piątek, 15 marca 2019

Cicho wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?…przeprowadzka !

Kiedy dostałam maila o zamknięciu bloxa, to myślałam, że to jakiś żart, a tu się okazało, że to jednak prawda. A szykowałam się do napisania jubileuszowego wpisu na 10 lecie prowadzenia bloga. Trochę szkoda, bo się człowiek przyzwyczaił i może się twórczo wyżywać. Podobno spadło zainteresowanie taką platformą społeczną. Muszę przyznać, że czytelnictwo zjechało w dół po zmianach organizacyjnych gazety i nie ma już polecanych blogów na stronie głównej. Zmieniali też format i tak jakoś te zmiany zostawili rozgrzebane, a przez jakiś czas nic się nie działo. No cóż szkoda.

Zaoferowali opcję przeniesienia na wordpress, z której to skorzystałam i blog jest już tam przeniesiony, a teraz tylko czeka na naciśnięcie guzika. Trochę miałam problemów z przenosinami, bo najpierw nie przeniosły się zdjęcia, potem tylko część się przeniosła i musiałam je ręcznie uzupełniać. Przy okazji się okazało, że mi się część fotek zgubiła, gdy w ubiegłym roku padł nam zewnętrzny dysk. Część linków też nie działa jak trzeba i muszę chyba przejść przez każdy wpis.

Pośmiałam się trochę ze swoich starych wpisów i przypomniałam sobie jak to było na początku i jak się zmieniło. Bloga zaczęłam pisać sama, a teraz mam wspólnika, którego poznałam właśnie przez mojego bloga. Mój wpis pojawił się na stronie głównej gazety i tam go przyuważył mój ukochany. Taka dość romantyczna historia, teraz jest moją prawą ręką w blogowaniu. Najpopularniejsze wpisy to te o transporcie w Londynie wpis z 2015 roku zyskał 209 komentarzy-zapytań.

Zapraszam na nowe miejsce, mam nadzieję, że stali czytelnicy się przyzwyczają a i nowi się znajdą.

Oto link na nowe miejsce w sieci mylondonandmore

22:13, edyta1972
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lutego 2019

 

 

Londyn to miasto wielokulturowe, taki wielki tygiel, w którym swoje miejsce znaleźli ludzie z różnych stron świata. Mój ukochany zawsze powtarza, że zostało ono założone przez Rzymian, spalone przez Wikingów, odbudowane przez Normanów, a główni lokatorzy Pałacu Buckingham mają grecko-niemieckie korzenie.

Londyn ma swoją chińską dzielnicę , a chińskie restauracje rozsiane są po całej metropolii. Kultura Państwa Środka fascynuje nas Europejczyków od wieków, a na obchody nowego roku przychodzą tłumy.

Chiński nowy rok jest obchodzony przez 20% mieszkańców naszej planety. W Chinach nazywa się ten czas Chunjie (Spring Festival – Festyn Wiosenny) i choć jest jeszcze pełnia zimy to najgorsze zimne i ciemne dni już są praktycznie za nami.

Parada Noworoczna na Charing Cross Road w Londynie 2019

Nie ma stałej daty tego święta, bo jest ono obliczane według faz księżyca i przypada między 21 stycznia a 20 lutego. W tym roku przypadł on na 5 lutego, a główna parada i uroczystości w Chińskiej dzielnicy i na placu Trafalgar odbyły się w niedzielę 10 lutego.

Mają oni swoje własne znaki zodiaku, jest ich też dwanaście, a są to: szczur, bawół, tygrys, królik, smok, wąż, koń, koza/owca, małpa, pies i świnia. Do tego jest jeszcze pięć żywiołów: woda, ziemia, drewno, ogień i metal i tak każdy znak ma co pięć lat przypisany ten dodatkowy element.

Rok świni właśnie się zaczął. ( inne lata w których przypadł rok świnki to 2007, 1995, 1983, 1971, 1959, 1947 i 1935).  Jest to ostatni dwunasty znak w cyklu. Według jednej z legend Cesarz Jade zadecydował, że będzie to kolejność w jakiej zwierzęta przyszły do pałacu, aby być jego strażnikami. Świnka przyszła ostatnia, bo zaspała, choć według innego mitu wilk zniszczył jej domek i musiała ona sobie go odbudować.

Świnka jest wiązana z ziemią i w tym roku jest to także jej element. Więc mamy rok przyziemnej świnki. Świnka jest symbolem bogactwa, patronuje godzinom nocnym 9-11, w terminologii yin i yang jest yin. Są one portretowane z pełnymi, tłustymi policzkami i dużymi uszami, które są oznakami powodzenia.

Świnki są realistami, lubią cieszyć się życiem, choć nie są rozrzutne. Działają, a nie tylko mówią, że coś zrobią. Lubią rozrywkę, są trochę materialistami, ale są w stanie na to ciężko zapracować. Są pełne energii, nawet jeżeli trzeba wykonać nudną pracę. Jeżeli mają szansę na objęcie stanowiska zapewniającego im władzę i wyższą pozycję społeczną, to chętnie na nie wskoczą.

Świnki z elementem ziemski łatwo nawiązują przyjaźnie, są wspierana przez otoczenie w życiu zawodowym i osobistym. Mają szczęśliwe życie, odnoszą sukcesy w późniejszej porze życia, nie są zbyt romantyczne i powinny nad tym popracować.

 

Mężczyźni spod tego znaku są łagodnymi optymistami. Dążą wytrwale do swojego celu, są naiwni i wykorzystywani przez innych złych ludzi. Pieniądze ich się nie trzymają. Lubią się uczyć, są cisi i nieśmiali, ale bardzo serdeczni i mają dużo przyjaciół, na których mogą polegać w trudnych chwilach. Są lubieni i kochani.

Kobiety urodzone w roku świnki są enegiczne, lubią udzielać się towarzysko, mają miłą osobowość. Czasem są zbyt przyjacielskie i mogą zapominać o potrzebie przestrzeni osobistej drugiej osoby. Powodzi im się finansowo i choć na początku jest im trudno, to ciężką pracą dorabiają się majątku. Dobrze zorganizowane, lubią porządek oraz dzieci.


Twój znak zodiaku może decydować o karierze, zdrowiu, szczęści w związkach. Chińczycy wierzą, że rok w którym panuje twój zodiak jest twoim najbardziej pechowym rokiem. Nazywają to Benming Year i aby się bronić przed złem, należy użyć koloru obronnego, jakim jest czerwony. Należy dekorować nim dom i nosić na sobie coś czerwonego, niektórzy noszą czerwone majtki przez cały rok.

cny114

Tradycyjnie ludzie starzeją się o rok właśnie z Nowym Rokiem.

Ten Festyn Wiosenny był początkowo dniem, w którym proszono bogów o pomyślny czas siewów, a potem zbierania plonów, bez tego głód by zaglądał ludziom w oczy.

Według legendy potwór zwany Nian przychodził i gnębił ludzi w noc przed nowym rokiem i ludzie bali się wychodzić z domów. Jeden odważny chłopiec przegonił potwora petardą i następnego dnia ludzie świętowali odpalając jeszcze więcej petard. Ten zwyczaj stał się ważnym elementem obchodów tego święta. Petardy mają odstraszać potwory i pecha.

Inny zwyczaj na tę noc to palenie fałszywych pieniędzy i malowanych sztabek złota jako uczczenie zmarłych, a jednocześnie ofiarę która ma zapewnić dobrobyt i powodzenie dla przodków w życiu pozagrobowym.

Tej nocy niebo rozjaśniają fajerwerki, jest ich tak dużo, że niektóre miasta wprowadzają zakaz ze względu na zanieczyszczenie powietrza. W Pekinie obowiązywał on przez 13 lat i został zniesiony w 2006 roku.

 

cny115

cny116

Festyn Wiosenny trwa w zasadzie 15 dni, a jeżeli wliczy się wieczór przed Nowym Rokiem, to jest to 16 dni. Jeżeli jednak doliczy się Laba Festival w grudniu, to jest to 40 dni świętowania. Powinno się ten czas spędzić z rodziną i wspólnie zasiąść do obiadu w wieczór przed Nowym Rokiem. Z tego powodu jest to czas największych ilości podróży na świecie, bo każdy chce wrócić na ten czas do domu. Ludzie dosłownie walczą o bilety, zwłaszcza że można kupić je 60 dni przed dniem podróży. W 2015 roku co sekundę sprzedawano 1000 biletów. Trzeba się w domu pokazać z jak najlepszej strony, udowodnić, że odniosło się sukces zawodowy i osobisty, a najlepiej jak się człowiek pojawi z partnerem. Jeżeli się go nie ma, to można sobie wynająć.

 

Pewnych rzeczy nie wolno też robić w Nowy Rok np. brać prysznic, zamiatać czy wyrzucać śmieci. To wszystko, żeby nie pozbyć się szczęścia, bo można je przez przypadek zmyć lub wyrzucić.

Sprząta się w specjalny dzień przed Festynem Wiosennym i wtedy wymiata się pecha i robi miejsce na dobro i szczęście. Takie wiosenne porządki. Inne zakazane czynności to obcinanie włosów, używanie nożyczek, noży i innych ostrych przedmiotów, kłócenie się i przeklinanie oraz niszczenie przedmiotów.

Dzieciaki są zawsze najbardziej przejęte udziałem w paradzie.

Tego dnia daje się też prezenty, dzieci otrzymują czerwone koperty z pieniędzmi, a ma to symbolizować przekazanie fortuny, szczęścia od starszego pokolenia do nowego. Takie prezenty mogą być wymienianie między pracodawcami i pracownikami i przyjaciółmi. 

Daniem tradycyjnym są pierożki, choć są one bardziej popularne na północy, na południu królują sajgonki i ryżowe kulki tangyuan. 

cny119

 

Kolorem dominującym jest czerwień, bo ten kolor odstrasza potwory, jak już wspominany Nian. Wiesza się lampiony i ostre czerwone papryczki, a nawet smaruje drzwi i okna pastą z czerwonej papryki.

cny14

 

Obchody chińskiego Nowego Roku kończą się Festynem Lampionów, który przypada w pierwszą pełnię księżyca. To jest noc imprezowa. W przeszłości dziewczęta nie mogły wychodzić same z domu, ale w tę noc pozwalano im spacerować, podziwiać księżyc i lampiony. Ten dzień jest odpowiednikiem Walentynek w Chinach i chyba trochę naszych świętojanek.


Trzeba tu też dodać, że chiński Nowy Rok jest chyba najbardziej obchodzonym dniem na całym świecie. Z bardzo prostego powodu prawie co 5 mieszkaniec naszej planety mieszka w Chinach, miliony Chińczyków mieszkają na całym świecie, każde większe miasto portowe ma swoją Chińską Dzielnicę. Każdy może wziąć udział w tym święcie i jeżeli jeszcze nie byliście, to następnym razem popatrzcie na kalendarz i wpadnijcie do pobliskiego Chińskiego miasteczka.

cny122 

Tradycyjne życzenia Szczęśliwego Nowego Roku brzmią „Xin nian kuai le”, w Honkongu mówi się „gong hej fat choy” a po mandaryńsku „gong xi fa cai” co oznacza gratulacje z powodu fortuny.


Zdjęcia wykonane zostały przez mojego fotoreportera pyssona. 

Inne wpisy o kulturze chińskiej 

Terracota army wojownicy przyjechali do Liverpoolu

Chinski nowy rok rok ognistej malpy 

Ai Weiwei ziarenka slonecznika

Chinskie Szaty Cesarskie-wystawa

niedziela, 09 grudnia 2018

 

W pracy mamy bardzo międzynarodowe towarzystwo i jednym z tematów rozmów w grudniowe szare dni są zwyczaje świąteczne, te narodowe i te domowe. Tak więc po latach indoktrynacji wszyscy już wiedzą, że w Polsce świętuje się Wigilię (Christmas Eve) i że je się karpia i znają moje historie o karpiu: tym pływającym w wannie, skaczącym  po desce i tym złapanym przez mojego psa, gdy wyskoczył z przejeżdżającej ulicą wanny.

Już od paru lat noszę się z pomysłem opisu zwyczajów brytyjskich i chyba wreszcie nadszedł na to czas. Zastanawiałam się jak to sporządzić, najpierw miało być alfabetycznie, potem chronologicznie, a ostatecznie chyba wyszło, co ślina mi na język przyniosła, choć raczej ołówek na kartkę, bo lubię robić notatki ołówkiem, a potem przetwarzać to poprzez klawiaturę na komputer. (No nie, żebym  miała tak zaślinioną klawiaturę).

Brytyjczycy świętowanie zaczynają dość wcześnie dekorując domy i ulice. Takie uliczne światełka są zwykle włączane uroczyście przez jakąś gwiazdeczkę. Najsłynniejsza ulica w Londynie Oxford Street jest na ten cel uroczyście zamykana dla ruchu kołowego, nie tylko na zapalanie ale i montowanie i zdejmowanie świetlnych dekoracji. Firmy państwowe i prywatne mają tu dowolność i zależy to od chęci, zapału i finansów. Domy prywatne to już inna sprawa i niektórzy to naprawdę się starają, stawiając nie tylko choinkę, ale też dekorują  na zewnątrz, w myśl zasady im więcej światełek tym lepiej i tak migają nam różne kolory, z rynien wiszą niby-sople, drzewka oplatają niebieskie małe lampeczki itd. Nie tylko jednak światełka są wieszane, drugim ulubionym elementem jest św. Mikołaj, który włazi po drabinie, nogi mu wystają z komina, siedzi na dachu z workiem lub całym zaprzęgiem reniferów itp. W niektóre domy są tak słynne w okolicy z dekoracji, że odbywają się pielgrzymki rodzinne, żeby te światełka zobaczyć.

Advent calendars – kalendarze adwentowe – to jest bardzo popularny zwyczaj tu na Wyspach, a pochodzi z Niemiec. W XIX wieku liczono dni do świąt rysując kredą na drzwiach 24 kreski i od 1 grudnia zmazywano jedną codziennie. Potem pojawiły się drukowane na papierze. Po tym jak ludzie zaczęli sobie robić własne, ktoś wyczaił, że można na tym zrobić pieniądze. Taki kalendarz ma okienka z numerami od 1 do 24. Każdego dnia takie okienko otwieramy, a za każdym okienkiem coś było, jakiś rysunek czy mądrość, a od 1958 roku zaczęła temu towarzyszyć czekoladka. Takie kalendarze zrobiły się tu naprawdę popularne w latach 80-tych. Kiedyś to było adresowane głównie do dzieci, teraz każdy sklep ma ich różne rodzaje, można je kupić osobno dla każdego członka rodziny, nawet dla swoich ulubionych czworonogów. Obecnie można nabyć nie tylko te z czekoladą, są też inne np. z kubeczkami z masłem orzechowym,  z małymi słoiczkami dżemu, z kawałkami sera, prażoną kukurydzą, herbatą, kawą, piwem, winem  itp. Oczywiście mają być 24 różne smaki, rodzaje i mieszaki danego artykułu, ceny zależą od zawartości i wielkości kalendarza i wahając się od £ 5 funtów do £ 79,99 np. za ten z winem, ale i są jeszcze droższe.

Brytyjczycy świętują w Pierwszy Dzień Świąt (Christmas Day), wtedy mogą odpakować prezenty, ale pora zależy od tego, z którym z moim znajomych z pracy rozmawiam. Jest to dzień wolny od pracy niemalże dla wszystkich, bo transport publiczny nie działa, podobnie jak atrakcje turystyczne, no w końcu jak święta to święta. W 1551 roku parlament wydał akt „the Holy Days and Fasting Act”, który w sumie obowiązuje do dziś i według niego każdy obywatel musi pójść do kościoła na mszę i nie wolno mu użyć żadnego pojazdu. Miało to z jednej strony przypomnieć bogatym, że są ulepieni z tej samej gliny co biedni, a z drugiej strony zapobiec korkom i problemom z parkowaniem powozów przed kościołami.

Słowo Christmas pochodzi połączenia staro angielskiego (old anglo saxon)  wyrażenia „Christes Maesse”, co można przetłumaczyć jako święto Chrystusa. Pamiętacie taką scenę z „Robin Hooda” z Kevinem Costnerem, gdy zły szeryf Alan Rickman wykrzykuje, że odwołuje on święta. To się naprawdę wydarzyło w historii Anglii  i purytanie przegłosowali w parlamencie w latach 40-50 XVII wieku szereg uchwał, ustanawiających, że to niedziela jest dniem świętym, zabraniając świętowania w inne dni, także w Boże Narodzenie. No normalnie naprawdę odwołali Święta. Nic dziwnego, że długo po tym nie porządzili i ludzie przywrócili monarchię.

Główną atrakcją dnia jest Christmas Lunch, którego głównym daniem jest oczywiście pieczony indyk ze specjalnym nadzieniem, pieczonymi ziemniakami, marchewką, oraz innymi warzywami, a także obowiązkowo z brukselką. Indyk pojawił się na stołach około 1523 roku, a pierwszym, który go wypróbował na święta był Henryk VIII. Ptak ten stał się bardzo popularny i wkrótce stada tych egzotycznych stworów rodem z Ameryki były sprowadzane do Londynu z tych bardziej rolniczych terenów, jak Norfolk, Suffolk czy Cambridgeshire. a ten spęd zaczynał się już w sierpniu.

Przedtem na stole królowała gęś lub kaczka, jeśli ktoś mógł sobie na to pozwolić, na dworach była to dziczyzna np. jeleń. W czasie świąt szlachta, jeżeli chciała, to mogła wykonać szlachetny gest i wysłać swoim okolicznym wieśniakom niechciane kawałki z polowania przedświątecznego np. wnętrzności, podroby, serce, płuca (umbles) . Mieszano to z innymi składnikami i pieczono umble pie  – placek z kruchego ciasta na świąteczny stół.

Popisową daniem dworu epoki Tudorów była potrawa składająca się z indyka nadziewanego gęsią, która to była nadziewaną kurą, a ta z kolei  nadziewana była kuropatwą, którą to nadziewano gołębiem. Wszystko to było otoczone formą z ciasta kruchego zwaną trumną !? Danie podawane  było na stół w otoczeniu pieczonych zajęcy, innych dzikich ptaków, obżarstwo do kwadratu, nic dziwnego, że Henry osiągnął takie olbrzymie gabaryty.  

Mince Pies to takie małe nadziewane babeczki, obecnie okrągłe, ale oryginalnie były one prostokątne w kształcie żłobka Jezusa. Dodawane do nich były cynamon, goździki i gałka muszkatołowa, miało to symbolizować 3 mędrców i dary jakie przynieśli do stajenki. Powinno się zjeść jedną taką babeczkę każdego dnia w tzw. Christmastide (okres 12 dni od Bożego Narodzenia do Trzech Króli –epiphany ). Kiedy pierwszy raz spróbowałam tej babeczki, to się bardzo zdziwiłam, bo nazwa sugeruje, że będzie tu jakieś mielone mięso –  a tu nic, tylko same suszone owoce ( nie jestem ich wielbicielką, zwłaszcza rodzynek) Nie mogłam tak po prostu wypluć, więc z trudem przełknęłam, starając się robić dobrą minę. W dawnych czasach było w nich mięso m.in. baranina ( na pamiątkę pasterzy co to przybyli do stajenki), a także owoce i przyprawy, a razem miało być 13 składników- Chrystus i 12 apostołów. Przepis na ten wypiek zmienił się radykalnie w czasach wiktoriańskich, gdy usunięto mięso, a ostały się tylko suszone owoce i przyprawy.

Christmas Pudding – specjalny świąteczny deser. Pojawia się po raz pierwszy w średniowieczu i była to specjalna owsianka zwana „frumenty” z wołowiną lub baraniną, z rodzynkami, suszonymi owocami porzeczki, śliwkami, winem i przyprawami. Miało to bardziej konsystencje zupy niż ciasta. Pod koniec XVI wieku (około 1595) „frumenty” zaczęły się zmieniać w tzw. Plum Puddidng  (deser śliwkowy), bo zaczęto do niego dodawać jajek, okruchów chleba, suchych owoców, a także piwa czy innych alkoholi. W połowie XVII wieku był już tradycyjnym daniem deserowym na stole świątecznym, ale w 1664 roku Purytanie zakazali go, uznając, że to zły zwyczaj. W 1714 roku król Jerzy I przywrócił ten deser na świąteczne stoły i to znów w czasach Wiktoriańskich powstała obecna receptura na to ciasto. Jest to bardzo ciężki deser, w kształcie półkulistym, pełen nasączonych w alkoholu suszonych owoców, z reguły podaje się je z masłem lub śmietanką winiakową(brandy butter), bo inaczej to się tego chyba nie da zjeść. Raz jadłam i najbardziej mi smakowało właśnie to masełko winiakowe. Był także zwyczaj wkładania do tego deserku monety „silver farthing” lub trzypensówkę, czy sześciopensówkę, taki symbol szczęścia no i pewnie się ma szczęście, jak się na tym nie połamie zęba.

Zwyczaj ten ma głębokie korzenie też w średniowieczu i tzw. Cieście Dwunastu Nocy, już wspomina się o tym na dworze Edwarda II (początek XIV wieku), tyle że nie była to moneta, ale suchy groszek czy fasolka i ten kto go znalazł, zostawał królem lub królową na jedną noc.

Christmas Cake świąteczne ciasto – znów jest to taki ciężki placek z owocami suszonymi, pokryty marcepanem i lukrem królewskim robionym z cukru pudru i białek oraz z dekoracją w motywy świąteczne. Robione około sześciu tygodni przed świętami. Jak się pytam w pracy, czy to lubią, to 70% robi skrzywione miny.

