niedziela, 20 marca 2016

 Inside the Metropolitan Police’s hidden Crime Museum at Scotland Yard, c.1900 © Museum of London 

O wystawie tej wiedziałam, ale nie była ona wysoko na liście moich planów zwiedzania, jednak po rozmowach z paroma osobami w pracy, które na niej były zaproponowałam mojej drugiej połowie, że tam pójdziemy. Wystawa okazała się bardzo interesująca, dobrze przygotowana i wywarła na nas duże wrażenie. Nie wiedziałam, że coś takiego jak „Crime Museum” istnieje i to było największe odkrycie. Otóż w siedzibie brytyjskiej policji New Scotland Yard mieści się taka niezwykła kolekcja przedmiotów związanych z przestępstwami. Wstęp do muzeum był tylko dla policji i zaproszonych gości i to jest pierwszy raz, gdy przedmioty z tej kolekcji są pokazane szerszej publiczności. Jest tu ograniczenie wiekowe, rekomendowany minimalny wiek zwiedzającego to 12 lat, a przestawione sprawy i zbrodnie pochodzą z lat przed 1975 rokiem z wyjątkiem tych traktujących o terroryzmie. Wystawa pokazuje zmiany i ewolucję policji, sposobów zbierania informacji i prac śledczych, znaczenia nowych odkryć naukowych i opowiada o   nowych wyzwaniach dla współczesnego śledczego i wymiaru sprawiedliwości. Ukazane zbrodnie zostały wybrane bardzo starannie, nie chodziło tu o pokazanie makabreski i horroru, ale o relacjonowanie wydarzeń, wyjaśnienie dochodzenia, użytych metod czy wpływu jaki ta sprawa miała na zmiany prawno-społeczne. Eksponaty ukazane na tej wystawie to nie atrapy czy rekwizyty filmowe, to przedmioty które związane są z konkretnymi przestępstwami, narzędzia zbrodni itd. Trzeba o tym pamiętać, gdy się to wszystko ogląda.

Wystawa przedstawia też historię policji i od paru faktów na ten temat zacznę ten wpis. W 1829 roku został uchwalony Metropolitan Police Act, który był podstawą utworzenia policji w stolicy Wielkiej Brytanii, a konkretnie na obszarze określanym jako metropolia ( z wyjątkiem samego centrum tzw. city of London). Przyjmuje się, że twórcą ówczesnej policji był Home Secretary ( minister spraw wewnętrznych) Robert Peel, od jego imienia pochodzi słynne przezwisko londyńskich policjantów „bobbies”, od skrótu jego imienia Robert – Bobby. Główna kwatera była w budynku nr. 4 przy Whitehall, a główne wejście dla interesantów było na tyłach budynku przy ulicy Great Scotland Yard i wkrótce dostała ona przydomek „Scotland Yard”, którego używa się do dziś.

Po ucieczce mordercy Daniela Gooda i próbie zamachu na królową Wiktorię w  1842 roku utworzono Wydział Śledczy (Detective Branch), miał on 8 Detektywów.

W latach 70-tych XIX wieku utworzony został Prisoners Property Store ( magazyn przedmiotów należących do przestępców), według prawa ich własność miała być teraz przechowywana dopóki nie zażądają jej zwrotu po odbyciu kary. Większość przedmiotów pozostała w magazynach bo właściciele nie zgłosili się po nie, m.in. z tego powodu, że otrzymali wyroki śmierci. W połowie lat 70tych XIX wieku inspektor Percy Neame rozpoczął organizowanie przedmiotów zgromadzonych w magazynach dla celów szkoleniowych i to jemu przypisuje się utworzenie Muzeum Policji.

W 1877 roku w wyniku skandalu korupcyjnego w Detective Branch ( Wydziale Śledzcym) zostaje ten wydział rozwiązany i na jego miejsce utworzono Criminal Investigation Department – CID ( czyli taki Departament do ścigania zbrodni) . 

W 1890 roku policja dostaje nową kwaterę główną, bo w starej już się nie mieścili, nazywa się ona teraz New Scotland Yard i tu też zostało przeniesione Muzeum Policji. W 1901 zostaje utworzone Biuro Odcisków Palców, a rok później Szkoła Detektywów mieszcząca się w budynku nowej kwatery głównej.

Muzeum zawsze fascynowało ludność, a dziennikarze prześcigali się w opisywaniu jego zawartości nadając mu przydomek „Mroczne”, ale wszyscy podkreślali porządek (przedmioty dokładnie opisane) i czystość w muzeum. Od 1894 roku muzeum było otwarte 4 razy w tygodniu przez 2 godziny, a wśród zwiedzających muzeum byli m.in. pisarz Jerome K. Jerome ( ten od zabawnej książki „Trzech panów w łódce – nie licząc psa”), Artur Conan Doyle – tego pana nie muszę przedstawiać, Harry Houdini iluzjonista i specjalista od ucieczek, król Jerzy V, Stan Laurel i Oliver Hardy znani jako Flip i Flap.

Pierwsze dwa pomieszczenia wystawy zostały zainspirowane rysunkami przedstawiającym muzeum na przełomie XIX i XX wieku.

Na półkach pod sufitem mamy tzw. Maski Pośmiertne przestępców straconych w więzieniu w Newgate. Był tu taki zwyczaj, że robiono gipsowe odlewy twarzy skazańca.  W jednej z gablotek jest pistolet z którego Edward Oxford usiłował zastrzelić królową Wiktorię w 1840 roku. Był on oskarżony o zdradę, ale okazało się, że był to osobnik niepełna rozumu. Mamy tu też różne rodzaje kajdanek z XVIII i XIX wieku.

Na ścianach są ilustracje z procesów sądowych wykonane przez rysownika Williama Hartley, z krótkimi opisami spraw sądowych. Niektóre mrożą krew w żyłach, jak dwie kobiety Amelia Sach i Annie Walters, które prowadziły tzw. „farmę dziecięcą”, kobiety mogły tam urodzić w tajemnicy - oczywiście za opłatą, a jeszcze obie baby oferowały zająć się dzieckiem lub znaleźć rodzinę, która za drobną opłatę takie dziecko weźmie. Nie miały one jednak zamiaru tego robić, brały pieniądze, a dzieci truły. Nie wiadomo ile było ofiar zanim odkryto ten zbrodniczy proceder. Zostały one skazane i wyrok wykonano w więzieniu żeńskim Holloway w 1903 roku (więzienie istnieje do dziś). Była to ostatnia podwójna egzekucja kobiet w Wielkiej Brytanii.

13._William_Hartley_Courtroom_illustration_of_Amelia_Sachs_and_Annie_Walters_on_trial_for_baby_farming_1903__Museum_of_London_1

 William Hartley Courtroom illustration of Amelia Sach and Annie Walters on trial for baby farming, 1903 © Museum of London 

Inna sprawa to tzw. Piekarnikowe zabójstwo z St Pancras. W 1898 roku Johann Schneider zabił 19-letniego Conrada Berndta pomocnika w piekarni i włożył jego ciało do piekarnika, a potem zaatakował głównego piekarza.

W 1901 roku Maud Eddington próbowała popełnić samobójstwo i przez przypadek zastrzeliła swojego byłego chłopaka. Sąd nie uznał jej winnej zabójstwa, ale skazał na 15 miesięcy ciężkich robót za próbę popełnienia samobójstwa.

Nie wszystkie sprawy to zabójstwa np. Profesor i Madame Keiro, wróżbici i przepowiadacze przeszłości, zostali uznani za winnych wyłudzania pieniędzy i musieli zapłacić grzywnę, ale ostrzeżono ich też, że w wypadku ponownego aresztowania będzie to więzienie.

Po środku sali jest stół z kartami antropometrycznymi. W 1871 roku uchwalono akt w sprawie zapobiegania przestępstwom i na jego mocy Scotland Yard stworzył centralny zbiór informacji o więźniach skazanych na co najmniej miesiąc. Dyrektorzy więzień byli zobowiązani przesłać wymagane dane. Było to pomocne w identyfikacji przestępców, zwłaszcza, gdy powtarzali swoje wyczyny. Na specjalnych kartach notowano m.in. wzrost, kolor oczu i włosów, a także szerokość i długość głowy, długość średniego lewego palca, długość lewej stopy i lewej ręki od łokcia do środkowego palca. Obok są też przyrządy do wykonywania tych pomiarów. Karty mają też fotografie w dwóch ujęciach z przodu i profilu. Na każdej karcie jest opis przestępstwa i kara. Jest tu m.in. 12-latek skazany za włamanie i kradzież ciastek.

21._Handwritten_criminal_record_card_for_Arthur_James_Woodbine_aged_12_1896__Museum_of_London_1

 Handwritten criminal record card for Arthur James Woodbine, aged 12, 1896 © Museum of London  

W jednej z gablotek jest poduszeczka wykonana przez Anne Parker, która stawała przez sądem w Greenwich ponad 400 razy głównie oskarżana o pijaństwo. Tę poduszeczkę wyszyła ona w czasie pobytu w więzieniu, zamiast nici użyła własnych włosów. Kobieta zmarła w wieku 35 lat na gruźlicę.

5._Pincushion_embroidered_with_human_hair_by_Annie_Parker_1879__Museum_of_London_1

 

Pin-cushion embroidered with human hair by repeat offender, Annie Parker, 1879 © Museum of London

Cała jedna gablota poświęcona została słynnemu włamywaczowi (cat burglar – taki złodziej co wchodzi bez robienia dużo hałasu i włamuje się do trudnodostępnych miejsc). Charles Peace pochodził z Sheffield i był utalentowanym muzykiem (są tu jego skrzypce), gdy był nastolatkiem mówiono o nim „ współczesny Paganini”. Nieszczęśliwy wypadek i strata 3 palców oznaczały koniec kariery muzycznej i wkrótce wstąpił on na drogę przestępczą. Sprawne ręce, nawet okaleczone, wystarczyły, aby stał się włamywaczem.  W sierpniu 1876 roku zabił on policjanta w Manchesterze, ale został o to oskarżony i skazany inny człowiek - W. Habron. Charles wrócił do Sheffield i zastrzelił męża swojej kochanki Artura Dysona. Uciekł znowu tym razem do Londynu, gdzie zamieszkał z żoną i przyjaciółką udając uczciwego obywatela. Tu w czasie włamania do domu w dzielnicy Blackheath został przyłapany przez policjanta którego postrzelił. Został skazany pod przybranym nazwiskiem John Ward na dożywocie. Susan Gray jednak nie wytrzymała i opowiedziała policji kim on jest naprawdę i został odesłany do Yorkshire i tam skazany na śmierć za zabójstwo Artura Dysona. Tuż przed egzekucją chyba ruszyło go sumienie, bo napisał list i przyznał się do zabójstwa policjanta w Manchesterze i niewinny człowiek wyszedł na wolność. W drugim liście napisanym do wikarego w Darnall, gdzie mieszkała jego rodzina prosi o litość dla jego rodziny. Są tu oba listy, a także jego „narzędzia pracy”: składana drabina, wytrychy, łom, świder, pilnik, mała lampa, klin którym blokował drzwi dając sobie szansę na ucieczkę, gdy ktoś wracał do domu w którym „pracował”, a także tygiel w którym przetapiał biżuterię.

 

2._Violin_belonging_to_cat_burglar_Charles_Peace_executed_in_1878__Museum_of_London_1

 

Cat-burglar: Violin belonging to cat-burglar Charles Peace, executed in 1878 © Museum of London

Mamy też zbrodnie, które nigdy nie zostały rozwiązane np. „Zagadka z ulicy Harley” W beczce odkryto zwłoki kobiety, nigdy nie odkryto jej tożsamości ani jej zabójcy. Podobnie z Kubą Rozpruwaczem (Jack the Ripper). Od kwietnia1888 do lutego 1891 na ulicach East End zostało brutalnie zamordowanych 11 kobiet. Prasa oczywiście rozpisywała się w tym temacie, a Londyn ogarnęła panika. Jest tu plakat proszący o pomoc z dokładną kopią listu i pocztówek napisanych czerwonym atramentem, a przysłanych do Centralnej Agencji Prasowej. Podpisany on został Jack the Ripper.  

1._Jack_the_Ripper_appeal_for_information_poster_issued_by_Metropolitan_Police_1888__Museum_of_London_1

 appeal for information poster issued by Metropolitan Police, 1888 © Museum of London

Jednym z podejrzanych był George Chapman (Severin Klosowski), niedoszły lekarz, który był właścicielem zakładu fryzjerskiego dla mężczyzn oraz dwóch  pubów. Jakoś mu wymierały partnerki życiowe i gdy ostatnia Maud Marsh zmarła, wykryto ślady zatrucia antymonem. Po ekshumacji dwóch innych kobiet okazało się, że w ich ciałach też była obecna ta trucizna. Innym podejrzanym był kolejny fryzjer z Whitechapel, też o polsko brzmiącym nazwisku Aaron Kośmiński. Inny kandydat to Thomas N. Cream też truciciel kobiet, którego ostatnie słowa to „I am Jack the….”, ale podobno w czasie popełnionych w Londynie zbrodni przebywał on w amerykańskim więzieniu. Sprawa ta do czasów obecnych budzi kontrowersje , spekulacje i pojawiają się kolejne próby rozwiązania tej zagadki  .

Na jednej ścianie drugiego pokoju mamy sznury na których zostały wykonane wyroki śmierci. Każdy z 6 sznurów został użyty w innej egzekucji, każdy przypadek ma opis sprawy. Popełnione przestępstwa to zabójstwa i znów pojawia się kolejna kobieta - „baby farmer” - zajmująca się opieką nad dziećmi za pieniądze. Amelia Dyer obiecała samotnej matce Evalinie Marmon znalezienie dobrego domu dla jej córeczki za opłatą 10 funtów. Zabrała dziecko do domu swojej córki i tu 2-miesięczna dziewczynka została uduszona. Następnego dnia w domu pojawił się 13-miesięczny Harry Simmonds i spotkał go ten sam los. Kolejnego dnia kobieta zabrała ciała do Reading w torbie podróżnej, obciążyła pakunek cegłami, a potem wrzuciła do wody.

Kilka dni wcześniej znaleziono w rzece ciało małej dziewczynki, później zidentyfikowanej jako Helena Fray, detektywom udało się odczytać pod mikroskopem imię Mrs Thomas (nasza podejrzana po mężu) i etykietkę ze stacji kolejowej w Brystolu. To doprowadziło detektywów do Dyer i jej dom został poddany obserwacji. W końcu udało się przeszukać jej mieszkanie i znaleziono tam tasiemki użyte do duszenia dzieci, kwitki z lombardu za zastawione dziecięce ubranka, rachunki za ogłoszenia o podejmowaniu się opieki nad dziećmi i listy od matek chcących się dowiedzieć jak się mają ich dzieci. Okazało się że Pani Thomas podjęła się opieki około 20 dzieci i znów zamierzała się przenieść na nowe terytorium. Z Tamizy wyłowiono dalsze 7 ciałek m.in. Doris i Harrego. Nie wiadomo ile było ofiar, jej działalność trwała przez około 20 lat na różnych terenach Wielkiej Brytanii, ale przypuszcza się, że mogło być ich około 400. Sprawa ta wywołała skandal i niby przepisy adopcyjne zostały zaostrzone, nie ukróciło to jednak tego procederu, o czym świadczy już wspomniana sprawa z dzielnicy Finchley z 1903 roku.

