mamy rozjaśnioną skorygowaną wersją wcześniejszego obrazu, z dodanymi aureolkami i symbolem św. Jana (krzyżem).

Szczerze mówiąc bardziej podoba mi się ta Paryska wersja, jest bardziej tajemnicza, żywsza i intrygująca.

Kolejne dwa pomieszczenia to więcej szkiców, studiów, obrazów nie tylko pędzla Leonarda ale i jemu współczesnych a także jego uczniów (wspomniany już G.A. Boltraffio, i Marco d’Oggiono). Leonardo aktywnie zachęcał do korzystania ze szkiców i dzieł w procesie uczenia się i tworzenia, wydaje się być artystą nie dbającym o sławę – może dlatego że już był uznawany za genialnego, a może nie miał czasu na takie drobiazgi jak prawa autorskie, lub wierzył w wolność dostępu do wiedzy i nauki. Dwa dzieła tu są interesujące, jedno to na nowo odkryty „Christ as Salvator Mundi” (Zbawiciel świata), obraz ten wydaje się być rozmyty zwłaszcza twarz a jest to efekt zniszczeń zadanych w czasie oczyszczania obrazu, najlepiej zachowane są tu ręce. Artysta zmieniał ich ułożenie zwłaszcza położenie kciuka, ale najciekawszym elementem tej kompozycji jest kula wykonana z kryształu górskiego, jest to wytwór fantazji Leonarda, bowiem nie było możliwe obrobienie tego materiału dostępnymi w owym czasie narzędziami. Może jest to wskazówka, że należy dążyć do perfekcji nawet, jeżeli wydaje się ona nie do osiągnięcia.

Salvator Mundi, odnaleziony obraz Leonarda da Vinci

Kolejne dzieło to „The Burlington House Cartoon” jest to duży szkic wykonany na papierze za pomocą węgla i kredy, osadzony dla wzmocnienia na płótnie. Przedstawia on Marię siedząco na kolanie swoje matki św. Anny oraz dzieciątko Jezus błogosławiące św. Jana. Postacie na tym rysunku (kartonie) są monumentalne niemal jak rzeźby, choć część to tylko lekki szkic. Emocje na twarzach to miłość, troska i oddanie, perfekcyjnie uchwycone przez Leonarda. Jest tu też sugestia co do tego co jest inspiracją w sztuce, ręka św. Anny wyraźnie wskazuje do góry do nieba. Sztuka bycia artystą polega na ukazaniu wnętrza i emocji na zewnętrznej powłoce cielesnej.

Burlinton House Cartoon, rysunek na papierze osadzony na płótnie

Ostatnie pomieszczenie wystawy to Sunley Room który się znajduje w gmachu głównym na drugim piętrze i jest całkowicie poświęcony „Ostatniej Wieczerzy”. Jest to jedno z bardziej, jeśli nie najbardziej ambitne dzieło mistrza. Namalował je dla Ludovica Sorzy w refektarzu klasztoru Dominikanów Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Przedstawił na nim reakcję 12 apostołów na słowa Chrystusa o tym że jeden z nich go zdradzi. Pierwsze, co zobaczymy wchodząc do tego pomieszczenia to właśnie „Ostatnia Wieczerza” jest to pełnowymiarowe zdjęcie fresku z Mediolanu i co nam się od razu rzuca w oczy to koszmarny stan w jakim znajduje się to dzieło. Nie jest to jednak wina turystów pstrykających zdjęcia a samego mistrza i techniki jaką zastosował bowiem już 20 lat po ukończeniu było ono opisywane jako ruina. Trzeba dodać, że Ludovico Sforza jadał w tym refektarzu dwa razy na tydzień i siedział właśnie pod postacią Jezusa. Leonardo zastosował tu prosty efekt iluzjonistyczny tak ustawił perspektywę, że malowidło wydaje się przedłużeniem pomieszczenia, zastosował tu harmonię Pitagorasa wyrażającej się liczbami 6, 4, 3 w ustawieniu gobelinów na ścianach i tak szerokość drugiego, trzeciego i czwartego gobelinu odpowiada połowie, jednej trzeciej i jednej czwartej pierwszego.