Christmas walk czyli świąteczny spacer - to taki zwyczaj który nam bardzo przypadł do serca. Naprawdę trzeba się ruszyć od stołu i w ten dzień dużo ludzi spaceruje pewnie, żeby ten bardzo obfity posiłek jakoś odreagować. Całe rodziny, ubrane odpowiednio, razem z czworonogami udają się do pobliskiego parku lub innego skrawka natury i spacerują.

Drugi Dzień Świąt nazywany jest Boxing Day, ale nie ma nic wspólnego z boksem. Nazwa ta pochodzi od alms box - pudełek dobroczynnych z kościołów i to właśnie tego dnia te pudełka (boxes) były otwierane i zebrane tam datki rozprowadzane dla biednych z danej parafii. Według tradycji też tego dnia służba miała wolne i mogła świętować ze swoimi rodzinami. Jeszcze przed II Wojną Światową pracownicy takich zawodów jak mleczarz czy listonosz chodzili po swoim rewirze i kolekcjonowali swoje Christmas Box ( napiwki, bonusy ). Dzień ten to także wyprzedaż w sklepach z wielkimi przecenami i ludzie normalnie szaleju dostają, stoją w kolejkach przed otwarciem sklepu, a potem to wyścigi z tratowaniem i przepychaniem i może nawet trochę boksowaniem. Dantejskie sceny normalnie.

Carol singers – kolędnicy, słowo „carol” oznaczało śpiewać i tańczyć w kole. Niektórzy kolędnicy trochę przesadzali i dlatego w średniowieczu zostali wyproszeni z kościołów, bo nie pasowało to do poważnych bożonarodzeniowych mszy. Taniec powoli zanikł i kolędy przekazywały opowieści o narodzeniu Jezusa. Pierwszy zbiór kolęd zebrano i opublikowano w 1521 roku i śpiewanie kolęd stało się popularnym zwyczajem świątecznym. W XVII wieku zostały one zakazane przez Purytanów jako zbyt frywolne. I to znów za panowania królowej Wiktorii ten zwyczaj został odnowiony i śpiewanie znów stało się bardzo popularne. Kolędników można najczęściej spotkać śpiewających na dworcach kolejowych, stacjach metra, placach miejskich, centrach handlowych – zbierają oni pieniądze na jakiś chlubny cel.

Christmas Tree czyli choinka. Pojawia się dość niedawno w XVIII w i znów przybywa z Niemiec razem z królową Charlotte żoną Jerzego III (tego co zwariował). Przedtem dekorowano domy drzewkami Holly (ostrokrzewami) i innymi wiecznozielonymi drzewkami i krzewami – bluszczem, jemiołą i rozmarynem. Znów to królowa Wiktoria i jej mąż Książe Albert, który był Niemcem spopularyzowali choinkę jako dekorację świąteczną. Ta na placu Trafalgar przybywa co roku z Norwegii, otóż gdy w 1940 roku Norwegia została zaatakowana przez Nazistów król Haakon VII schronił się w Londynie i tu utworzył rząd na wygnaniu (London Cabinet) i to z Prince’s Gate w South Kensington kierowano ruchem oporu w Norwegii. Od 1947 roku Oslo, jako podziękowanie za ten gest, przysyła do Londynu właśnie Choinkę, która jest ustawiana na Placu Trafalgar.

My mamy własną tradycję związaną z choinką, ubieramy ją w dekoracje zakupione w czasie naszych wycieczek po Wielkiej Brytanii i innych krajach. Szukamy niezwykłych dekoracji świątecznych które będą nam przypominały nasze wakacje itp. W mieście Shakespeare’a Stratford upon Avon jest sklep świąteczny, otwarty cały rok, z dekoracjami bożonarodzeniowymi itp. Na jego drzwiach codziennie jest zmieniana notatka o tym, ile jeszcze nocy zostało do świąt Bożego Narodzenia. Podobny sklep jest w Bath. Najlepiej jednak wspominamy taki Bożonarodzeniowy sklep z Reykjaviku na Islandii, bo to były nasze pierwsze wspólne wakacje i to tam się ten zwyczaj zapoczątkował.

Christmas Stockings – o ile u nas układamy prezenty właśnie pod choinkę, to tu tradycyjnie Father Christmas lub Santa Claus przynosi prezenty i wkłada je właśnie do „świątecznej pończochy” lub „poszewki na poduszkę”. Można sobie zakupić pięknie dekorowane pończochy różnych rozmiarów i należy je powiesić koło kominka w salonie, no ale teraz wiele domów nie ma kominka i jest kłopot, bo Santa włazi właśnie przez komin. Trzeba też coś zostawić Mikołajowi w podziękowaniu za fatygę i tradycyjnie jest to właśnie wspomniane już „mince piei coś do picia. Na rozgrzanie może być brandy, choć obecnie sugeruje się, że powinno to być mleko, no bo on w końcu prowadzi ten zaprzęg reniferów no i tak po kielichu u każdego, to on będzie na takim gazie, że może się to źle skończyć. No i jeszcze powinna być marchewka dla reniferów, bo im się też coś w końcu należy.

Father Christmas i Santa Claus przynoszą prezenty 25 grudnia. Father Christmas był tradycyjnie powiązany ze staroangielskim starym człowiekiem (Old Man Christmas), który to przynosił prezenty w czasie festiwalów w środku zimy i był ubrany na zielono – znak nadchodzącego lata i nadziei. Santa Claus to św. Mikołaj, ale jego droga do Anglii była długa, bo z osadnikami holenderskimi zawitał najpierw do Ameryki jako Sinter Klass, a dopiero potem przybył do Wielkiej Brytanii jako Santa Claus z saniami ciągnionymi przez renifery. Najbardziej znany renifer to oczywiście Rudolf z czerwonym nosem. Częstym motywem zagadek na święta są właśnie imiona pozostałych reniferów, a oto one: Dasher, Dancer, Prancer, Vixen, Comet, Cupid, Donner, Blitzen.

Na początku kubraczek Santa Clausa miał różne kolory, a na pierwszej ilustrowanej publikacji o św. Mikołaju (autorstwa T. Nast) w czasopiśnie „Harper’s Weekly” nosi on gwiazdki i paseczki. T. Nast musiał być dobrym znajomym świętego, bo przez następne 20 lat co roku rysował i publikował jego portrety. W 1881 roku pojawił się najsłynniejszy wizerunek św. Mikołaja z dużym czerwonym brzuchem białą brodą, z dużą ilością prezentów pod pachą i palącym fajkę. Potem Santa w latach 20-tych podpisał  kontrakt z Coca Colą i został już w tym znanym nam czerwonym wdzianku do tej pory. No i potrzebny mu chyba sponsor - na te wszystkie wydatki na prezenty, musi utrzymać renifery, elfy, kupić materiały do produkcji zabawek itp.

Mistletoe – jemioła wieszana zwykle na progu i jak się pod nią stanie to można się pocałować. Pod koniec XVIII wieku królowały w dekoracji tzw. „kissing boughsczyli kule pocałunków - dość duże konstrukcje kuliste zdobione ostrokrzewami, bluszczem i pachnącymi ziołami z jemiołą, pod którymi jak się spotkało drugą osobę, to można jej było skraść całuska. Teraz ludzie idą na łatwiznę i wieszają tylko kawałek gałązki.

Christmas Cards – kartki świąteczne – nawet w czasach telefonów komórkowych i internetu nadal się kupuje, daje się i wysyła się tu mnóstwo kartek. Pierwsze kartki świąteczne pojawiły się w 1843 roku z inicjatywy  Henrego Cole’a, który pracował przy tworzeniu poczty. Razem ze swoim przyjacielem Johnem Horsleyem wyprodukowali około 1000 i sprzedawali je po szylingu (5-8 pensów). Ta pierwsza kartka miała trzy panele, dwa zewnętrzne pokazywały ludzi pomagających biednym, a w centrum znajdował się obrazek przedstawiający rodzinę prze stole świątecznym. Niektórzy się oburzyli, bo na kartce pokazano dziecko ze szklanką wina.

Trzy lata wcześniej wprowadzono „penny post”, co oznaczało. że płacąc za znaczek pensa można było wysłać kartę lub list po całej Wielkie Brytanii. W 1870 cena znaczka dzięki rozwojowi zmalała do pół pensa kolei co spowodowało wzrost wysyłanych kartek świątecznych. Na początku królowały na nich sceny ze stajenki itp., ale potem pojawiły się krajobrazy ze śniegiem i ptak do tej pory utożsamiany tutaj ze świętami - „robin” czyli rudzik. Ten zwyczaj przeniknął to Europy oraz na inne kontynenty i już w na początku XX wieku stał się bardzo popularny m.in. w Niemczech. Taka wymiana kulturalna - oni Anglikom choinkę, a Anglicy im kartkę zapodali na te święta.

Kartki otrzymane ustawia się na kominku jako część dekoracji. Nam się ten zwyczaj trochę udzielił i go zaadoptowaliśmy na własne potrzeby. Mam w pracy koleżankę artystkę, która nam wszystkim robi ręcznie kartki co roku. Są one piękne i zaczęliśmy je z moim ukochanym ustawiać na półce. Ja moją otwieram w domu razem z moją drugą połową w Wigilię, taka nasza tradycja, a że w pracy ludzie otwierają od razu jest umowa, że o niej nie dyskutują przy mnie. Mamy niespodziankę jak już otworzymy.

Christmas Crackers został wymyślone przez Tomasa Smitha producenta słodyczy w 1846/7 roku. Na początku były to tylko słodycze zapakowane w kolorowy papierowy rulon, na wzór francuskich bon bon . Do środka dołączył jakieś motto czy zagadkę, ale niestety to się nie sprzedawało. Według legendy którejś nocy siedział sobie przed kominkiem i obserwował iskierki wzlatujące z ognia i słuchał trzeszczenia palonego drewna. Wtedy przyszło mu na myśl, że fajnie by było, gdyby te paczuszki otwierały się z trzaskiem gdy pociągnie się za dwie strony. Na początku nazwano je „cosaques” czyli kozaki od Kozaków (nie butów), ale nazwa się nie przyjęła. Po śmierci Toma biznes przejęli synowie, młody Tom, Walter i Henry i to ich pomysłem są dodawane małe niespodzianki, jak papierowe korony itp. Obecnie są w niemalże w każdym brytyjskim domu i składają się z kartonowej tuby, która jest opakowana w kolorowy papier i wygląda jak gigantyczny cukierek. Dwie osoby łapią za końce i ciągną, craker się rozrywa z hukiem (następuje mały wybuch, bo to taki sam materiał jak w korkowcach) i ten kto wygrał zostaje w ręku z niespodzianką – są to nakrycia głowy, korony, małe zabawki, żarty z lamusa. Oczywiście im więcej wydacie pieniędzy tym droższa zawartość.

Pantomime znane jako Panto to specyficzne przedstawienie wystawiane w teatrach w okolicach świąt, zwłaszcza popularne w teatrach amatorskich. Mamy w nim także tańce, piosenki, popisy, dowcipy, sugestie miłosne i udział publiczności. Początki panto na Wyspach sięgają XVIII wieku i komedii dell’arte’. Obecnie tradycyjne wątki zmieszane zostały z legendami ludowymi czy bajkami 1000 i jednej nocy. Forma ta obecnie dość daleko odbiegła od oryginału. Przedstawienia te cieszą się dużą popularnością wśród widzów i przychodzą na nie całe rodziny, a wśród aktorów są słynne gwiazdy, które lubią w nich występować. Choć historyjki są różne, to jest parę elementów wspólnych np. główną męską rolę gra młoda kobieta przebrana za mężczyznę, starsza kobieta z kolei jest grana przez faceta przebranego za kobietę, zwierzęta w sztuce są grane przez aktorów w kostiumie - jeden to głowa i przednie nogi drugi to tułów i tylne nogi, humor i aluzje, takie niewinne powiedzonka są skierowane do rodziców na widowni, są piosenki i można pośpiewać, czasem zły charakter wyleje wodę na widownie, na scenie rzucają się kremowymi plackami itp. Największą atrakcją jest udział publiczności, byliśmy w pracy na takiej pantomimie, bo koleżanka się udzielała i w pewnym momencie zły charakter był za dobrym, a dobry się zastanawiał gdzie on jest i widownia ma wtedy krzyczeć – „Zobacz jest za tobą”( look behind you, lub he is behind you)  – wtedy on krzyczy „ Wcale że nie” (oh no he isn’t), a wtedy widownia „Wcale że tak” (oh yes he is) i tak przez dłuższą chwilę – fajna zabawa. Można też krzyczeć „booo” na zły charakter. Ubaw po pachy.

Yule log – pieniek bożonarodzeniowy  - specjalny pieniek spalany w kominku lub piecu w czasie Bożego Narodzenia. To jest pogański zwyczaj ze Skandynawii i północnej Europy. Na początku było to duże drzewo przyniesione do domu z wielkim ceremoniałem. Zapalano go od starego pieńka, a musiała to zrobić osoba o czystych rękach. Resztki z poprzedniego roku były powoli dodawane do ognia w ciągu 12 dni bożonarodzeniowych, należało resztki przechować do następnego roku. W sklepach teraz można kupić czekoladowego pieńka, a jest to deser świąteczny rodem z Francji i Belgii.

Queen’s Message  ta tradycja pochodzi z lat 30 tych ubiegłego wieku, gdy król Jerzy V po raz pierwszy wygłosił małą przemowę napisaną prze pisarza Rudzarda Kiplinga przez radio. Przemowa ta rozpoczynała się słowami „ I speak now from my home and from my heart, to you all…” ( Kieruję te słowa z mojego domu i mojego serca do was wszystkich…) od 1957 roku ta przemowa jest przekazywana przez telewizję. Całe rodziny robią sobie małą przerwę w jedzeniu i piciu i słuchają i oglądają orędzie bożonarodzeniowe Jej Królewskiej Wysokości.

No to już chyba koniec tych opowieści i z całego serca Wam życzę, jak to się tu mówi, Merry Christmas. Takie życzenia mają też bardzo stare korzenie, a w formie pisanej pojawiają się w liście biskupa Johna Fishera z 1534 roku do Thomasa Cromwella „ And this our Lord God send you a mery Christmas and a comfortable, to you heart’s desire”.Jest też kolenda „ God rest you Merry, Gentlemen” z terenów zachodniej Anglii. Słowo „rest” oznacza tu pozostań, sugerując kontynuacje a „merry” oznacza miłego, prosperującego, obfitego czyli po naszemu życzy się pozostania w obfitości, w stanie zadowolenia. Takie nasze „oby wam się darzyło”. Te obecne życzenia „A Merry Chistmas and a Happy New Year „ pojawiły się na wspomnianej już pierwszej kartce świątecznej i opublikowanej w 1843 roku „Opowieści Wigilijnej” Karola Dickensa i tak już zostało. Więc raz jeszcze a Merry Christmas and a Happy New Year wszystkim co mieszkają tu na Wyspach i na całym świecie, oby Wam się darzyło …

wtorek, 27 listopada 2018

 Wystawy w Brytyjskim Muzeum to dla mnie już niemal obowiązek i tylko trzeba znaleźć dzień, gdy oboje mamy wolne. Po każdej wystawie się zastanawiam, co będzie następne, czym nas znów zachwycą, co nam pokarzą i gdzie zabiorą tym razem. Taka wielka instytucja nawet przy obecnie obcinanych przez tutejszy rząd wydatkach na kulturę i sztukę ma jednak możliwości przygotowania fantastycznych wystaw.

Kolejna wystawa jaką nam sprezentowali to „ I am Ashurbanipal, king of the world, king of Assyria” (Jestem Ashurbanipal, król świata , król Asyrii). Na to imię mój móżdżek zaczął nerwowo pracować, starając się odkopać gdzieś w mojej pamięci coś na ten temat. No cóż, moje lata studenckie były bardzo dawno temu i wiele wody upłynęło w wielu rzekach i nowe warstwy narosły na mojej pamięci. Wystawa bardzo nam się podobała, spędziliśmy na niej prawie 4 godziny i po wyjściu oboje stwierdziliśmy, żartując, że ich głównym wkładem kulturowym było stworzenie komiksu na ścianie.

Jeżeli patrzymy na starożytność to widzimy Egipt, Grecje i Rzym, czasem kultury innych kontynentów wcisną się ze swoim co nieco, jak np. Chiny i ich terakotowa armia – mój niedawnym wpis, czy Inkowie, Majowie i Aztekowie, więc taka wystawa otwiera nam trochę oczy. Imperium stworzone przez Ashurbanipala było jednym z większych i pierwszych kolosów geograficzno-kulturowych.

 

Map produced by Paul Goodhead.

Mapka tu pokazuje nam ziemie pod jego panowaniem, u szczytu jego, jeśli można tak powiedzieć, kariery politycznej i w sumie nic dziwnego, że opisuje siebie jako króla świata czy króla czterech stron świata. Centrum jego imperium leżało na wschód od rzeki Tygrys obecnie północnym Iraku. Jego stolica Nineveh była określana jako najpiękniejsze i najwspanialsze miasto ówczesnego świata. Miało ono ogromne mury, pałace i świątynie, kanały nawadniały wspaniałe królewskie ogrody i parki, sprowadzając wodę z gór odległych o 50 km, ( jest teoria, że wiszące ogrody to były właśnie tu, a nie w Babilonie). Król kolekcjonował rośliny z różnych zakątków swojego imperium i sprowadzał je do swoich ogrodów. Ruiny tego miasta i samego Pałacu leżą w granicach obecnego miasta Mosul, które nie raz pojawiało się w ostatnich latach w wiadomościach, ale niestety z zupełnie innych niż kultura i archeologia powodów. Na wystawie pojawiły się nie tylko odkurzone przedmioty z magazynów muzeum, ale i pożyczone obiekty z Luwru, Berlina, Watykanu i Ermitażu w St Petersburgu.

Lead_imageRelief detail of Ashurbanipal hunting on horseback. Nineveh, Assyria, 645–635 BC © The Trustees of the British Museum

Wiedza o Ashurbanipalu pochodzi z setek tabliczek z pismem klinowym, steli i komiksów na ścianach – bo tak nazwaliśmy sobie reliefy. Panował on w latach mniej więcej 669-631 BC. Warto dodać, że w tym czasie znane nam z podręczników historii greckie państwa-miasta jak Ateny czy Sparta dopiero rozwijały skrzydła, a Rzym był w tzw. powijakach. Nie był on twórcą imperium, ale odziedziczył je i rozszerzył. Jego dziadek to silny władca Sennacherib (705-681 BC), który to odbudował miasto Nineveh i zbudował wspaniałą królewską rezydencją zwaną Pałacem nie mający równego sobie (Palace without Rival). Miał on wielu potomków i jak to bywa na dworze królewskim pełno było intryg, których celem było wyznaczenie następcy tronu. Nawet oficjalne mianowanie na następcę tronu Esarhaddona nie było końcem knowań, a tylko ich nasileniem. Sennacherib został zamordowany przez innego niezadowolonego syna, ale to właśnie Esarhaddon został królem. Był on sprawnym i dobrym monarchą, rozszerzył Imperium na zachodzie dochodząc do Egiptu, nadzorował wiele projektów budowlanych m.in. odbudowę Babilonu. Miasto to zostało zniszczone  przez jego ojca jako zemsta za rebelię i wydanie w ręce Elamitów poprzedniego następcy tronu Ashur-nadin-shumiego.

Esarhaddon był chory na lupus (toczeń rumieniowaty układowy) i miał napady paranoi. No cóż, dorastał w takim wrzącym od knowań, spisków i sprzysiężeń środowisku, więc w sumie nic dziwnego. Dlatego najbardziej ufał na swoim dworze kobietom zwłaszcza swojej matce Naqi’a. Miał też wielu synów i ten sam problem jak jego ojciec. Jego najstarszy syn zmarł wkrótce po tym, jak ogłoszono go oficjalnym następcą tronu. Pamiętając swoją walkę o tron zaaranżował sprawy w taki sposób, że młodszy syn Ashurbanipal został ogłoszony następcą tronu Asyrii. Starszy syn Shamash-shumu-ukin na otarcie łez został następcą na tronie podległego Asyrii Babilonu. No niby dobrze bo trochę temu i trochę temu, ale to oznaczało, że starszy brat musiał się tłumaczyć i słuchać młodszego – potencjalnie niebezpieczna sytuacja, gdy mamy do czynienia z postaciami o wielkim ego.

Młody następca tronu był szkolony w sprawowaniu władzy, w królewskiej etykiecie, w sztuce polowań, ale także w innych przedmiotach jak matematyka. Jest na wystawie list napisany przez niego do ojca, w którym się chwali swoimi osiągnięciami akademickimi m.in.  rozwiązywaniem problemów matematycznych i debatami z uczonymi. Był on więc światłym władcą i w swojej pogoni za wiedzą zgromadził olbrzymią bibliotekę w swoim pałacu w Nineveh.

Wielokrotnie potem przedstawiał się i był przedstawiany jako monarcha o silnym ciele, duchu i umyśle, wojownik, ale i uczony - jest bowiem portretowany z rylcem za pasem. Może wierzył, że pióro ( czy rylec a także dłuto ) jest silniejsze niż miecz i chyba rozumiał siłę propagandy, choć samo słowo jeszcze nie było w użyciu. Te reliefy na ścianach to propaganda w najczystszej postaci.