14._Execution_Ropes_19th_and_20th_Century_c_Museum_of_London_1

 

 E xecution ropes, 19 and 20 century © Museum of London  

Jest też karta biznesowa kata Williama Marwooda, który to opracował nową technikę wieszania „tzw. długi spadek” uznawany za bardziej humanitarny niż „krótki spadek”. Skazaniec umierał szybko, gdy jego odcinek szyjny kręgosłupa zostawał złamany. Ciarki przy tym człowiekowi przebiegają po plecach. Mamy tu też Skrzynię Egzekucyjną numer 9 z więzienia w Wandsworth. To taki jeden z zestawów wysyłany na egzekucje po kraju, ta konkretna wróciła 12 października 1959 roku z wyspy Jersey. W skrzyni były 2 liny, tak żeby kat mógł wybrać, sznur może być użyty kilka razy zanim zostanie wymieniony na nowy. Pętla jest formowana przy użyciu metalowego pierścienia. Sznur testowano na worku wypełnionym piaskiem o ciężarze równym wadze skazańca. Worek wieszano i pozostawiano na całą noc tak aby się sznur naciągnął. Ręce i nogi były spinane specjalnymi pasami, a głowa zakrywana kapturem. Inne elementy tej skrzyni to taśma miernicza, i kreda do malowania znaku T w miejscu gdzie miał stanąć skazaniec. Znów człowiekowi przeszły ciarki po plecach. Ostatnia osoba na której wykonano wyrok w miejscu publicznym to Michael Barret w 1868 roku, w 1908 roku kara śmierci została zniesiona dla osób poniżej 16 roku życia, w 1933 roku granicę podniesiono do 18 roku życia. Ostatni wyrok śmierci wykonano 13 sierpnia 1964 roku. W 1969 roku zniesiono karę śmierci za morderstwa, ale utrzymano na zdradę, piractwo z przemocą oraz akt podpalenia statku królewskiego. W 1998 roku kara śmierci została zniesiona całkowicie.

Następnie mamy przedstawionych 24 sprawy kryminalne sprzed 1975 roku. Oto kilka z nich bo na wszystkie nie ma miejsca.

Bracia Stratton rok 1905

Starsze małżeństwo Farrow zarządzające sklepem Chapman’s Oil and Colour Stores w Depfort zostało znalezione brutalnie zamordowane w marcu 1905 roku. Na miejscu przestępstwa znaleziono m.in. pustą kasetkę, w której przechowywano utarg z całego tygodnia i trzy maski zrobione z pończoch. Świadkowie zeznali ze widzieli braci Stratton w okolicy sklepu i podejrzani zostali aresztowani. Dziewczyna jednego z braci też zeznała, że rano poczuła zapach parafiny od niego. Inny świadek pomógł powiązać braci z maskami z pończoch, ale ostatecznym dowodem był odcisk palca Alfreda na pustej kasetce. To był pierwszy raz, gdy użyto odcisków palców do identyfikacji i skazania sprawcy.

23._Masks_used_by_the_Stratton_Brothers_1905_c_Museum_of_London_1

 

 Masks used by the Stratton brothers  1905 © Museum of London 

The Seddon – 1910 rok

To przyprawiło nas o ciarki bowiem adres wydał nam się znajomy, chyba przechodziliśmy koło tego domu w drodze na zakupy, gdy mieszkaliśmy w naszym poprzednim mieszkaniu. W 1910 roku panna Eliza Barrow i jej wychowanek Ernest Grant wynajęli pokoje w domu państwa Seddon. Po roku Eliza zachorowała, doktor przepisał lekarstwa, ale ona wkrótce zmarła. Jej kuzynka przyjechała na wieść o jej śmierci i zdziwiła się, że mimo rodzinnego grobowca została ona pochowana w zwykłym grobie. Potem odkryła, że przekazała ona cały swój majątek Seddonom w zamian za miesięczną wypłatę i darmowy lokal do zamieszkanie. Jej testament spisany w ostatnich dniach życia mianował wykonawcą pana Seddona. Wydało jej się to podejrzane i poszła na policję. Ekshumowano zwłoki i okazało się, że została ona otruta arszenikiem prawdopodobnie wypreparowanym z papieru na muchy. Nie było bezpośredniego dowodu, ale Seddon został skazany na śmierć i wyrok wykonano w 1912 roku. Ciekawostką jest że w 1905 on i jego ojciec zwiedzali Crime Muzeum.

Patric Mahon  -1924, zabójstwo Emily Kaye

P. Mahon miał żonę i dziecko, prowadził podwójne życie, a Emily była jego kochanką, wynajął dla niej i siebie bungalow w Crumbles w okolicach Eastbourne, ale po paru dniach Emily była już martwa. Jego żona odkryła kwit na bagaż ze stacji Waterloo, a w znalezionej tam torbie były zakrwawione ubranie kobiece i nóż. Mahon twierdził, że się pokłócili i Emily upadła tak nieszczęśliwie, że uderzyła się w głowę o pojemnik na węgiel i zmarła, a on spanikował, pociął jej ciało i spalił część, a część ukrył w domku. Okazało się jednak, że już sobie upodobał następną kochankę, a w dodatku Emily zaszła w ciążę. Sąd uznał, że zaplanował on jej zabójstwo, aby się jej pozbyć i zawłaszczyć jej pieniądze. Została skazany na śmierć, wyrok wykonano.

Ze sprawą tą związane jest parę innowacji. Gdy patolog Sir Bernard Spilsbury przybył na miejsce zbrodni zauważył, że detektywi przeglądają wszystko gołymi rękami, wprowadził on wtedy tzw.”murder bag”, czyli taką torbę śledczą, w której były wszystkie sprzęty potrzebne do prowadzenia oględzin.

22._Murder_bag_forensics_kit_c_Museum_of_London_1

 Murder bag: a forensics kit used by detectives attending crime scenes, c.1946 © Museum of London 

 Zrobiono zdjęcia i użyto ich w czasie procesu sądowego. Zdjęcia także robiono w czasie rozprawy i w 1925 roku wydano akt zabraniający robienie zdjęć, czy kreowanie obrazów w czasie procesu. Ta zasada obowiązuje do dziś. Rysownicy mogą przebywać i robić notatki, ale nie szkice z sal sądowych. Kolejna innowacja to rekonstrukcja miejsca zdarzenia w postaci modelu z rozkładem pomieszczeń, meblami i tym felernym kociołkiem na węgiel, o który to Emilia sobie rozbiła głowę.

17._Patrick_Mahon_Miniature_furniture_used_to_reconstruct_the_murder_scene_of_Emily_Kaye_1924__Museum_of_London_1

 

  Miniature furniture used to reconstruct the murder scene of Emily Kaye, 1924 © Museum of London 

John Robinson, zabójstwo Minnie Bonati w 1927 roku.

W maju 1927 roku pracownicy przechowalni bagażu na stacji Charing Cross poczuli fetor z jednego z kufrów zostawionych tam przed trzema dniami. Gdy go otworzyli znaleźli ciało kobiety. Detektywom udało się denatkę zidentyfikować, dzięki etykietce z pralni, jako . Minnie Bonati. Taksówkarz zgłosił, że przewoził pasażera z podobnym kufrem i znaleziono adres Johna Robinsona. Jego żona zabrała detektywów do jego pracy, ale nic podejrzanego nie znaleziono. Detektyw G. Cornish prowadzący śledztwo był zdeterminowany i bardzo chciał odkryć zabójcę. Zdecydował się na upranie ubrania kobiety i wtedy znaleziono wyszytą nazwę hotelu w którym pracowała żona Robinsona. Jeszcze raz przeszukano biuro Robinsona i znaleziono w koszu wiklinowym zakrwawioną zapałkę. Robinson stwierdził, że Minnie go zaatakowała, potem upadła i rozbiła sobie głowę o kociołek na węgiel (te kociołki wydają się być naprawdę niebezpieczne, a te kobiety tak na nie ciągle wpadają). Jak się zorientował, że ona nie żyje, to spanikował, kupił nóż i pociął jej ciało. Sprawa to zastała rozwiązana dzięki skrupulatniej pracy detektywów, a sąd skazał mordercę na karę śmierci.

Zabójstwo policjanta George’a Gutteridge przez F.Browna i W. Kennedy 1927 rok.

Po nocnym patrolu w Howe Green w Essex policjant George Gutteridge wracał do domu, do żony i dwójki dzieci, ale nigdy do nich nie dotarł, a jego ciało znaleziono przy drodze. Został on zastrzelony. W międzyczasie w odległym o 10 mil Billericay skradziono samochód lekarza. Został ten pojazd odnaleziony w Brixton następnego dnia, były ślady krwi na progu ( tych stopniach w starych samochodach przy drzwiach) oraz łuski po nabojach. Detektywi ze Scotland Yardu połączyli obie sprawy i rozpoczęło się duże śledztwo. W styczniu 1928 roku detektyw Barrett podejrzewając F.Browna odwiedził jego  warsztat samochodowy. Znaleziono tam broń i amunicję oraz torbę lekarską. Po paru dniach aresztowano wspólnika W. Kennediego w mieście Liverpool. Broń została połączona ze zbrodnią poprzez badania balistyczne, specjalista Robert Churchill dokonał analizy mikroskopowej i udowodnił, że kule które zabiły policjanta zostały wystrzelone z broni  typu rewolwer Webley.455MkVI. Był to przełom w analizach balistycznych.

W innych sprawach podkreślono pomoc analiz mikroskopowych, jak porównanie nitek czy próbek ziemi, nie tylko w złapaniu ale i skazaniu przestępców. Jest tu pierwsza sprawa, gdzie podejrzani zostali złapani dzięki użyciu komunikacji telegraficznej.

Czy sprawa Craiga i Bentley’a z 1952 roku, której rezultatem było wprowadzenie zapisu o tzw. „diminished responsibility” w 1957 roku - nie mam pojęcia jaki jest polski prawny odpowiednik tej definicji. Chodzi tu o to osobę popełniającą przestępstwa, ale nie będącą w stanie zrozumieć wagi swojego czynu ze względu na upośledzenie umysłowe. Otóż 16 letni C. Craig i 19 D. Bentley usiłowali okraść magazyn w Croydon. Broń przyniósł Craig, a Bentley to był olbrzym o mentalności 11 letniego dziecka, nieumiejący ani pisać ani czytać. Gdy w czasie rabunku przyłapał ich nieuzbrojony policjant Bentley uciekając krzyknął „Let him have it Chris” i to zdanie jest do tej pory poddawane interpretacji. (czy chodziło tu o oddaj mu broń czy poślij mu kulkę – takie „masz co chcesz”). Craig postrzelił jednego i zabił drugiego policjanta. Obaj stanęli przed sądem oskarżeni o morderstwo, ale Craig nie mógł być skazany na śmierć, bo był poniżej 18 roku życia. Obaj zostali uznani winnym, ale ława przysięgłych poprosiła o litość dla niedorozwiniętego umysłowo Bentleya. Sprawa to wzbudziła duże emocje, nawet wdowa po policjancie poprosiła o łaskę. Został on jednak skazany na śmierć i wyrok wykonano w 1953 roku. W latach 90-tych ubiegłego wieku pośmiertnie otrzymał on wybaczenie wyroku śmierci, a jego skazanie za morderstwo zostało unieważnione.

Inne sprawy to zbrodnia ostatniej kobiety skazanej na śmierć, policjantki, które „patrolowały” na wabia jedną z dzielnic Londynu i pomogły w ten sposób złapaniu groźnego zboczeńca. Jest tu też oczywiście sprawa braci Kray i ich zabójcza teczka ze strzykawką uruchamianą przez mechanizm sprężynowy, która mogła wstrzyknąć zabójczą truciznę cyjanowodoru, powodując śmierć w około 8 sekund. Ten instrument został określony przez patologa z Home Office za najśmiertelniejszą broń jaką on kiedykolwiek widział, a jako patolog widział przecież wiele.

20._The_Krays__briefcase_with_syringe_and_poison_c_Museum_of_London_1

 

 Briefcase with syringe and poison intended for use against a witness at the Old Bailey (never used), 1968 © Museum of London 

Wystawa porusza też wątki terroryzmu, od tych z końca XIX wieku, jak zamachy przygotowane przez Fenian na Londyńskie stacje kolejowe i sam budynek Scotland Yardu, po te z 2005 roku na transport publiczny. Odbicie ambasady irańskiej, zamieszki uliczne, szpiegostwo, rozboje i wielkie napady, jak napad stulecia na wagon pocztowy w 1963 roku, czy próba kradzieży diamentów z Millenium Dome, fałszowanie pieniędzy, narkotyki itd.

18._Implements_used_in_counterfeiting_and_forgery_c_Museum_of_London_1

 

Implements used for counterfeiting seized by Metropolitan Police © Museum of London  

Wystawa jest niezwykła, bardzo pouczająca, dobrze przygotowana, a temat jest przecież bardzo wrażliwy, nie ma tu pogoni za sensacją, jest rzetelna informacja. Ukazane są zmiany w działaniach policji, w prawie i świadomości społecznej. Warto było wpaść do Muzeum Londynu i ją zobaczyć.

Wystawa będzie tu do 10 kwietnia 2016 roku

Ceny biletów : zależą od dnia, np. na środy, przez internet jest taniej. The Crime Museum Exhibition tickets. Średnio oszczędza się około £2.50 kupując przez internet, ale kupuje się na określony dzień i godzinę wejścia.

Dorośli od £10 (na środy przez internet) do £14.50 i £16.50 (w soboty)

Ulgowe (studenci, seniorzy po 60tce)  od £8 ( na środy przez internet) do £10 i £13.50 (w soboty)

Dzieci 12-15 lat – od £8 do  £11.50 i £13.50 (w soboty)

Muzeum of London jest na tzw. Barbakanie i najbliższe stacje metra to Barbican i St. Pauls, kolei Liverpool Street, Farrington i Moorgate. Autobusy 4, 8, 25, 56, 100, 172, 242, 521.

Zapraszamy.

Wpis został zilustrowany materiałami prasowymi dostarczonymi przez dział prasowy Muzeum of London.

sobota, 20 lutego 2016

 

Nowy rok dla nas, posługujących się kalendarzem gregoriańskim, już dawno się zaczął, ale nie wszystkie kultury używają tego samego kalendarza.

W państwie środka używają odmiennego systemu opartego na ich znakach zodiaku. Każdy rok ma symbol zwierzęcia, a jest ich dwanaście: szczur, bawół, tygrys, królik, smok, wąż, koń, koza/owca, małpa, kogut, pies i świnia. Mamy także 5 żywiołów: wodę, ziemię, drewno, ogień i metal, a każdy znak co pięć lat ma przypisany ten dodatkowy element.

