poniedziałek, 31 stycznia 2011

LIFFE Trader, giełda, pracownik, City, worker, Londyn,

Ulice Londynu pełne są ciekawostek i tematów na fotografię i tak na ulicy Walbrook w drodze do wspomnianego już kościoła św. Stefana Walbrook można spotkać rzeźbę symbol centrum finansowego przedstawiającą pracownika giełdy zatytułowaną LIFFE Trader (LIFFE to skrót od London International Financial Futures Exchange ). Przedstawia ona mężczyznę w garniturze z telefonem komórkowym jest to wizerunek tzw. yuppie, pracownika giełdy, bogatego, ciągle zajętego, zestresowanego pracującego 20 godzin na dobę. Statuetka ta została wykonana w 1997 roku przez Stefana Meltona i to widać, bowiem teraz to miła by on Ipoda albo Blackberry a ten tu ma archaiczny telefon z antenką. Została ona odsłonięta 1 października 1997 roku przez Christine Mackenzie Cohen przewodniczącą pod komisji zajmującej się zielenią – drzewami, ogrodami i otwartymi przestrzeniami w City.

niedziela, 30 stycznia 2011

okładka, Manula Kalicka, Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu

Kupiłam tę książkę przez przypadek i ponieważ nie znałam autorki nie miałam żadnych wobec niej oczekiwań. Książka okazała się interesującą i zajmującą lekturą i wędrowała ze mną do pracy gdzie czytałam ją w porze lunchu i przerw herbacianych, a potem do domu gdzie przy herbatce (znowu) teraz już zielonej z cytrynką znów wkraczałam w świat wojennej Warszawy, Krakowa oraz prowincji. Główną bohaterką jest kultura i sztuka w różnych postaciach i to jak cierpi ona w czasach, gdy na scenę wkroczą armaty i czołgi oraz bezwzględni ludzie. Sztuka jest niebezpieczna, bo przesłanie, jakie za sobą niesie jest ponad czasowe i narodowe i może być niebezpiecznym symbolem, ale za razem jest pożądana, bowiem jej posiadanie świadczy o bogactwie, sile i potędze. I tak oto tylko w ostatnim stuleciu Guernica otworzyła światu oczy na okropieństwa wojny, książki stały się wrogami państwa i spłonęły na stosie, posągi wykute w skale nie miały szansy w starciu z nietolerancją religijną. Niesamowite, że sztuka i kultura potrafią wzbudzić w ludziach tak skrajne emocje, miłość i nienawiść a poświęcenie i bestialstwo wydają się krążyć zawsze w pobliżu. To właśnie o tym jest ta powieść. Główna postać to aktorka kabaretowa, śliczna dziewczyna, która przez przypadek wplątuję się w niebezpieczną grę, jaką jest posiadanie poszukiwanego przez nazistów autoportretu Rembrandta oraz przechowywanie znalezionego w lesie dziecka, chłopca o wdzięcznym imieniu Gedalia, który choć ledwie odrósł od ziemi jest ze względu na swoje pochodzenie śmiertelnym wrogiem III Rzeszy. Irenka Górecka gwiazda Warszawskich kabaretów staje się bohaterką mimo woli, nie może zostawić ani obrazu ani dziecka i naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo, ale w tamtych czasach nikt i nic tak naprawdę nie było bezpieczne. Drugi wątek tej powieści rozgrywa się w Krakowie i okolicach gdzie spotykamy profesora Rosenblatta, hrabinę – właścicielkę wspomnianego obrazu i antykwariusza Himmelblau – który kochał książki i jego bezcenne starodruki i manuskrypty kusiły gestapo i inne bezwzględne typki. Pani Kalicka prowadzi nas przez okrutną rzeczywistość wojennej Warszawy i Krakowa, drogami pełnymi uchodźców i przepełnionymi pociągami, dworkami i gestapowskimi więzieniami. Postacie są ciekawe i wyraziste, można je polubić a czarne charaktery i ich okrucieństwo są zaskakujące i tak jak każdy normalny człowiek zadajemy sobie pytanie skąd się tacy ludzie biorą, jak to się dzieje, że ktoś jest w stanie skatować na ulicy człowieka bez żadnego poczucia winy.

Czytałam tę książkę z przyjemnością i bardzo mi się podobało to, że była to powieść sensacyjna z wojną w tle a nie powieść typowo wojenna, choć wydarzenia są wynikiem działań wojennych, Irenka znajduje się w samochodzie sąsiada z powodu inwazji wojsk niemieckich, jej współpasażerowie zostają zabici w czasie nalotu i tak ona zostaje sama z samochodem, Rembrandtem i zagubionym dzieckiem na drodze. I tak się zaczynają jej kłopoty. Gdyby nie wojna i okupacja to dzieła sztuki i kolekcje książek nie były by łakomym kąskiem dla cynicznych i bezdusznych kreatur w gestapowskich mundurach lub drogich garniturach. Wojna wyzwala w ludziach najgorsze zachowania, ale także najlepsze odruchy pomocy drugiemu człowiekowi, to czas, gdy zwykli ludzie zdobywają się na niezwykła uczynki. Uświadomiłam sobie, że głównie uczymy się i czytamy o większych bohaterskich akcjach, z reguły są to akcje militarne czy szpiegowskie, a takie jak walka o dobra kulturowe schodzi na drugi plan. Gdzieś dawno temu w szkole miałam tzw. czytankę o ratowaniu obrazu „Hołd Pruski” a to przecież wspaniały temat, równie ważne było wysadzanie niemieckich transportów jak i ratowanie tego obrazu, zastanawiam się czy jest o tym jakaś powieść czy książka, nie tylko o tym, ale i o innych próbach ratowanie i walki o zabytki kultury i sztuki.