Znał chyba też potęgę wiedzy i rozumiał, że informacja to władza, bowiem był też szefem wywiadu swojego ojca, zbierając informacje o politycznych rywalach i wrogach. Dużo się chyba wtedy nauczył, był zdolnym graczem i potem już chyba zawsze starał się mieć jakiegoś asa w rękawie.

Polowanie na lwa to bardzo ważne wydarzenie o wadze niemalże państwowej i mamy króla pokazanego wielokrotnie jak bohatersko pokonuje to niebezpieczne zwierzę; raz konno, raz pieszo, a potem z rydwanu używając różnego rodzaju broni. Są to bardzo symboliczne sceny, bowiem król jest jak pasterz i jego zadaniem jest obrona narodu i społeczeństwa. Takie przedstawienie monarchy jest bardzo powszechne, nawet królewska pieczęć przedstawia króla pokonującego lwa.


Te panele z Nineveh są jednym ze słynniejszych obrazów starożytności, wielokrotnie przedstawianym w podręcznikach o sztuce i historii starożytnej. Ashurbanipal na polowaniu jest niezwykłym dziełem sztuki, artysta-rzemieślnik, który to wykonał miał niezwykły talent i przedstawił to wydarzenie z dużą nutą naturalizmu i uwagą co do szczegółów. Detale w szatach, biżuterii, uczesaniu, uprzęży rumaków, uzbrojeniu, grzywie lwa, pazurach, ścięgnach i mięśniach są niesamowite. Na jednej z części panelu mamy lwa wypuszczanego z klatki przez chłopca, lew ten zaczyna biec i potem wzbija się do skoku na króla, który stoi z łukiem, chroniony też przez żołnierza z tarczą. Scena ta jest bardzo plastyczna - lew wydaje się biec na naszych oczach. Staliśmy przed tym cudem dość długo podziwiając je i tego mistrza nad mistrzami, który to wykonał. Nie chodziło tylko o rozrywkę, był to jak już wspomniałam ważny element, niemal rytuał, w którym władca brał udział. Na zakończenie polowania odbywała się ceremonia religijna, co ukazane zostało na panelu w świątyni Ishtar w Nineveh . Mamy tu cztery lwy, a Ahurbanipal dziękuje bóstwom Ahur i Ninlil, które mu dały siłę i bogini Ishtar, bo to dzięki jej łukowi udało mu się to osiągnąć. Jest tu też muzyka grana na horyzontalnej harfie, jest ołtarz z jedzeniem ofiarnym, jest kadzidło, a król odprawia rytuał libacji, w którym wylewa wino na głowy martwych zwierząt.

Królowie byli swego rodzaju pośrednikami między ludnością a bóstwami, stali na straży ładu i porządku przez nich stworzonego. Musieli więc być silni i waleczni. Atrybutem męskości była pięknie utrzymana broda, dlatego eunuchowie na reliefach byli przedstawiani jako osobnicy o gładkich licach.

Jego ojciec Esarhaddon zmarł nagle w czasie kolejnej wyprawy wojennej na Egipt. Ashurbanipal przy pomocy babki objął tron, w tym samym czasie na tronie Babilonu zasiadł jego starszy brat. Ashurbanipal nie ufał chyba jednak starszemu bratu, bo nie miał tamten prawie żadnych jednostek wojskowych pod swoim dowództwem. Gdy król Elemitów zaatakował Babilon Shamash-shumu-ukin musiał prosić młodszego brata o wsparcie. Ashurbanipal potem rozpoczął parę wielkich inwestycji budowlanych w stolicy brata, odbudowy świątyń, zigguratów, murów miejskich. To był przywilej władcy i tu Ashurbanipal znów nadepnął starszemu bratu na odcisk. Taki podział władzy, a raczej brak równowagi w tym podziale, miał daleko idące konsekwencje nie tylko dla rodziny królewskiej, ale i losów całego Imperium.

Shamash-shumu-ukin and Ashurbanipal Stone stele depicting Ashurbanipal (right), shown with a ritual basket on his head with cuneiform inscription, South Iraq, Marduk temple (Babylon), 668BC – 665BC. His brother Shamash-shumu-ukin (left) carved with cuneiform inscription, South Iraq, Temple of Nabu (Borsippa), 668BC – 655BC © The Trustees of the British Museum

Pałac królewski to nie tylko dom króla, ale i całej jego administracji. To takie serce i mózg zarazem Imperium. Ashurbanipal odziedziczył wspaniały kompleks pałacowy po swoim dziadku, ale po swojej wyprawie na Babilon postanowił rozbudować swoją rezydencję. Na wystawie można zobaczyć tzw. inskrypcję fundamentalną, która ,zgodnie z asyryjski zwyczajem, zawierała informacje o konstrukcji budynku, które to zostały potwierdzone w czasie wykopalisk.

Nowy pałac ( zwany Północnym)  stał na sztucznym tarasie wysokim na 7 metrów, król nie chciał się wywyższać ponad świątynie, ( miejsce to dziś jest znane jako Kuyunjik). Fasada tarasu była wykonana z bloków wapiennych, a wnętrze z cegieł robionych z błota i słomy i suszonych na słońcu. To był podstawowy materiał budowlany w Assyrii. Cegieł wypalanych w piecach używano do budowy ścieków i miejsc wystawionych na warunki takie jak deszcz czy wilgotność. Te miejsca były także dodatkowo izolowane przed wilgocią asfaltem. Nawet mury pałacu były budowane z tej cegły suszonej na słońcu.

Pomieszczenia pałacowe były zdobione do wysokości 2,5 metra panelami z miękkiego lokalnego alabastru, zwanego potocznie „Mosulskim Marmurem”. Panele przedstawiały scenki rodzajowe, polowania, bankiety, ale ulubionymi motywami były wydarzenia historyczne przynoszące sławę i gloryfikujące monarchę - takie komiksy na wielką skalę. Panele były malowane, a nad nimi też znajdowały się malowidła. Dach był wykonany z cedru libańskiego, drzwi z drzewa jałowca, zdobione błyszczącym metalem szlachetnym. Oprócz pomieszczeń reprezentacyjnych i prywatnych rodziny królewskiej były tam też pomieszczenia urzędowe, służby, ochrony, gospodarcze, magazyny. Sala tronowa w pałacach zawsze były po stronie północnej ze względu na upalne lato.

Pałacowi mieszkańcy mieli nie tylko ziemską ochronę ale i magiczną. Przodkowie Ashurbanipala lubowali się w wielkich posągach „Lamassu”. Były to skrzydlate byki z głową człowieka, a waga ich dochodziła do 30 ton. Takich kolosów nie ma w Nineveh, ale mamy tu płaskorzeźby strażników Pałacu Północnego i wśród nich zachowało się trzech z siedmiu bóstw Sebetti. Co ciekawe, oryginalnie postacie niosły łuki, ale z jakichś powodów to zmieniono i teraz w jednej ręce niosą puginały. Widać to jeszcze lepiej bo odpadł tynk i farba.  Jest na wystawie parę rekonstrukcji świetlnych i jedna z nich odtwarza oryginalny wygląd panelu. Kolory pojawiają się rzucane przez projektor i możemy sobie zobaczyć, jak to wyglądało w czasie panowania króla. Świetny pomysł, bardzo nam się te rekonstrukcje podobały.


To właśnie ściany sali tronowej były pokryte takimi panelami ze scenami i historiami przedstawiającymi zwycięstwa militarne Ashurbanipala, choć on wcale nie stawał na czele swoich wojsk. Miały one z reguły ten sam schemat i szły od prawej do lewej, potem na dół i od lewej do prawej. Przedstawiały walkę ( bitwę lub oblężenie miasta), procesję jeńców i zdobycze, które są odbierane przez monarchę z reguły stojącego na rydwanie.

Na wystawie jest panel przedstawiający historię bitwy pod Til-Tubą. Jest to tak dobrze zrobione, że naprawdę czyta się to jak komiks, a mamy tu jeszcze ławeczkę i ta historia dostała dodatkowe komentarze i podświetlenia, ukazujące ważne momenty i punkty zwrotne i wyjaśniające co i gdzie i dlaczego.

Mamy walczących żołnierzy, spychani są oni do rzeki, ciała niektórych są przeszyte strzałami, jeden z żołnierzy wali swojego wroga maczugą bojową po głowie, inny podcina drugiemu gardło, trup ścielę się gęsto, w wodzie pływają wśród ryb ciała pokonanych, jeden z przywódców poddaje się przecinając cięciwę swojego łuku. Tyle się na tych panelach dzieje, że nie wiadomo gdzie się patrzeć, bo niczego się nie chce przegapić. Niemal słychać szczęk oręża, krzyk umierających i kwiczenie koni. Potem pokonani są stawiani przed obliczem władcy. Jest to po prostu niesamowite i robi ogromne wrażenie, zwłaszcza, że jest to tak dobrze zachowane. Staliśmy tam i siedzieliśmy dość długo na ławeczce, Ja nawet przysiadłam na podłodze, żeby się lepiej przypatrzeć detalom na tym reliefie.

Na innym reliefie jest pokazana sielska scena bankietu, a że jest to świętowanie zwycięstwa, na jednym z drzew wisi obcięta głowa pokonanego, a jeden z byłych królów,  teraz jeniec, usługuje Ashurbanipalowi i jego świcie przynosząc jedzenie i napitki. Trzeba pokazać kto tu rządzi, bo nie będzie mu taki jeden z drugim bruździł, jak on jest królem świata.

Nie tylko ściany pałacu były pięknie dekorowane. Meble i przedmioty codziennego użytku też świadczyły o przepychu i luksusie życia dworskiego. Framugi do drzwi były zdobione inskrypcjami. Rzeźbiono kwiaty, np. motyw kwiatu lotosu przeplatanego pąkami przywędrował z Egiptu i był dość popularny. Progi też były zdobione i mamy na wystawie przykład, gdzie widoczny jest motyw dywanu z wzorem na tkaninie i frędzlami na krawędzi.

Meble wykonane były z drewna, które niestety nie zachowuje się najlepiej, ale mamy wizerunki na płaskorzeźbach oraz zachowały się elementy ozdobne, wykończenia i okucia. Tak np. mamy trzy łapy lwa, które zdobiły nogi stołka lub stolika, są tu też zdobienia zwieńczeń nóg podobne do korony drzewa palmowego z cylindrem na drewniany element i dwudziestoma czterema liśćmi – wykonane one zostały z brązu.

Kolejnym materiałem, z którego produkowane było luksusowe wyposażenie pałaców, była kość słoniowa. Mamy na wystawie parę takich elementów np. pochodzące z Nimrudu oparcie krzesła składające się z sześciu zdobionych paneli, otoczonych prostą framugą, wymiary 56x80cm. Cztery panele wewnętrzne ukazują wojowników stojących pod skrzydlatymi dyskami, każdy z nich trzyma w jednej ręce wiaderko, a w drugiej ręce uniesionej do góry trzyma owoc drzewa lotosu (komornicy). Dwa panele zewnętrzne są ozdobione wizerunkami drzewek.

Back rest from a chair, ivory Nimrud, 800-700BC, British Museum

Z Nimrudu pochodzi też wykonana z kości słoniowej plakietka przedstawiająca skrzydlatego sfinksa z ludzką głową, noszącego podwójną koronę Dolnego i Górnego Egiptu. W innej gablocie był fragment panelu, też z kości słoniowej, przedstawiającej lwa zagryzającego młodzieńca, który to musiał walczyć, bo ma rany na ramionach. Zdobił on zapewne jakiś luksusowy mebel, a jego pochodzenie jest fenickie, mógł to być efekt handlu lub grabieży wojennej. Panel ten był pozłacany i inkrustowany krwawnikiem (carnelian, czerwona półprzezroczysta odmiana chalcedonu ) i lazurytem (lapis lazuli) - takie małe cudeńko.

Nimrud, 900BC – 700BC © The Trustees of the British Museum

Pałacowe zastawy były wykonywane z ceramiki, ale i bardziej kosztownych surowców. Mamy tu taki srebrny pucharek z Nimrudu, pozłacany, z motywami kwiatowymi i geometrycznymi. Naczynie ma kształt kulisty, a zdobiona szyjka była  trochę rozszerzona, ma ono interesujący spód w kształcie sutka. ( nie jestem pewna czy można je było postawić na stole).

Mamy tu też szklane naczynia, też pochodzące z Nimrudu, a należące do pradziadka Ahurbanipala, o czym świadczy wyryta na nim inskrypcja; „Pałac Sargona Króla Asyrii” - tak na wszelki wypadek, żeby nie było wątpliwości np. gdyby jakiś gość chciał wynieść sobie takie coś na pamiątkę. Naczynie takie było wykonane w bardzo interesujący sposób, otóż wlewano szkło do formy i gdy ta zastygła, wiercono w niej dziurę i wywiercano, że tak powiem to wnętrze, potem przycinano i szlifowano boki nadając pożądany kształt w tym przypadku flaszkowaty z dwoma uszami.

szklo

W kolejnej gablocie były jeszcze inne naczynia szklane - ta miseczka z prawej pochodzi z warsztatów fenickich. I ona i naczynie po lewej były wykonane podobną techniką - wylewane i szlifowane. W środku mamy szklany alabastron, czyli pojemnik na perfumy, wykonany prawdopodobnie w Asyrii przez fenickich mistrzów. To naczynie wyprodukowano w innej technice - na tzw. rdzeń (core forming).  Szklarz używał rdzenia, najczęściej glinianego i taki zanurzał w miękkim szkle, ono przylegało do rdzenia. Po osiągnięciu pożądanego kształtu i przestygnięciu wydłubywano nie potrzebny już gliniany szkielet naczynia. Bardzo interesująca technika i patrząc na to naczynie zastanawiałam się, czy te wypustki są właśnie efektem takiego studzenia na tym rdzeniu. No normalnie człowiekowi szczęka z podziwu opada.  

szklo_1

W tej same gablocie były dwa pojemniki na kosmetyki, jeden z Włoch, drugi z Iraku. Pięknie dekorowane muszle Tridacna produkowane gdzieś w Levancie i rozprowadzane po całym terenie nad Morzem Śródziemnym i Bliskim Wschodzie.

luksus 

Ta z Iraku jest wyjątkowo piękna, bo patrząc z tyłu mamy kobiecą głowę, skrzydła, a pod nimi scenę z brodatymi jeźdźcami po obu stronach wielkiej rozety.

Dużo miejsca poświęcono glinianym tabliczkom pokrytym pismem klinowym. Ashurbanipal założył pierwszą na świecie bibliotekę i co najciekawsze, miał ją skatalogowaną. Chciał mieć kopie każdej książki jaka istniała i wysyłał swoich agentów po całym Imperium, zbierając wiedzę z czterech stron świata. W sumie zebrał on około setki tysięcy takich tabliczek, bo nie były to książki w naszym rozumieniu. Po najeździe w 612 roku i zniszczeniu Nineveh ta biblioteka spłonęła razem z pałacem i została odkryta ponownie po prawie 2000 latach. Połamane, osmolone tabliczki gliniane po raz pierwszy od tysięcy lat ujrzały światło dzienne w połowie XIX wieku, a 30 000 z nich znajduje się w zbiorach Muzeum Brytyjskiego. Na końcu wystawy było wezwanie do ochotników lubiących rozwiązywanie puzzli, bo duża ich część nadal jest w kawałkach i trzeba je połączyć i odczytać.

tablet_1

Wśród tych tabliczek jest też słynny epos o Gilgameszu – uważany za najstarsze dzieło literackie świata. Część tego była zapisana na tzw. Tabliczce Powodzi, która opowiadała historię wielkiej powodzi i do czasu odkrycia tej biblioteki była tylko znana z Biblii.

Zbiory biblioteki uczeni podzielili na trzy grupy. W pierwszej znajdują się teksty prawnicze, religijne, medyczne, magiczne, epiczne, mityczne, historyczne oraz o rytuałach. Często są one w paru kopiach, głównym językiem jest język akadyjski – wersja babilońska, asyryjski dialekt akadyjskiego  i staro sumeryjski. Biblioteka były dobrze zorganizowana, były tu tłumaczenia mało znanych sumeryjskich traktatów. Teksty były oznaczone identyfikatorami (kolofon) i posegregowane, a w spisach były identyfikator biblioteki z numerem identyfikacyjnym, nazwą serii z której dany tekst pochodził, i pierwszą linijką następnego w kolejności tekstu. Była tam też notatka, że ten tekst należy do Ashurbanipala. (oni mieli jakąś manię podpisywania swoich rzeczy, jego pradziadek sobie kubki podpisywał)

Druga grupa to zapytania astrologiczne i wróżbiarskie o przyszłość oraz doniesienia i interpretacje różnych omenów i wydarzeń niezwykłych. Niektóre były pisane w dość nieformalny sposób.

Trzecia grupa to listy, raporty, spisy, kontrakty i teksty administracyjne. Głównie pisane w asyryjskim dialekcie języka akadyjskiego.

tablet

W inwentarzach biblioteki znajdują się wzmianki  nie tylko o tabliczkach glinianych, ale także o drewnianych deskach do pisania. Te występowały jako pojedyncze deski lub jako 2,3 a nawet 4 deski, które złączone były zawiasami. Takie drewniane książki ze stronami, taka drewniana strona miała swego rodzaju framugę, a jej wnętrze było wypełniane woskiem. Gdy wosk ostygł była to alternatywa dla glinianych tabliczek, tylko że mniej trwała i ognioodporna. Takie księgi były wykonywane także z kości słoniowej, jak ta na wystawie. Tu zachował się nawet wosk z fragmentami inskrypcji wykonanych pismem klinowym.

Na tych drewnianych stronach pisano też atramentem i piórkiem, na niektórych tabliczkach glinianych są notki, właśnie atramentowe, o przynależności do króla. W spisach są też informacje o rolkach papirusu (niaru), na którym pisano atramentem. Język na nich używany to był prawdopodobnie aramejski.

Jako człowiek pracujący w wywiadzie znał siłę i znaczenie posiadania informacji i ich szybkiego przekazywania, a to Imperium miało bardzo dobrze rozwiniętą sieć komunikacji. Poczta królewska była bardzo dobrze rozwinięta. Po królewskich drogach kurierzy pocztowi poruszali się bardzo szybko i dotarcie informacji do najodleglejszego zakątka kraju zajmowało tyko kilka dni. Dostęp do tej poczty był tylko dla zaufanych urzędników, jeżeli informacja były bardzo ważna, to jeden zaufany kurier opiekował się nią przez całą drogę. Listy były oczywiście pisane na glinianych tabliczkach i wkładane w gliniane „koperty”, które były pieczętowane specjalnym sygnetem z wizerunkiem królewskiej pieczęci – król zabija groźnego lwa. Listy z taką pieczęci były jak słowa samego króla i nakazy w nich zawarte musiały być wykonane. Jest tu w gablocie taki list w glinianej „kopercie” i trzeba przyznać, że ten listonosz to nie miał łatwego życia, bo nie dość że ciężkie to było, to jak się przewróci i coś się połamie, to już lepiej nie mówić co mu zrobią za karę.

koperta

Po śmierci Ashurbanipala Imperium powoli zaczęło podupadać, zabrakło silnego i praktycznego władcy. Wrogowie Imperium zaczęli podnosić głowy i wiązać się w koalicje przeciw Asyrii. W 612 BC wojska Babilonu i Medów przeszły prze teren Imperium, siejąc zniszczenia na prawo i lewo. Stolica Nineveh została zdobyta i zniszczona, w pałacu zniszczono wiele paneli m.in. te pokazujące Ahurbanipala jako wspaniałego, nieustraszonego myśliwego, ktoś wymazał jego twarz i uwolnił lwa wymazując linie w jego ogonie, za który trzymał go król. Część pałacu m.in. ta z biblioteką spłonęła. Powoli i miasto i imperium podupadało i poszło w zapomnienie na parę tysięcy lat do czasu, gdy w 1853-54 roku badacze H. Rassam i W Loftus wbili łopaty w tym miejscu.

Na końcu wystawy jest mały film o akcji w którą Muzeum Brytyjskie jest mocno zaangażowane. Chodzi to o tzw. Iracki Projekt (Iraq Emergency Heritage Management Training Scheme). Może pamiętacie te doniesienia z Iraku i Syrii o  stanowiskach archeologicznych i zabytkach muzealnych zniszczonych przez fanatyków islamskich. Serce się krajało, jak się człowiek o tym dowiedział. Projekt ten szkoli nowych ekspertów, jak pracować na tych zniszczonych stanowiskach, jak je dokumentować i badać i być może rekonstruować. Szkolenia są we wszelkich aspektach, od badań rozpoznawczych do badań terenowych, przez wykonywanie dokumentacji, posługiwanie się nowoczesnymi technologiami. Jest to nie tyko praca z naukowcami, ale i lokalną ludnością, która jest cennym zapleczem takich badań. Archeolodzy przyjechali do Londynu na zajęcia teoretyczne i potem pracowali razem na stanowiskach w Iraku. Na wystawie są wywiady z osobami, które biorą w tym udział i jest tu dużo kobiet, są one pełne optymizmu i zapału. Jedna z nich wspominała swoją wizytę w Muzeum w Mosulu, jakie na niej te wspaniałe antyczne zabytki zrobiły wrażenie i jej rozpacz, gdy dowiedziała się o zniszczeniach. Teraz się uczy i bierze udział w tym projekcie, aby ratować swoje i w sumie nasze dziedzictwo kulturowe.