Data rozpoczęcia roku jest ruchoma i przypada w naszych miesiącach styczniu i lutym. Lata układają się w cykl, który z kolei trwa 60 lat, tak aby każdy znak przeszedł przez każdy żywioł.

Niedawno obchodziliśmy w Londynie chiński nowy rok, otóż naszego 7 lutego 2016 roku zaczął się rok małpy, a jeszcze dokładniej rok ognistej małpy. Główne obchody w Londynie odbyły się 14 lutego i mamy tu kilka fotek z tej imprezy uważanej za największe świętowanie poza granicami Chin. 

Cała Chińska Dzielnica (Chinatown) była udekorowana poproszono też, aby ludzie przynieśli lub ubrali się w kolorach czerwieni.

Oto parę fotek autorstwa pyssona.

aa1985na scianie budynku 

aa2044a

aa2071przed paradą

aa2111Ognista małpa 

 aa2216a

smok 

aa2331a

parada 

aa2301

aa2443a

ryba

aa1967

udekorowane ulice dzielnicy

aa1981

 aa2226

parada 

aa2286

 aa24152

najmłodsi uczestnicy parady

aa2411

Następna parada za rok ...

niedziela, 14 lutego 2016

Johannes_Vermeer_Lady_at_the_Virginals_with_a_Gentleman_or_The_Music_Lesson

 

Zbiory królewskie to niekończąca się kawalkada obrazów wielkich mistrzów i znów można było zobaczyć wystawę pokazującą część tej kolekcji. Tym razem tematem przewodnim było życie codzienne przedstawione na płótnach malarzy holenderskich okresu, w którym żył i pracował Vermeer.

W trzech pomieszczeniach Galerii Królowej przy Pałacu Buckingham można zobaczyć obrazy, które wyszły spod pędzla takich mistrzów jak Rembrandt, David Teniers, Gerard ter Borch, Jan Steen, i moje odkrycie tej wystawy Gerrit Dou, no i oczywiście jest tu jedyny w królewskiej kolekcji Vermeer.

Pierwsze pomieszczenie to taki wstęp i ukazanie świata artystycznego tego okresu i związków między dworami holenderskim i angielskim. Wskazano na bliskie pokrewieństwo między monarchami, na to, że Karol I (Charles I) zatrudniał holenderskich artystów, podobnie Karol II ( Charles II). Jest tu taki obraz, ukazujący bal z okazji powrotu na tron Karola II, trochę w starym stylu, bowiem mamy króla dwa razy, raz ucztuje, a drugi raz tańczy ze swoją siostrą Mary. Mały chłopiec między dwiema damami w centrum obrazu to William, syn Mary, który to później zasiądzie na tronie angielskim jako William III. W czasie uczy Karol siedzi między siostrą a ciotką, królową Bohemii, której potomkowie zasiądą na tronie angielskim rozpoczynając dynastię hanowerską Jerzym I. Obraz ten wydaje się sztuczny i upozowany, ale jest to sposób pokazywania wydarzeń i świetnie dokumentuje powiązania miedzy oboma krajami. Inne obrazy w tym pomieszczeniu to m.in sceny marynistyczne pędzla Williama van de Velde starszego i młodszego, które są takie trochę nienaturalne i bez dramatyzmu, nawet te przedstawiające bitwy morskie.

Obraz, który wyraźnie odstaje od sztywności dworskiej to portret „Starej Kobiety” (matki artysty) autorstwa Rembrandta. Po pierwsze pokazana tu jest osoba w kwiecie wieku, czy nawet jesieni życia , obraz wydaje się dwukolorowy jasno – ciemny. Ciemne szaty niemal wtapiają się w ciemne tło i tylko jasność twarzy rozświetla ten obraz. Znawcy tłumaczą, że jest to blask wiedzy i doświadczenia płynący z wnętrza starszej kobiety. Ja lubię ten obraz, bo wydaje się, że jak dotkniemy to poczujemy włosy futra, które ma na sobie starsza pani. Na innej ścianie wisi kolejny obraz mistrza ciemności - portret Agathy Bas. Agatha była córką przedsiębiorczego dyrektora Dutch East India Company i rodzina ta należała do znamienitszych w Amsterdamie. Wyszła ona za mąż za kupca sukiennego z Flamandii Nicholasa van Bambeeck. Rembrandt namalował portrety ich obojga. Możemy tu podziwiać sztukmistrzostwo malarza, który wkomponował obraz w ramę namalowaną na obrazie, a Agatha wydaję się z tej ramy wychylać w naszą stronę. Wachlarz na spodzie obrazu wystaje poza namalowaną ramę, a także kciuk jej ręki opartej o ramę jest po naszej stronie. Intensywne spojrzenie kobiety patrzącej nam prosto w oczy też dodaje realizmu temu portretowi. Nie mówiąc już o koronkowej robocie w ukazaniu szczegółów wykończenia ubrania, jakie ma na sobie ta niewiasta, oraz ulotność jej kręconych włosów, które przy lada przeciągu pofruwają sobie. I znów gama kolorów ogranicza się do jasności i ciemności z dodatkiem żółci. 

W tej sali mamy też dwa obrazy jednego z moich ulubieńców - Davida Teniersa młodszego, malarza, którego odkryłam lata temu na wystawie w tym samym miejscu, a noszącej tytuł „Od Bruegla do Rubensa czyli flamandzcy mistrzowie pędzla”. Już wtedy spodobał mi się obraz „The interior of a Kitchen and Old Woman Peeling Turnips” (wnętrze kuchni i stara kobieta obierająca rzepy). Nie jestem pewna, czy to jest akurat kuchnia, bo żadnego pieca czy rożnu tu nie ma, ale jest pełno warzyw, trochę sera, sprzętów domowych w takim trochę bałaganie. Mamy nawet psa, bo na w większości tych domowych scenek mamy jakiegoś zwierzaka, psa lub kota. Główna bohaterka obrazu siedzi sobie na krzesełku z boczku, w rogu i obiera rzepy, po jej przeciwnej stronie cały ten warzywno-sprzętowy majdan, a w tle oparci o piec, chyba na jakiejś ławie siedzą klienci karczmy i dyskutują nad czymś. W drzwiach w tle wchodzi chyba karczmarz z kolejnym dzbankiem piwa. Taka scenka rodzajowa z życia sfer niższych. To pomieszczenie najbliżej nas jest rozświetlone oknem, przez które wpada światło, natomiast pomieszczenia w tle wydają się być przyszarzone. Po raz kolejny stałam i gapiłam się w ten obraz, starając się uchwycić każdy detal. Płótno to przedstawia pewien model czy schemat malowania, który podchwycony został przez wielu artystów w tym samym czasie, a następnie był on pretekstem do wariacji na temat scenek z życia  dla artystów w następnych stuleciach, jak malarz z przełomu XVIII i XIX wieku David Wilkie.

 

To tyle pierwszym pomieszczeniu, które daje nam przedsmak tego co zobaczymy w głównej sali. Tu dowiedziałam się że najsłynniejszym malarzem w tym czasie (XVII wieczna Holandia) był artysta, który gdzieś tam chyba mi mignął, ale nie został w głowie. I nie był to ani Rembrandt, ani Vermeer, ale uczeń Rembrandta - Gerrit Dou, zapoczątkował on trend znany jako  „Leiden Fine-Painters”  do którego należeli m.in Gabriel Metsu, Frans van Mieris i Godfried Schalcken. Malarze ci starali się w jak najwierniejszy sposób ukazać rzeczywistość na obrazach, detale, różne rodzaje materiałów z ich właściwościami o dokładności niemal fotograficznej.

Ciekawym dodatkiem do wystawy jest audio guide, bowiem oprócz wyjaśnień o obrazach mamy tu akompaniament z epoki, w wykonaniu uczniów królewskiej szkoły muzycznej. I tu gdzie mamy motywy muzyczne na obrazach możemy posłuchać  melodii w ich wykonaniu. Bardzo ciekawy pomysł.

Jest kilka motywów przewodnich: scenki z życia codziennego np. sceny targowe, kobiety przy czynnościach domowych , sceny muzykalne – gra na instrumentach itp. , panowie pojący kobiety, harce i hulanki, gry i zabawy. Artysta w każdym z obrazów chciał pokazać swoje umiejętności, grę światłem i cieniem, pokazywanie technik malarskich, stąd różne przedmioty i materiały na obrazach jak welwet, mosiężne dzbany, wiklinowe kosze, dywany, futra, drewniane meble, koronki, szkło, zwierzaki. Jeżeli się przypatrzymy obrazom tych samych malarzy to zaczynamy rozpoznawać rekwizyty, modelki a nawet suknie i odzienie w jakich zostały pokazane postacie.

Muzyka jest wszechobecna w życiu człowieka, teraz mamy radio, CD, i inne sprzęty do odtwarzania muzyki, wtedy każda rodzina musiała sobie sama tworzyć. Gra na instrumentach, śpiew to była forma spędzania czasu, dzieci uczyły się gry na instrumentach w domu od rodziny lub zatrudniano nauczycieli. Dlatego na tak wielu obrazach mamy przestawione scenki muzyczne, gdzie instrumenty są w użyciu lub stanowią tło do przedstawionej sceny.

Obrazem muzycznym, który tu rzucił się w oczy jest portret „A laughing Bravo with a Bass Viol and a Glas” – Hendrick ter Brugghen ( ja bym to nazwała Uchachany muzyk z violą i szklanką). Obraz ten został zakupiony już przez Karola I, więc pojawił się wcześnie w kolekcji królewskiej. Jest on szczególny ze względu na temat i wykonanie. Malarz ten studiował w Utrechcie, ale wybrał się w podróż do Włoch i chyba był jednym z pierwszych artystów na północ od Alp, który zetknął się z malarstwem realistycznym Caravaggia. Co pierwsze rzuca nam się w oczy to kolory, wydaje się, że mamy tu różne odcienie brązu oraz cielistość twarzy i ręki trzymającej szklanicę. Muzykant przerwał grę na instrumencie (Bass Viol) i trzymając szklankę napełnianą jakimś przezroczystym trunkiem, wydaje się rozmawiać z kimś, kto siedzi na lewo od nas – nie patrzy się na nas, ale gdzieś poza nas. To dale poczucie, że jesteśmy między nimi. Może ktoś prosi go o kolejny kawałek muzyki, może dziękuje za napitek, oczka mu się śmieją, a nos jest trochę czerwonawy, więc chyba wieczór jest udany. Sam instrument jest interesujący - viola da gamba to instrument strunowy smyczkowy, popularny w epoce renesansu i baroku. Miał on wiele odmian, ale czynnikiem łączącym był fakt, że nie posiadał on nóżki i był trzymany między kolanami (gamba – noga) Ta tenorowa były zbliżona wielkością do wiolonczeli, a dźwięk jaki wydawała był niski i ciepły.


Temat muzyczny porusza też Gabriel Metsu w obrazie „The Cello Player” . Mamy tu siedzącego wystrojonego muzyka z instrumentem poddawanym procesowi dostrajania i kobietę, schodzącą po schodach, trzymającą kartkę zapisaną muzyką. Schodzenie po schodach to też popularny motyw na obrazach, pokazanie ruchu i pofałdowanych szat to sposób na ukazanie swoich możliwości malarskich. Za siedzącym muzykiem mamy kolejny instrument muzyczny, wygląda jak ten wirginał od Vermeera. Mężczyzna czeka na kobietę, ma melancholijny wyraz twarzy, ona schodząc jest w niego wpatrzona. Stworzą duet  - ona na wirginale, albo nam zaśpiewa, a on na wiolonczeli ( tak wynika z tytułu ale ten instrument tu nie ma nogi). Piesek wchodzi na schody - też wyczekiwał swojej pani, wierny piesek. Nad mężczyzną był obraz w obrazie - postać nagiej kobiety za zasłoną w pozłacanej ramie, ale chyba artysta zmienił zdanie, bo zamalował tę cześć i tylko kontury czegoś wyłaniają się z szarego tła. Mamy tu też trzecią postać - wspartego na oknie na pięterku, smętnego drugiego mężczyznę. Może to odrzucony kochanek, może znudzony trzeci muzyk, który czuje się tu, w tym trójkącie, jak piąte koło u wozu. Co jest dodatkowo ciekawe, malarz się podpisał na tej kartce papieru w ręku kobiety.

Relacje damsko-męskie to temat pojawiający się bardzo często i Gerard ter Borch ukazuje nam popularny temat „A Gentleman pressing a Lady to drink” ( czyli Mężczyzna namawiający kobietę do picia). Ten artysta to bardzo ciekawa postać, dużo podróżował po krajach dzisiejszego Beneluksu, Niemczech, Francji, Włoszech, Anglii i może nawet Hiszpanii. Jego ojciec, który był poborcą podatkowym, w młodości pracował jako artysta we Włoszech i zachęcał swoje dzieci do rozwijania swoich talentów artystycznych. On wraz z rodzeństwem terminował w pracowni ojca, potem był czeladnikiem malarskim w Amsterdamie, należał do gildii malarskiej w Haarlemie, pracował ze swoim wujem Robertem van Voerstem - rytownikiem współpracującym z A van Dyckiem. Jednym słowem obracał się w ciekawym towarzystwie, a że miał oczy szeroko otwarte, dużo się nauczył. Ten obraz jest wyśmienity, jest na nim tyle detali, że nie wiadomo o czym najpierw wspomnieć. Po pierwsze wydaje się, że weszliśmy nieproszeni na tę intymną scenkę, on nalał jej może kolejny kieliszek wina. Pytanie jest gdzie jest jego szklanka, może piją z jednej. Patrzy na nią z takim oczekiwaniem, jakby sobie myślał, co sią stanie, jak już ona się napije. Ta ręka oparta na jej plecach, na krawędzi obszycia futerka i odsłoniętego ciała. Druga ręka wsparta na szyjce butelki wina – kurator wystawy podkreślał, że bardzo sugestywnie wsparta.  Jej ubiór, to białe futerkowe obszycie bardzo realistycznie przedstawione, niemal czuje się delikatne łaskotanie sierści. Drewniany stół i tkana kapa odsunięta na bok, widać na niej poszczególne włókna i frędzle, a na talerzu kawałki sera. Biały czepek kobiety, delikatne loczki włosów wymykających się spod niego i to niewinne przymglone trochę spojrzenie na tego jegomościa. Ja bym mu tam nie ufała, jego oczy są w cieniu  kapelusza, ma coś do ukrycia. Modelką tutaj była siostra malarza Gersina. Sceny o tej samej tematyce malowali też Vermeer, Jan Steen.  Czyżby to było nagminne zachowanie?

Tego artystę odkryłam na tej wystawie. Mówiąc odkryłam mam na myśli, że tak mnie zachwycił iż zapamiętałam jego imię. Jest nim Gerrit Dou. Na wystawie było kilka jego obrazów i każdy mnie oczarował, ale ze względu na rozmiar wpisu muszę się ograniczyć do jednego „The Grocer’s Shop” ( u sklepikarza z 1672 roku ).