szkice przygotowawcze do ostatniej wieczerzy

Jest tu też pełno szkiców przygotowawczych, głowy i pozy różnych postaci. Głowa Judasza zwraca szczególną uwagę, nie jest to rysunek realistyczny, intensywnie napięte mięśnie szyi mają oddać panikę i zdziwienie na słowa Chrystusa. Mamy tu szkice architektoniczne, detale ubiorów, studia stóp i rąk, oraz opis pomysłu na fresk z którego wynika jak autora intrygowały ruch i gest oraz emocje jakie one mogą przedstawiać. Często szkice są na jednej kartce ze szkicami architektonicznymi do innych dzieł albo diagramami matematycznymi, jakby Leonardo łapał ulotne pomysły, gdy przychodziły mu do głowy a potem odkładał je i czekał. Jego celem było oddanie emocji każdego świętego w sposób indywidualny, każda postać miała mieć swoje własne cechy charakterystyczne nie tylko w wyglądzie, ale i w ekspresji targających ich uczuć. Postacie na obrazie wydają się mówić prowadzą dialog między sobą a także zwracają się do nas. Jest to jakby scena biblijna utrwalona na ścianie, bardzo teatralny przekaz, niemalże filmowy. Dzieło to fascynowało i nadal fascynuje, pojawiają się różne koncepcje, co za nim stoi, dlaczego układ trójek i dopatrywanie się dodatkowej ręki należącej do 13 osobnika.

Prawdziwym rarytasem jest obraz o rozmiarach niemalże samego fresku pędzla być może asystenta i ucznia Giovanniego Pietro Rizzoli znanego też jako Giampietrino który to w 1520 roku wykonał tę kopię. To dzięki niemu wiemy, jakim cudem było to z refektarza, na dziele tym widać też wyraźnie stopy pod stołem zwłaszcza w centrum obrazu bo na fresku z refektarza mamy tam namalowany kamień na inskrypcję. Jest to niesamowite szczęście dla nas i to właśnie ten obraz wielu z nas kojarzy z dziełem da Vinci, niektóre detale z oryginału stracone bezpowrotnie są tu obecne np. przewrócona solniczka przy Judaszu. Kopia uratowała wizerunek oryginału, niesamowity obrót historii.

last supper, ostatnia wieczerza, kopia Leonarda da Vinci

Wystawa jest niezwykła, warta zerwania się przed świtem i stania godzinami w kolejce. Zachęcam do wizyty. Wystawa trwa do 5 lutego 2012 roku, mieści się w skrzydle Sainsbury i jest otwarta od 10 rano do 18 – ostatnie wejście o 17. Są dni tzw. Leonardo Lates (długie otwarcia) Piątki i soboty do 22 ostatnie wejście o 21, w niedziele do 19 ostatnie wejście o 18. Od 22 Stycznia do 5 lutego będą tylko same „lates” każdego dnia od 10 do 22 (ostatnie wejście na wystawę o 20:30) wygląda na to że poszli po rozum do głowy.

Ceny:

Dorośli – £16.00

Ulgowe dla seniorów – £14.00

Ulgowe dla studentów, dzieci od 12 lat do 18 lat, bezrobotnych z zaświadczeniem, posiadaczy karty National Art Pass(Art Fund) – £8.00

Przewodnik Audio - £ 3.50 i £ 4.00.

Galeria Narodowa mieści się na placu Trafalgar najbliższe stacje metra to Charing Cross to też stacja kolejowa oraz Embankment i Leicester Square oraz Piccadilly Circus. Powodzenia.