Proza pani Manuli Kalickiej bardzo mi się spodobała i wiem, że chyba się skuszę na inne jej powieści. Polecam, bo dobrze się czyta, choć znalazłam jeden moment gdzie brakowało kontynuacji – otóż, gdy hrabina została aresztowana i jest przesłuchiwana na gestapo pyta się czy może usiąść to wredny typek mówi jej, że nie, że na razie sobie postoi…. Potem jednak okazuje się, że ona siedzi i nie wiadomo, kiedy usiadła, nie było przecież pozwolenia, ale to drobiazg, jeśli są inne to tak dobrze się czyta, że człowiek ich nie zauważył. W każdym bądź razie jej nazwisko wpisują sobie na listę autorów do szukania po półkach w księgarni.

środa, 26 stycznia 2011

Zapraszam na kolejny spacer po ulicach City of London tym razem do kościoła pod wezwaniem św. Stefana na ulicy Walbrook. W II wieku naszej ery stała na tym terenie na brzegach strumyka Walbrook, świątynia Mitry – solarnego boga, kultu misteryjnego pochodzącego z Azji, który się rozprzestrzenił po cesarstwie rzymskim. Po wycofaniu się legionów rzymskich budynek stał się źródłem surowców budowlanych a fundamenty tej budowli odkryto przy budowie Bucklesbury House w latach 50tych ubiegłego wieku.

 Musiał tu istnieć kościół chrześcijański być może już od w VIII wieku naszej ery, a w 1090 roku został on podarowany klasztorowi św. Jana przez Euda Stolnika Królewskiego. Parafia musiała się dobrze rozwijać, bo oto w 1428 roku budynek kościelny i cmentarz okazują się być zbyt małe na potrzeby wiernych i uzyskano zgodę na budowę większego kościoła około 20 metrów od pierwotnej lokalizacji na ulicy Walbrook, bowiem w ciągu wieków strumyk zaniknął i pozostał tylko w nazwie ulicy (brook oznacza właśnie mały strumień). Teren o wymiarach 63 metry na 20 metrów został podarowany parafii przez Roberta Chicheley’a, członka The Worshipful Company of Grocers – była to organizacja skupiająca handlarzy przyprawami, coś w rodzaju cechu, który także czuwał nad standardem sprzedawanych towarów oraz kontrolowali oni wagi i miary na rynku. Pierwszy raz wymieniana jest ta organizacja już w 1180 roku a znana była jako Guild of Pepperers (cech pieprzykarzy?). Budynek został wykonany przy użyciu popularnej wtedy techniki budowlanej gruzu kamiennego łączonego z łupkami krzemiennymi a wykończony został on kamiennymi elementami dekoracyjnymi. Był to jeden z setki kościołów na terenie tzw. City.

Miasto rosło głównie w ilości mieszkańców i każdy wolny skrawek ziemi był zabudowywany, dodawano też piętra i zaludniano poddasza, taki stan rzeczy sprzyjał rozprzestrzenianiu się chorób i ognia, bo większość zabudowy była drewniana lub z tzw. celtyckiego lub pruskiego muru. W 1665 na miasto spadła plaga a jej epicentrum było blisko kościoła na nieistniejącej już ulicy Bearbidder Lane, ale to nie był koniec nieszczęść w następnym roku na początku września Wielki Pożar strawił prawie ¾ miasta, spłonęły drewniane domy, magazyny, budynki użyteczności publicznej także wykonane z kamienia i cegieł, a żar ognia stopił ołowiane elementy budynków i płynęły one potokami a kamień sprażony przez szalejący ogień zamienił się w wapno palone (niegaszone). Kościół pod wezwaniem św. Stefana Walbrook spalił się doszczętnie podobnie jak 86 innych kościołów z Katedrą św. Pawła włącznie.

To był ogromny dramat miasta, ludzie stracili nie tylko dach nad głową i dorobek całego życia ale także miejsca pracy i kultu. Stolica musiała się podnieść z gruzów i została powołana komisja do odbudowy miasta w jej skład wszedł min. Christopher Wren (1632-1723). Jest to niezwykła postać był on matematykiem ze specjalnością w geometrii, wykładał astronomię oraz studiował także anatomię uniwersytecie w Oxfordzie, gdzie po raz pierwszy zaangażował się w projektowanie budynków. To jednak Wielki Pożar w Londynie dał mu szansę na rozwinięcie skrzydeł w dziedzinie architektury i stworzenie nowego wizerunku miasta, budynki takie jak Katedra św. Pawła, Monument, 51 kościołów w Londynie wyszły spod jego genialnej ręki. Oczywiście nie pracował on sam miał asystentów i współpracowników (R. Hooke, N. Hawksmoor), ale to jego geniusz i nowatorskie podejście do zabudowywania przestrzeni spowodowało, że stał się on jednym z najsłynniejszych brytyjskich architektów.

Odbudowa kościoła św. Stefana Walbrook rozpoczęła się w 1672 roku, trzeba dodać, że sam architekt mieszkał pod numerem 15 na tej samej ulicy. Ch. Wren otrzymał 20 gwinei za projekt tego budynku a jego rysownik otrzymał 5 gwinei. Architekci pracowali nad kilkoma projektami równocześnie, bowiem cały Londyn był wielkim placem budowy. W maju 1679 roku zgodnie z tradycją administracja kościelna wydała uroczysty obiad dla architekta, murarzy i stolarzy pracujących na tej budowie, jako podziękowanie za prace, było to oficjalne zakończenie budowy – kościół był gotowy do użytku – choć wieża została dobudowana dopiero w latach 1713-1717.