Jak wiele jego obrazów o podobnej tematyce targowo– sklepikowej wkomponował on scenę w namalowaną kamienną „framugę” , u góry łukowatą, na dole z fryzem przedstawiającym dzieci bawiące się z koziołkiem w stylu modnego wtedy rzeźbiarza F. Duquesnoy oraz jakąś zasłoną (kurtyną) zebraną na jedną stronę. Sprawia to wrażenie jakby nam ktoś odsłonił scenkę z życia. Obraz ten ukazuje wnętrze sklepu, na pierwszym planie mamy sklepikarkę z klientka. Stoją one za tym fryzem, który mógłby być ladą w naszym rozumieniu, ale jesteśmy w głębi sklepu i obie kobiety są po drugiej stronie, za nimi mamy jeszcze osoby drugoplanowe. Sklep ten odzwierciedla zmiany ekonomiczno-społeczne, bo jego klientela to inni kupcy i sklepikarze, rzemieślnicy, artyści, przedsiębiorcy ( tu rozumiani jako osoby inwestujące i odkrywające nowe rynki, produkty, importy itp.). Jest to nowo tworząca się klasa średnia i to oni są klientami malarzy jak Gerrit Dou, i oni są przedstawiani na obrazach. Nie jest to zwykły sklep sprzedający jajka i chleb, mamy tu też towary egzotyczne jak cytryny na biało niebieskiej  azjatyckiej porcelanie. W koszu wiklinowym po lewej stronie są figi, które waży sklepikarka, a klientka, służąca z jakiegoś bogatego domu, wybiera wskazując palcem te, które chce kupić. Jest tu przełamany blok soli, stojący na kartce papieru, nad sklepikarką jest koszyk z jajami, ale nad jej głową wiszą suche gąbki, a obok powiązane makówki – z nich robiono syrop i często były przedstawiane w połączeniu z aptekarzami. Po prawej stronie stoi wsparte o krawędź ciasto imbirowe, pięknie dekorowane migdałami, wygląda jak wyszywana poduszeczka, a nie jak placek. Jest też tu szklany słoik przykryty czerwonym materiałem zawiązanym na szyjce, a w środku są słodycze. Scena ta jest dynamiczna, wiemy, że coś tu się dzieje, mamy tu opowiedzianą historyjkę, ale także w tle mamy akcję. Tam też się coś dzieje, kobieta wychodzi ze sklepu i w ręku trzyma dzban z kawą i to ona patrzy się nam prosto w oczy, czujemy się przyłapani na podglądaniu. Obok niej jest młody człowiek, któremu drugi sklepikarz kroi chleb.

Sklepikarka jest ubrana na biało-czerwono-niebiesko, czyli w barwy narodowe Holandii, nutka patriotyczna, bo obraz został namalowany w 1672 roku, a był to czas tzw. katastrofy Rampjaar  - republika była wtedy w stanie wojny z paroma wrogami m.in. Francją i Anglią i wybuchła swego rodzaju panika – banki, szkoły, teatry, sądy zostały zamknięte.

Gerrit Dou namalował obraz tak samo zatytułowany także w 1647 roku, ale tamten przedstawia prostszy sklep, sklepikarka też stoi z wagą, klientka przyszła też z cebrzykiem i część sprzętów jest ta sama i znów jest framuga kamienna na obrazie. a osoba na drugim planie patrzy się na nas. Wydaje się, że ten sklep z późniejszego okresu to ci sami sklepikarze, tylko jak już się dorobili, a ta kobieta sklepikarka to może być córka tamtej. Ja tak sobie lubię dorabiać historyjki do obrazu. Inny obraz targowo–sklepikowy tego samego malarza to „ The Butchers Shop” i tu znów klatka na ptaki, koszyk z kurą wydziobująco sobie ziarna z miski i ten sam fryz co w obrazie z 1672 roku. Sklepikarka zachwala zająca młodej służącej, może tej samej co z tamtego obrazu, tu teraz przyszła po mięsiwo dla swoich państwa. W metalowym wiaderku ma już jakiś zakup, chyba drobiowy, ale sprzedawczyni wydaje się zachwalać, że z tego królika byłby pyszny pasztet. Wiaderko jest metalowe, bardzo czyste, błyszczące i odbijają sią w nim rzeczy leżące na kamiennym cokole z fryzem.

Te elementy, te różne produkty, sól, słodycze, placek, makówki, kosz wiklinowy, tkaniny, pióra ptaków, futerko królika - tu malarz pokazywał swój kunszt. Są relacje biografów malarza, ludzi, którzy go znali, opisujące jego pracę, gdy siedział przez trzy dni z lupą i malował koniec miotły wielkości paznokcia. Malarz też starał się pracować unikając kurzu, czekał, aż on osiądzie lub pracował pod specjalnym parasolem, a wszystko po to aby oddać dany przedmiot jak najbardziej realistycznie. Jego kolega malarz i biograf był zadziwiony, że przy tak skrupulatnej technice pracy namalował on tyle obrazów. 

Chodząc po wystawie, przyglądając się jego obrazom starałam się znaleźć rekwizyty powtarzające się na obrazach i to była dodatkowa zabawa w spostrzegawczość.


Inny artysta Frans van Mieris the Elder (starszy) na obrazie „A Girl selling Grapes to an old Woman” (Dziewczyna sprzedająca winogrona starej kobiecie) pokazał nam handel obnośny, a nawet można powiedzieć obwoźny, bo dziewczyna ma taczki to przemieszczania towaru. Motyw sprzedaży jest bardzo popularny wśród kolegów z kręgów „Leiden finepainters”, zwłaszcza moment transakcji. Frans był uczniem Gerrita Dou i to bardzo dobrym uczniem, widać to w ślicznie dopracowanych detalach, jak wiklinowy koszyk, w którym dziewczyna trzyma winogrona, same winogrona są tak soczyste i świeże, że samemu by się je chętnie kupiło. Starsza kobieta, z twarzą pooraną upływem czasu i znojem życia, wychyla się przez górną część drzwi  swojej chaty z monetą w ręku, aby dopełnić transakcji. Młoda sprzedawczyni ma w jednej ręce koszyk z winogronami, w drugiej wagę. Ciekawa jestem co zostało kupione. Widać tu szkołę Dou -trawka na ziemi, owce, naczynia, szmata wisząca przy oknie, klucze wystające spod fartucha i ten ślimaczek na kamyczku z prawej strony. Po lewej stronie drzwi mamy słupek, który był większy, ale malarz zmienił zdanie i go skrócił. Starzenie się obrazu i utlenianie użytych farb sprawiły, że pierwotny zamysł wychodzi na wierzch. Pod koniec swojej kariery zaprzestał on malowania ludzi z pospólstwa, a zajął się bardziej wyrafinowanymi tematami.


W jego ślady podążył jego syn Willem  i mamy tematy typowe, ale portretowani są ludzie raczej z wyższych sfer jak np.na obrazie „The Neglected Lute”. Scena jest już raczej w pałacu, niż domu kupieckim, czy karczmie. Panna w stroju szlacheckim, sukni balowej niemalże, z tyłu służący wnosi kolejny przysmaki. Mężczyzna przy stole z dywanem czy kapą perską bardzo finezyjną, odsuniętą na bok, sięga bo karafkę z trunkiem. Kobieta pije z kieliszka, a drugi stoi na tacy, na wielkim talerzu mamy ostrygi. Pojawia się tu też zasłona podwinięta dla nas, jakby ukazując nam tę scenę, jak w teatrze. W tle za postaciami ledwo widoczne jest łoże z baldachimem. Kobieta trzyma kieliszek w bardzo dziwny arystokratyczny sposób, za samo dno, drugą rękę wsparła na lutni przy jej udzie.  Romantyczny wieczorek w arystokratycznym pałacyku? Szczerze mówiąc wole te ukazujące życie niższych sfer.


Na innym obrazie „An old Man and a Girl at a Vegetable and Fish stall” ( stary człowiek i dziewczyna w sklepie z warzywami i rybami) mamy kompozycję obrazu jak u G. Dou, z framugą zaokrągloną u góry i fryzem kamiennym przedstawiającym dzieci na dole oraz kurtyną z motywami owocowymi. Obraz powiela schemat, ale brak mu czaru jaki był w obrazach G. Dou, nie ma tu historyjki do opowiedzenia, tylko pozy. Detale cudne, mamy też żywego zwierzaka - szczurka (mysz)  ucztującego na pierwszym planie na jakimś jabłku. Siatka w której wiszą grzyby, odpryski na tynku, pęknięcia na fryzie, wyjedzone przez mole dziury na kilimku, frędzle, sznurek zawiązany w kokardę są bardzo realistyczne, a jednak czegoś tu brak. Zachwyciłam się detalami, ale potem wróciłam do obrazu G. Dou, bo tamten przyciągał, było w nim coś takiego, że nie można było od niego tak po prostu odejść.

the_interior_of_a_peasants_cottage_by_Adriaen_van_Ostade1

 

Kolejny obraz, nad którym się dłużej zatrzymałam to „The Interior of a Peasant’s Cottage” ( W chłopskiej chacie) pędzla Adriaena van Ostade. Znów wracamy na doły drabiny społecznej, ale trzeba przyznać, że chata jest dość przestronna, w oknach są szyby i choć wydaje się panować tu lekki bałagan, to chyba jest to pretekst do przedstawienia jak największej ilości przedmiotów wymagających pokazania swojej techniki malarskiej. Głównymi bohaterami tej sceny są kobieta i mężczyzna, jest to być może rodzina, ona trzyma dziecko na rękach i pokazuje mu szmacianą lalkę, drugie dziecko, chłopiec, siedzi na stołeczku za małym stolikiem i je coś z miski. Mężczyzna wpatruje się w swoją żonę i córkę, jedną ręką wsparł się na stole, na którym widać resztki posiłku (chleb, ser, obok na parapecie talerz z jakimiś kośćmi, szklanica z jakimś napitkiem może piwem ). Drugą rękę jakby chciał wyciągnąć w stronę kobiety i dziecka. Mamy też zwierzaka - pies prawie zagląda małemu chłopcu do jego miski. Na podłodze brud, porozrzucane przedmioty, kosz na zakupy, kosz z brudnymi ubraniami, jakaś gałązka może przywleczona przez psa. Z tyłu w tle mamy drzwi i osobę wchodzącą do pomieszczenia, tylko jako cień, ale potem się okazje, że za drewnianą przegrodą po prawej stronie obrazu jest jeszcze parę osób. Górna część obrazu to znany sposób na zwiększenie powierzchni gdzie można przechowywać potrzebne graty, taki pawlacz, a żeby nie było wątpliwości, że to schowek, jedne drzwi artysta zostawił otwarte. Wśród sprzętów mamy miotłę, chyba długo nieużywaną, skrzypce wiszące wysoko na ścianie i mały kibelek przenośny dla dzieci. Dużo się tu dzieje, a nawet jak się nie dzieje to sobie można dopowiedzieć i to, co było przed, i co będzie po. Na innym obrazie - „An eldery Couple in an Arbour”, wydaje mi się, że mamy tę samą parę trochę w późniejszym wieku, mężczyzna zachęca kobietę do picia, nalewając jej z metalowego dzbana wina do kieliszka, na przekąskę są gofry. Dzieci podrosły i można znów poczuć się młodo i poflirtować sobie jak za dawnych lat. Lubię sobie tworzyć historyjki przy obrazach i je łączyć ze sobą.

A_Courtzard_in_Delft_at_Evenign_a_Woman_spinning_by_Pieter_de_Hooch

 

Kolejny obraz to niepozorne płótno Petera de Hooch „A Courtyard in Delft at Evening: a Woman spinning” (Dziedziniec w mieście Deflt wieczorkiem: prządka). Jak podkreślał kurator ten obraz odbiega od tendencji pokazywania przedstawicieli klas niższych – służących, wieśniaków – w taki trochę negatywny sposób, jako leniwych, skorych do hazardu, hucznych zabaw, flirtujących. Na wielu obrazach mamy hulanki, swawole, błazenadę, a tutaj dwie pracujące kobiety. Jedna siedzi do nas tyłem i tak jest zajęta swoją pracą że nawet nie stara się zagadać młodej i zatrzymać jej na ploty. Młoda dziewczyna niesie wodę w dzbanie i wiaderku, ma skromnie pochyloną głowę, a może już tak jest zmęczona, że nawet nie chce jej się plotkować.

Drugim aspektem wyróżniającym ten obraz wśród zgromadzonych na wystawie, jest fakt, że scena rozgrywa się na zewnątrz i to jeszcze w pełnym słońcu, choć go nie widać, to jednak obraz jest taki słoneczny. Jest on bardzo konkretnie wmalowany w topografię miasta, prawdopodobnie współcześni malarzowi mogli dokładnie określić, gdzie to zostało namalowane - w tle za bogatym domem kupieckim widać Nowy kościół (Nieuwe Kerk), gdzie został pochowany założyciel Republiki Holenderskiej William the Silent (Cichy William), obok widać mniejszy Ratusz. Malarz przywiązywał dużą uwagę do detali, jak poszczególne cegły, listki na krzaczkach, dachówki, brukowany chodniczek, ale proszę zwrócić uwagę na cień na ziemi przy nosicielce wody. Jak spojrzymy na budynek to mamy tam jakieś drzewko, a na ziemi odbija sią komin. Ten komin tam był, jeszcze go trochę widać, ale artysta w pewnym momencie zmienił zdanie i zasadził drzewka, a komin pozostał tylko na ziemi.

404804

 

Ostatni obraz, o którym trochę więcej napiszę to „A Woman at her Toilet” (Kobieta przy toalecie - nie jest to obecne rozumienie toalety) pędzla Jana Steen. To znów jeden z moich ulubionych malarzy z tego okresu. Tym razem zabiera nas do rezydencji bogatej kobiety. Znów mamy framugę i tym razem sięgamy do klasyki, doryckie kolumny, fryz na górze, półokrągły luk wieńczący te drzwi do świata rozpusty. Po tej stronie mamy stałość symbolizowaną przez słoneczniki, cherubinek reprezentuje stałość w uczuciu. Drzwi są otwarte i proszę zwrócić uwagę klucz jest po naszej stronie. Co widzimy, oto kobieta siedzi na łóżku, ma biały czepek na głowie, rozpięty kubraczek obszyty futerkiem, jej pantofelki są na podłodze rozrzucone, a ona zdejmuje sobie pończoszkę patrząc się nam prosto w oczy. Nie wiem, czy nas kusi, czy raczej jest zirytowana, że ją podglądamy w tej intymniej scenie przygotowywania się do snu. Na stoliku stoi otwarta szkatułka z biżuterią, świeczka, a na łóżku zwinięta w kłębek śpi sobie psinka – musi być zawsze jakiś zwierzak.