Wpis jest ilustrowany materiałami promocyjnymi Galerii Narodowej w Londynie.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

To już druga część przygód Sherlocka Holmesa i doktora Watsona według Gaya Ritchie i znów się dobrze w kinie bawiłam a o to przecież chodzi. Sherlock Holmes staje do śmiertelnej rozgrywki z profesorem Moriaty(Jared Harris) który sprytnie ułożył swoją sieć po całej Europie snując złowieszcze plany których celem jest fortuna dla niego a cierpienie dla innych. Pod maską dobrotliwego profesora kryje się maniak który chce totalnego chaosu a jedynymi którzy przejrzeli jego grę są Holmes i jego nieustraszony przyjaciel doktor Watson. Nie jest to adaptacja opowieści A. Conan Doyle’a a luźna interpretacja jego historyjek. Niby wiemy co się może stać ale jest pewnego rodzaju niepokój i dreszczyk emocji. Doctor Watson żeni się i kończy swoje kawalerskie życie na wieczorku przygotowanym przez Holmesa, oczywiście jest to balanga nie z tej ziemi. Holmes też wtrąca swoje trzy grosze w podróż poślubną szczęśliwej pary, a potem to już same kłopopoty, pistolety, armaty itp.

Co mi się szczególnie spodobało w tej interpretacji przygód Holmesa i Watsona to fakt że wstawiono tu dużą dawkę humoru, Holmes przestał być sztywniakiem (tak częstym w adaptacjach telewizyjnych) a Watson to osobnik inteligentny i rozgarnięty i to on często ratuje sytuację i wyciąga Holmesa z kłopotów. Obaj panowie aktorzy naprawdę włożyli w te role swoje serca i ogląda się ich na ekranie z przyjemnością. Człowiek wychodzi z kina i ma poczucie że wydane pieniądze nie poszły na marne, bo trochę się przestraszyłam, zasmuciłam, pośmiałam i generalnie byłam zadowolona. Wspaniała gra aktorska od wielkich gwiazd Robert Downey Jr i Jude Law po drobne role, Stephen Fry jako brat Sherlocka Mycroft i Geraldine James jako cierpliwa gospodyni pani Hudson. Oprócz tego niesamowite efekty specjalne, i zdjęcia zwłaszcza scena ucieczki przez las, wciskają w fotel, dobrze dobrana muzyka, a genialne wręcz zakończenie powoduje że człowiek prosi o więcej.

Miałam okazję oglądać trochę procesu twórczego, i co jest niesamowite to że cały dzień zdjęciowy, wielokrotne powtórki, godziny ustawiania scenografii a potem było tylko parę sekund na ekranie. Niesamowite okazało się też to jak grafika komputerowa potrafi zmienić scenerię i stworzyć jedno miejsce zlepiając razem dwa krajobrazy miejskie z dwóch odległych stolic europejskich. I tak oto mamy wieżę Eiffla otoczoną ogrodami z Hampton Court, a w Park w Richmond udawał paryski lasek z obozem cygańskim. Średniowieczne kuchnie w pałacu w Hampton Court scenografowie przerobili na paryskie XIX całkowicie nie do poznania.

Podobało mi się film ten bawi, śmieszy a także pozwala odskoczyć od rzeczywistości i dlatego polecam wizytę w kinie.

 



 

niedziela, 08 stycznia 2012

Zgodnie z wieloletnią już tradycją zostały podniesione opłaty za przejazdy transportem publicznym w Londynie i tak drogie już bilety stały się jeszcze droższe i tylko pozostaje pytanie co oni robią z tymi pieniędzmi bo jak zwykle nam obiecują że to na unowocześnienie i ulepszenie ale jakoś nie bardzo im to wychodzi. Ludzka cierpliwość jest już bardzo napięta ale nie bardzo wiadomo co zrobić bo trzeba do pracy dojechać a jak Cię złapią bez biletu to płacisz karę ale jak oni odwołują pociągi albo mają kolosalne spóźnienia to podróżny tylko sobie może pomarudzić pod nosem bo obiecane kompensaty to jak gruszki na wierzbie, niby o nich mówią ale jakoś ich nie widać.

Wyjaśniałam już parę razy o strefach i zasadach używania transportu w Londynie, ale przypomnę tak pokrótce. Londyn jest podzielony na 6 stref (w niektórych rejonach podmiejskich są dodatkowe strefy) i cena biletu zależy od tego przez ile stref jedziesz i przez jakie strefy, z wyjątkiem autobusu bo tu jest stała opłata za kurs.

Trochę terminologii.