st stephen walbrook Londyn, architektura wren,

W tytule napisałam, że jest to duma angielskiej architektury, przechodząc obok tego kościoła raczej się zdziwicie, że tak go nazwano jeszcze w XVIII wieku. Kiedy Lord Burlington (słyny miłośnik architektury patrz Chiswick House) pojechał do Rzymu i przyglądał się architekturze szukając inspiracji spotkał włoskiego rzeźbiarza architekta Canovę, który pogratulował mu, że jest z Londynu gdzie stoją takie wspaniałe budynki jak Katedra św Pawła, Somerset House, a zwłaszcza kościół pod wezwaniem św Stefana na Walbrook. Kiedy Burlington oświadczył, że nie zna tego ostatniego Canova powiedział, że nie mają w Rzymie niczego, co by mogło temu budynkowi dorównać. John Sommerson określił właśnie ten budynek, jako dumę angielskiej architektury a Nikolaus Pevsner umieścił go na swojej liście 10 najważniejszych budowli w Anglii.

steeple st stephen walbrook

Jednak patrząc na niego z zewnątrz nie bardzo wiadomo, o co tyle zachodu, elewacja jest taka jakby niedopracowana, ale ten budynek nie był wykonany, jako wolno stojący i te ściany nie były na pokaz. Po wejściu do środka człowiek stoi i się zastanawia jak to się stało, że weszliśmy do kurnika a stoimy w pałacu, budynek ten jest większy, gdy stoimy w środku niż jak oglądamy go od zewnątrz tzn. tak nam się wydaje. Na tym właśnie polega geniusz architekta i dlatego tak się nim ludzie zachwycają. Wren był matematykiem a geometria była jego specjalnością i to dzięki wiedzy osiągnął ten niezwykły efekt. W czasie mojej wizyty niestety prowadzono prace konserwatorskie i część kopuły była zasłonięta, muszę tam wrócić może latem, aby zobaczyć ją bez tej siatki zabezpieczającej.

inside st stephen walbrook, wren, architekture

Idea kopuły, jako zwieńczenia kościoła, to było coś nowego na Wyspach a takie rozwiązanie podpatrzył Wren podczas swojej podróży do Francji. To, co widział nie dawało mu spokoju i w jego głowie rodził się wizerunek katedry tak innej od tej, która została strawiona przez ogień. Uważa się, że kościół, św. Stefana Walbrook jest swego rodzaju próbą generalną przed ostatecznym rozwiązaniem, które na zawsze zmieniło oblicze Londynu. Główne założenie jest takie samo, kopuła osadzona na pendentywach wspartych na 8 kolumnach i choć szczegóły konstrukcyjne są różne to chodząc po tym kościele czułam się jakbym chodziła po młodszej siostrze wielkiej katedry, która króluje w pobliżu. Kopuła tutaj to drewniana konstrukcja pokryta tynkiem i ornamentem dekoracyjnym, jest ona oparta na ośmioboku wyznaczonym przez kolumny pięciu naw tego budynku. Perfekcja wyznaczona przez geometryczne założenia musiała zrobić wrażenie na architekcie i postanowił on pójść tym tropem pracując nad dziełem swojego życia, jakim była Katedra św. Pawła.

inside st stephen walbrook

Z bielą ścian i lekkością budynku kontrastują drewniane elementy dłuta Williama Newmana proszę zwrócić na ambonę królującą nad zgromadzonymi wiernymi, wydaje się ona być sercem tego pomieszczenia choć trochę na uboczu. Ambona oraz pokrywa chrzcielnicy, pochodzą z 1679 roku. Organy oraz obraz „Pochówek św. Stefana” zostały dodane pod koniec XVIII wieku.

ambona, pulpit st stephen walbrook

Najnowszym dodatkiem z 1987 roku jest okrągły ołtarz, wykonany z Travertinu, kamienia o matowym białawym kolorze, a jego autorem jest nowożytny i awangardowy artysta Henry Moore. Ołtarz został umieszczony na środku pod kopułą, a ławki ustawiono koncentrycznie. Niektórzy krytykują to posunięcie twierdząc, że to wygląda jak kawał francuskiego sera porzucony na środku kościoła, ale takie położenie powoduje, że wierni siadając, są w kręgu, wyzwalać ma to poczucie jedności i wspólnoty.

altar by H. Moore, st stpehen walbrook

Do osobistości związanych z tym kościołem należą min. John Vanbrugh ( pochowany w podziemiach budynku), był to dramaturg i architekt odpowiedzialny za takie budynki jak zamek w Howard czy pałac w Blenheim, John Dunstable – ojciec angielskiej muzyki, de Courcey Laffan który pracował razem z Baronem Courbetinem nad odrodzeniem ruchu olimpijskiego i igrzysk nowożytnych a także Chad Varah który to tutaj właśnie założył ruch Samaritans (Samarytanie) w 1953 roku, działali oni w krypcie pod tym kościołem.

organy st stephen walbrook

Kościół św. Stefana Walbrook jest niezwykłym osiągnięciem architektonicznym, daje poczucie lekkości i przestrzeni, geometria jest tu najważniejszym elementem dekoracyjnym, bowiem symbolizuje ona doskonałość wyrażoną w prostocie, która jest jednak tajemnicza i pełna magii. Czar tego miejsca spowodował, że stałam tam przez chwilę z ustami otwartymi ze zdziwienia i podziwu nad tym mini arcydziełem i mocno Was wszystkich zachęcam abyście umieścili ten budynek w planie Waszych wycieczek po Londynie.

inside of st stephen walbrook London

the dome over the st stephen walbrook

Wstęp za darmo, ale warto wrzucić datek do skarbonki. Najbliższe stacje metra to: Cannon Street, Bank and Mansion House. Otwarte dla zwiedzania tylko w dni tygodnia od 11-16 godziny.