Na progu leży lutnia z zerwaną struną – detale tu też zachwycają, jest otwarty zeszyt z nutami, może śpiewnik do tej lutni, a także czaszka opleciona winoroślą - śmiertelność czeka każdego z nas, a ziemskie przyjemności przemijają. Podłoga przykuwa uwagę, bo wzór szachownicy był bardzo popularny we wnętrzach, miał go na obrazach też Vermeer, G.Schalcken, P. de Hooch i właśnie Jan Steen, który go bardzo lubił. Widać, że wytyczył linie wcześniej, bo jak od linijki przebiegają one pod lutnią i dywanikiem przy łóżku. Jest tu gra obrazami, bowiem niektóre przedmioty mają podwójne znaczenie i używane kolokwialnie są obraźliwe dla kobiety. Słowa określające but, czy pończoszkę odnosiły się do kobiet, nocnik przy łóżku też wydaje się nam odkrywać trochę prawdy o temacie obrazu. Otóż kobiety lekkich obyczajów były nazywane piskousen (czyli obsikane pończoszki), a mamy tu i pończoszkę i nocnik. Jedna rzecz mnie zastanowiła, większość krytyków mówi, że ona tu nęcąco zdejmuje pończoszkę, a ja się patrzę na to i patrzę, i ja tak nigdy nie zdejmowałam rajstop – jak się zdejmuje to się ciągnie w drugą stronę, mi się wydaje, że ona tu zakłada tę pończoszkę, bo wydaje się ciągnąć w górę nogi nie w dół. W Amsterdamie jest jego obraz z tą samą kobietą w tym samym pomieszczeniu, ale z innego ujęcia. Ciekawe.

Gwoździem tej wystawy był oczywiście obraz Johannesa Vermeer „lekcja muzyki lub panna przy wirginale z kawalerem” ale o tym obrazie już pisałam kiedyś na blogu więc tam Was odeślę.

Wystawa ta kończy się 14 lutego w Galerii Królowej w Londynie, potem jedzie do Edynburga i tam będzie od 4 Marca do 26 Lipca, a potem we wrześniu wyjeżdża ona do Hagi. Zapraszam gdziekolwiek jest wam bliżej, bo jest się na co napatrzeć.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez Press Association.

wtorek, 09 lutego 2016

Jak co roku wybraliśmy się do Ogrodów Botanicznych w Kew na wystawę kwiatów tropikalnych.

anturium

Gwiazdami wystawy są oczywiście piękne, czarujące orchidea, ale co roku dorzucają coraz więcej innych tropikalnych kwiatów, można więc tu podziwiać  rośliny  owadożerne czy bromeliowate.

nepenthes dzbanecznik

bromeliowate

 

Tym razem w tle można było usłyszeć karnawałowe rytmy brazylijskiej samby czy rumby. 


cambria

Człowiek chodził i nie wiedział gdzie tu się patrzeć, takie cudeńka umieszczono na prawo, lewo i nad nami, aż bolała szyja od tego zadzierania głowy. 

Phalaeonopsis 

 phalaenopsis miraflore

 

phalaenopsis halcyon

 

Phalaenopsis fuller sunset

 

 Phalaenopsis starfish

 Phalaenopsis miraflore i starfish 

 Kwiaty te są czarujące, mają tak przeróżne formy, kolory i kombinacje, że trudno to wszystko zapamiętać i się w tym połapać. Nie jestem botanikiem i nie znam się na tych odmianach, typach itp., więc jeżeli któraś jest źle podpisana to przepraszam, ale kierowałam się tabliczkami pod roślinkami, choć czasem trudno było wyczaić, do którego kwiatka dana tabliczka się odnosi….

Vanda pachara delight


Oto parę fotek na zachętę, a dla tych co nie mogą się wybrać dla nasycenia oczu.

 miltonia?

 

 

laelia superbiens st josephs staff

 

 epidendrum nocturnum lady of the night

 

odontoglossum alliance

 

odontoglossum gold geyserland

  

dendrobium speciosum king orchid

 

 vanda

 

 

 zygopetalum

 

 

 

Brassia orange delight

 

scaphosepalum verrucosum ja to sobie naywałam zakapturzonym hooded orchid

 

 oncidium hybrydy

oncidium sweet sugar

 

 

phalaenopsis dazzling kizz 

 

phalaenopsis panda 

 

phragmipedium

 

 prosthechea cochleata

 Drugie gwiazdy tej wystawy to bromeliowate i te też są śliczne, często są hodowane jako rośliny ozdobne ale nie tylko, mogą też wylądować na talerzu.

ananas

Być może jedliście jedną z nich niedawno w jakimś deserze lodowym – chodzi tu o ananasa. To jest właśnie bromeliowata roślina, zwykła bylina jak podają encyklopedie, rośnie na ziemi i wystaje do góry właśnie tym pióropuszem. I można tu takie małe ananasowe podrostki zobaczyć.

Wystawa będzie w Kew do 6 marca 2016 roku. Ogrody otwarte są w czasie trwania wystawy do godziny 17:30, ostatnie wejście o 17. Proszę sobie zarezerwować parę godzin i radzę przyjść jak najwcześniej, bo potem to trudno się do niektórych kwiatków dopchać.

Ogrody są bardzo blisko stacji metra Kew Gardens na linii District i Overgraoundu, dojeżdża tam też autobus 65 i 391, można dojechać do Richmond lub Kew Bridge pociągiem i złapać któryś z tych autobusów.

Ceny biletów:

Dorośli – z darowizną £16,50  standardowy £15

Dzieci (4-16) - £3,50

Ulgowe (emeryci, studenci) – z darowizną 15,50 standardowy £14

Rodzinne(2 dorosłych i 2 dzieci) – z darowizną £37,50 standardowy £34

Rodzinny (1 dorosły 2 dzieci) – z darowizną £21, standardowy £19

Bilety kupione na stronie Kew Gardnes są o funta tańsze.

Jest też bliet sezonowy nazywany Przyjaciel Kew, który pozwala na wielokrotny wstęp dla osoby który to sobie wykupi. Ceny od £72.

czwartek, 04 lutego 2016

Oto część druga notatek z wystawy.

Część pierwsza jest tu: Celtowie  - sztuka i tożsamość - notatki z wystawycz 1 

 

W kolejnych gablotach przyglądamy się jak Celtowie i sztuka celtycka ulegały wpływom politycznym i kulturowym imperium rzymskiego, innych ludów napływających na ich tereny, nowej chrześcijańskiej religii.

 

Celts hadrians wall bowl ©Tullie House Museum Carlisle

Dekoracja emalią stała się specjalnością w Brytanii na początku pierwszego tysiąclecia oraz w okresie panowanie rzymskiego. Pojawia się ceramika rzymska dekorowana w sposób tubylczy. Mamy tu emaliowane naczynie z Ilam, z reliefem wymieniającym nazwy fortów po zachodniej stronie Muru Hadriana wraz z inskrypcją właściciela lub wytwórcy. Być może była to pamiątka z pobytu na Murze, być może wykonana dla żołnierza rzymskiego.  Dekoracja to kolorowy fryz, typowo celtycki motyw triskelionu (motyw trójnożny – trykwetr – złożony z trzech jednakowych elementów: ramion, spiral, meandrów). Po głębszym przyjrzeniu się dostrzegamy drugą interpretacją motyw klasycznego  „vine-scroll”  - ornamentu kartuszowo-zwijanego. To naczynie ilustruje połączenie stylów podbitego i najeźdźcy.


Hunterston brooch © National Museums Scotland, Edinburgh

Prawdziwe cudeńko to ta brosza z Hunterston. Biżuteria ta została wykonana ze srebra, złota i bursztynu, jej średnica to 12.2 cm.,  a długość szpili to 13.1cm. Datowana na 650-750 AD, została znaleziona na polu przez dwóch robotników w 1830 roku. Brosza jest srebrna, ale została ozdobiona złotym filigranem, drobne złote kuleczki tworzą fantastyczne poplątane stwory. Najbardziej interesujący element znajduje się na tyle tej ozdoby , mamy tu bowiem inskrypcję pochodzącą z X wieku, wyskrobaną runami stwierdzając że właścicielką jest Maelbrigte (gaelickie imię tłumaczone jako służka św. Brigidy).

Hunterston brooch © National Museums Scotland, Edinburgh

Brosza ta, to także przykład nowej sytuacji politycznej na wyspach. Wiemy, że po upadku Rzymu na tereny Brytanii dotarli Anglosasi, tworząc królestwa w południowej części. Taki typ broszki, znany jako celtycki lub penannular i pseudopennular, były charakterystyczne dla północy i zachodu Wysp, ale brak przerwy w podstawie broszy cechuje wyroby z Irlandii. Styl zdobienia natomiast wskazuje właśnie na warsztat anglosaski.

Mamy tu Chrześcijańskie imię zapisane runami Wikingów, na broszce zrobionej dla celtyckiego arystokraty, w anglosaskim warsztacie złotniczym. Niezła kombinacja.


St Chad gospel the Chapter of Lichfield Cathedral

To połączenie kulturowo-społeczne miało odzwierciedlenie w sztuce, nowy styl wyłonił się z tego pomieszania ludności i idei, nazwany on został Insular Fusion. Motywem przewodnim były spirale, węzły itp…, które  stały się znakiem rozpoznawczym w sztuce iluminacji manuskryptów wczesnochrześcijańskich tzw. celtyckiego kościoła ( Book of Durrow 650-700AD, St Chad Gospel 700-800AD, Gospel of St Matthew in the Lindisfarne Gospels  720AD ….)

 

Monifieth Cross 700-800AD © National Museums Scotland, Edinburgh

To kolejny przykład tego stylu, krzyż chrześcijański pokryty celtyckimi motywami dekoracyjnymi za pomocą jednej ciągłej linii splątanej tak, że można dostać oczopląsu. Rozmiar sugeruje, że był to krzyż nagrobny, a po drugiej stronie mamy piktyjskie  symbole oraz postać noszącą dużą brosze penannularną – atrybut wysokiego statusu społecznego.

Krzyż z Tully Lough  © National Museum of Ireland

Kolejny przykład tego stylu mieszanego, to rzadki przypadek zachowanego z tego okresu krzyża procesyjnego. Krzyż jest drewniany pokryty brązową koszulką, bardzo bogato zdobioną. Mamy tu spirale, zdobione guzy i postać ludzką otoczoną stworami.

Krzyż z Tully Lough  © National Museum of Ireland

Queen Mary’s Harp © National Museums Scotland, Edinburgh

Ten zabytek to XV-wieczny instrument muzyczny – harfa, jedna z trzech najstarszych zachowanych gaelickich harf. Nazywa bierze się stąd, że był to dar od królowej Szkotów Marii dla Beatrix Gardyn of Banchory, była ona przekazywana w rodzinie Robertsonów z Lude. Wiemy też, że syn Lady Gardyn miał wśród domowników w 1588 roku Antoniego McEwan McChlaiser (syn harfiarza). Ostatni harfiarz grający na tym instrumencie to John Robertson z Lude, zmarły w 1789 roku. Harfa została wykonana około 1450 roku w Argyll w Południowo-zachodniej Szkocji. Zrobiona z drewna i mosiądzu, wysokość 81.2 cm szerokość 51 cm. Znów patrzą na nas dziwne stwory: gryf, ryby, poplątane linie i roślinopodobne motywy z wplątanymi w to elementami chrześcijańskimi. Odkryto ślady farby - cynobru (vermillion – chińska czerwień), więc instrument ten musiał wyglądać jeszcze bardzie niesamowicie, gdy bard po posiłku zasiadał do gry w holu oświetlonym świecami i pochodniami  i śpiewał tęskne pieśni o przeszłości.

Celtowie zniknęli, ale ich duch przetrwał i został ponownie odkryty najpierw przez historyków, jak Geogre Buchanan, który w 1582 roku zidentyfikował starożytne plemiona Bretonów, Piktów i Celtów. Potem pojawiają się inne opracowania, sięgające do tekstów antycznych m.in. Juliusza Cezara. Pojawiają się fantastyczne teorie, że pierwszy Brytowie pochodzili od Fenicjan.  Potem w XVIII  stuleciu W. Stukeley przypisał Stonehenge i Avebury właśnie Celtom, określając miejsca te jako celtyckie świątynie.

Celtowie, druidzi, bardowie stają się tak popularni, że pojawiają się słynne „Pieśni Osjana”. Tak mocno wbiły się one w ludzką wyobraźnie, że nawet gdy prawda wyszła na jaw, nie osłabiły one fascynacji celtycką przeszłością. Popularne stają się ozdoby inspirowane stylem celtyckim, a celtyckie motywy przenikają do malarstwa. Dobrym przykładem jest obraz Johna Duncana „Riders of the Sidhe”. Mamy tu broń celtycką, końskie rogate czapki, tarczę w stylu tej z Battersea. Obraz przedstawia cztery skarby  Tuatha De Danann, nadprzyrodzonego bóstwa Irlandzkiego, a mamy tu  naczynie w rękach kobiety - to legendarny kociołek z Dagda, miecz z Nuada, włócznia z Lugh i kamień przeznaczenia Liath Faill.

© Dundee City Council (Dundee's Art Galleries and Museums)


Odżywają celtyccy herosi - Tewdig Mawr, Cuchulain, Caractacus i najsłynniejsza z nich Boadicea, która na rydwanie, (raczej rzymskim), mknie na wprost Big Bena. Obecnie Celtyckie tradycje otaczają nas i nawet pewnie z tego sobie nie zdajemy sprawy. Ja mam pierścionek, kupiony w sklepie z pamiątkami w Avebury, właśnie z motywem celtyckiego węzła, a większość z nas zna małego, ale bardzo zaradnego Celta o dużym sercu, którego przyjaciel z kolei ma wielkie rozmiary, olbrzymie mięśnie i ogrom siły, choć tyci móżdżek pełen dobroci – o kim mowa ? O Asteriksie i Obeliksie oczywiście. 

Wystawa przygotowana przez Muzeum Brytyjskie była otwarta do 31 stycznia 2016 w Londynie, potem jedzie do Szkocji do Muzeum Narodowego w Edynburgu i tam będzie można ją zobaczyć od 10 marca do 25 września 2016 roku.

Edynburg ceny i godziny otwarcia od 10 do 17.

Dorośli - £10 (bez darowizny £9)

Ulgowe (np.:studenci, seniorzy po 60tce) - £8 (bez darowizny £7.20)

Dzieci (12-15 lat) - £6.50 (bez darowizny £5.85)

Dzieci do 12 lat – za darmo.

Polecam, bo jest to uczta dla oczu i duszy.

wtorek, 02 lutego 2016

 

 

Oto kolejna wystawa przygotowana przez Muzeum Brytyjskie, koncentrująca się na społecznościach historycznych - niedawno byli Wikingowie. I znów cofamy się w czasy antyczne, aby prześledzić ten fenomenom pogańskiej kultury, która panowała w Europie przez setki lat. Zobaczymy też, co z niej przetrwało do naszych czasów.