Wystawa jest naprawdę ciekawa, dobrze zorganizowana i warta zobaczenia. Będzie ona w Brytyjskim Muzeum do 24 lutego 2019 roku. Polecam

Ceny biletów:

Dorośli : £17.00

16-18 lat, studenci, niepełnosprawni, bezrobotni z zaświadczeniem : £14.00

Dzieci za darmo jeżeli przyjdą z dorosłym.

Bilety można kupić na miejscu lub na ich stronie internetowej – i można je sobie wydrukować w domu.

Wpis jest ilustrowany materiałami prasowymi muzeum i własnymi zdjęciami, bo możne je na wystawie robić.

  

 

 

środa, 21 listopada 2018

 Parę miesięcy temu wieszałam firanki w oknie i słuchałam radia BBC4 i nagle w ucho mi wpadły słowa „exhibition” i „ terracotta warriors in UK”. Mało z mojego czerwonego steperka nie spadłam z wrażenia, zaraz chciałam wiedzieć co, jak i gdzie i kiedy. Audycja była o przygotowywaniu wystawy, o odkryciu tego  kompleksu, o zabytkach jakie można zobaczyć, a ja prawie krzyczałam – „ no dobra, dobra, ale gdzie to ma być” bo przegapiłam początek programu. W końcu się dowiedziałam, że wystawa jest w World Museum. W mojej głowie pojawiło się pytanie – gdzie do licha jest to muzeum, bo na pewno nie w Londynie !? Chyba się prezenterka nade mną zlitowała, bo dodała, że w Liverpoolu. W ciągu sekundy podjęłam decyzję, że jedziemy do Liverpoolu. Co prawda lata temu widziałam armię terakotową w Muzeum Brytyjskim (British Museum) w Londynie, to jednak mam ciągły niedosyt wrażeń, a do Chin daleko. Nerwowo szperałam po kalendarzu, aby znaleźć jakieś dni wolne od pracy, które mamy razem z moim ukochanym. Potem w pracy doprosiłam się o jeden dodatkowy dzień urlopu, usiadłam przed komputerem i pierwsze co zarezerwowałam to były bilety na wystawę. Potem dopiero zatroszczyłam się o kwaterunek i bilety kolejowe i tak pojechaliśmy na trzy dni, a głównym punktem programu byli chińscy wojownicy.

Wystawa była niesamowita, dobrze przygotowana i zaprezentowana i choć nie było tu wszystkich wojowników (to nie jest możliwe), to co można zobaczyć zachwyca i pokazuje nam ogrom całego przedsięwzięcia. Niektóre eksponaty już pewnie widziałam na poprzedniej wystawie, ale i tak nie mogłam się napatrzeć.

Wystawa ta to efekt współpracy rządu brytyjskiego i chińskiego, Biura Reliktów Kulturowych Prowincji Shaanxi i World Museum w Liverpoolu. Po trzech latach planowania, wybierania, pakowania i opisywania - 124 zespoły wyselekcjonowanych zabytków z 13 instytutów archeologicznych i muzeów w prowincji Shaanixi m.in. z samego mauzoleum cesarza Qin Shihuang przejechało kawał świata do miasta portowego w Anglii. Takiej gratki, taki jak ja archeolog w spoczynku nie mógł przepuścić.

Na wejściu witał nas wojownik 

Jak wiele ważnych i niesamowitych stanowisk archeologicznych i to zostało odkryte przez przypadek, gdy w 1974 mieszkańcy okolicznej wioski kopali sobie studnię. Okazało się, że to co znaleźli to tylko początek, czy jak się mówi wierzchołek góry lodowej. W 1987 roku kompleks Mauzoleum Qin Shihunag i jego Terakotowa Armia zostały wpisane na listę Dziedzictwa Światowego UNESCO.  Same wykopaliska trwają i trwają i całe pokolenia archeologów tam będą przez lata dorabiać się odcisków na dłoniach. W ciągu 40 lat wykopalisk wydobyto na światło dzienne 2 000 rzeźb, a przypuszcza się, że może tam być w sumie około 8 000 wojowników i koni. Prace rozpoznawcze wykazały, że armia terakotowa to tylko część wielkiego kompleksu pogrzebowego. Jest tu około 600 jam grobowych otaczających samo mauzoleum. Jest to największy taki zespół cmentarny na świecie.

Qin Shi Huang był Pierwszym Cesarzem Chin, zjednoczył on państwo w roku 221 BC. Ta wystawa była nie tylko o jego grobowcu, ale o tym procesie jednoczenia, walkach, osiągnięciach i jego spuściźnie historycznej i kulturowej.

Jego rytuał pogrzebowy nie był nowością, za to skala na jaką on się odważył dziś nas zachwyca i przytłacza. Znaleziska archeologiczne już z okresu Neolitu w Chinach wskazują na głęboką wiarę w życie pozagrobowe i kult przodków, przywiązywano wagę nie tylko do ochrony ciała zmarłego, ale i jego ducha, już wtedy używano np. jadeitu (żadu) do tego celu.

Wystawa pokazuje nam co było przed tym cesarzem, lokalnych władców, zwyczaje pogrzebowe i osiągnięcia kulturowe oraz jak on doszedł ostatecznie do władzy. Przy pomocy wielkich planszy i animacji wyruszamy w podróż w czasie i przestrzeni.

Oczywiście różne regiony mają różne zwyczaje pogrzebowe. To co łączyło rody królewskie to rytuał pogrzebowy tego okresu, to bogactwo przed wszystkim przedmiotów wykonanych z brązu. Mamy tu lampy, dzwony, przenośne paleniska, kadzidła, wazy na wino, lustra, zapinki pasa itp., często inkrustowane kamieniami szlachetnymi. Złoto przychodzi później i najpierw pojawia się u elit, podobnie jak techniki odlewania brązu na wosk tracony. Wierzono, że życie po śmierci było przedłużeniem życia na ziemi. Grobowce składały się więc, na wzór domu, z pomieszczeń wypełnionych przedmiotami codziennego użytku. Jadeit pojawia się w różnych regionach raz jako paciorki, raz jako płaskie dyski, plakietki naszywane na jedwabne całuny, czy podeszwy butów. Różne formy, ale jedno zadanie –minerał ten ma chronić zmarłego. W tych grobowcach występują figurki interpretowane jako substytut ofiar ludzkich, na południu wykonywane są one z drewna, a na północy z gliny.

Rodzina Qin pojawiła się na scenie politycznej w państwie Zhou, już w X wieku BC. Doskonali znawcy i hodowcy koni, byli oni prawą ręką panujących. Wyrazem ich wzrastającej potęgi są także mauzolea, w których byli pochowani poszczególni władcy, dobrym przykładem jest tu pochówek księcia Jing z Qin (576-537 BC). Jego mauzoleum ma 300 metrów długości i 24 metry głębokości. Razem z księciem pochowano 166 ofiar ludzkich. W jamie centralnej o wymiarach 59x38 metrów znajduje się drewniana konstrukcja, składająca się z kilku pomieszczeń połączonych drzwiami. W jamach przylegających pochowane zostały prawdziwe konie z rydwanami. To na jego trumnie były ułożone jadeitowe podeszwy butów, miały go one chronić od złego.

Ying Zheng to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii Chin. Urodzony w 259 BC najpierw rządził królestwem Qin (246-221), a następnie podbił resztę ziem i został Pierwszym Cesarzem Chin, rządząc w latach 221-210 BC . Już starożytni dziejopisarze uważali go jednak za tyrana, który to mimo wszystko przez dwa tysiąclecia fascynował historyków, jako innowator który stworzył podwaliny administracyjne i nie tylko wielkiego imperium, jako poszukiwacz nieśmiertelności, a ostatnio dzięki przypadkowemu okryciu w małej wsi, jako twórcę największego odkrycia archeologicznego XX wieku.

Takie wielkie państwo, to też wielki problem, bo był to zlepek 7 królestw i cesarz zaraz zabrał się do jego ujednolicenia. Cesarz miał władzę absolutną, a urzędnicy na różnych stopniach byli mianowani lub zwalniani w zależności od zasług i umiejętności. Centralny rząd składał się z chengxiang, pełniącego coś w rodzaju funkcji premiera, taiwei przywódcy wojskowego i yushidafu generalnego nadzorcy. Na niższym szczeblu było 9 ministrów stanu – jiuging, kontrolujących m.in. sprawy finansowe, sądownicze, ochrony pałacowej, dowodzenia ochroną cesarską, opieki nad końmi i zaprzęgami cesarskimi i sprawami rodziny cesarskiej. Cesarz obalił stary system feudalny i podzielił cesarstwo na 36 komandorii - jun,  a te z kolei na województwa - xian, te zaś na ting, a owe na li składające się z grup rodzinnych. Każda komandoria i województwo było rządzone przez centralnie mianowanego urzędnika, wspomaganego przez „podrzędników” .To był idealny system nadzoru, zbierania informacji i podatków.

Urzędnicy państwowi w tym hierarchicznym systemie wdrażali ścisłe prawa – statuty lü i rozporządzenia ling, a ludność musiała się do nich zastosować. Były one rozprowadzane na piśmie po całym imperium. Każdy statut czy rozporządzenia miało swój własny numer i tytuł, a dotyczyło różnych stref życia od spraw rolniczych, produkcji rzemieślniczej, obowiązkowych robót, do praktycznych wskazówek, jak ochrony rządowych obiektów, racji żywnościowych dla skazańców itd.

Ideologią panującą był Legizm wspierany przez kanclerza Li Si. Światopogląd ten zakładał, że natura ludzka jest z natury egoistyczna i samolubna i bardziej zdolna do czynienia złego niż dobrego. Jedynym sposobem utrzymania ładu społecznego była narzucona dyscyplina i przestrzeganie prawa. System ten zakładach nagradzanie za dobre i uczciwe postępowanie i surowe kary za łamanie prawa. Umacniało to państwo i panującą dynastę, bowiem poddani musieli przestrzegać praw wydanych przez Cesarza. W 213 roku Cesarz przeszedł samego siebie we wprowadzaniu tej ideologii i za radą wspomnianego już Li Si rozkazał spalić książki, zwłaszcza dzieła literackie, wyjątkiem były traktaty o medycynie i rolnictwie. Strategia ta miała utrudnić dostęp do oświaty i kultury, zdławić inne filozofie i w pełni kontrolować ludność poddaną. Niektórzy uczeni krytykowali ten pomysł, ale ten protest spotkał się z ostrą reakcją i rok później 460 uczonych zostało pogrzebanych żywcem za ten sprzeciw.

Kontrola takiego dużego imperium potrzebuje sprawnej komunikacji, a ta jest możliwa dzięki systemowi dróg. Pierwsza droga szybkiego ruchu chidao zbudowana w 220 BC.  Droga ta była skonstruowana dla powozów i konnych podróżnych, a piesi poruszali się boczną częścią, oddzieloną od głównej rzędem drzew. Szerokość powozów została zestandaryzowana w celu ułatwienia podróżowania. Dodatkowo w miejscach strategicznych np. przełęczach, przeprawach rzecznych zostały utworzone posterunki sprawdzające specjalne drewniane pozwolenia podróżne. Budowę drugiej drogi nazwanej Prostą Drogą zhidao  rozpoczęto w 212 BC, a wiodła ona z Yunyang w prowincji Shaanxi do Jiuyuan w Mongolii, droga ta była używana przez wieki i jest nadal w dobrym stanie. Inny projekt to kanał Lingqu, przecinający góry i łączący dwie rzeki płynące w różnych kierunkach: rzeki Lijiang płynącej na południe i rzeki Xianjiang płynącej na północ.

W 215 Pierwszy Cesarz wysłał generała Meng Tian na północ na czele 300 000 armii z rozkazem zepchnięcia plemion koczowniczych Xiong za Żółtą Rzekę i uszczelnienia granicy północnej. Tak powstał Wieli Mur, kolejne najbardziej znane osiągnięcie tego despoty. Nie był to pierwszy mur, już w czasie Okresu Wojujących Państw królestwa Yan i Zhao sąsiadujące z tymi plemionami budowały wały obronne częściowo z kamienia i gruzu lub ziemi. Wielki Mur został ukończony zaraz po śmierci Pierwszego Cesarza w 210 BC  i przetrwał stulecia chroniąc północną granicę państwa, będąc jednocześnie kością niezgody między nomadami a ludnością prowadzącą osiadły tryb życia.

Kolejne reformy zestandaryzowały system piśmiennictwa, monetarny, ważenia i pomiarów. Ułatwiło to nie tylko rządzenie tak rozległym państwem i było symbolem politycznym, ale miało wpływ na uproszczenie życia codziennego, zwłaszcza w handlu i gospodarce.

Następne wielkie przedsięwzięcie to budowa pałacu cesarskiego. Był to kolosalny zamysł, bardzo kosztowny i wymagający dużego nakładu pracy. Cesarz, w swojej mani kontrolowania wszystkiego co oddychało w jego imperium, przesiedlił 120 000 wpływowych rodzin do stolicy Xianyang, dzięki temu miasto się rozrosło, wzbogaciło, a jednocześnie mógł on ich mieć na oku. Cesarz lubił trzymać rękę na pulsie i objeżdżał swoje imperium dokonując inspekcji.

Qin Shi Huang bał się śmierci i szukał eliksiru nieśmiertelności. W czasie swojego trzeciego objazdu w prowincji Shandong lokalny alchemik Xu Fu powiedział mu, że taki eliksir mają w posiadaniu biało ubrani mieszkańcy wysp świętych czy nieśmiertelnych Penglai, Fangzhang i Yingzhou, położonych na Oceanie Wschodnim. Xu Fu w towarzystwie 3 000 dzieci z małą flotą został wysłany na ocean Wschodni, a jego misją było zebranie ziół i roślin które mogą zapewnić nieśmiertelność. Ekspedycja przepadła bez śladu. Cesarz zaś rozkazał swoim nadwornym alchemikom zrobienie mikstur, których głównym składnikiem była rtęć, mając nadzieje, że to przedłuży jego życie, nie wiedział jednak o tym, że jest to substancja trująca.

Gdy cesarz zmarł w czasie swojej piątej inspekcji, jego doradcy jak Zhao Gao i wspomniany już Li Si postanowili nie nagłaśniać tej sprawy i dopiero po powrocie do stolicy Xianyuang ogłosić swoich faworytów następcami tronu. Postanowili ukryć zapach rozkładających się zwłok cesarza i rozkazali załadować powóz towarzszący rydwanowi cesarskiemu zasolonymi rybami. Po powrocie do stolicy zaczęły się przepychanki polityczne i walka o to, kto ma zasiąść na tronie. To był początek końca tej dynastii.

Qin Shi Huang stworzył imperium, jednak po jego śmierci jego dynastia upadła w wyniku walk wewnętrznych, ale samo imperium i ujednolicenia jakie wprowadził się ostały i były podwalinami tego wielkiego państwa. Pierwszy Cesarz osiągnął nieśmiertelność, może nie w taki sposób jaki chciał, ale chyba prawie każdy słyszał o Wielkim Murze czy Armii Terakotowej z jego Mauzoleum.

Ekrany z tyłu pokazywały zdjęcia z tego miejsca

Ten słynny kompleks grobowy leży 35 km od współczesnego miasta Xiʹan, u podnóża góry Li. Powierzchnia, na której się ten zespół cmentarny znajduje, to 56km kwadratowe. Główny kopiec jest otoczony grobowcami, jamami i budynkami o różnym przeznaczeniu. Wojownicy cesarscy stoją na skraju tego terenu, ale zawsze są gotowi do obrony i jego i imperium. Uważa się, że to co odkryto w czasie ostatnich 40 lat to tylko około 10% całego stanowiska. Samo mauzoleum nie zostało poddane wykopaliskom, a tylko badaniom geofizycznym i innym nieinwazyjnym technologiom.

Gdy Pierwszy Cesarz zmarł został pochowany w tym ogromnym Mauzoleum, a otaczający go kompleks miał być jego światem pozagrobowym. Miał on tu: swoją armię do obrony, a może także do podboju innym światów pozagrobowych, rydwany wykonane z brązu do podróżowania po swoim pozagrobowym imperium, akrobatów który mieli mu umilić czas wolny, arsenał z kamiennymi zbrojami, stajnie ze szkieletami wielu koni, i konkubiny pogrzebane żywcem. Każdy przedmiot, postać ludzka, zwierzęta żywe czy wyprodukowane miała jeden cel - służenie Cesarzowi.

Tu pojawia się pytanie – skoro dążył do nieśmiertelności do dlaczego budował sobie zaświaty? No może był zapobiegliwy i wolał mieć tzw. plan B, na wszelki wypadek. 

Przegotowania rozpoczęły się zaraz po objęciu tronu przez 13-letniego wtedy Ying Zhenga. Wybrał on wtedy to miejsce, opierając się o chińską tradycję geomancji (energia ziemi i kosmosu)  fengshui ( wiatr i woda) i cały zespół grobowy został zaplanowany zgodnie z tymi tradycjami i poglądami trochę przez niego przeredagowanymi. Mauzoleum miało być odzwierciedleniem jego stolicy i miało dostarczyć nie tylko odpowiedni lokal dla monarchy, ale i świat do rządzenia. Co jest ciekawe nie ma wiele informacji o tym kompleksie w źródłach pisanych zwłaszcza w „Shiji” historyka Siama Qian żyjącego w II wieku BC, którego prace są głównym źródłem informacji o tamtych wydarzeniach. Pisze on o konstrukcji, przekazuje dużo detali o tzw., krajobrazie pogrzebowym.

Ekran pokazuje krajobraz z tego miejsca

Według tego historyka 700 000 robotników pracowało przy budowie tego kompleksu po zjednoczeniu Imperium.  Takie przedsięwzięcie to duży wysiłek logistyczny: administracja, planowanie, nadzór, rzemieślnicy, a nawet skazańcy zakuci w kajdany. Podobno nawet przeniesiono góry tzn. wzgórze zostało wyrównane, bo z niego było lepiej nadzorować te prace. Teren ten do dziś jest znany jako Jiguping (Platforma Bijących Bębnów) i rozciąga się z niej wspaniały widok na całą okolicę.

Rzemieślnicy pracowali w swoich warsztatach, prości pracownicy przenosili i umieszczali poszczególne elementy we wskazanych miejscach. Ludzie mieszkali tu i pracowali często aż do śmierci. W okolicy odkryto cmentarze z pochówkami, a wśród wyposażenia grobowego były naczynia z inskrypcjami i np. niektóre zawierały informacje o pochodzeniu danego osobnika, jego status, jak zostali zwerbowani. Byli np. dłużnicy który odpracowywali swoje zaległości finansowe. Fachowcy pieczętowali swoje imiona na wyrobach jak gliniane dachówki, cegły oraz na wojownikach, do tej pory zidentyfikowano 90 imion. Przeprowadzono też trochę badań DNA ( 19 próbek) i okazuje się że byli tu ludzie z całego Imperium (głównie z południa), ale i niewolnicy i jeńcy spoza np. o korzeniach japońskich.

W pobliżu znaleziono też wielkie piece do wypalania dachówek i cegieł, warsztaty kamieniarskie, często ze zniszczonymi lub uszkodzonymi elementami. Odkryto też sieć dróg do przewożenia materiałów i gotowych produktów, w niektórych miejscach zachowały się nawet odciski stóp i koleiny po kołach wozów. Część wyposażenia grobowców była wykonywana tutaj, a część w innych miejscach np. stolicy i dowożona tymi drogami lub rzeką Wei. To naprawdę był wielki kompleks produkcyjno-mieszkalny.

Teracota_exh_6

wyobrazenie artystyczne wnętrza cesarskiego mauzoleum 

Komora grobowa Pierwszego Cesarza to centrum jego Imperium i jego pałac. Według historyka Siam Qian były tam „pałace, wieże, setki urzędników, skarby i przedmioty egzotyczne zostały tam przyniesione i wypełniły to pomieszczenie. Rzemieślnikom rozkazano ustawić kusze na stromym wejściu tak, aby strzelały one do tego kto odważy się tam wejść. Użyto płynnej rtęci na odtworzenie rzek, strumyków i mórz tego pozagrobowego Imperium. Sufit został utkany perłami i kamieniami szlachetnymi przedstawiającymi ciała niebieskie i specjalna oliwa została użyta dla zapewnienia oświetlenia przez długi czas. Razem z Cesarzem zostały pogrzebane żywcem bezdzietne konkubiny”. Jednak w jego kronikach nie ma informacji o dodatkowych komorach i jamach pogrzebowych, czy o samych wojownikach.

Gdy prace nad budową zbliżały się ku końcowi wielu tam pracujących zostało żywcem zapieczętowanych w komorach grobowych dla zachowania tajemnicy. Architekci też zasadzili roślinność, głównie krzaki i drzewka na stokach Mauzoleum, aby sprawiało ono wrażenie naturalnego pagórka i miało to też zapobiec erozji i odsłonięciu podziemnych konstrukcji.

To ogromne stanowisko to kopalnia wiedzy dla archeologów, antropologów itp. Obiekty do tej pory odkryte dostarczyły nam mnóstwo informacji, ale i nowych pytań.  Wydaje się, że prace na tym stanowisku to będzie jedna wielka niekończąca się opowieść i w sumie to Qin Shi Huang osiągnął swój cel - jego sława i imię są nieśmiertelne.