Inne kościoły dzieła architekta Ch. Wrena:

St Vedast alias Foster

czwartek, 20 stycznia 2011

 

Zastanawiałam się, dlaczego taki polski tytuł nadano i rzeczywiście może jest trudno przetłumaczyć znaczenie oryginalnego tytułu, nie chodzi tu, bowiem o mowę, czy mówienie generalnie, ale o specjalne przemowy wygłaszane przez Monarchę Brytyjskiego z różnych okazji. Najsłynniejsza obecnie taka przemowa to Orędzie Bożonarodzeniowe Królowej (The Queen Speech) wygłaszane właśnie w Boże Narodzenie, jest ono transmitowane przez media w całej Wielkiej Brytanii. I o takie przemawianie tu chodzi a nie o przepis jak zostać królem. Ale jak to zwą tak to zwą, ale film jest dobry i Colin Firth zasłużył na nagrodę Golden Glob. Film opowiada o księciu Yorku Albercie ( zwanym Bertie przez najbliższą rodzinę gra go właśnie C. Firth ), który się jąka i bardzo mu to utrudnia życie bowiem musi przemawiać publicznie – i niestety nie może sobie znaleźć innej posady jak doradza najpierw Lionel Logue nieświadomy, kto zawitał do jego poradni. Żona Alberta Księżna Yorku (Helena Bonham Carter) stara się znaleźć mężowi skutecznego specjalistę i trafia właśnie do Lionela Logue (Geoffrey Rush) Australijczyka, który ma dość bezprecedensowe metody, ale czy są one skuteczne. Bertie ma opory i nie bardzo chcę się poddać zabiegom Lionela, więcej z obawy przed kolejnym niepowodzeniem raczej niż z powodu ekscentrycznego zachowania terapeuty. Terapia nie jest jednak prosta, bowiem Książę domaga się uleczenia defektu mechanicznego a logopeda chce dotrzeć do źródeł problemu. Sytuacja się komplikuje, gdy następca tronu David wśród rodziny i przyjaciół, a oficjalnie Edward VIII (Guy Pearce – Australijczyk grający Angielskiego króla) abdykuje, ponieważ związał się z mężatką i rozwódką Wallis Simpson (Eve Best). Książę Albert zostaje Królem Jerzym VI i musi wygłaszać przemowy a jak wybucha wojna to jego orędzia mają ogromne znaczenie dla podtrzymania ducha narodu. I choć znamy te wydarzenia z historii i znamy rezultat, bowiem orędzia wygłaszane przez niego były w porządku. Jednak nie powoduje to, że oglądamy ten film mniej zainteresowani, bo sama terapia jest bardzo ciekawa a dialogi są błyskotliwe i pełne humoru. Jedna z pierwszych rozmów między Księciem a Lionelem zaczyna się od ciszy i Książę pyta się logopedy czy coś mu powie a on odpowiada, że został pouczony, że nie powinien odzywać się pierwszy do Jego Królewskiej Wysokości na to z humorem Książę odpowiada jąkając się, że może długo czekać aż on zacznie rozmowę.

Co jest ciekawe David Seidler zaczął pisać ten scenariusz, gdy został zdiagnozowany na raka, potem, gdy terapie przyniosły efekt narodził się pomysł filmu i tu do akcji włączył się reżyser Tom Hooper, a skrypt był przerabiany wielokrotnie zwłaszcza, gdy wnuk Lionela Louge’a znalazł na strychu notatki swojego dziadka, w których były zapisy terapii z Jego Wysokością. Był to cenny wkład, bowiem dodał całej tej historii autentyczności i ludzkiego wymiaru. Podobno skrypt podrzucono do domu G. Rusha, bo bardzo obaj panowie chcieli, aby on w tym filmie zagrał. Film jest naprawdę dobry, wspaniała obsada aktorska grają tu też min. Derek Jacobi (Ja Klaudiusz – gdzie grał cesarza, który się jąkał), Jennifer Ehle (Elżbieta z Dumy i Uprzedzenia gdzie C.Firth był panem Darcy) M. Gambon (Gosford Park, Charlotte Gray, Cranford, Emma i wiele innych a ostatnio w serii o Harry Poterze zastąpił R. Harrisa w roli prof. Dumbledore’a).

Film ten może się podobać i Złote Globy to pewnie dopiero początek nagród i nominacji, ale co najważniejsze podoba się on publiczności, kino było pełne i ludzie walą na to drzwiami i oknami.

 

wtorek, 18 stycznia 2011

cieslakowie 

Bardzo mi się podobała część pierwsza trylogii, więc gdy robiłam zakupy przez Internet w księgarni wysyłkowej to sobie kupiłam część drugą i czekała ona na mnie razem z całą nową kupą książek w domu w Polsce. Przytachałam je w walizce razem z pysznościami i okazało się, że nawet jak ją położę na wierzchu to i tak będzie 6 w kolejce do czytania, bo są jeszcze książki z innych wypadów i z tutejszych księgarni. Stwierdziłam, że nie mogę czekać i przeczytałam ją poza kolejnością. Znów zatopiłam się w historyjce w trzech warstwach czasoprzestrzennych okolic Gutowa, ale tym razem także przenosimy się do Warszawy i za ocean. Poznajemy dalsze dzieje Marianny Blatko i jej życie w Ameryce, na scenę wkracza nowa rodzina z przedmieścia Warszawy – właśnie Cieślakowie, zmienia się dworek Zajezierskich, nowe problemy, pogrzeby znanych i lubianych charakterów i narodziny nowych bohaterów, upadki i ruina spowodowana przez I Wojnę Światową i ciężka praca w czasie odbudowy gospodarstwa, nowe wynalazki samochody i elektryczność a razem z Giną córką Kingi Toroszyn wkraczamy w barwny świat Warszawskich elit, świat kabaretu, teatru itd. Czasem wydawało mi się, że akcja a raczej czas w książce upływał zbyt szybko, ale to życie tam zaczęło się szybciej toczyć, świat na prowincji dla odmiany, był wolniejszy spokojniejszy i może właśnie, dlatego takie miałam wrażenie. Poznajemy tożsamość kobiety z lochu pod rynkiem, choć nadal jest zagadką dlaczego ona tam się znalazła, choć można sobie snuć domysły. Co znowu najbardziej mi się podobało to opisy życia codziennego, na wsi i w zmieniającym się dworku, nowe udogodnienia i sposoby prowadzenia domostwa i gospodarstwa, przetrwanie w trudnych czasach zawieruchy wojennej na wsi w okolicach Gutowa, ale też na froncie zachodnim i Petersburgu, a także na Śląsku po wojnie. Po tym całym zamęcie, w czasach względnego spokoju i nadziei Tomasz Zajezierski znalazł sobie godnego następcę i tak wkraczamy w jesień 1939 roku. Także w czasach współczesnych tzn. pod koniec XX wieku toczy się intryga i gra o majątek rodziny cukierników. Choć może to właśnie ten wątek był najmniej rozwinięty i mało się dowiedzieliśmy, ale to może zostanie na następną część. Czytałam szybko za szybko, bo nawet nie poczułam jak przeleciałam przez te prawie 500 stron. Jednego, czego mi brakowało to drzewa genealogicznego rodziny Toroszyn i Cieślaków, bo czasem łatwiej było by na to spojrzeć i zrozumieć koligacje rodzinne i znajomości niż czytając bogaty indeks osób.