Celtowie żyją w naszej świadomości i utożsamiani są z kulturami Irlandii, Szkocji, Kornwalii i Walii, a opisując ich tożsamość narodową często właśnie używa się określenia celtycki. Na Celtów patrzono inaczej w czasach antycznych, po upadku Rzymu, we wczesnym średniowieczu, okresie Romantyzmu i w czasach obecnych. Zmieniało sią pojęcie i definicja tej kultury. Na wystawie przygotowanej w kooperacji z Muzeum Narodowym Szkocji zostało zaprezentowanych 250 eksponatów ukazujących bogatą kulturę, technologię i spojrzenie na świat. Takie cuda tu były, że zapierało dech w piersiach. 

Nasza wiedza o Celtach i ich początkach w większości opiera się na znaleziskach archeologicznych, wiedza przekazana przez antycznych, greckich i rzymskich historyków jest pełna legend i dość luźnych informacji. Celtami nazywano ludność mieszkającą na północ od granic „cywilizowanego” świata, ludność zamieszkującą m.in.  tzw. Barbaricum. Grecy nazywali ich Celtami i mamy rzeźbę przedstawiającą umierającego Celta 250BC, natomiast Rzymianie znali i podbili Galów i kopia tej słynnej rzeźby przedstawia już umierającego Gala. Tu przypomniał mi się kawałek tekstu którego musieliśmy się nauczyć na łacinie „Gallia est omnis divisa in partes tres, quarum unam incolunt Belgae, aliam Aquitani, tertiam qui ipsorum lingua Celtae, nostra Galli appellantur. „ (Galia dzieli się na trzy części jedną zamieszkują Belgowie, drugą Akwitańczycy a trzecią po ichniemu nazywani Celtami a po naszemu Galami).

Holzgerlingen Statue  © Wüttembergisches Landesmuseum, Stuttgart.

Stajemy jednak oko w oko z Celtami, są tu bowiem wizerunki portretowe wykonane przez samych Celtów. Jest datowany na 500-400BC, dwutwarzowy posąg, wykonany z piaskowca z rogami - określanymi jako korona z liści. Jest to podobne nakrycie głowy, jak ze słynnej figury celtyckiego księcia z Glaubergu. Postać po obu stronach ma złożone ręce nad pasem. Choć centrum kultury Celtyckiej jest w Europie to dość dużo eksponatów było z Wielkiej Brytanii.

Brytania i Irlandia nigdy nie były określane przez starożytnych pisarzy jako Celtyckie narody, tu mieszkali Iceni, Caledonii, Picti itp.., choć były zauważane podobieństwa w kulturach tych narodów. Po upadku Rzymu Celtowie znikają z pisanej historii, ale przecież nie znikają z powierzchni ziemi. Średniowieczny historyk pisze o Gaels, Scots, Picts and Britons. Dopiero w okresie Renesansu uczeni odnajdują w starych manuskryptach słowo Celt i powoli określenie to wraca do świadomości historyczno–społecznej.  Rozpoczyna się poszukiwanie Celtyckich śladów, a wraz z rozwojem archeologii i nowymi odkryciami ( w XIX i XX wieku),  pojawia sią koncepcja sztuki i stylu celtyckiego, a także języka i kultury, która obejmowała ogromne obszary Europy.

Właśnie sztuka była elementem łączącym i wyróżniającym tę kulturę od sztuki świata antycznego.  Elementem przewodnim w tej sztuce były motywy fantastyczne, spirale, linie, rośliny pokręcone, węzły, animacja, itp., przy których to antyczne posągi wydają się być „nudne”. Choć znaczenia tych symboli już nie jesteśmy w stanie pojąc, to jednak przykuwa ona naszą uwagę i coś się w naszej duszy budzi. Obecnie nie patrzymy już na tę sztukę jako na prymitywną, której twórcy nie umieli oddać świata widzianego tak wiernie, jak artyści klasyczni. Ponieważ znamy już bogaty warsztat twórczy i skomplikowane technologie użyte do tworzenia, to widzimy tę sztuka jako opartą na symbolice, swego rodzaju abstrakcji, stylizacji, wizjonerstwu i bogatej wyobraźni.

Oto kilka przykładów zabytków jakie można  zobaczyć na wystawie.


Snettisham Great Torc   © The Trustees of the British Museum

Snettisham Great Torc, Norfolk 100-50 BC.

Wielki Torc (Torques)  z Snettisham, datowany na 100-50 BC, jest częścią skarbu znalezionego przez rolnika orzącego pole. Jest idealnym przykładem sztuki Celtyckie, jest śliczny, staliśmy przy nim długo zachwycając się finezją z jaką on został wykonany. Torc to taki otwarty naszyjnik o zdobionych zakończeniach, były one noszone przez kobiety i mężczyzn, a także dzieci. Ten tutaj został wykonany ze stopu złota i srebra, waży trochę ponad 1kg i ma 20 cm średnicy. Główny element składa się z 8 lin, każda także wykonana z 8 ręcznie wykuwanych drucików skręconych razem. Niesamowite jest to, jak wszystko jest dopasowane i identyczne, osoba która to wykonała była prawdziwym mistrzem.

Dwa zakończenia noszone na przodzie są puste w środku i zostały wykonane techniką na wosk tracony.  Wymodelowano je w wosku, potem oblepiono gliną i podgrzano topiąc wosk, wtedy wlano stop metalu. To co jeszcze bardziej podkreśla umiejętności twórcy, to fakt, że obie końcówki były od razu odlewane na resztę przedmiotu, na ten niezwykle pracochłonnie wykonany splot. Jeden błąd, cała praca na marne i trzeba zaczynać od nowa. Technika na wosk tracony to także gwarancja unikalności przedmiotu, ponieważ forma jest niszczona w trakcie produkcji, można wykonać podobny, ale nie taki sam egzemplarz. Motywy na powierzchni zostały wykonane ręcznie bardzo delikatnym narzędziem i jest to gąszcz linii, punktów i kół.


The Wandsworth Shield Boss, © The Trustees of the British Museum

Umbo z Wandsworth jest przykładem stylu popularnego na wyspach brytyjskich, będącego kombinacją innych stylów mi.in tzw. roślinnego i plastycznego. Dekoracja jest tu w formie reliefu wypukłego, a motywy wydają się zmieniać przed oczyma przybierając formy ptaków lub smoków. Na niby skrzydłach mamy wygrawerowanego ptaka oraz dwa stwory ptako-podobne. Ten motyw stworów w parach był popularny na przedmiotach uzbrojenia - jak pochwy mieczy i zawieszki przy pasach. Umbo to wykonane zostało z brązu, ma średnicę 33 cm a datowane jest na 300-200 BC.


Horned helmet from the Thames © The Trustees of the British Museum

Hełmy też były dekorowane, ciekawym eksponatem jest ten wyłowiony z rzeki Tamizy w okolicach mostu Waterloo. Jest niesamowity, bo ma dwa rogi, rozpiętość między rogami to 42,5 cm. Wykonany został z brązu i ozdobiony szkłem oraz motywami liniowymi roślino podobnymi, punktami , 6 studs (nakładkami – jednej brakuje), a datowany jest na 200-100BC. Zrobiono go z dwóch płacht brązu, łączone są one nitami na górze i po bokach. Po obu stronach, pod rogami mamy pętelki prawdopodobnie na pasek. Te nakładki (studs) były prawdopodobnie zaprojektowane do potrzymania szklanych lub emaliowanych elementów, które niestety się nie zachowały, a szkoda bo wyglądałby jeszcze bardziej fantastycznie.  W dekorowaniu zastosowano też technikę repusowania, czyli wybijania na zimno wgłębień, dających po drugiej stronie wypukły wzór.

Obok, dla porównania, był klasyczny grecki hełm - też ładny, ale nie przykuwający uwagi jak ten tu dziwoląg . To może wyglądać bardzo niepraktycznie, ale nie o to chodziło, taki hełm był na pokaz, miał zapewne imponować i zadziwiać. 


Blair Drummond hoard © National Museums Scotland, Edinburgh

Gdy w 2009 roku w Szkocji, na swojej pierwszej wyprawie z wykrywaczem metali, coś zabrzęczało Davidowi Booth, nie spodziewał się on, że jego odkrycie zostanie określone jako najważniejsze i najznamienitsze dla znajomości metalurgii epoki żelaza i wiedzy o Celtach. Trzeba tu pokreślić że zachował sią on jak nakazuje prawo i dobre obyczaje. Uzyskał pozwolenie na łażenie od właściciela pola, a potem po przybyciu do domu i umyciu znaleziska wypełnił formularz na stronie internetowej i wysłał zdjęcie do Scottish Treasure Trove Unit przy Muzeum Narodowym Szkocji.

Dr Fraser Hunter powiedział potem, że mało nie spadł z krzesła, jak to zobaczył. Już po trzech godzinach specjaliści przybyli na miejsce odkrycia. W czasie wykopalisk odkryto szczątki drewnianego okrągłego budynku.

Nie wiemy, czy był on ukryty w czasie jakichś niepokojów czy był to dar wotywny. Te cztery torci, jeden to tylko połówka datowane są na 300-100BC, i bardzo się od siebie różnią stylem i wykonaniem.

Torc był tradycyjną ozdobą w epoce żelaza w Europie i poza nią, ale pisarze klasyczni widzieli w nich znamię Celtów. Style były różne, czasem występowały na dużych obszarach, czasem bardzo lokalne. Idea tej ozdoby była powszechna, ale w różnych regionach rozwinęły się różne motywy ozdobne. Te z Blair Drummond świetnie odzwierciedlały ten trend. Dwa Torci, wyglądające jak skręcone złote wstążki, to typowy styl dla terenów Szkocji i Irlandii. Ten zachowany we fragmencie stylem pokrewny był ze skarbem z Fenouillet w południowo zachodniej Francji. Analiza metalu jednak wskazuje, że został on wykonany z materiałów lokalnych, naśladując Francuski styl. Powiedzmy, że jakiś tubylec poprosił mistrza złotnika o taki sam, jak ma któryś z sąsiadów. Czyli to styl został importowany, a nie przedmiot. Ostatni to jeszcze większy rarytas, forma jest typowa dla europejskiej epoki żelaza, ale łańcuszek do zapięcia i dekoracja ze złotych kulek, oraz skomplikowana technologia nawijanego w zwoje drucika, to jest technika rodem z obszaru śródziemnomorskiego. Wygląda na to, że w warsztatach leżących na terenie tzw. klasycznej Europy wykonano przedmiot egotyczny. Czy był on wykonany na zamówienie z tzw. obszaru Celtyckiego, czy był darem klasycznego kupca, dla ważnego klienta itp. , pojawia się wiele pytań. Ten skarb pokazuje nam wymianę, nie tylko towarową, ale także idei i stylów.

Według prawa to Korona ma prawo do wszystkich znalezisk archeologicznych w Szkocji, znalazcy nie mają prawa własności i muszą zgłosić każde znalezisko do właściwego urzędu - Scottish Treasure Trove Unite. Znalazca ma prawo do nagrody równej wartości znalezionego obiektu. Archeolodzy wycenili go na 462 tysiące funtów. Zastanawiam się, czy D. Booth nie spadł z krzesła jak się o tym dowiedział. Muzeum zaczęło zbierać pieniądze, dołożyła sią do tego specjalna Fundacja Sztuki (Art Fund) oraz dobrzy ludzie i udało się zebrać tę sumę, więc w marcu 2011 roku ten skarb został wpisany został do katalogów Muzeum Narodowego Szkocji. Dzięki temu można go zobaczyć i się nim zachwycać.

Te przedmioty są bardzo delikatne, można by powiedzieć ,że kruche z wyglądu, obok w gablotce był olbrzymi srebrny byczy torc (the silver bull-torc). Naszyjnik ten, znaleziony w Trichtingen W Baden-Württemberg w Niemczech, jest datowany na 500-50BC. Wykonany on został ze srebra i żelaza, a jego średnica wynosi 29,5cm. Ma on żelazny rdzeń i jest pokryty srebrną dekorowana blachą. Waga tej ozdóbki to 7 kilogramów, chodzenie z takim ciężarem to żadna przyjemność, więc był on raczej zakładany na specjalne okazje.

W jednej z sal była rekonstrukcja rydwanu z pochówku z Newbridge pod Edynburgiem. Było to pierwsze takie znalezisko w Szkocji i pochówek ten wskazuje na kontakty i wpływy kulturowe z Kontynentu,  jako że zwyczaj ten był bardziej typowy dla tamtych terenów Europy. Rydwan natomiast miał cechy typowe dla tubylczego produktu, był lekki, koła zostały wykonane w bardzo specyficzny sposób – obręcz została  zrobiona z jednego kawałka drewna, wygiętego w kształt koła. Następnie otoczono go rozgrzaną żelazną obręczą, która stygnąc, skurczyła się, dopasowując do drewnianej części. To jest typowo brytyjski sposób produkcji, nie praktykowany w tym czasie na kontynencie. Dzięki wnikliwej analizie archeologów możliwa była rekonstrukcja tego obiektu, której to dokonał R. Hurford i można było ten rydwan sobie obejrzeć na tej wystawie.

 

Torrs pony cap © National Museums Scotland, Edinburgh

Były też metalowe ozdoby, okucia i części rydwanów, ale jednym z bardziej spektakularnych elementów była ozdoba końska z Torrs datowana na III wiek BC.  Jest to „rogata czapka” i przeznaczona była dla rumaka, otwory przeznaczone były na uszy, nie oczy, a rogi wyginały się do przodu. Takiego rodzaju ozdoba na głowie konia jest widoczna  na monecie z okresu epoki żelaza, znalezionej w południowo-wschodniej Anglii. Przedmiot ten był wielokrotnie reperowany, czyli ktoś bardzo go sobie cenił lub lubił, rogi zostały przycięte i ponownie osadzone, być może kiedyś były to końce jarzma. Motywy ozdobne zostały na nim wykonane metodą repusowania oraz grawerowania, a zachowane zakończenie jednego rogu uważane jest stylizację głowy kaczki - płaskonosa zwyczajnego (wgłębienia po bokach to mogły być oczy, być może wykonane z koralu). W tych wygrawerowanych motywach można się też doszukać malutkiej ludzkiej twarzy.

Stwory o osobliwych kształtach pojawiają się też na ceramice, jak ta tutaj z Francji datowana na 150-100BC. W katalogu jest to określone jako „beer mug”, czyli naczynie do picia piwa. To co jest na nim przedstawione to chyba świat, jaki się widzi po dobrze zaprawionej imprezie. Można się tu dopatrywać jeleni z rogami, nogami i uszami, przeradzającymi się w skrzydła, kwiaty, czy pióra itd.