Na wystawie mamy przykładowe elementy z tego stanowiska archeologicznego. Już na samym początku wita nas żołnierz i stojący za nim koń. Zwierzęta te były bardzo ważnym elementem dla społeczności Qin, nie tylko dlatego, że ich przodkowie hodowali konie dla poprzednich królów, ale ponieważ były one istotne ze względów militarnych i gospodarczych (transport). W czasie życia cesarza jego konie były dobrze traktowane, a używane one były zarówno do jego zaprzęgów w rydwanach jak i przez generałów do walki. Stajnie cesarskie były podzielone w zależności od przeinaczenia rumaków. Odkryto wiele szkieletów konnych zarówno w obrębie murów Mauzoleum jak i poza nimi. Niektóre konie zostały pochowane w trumnach, inne w jamach, ale z terakotowym chłopcem stajennym który miał się nim zajmować.

Odkryto dwa rydwany wykonane z brązu, są one tak cenne, że na wystawę przyjechały repliki, ale nawet one robią wrażenie. Zostały one pochowane w drewnianej komorze, ich rozmiar to co prawda połowa prawdziwego rydwanu, ale wykonanie po prostu zapiera dech. Zrobione z brązu, złota i srebra, użyto różnych technologii: odlewania, lutowania, wybijania młotkami i wiercenia oraz inkrustowania złotem, srebrem i kamieniami szlachetnymi. To bardzo kunsztowna robota i pokazuje nam jak ważny ten obiekt był w życiu pozagrobowym cesarza.

Oprócz dużej ilości szkieletów konnych znaleziono też szkielety ptaków i zwierząt oraz ceramiczne naczynia na paszę i klęczące figury opiekunów. Są ptaki z brązu łabędzie, dzikie gęsi, żurawie – jeden ma nawet robaka w dziobie. Obok są terakotowi muzykanci, a ptaki jakby zastygły w takt muzyki.

Oczywiście największą atrakcją wystawy były figury Armii Terakotowej. Stały one w jednej sali w rzędzie z ekranem z tyłu. Na ekranie można było zobaczyć zdjęcia z Mauzoleum, panoramę okolicy, poszczególne jamy ze stojącymi oddziałami armii, pokolorowane figury i szczegóły niewidoczne dla zwiedzającego – bardzo dobry pomysł.

Jest parę teorii na temat jak produkowano tych wojowników. Powszechnie się uważa, że był to proces łączący odlewanie i rzeźbienie, są sugestie, że każda część np. głowa, ręce, ramiona, tułów, stopy były masowo produkowane a potem łączone w różnych kombinacjach. Ostatnio jednak w efekcie współpracy między Mauzoleum a Instytutem Archeologii przy University College of London stwierdzono, że poszczególni wojownicy reprezentują o wiele więcej indywidualizmu, niż można się spodziewać z prostego składania gotowych elementów.

Teracota_exh_5

wojownicy byli malowani 

Wojownicy mają m.in., odciśnięte lub wyryte imiona swoich twórców, głównie były one umieszczane na dole szaty lub pod pachami. W większości jedna figura ma z reguły jedno imię, a jeżeli składane one by były z różnych części, to czy nie powinno być tych imion więcej na jednej figurce? Badacze skupili się na małych elementach jak np. uszy. Ta część ciała jest bardzo różna u ludzi, niemal tak unikalna jak nasze odciski palców. Wykonano dużo zdjęć i stworzono ich trójwymiarowe wersje, ukazujące detale różnych uszu. Okazało że każde ucho jest bardzo różne, ten stopień indywidualizmu sugeruje raczej ręczną produkcje niż masową.

Glina jakiej użyto do produkcji to lokalny less z dodatkiem piasku. Każdy wojownik był produkowany od ziemi w górę, części ciała formowane z grubych zwojów gliny. Głowa były produkowana i wypalana oddzielnie, do zalepienia szczelin między głową a ciałem używano miękkiej gliny. Stosunkowo duża ilość detali była dodawana do tej podstawowej formy ludzkiej, jak szczegóły na szatach, detale uzbrojenia, detale na twarzy i włosach. Następnie taka figura była suszona w cieniu i wypalana w wielkich piecach w temperaturze 950-1050°C przez kilka godzin. Po wypaleniu każda figura były pokrywana laką a następnie malowane na jaskrawe kolory. Potem byli oni ustawiani w formacji w jamach i wyposażani w broń.

W sumie do tej pory odkryto 40 000 sztuk broni wykonanej z brązu. Głównie były to miecze, włócznie, halabardy, dzidy topory, haki, strzały, elementy spustowe kusz i tylko jedna żelazna włócznia i pięć żelaznych strzał z brązowymi ostrzami.  Ta broń też była stemplowana - z datami, informacją o warsztacie i rzemieślniku. Taki niemalże numer seryjny. Większość pochodziła z lat 244-288 BC, z czasów panowania króla Ying Zheng. Znaleziono też około 10 000 strzał luzem i 300 plików po 100 strzał każdy. Przeprowadzono na nich różne analizy i okazało się, że nigdy nie były one użyte w walce, więc zostały wykonane specjalnie dla tego Mauzoleum. Znaleziono 200 dźwigni spustowych kusz, każda składała się z trzech części, które musiały być odlane z dużą precyzją. Broń była wypucowana i naostrzona na tokarkach i to był też nie lada wyczyn logistyczny. Broń ta to nie były atrapy bowiem, gdy w 209 BC wybuchła rebelia, użyto tej broni w walce z rebeliantami.

Trzeba przyznać, że tajemnica tego co tam pochowano razem z Pierwszym Cesarzem była dobrze strzeżona, bo gdy po paru latach dynastia Qin ostatecznie upadła i nastała dynastia Han wydaje się, że nikt już nie pamiętał o skarbach ukrytych w grobowcach i terakotowej armii.

Nowa dynastia też miała wielkie ambicje jeżeli chodzi o rytuał pogrzebowy i na wystawie mamy przykłady wyposażenia grobowego z tego okresu. Wszystko tu jednak wydaje się takie małe, nie ma już tego rozmachu i wielkiej skali Pierwszego Cesarza. Najsłynniejszy kompleks z tego okresu to grób cesarza Jingdi (156-141BC), którego mauzoleum w kształcie piramidy usypanej z ziemi kryło 81 grobowców prowadzących do głównej komory. Figury w tym kompleksie mają połowę rozmiarów tych pochowanych z Pierwszym Cesarzem.

Prawie 9 lat przed odkryciem Terakotowej armii, także rolnicy znaleźli 25 km od miasta Xianyang grobowiec generała z dynastii Han. Odkopano tu prawie 3 000 przedmiotów w wyposażeniu grobowym, w tym 1965 wojowników, 583 kawalerzystów i 410 tarcz. Główna komora grobowa była o 70 metrów od tego znaleziska, tu też były rydwany, a w sąsiedniej komorze były pogrzebana małżonka. Oba pochówki zostały zrabowane lata temu i ostały się tylko paciorki, małe brązowe naczynia, lakierowane przedmioty i ozdoby z jadeitu – płytki które prawdopodobnie były zszyte srebrną nitką tworząc swego rodzaju szatę.

Te tradycje pogrzebowe trwały niemalże do upadku Imperium na początku XX wieku. Większość kultury chińskiej ma korzenie w dynastii Han uznawanej jako era pokoju i rozwoju gospodarczego, ale czy była by ona możliwa bez Pierwszego Cesarza? Do dziś też jadeit jest uważany za specjalny minerał, a wiara w życie pozagrobowe jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dziś w czasie ceremonii pogrzebowej spalane są papierowe figurki, meble i przedmioty codziennego użytku np. papierowe modele telefonów komórkowych.

Wystawa była niesamowita, bilety zostały wykupione bardzo szybko, ten wpis jest trochę z opóźnieniem, ale mam nadzieję, że trochę was zaciekawił i zachęcił, gdy Terakotowa Armia zawita do waszego sąsiedztwa. Miejcie uszy szeroko otwarte. Na wystawie można było robić zdjęcia, co jest nowym trendem w tutejszym muzealnictwie. 

  

 

 

 

niedziela, 11 listopada 2018

W tym roku mamy wielką rocznicę  -100-lecie zakończenia Wielkiej Wojny – tak nazywano I Wojnę, dopóki nie doświadczyliśmy kolejnej wojny światowej. Nasz kraj świętuje 100 lecie niepodległości, a tu na Wyspach świętowana, choć raczej nie jest to najlepsze słowo, jest właśnie rocznica zakończenia wojny. Jest to tutaj okazja do oddania hołdu ofiarom tej wojny i innych konfliktów zbrojnych od tamtego czasu. Pamięta się nie tylko tych co zginęli na frontach rożnych wojen, ale i o ich rodzinach i przyjaciołach. O ile u nas wszyscy się kłócą, maszerują i kontrmaszerują, to tutaj ludzie ustawiają się w godzinnych kolejkach, żeby zobaczyć instalacje artystyczne oddające hołd poległym żołnierzom.


Co warto podkreślić, nie świętuje się tu zwycięstwa, ale zakończenie działań wojennych i wobec tego nie jest to święto, które dzieli ale raczej łączy. Nie chodzi tu o poprawność polityczną, ale o to, że pokój oznacza koniec wrogości i jeżeli już się zakopało ten topór wojenny i wypaliło fajkę pokoju, to teraz jest czas na to, aby cieszyć się życiem, kochać, pracować i szanować się nawzajem. Sama nazwa tego dnia „ Remembrence Sunday czy Remembrance Day” oznacza Dzień Pamięci i mamy pamiętać o ich ofierze, ale nie rozpamiętywać i nie rozdrapywać ran na nowo. Można powiedzieć, że naszym obowiązkiem jest budować nowy lepszy świat, co nie jest jednak takie proste.


Cztery lata temu pisałam o makowej instalacji w Londyńskiej Twierdzy (Tower of London), która okazała się tak popularna, że widziały ją miliony ludzi. W tym roku znów mamy instalację artystyczną w fosie tej twierdzy. Tym razem jest ona tu tylko przez tydzień i 11 listopada to ostatni dzień. Jest to instalacja światła, dźwięku i dymu. Każdego dnia od 4 listopada do 11 listopada od godziny 5-ej do 9-ej wieczorem płonie w fosie 10 000 światełek. O 5-ej rozbrzmiewa grany na trąbce „The Last Post”  i rozpoczyna się zapalanie zniczy.


„The Last Post” jest to jeden z sygnałów militarnych brytyjskiej armii. Był np. „First Post”, którym sygnalizowano w obozach wojskowych rozpoczęcie inspekcji wart obozowych i grany był on na pierwszym posterunku, a „the Last Post” odgrywano na ostatnim posterunku sygnalizując koniec obchodu. Inna funkcja tego sygnału to koniec walki czy bitwy i oznaczało to dla tych co nadal są na polu bitwy, że to już koniec i jeżeli mogą to powinni iść za głosem trąbki, aby tam odpocząć i znaleźć schronienie i mieć opatrzone rany. Ten zwyczaj pochodzi z XVII wieku, a może nawet jest trochę wcześniejszy, a jego historia zaczęła się, gdy brytyjskie wojska stacjonowały na terenach obecnej Holandii. Tam był stary zwyczaj „taptoe”, z którego pochodzi brytyjskie określenie „tattoo” i nie chodzi to o tatuaż, ale o słowo w wyrażeniu „Military Tattoo” - po naszemu capstrzyk, tak nazywane są specjalne parady wojskowe z udziałem orkiestry, najsłynniejsza na wyspach odbywa się w Edynburgu. Wracając do holenderskich początków tego sygnału, „taptoe” było używane do oznajmienia, że to jest koniec dnia. Pochodzi on od sygnału tzw. „beer taps”, informującego że kurki od beczek piwa mają być zamknięte, więc dzień się naprawdę zakończył i pora udać się na spoczynek. Holenderskie wyrażenie „Doe den tap toe” oznacza właśnie - zamknąć kurki. Co ciekawe holenderski sygnał używany obecnie w ceremoniach pogrzebowych nie jest taki sam jak brytyjski.

To właśnie ten sygnał grany trochę dłużej ( ponad 75 sekund) został włączony w wojskowe ceremonie pogrzebowe, a także w obchody pamięci o poległych jak ten Dzień Pamięci. Oznacza on pożegnanie z żołnierzem, hołd, a także symbolizuje fakt, że jego misja dobiegła końca i może on spocząć w pokoju.

Oczywiście w XIX wieku „the Last Post” trafiła do wielu zakątków Brytyjskiego Imperium i sygnał ten jest używany i rozpoznawany na całym świecie. Słuchając go, nie da się nie pochylić głowy w zadumie, starając się ukryć łezkę w oku.


Wracając do fosy. Jest w niej 10 000 swego rodzaju zniczy, tzn. są to pojemniki metalowe wypełnione specjalną substancją i wystaje z nich knot. Te znicze palą się przez około 4 godziny. Codziennie wypalone są zbierane i odkładane do recyklingu, a nowe ustawiane na ich miejsce. Trzeba odkręcić nakrętkę, rozcapierzyć knot – żeby go było łatwiej zapalić i ustawić znicz dokładnie w tym samy miejscu co był poprzedni, bo to ustawienie jest artystycznym układem twórcy. Znicze są przykryte metalowym kapturkiem, który ma chronić od deszczu do mementu zapalania. Wymianą zniczy zajmują się ochotnicy i muszę się pochwalić, że byłam w tej fosie i odkręcałam, rozcapierzałam i ustawiałam i łezki mi się zakręciły w oczach, jak to później oglądałam zapalone.

W tej instalacji jest też muzyka, ale nie przypadła mi ona do gustu, mając bilet można przejść się fosą i choć widok z góry jest pewnie lepszy to jednak robi to wrażenie. Liczba 10 000 niczego nie symbolizuje, a ludzie sami mogą sobie interpretować znaczenie światełek – zniczy. Może to być symbol odnowy życia, dusz idących do nieba, nadziei itp.

"They do not know that in this shadowed place

It is your light they see upon my face."
„Oni nie wiedzą, że w tym ponurym miejscu, to Twoje światełko widzą na mojej twarzy.”


Inspiracją do tej instalacji była znów poezja, a konkretnie zbiór wierzy poetki Mary Borden „Sonnets to a Soldier”. Mary Boden była kobietą z bogatej amerykańskiej rodziny, która gdy wybuchła I Wojna wydała własne pieniądze na wyposażenie szpitala polowego we Francji. Pracując właśnie w szpitalu w pobliżu Somme poznała ona swojego drugiego męża kapitana Spearsa. Musiała to być miłość od pierwszego wejrzenia, a ona tak opisała ich pierwsze spotkanie w 1916 roku„ Mój fartuch upaprany krwią i błotem, jestem zbyt zmęczona, aby go zdjąć, moje stopy bolą, gdy utykam aby otworzyć drzwi. Młody oficer tam stoi. On też jest upaprany błotem, jego twarz jest zmęczona. Przedstawia się. To kapitan Spears z … . Para miała się ku sobie, była dziewczyna kapitana, z zazdrości powiadomiła męża Mary o ich romansie. Doszło do rozwodu i jej mąż otrzymał opiekę nad córkami. Para się pobrała w 1918 roku i byli oni udanym małżeństwem przez 50 lat do śmierci Mary w 1968 roku. Mary pisała wiersze i opowiadania, jednym z jej wierzysz był utwór „The Song of the Mud” oraz zbiór wierszy „the Forbidden Zone” opublikowany w 1929 roku. Czytelnicy byli zaszokowanie dosadnym opisem horroru jaki panował w okopach oraz faktem, że napisała to kobieta, która doświadczyła tego na własne oczy. Wspomniany zbiór wierszy został opublikowany dopiero w 2015 roku w zbiorze „Poems of Love and War”. Powodem tego była intymność tych wierszy, opisywały one bowiem jej romans, przeżycia, strach, miłość i uczucia do jej kochanka i potem męża. Oto fragment jednego z wierszy.

If you this very night should ride to death
Straight from the piteous passion of my arms;
If you still breathing in the sobbing breath
Of my desire, still faint with my alarms
Should come upon the vast immensity
Of nothingness, my last poor trembling kiss
Upon your lips, should face eternity
And gaze full conscious into the abyss;
You would not falter at the last my friend
Nor put to shame your clear courageous mind
Under the menace of the desolate end;

But with one lighted look for me, behind,
You’d take the leap, with a last challenge, cry
That there is no beyond, and thus superbly, die –

Jej wiersze z tego cyklu zostały użyte w oprawie muzycznej tej instalacji.


Cała ta instalacja, zmusza do zadumy, zastanowienia się  i uszanowania tego co mamy. Nic dziwnego że ludzie stoją godzinami, aby ją zobaczyć, jest to pamięć, szacunek i hołd bez granic.

środa, 19 września 2018

Wybraliśmy się na wystawę, a po wystawie postanowiliśmy połazić sobie po ulicach Londynu w poszukiwaniu nosorożców. Nosorożców ?! Otóż idea jest chlubna, bo chodzi o walkę z kłusownictwem i o ratowanie tych pięknych zwierzątek. Akcja ta (The Tusk Rhino Trail)  jest zorganizowana przez fundację Tusk, kuratorem tej instalacji artystycznej jest Chris Westbrook, a wzięli w niej udział znani artyści. Celem jest przybliżenie szerszej publiczności sprawy ochrony tych cudownych stworzeń. Nielegalny handel rogami nosorożca jest teraz czwartym co do wielkości przemysłem kryminalnym, wyprzedzanym tylko przez handel narkotykami, bronią i ludźmi. Wielu ludzi, rządy i sponsorzy są zaangażowani w tę walkę i choć odniesiono pierwsze sukcesy, to nadal należy ciężko pracować. Ta fundacja zajmuję się pracą u podstaw, m.in.  uświadamianiem i edukacją w Afryce i w krajach, do których te rogi są przemycane i skąd często pochodzą myśliwi szukający wrażeń i płacący słone sumy za polowania z dreszczykiem i trofea, którymi można zaimponować innym bogatym znajomym bez krzty wyobraźni czy honoru.

Mamy 21 rzeźb w różnych częściach Londynu, będą one stały do 22 września 2018 roku czyli do Dnia Nosorożca. Te unikatowe dzieła sztuki następnie pójdą na sprzedaż 9 października w słynnym domu aukcyjnym Christies. W tym samym tygodniu, nie przez przypadek, w Londynie odbędzie się Międzynarodowa Konferencja w sprawie Nielegalnego Handlu Fauną i Florą, zwłaszcza gatunkami zagrożonymi wyginięciem. Przyjadą tu różne ważne osobistości z różnych państw, aby podjąć decyzje w tej i innych sprawach ochrony przyrody.

W ten projekt artystyczny zaangażowali się ISPS Handa – międzynarodowa organizacja rodem z Japonii, promująca sport - głównie golf m.in. dla seniorów, kobiet i niewidomych; Land Rover i Pickfords - firma przewozowa –no bo trzeba było te dzieła jakoś na te miejsca po całym Londynie porozwozić.

Więcej informacji o tej organizacji znajdziecie na ich stronie www.tusk.org . Jest tam mapka, na której są te miejsca z nosorożcami zaznaczone, jest aplikacja na telefon i zapraszam do biegania i angażowania się w ten szczytny cel.

Oto co nam się udało znaleźć.

Rhino Eterno – numer 17 na mapie, artysta David March, lokalizacja przed Katedrą Św Pawła, sponsor Emso.

David jest znanym artystą, który robi wielkie instalacje artystyczne, używając niecodziennych przedmiotów jak wieszaki, czasopisma, opony. Tu zainspirował go Dzień Zmarłych w tradycji latynoamerykańskiej. David nam przypomina, że jeżeli nie zadbamy o te i inne zwierzaki, to wkrótce one znikną i będziemy tylko je pamiętać, że będziemy mieć Dzień Pamięci o nich. Jeżeli się nie opamiętamy, to nasze dusze są niewiele warte.

Rhino Eterno by David March

Marjorie – numer 18 na mapie, artysta Eileen Cooper, lokalizacja plac Paternoster obok Katedry Św Pawła, sponsor Saffery Champness LLP.

Eileen jest opisywana jako magiczna realistka, dająca swoim tematom kobiecą perspektywę, wplatając macierzyństwo, seks, życie i śmierć. Jej przekaz jest bardzo osobisty i dosadny. Stwierdza ona, że musimy dbać o rzeczy dla nas ważne. Kiedy malowała swojego nosorożca myślała o miłości i stracie. Gdy kogoś lub coś umrze lub zostanie zniszczone, nie możemy tego odzyskać.

Marjorie by Eileen Cooper

The Poppy Rhino – numer 19 na mapie, artysta Zhang Huan, lokalizacja – na południe od Katedry Św Pawła po drodze do Millenium Bridge, sponsor Standar Chartered.

Zhang jest artystą zaangażowanym politycznie, w swojej sztuce zajmuje się problemem tożsamości, spirytualizmu, wrażliwością i występkiem. Użył on tu czaszek, szukając inspiracji w kulturze Tybetu, a mają one nam przypominać o nieuchronności śmierci i przemijaniu rzeczy.

The Poppy Rhino by Zhang Huan

Freddie – numer 20 na mapie, artysta Glen Baxter, lokalizacja przy skrzyżowaniu Aldermanbury i Gresham St, obok kościoła St. Lawrence Jewry, sponsor Investec.

Glen to rysownik i karykaturzysta, słynny z absurdalnych rysunków, i mamy tu nosorożca w kamuflażu. 

Freddie by Glen Baxter

A.D.’s Rhino – numer 21 na mapie, artysta Adam Dant, lokalizacja przy stacji Bank, przy pomniku Jamesa Henrego Greathead, sponsor BlackRock.