Travelcard (Travelka) to bilet wielokrotnego użytku może być na jeden dzień, tydzień, miesiąc i cały rok. Można je kupić na każdej stacji metra, kolejowej i sklepach z oznaczeniami Transport for London. Mogą to być bilety papierowe a można też ją mieć na karcie Oyster.

Karta Oyster to plastikowa karta wielkości karty kredytowej taki bilet wielokrotnego użytku, można sobie na niej zakupić bilet okresowy od tygodniowego do rocznego przy bilecie miesięcznym trzeba ją zarejestrować. Bilet miesięczny można tu kupić każdego dnia i liczony jest on od dnia zakupu lub jaki się sobie wybierze przez miesiąc, czyli nie trzeba kupować na początku każdego miesiąca. Na karcie Oyster można też mieć zgromadzone fundusze i płacić tylko za dany przejazd jeżeli nie korzystamy z transportu zbyt często i nie opłaca nam się kupować Travelki. Zasada jest taka że w autobusach dotykamy specjalnej płytki przy kierowcy i automatycznie kasuje z karty za przejazd a przy płytce pojawia się zielone światełko, w metrze czy na kolei dotykamy przy wejściu i wyjściu nawet jak są otwarte bramki bo inaczej automatycznie skasuje z karty za całodzienne użycie czyli jak za Travelkę.

Daily Price Cap – to specjalny system na karcie Oyster który powoduje że używając jej w ciągu dnia nigdy nie zapłacimy więcej niż gdybyśmy kupili papierową Travelkę po prostu kasuje nas dopóki nie osiągniemy stawki albo za dzienny przejazd autobusem gdy tylko jeździmy autobusami ( Uwaga nie można już kupić papierowego Bus Passa na jeden dzień) albo ceny dziennej Travelki na dane strefy.

Jeżeli macie Travelkę na karcie Oyster na określone strefy a musicie wykonać dodatkową podróż to możecie sobie doładować gotówkę i użyć jej do zapłaty po prostu was skasuje za podróż od granicy strefy do miejscy gdzie wysiądziecie.

Karta Oyster jest wygodna ale trzeba za nią zapłacić zastaw (£3), który teoretycznie powinno się odzyskać gdy zwracamy kartę. Można ją kupić na stacjach metra, w sklepach ze znakiem Oyster oraz przez Internet.

Peak and Off Peak – to określenia na godziny szczytu gdy jest największy ruch czyli przed 9.30 rano bo wszyscy jadą do szkoły i pracy i w godzinach 16-19 bo wszyscy wracają i w tym czasie jednorazowe przejazdy i Travelka dzienna obejmująca ten czas jest droższa. Off Peak to pozostały czas w ciągu dnia i wieczora, kiedy to jest taniej.

Komunikacja Autobusowa – opłata u kierowcy gotówką £2.30 a kartą Oyster £1.35 Daily Price Cap £4.20, Uwaga w centralnym Londynie nie można kupić biletu u kierowcy trzeba to zrobić w automatach ustawionych przy przystankach. Lepiej jest też mieć odliczone pieniądze bo kierowcy nie zawsze mają wydać. Tyle samo kosztuje podróż tramwajem w południowym Londynie. Tygodniowy Bus Pass to £18.80, miesięczny £72.20 a roczny £752. Dzieci do lat 11 podróżują za darmo, starszym można wyrobić uczniowskie Travelki na poczcie lub przez Internet na stronie Transport for London

 

strefy

Opłata gotówką

Oyster  Peak

Oyster Off Peak

Travelka Peak

Travelka Off Peak

Travelka na tydzień

1

£4.30

£2.00

£2.00

£8.40

£7.00

£29.20

1-2

£4.30

£2.70

£2.00

£8.40

£7.00

£29.20

1-3

£4.30

£3.10

£2.60

£10.60

£7.70

£34.20

1-4

£5.30

£3.60

£2.60

£10.60

£7.70

£41.80

1-5

£5.30

£4.40

£2.90

£15.80

£8.50

£49.80

1-6

£5.30

£4.80

£2.90

£15.80

£8.50

£53.40

Strona TfL (Transport for London) ma też informacje w języku polskim

Nowy wpis na rok 2013



Flag Counter