Battersea Shield © The Trustees of the British Museum

Rzeka Tamiza dostarczyła dość sporo zabytków celtyckich, a kolejnym jest tarcza użyta w wielu plakatach reklamowych tej wystawy. Jest to przedmiot wykonany z brązu, o wymiarach 78cm na 36cm, ważący prawie 3,5kg. Znaleziona ona została w latach 50-tych XIX wieku, w czasie oczyszczania dna rzeki przy budowie mostu w okolicach Chelsea. Pracujący przy tej budowie robotnicy znaleźli rzymską i celtycką broń oraz dużo szkieletów. Prawdopodobnie było to miejsce przekroczenia rzeki przez inwazyjne wojska Juliusza Cezara. Obecnie się uważa, że sama tarcza to wotywna ofiara, która znalazła się tam o wiele wcześniej, datowana jest ona na 350-50BC. Tarcza jest znów bogato dekorowana i nie wydaje się, aby była ona użyta w czasie bitwy, możliwe, że była to tarcza paradna. W dekoracji użyto repusowania, grawerowania i emalii. Ozdobiona została ona trzema wielkimi kołami, które z kolei są wypełnione ornamentami wyniesionych nad powierzchnię przeplatających się linii, kołami oraz 27 okrągłymi polami wypełnionymi czerwoną emalią, nałożoną tzw. techniką komórkową (cloisonne) – wypełnia się powierzchnie wydzielone drutem lub blaszkami. Mi by było szkoda taką piękną tarcze zabrać na bitwę, jeszcze by ją ktoś zniszczył. Te metalowe części były zapewne osadzone na drewnianej lub skórzanej tarczy, ale po tych elementach nie został nawet ślad.


Gundestrup cauldron © The National Museum of Denmark.

Dla mnie to była okazja zobaczyć jeszcze jeden słynny przedmiot, o którym wielokrotnie czytałam i widziałam na zdjęciach, ale tym razem mogłam temu cudeńku przyjrzeć się na własne oczy. Mowa tu o słynnym Kotle z Gundestrup. Jest to unikatowe znalezisko z torfowiska na Jutlandii. Znaleziony przypadkowo w czasie kopania torfu w 1891 roku. Składa się on z 13 części: okrągłej, pięciu długich prostokątów i 7 krótszych prostokątów, ( ósmy się zgubił). Rok później S. Müller dokonał rekonstrukcji kotła. Ma on 69cm średnicy i 42cm wysokości i został wykonany ze srebra (97%), był częściowo pozłacany. Datowany jest na 150-50BC. Okrągła podstawa została wystukana z blachy srebrnej. Na siedmiu panelach mamy reliefy przedstawiające na 4 męskie na 3 żeńskie „bóstwa”, wszystko została wymłotkowane, użyto tu repusowania, techniki embossing – wzór dopracowywano po drugiej, wypukłej stronie . Mamy tu brody, fryzury, biżuterię, torci, fantastyczne zwierzaki, jak skrzydlate konie i smoki lub koniki morskie (jak kto woli), psy, ptaki, lwy.

Gundestrup cauldron © The National Museum of Denmark.

Wewnętrzne 5 paneli to jeszcze bardziej złożone ilustracje, może opowiadają jakąś historyjkę lub mit. Mamy tu znów postacie ludzkie z potworami nie z tej ziemi, centkowane słonie, skrzydlate pół konie – gryfy, są tu postacie w hełmach z rogami. Mamy węże , zwierzęta drapieżne centkowane, są wojownicy z tarczami i muzykanci grający na instrumentach carnyx – taka trąba wojenna.

W jednej z gablot były takie instrumenty z Deskford i Tintignac, a przez słuchawki można było sobie posłuchać dźwięku jaki one wydawały.

Na jednym z obrazków mamy człowieka siedzącego na jakimś morskim stworzeniu.

Są schodki i platforma, aby można sobie wszystko zobaczyć, zwłaszcza spód kotła, bo jest tu umierający byk, figurka wojowniczki z mieczem i trzy psy - jeden biegnie, drugi się przyczaił, a trzeci zwija się z bólu.

Jest to niesamowity przedmiot, który choć jest utożsamiany z Celtami, znaleziony został poza znanym światem celtyckim. Wyprodukowany został w południowo-wschodniej Europie (tereny obecnej Bułgarii lub Rumunii). Tam, nad Dunajem, grupy celtyckie spotkały się z tradycjami trackiej sztuki, zwłaszcza w przedstawianiu zwierzęcych detali. Mamy tu elementy typowo Celtyckie, jak carnyx, czy bóstwo trzymające koło, ale pojawiają się zwierzęta z innych kontynentów –słoniowate, czy postacie w pozach dziś znanych u nas z zajęć jogi. Przedmiot ten to przykład kontaktów i związków nie tylko europejskich, ale i międzykontynentalnych. Wykonany w jednej części Europy, łączący elementy Celtyckie, Trackie i Azjatyckie, a znaleziony na północy Europy. Rarytas, i dla niego samego warto jest się wybrać na tę wystawę. Ja łaziłam naokoło oglądając go przed długi czas, a i tak mam niedosyt.

spód kotła - Gundestrup cauldron © The National Museum of Denmark

No i się okazało że cały wpis się nie zmieści i trzeba podzielić więc druga część nastąpi... 

 

sobota, 23 stycznia 2016

Przez cztery dni, wieczorami ludzie wylegali na ulice, aby popatrzeć na światełka. W czterech strefach można się było napatrzeć na różnego rodzaju instalacje świetlne. Cztery wieczory, aby przyciągnąć ludzi do Londynu w okresie posuchy turystycznej, bo gorączka świąteczna i noworoczne wyprzedaże już za nami. Chyba się udało, bo w sobotę 16 stycznia zamknięto na jakiś czas stację King’s Cross, tak była zatłoczona chętnymi na obejrzenie zimowych iluminacji. My wybraliśmy się w niedzielę pod Opactwo w Westminsterze i właśnie na King’s Cross.

Pod budynkiem opactwa przestaliśmy chyba godzinę, przytupując z zimna z resztą tłumu, to był ten mroźny weekend w Londynie. Mój ukochany cierpliwie robił zdjęcia i ja też, a zachwytom nad efektem rzucania kolorów na budynek nie było końca. Fasada wyglądała niesamowicie, nagle wszystkie postacie ożyły, szaty nabrały kolorów, wyłoniły się cienie i fałdy na odzieniach. Cuda-wianki co staramy się pokazać na paru fotkach z tego dnia.


 


 

 


Na King’s Crossie było już bardziej nowocześnie i abstrakcyjnie.


Były suknie w ciemnych witrynach.

 


Była świetlna osoba skacząca do sadzawki.

 


Kropki ułożone w postacie zmieniające kształty na ścianie byłego budynku gimnazjum.

 

I był na ścianie wielkiego magazynu pokaz Cyrku Świetlnego, na murze latały autobusy, dziwni człeko-zwierzo-atleci, lisi błazen, pojawił się wielki dzban do herbaty itp.

 


 


 

 

  

Zabrakło nam czasu na pójście w inne miejsca, może w przyszłym roku, bo chyba impreza się udała. Ludzi było sporo, knajpy zarobiły chyba na tym, podobnie jak sprzedawcy różnego rodzaju świetlistych zabawek, więc może ta idea wróci za rok.

piątek, 22 stycznia 2016

 

Poszliśmy na kolejną edycję tej wystawy, naszą 5-tą, bo stało się to chodzenie taką naszą zimową tradycją. Oboje lubimy przyrodę i fotografujemy trochę, mój ukochany to prawdziwy pasjonat i więcej wie o tej całkiem miłej zabawie, niż ja.  Relacje z poprzednich edycji znajdziecie tu: „Przyroda w fotografii wystawa konkursowa edycja 22” oraz „ Przyroda w fotografii wystawa konkursowa”, Wildlife photographer of the year 2013 relacja z wystawy konkursowej.” , a ubiegłoroczna w „Wildlife photographer of the year 2014.”.

Konkurs jest organizowany przez Muzeum Historii Naturalnej i BBC. Jest otwarty dla wszystkich. Zgłoszenia są przyjmowane od 2 stycznia do 25 lutego, a potem panele sędziowskie muszą zdecydować o nagrodach.

Detale jak się zgłosić są na tym linku: http://www.nhm.ac.uk/visit/wpy/competition.html

Jest 16 kategorii dla dorosłych, 3 kategorie wiekowe dla osób poniżej 18 roku życia. Jest jeszcze czas, więc aparaty w dłoń i dalej na pola, łąki, w góry, nad wodę i do lasu, bo nawet jak nie zdążycie na tę edycję to jest zawsze następna. Miłoby było zobaczyć wśród 100 finalistów jakieś polskie nazwisko.

Początki tej wystawy były skromne, bowiem na pierwszy konkurs w 1965 roku nadesłano 500 zdjęć, obecnie liczba zdjęć sięga 40 000. W pierwszej edycji były 3 kategorie. Obecnie kategorie dla dorosłych są podzielone tematycznie, a dziecięce wiekowo. Są też nagrody za portfolio i fotoreportaż. Pozmieniano też nazwy i pogrupowano kategorie, nie jestem do tych zmian przekonana. Wydzielono Earth’s Diversity czyli Różnorodność Ziemi z podziałem na : Ssaki, Ptaki, Płazy, Gady i Ryby, Bezkręgowce, Rośliny i Grzyby. Mamy też Earth’s Environments (Środowisko Naturalne) z kategoriami: Land (Krajobraz), Urban (Środowisko Miejskie), From the Sky ( Z Powietrza) i Under Water ( Pod Wodą). Znów jest Earth’s Design (Kreacje Ziemi) z Detalami, Czarno Białe, Impresje. No i jest jak w ubiegłym roku The TimeLapse, czyli seria zdjęć pokazująca zmiany w krajobrazie lub zachowania zwierząt.

 

Zwycięzcą tej edycji wystawy zostało zdjęcie „ A tale of two Foxes” (Opowieść od dwóch lisach),  którego autorem jest  Don Gutoski. Don jest lekarzem z zawodu, ale pasjonuje się fotografią od wieku nastoletniego. Interesuje go zachowanie zwierząt w dzikich rejonach jego rodzinnej Kanady oraz w innych regionach świata. Mieszka w południowym Ontario na 40-hektarowym rezerwacie przyrody, który sam utworzył. Dwa lisy na zdjęciu to rudy i arktyczny, oba polujące na małe ssaki, i przy ociepleniu klimatu ten rudy coraz bardziej się zapuszcza na północ. Lisi kuzyni nie tylko są dla siebie konkurencją w zdobywaniu pożywienia, parokrotnie zauważono rudego polującego na białego, choć generalnie oba rodzaje unikają siebie nawzajem. Zdjęcie zostało zrobione w Kanadzie, w Parku Narodowym Wapusk niedaleko Przylądka Churchilla, w zimie gdy temperatura spadła do -30°C. Wcześniej z daleka Don widział, że rudy coś gania, potem zauważył, że mniejszy arktyczny lisek jest nieżywy. Przez 3 godziny siedział i obserwował jak rudy ucztuje, aż w końcu lisek zdecydował się odnieść zdobycz i zatrzymał się, aby ją lepiej chwycić. Wtedy Donowi udało się pstryknąć tę zwycięską fotkę. Podobno były jakieś kontrowersje wokół tego zdjęcia, ale jest ono niesamowite, ze względu na kompozycję, biel, rudość i czerwień krwi. Smutna historia ukazująca walkę o przetrwanie.

 

© Don Gutoski „ A tale of two foxes”

W kategorii Młodego Fotografa wygrał Ondrej Pelanek i jego fotka “ Ruffs on display”. Zdjęcie zrobione w Norwegii  przedstawia ptaki bataliony w czasie walk godowych. Mnie bardziej się podobała wiewiórka przy misce z wodą Carlosa Pereza Naval, czy patrzący się prosto w obiektyw goshawk (jastrząb zwyczajny) Liina Heikkinena.

Nagrodę za portfolio otrzymał Audun Rikardsen z Norwegii. Jest on profesorem biologii na Uniwersytecie w Tromsø, znanym też jako najbardziej na północ wysunięty uniwersytet, czy uniwersytet arktyczny. Wychował się on w rybackiej wiosce w północnej Norwegii i zawsze go fascynowała przyroda nad i pod wodą. Zaczął fotografować w 2009 roku koncentrując się na przyrodzie w rejonie Tromsø, zdobył uznanie wśród fotografów rejonów arktycznych, a teraz ta nagroda – jak wisienka na torcie w jego karierze. Audun uważa, że fotografowanie to rejestrowanie wspaniałych chwil i pokazywanie innym cudów świata natury w nadziei, że będzie to dla ludzi inspiracją do troski o środowisko naturalne. Jego zdjęcia są super, bajeczne i magiczne, ale i z humorem. Wybrałam jedno zatytułowane „Deep sleeper” .

 

© Audun Rikardsen „Deep Sleeper” czyli w głębokim śnie.

Pewnej nocy otrzymał on telefon, że coś dziwnego się unosi w fiordzie przy Tromsø, była godzina 1 w nocy, ale że to było lato, było widno i nie miał on problemu z lokalizacją dziwnego stworzonka. Był to gość z Arktyki „bearded seal”  (foka brodata – fokowąs brodaty) śpiący snem bardzo twardym, unosił się na wodzie dzięki nabranemu w gardło powietrzu, jak boja. Musiał tak sobie spać już jakiś czas bo jego wąsy znajdujące się nad wodą zdążyły wyschnąć i zwinęły się uroczo w stylu Poirot’a.  Audun leżał na brzuchu i robił zdjęcia, gdy foka otworzyła oczy i spojrzała na niego, i z powrotem zasnęła, nic się nie przejmując. Inne jego zdjęcia, które nas zachwyciły to Dark Dive czarny koniec ogona humbaka, czy wizja orła morskiego z podwodnej perspektywy.

 

Wśród Płazów i Gadów spodobała nam się zwycięska fotka Edwina Giesbers’a pt. „Still life”  - martwa natura. Mamy tu great crested newt (traszkę grzebieniastą), która lubi sobie dryfować w wodzie bez ruchu. Sam Edwin w skafandrze do nurkowania czatował sobie pod wodą i właśnie mu się taka traszka nawinęła nad aparat. Samiec właśnie wziął oddech i prawdopodobnie rozgrzewał się pod powierzchnią wody w ten zimnawy kwietniowy poranek. Sylwetka traszki cudnie się komponuje z konturami bezlistnych drzew. Traszka ta jest zagrożona azjatycką grzybicą skóry, podobną do tej choroby, która dziesiątkuje żaby i ropuchy na całym świecie. Naukowcy boją się, że może ona podzielić los salamandry plamistej zagrożonej wyginięciem w Holandii.