Adam to rysownik znany z karykatur społecznych, politycznych itp. Jego inspiracja to Albrecht Durer i jego pierwsza ilustracja tego zwierzęcia z 1515 roku. Ta wizja oparta były na opisach i była uważana za właściwą prawie do końca XVIII wieku. Jego przesłanie też jest interesujące, bo taki wizerunek był wynikiem tego, że nie wiele osób widziało go na własne oczy. Chodzi o to, aby znów nie była to rzadkość, tym razem z powodu faktu, że my je wytrzebiliśmy.

A.D's Rhino by Adam Dant

Going, going gone – numer 15 na mapie, artysta Mauro Perruchetti, lokalizacja Covent Garden Piazza, sponsor 3D Eye. 

Ten rzeźbiarz specjalizujące się w obiektach z żywicy o różnych kształtach np. żelków, granatów w kształcie latających świnek. Jego idea jest to, że powinniśmy traktować dzikie zwierzęta jak te nasze domowe ulubienice i tak samo o nie dbać i kochać.

Going, going, gone by Mauro Perruchetti 

The Rainbosceros – numer 16 na mapie, artysta Patrick Hughes, lokalizacja Covent Garden przy punkcie informacyjnym, sponsor Autonomus.

Ten artysta lubi tęczę, bo symbolizuje ona nadzieję i optymizm, podkreśla on, że wszystkie kolory tęczy są ważne w naszym życiu. Tutaj czekaliśmy najdłużej, żeby zrobić fotkę. Najpierw dwie dziumdzie, jak to ja mówię, stały za nim i robiły sobie zdjęcia i selfie z bluszczem w tle, wyginały się i cmokały usteczkami przez 10 minut. Potem przyszła trochę podpita dwójka, paniusia cała na biało, prosto chyba z solarium, obwieszona tanią biżuterią, fanka markowych ciuszków i jej kolega w pantofelkach bez skarpetek. Paniusia wdrapała się na biednego nosorożca i udawała, że to rodeo, potem on też próbował, ale na szczęście pojawiła się ochrona i oszczędziła nam tego prostackiego przedstawienia.

The Rainbosceros by Patrick Hughes

St Sebastian – numer 11 na mapie, artysta Gavin Turk, lokalizacja to przed kościołem St Martin in the Fields, sponsor Pella Resources

To współczesny rzeźbiarz znany ze swojego ironicznego podejścia do autorstwa w sztuce. Jego prace zahaczają o problem tożsamości, lubi używać w swoich pracach przedmiotów codziennego użytku, maluje na brązowo obiekty wyrzucone przez ludzi. Ten jego nosorożec jest właśnie pomalowany na brąz, jak pomnik jakiegoś męczennika, czy mitologicznego zwierzęcia. Legendarny Róg jest złoty i świeci jak stopa św. Piotra w Watykanie, to właśnie ten róg jest przekleństwem tego zwierzęcia.


St Sebastian by Gavin Turk

Numer 12 na mapie, artysta Gerry McGovern, lokalizacja Plac Trafalgar przed Galerią Narodową bliżej pomnika króla Jerzego IV, sponsor Land Rover.

Gerry jest projektantem samochodów i pracuje dla Land Rovera i Jaguara. Uważa, że technologia daje możliwość przekształcenia biznesu i jedocześnie wzbogacenia ludzkiego życia. Pokrył swojego nosorożca chromem, bo to odbija światło i może być widziany z daleka. Chce przez to naświetlić problem kłusownictwa, a czerwony nos ma podkreślić absurdalność takich polowań gdzie piękne zwierzę jest mordowane dla stosunkowo małego rogu.

by  Gerry McGovern 

Hate’s Outta Date! – numer 10 na mapie, artysta Harland Miller, lokalizacja Plac Trafalgar przed Galerią Narodową bliżej wejścia do tzw. Sainsbury Wing, sponsor Justerini & Brooks Ltd.

Harland jest pisarzem i artystą urodzonym w Anglii w hrabstwie York, mieszkającym w różnych częściach świata, Berlin, Paryż, Nowy York, Nowy Orlean. Eksploruje on związki między tekstem a obrazem, łącząc różne aspekty popkultur, abstrakcji i symbolizmu ze słowami.

 

Hate's Outta Date! by Harland Miller

Spike , numer 9 na mapie, artysta Ronnie Wood, lokalizacja Carnaby Street przy muralu, sponsor DHL.

Ronnie Wood to muzyk, autor piosenek, znany z tego, że wchodzi w skład The Rolling Stones. Jego inspiracją było przekonanie, że te piękne prehistoryczne zwierzęta powinny być i żyć dla naszych przyszłych pokoleń. Starał się włączyć motywy afrykańskie, nie tylko krajobrazu, ale i flag krajów, w których one jeszcze występują. Ten jest naprawdę śliczny i z tych które widzieliśmy podobał nam się najbardziej.

Spike by Ronnie Wood

Fragile – numer 8 na mapie, artysta Dave White, lokalizacja New Bond Street na tyłach Akademii Sztuk Pięknych, sponsor Forevermark.

Dave jest artystą celebrującym kulturę popularną, zapoczątkował ruch tzw. „Sneaker Art.” Jego dzieło wygląda z daleka bardzo realistycznie, dopiero podchodząc bliżej, widzimy ślady farby. Ma to reprezentować kruchy balans między porządkiem a chaosem w przyrodzie i wpływie, jaki mamy na środowisko naturalne.

Fragile by Dave White 

Final Cuts – numer 7 na mapie, artysta Jonathan Yeo, lokalizacja New Bond Street na końcu za zieloną budką z kwiatkami, sponsor Perivoli Schools Trust.

Jonathan jest portrecistą i namalował takie osoby jak Dennis Hopper (aktor, reżyser), Erin O’Connor (modelka) Książe Filip (następca brytyjskiego tronu)  czy David Cameron (polityk). Znany jest z charakterystycznego, symbolicznego stylu z błyskotliwymi kolażami. Jego nosorożec jest podpisany jak rysunek dla rzeźnika np. mostek, karkówka, polędwica itp. Nazwa też jest prowokująca, bo jest to aluzja do robienia ostatnich np. zdjęć filmowych, ostatnich przygotowań, ale i do rzeźnictwa w tym bardzo negatywnym świetle. Mianem rzeźnika są często określani bezmyślni mordercy na wielką skale. Mamy więc ostatnią szansę, aby coś zrobić i powstrzymać rzeź tych majestatycznych zwierząt.

Final Cuts by Jonathan Yeo 

To był nas ostatni nosorożec, padaliśmy już z nóg po tych godzinach biegania najpierw po wystawie ( no może tam dystyngowanie chodziliśmy i staliśmy podziwiając eksponaty), a potem po Londynie z aparatami robiąc setki przysiadów przy pstrykaniu zdjęć. Zostało nam osiem i może uda mi się je zrobić przed 22 września, bo to ostatni dzień. Potem je zbierają i jadą do salonu Christies, gdzie będą czekać na aukcję.


Rano w środę się zerwałam w wolny dzień od pracy i stwierdziłam, że znajdę resztę nosorożców, ale udało mi się tylko z pięcioma, bo trzy pojechały na imprezę i wrócą później. No cóż,  dobre i to.

Numer 3 na mapie, artysta David Yarrow, lokalizacja Plac Księcia Yorku (Duke of York Square) przy Saatchi Galerii najbliższa stacja metra Sloane Square, sponsor Genesis Imaging

David to artysta – fotograf. Filantropia i ochrona zwierząt są dla niego bardzo ważne, jego pasją jest dokumentowanie świata zwierząt i ludzi w nowy i świeży sposób. Tu powierzchnia ciała tego nosorożca stała się sceną dla promowania wszystkich zagrożonych zwierząt, sam nosorożec też pewnie by tego chciał.

by David Yarrow 

Watch out – numer 2 na mapie, artysta Nancy Fouts, lokalizacja obok stacji South Kensington, po wyjściu z podziemi skręcić w lewo, sponsor Kabuto Noodles.

Nancy łączy surrealizm, dada i pop art, wiążąc przedmioty i idea pozornie dla sobie obce, a występujące w codziennym życiu. Przewraca znaczenia i użycie przedmiotów do góry nogami.

Watch out by Nancy Fouts 

Numer 1 na mapie, artysta Axel Scheffler, lokalizacja przy Pałacu Kensington, sponsor Artemis Investment Management LLP.

Axel jest ilustratorem książek, min. „The Gruffalo” Juli Donaldson. Ten nosorożec też został zainspirowany współpracą z Julią. Usłyszała ona o tzw. brzydkiej piątce i stworzyła opowieść w której to oni są bohaterami. Tak więc na nosorożcu jest antylopa gnu, guziec, hiena centkowana, marabut, sęp uszaty (temu wisi z dzioba but, mam nadzieję że jakiegoś kłusownika).

Są też mniejsze stworzonka: szpak, żuczek gnojarek, ryjoskoczek, rohatyniec i  jaszczurka. Przy tym sobie długo stałam i podziwiałam te malunki. Bardzo mi się podobał, może nawet bardziej niż numer 9 Ronniego Wooda.


 by Axel Scheffler 

Spectrum Rhino 2018 – numer 4 na mapie, artyści Nick i Rob Carter, lokalizacja przy Marble Arch (na placyku za łukiem), sponsor Nelsons.

Ta para to mąż i żona, lubią oni eksperymentować z fotografią i obalają tendencje, kreując nowoczesne dzieła zakręcone naokoło światła, koloru i kształtu. Można patrząc na tego nosorożca dostać oczopląsu. Kręgi mają symboliczne znaczenie, przedstawiają cykl życia – od urodzenia przez dorastanie, śmierć i reinkarnację.

Spectrum Rhino by Nick and Rob Carter 

Save – numer 14 na mapie, artysta Nick Gentry, lokalizacja na stacji kolejowej St Pancras International w holu głównym, przy pierwszych schodach do góry, przy pianinie i przy toaletach, sponsor William & Son.

Nick lubi używać w swojej twórczości starych materiałów technologicznych, które już wyszły z użycia, kreując dialog między procesami cyfrowymi a analogowymi. I tak więc używa on płyt kompaktowych, negatywów filmowych, kliszy rentgenowskich , kaset VHS, dyskietek itp. Eksploruje on pojęcie tożsamości zbiorowej, gdzie człowiek nie jest podmiotem, a środkiem transportu danego przekazu informacyjnego itp. Jego przekaz tutaj mówi o tym, jak bardzo dewastujemy świat i że powinniśmy żyć w jedności, szanować i troszczyć się o wszystko co skacze, fruwa, pływa i biega po tej planecie.


Save by Nick Gentry 

Jeżeli jesteście w Londynie lub będziecie do 22 września to polecam to polowanie, bo to fajna zabawa, ruch to zdrowie, a zakwasy przejdą po jakimś czasie . Mapki i detale są na stronie https://www.tuskrhinotrail.com , jest też link do aplikacji, z którą można sobie biegać i ich szukać. Wszystko jest za darmo, można wpłacić na konto organizacji lub wysłać text z datkiem.

poniedziałek, 17 września 2018

 

 Tym razem zapraszam was do muzeum Victorii i Alberta na niesamowitą wystawę o niezwykłej kobiecie. Frida Kahlo to jedna z ikon artystycznych pierwszej połowy ubiegłego wieku. Kobieta aktywna politycznie, poetka, malarka, kolekcjonerka, projektantka strojów, dekoratorka, oryginalna i nie bojąca się promować siebie. Craig McWilliam, jeden ze sponsorów wystawy wspomina, że można ją nazwać pierwszą „królową selfie”, bo większość jej malarstwa to autoportrety. Jej sztuka jest bardzo osobista, tak osobista, że stała się uniwersalna. Jest ona najsłynniejszą latynoską artystką, ikoną sztuki i mody. Frida stworzyła swój wizerunek, jak tworzy się dzieło sztuki. Andre Breton kreator surrealizmu opisał jej sztukę jako „wstążkę naokoło bomby”

  

 

Casa Azul – Błękitny Dom to jej dom rodzinny, w którym się urodziła, mieszkała jako dziecko, żyła i tworzyła z Diego Riverą i w którym umarła. Obecnie jest to muzeum, ale nadal wygląda jak dom, pełno tu zarówno jej, jak i jej męża, ich życia, ich kolekcji sztuki i rzemiosła, przedmiotów prekolumbijskich, lalek, zabawek i zdjęć, pełno tu książek o sztuce, anatomii, historii, nowele i poezja po hiszpańsku, angielsku i niemiecku. Może kiedyś uda mi się tam pojechać i zobaczyć to na własne oczy. To odnalezione skarby z tego domu można zobaczyć na tej wystawie.

Ta para została opisana wielokrotnie, ich życie, sztuka, ich małżeństwo, parę lat temu Salma Hayek i Alfred Molina przenieśli tę parę na srebrny ekran. Trzy lata po śmierci Fridy, 25 września 1957 roku ( parę miesięcy przed swoja własną śmiercią)  Diego pozostawił ich przyjaciółce i mentorce w opiece dwa muzea Fridy Kahlo i Anahuacalli (to drugie to stworzone przez niego w celu pokazania ich kolekcji zabytków sztuki prekolumbijskie). Jednym z warunków było zamknięcie jednej z łazienek i tego co tam zostało zgromadzone na 15 lat. Inna łazienka, piwnica, parę skrzyń i szaf, pudeł i komódek też zostało zapieczętowanych. Tu zatrzymał się czas na wiele lat.

W 2003 roku zebrał się komitet który zadecydował o otwarciu tych pomieszczeń, i jak się okazało największym problemem były małe fundusze. Samo skatalogowanie wszystkich przedmiotów zajęło 4 lata. Były tu dokumenty, 6500 zdjęć , dzieła sztuki, materiały do instalacji artystycznej, 300 przedmiotów garderoby, w tym akcesoria, obuwie, biżuteria, czasopisma, 30 szkiców, prezent od Pabla Picassa (kolczyk w kształcie ręki), nieznany obraz autorstwa Diego Rivery,…. Poszczególne przedmioty zostały poddane czyszczeniu i konserwacji, a część prac nadal trwa.

Ta wystawa to właśnie efekt tych nowych odkryć, to nowe spojrzenie na Fridę i jej życie, na jej niezwykłą osobowość, na kobietę, która stworzyła swój wizerunek opierając się na bogatej etnicznie historii Meksyku i niezwykłej wyobraźni. Kurator wystawy stwierdził, „że jej styl był tak silny jak i jej sztuka, że jej wizerunek oparty był na jej pochodzeniu etnicznym,  poglądach politycznych, jej niepełnosprawności ( efekt choroby polio i katastrofy transportowej), i jej sztuce.” Dla mnie to idealna symbioza między życiem i pracą, sztuką i życiem i zgadzam się ze stwierdzeniem, że jej styl był przedłużeniem jej sztuki. Tu nie było granicy między sztuką a życiem, między artystką a dziełem. Kobieta o niezmierzonej kreatywności, zdolności transformacji czegokolwiek się dotknęła w sztukę.

Frida ubierała się w folklorystyczne sukienki z regionu Tehuana. To był jej styl codzienny, świadczą o tym plamy po farbach, wypalone papierosami dziury, powyciągane nitki. Frida posiadała jadeitowy naszyjnik, paciorki pochodziły z wykopalisk i były w jej kolekcji, na jednym z nich były ślady zielonej farb. Była to prawdopodobnie próba dobrania koloru, bo ten naszyjnik jest na obrazie z 1933 roku „Self Portrait with a necklace” Nawet gipsowe gorsety w których spędzała dużo czasu po kolejnych operacjach jej mocno pokiereszowanego kręgosłupa, stały się platformami w jej warsztacie twórczym.

Gipsowy gorset pomalowany przez Fride

Magdalena Carmen Frida Kahlo y Calderon była interesującą mieszanką, jej tata to imigrant z Niemiec, fotograf Guillermo Kahlo, a mama Matilda Calderon y Gonzalez to mieszanka hiszpańsko indiańska. Frida zachorowała na polio w wieku 6 lat i efektem tego była krótsza i cieńsza prawa noga. Ojciec dbał o jej rozwój intelektualny, zachęcał do czytania, poznawania przyrody, filozofii, a także uprawiania sportów. Wkrótce dziewczynka stała się jego pomocnicą w pracowni fotograficznej. Jej marzeniem było zostać lekarzem i została przyjęta do elitarnej szkoły która dopiero niedawno zaczęła przyjmować dziewczęta, było ich 35 na 2000 uczniów. Uczyła się dobrze i pewnie by została wyśmienitą lekarką, gdyby 17 września 1925  nie wsiadła do autobusu w drodze do domu ze szkoły. Ten autobus zderzył się z tramwajem i wiele osób zginęło, a sama Frida bardzo ucierpiała. Miała 20 złamań, w tym parę żeber, obie nogi, obojczyk, a żelazna poręcz przebiła ją uszkadzając miednicę i macicę. Frida spędziła 3 miesiące w szpitalu i był to tylko jej pierwszy pobyt. W sumie przeszła 30 operacji, które miały jej poprawić mocno pokiereszowany kręgosłup. To wydarzenie diametralnie zmieniło kierunek w jakim udała się ta młoda kobieta. W czasie rekonwalescencji Frida wróciła do malarstwa i odnalazła się w sztuce.

Ten wypadek zmienił życie całej rodziny, rachunki medyczne spowodowały, że mocno nadwyrężone finanse rodziny jeszcze bardziej ucierpiały, oni tonęli w długach. Później Diego Rivera je uregulował i kiedy się pobrali w 1929 roku Casa Azul (Błękitny Dom) stał się własnością Pani Fridy Kahlo de Rivera.

Frida in April 1926 autor Guillermo Kahlo, fotka dla Diego

Na wystawie mamy wiele zdjęć autorstwa jej ojca, tych monumentalnych robionych na zamówienie rządu, mających pokazać nowoczesny Meksyk, ale i tych rodzinnych. Mamy tu małą uroczą Fridę w białych podkolanówkach, w sukieneczce, z dużą kokardą we włosach. Jest tu zdjęcie pamiątkowe z pierwszej komunii - mała dama, cała w bieli klęcząca nabożnie, na odwrocie jest dopisek od starszej Fridy: „idiotka”. Portrety Fridy i rodzinne, wykonane w studiu oraz zdjęcia plenerowe, Frida w białej sukni w fartuszku z papierosem w ręku i wielkich naszyjnikach przed studiem Diego Rivery.

Mamy też portret ślubny i informację o tym, że jej rodzice stwierdzili, że jest to związek „dove and an elephant” gołębicy i słonia i wiele osób przy tym zdjęciu szeptało, włącznie z moim ukochanym, że nie ma wątpliwości kogo tu opisali jako słonia. Biedny Diego.

Diego Rivera był słynnym i wziętym muralistą i po ślubie małżonkowie mieszkali w różnych miejscach w Meksyku i Stanach Zjednoczonych, gdzie Diego pracował. W 1937 roku w ich Błękitnym Domu znalazł schronienie Lew Trocki. Ostatecznie para wróciła na stare śmieci do Casa Azul w 1939 roku i tu uwili sobie swoje artystyczno-romantyczne gniazdko. Sam budynek został wielokrotnie przebudowany, zmieniono styl z francuskiego na inspirowany estetyką prekolumbijską. Dom ten się stał także domem kultury, bo tu spotykali się artyści, poeci, fotografowie, pisarze i śmietanka intelektualna, nie tylko Meksyku, ale i goście z Ameryki i Europy.

Jest tu plan domu stylizowany na plan architektoniczny, a wykony prze Fridę dla gości. Mamy w nim szkic informujący, gdzie jest jakie pomieszczenie, np. kuchnia, studio Fridy, studio Diega, jadalnia, łazienka, pokój służby itp., gdzie są drzewa i jakie to drzewa np. pomarańcza, morela, grant, gdzie są kaktusy, kwiatki, podpisane też są jej zwierzaki i pranie rozwieszone na sznurku. Urocze. Są zdjęcia Fridy zawsze pięknie i starannie ubranej z domu, w jej studiu przy pracy (a w tle jej obrazy), z ogrodu z jej zwierzakami. Przy zdjęciach z ogrodu dwie zwiedzające panie wymieniają się spostrzeżeniami i jedna mówi drugiej, że po wizycie w jej muzeum ona też powiesiła sobie oprawione lustra na swoim dziedzińcu, bo tak to się jej spodobało. Nie wiem czego jej bardzie pozazdrościłam w tym momencie, że była w Casa Azul, czy tego, że ma dom z dziedzińcem.

Wystawa jest dobrze zorganizowana i aż nie chce się z niej wychodzić. Mamy szansę poznać tę kobietę i jej świat. Mamy tu filmy pokazujące Meksyk w pierwszej połowie XX wieku, monumentalną stolicę, etnograficzne filmy przedstawiające stroje kobiece i sposoby ich noszenia. Film pokazujący Diego przy pracy i Fridę szkicująca, film z Trockim. Mamy jej przedmioty osobiste, ubiory, tuniki, spódnice, buty, protezę, kosmetyki, listy, biżuterią wykonaną prze nią z antycznych paciorków, biżuterię wykonaną dla niej, jej obrazy i dużo zdjęć. Możemy np. zobaczyć naszyjnik, który był na obrazie, a obok wisi fotka z artystką z tym obrazem w tle.

Największe wrażenie robi sala z jej ubraniami. Są one na specjalnie wykonanych manekinach, mają wyglądać jakby ona sama je nosiła dla nas.

Do niedawna uważano, że to Diego podsunął żonie etniczne stroje i że ona je nosiła dla niego. Diego ją namalował na muralu w Secretaria de Educacion Publica ( ministerstwie edukacji) w stolicy Meksyku, właśnie w takim ubraniu. Ona sama wielokrotnie malowała siebie w tych etnicznych strojach.