Tak się do bohaterów przywiązałam, że bardzo mi się będzie dłużyć czas do nowej części.

Ciekawa jestem czy jest planowany serial? Och fajnie by było. Można sobie wyobrażać, kto by zagrał różne postacie.

Książkę polecam. Ci, którzy jeszcze nie znają tej opowieści zachęcam do sięgnięcia po nią, proszę zacząć od 1 tomu Cukierni pod Amorem – Zajezierscy .

sobota, 15 stycznia 2011

Spacerując po Londynie warto jest wstąpić do tego niepozornego kościółka przy wielkiej Katedrze św Pawła. Jest on ukryty wśród nowoczesnych budynków na pobliskiej małej uliczce Foster Lane a jego patronem jest św Vedast znany także, jako Vaast lub Gaston i Foster. Był to biskup Arras i Cambrai wydelegowany przez św Remigiusza do nawrócenia frankijskiego monarchy Chlodwiga I nastąpiło to w 496 roku, został też on nauczycielem i przewodnikiem króla, Vedast zmarł około 540 roku. Jego kult rozpowszechnił się w Anglii w XII wieku wraz z przybyciem zgromadzenia zakonnego Augustynów.

st vedast alias foster on foster lane, kościół, Londyn obok katedry

Pierwszy kościół pod jego wezwaniem na tym miejscu mógł już tu być około 1170 roku, ale nie ma na to niepodważalnych dowodów (na razie). Uważa się jednak, że jego budowa związana była z przybyciem flamandzkich kupców i osadników do Londynu i w 1427 roku pojawia się zapis o podarku od mistrzów Cechu Wytwórców Siodeł jednego ze starszych cechów miejskich w Londynie dla parafian tego kościoła. W 1516 roku szeryf Londynu podarował £100 na odbudowę, może po jakimś pożarze albo innych zniszczeniach, w 1598 dokonano przebudowy okna, wejścia od strony południowej, remont przeprowadzono także w 1614 roku, jest zapis że posiadał on kaplice św. Dunstana i ołtarze Najświętszej Panienki i św. Mikołaja i należał do 13 kościołów w Londynie zarządzanych przez Arcybiskupa z Canterbury . Kościół ten jak i inne w „City” ucierpiał w czasie Wielkiego Pożaru w 1666 roku i po wstępnych naprawach został on odbudowany w latach 1695 - 1701 pod nadzorem architekta Christophera Wrena który odbudował a raczej zbudował też pobliską Katedrę.

wnętrze kościoła st Vedast alias Foster w Lodynie

W czasie odbudowy część murów średniowiecznych została zachowana i wykorzystana w konstrukcji budynku. Wieża z barokową kopułą – hełmem, został dodana w 1709-12 roku przez Nicolasa Hawksmoora który był asystentem i uczniem Ch. Wrena a kosztowało to £2958. Przez następna stulecia kościół ten służył wiernym, do parafian należała min Agata Christi słynna pisarka, autorka kryminałów o detektywie Poirot i Pannie Marple. W czasie II Wojny Światowej podobnie jak wiele innych budynków ucierpiał on podczas nalotów bombowych.

ambona dłuta rzeźbiarza Glinling Gibbons

Pierwsza propozycja, aby zostawić ruiny, jako pomnik wojenny się nie przyjęła i ostatecznie dokonano rekonstrukcji budynku. Mury, wieża i sam hełm ocalały, ale wnętrza zostały zniszczone przez ogień. Architektem, który pracował przy odbudowie był Stephen Dykes Bower, który dokonał pewnych zmian min w układzie budynku, zmieniając orientację w stylu kaplicy kolegialnej, nadając mu bardziej prostokąty kształt. Wnętrza zostały zapełnione elementami z innych zniszczonych kościołów w Londynie. To drugi powód, dlaczego ten kościół jest interesującym miejscem, otóż połączono w nim parafie kościołów zniszczonych w czasie II Wojny a także zlikwidowanych w czasie przebudowy miasta w poprzednich stuleciach.

tablica prze kościele St Vedast alias Foster

I tak na przykład organy wykonane przez Renatusa Harrisa w 1731 roku przeniesione tu zostały z kościoła św Bartłomieja przy Rynku Wymian (St Bartholomew-by-the-Exchange został on zburzony w 1840 roku a na jego miejscu stoi teraz Bank Szkocki), bogato zdobiony pulpit pochodzi z kościoła All Hallows zburzonego w 1878 z ulicy chlebowej (Bread Street) a chrzcielnica ze św. Anny i Agnieszki (Agnes) a stolik komunijny od św. Mateusza. Zostali też zatrudnieni współcześni artyści np.- rzeźbiarz Jacob Epstein, twórca murali Hans Feibusch. Architekt Wren bardzo lubił współpracować z rzeźbiarzem o przedziwnym imieniu Grinling Gibbons, i mamy tu przykłady jego niezwykłego talentu obrabiania dłutem drewna i proszę zwrócić szczególną uwagę na ambonę.

Grinling Gibbons detals from the work in st Vedast aleias Foster

Warto jest tu wstąpić, najbliższa stacja metra to St. Paul’s na linii Central (czerwonej). Uwaga, jako że nie ma tam wielu wiernych kościoły w centrum Londynu tzw. City są często zamknięte w weekendy z wyjątkiem jak jest ślub albo chrzciny albo msza i największa jest szansa na zwiedzenie w normalne dni robocze. Wstęp wolny, ale jest puszka i można wrzucić, co łaska. Ja natknęłam się tam na bardzo sympatycznego pana, który z radością opowiadał mi o historii kościoła i nie miał nic przeciwko robieniu zdjęć a potem się okazało, że to był pastor.

st vedast alias foster

Zapraszam tylko parę kroków od Katedry Świętego Pawła.

 

piątek, 14 stycznia 2011

Zgłosiłam swój blog do Konkursu na Blog Roku 2010.

Trwa etap Głosowania SMS na Bloga Blogerów.

Jeżeli Wam się to co pisze podoba to głosujcie na mnie wysyłając SMS pod numer 7122 wpisując w niego mój numer D00095 a 0- to cyfra zero nie duże O, nie należy też wstawiać spacji. Koszt SMS 1.23 zł brutto. Dochód z SMS ma zostać przekazany na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych.

Dziękuje serdecznie i z całego serca.

talki_w_podrozy

Łaziłam po księgarni i szukałam nowych polskich książek, bo z każdej podróży do kraju przywożę od 5 do 7 polskich książek zależy od objętości i ciężkości, bowiem wymiary mojej walizki są ograniczone a tu jeszcze trzeba zabrać inne dobroci od mamy, a zwłaszcza chlebuś, bo tu takiego nie ma jak z tej piekarni co moja rodzina się zaopatruje. Zachęciłam się okładką ( nie po raz pierwszy) naprawdę panowie wydawcy dobrze zrobiona okładka to połowa sukcesu w sprzedaniu książki, oraz krótka notka informacyjna na tylnej stronie. Trochę się pośmiałam a czasem to mi się włos na głowie zjeżył w czasie opisów stanu polskich jadłodajni gdzie królują burgery i inne gotowce i o coś zjadliwego, smacznego i rodzimego trudno a jedynym bezpiecznym wyborem są frytki, nie wspominając już o bazie noclegowej. Miejsca do jakich nas oni zabierają są bardzo ciekawe i niecodzienne np. miejscowość o nazwie Talki (jak ich nazwisko) z polem golfowym, na farmę strusią, poszukiwanie Mocy w Białowieży, do zamku Krzyżtopór (byłam tam w czasie studiów z moim rokiem), poszukiwania kosmicznej muchołapki, spotykamy krasnoludki, miasto umarłe Kustrin, wstępujemy do Poznania poznając syna Arkadego Fiedlera i idziemy śladami bohaterów książek M. Musierowicz, wpadamy do muzeum PGR-u w Bolegorzynie itd. Do wielu z tych miejsc chciałabym sama pojechać ale na przeszkodzie stoi fakt że często jedyny dojazd to własny samochód a takiego nie mam, a wypożyczanie nie wchodzi w rachubę, brak przyzwoitej bazy noclegowej to też duży minus. Nie chodzi mi tu o jakieś szczególne luksusy, ale czysty pokój z łazienką i smaczne śniadanie rano taki w stylu angielskiego Bed and Breakfast. Wyjeżdżając tu w Anglii do różnych miast zatrzymuję się w takich właśnie miejscach i są one na moją kieszeń a zarabiam raczej średnio – nisko, ale cieszy mnie to, że podróżowanie nie jest tylko dla bogatych a u nas w Polsce to wydaje mi się, że każdego turystę uważa się za milionera i trzeba go wycisnąć jak cytrynę. Po przeczytaniu tej książki stwierdziłam, że choć mamy dużo ciekawych miejsc to turystyka się nie ruszy, jeśli nie będzie porządnej bazy noclegowej na każdą kieszeń, dobrej sieci komunikacyjnej zwłaszcza pociągowej i autobusowej, nie wspominając już o gastronomi( koszmarne budki z „byleżarciem”) - bez tego zostaniemy w tyle i nas nasi słowiańscy sąsiedzi wyprzedzą. Wydaje mi się, że po tą książkę powinni sięgnąć właściciele restauracji, hotelików a przede wszystkim przedstawiciele władz lokalnych, aby zobaczyć gdzie mają braki. Fajnie się ją czyta, jest taka pocieszna w wymowie.

wtorek, 11 stycznia 2011

Zgodnie z tradycją podniesione zostały opłaty za przejazdy transportem publicznym w stolicy Wielkiej Brytanii. Mówią nam, że to aby unowocześnić transport i ulepszyć, ale człowiek się bardzo denerwuje gdy stoi długo na przystanku czekając na autobus a potem jak przyjedzie to nie może się do niego zmieścić bo taki tłok - zwłaszcza w godzinach szczytu a tu niestety ludzie jak wejdą do autobusu to stają i się nie przemieszczają i tak czasem autobus przemknie obok przystanku i przód jest załadowany a z tyłu są wolne miejsca. Głównymi winowajcami w takich przypadkach są dzieci i nastolatki jadące do szkół, wejdą i stoją jak te kołki w płocie! Nerwy mnie biorą jak mawiała moja koleżanka ze studiów, bo ja płacę za przejazd a one nie, bo ich darmowe przejazdy to z moich podatków a jeszcze traktują autobusy jak ich prywatne własności, siadają na dwóch siedzeniach, w stylu ja i moja torba itp., krzyczą, bo nie umieją mówić normalnie o rany zaczynam brzmieć jak zatwardziała i wiecznie marudząca staruszka ha ha, ale na mojej trasie mam trzy szkoły i codziennie zmagam się z ich uczniami, a są to szkoły państwowa, prywatne i jedna katolicka, ale chyba zasad dobrego wychowania to w nich wcale nie uczą.