Self portrait 1948

Nowe odkrycie w ich domu podważyło tę teorię. Odnaleziono m.in. zdjęcia jej mamy w tradycyjnej sukni Tehuan. W ukrytej kolekcji było 16 bluzek i 25 spódnic, niektóre uszyte i spersonalizowane przez Fridę. W latach 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku wśród meksykańskiej elity intelektualnej panowała moda na stroje regionalne. Nosiły je m.in. Rosa Covarrbias i Alfa Henestrosa ( pierwsza była żoną i asystentką słynnego etnografa, druga pisarza, etnografa i polityka)  To właśnie podobno Alfa dała Fridzie pierwszą sukienkę z Tehuan. Byli oni przyjaciółmi Fridy i Diego. Dolores Olmeda podkreśla że Frida była bardzo konsekwentna w doborze swoich strojów. Każdy element był przemyślany, łącznie z kolorami wstążek we włosach, szminki i lakieru do paznokci. 

Jej styl ubierania to także zabieg ukrywający niepełnosprawność. Długie spódnice i luźne tuniki miały ukryć jej nogę, gorsety i stelaże podtrzymać kręgosłup. Frida sama dekorowała swoje buty kokardami, jedwabiem z motywami smoka i małymi dzwoneczkami – są one na wystawie. Prawy but miał wbudowaną platformę maskującą fakt, że prawa noga była krótsza.

Guatemalan coat, huipil and plain long skirt

Jej kolekcja to głównie stroje z Meksyku, z regionu Oaxaca na południu którego leży słynny Tehuan. Były tu też ubrania z Gwatemali, Chin, Ameryki i Europy. W czasie pobytu w Stanach Frida zachwycała się sklepikami w chińskiej dzielnicy, materiałami i dodatkami, przywiozła ich bardzo dużo ze sobą do Meksyku. W czasie pierwszej wizyty opisywała San Francisco jako piękne miasto, uwielbiała ocean, port i statki przybywające z całego świata.

Większość jej ubiorów była wykonana z lekkich materiałów, bawełny, jedwabiu. Dawały one jej odrobinę komfortu w czasie licznych rekonwalescencji w gipsowych pancerzach. Bogato zdobione stroje Tehuan pozwalały Fridzie na manipulowanie proporcjami swojego ciała. W pewnym sennie jej ubiór był jak zbroja. Składał się z trzech głównych elementów. Enagua – długa spódnica zebrana w pasie. Huipil – kwadratowa geometryczna bluzka. Fryzura stworzona ze splotów wstążek i kwiatów. Cała idea była po to, aby ściągnąć spojrzenie na górną część jej ciała na twarz i tułów. Geometryczne motywy na bluzkach sprawiały, że wyglądała ona na wyższą osobę, gdy siedziała, to nie marszczyły się w pasie i miała pełny komfort. Jej styl opierał się na tym trójkowym modelu, do którego włączała różne elementy i motywy europejskie i chińskie. Dodatkowym elementem jej strojów były szale rebozo, element, który pojawił się w czasach kolonialnych i stał się symbolem kobiecości. Jej styl to skomplikowany związek między modą a funkcjonalnością, ubiorem a tożsamością i wyrażaniem samego siebie. W niektórych częściach Meksyku rebozo jest prezentem od narzeczonego dla wybranki zamiast pierścionka. Państwo Rivera nie nosili obrączek, a Frida pierwszy raz nosi rebozo na zdjęciu ślubnym. Frida od tamtej pory prawie zawsze ma jakiś szal.

Cotton huipil with machine-embroidedred chaint stitch, printed cotton skirt with embroidery and holan(ruffle)

Lucienne Bloch słynna amerykańska muralistka często chodziła z Fridą na zakupy i wspomina, że miała ona dobre oko i zawsze wypatrzyła coś oryginalnego i pięknego. Stwierdziła, że „ leciała ona przez Nowojorskie domy towarowe jak tornado, a gdy znalazła tanią biżuterię potrafiła ją zmienić na fantastyczną „. Frida sama też robiła sobie biżuterię np. ten już wspomniany naszyjnik zrobiony z jadeitowych paciorków pochodzących z epoki Majów, inny z paciorków koralowych i srebrnych wotywnych talizmanów w kształcie nogi, czy zrobiony z obsydianowych ostrzy. Fotograf Gisele Freund wspominał, że ma tak dużo złotej indiańskiej biżuterii, że aż podzwania. Casables to małe złote dzwoneczki charakterystyczne dla prekolumbijskich kultur w różnych stronach Meksyku. Frida miała je wszywać w swoje ubrania, ktoś opisał, że tym dzwonieniem zagłuszyła orkiestrę w Meksykańskim Pałacu Kultury.  Miała też dużo srebrnej biżuterii wykonanej przez współczesnych artystów jubilerów jak Antonio Pineda, Hectora Aguilar czy Matyldę Poulat, koleżankę Diego z Akademii Sztuki. Poniżej jej dzieło, wykonany ze srebra, emalii, turkusu i koralu. Mamy tu symbol yin-yang i symbole etniczne.

Necklace by Matilde Poulat

Frida była dumna ze swoich zrośniętych brwi, nie poddała się presji Holywoodu i nie zredukowała ich do cienkich linii. Wręcz przeciwnie, wśród jej kosmetyków znaleziono ołówek Revlonu „ebony”, którym podkreślała ten swój znak rozpoznawczy. Podobnie robiły wspomniana już jej znajome Rosa Covarrubias i fotografka Tina Modotti. Frida nawet używała nawet francuskiego preparatu Talika, który miał wspomagać wzrost brwi i rzęs. Frida nie depilowała też swoich wąsików. Stwierdziła ona, że lubi swoje oczy i brwi, poza tym niczego w swojej twarzy nie lubi, do tego ma wąsy, i generalnie mam męską twarz. Dla mnie jednak była piękną kobietą.

Frida 1941 self portrait

W czasie pierwszej wizyty w San Francisco Frida została zauważona przez fotografów Edwarda Westona i Imogen Cunningham, ten pierwszy (Edward) wspomina, że „ludzie zatrzymywali się na jej widok, patrząc zadziwieni”. W 1937 roku wpadła w oko Nikolasowi Murrayowi pionierowi dwutonowej fotografii kolorowej. Jedne z najsłynniejszych jej fotografii są jego dziełem.

Frida on the bench by Nick Murray

Inna fotograf Lola Alvarez Bravo stwierdziła, że Frida” zawsze miała precyzyjny styl ubierania się, makijaż i fryzurę i zawsze to wyglądała naturalnie -”Robiąc sobie makijaż pracowała ona jak artystka i ważne dla niej było lustro”. Zostało to zauważone przez pionierów kosmetyki, takich jak Helena Rubinstain, która przesłała Fridzie puderniczkę z lusterkiem. Jej ulubioną firmą wydaje się być Revlon, w skarbach z Casa Azul był lakier Raven Red i szminka Everything Rosy .

Revlon make up

Circe Henestrosa (bratanica męża Alfy) napisała, że pracując nad jej garderobą, zwłaszcza tą nowo odkrytą, miała ona szanse na bardzo osobiste spojrzenie na tę kobietę, odkrycie i zrozumienie tego silnego charakteru w tak kruchym ciele. Miała ona wrażenie, że stoi z nią twarzą w twarz i właśnie takie wrażenie ma się na tej wystawie.

Gdy przechodzimy obok gablot, ukazujących jej pogarszające się zdrowie, kolejne operacje, gipsowe gorsety przez nią malowane, metalowe stelaże mające jej ułatwić życie, zdajemy sobie sprawę jakie ona pokonywała bariery, aby tworzyć i żyć. Ile wycierpiała w swoim życiu i słowa z jej listu „że już nie ma siły, ale musi trwać, bo Diego twierdzi, że on sobie bez niej nie poradzi” są w stanie wytoczyć łzy na policzki. W tym pomieszczeniu w jednej z gablot jest jej proteza, bo pod koniec życia straciła ona część prawej nogi. Nie jest to zwykła proteza, ale z pięknym czerwonym sznurowanym bucikiem, zdobionym wizerunkiem smoka.

Red boot

Nawet gipsowe gorsety stały się częścią jej wizerunku, była w nich fotografowana, malowała je i umieszczała na swoich obrazach.

Na wystawie było dużo młodych ludzi, więcej kobiet, duża mieszanka narodowościowa, słychać było włoski, francuski, hiszpański, ale i polski. Już w kolejce do wejścia przed nami stała inna młoda polska para. Frida to postać ponadczasowa, ponadnarodowa, była i jest idealnym przekładem bohemy artystycznej, niepowtarzalna, rebeliancka, zagadkowa. Postać kultowa, którą za wzór wzięły sobie m.in. feministki i inni artyści awangardowi , projektanci mody i tzw., pop-kultura. Nadal budzi ona sensację swoim enigmatycznym i przenikliwym spojrzeniem. Jej znakiem rozpoznawczym są zrośnięte brwi i barwne stroje Tehuan. Niezwykła kobieta pełna energii i wyobraźni. Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, jeżeli będziecie w najbliższym czasie w Londynie.

Frida with Olmec figurine 1939

Wystawa jest w Muzeum Victorii i Alberta w South Kensington do niedzieli 4 Listopada 2018.

Ceny biletów, jeżeli uda wam się je kupić, dla dorosłych £17. Bilety trzeba kupić z wyprzedzeniem, większość dni została już wyprzedana. Mała ilość biletów jest dopuszczana do sprzedaży każdego dnia, kto pierwszy ten lepszy. Nic dziwnego, jest to jedna z najlepszych wystaw ostatnich lat jakie mieliśmy w Londynie. To muzeum naprawdę robi świetne wystawy, byliśmy na paru i zawsze wychodziliśmy zachwyceni. Polecam.

Wystawa została przedłużona do 18 listopada, 2-4 listopada otwarta 24 godziny na dobę, bo jest to tak popularna ekspozycja, jeżeli będziecie w Londynie to warto się pofatygować. 

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi muzeum Victorii i Alberta. 

wtorek, 04 września 2018

 

Znów poszliśmy się ukulturalniać i tym razem na wystawę do Tate Modern o Picassie. Nie jestem wielbicielką sztuki nowoczesnej, wolę tzw. starych mistrzów, więc może nie będzie to zbyt neutralna relacja. Nie jest to jedyna wystawa tego malarza, na której byłam, chyba prawie 10 lat temu Galeria Narodowa miała wystawę „Chalenging the Past” i muszę przyznać, że lepiej wspominam tamtą.

Wybrano rok 1932,  bo miał on być przełomowy dla malarza, który właśnie wkroczył w 50 rok swojego życia. W tym roku w lutym jego obraz „La Coiffure” z 1905 roku został sprzedany na aukcji za rekordową sumę  56 tysięcy franków. W czerwcu tego roku zorganizował wystawę retrospektywną swoich obrazów. Picasso wydaje się być w momencie, gdy nie wie co ze sobą zrobić w sensie artystycznym, szuka inspiracji, szuka nowych trendów itp. Ma żonę i syna, ale w jego życiu jest tajemnicza kochanka – 22-letnia Marie-Therese Walter.

Wystawa jest zorganizowana miesiącami i pokazane są wybrane obrazy z danego miesiąca, które są z pewnych względów szczególne.  Są krótkie notki wyjaśniające, co się wydarzyło artystycznie w danych miesiącach oraz w życiu Picassa i są obrazy to ilustrujące. Mamy też zdjęcia rodzinne, studyjne , fotografie posiadłości w Normandii, rachunki, listy i artykuły o artyście, katalogi z wystaw.

Nie byłam jednak tą wystawą zachwycona. Brakowało mi wielu rzeczy, np. kwestia wspomnianej już rekordowej sumy za jego obraz, fajnie by było, gdyby napisano dla porównania jakie były koszty życia w tym czasie, np. cena samochodu, cena bochenka chleba, butelki wina, przeciętna miesięczna pensja, coś do czego można by się było odnieść. Znalazłam różne strony i wyszło mi, że za te pieniądze można było kupić 2 konie lub 9 krów, wykwalifikowany rzemieślnik pracowałby na to przez 1969 dni, w dzisiejszej walucie było by to około 30tys funtów lub 37 tyś Euro. ( użyłam tych stron: https://www.insee.fr/fr/information/2417794 , i http://www.nationalarchives.gov.uk/currency-converter/#currency-result  https://www.paper-dragon.com/1939/exchange.html )

Trzeba jednak tego malarza podziwiać, bo z biednego imigranta stał się on ikoną malarstwa XX wieku, której nieźle się powodziło. W 1930 roku kupił sobie zameczek w Normandii w Boisgeloup, miał limuzynę z szoferem. Mój ukochany wspomniał, że ci biedni malarze, których ja lubię, to często ledwo przędli, mieli tabuny asystentów, malowali jeden obraz miesiącami, a ten tu smarował obraz za obrazem i dobrze na tym wychodził, miał sławę i pieniądze już za życia.

W pierwszym pomieszczeniu mamy obrazy jeszcze ze świąt Bożego Narodzenia roku poprzedniego. Co to musiały być za urocze święta, skoro mamy taki obraz jak  „Woman with Dagger” (Kobietę ze sztyletem), jak to opisują - surrealistyczna wizja kobiety zabijającej swoją rywalkę. Obraz ten ma symbolizować mocno nadwyrężone emocjonalnie małżeństwo z Olgą,. W tym samy dniu Pablo namalował portret kobiety w czerwonym fotelu, której twarz została zastąpiona sercem. To jego sekretna kochanka Marie-Therese Walter. Musiał być w niej naprawdę zakochany, bo stwierdził że „w sumie rzeczy to jest tylko miłość. Cokolwiek to może być.”

Początek roku to zawsze taki trochę nowy start no i Picasso zabrał się do roboty, bo w czerwcu miał przedstawić wystawę retrospektywną. Mamy tu serię portretów kobiety w fotelu, modelką była tajemniczy nowa kobieta w życiu artysty. Malowana z pamięci, bo ich romans był utrzymywany w tajemnicy. I tak mamy wizję kobietę w fotelu, dominuje tu ten czerwony, kobiety czytającej, muzykującej  ( kobieta z mandoliną), śpiącej i śniącej o czymś.


Reading, La Lecture 2 Stycznia 1992


Young Woman with Mandolin, Jeune Fille a la mandoline, 10 stycznia 1932.

Kształty kobiece są raczej symboliczne, rozmyte, przekształcają się z jednego w drugi, czasem nie wiadomo gdzie się kończy mebel, a zaczyna ciało, ale można w większości dostrzec główne atrybuty Marie Therese – jej nos i obcięte na pazia blond włosy.

Najwięcej ludzi się skupiało przed obrazem


The Dream, Le Reve, 24 Styczeń 1932

W tym obrazie mamy znów kobietę w czerwonym fotelu śpiącą sobie , tło mamy ciemne z geometrycznym motywem i podzielona na dwie części twarz , co staje się jego dość częstym zabiegiem artystycznym. Górna część to po prostu męski członek i nie jest to jedyny taki element na tej wystawie. Można się tu dopatrzeć męskich narządów w różnych miejscach na różnych obrazach i rzeźbach. Podobno chodzi tu o wyrażenie pragnienia pokonania separacji seksualnej.

W pewnym momencie mój ukochany stwierdził, że z niego to był taki trochę erotoman, który to gawędził pędzlem. Pokiwałam głową stojąc przed kolejnym obrazem.

W tych pomieszczeniach spodobał mi się obraz


Still Life at the Window, Nature morte a la fenetre, 18 styczeń 1932

Chyba dlatego, że jest taki spokojny, przy tych innych niezmiernie kolorowych nawet wypada trochę blado.

Chodziliśmy po tym pokoju i po chwili do mnie trafiło, że te obrazy przypominają mi plakaty - są płaskie. W tym towarzystwie bardzo się wyróżniały te które miały trochę głębi, a zostały namalowane na ciemnym tle.


Seated woman in a Red Armchair, Femme assie dans un fauteuil fouge, 30 styczeń 1932

Zameczek w Boisgeloup to była jego oaza, ucieczka od życia w mieście, tu miał dużo miejsca i powrócił do rzeźby, tu też obfotografował jego sztukę francusko-wegierski fotograf Brassai.


Bust of a Woman, Buste de gemme 1931 

Na początku marca mamy list jednego z marszandów sztuki (Daniela-Henryka Kahweilera) do poety, wielbiciela malarstwa Picassa M. Leirisa (Leirsa twierdził, że malarstwo padło, a Picasso to jedyny który może je reanimować). Daniel-Henryk nie był wielkim fanem Pabla, ale w owym liście jest jego nowymi obrazami zachwycony i przyznaje swojemu przyjacielowi rację w sprawie stanu malarstwa. Stwierdza on, że te obrazy


Nude in Black Armchair, Nu au fauteuil noi


i Nude, Green Leaves and Bust , Femme nue, feuilles et buste, 8 marca 1932

wydają się być namalowane przez satyra, który właśnie zabił kobietę. Dalej pisze, że to nie jest kubizm, ani  naturalizm, że jest to bez żadnej malarskiej sztuczki, ale że jest to bardzo żywe, erotyczne, przesycone erotyzmem giganta. ( no i wychodzi na to, że jednak erotoman i mój kochany to miał rację i nadaje się na marszanda sztuki). Następnie Daniel-Henry stwierdza, że to najlepsze co wyprodukował artysta w ostatnim czasie i dodał, że Pablo wspominał parę dni wcześniej, że chciałby malować jak ślepiec.

Obrazy te mi się podobały, ta sama modelka i ten sam kwiatek, ale w oczy rzuca się ta czarność, naprawdę kolory lepiej wychodzą na tym czarnym tle.

Z tego okresu pochodzi też

Girl before a Mirror, Jeune Fille devant au miroir, 14 marca 1932

temat odbicia dość popularny w sztuce, który ja bardzo lubię.

W drugiej połowie marca artysta eksploruje ciemne strony podświadomości i pojawia się więcej abstrakcyjnych wersji kobiecego ciała. Jego wieloletni marchand P Rosenberg odmawia wystawienia ich w swojej galerii, stwierdzając, że „nie chce mieć w swojej galerii żadnych odbytów”.

Woman on the Beach, nu sur la plage 28 marca 1932

Kwiecień i maj to intensyfikacja pracy przed zbliżającą się wystawą retrospektywną i fascynacja ośmiornicami. Inspiracje podobno są we wczesnych dokumentalnych filmach Jeana Painleve, inne to japońska erotyka „shunga” i XIX malarz i rysownik Hokusai. 

Reclining Nude, memme nue couchee, 2 kwietnia 1932

Może to nawet trafne porównanie do kobiety, bo jesteśmy jak te ośmiornice, złapiemy, omamimy, przyssiemy się mackami i nie chcemy puścić.

Moją uwagę przykuł mały obrazek przedstawiający Boisegelup w deszczu z tęczą, bo był taki znów inny i pastelowy i radosny.


View of Boisegeloup 

W czerwcu nadeszła jego wystawa retrospektywna, taka wystawa za życia artysty to było coś niecodziennego. Picasso zdecydował się mieć całkowitą kontrolę nad doborem obrazów i wyglądem wystawy. Na pytanie jak ją przygotuje odpowiedział prowokująco – źle. Artysta pomieszał obrazy z różnych okresów swojego życia, nie dał dat, te tegoroczne rozprowadził wśród wcześniejszych, bo sztuka nie ma ani przeszłości ani przyszłości. Po tej wystawie jasne było, że w jego życiu pojawiła się nowa muza, chociaż dominujące miejsce zostało przeznaczone dla portretów jego rodziny i autoportretu z okresu tzw. Niebieskiego

 

Na otwarciu wystawy w Galeries Georges Petit zebrała się śmietanka towarzyska Paryża, ale zabrakło samego artysty który poszedł sobie w tym czasie do kina. Ciekawa jestem, na jaki poszedł film. Wystawa nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, wielu kolekcjonerów potraciło fortuny w czasie słynnego kryzysu i nie byli jeszcze gotowi na nowe nabytki.

Po wystawie Pablo nakupił płócien i pojechał do zameczku w Boisegeloup i malował znów nagie kobiety na plaży i w fotelach.

 

Reclining Nude, Nue couche, 19 czerwca 1932

Pablo także dużo szkicuje i tu mi się spodobał duży pełnometrażowy szkic


 Woman with Flower Writing, Femme a la fleur ecrivant, kwieceń 1932

Jest taki oszczędny w kresce taki minimalistyczny, a tak dużo przedstawia. Pablo stwierdza, że linia idzie w ślad za emocjami.

Potem wraca do swojego ulubionego tematu nagiej kobiety w fotelu i znów mamy ulubioną modelkę i chyba jednak ulubiony czerwony fotel z metalowymi ornamentami na obiciu. Zdjęcie rentgenowskie tego obrazu zdradza nam, że nie było żadnego szkicu przygotowawczego, a całość została prawdopodobnie wykonana w ciągu jednej szybkiej sesji malarskiej. Miał po prostu wenę twórczą i musiał to przelać jak najszybciej na płótno.

 

Nude Woman in a Red Armchair, Femme nuedans un fauteuil rouge, 27 lipca 1932

Co w tym obrazie jest genialne to to,  że mamy dwa wizerunki tej samej kobiety, jeden to profil, drugi to pełna twarz, a oba są tak wpasowane w siebie że tworzą całość. Muszę się przyznać, że im więcej na ten obraz patrzę tym bardziej on mi się podoba.