Wróćmy do cen.

Karta Oyster może być biletem sezonowym albo można mieć ją w systemie Pay as You Go czyli płacić nią za każdą podróż używając pieniędzy które wcześniej na nią wpłaciliśmy (Karta Oyster Przedpłacona). Aby nie zapłacić więcej niż kupując Travelcard wprowadzono tzw Price Cap, który powoduje że gdy dojdziemy do ceny dziennej Travelki przestaje nam kasować pieniądze.

Przejazd autobusem, wszystkie strefy, jednorazowa podróż płacone gotówką £2.20, uwaga trzeba mieć drobne. Używając karty Oyster w systemie Pay as You Go £1.30. Jeśli cały dzień jeździmy autobusem to maksymalnie nam skasują na karcie Oyster £4. Bilet 7 dniowy tzw Travelka na autobusy to £17.80. Uwaga już od roku nie można kupić jednodniowej Travelki tylko na autobusy trzeba kupić sobie kartę Oyster i płaci się £5 zastaw za wydanie karty.

Jak już pisałam w ubiegłym roku Londyn jest podzielony na 6 stref (są jeszcze dodatkowe na niektórych liniach) i od tego zależy ile zapłacimy, przez jakie strefy przejeżdżamy. Oczywiście im więcej stref i im bliżej centrum jedziemy tym drożej płacimy. Płacimy więcej jeżeli podróżujemy w godzinach szczytu (Peak) Poniedziałek – Piątek przed godziną 9:30 rano oraz między 16-19, pozostały czas to tzw Off Peak. Cena Travelki (Travelcard) i maksymalne skasowanie na karcie Oyster w systemie Pay as You Go jest taka sama i różni się tylko strefami przez które przejeżdżamy.

Oto cennik generalny, czasem może się opłata za jednorazowy przejazd trochę różnić zależy od trasy jaką jedziemy.

Ceny na metro

strefy

Opłata gotówką

Oyster  Peak

Oyster Off Peak

Travelka Peak

Travelka Off Peak

Travelka na tydzień

1

£4

£1.90

£1.90

£8

£6.60

£27.60

1-2

£4

£2.50

£1.90

£8

£6.60

£27.60

1-3

£4

£2.90

£2.50

£10

£7.30

£32.20

1-4

£5

£3.40

£2.50

£10

£7.30

£39.40

1-5

£5

£4.10

£2.70

£15

£8

£47

1-6

£5

£4.50

£2.70

£15

£8

£50.40

Karty Oyster można też już od roku używać w pociągach na trasach w obrębie Londynu tzw Greater London. Ceny za poszczególne przejazdy są trochę inne niż te na metro, ale ceny Travelek jednodniowych i okresowych są takie same. Oto parę przykładów porównania, kiedy płacimy w kasie a używając Oystera w systemie Pay as You Go:

Strefy

Opłata w kasie

Oyster Peak

Oyster Off Peak

1

£2.20

£2

£1.50

1-2

£2.60

£2.20

£1.70

1-4

£4

£3.30

£2.30

1-6

£5.50

£5.20

£3.20

2-6

£3.70

£3.40

£2.20

3-6

£3.30

£2.90

£2

4-6

£2.80

£2.30

£1.70

Jeżeli się wybieracie do Londynu na wycieczkę to warto wiedzieć, że możecie kupić sobie kartę Oyster albo travelkę przez Internet i zostanie ona dostarczona do domu, trzeba jednak zrobić to odpowiednio wcześnie bo dostawa zajmuje 7 – 12 dni.

Kartę Oyster można sobie doładować na każdej stacji metra i w wielu sklepach tzw. Corner Shop mają one znak na oknie, że jest tam taka możliwość, na stacjach kolejowych nie jest to jeszcze możliwe z wyjątkiem, gdy jest to też stacja metra np. Richmond, ale z kolei na stacji Waterloo nie można tego dokonać w kasach biletowych na dworcu trzeba zejść (zjechać) pod ziemię do kas metra.

Na stronie Transport for London jest polska strona z bardziej szczegółowymi informacjami.

 Wpis o cenach na rok 2012

poniedziałek, 10 stycznia 2011

       

   

Poszłam na ten film z trzech powodów, że był to film o Polakach uciekających z łagrów, że zrobił go Peter Weir i że zagrał Collin Farrell. Film jest dobry, choć miałam obawy że będzie trochę zbyt hollywoodzki. Zaczyna się dedykacją o trzech mężczyznach, którzy w czasie drugiej wojny światowej pojawili się w Indiach i twierdzili, że uciekli z łagrów na Syberii i przeszli przez Himalaje. To tym bezimiennym bohaterom reżyser zadedykował ten film. Wszystko się zaczęło od książki, jaka pojawiła się w brytyjskich księgarniach w 1956 roku pt „The Long Walk” (Długi Marsz), w której Sławomir Rawicz opisuje pobyt w łagrze na Syberii i swoją ucieczkę przez Mongolię, pustynię Gobi, Tybet i Himalaje do Indii. Była to pierwsza książka opisująca okrucieństwo łagrów na zachodnim rynku, dopiero potem pojawił się „Jeden dzień z życia Iwana Denisowicza”. Potem pojawiły się informacje, że autor został zwolniony z łagru, gdy tworzyły się pierwsze polskie odziały w Rosji, więc nie mógł był tym, który uciekał. Radio BBC wyemitowało w 2006 roku specjalny program o tym i wtedy pojawił się inny polski żołnierz, Witold Gliński, który twierdzi, że to jest jego historia. Niestety nie ma żadnych dowodów na poparcie tego, żadnych dokumentów, światków spotkanych w czasie ucieczki, a inni uciekinierzy gdzieś się zapodziali. Nie oznacza to jednak, że ucieczki nie było, bowiem był oficer brytyjski, który przesłuchiwał trzech mężczyzn w Kalkucie w Indiach, którzy to twierdzili, że uciekli z łagru na Syberii i piechotą przeszli cały ten dystans(być może to na podstawie jego raportu powstała książka), był polski tłumacz, który pomagał w tłumaczeniu rozmów. Gliński twierdz, że w czasie wojny spotkał dwóch ludzie Polaka i Brytyjczyka, którzy byli zainteresowani jego historią i chcieli poznać bliższe szczegóły.

W maju 2010 roku trzech polaków postanowiło przejść śladami uciekinierów z łagru i udali się oni na wyprawę Long Walk Plus Expedition, relacje z wyprawy są na ich stronie i blogu longwalkplus.

Peter Weir, który ma na koncie takie filmy jak „ Piknik pod Wiszącą Skałą” „Świadek” „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” „Truman Show” i „Pan i Władca: Na krańcu świata” teraz wziął się za tę niesamowitą opowieść. Reżyser przyznaje się, że fascynuje go historia naszego kraju i zastanawia mnie czy sięgnie po inne tematy z naszych niezwykle bogatych dziejów.

Film opowiada o ucieczce z łagru na Syberii i wędrówce przez 6437 km po niezwykle trudnych terenach z Syberii do Indii. Główny bohater filmu Janusz (Jim Strugess – przystojny zwłaszcza w mundurze, nawet nauczył się trochę mówić po polsku) zostaje aresztowany i na podstawie zeznań żony oskarżony o wrogie działania i zesłany do łagru w samym sercu Syberii. Na powitanie w łagrze komendant im mówi, że to nie, psy, karabiny i ogrodzenie jest ich więzieniem, ale otaczająca ich natura - surowa i groźna- jest ich najlepszym i bezwzględnym strażnikiem. Tu panuje też całkiem inny świat, rządzi prawo pięści i to, co jest uważane za zalety w normalnym świecie tu jest słabością, która może człowieka zabić. Tak między innymi mówi mu w pierwszym spotkaniu Mr Smith ( fantastyczny Ed Harris), kiedy Janusz daje trochę swojego jedzenia żebrującemu i zjadającemu odpadki człowiekowi – Mr Smith mówi mu, że „dobroć (miłosierdzie) cię tutaj zniszczy”. Kiedy planują ucieczkę ta sama wado – zaleta okazuje się gwarancją jego Mr Smitha udziału, bowiem jak mówi on do Janusza, że polega on na tym jego miłosierdziu, że go będzie niósł jak on opadnie z sił. Chęć ucieczki zostaje zaszczepiona i utwierdzona w Januszu przez innego więźnia Khabarowa (Mark Strong), który jest aktorem skazanym za to że zagrał arystokratę zbyt szlachetnie. Planują oni pieszą wędrówkę, zbierają jedzenie i wkrótce dołączają do nich Tomasz (Alexandru Potocean) i Kazik (Sebastian Urzędowski), a także Voss ksiądz z Litwy(Gustaf Skarsgard), Zoran Jugosłowiański księgowy (Dragos Bucur) ostatecznie doczepia się do nich też Valka zawodowy przestępca urka który ma tak dużo długów karcianych, że woli uciec (Collin Farrell) zajmując miejsce Khabarowa.

Uciekają oni w czasie śnieżycy i brnąc po kolana w śniegu na Syberii, przymierając z głodu, walcząc o surowe mięso ze stadem wilków, unikają miejscowych, cierpią z powodu braku wody i żywności, ale uparcie idą naprzód zachęcani wręcz chorobliwym zacięciem Janusza. Po drodze dołącza do nich Irena (Saoirse Ronan) uciekinierka z gospodarstwa karnego, wprowadza ona trochę ożywienia w grupę, namawia ich do rozmowy i poznania siebie nawzajem. I choć wiemy od początku film, że tylko troje ludzi doszło do Indii to nie czyni to filmu mniej interesującym i każda minuta dostarcza nam emocji i nadziei, że może tylko troje doszło, bo inni się gdzieś zatrzymali i zostali. Dramat i trudne warunki nie pozbawiają bohaterów humoru, nawet w trudnych warunkach potrafią się pośmiać i zażartować. Rozmowa kulinarna o tym jak ugotować kurczaka i nadmiarze soli jest po prostu urocza. W pewnym momencie, gdy są niemal zjadani przez komary jeden z nich nie wytrzymuje i wybiega z ukrycia i pyta miejscowych, co oni robią, że ich te nie gryzą i wraca z wiankiem na szyi i mówi – środek na komary – ale nie mówi z czego to jest, a szkoda.

Ważną rolę w tym filmie odgrywa przyroda, okrutna i piękna zarazem, jasny i czysty śnieg syberyjski, błota i nagie skały okolic jeziora Bajkał, pustynia skalista i piaszczysta, stepy Mongolii i w końcu Tybet, mur chiński i surowe szczyty Himalajów, a potem zielone pola herbaciane w Indiach, które wydają się być jak ziemia obiecana.

Jim Strugess jako polski oficer wypadł bardzo dobrze, Ed Harris jako enigmatyczny Mr Smith po prostu super, ale duże wrażenie robi też Collin Farrell jako rosyjski urka – kryminalista całą gębą, świetnie obsadzony w tej roli i świetnie ją zagrał, może właśnie że sam ma taką łobuzerską duszę. Film warto jest obejrzeć, bo opowiada on piękną historię.

 

 

 

 
1 , 2
Flag Counter