Jesień to czas gdy Picasso jest znów w swoim surrealistycznym żywiole. Wtedy też wyjeżdża do Zurichu na swoją wystawę w Kunsthouse. Psychiatra Karol Gustaw Jung napisał artykuł w którym stwierdza, że Picasso na problemy psychiczne i że podejrzewa on u niego schizofrenie.

Po powrocie do domu Pablo zaczął pracować nad serią wariacji na temat ołtarza Grunewalda  „Isenheim Alterpiece” przedstawiającego ukrzyżowanie. Jest ich dużo, są różne formy rysunku i malowane biało-czarne. Te ostatnie przypominają mi trochę to, co robiliśmy w szkole na plastyce, gdy używając świec, tuszu i czegoś do zdrapywania.

The Crucifixion, La Crucifixion, 19 września 1932

Pod koniec tej wystawy zauważyłam inny mały obrazek, ale przykuł moją uwagę bardziej niż wielkie płótna.


Composition with Butterfly, Composition au papillon, 15 września 1932

Breton w czasopiśmie “Minotaur” w eseju „Picasso in his Element” porównuje to dzieło właśnie do ukrzyżowania, zwracając uwagę na dwie figury i motyla permanentnie tkwiącego w śmierci. Liść i motyl tworzą opowieść o niewinności ukrywającej okrucieństwo. Według niego jest to także ukazanie związku Picassa ze światem zewnętrznym, jego badanie wielkiej niewiadomej, punktu w którym artysta styka się ze światem.

Na wystawie pełno było koneserów (czytaj snobów) Picassa, którzy chcąc zaimponować towarzyszącym im paniom, głośno chrząkali i wydawali inne odgłosy.

Na tej wystawie niewiele się nauczyłam, mój kochany kupił katalog i to niezłe źródło informacji.  Często obrazy były tylko podpisane i tyle, choć parę interesujących rzeczy było na audioguidzie, zwłaszcza kuratorów mówiących o technikach malarskich. On się nieźle napracował, aby te niektóre obrazy wyglądały na niedomalowane. To było ciekawe, ale jeżeli ktoś nie zapłacił dodatkowo za to, to tylko mógł chodzić i podziwiać.

Niedopracowana trochę i zmarnowana szansa na intersującą wystawę. Za mało o tym co się w tym roku wydarzyło, a działo się działo np. Hitler dostał obywatelstwo niemieckie, Amelia Earhart  jako pierwsza kobieta przeleciała samotnie prze Atlantyk, zabawka „yo-yo” została zarejestrowana, na ekrany trafił pierwszy film w technikolorze Walt Disneya „Flower and Trees”, Tate Galery została otworzona w Londynie, o tym i innym można się dowiedzieć z katalogu, ale nie z wystawy. Macie tu obrazy i zachwycajcie się takie odniosłam wrażenie. Na samym końcu katalogu była informacja, że cena wstępu na wystawę w Zurichu to 1.50 franka, cena katalogu to 5 franków a obejrzało ją około 34 tysięcy ludzi, z tego płacących było 14 tysięcy.

Podobały mi się cytaty na ścianach, zwłaszcza jeden „The work that  one does is a way of keeping a diary” ( Praca jaką wykonujemy jest naszym pamiętnikiem).

Wystawa jest w Tate Modern do 9 września.

Ceny biletów dość wygórowane

Dorośli £22

Ulgowe : £20.

Wpis jest ilustrowany materiałami prasowymi Tate Modern i własnymi zdjęciami, bo można było na tej wystawie robić zdjęcia.

środa, 08 sierpnia 2018

 

 

Kryminały to jeden z bardziej popularnych gatunków zarówno w literaturze, jak i na ekranie małym i dużym. Dla większości z nas takie imiona brzmią znajomo:  Sherlock Holmes, detektyw Herkules Poirot, Columbo, Bergerac, Kojak, Inspektor Clouseu, Inspector Barnaby z Morderstw w Midsomer, no i muszę tu wspomnieć naszego Borewicza z O7 zgłoś się. Większość czytających, czy oglądających próbuje rozwiązać zagadkę kryminalną razem z głównym bohaterem a nawet przed nim. Osobiście wolę takie powieści i filmy, gdzie nie wiemy kto jest winny i możemy pobawić się w detektywa. Ostatnio mamy prawdziwą eksplozję tego gatunku na małym ekranie. Za oceanem CSI ma wiele osobnych seriali dziejących się w różnych miastach, podobnie Law and Order i inne wojskowe służby śledcze, w Europie Brytyjczycy mają swoje Broadchurch, The Fall  i uwspółcześnionego Sherlocka Holmesa, Skandynawowie Wallandera , Duńczycy „The Bridge”.

Jednym z amerykańskich seriali bardzo u mnie w domu lubianym był „Detektyw w sutannie”, z siostrzyczką o polsko brzmiącym nazwisku, która pomagała księdzu Dowlingowi w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Obecnie mamy własnego polskiego Księdza Matusza, który zwalcza dzielnie zło w pięknym Sandomierzu. Kiedyś rozmawiałyśmy o naszych ulubionych detektywach w pracy i koleżanka wspomniała cykl powieści, przeniesionych także na mały ekran, autorstwa Ellis Peters (Edith Pargeter) o przygodach brata Cadfaela. Coś mi to świtało w głowie i jak przyszłam do domu to wspomniałam mojemu ukochanemu, który to od razu go znalazł i kupił mi pierwszą książkę na kindla. No i wpadłam w nałóg czytania i totalnie się zadurzyłam w tym czarującym braciszku zakonnym.

Nasz detektyw w habicie jest Walijczykiem, należy do zakonu benedyktynów św. Pawła i Piotra w Shrewsbury. Akcja tych opowieści dzieje się w czasie bardzo ciekawym w historii Anglii, w okresie tzw. Anarchii , w latach 1134-45, okresie wojny domowej między królem Stefanem z Blois a cesarzową Moud (Matyldą, matką Henryka II Plantageneta). Polecam powieści o tej epoce zarówno autorstwa Sharon Penman  „When Christ and His Saints Slept”,  jak i Kena Folleta ”Filary ziemi”.

Ale wróćmy do Cadfaela. Ktoś może zapytać - powieść detektywistyczna dziejąca się w średniowieczu!? Bez analiz krwi, pobierania linii papilarnych, sprawdzania nagrań z kamer itp. Jak to możliwe, że w ogóle rozwiązywano jakieś zagadki kryminalne. Trzeba było ruszyć głową i popisać się rozumem, być dobrym obserwatorem i taki właśnie jest brat Cadfael. Jest to bardzo ciekawa postać bowiem wstąpił on do zakonu w wieku około 40 lat. Miał za sobą burzliwe życie jako żeglarz i żołnierz walczący w Ziemi Świętej. Po takich przygodach pełnych niebezpieczeństw i zaglądaniu śmierci w oczy, postanowił spędzić resztę życia w ciszy i spokoju, służąc Bogu i pomagając ludziom. Jego życiowe doświadczenie, zdolność obserwacji, wiedza medyczna zdobyta na wielu polach bitewnych, znajomość ziół i umiejętność robienia mikstur są bardzo przydatne w jego klasztorze. Cadfael ma swój ogródek z ziółkami, szopę w której je suszy, uciera, przechowuje i wyrabia swoje balsamy, syropki i inne eliksiry.

Ma on bardzo otwarty umysł, jego poczucie sprawiedliwości i podejście do życia wydają się nam bardzo nowoczesne, a on sam tłumaczy to swoimi wieloma podróżami i zetknięciem się z różnymi kulturami. Ta nowoczesność nie jest jednak dziwna, bo przecież ludzie są różni, a to że ktoś się urodził w średniowieczu nie znaczy, że ma być zacofany, tak jak teraz mamy ludzi o poglądach naprawdę przestarzałych nie tylko o parę lat, ale nawet o parę wieków.

Opat klasztoru zna jego możliwości i wielokrotnie jest on proszony o konsultacje nie tyko medyczne ,ale i właśnie w sprawach skomplikowanych, kryminalnych, czy misjach dyplomatycznych. W chwili gdy poznajemy braciszka ma on już 55 lat, a to w średniowieczu wiek słuszny, ale nasz bohater nie gnuśnieje na zakonnej kuchni i dzielnie walczy o sprawiedliwości dla tych co nie mogą sami sią o nią upomnieć. Ja po prostu się zadurzyłam po uszy w tym detektywie w habicie, nie mogłam się oderwać od opowieści o jego przygodach. Jest 20 książek plus ostatnia książka z trzema opowiadaniami ukazująca nam moment, gdy postanowił on wstąpić do klasztoru,  zakończenie i pożegnanie z naszym bohaterem. Nawet znając książki słuchałam słuchowisk w radiu BBC, bo są one tak dobre, że nie można się od nich oderwać. Jest też serial telewizyjny o jego przygodach, w którym w rolę Cadfaela wcielił się Derek Jacobi.

Autorka nie tylko wspaniale konstruuje zagadkę kryminalną, daje nam też doskonałą okazję poznania życia w okresie średniowiecza. Jeżeli nawet znamy historię i ogólny zarys życia w tej epoce, to w tych książkach spotkamy  ludzi żyjących i pracujących na różnych szczeblach drabiny społecznej. Poznamy także różnice prawne i obyczajowe między Walią a Anglią.

Te opowieści kryminalne dobrze też przedstawiają ludzką mentalność, minęło parę setek lat i tak naprawdę to niewiele się zmieniło. Nadal zakochujemy się od pierwszego wejrzenia, poświęcamy się dla przyjaciół, płaczemy, śmiejemy się , żartujemy, śpiewamy. Czarne strony ludzkiego charakteru też nadal są: zazdrość, pycha, pazerność, uprzedzenia do obcych czy innych niż my, też pchają nas do czynienia zła.

Poznajemy trudne życie ludzi średniowiecza, nie ma służby zdrowia, wiedza medyczna jest dość skromna, nie ma antybiotyków, rentgena itp., a mała infekcja może być początkiem końca. Nie ma zapomóg i żadnego 500 +, nie pracujesz to nie jesz, chyba że ukradniesz, ale to się może też źle skończyć, nie ma emerytur ani chorobowego. Nie jest łatwo jeżeli nie ma się dobrego rzemiosła, ziemi, czy pochodzenia. Pozycja kobiety jest jeszcze bardziej skomplikowana, jedyna odrobina wolności jest wtedy, gdy jest się wdową. Ojciec, mąż, brat decydują o jej losie, nie jest ona osobą a przedmiotem, narzędziem, muzą trubadurów i siedliskiem grzechu i choć mamy także silne kobiety w średniowieczu, jak chociażby cesarzowa Maude. W tych powieściach mamy bardzo dobrze przedstawioną sytuację kobiet, są one nie tylko ofiarami zbrodni. Mamy silne i niezależne niewiasty z różnych kręgów społecznych, które w bardziej lub mnie udany sposób starają nie tylko przetrwać ale i wywalczyć sobie odrobinę szczęścia. Akcja cyklu dzieje się w czasie wojny domowej, niepewności politycznych, gdy życie było jeszcze bardziej  niebezpieczne. Mamy uchodźców uciekających z terenów objętych walkami, są oni zdani sami na siebie i dobroczynność innych ludzi. Stają się oni ofiarami rabusiów, których jest w takich sytuacjach pełno i często grasują oni w okolicy gnębiąc wszystkich starających się żyć i spokojnie pracować. Trudno jest utrzymać spokój i sprawiedliwość, szeryfowie i ich zastępcy mają ręce pełne roboty i taki Cadfael się bardzo przydaje.

Co naprawdę lubię w tych powieściach, to tę subtelnie przedstawioną rzeczywistość. Postacie są pełnowymiarowe, różnorodne, mają proste i skomplikowane życie. Każdy bohater opowieści ma swoją własną osobowość, wartości, charakter i sposób patrzenia na świat. Każdy wątek jest pięknie osadzony w architekturze i przyrodzie, historycznych wydarzeniach. Autorka ma dar opowiadania, czuje się atmosferę średniowiecznego miasta, wsi itp. Mamy uroczo przedstawione życie w klasztorze, mnisi są bardzo różni, mamy karierowiczów, nawiedzonych, fanatyków, prostych i uczonych oraz tzw.  oblates czyli oddanych do klasztoru na sługi boże jako małe dzieci. Opat Rudulfus np. chce skończyć z tym zwyczajem. Każdy pełni jakąś funkcje w zakonie, ale i w opowieści.

Podobnie z mieszczanami, szlachtą i inną ludności zamieszkującą okolicę bliższą i dalszą. Mamy ludzi dobrych, prawych, ciężko pracujących, oraz okrutników, cwaniaczków bez honoru. Uczymy się dużo o podziale społecznym, czymś co jest nam obce, znamy to z książek i filmów. Mamy wyraźny podział ma warstwy - ludzi wolnych, mogą oni mieć własny kawałek ziemi, dzierżawić ją, być rzemieślnikami itp., mamy też ludzi określanych jako villein i jest to odpowiednik naszego chłopa pańszczyźnianego ( inne określenie to serf ). Jeżeli takiemu nieszczęśnikowi udało się uciec od pana i temu nie udało się go odnaleźć  przez rok i jeden dzień, to stawał się on wolnym człowiekiem.

Szlachta i mieszczanie też są podzielenie w zależności od umiejętności, powiązań rodzinnych itp. Pozycja społeczna kobiet jest też różna  w zależności od pochodzenia społecznego, ale i od narodowości, w Walii kobieta miała znacznie więcej praw i wolności niż jej rówieśniczka z Anglii. Podobnie z dziećmi z tzw. nieprawego łoża, np. w Walii mogli oni dziedziczyć po ojcu, jeżeli on ich uznał za swoje dzieci.

Poznajemy sposoby leczenia, pobierania nauk, przyuczania do zawodu, działania sprawiedliwości, jesteśmy na jarmarku, weselu, pielgrzymce,  oraz wojnie,. Jest tu dużo humoru , bo brat Cadfael ma bardzo praktyczne podejście do życia i świata i jego drobne dygresje i monologi zwłaszcza do św. Winfred są bardzo pocieszne.

Trochę wam opiszę parę książek tak na zachętę bez zdradzania większych szczegółów.

„A morbid taste for Bones” (Tejemnica świętych relikwii). Otóż opactwo w Shrewsbury trochę podupada, trzeba coś zrobić aby przyciągnąć pielgrzymów, bo to jest bardzo dobre źródło dochodów. Tak się świetnie złożyło, że jeden z mnichów miał proroczy sen wskazujący mu gdzie zdobyć święte relikwie. Zorganizowana zostaje wyprawa dyplomatyczna do sąsiedniej Walii bo tam jest święta, która chce być przeniesiona ze swojego zaniedbanego grobu w bardziej dostępne dla pielgrzymów miejsce. Święta może i chce się przenieść, ale lokalni mieszkańcy nie są tą perspektywą zachwyceni i kiedy główny opozycjonista zostaje znaleziony w lesie ze strzałą należącą do młodego Anglika zakochanego w córce zamordowanego sprawa wydaje się prosta. Nie dla Cadfaela, który to stara się poznać prawdę …

„One corpse to omany” (O jedno ciało za dużo). To druga z cyklu. Otóż król Stefan oblega zamek w Shrewsbury, a tymczasem Cadfael otrzymuje do pomocy przy ziołach nowego asystenta. W mieście pojawia się też piękna Aline Siward, której brat jest wśród obrońców zamku i szukający zajęcia rycerz Hugh Beringar. Kiedy zamek pada król jest wściekły, zwłaszcza, że dwóch obrońców się wymknęło i w złości skazuje wszystkich pozostałych 94 na śmierć. Opat wyprasza u króla pozwolenie na chrześcijański pochówek, a Cadfael znajduje 95 ciał czyli o jedno za dużo, ta dodatkowa osoba została uduszona. Był to giermek dowódcy zamku, który z pomocnikiem mieli wywieźć fundusze rebeliantów. Ktoś zdradził, ktoś zamordował i ktoś szuka skarbu. Król zezwala na śledztwo, bo nie chce by to jedno życie było na jego sumieniu. Cadfael po nitkach stara się dotrzeć do kłębka prawdy. Mamy tu wszystko co potrzeba na dobrą powieść kryminalno-przygodową: zdradę, niewiasty przebrane za chłopaków, pogonie konne i nawet tzw. trial by combat czyli pojedynek sądowy, w którym o winie i niewinności decydowały umiejętności walki z mieczem. Jak się czyta to aż trzyma się kciuki co by zwyciężyło dobro i sprawiedliwość. Nie muszę chyba dodawać, że nie można się od tej opowieści oderwać.

„Monks hood” ( polskie tytuły to „Obrońca w kapturze” i „Trujący lek”). To chyba jedna z moich ulubionych powieści z tego cyklu, słuchałam słuchowiska chyba ze trzy razy i zawsze mimo, że znam zakończenie nie mogłam się oderwać od radia. Autorka dostała za nią specjalną nagrodę - Srebrny Sztylet od Brytyjskiego Towarzystwa Pisarzy Kryminalnych.

Monks Hood znane też jako Wolf’s bane to po naszemu Tojad, roślina z rodziny jaskrowatych zwana też mordownikiem, bo jest trująca. Z tej rośliny Cadfael produkuje olej o właściwościach leczniczych, który stosuje do produkcji mazideł używanych do masażu. Ten olej jest jednak trujący, gdy ktoś go przez przypadek spożyje. Na terenie opactwa mieszka z rodziną Gervas Bonel, który obiecał swój majątek zakonowi w zamian za dożywotnią opiekę. Opat Heribert jest w Londynie na tzw. dywaniku i wszystkie sprawy zakonne, w tym podpisywanie nowych dokumentów i umów zostały zawieszone. Tymczasem przeor Robert rządzi w klasztorze. Otrzymał on prezent w postaci tłustego ptaka z rodziny kurowatych i zdecydował się nim podzielić z Bonelem, bo to taki ważny darczyńca, ma taką ważną darowiznę odpisać. Temu jednak ptak wyraźnie zaszkodził bo zachorował on i zmarł mimo wysiłków Edmunda medyka zakonu i Cadfaela zielarza. Cadfael zorientował się, że został on otruty, a trucizna została spreparowana z Tojada i prawdopodobnie pochodziła z jego składziku ziółek. Podejrzanych jest kilku, chłop pańszczyźniany, syn z nieprawego łoża, pasierb, a sprawę komplikuje jeszcze fakt, że wdowa po Bonelu to ukochana Cadfaela sprzed prawie 40 lat. Cadfael ma bardzo trudne zadanie, przedzierając się przez gąszcz do prawdy, a koniec naprawdę nas zadziwi, ale czy jednak?

„Saint Peter’s Fair” (Jarmark świętego Piotra). Jarmarki to ważne wydarzenia w życiu codziennym średniowiecznego społeczeństwa. Poznajemy zasady organizowania i funkcjonowania jarmarków. Wspomniany już jarmark jest organizowany przez klasztor i cały dochód ląduje w skrzyniach klasztornych, na dodatek mieszczanie muszą zamknąć swoje sklepy, aby nie robić jarmarkowi konkurencji. Jest to wieczna kość niezgody i provost prosi opata, aby część tegorocznych zarobków została przeznaczona na odbudowę miasta, które ucierpiało w czasie oblężenia przez wojska króla Stefana. Opat Rudulfus jednak odmawia.

Jarmark to nie tylko okazja do handlu, to raj dla drobnych złodziejaszków, ale i szpiegów. Nie zapominajmy, że jest to czas Anarchii i dwa obozy walczą o władzę. Pojawia się więc rękawicznik Euan z Shotwiek - człowiek earla Ranulfa, jeszcze niezadeklarowanego w żadnym obozie  i winiarczyk Tomasz z Brystolu pracujący dla Roberta z Gloucester, który był bratem z nieprawego łoża cesarzowej Maud i jej największym stronnikiem i strategiem militarnym. Tymczasem młodzieńcy z miasteczka przybywają na teren jarmarku, mając nadzieję, że przyjezdni kupcy i rzemieślnicy staną po ich stronie w sporze z klasztorem. W czasie gorącej dyskusji dochodzi do szarpaniny i po chwili do zamieszek. Kiedy potem odkryto ciało Tomasza zasztyletowanego i wrzuconego do wody,  syn provosta staje się głównych podejrzanym. Jest jeszcze piękna Emma, bratanica Tomasza i ona też może być w niebezpieczeństwie. Nie jest to tylko kryminał, ale i powieść szpiegowska, dużo się tu dzieje, akcja jest wartka. Cadfael nie daje się omamić i znów rozwiązuje zagadkę.

Czyta się te powieści z zapartym tchem, nie mogłam się doczekać na przerwę w pracy, żeby znów móc się zatopić w tym pięknie przedstawionym, malowanym słowami średniowiecznym świecie. Jest ich 21 plus zbiór trzech opowiadań (lata 1120,1135 i 39)  i namawiam was do sięgnięcia po te książki, każda jest pełna akcji, opisów życia społecznego, zwyczajów, dramatów i po każdej ma się ochotę na następną. Było mi bardzo smutno, gdy musiałam się pożegnać z bratem Cadfaelem.

Spodobał mi się pomysł kryminałów osadzonych w dawnych czasach i tak odkryłam siostrę Fidelmę autorstwa P. Tremayne z akcją w Irlandii i w Europie w VII wieku, Nicolasa Elyota sprzedawcę książek w XIV-wiecznym Oksfordzie, przeoryszę Eleanorę z Wynethorpe, walczącą o sprawiedliwość pod koniec XIII wieku. Może kiedyś o nich napiszę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Flag Counter