© Edwin Giesbers "Still Life"

W tej samej kategorii zachwyciła nas fotka „Komodo Judo” autorstwa Andrey’a Gudkowa. Wygląda ona jak ilustracja filmu fantstyczno –naukowego, dwie godzille walczące ze sobą. Rzecz się dzieje w Parku Narodowym Komodo w Indonezji, a tu żyją największe ziemskie jaszczury Komodo dragons - warany , choć wyglądają one jak nieziemskie stwory. Andrey już parę razy był w tym parku właśnie w nadziei, że uda mu się sfotografować walkę smoków. Szczęście się do niego uśmiechnęło w czasie tej wizyty, znalazł dwa jaszczury na wyspie Rinca, które na siebie syczały w złości. Nagle oba stanęły na tylnych łapach i podpierając sią ogonami natarły na siebie, i tak oto mamy to zdjęcie smoczego tanga na krawędzi. Smoki powalczyły, aż jeden przewrócił drugiego na łopatki i potem się rozeszły zostawiając nam to zdjęcie żywcem z parku jurajskiego. Super.


© Andrey Gudkov "Komodo Judo"  

W kategorii Bezkręgowców spodobało nam się zdjęcie „Beetle beauty and the spiral of love” Javiera Aznara Gonzalesa de Rueda’y. Javier szukał gadów i płazów na zboczach wulkanu Tungurahua w Ekwadorze, gdy wpadły mu w oko te niezwykłe żuczki będące w okresie godowym. Te urocze stworzonka baraszkują przez bardzo długi czas i samiec odgania każdego rywala, co dało szansę Javierowi na odpowiednie przygotowanie i użycie dwóch dyfuzorów do rozpraszania światła – jak mówi mój ukochany aby „zmiękczyć” światło. Ciekawostką jest, że samica wierci dziurę w łodydze rośliny i tam składa zapłodnione jaja, w ten sposób larwa po wykluciu jest chroniona i ma jedzenie pod nosem. Kolor pancerza jest niesamowity. Metaliczna tęcza, powodowana światłem załamującym sią na chitynowych warstwach, daje efekt ochronny. Robi wrażenie, jakby to była kolorowa kropla wody, a nie potencjalny obiad dla jakiegoś głodnego ptaka czy innego stworzonka.

 

 

©“Beetle beauty and the spiral of love” Javier Aznar Gonzales de Rueda

Wśród ssaków zauroczył nas zając zimową porą “Snow hare”, uchwycony aparatem przez Rosamund Macfarlane. Siedzi sobie na śniegu przyczajony, czy nastroszony, z jedną łapką podniesioną jakby do nas machał. Rosamunda marzyła o sfotografowaniu górskiego zająca w zimowym futerku. Z przewodnikiem wybrała się ona w góry szkockie Cairngorms i brnąc w śniegu udało im się natknąć na zajączki przycupnięte w zagłębieniu terenu. Przez parę godzin leżała ona w śniegu obserwując te futrzaki. W końcu gdy zgłodniały i zaczęły szukać czegoś na przegryzienie grzebiąc w śniegu, udało się jej cyknąć tę fotkę. I tak oto mamy ten uroczy portrecik zajączka w śniegowym futerku.


 © Rosamund Macfarlane "Snow hare"

W kategorii Ziemia przykuło nasze spojrzenie na dłużej zdjęcie „Collage of sand” (kolaż z piasku) Timo Liebera, właśnie ze względu na uchwycone kolory i strukturę piasku. Timo wybrał się w poszukiwaniu piękna i trudnych warunków na pustynię Rub’ al. Khali (the empty quater – czyli pustkę) na półwyspie arabskim. Na terenie tym, o obszarze większym niż Francja, rocznie spada 3 centymetry deszczu a temperatura sięga 51°C. Pod powierzchnią jest pełno ropy i gazu, ale na powierzchni przy tych warunkach nie ma osadnictwa, jest pustka i tylko czasem na obrzeżach pojawiają się Beduini. Timo został odstawiony na miejsce przez lokalnego przewodnika i obozował sobie przez parę dni szukając inspiracji. Ta fotka genialnie ukazuje czar i grozę pustyni, ten różowy piasek jest bardzo bajkowy, ale warunki w jakich go można zobaczyć raczej zabójcze. W tej kategorii było bardzo dużo zdjęć, które nam się podobały, obok wisiała łąka z zachodnich Węgier cała pokryta jedwabnym obrusem wytkanym przez pajączki dla kontrastu do suchości pustyni.  Nie mogę ich wszystkich tu pokazać, więc gorąco zachęcam do pójścia na wystawę.


© Timo Lieber "Collage of sand" 

W kategorii Miasto dużym zaskoczeniem jest tu zdjęcie, na którym wydawało mi się że jest zamieć śnieżna, dopiero po przeczytaniu opisu, okazało się, że są to owady jętki. Lisy w mieście pojawiają się dwa razy, wygrało właśnie zdjęcie lisa, a raczej jego cienia.

Wśród Detali ujęło nas swoją prostotą i fantazją zdjęcie „ The meltwater forest”  (topniejący las) zrobione przez Fran Rubia. I tak oto, błotko poroztopowe może zostać przekształcone w sztukę. Fran był na Islandii i tam pod nogami zauważył wodę z roztapiającego sią lodowca na wulkanie Vatnajökull. Gdy zaczęła ona malować fantastyczny krajobraz, czekał cierpliwie na odpowiednie światło i uchwycił ten magiczny moment, gdy przed oczami wyrósł nam las i rzeki. Drzewa wydają się wstawać jak w książeczkach dla dzieci (tzw. pop up books), gdy po otwarciu strony mamy naklejone elementy, które powstają tworząc trójwymiarowy obrazek.  Zdjęcie nie z tego świata,  po prostu fantastyczne.


© Frank Rubia „ The meltwater forest”

W kategorii Impresje było parę interesujących fotek, na jednej ptak wlatywał przez stary obraz, na drugiej mamy obraz jak namalowany, poziome pasy różnego koloru – kompozycja z plaży morskiej. Nam przypadła do gustu cała zielona fotka liścia z dziurką przez którą zagląda kameleon widzimy jego oko i cień na liściu. Autorem tego zdjęcia jest Juan Jesus Gonzales Ahumada, który uchwycił tego gada w rodzinnej Andaluzji. W połowie lutego o poranku, gdy słońce już świeci, ale jeszcze jest chłodek i kameleony są mało ruchliwe, cierpliwie czekał z dziurawym liściem, aż któryś się nawinie przez obiektyw. Kameleony mają bardzo ostry wzrok i każde oko rusza się niezależnie od drugiego. I ten ciekawski gadek zagląda przez dziurkę, sprawdzając co tu się dzieje i świetnie się jego cień wtapia w strukturę liścia. Fajnie to wygląda.

 

© Juan Jusus Gonzales Ahumada „ The texture of life”

Zdjęcia w kategori fotoreportażu znów ukazywały nam zagrożone gatunki i okrucieństwo człowieka wobec zwierząt, drapieżniki w cyrku, słonie w świątyniach przywiązane łańcuchami i oczywiście kłusownictwo w Afryce, gdzie walka z handlarzami kością słoniową wydaje się być walką z wiatrakami -  paru strażników z Parków Narodowych uwiecznionych na zdjęciach już nie żyje, zostali zamordowani.

Connor Stefanison został ogłoszony wschodzącą gwiazdą za swoje portfolio. To specjalna nagroda dla fotografów w przedziale wiekowym 18 – 25 lat. Robi fajne zdjęcia zwierzaków, ma fajnego czarnego kruka kroczącego po zasypanym śniegiem krajobrazie, czy niedźwiedzia, który przez przypadek uwieczniony został przez jego aparat w zastawionej na skunksa „pułapce fotograficznej” .

W kategorii The TimeLapse były dwie prace: zwycięska pokazująca zachowania plażowe tzw. ghost crab – który buduje nocą tunele i zamki na piasku, a potem przypływ mu to wszystko ładnie niweluje, aby miał znów zajęcie na noc. Druga kompozycja to niemal reklama dla krainy w Wielkiej Brytanii Dartmoor – nazwana humory Dartmoor – mnie zachęciła do przyjazdu w tamte strony.

Wystawa ta do 10 kwietnia mieści się w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie – najbliższa stacja metra South Kensington.

Ceny

Dorośli : £13 lub £15 z darowizną

Dzieci (lata 4-16) : £7,50 lub 6,75 z darowizną

Ulgowe (studenci, emeryci) : £7,5 lub 6,75 z darowizną

Rodzinne (max 2 dorosłych i 3 dzieci) : £41 lub 36,90 z darowizną

Darowizna to dobrowolna dopłata.

Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, jest jak zwykle co oglądać i czym się zachwycać.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez dział prasowy Muzeum Historii Naturalnej. 

 

Wystawa będzie też objeżdżać Wielką Brytanię więc miejcie oczy szeroko otwarte bo może zawitać do waszego miasta.

Oto parę dat i miejsc

Bristol do 10 kwietnia 2016 w M-Shed

Chelmsford do 14 lutego w Chelmsford Museum

Gloucester do 13 marca w Nature in Art.

Coventry od 5 lutego do 10 kwietnia w Herbert Museum and Art. Galery.

Przyjedzie też do Polski i znów parę dat i miejsc ale sprawdzajcie w waszych miastach i galeriach.

Toruń w Centrum Nowoczesności do 7 lutego

Mińsk Mazowiecki w Museum Ziemi Mińskiej od 12 lutego do 6 marca

Bielsko-Biała w Galerii Bielska BWA od 12 marca do 5 kwietnia

Bytom – Muzeum Górnośląskie od 9 kwietnia do 8 maja

Sopot w Państwowej Galerii Sztuki od 13 maja do 19 czerwca

Szklarska Poręba – Centrum Edukacji Ekologicznej od 24 czerwca do 24 lipca.

sobota, 16 stycznia 2016

 

 

Magna Carta ma już 800 lat i z tej okazji Biblioteka Brytyjska urządziła wystawę ukazującą nam historię powstania tego dokumentu, jego znaczenie i dziedzictwo. Na wystawie można było zobaczyć dwa z czterech zachowanych oryginałów, a także dokument zwany „Articles of the Barons”, który był spisem roszczeń możnych wystosowanych do króla Jana (King John), „Petition of Right” z 1628 roku i „the English Bill o Rights” z 1689 roku, zęby króla Jana, kość jego palca, fragmenty szat z jego grobu, testament króla Jana i wiele innych interesujących eksponatów, a także wielkie tłumaczenie Magna Carty na angielski wypisane na całej ścianie. 

king john bone © British Library

Magna Carta obrosła legendą, stała się dokumentem uważanym za podstawy demokracji, wolności i praworządności. Jeden z brytyjskich polityków, prawników i sędziów Lord Thomas Bingham (zmarł w 2008) roku stwierdził, że „ niezwykłość Magna Carty polegała nie na tym, co tam było napisane, ale na tym, co późniejsze pokolenia uważały i wierzyły, że zostało w niej zawarte.” Bardzo mi się to stwierdzenie spodobało.

Magna Carta to w sumie tzw. „charter” (dokument prawny) spisany na pergaminie z owczej skóry, jeden z wielu wydanych i spisanych w średniowieczu. Jest to umowa między baronami a królem Janem, swego rodzaju spis obietnic i ulg.

Większość odnosiła się do średniowiecznej prawno-obyczajowej rzeczywistości świata możnych, a nie całego społeczeństwa. Magna Carta miała umożliwić możnym większe wpływy i ograniczyć władzę króla. Król Jan miał to nieszczęście, że był synem Henryka II i bratem wspaniałego Ryszarda Lwie Serce i na ich tle wypada, jako jeden z najgorszych monarchów zasiadających na tronie Angielskim.

Wystawę zaczyna krótki rys historyczny o prawach i zwyczajach panujące na Wyspach Brytyjskich, poczynając od praw anglo-saskich w postaci manuskryptu z XI wieku „The Old English Hexateuch” , kodeksu króla Cnuta (Kanuta Wielkiego), charteru Koronacyjnego króla Henryka I, w którym m.in. król zobowiązywał się utrzymywać dobre prawa i walczyć z nieprawością w swoim królestwie. Mamy tu też manuskrypt pt. „Koszmary Henryka I” . Gdy ów król zaniedbał sprawy królestwa, nawiedziły go koszmary, więc poprzysiągł poprawę, a po przeżytym na morzu sztormie obiecał zaniechać zbierania tzw. duńskiego podatku przez 7 lat i utrzymywać sprawiedliwość.

archbishop Walter slipers Canterbury Cathedral © British Library

Jednym z ciekawszych eksponatów w tej części wystawy są szaty liturgiczne arcybiskupa Canterbury i doradcy królewskiego –Huberta Waltera (chancellor of England),  był on zdolnym politykiem, umiejącym lawirować między młotem a kowadłem, niestety zmarł w 1205 roku i król bez dobrego doradcy zaczął popełniać coraz więcej błędów. Ten okres w historii Anglii jak zwykle świetnie przedstawia Sharon Penman w swojej tzw. Walijskiej Trylogii – muszę się zebrać i napisać recenzję. Wracając do szat liturgicznych, wykonane są z jedwabiu, sprowadzone ze wschodu, może przez Hiszpanię, ale wyszywane już w Anglii. Są one jak napisano w notce przy gablotce przepięknym przykładem stylu „Opus Anglicanum”, a na niektórych fragmentach jedwabiu są motywy pseudokufickie, co pozwala na spekulację, że może materiał ten był darem od Saladina w czasie pobytu Waltera na trzeciej krucjacie w Ziemi Świętej. Mamy tu buty, mitrę, stułę oraz jego pięknie zdobiony pastorał. Cudeńka.

Canterbury cathedral archbishop crozier © British Library

W gablocie po przeciwnej, stronie na środku komnaty, mamy inne ciekawe elementy. Jest tu tzw. skarb z Wainfleet - w naczyniu pokrytym zielonym szkliwem znaleziono monety z czasów panowania królów Henryka II,  Ryszarda i Jana. Były to srebrne monety tzw. „short cross pennies” i półpensy o łącznej wartości 1 118 funtów, 8 i pół szylingów w ówczesnych czasach. Niezły majątek.

W innej gablocie mamy kolejny niezwykły zabytek z tego okresu „Tally Sticks”. Są to kawałki drewna z rożnymi nacięciami – a jest to niezwykła rzecz, te patyczki to rachunki -  dowody zapłaty podatku. Otóż na kawałku drewna (zazwyczaj orzecha laskowego) wycinano znaczki potwierdzające sumę zapłaconego podatku, potem taki patyczek rozszczepiano na dwie części i jedna część zostawała u podatnika, a drugą miał poborca – obie idealnie pasowały do siebie -  genialne rozwiązanie.

Chodząc po tej wystawie zazdrościłam ilości zachowanych dokumentów z okresu średniowiecza, to bardzo bogate źródła informacji o życiu w średniowiecznej Anglii.

Średniowieczne królestwa były co chwile targane różnymi buntami, a zwykle buntowali się możni, którym nie było na rękę panowanie silnego władcy. Henryk II miał podobne problemy, ale on był dobrym strategiem i miał silną osobowość. Ryszard Lwie Serce większość czasu spędził poza wyspami, albo na krucjatach, albo walcząc na kontynencie o swoje Andegaweńskie dziedzictwo. Król Jan utraciwszy dużo terytorium na kontynencie skupił się na panowaniu na Wsypach, no i to było trochę nie w smak możnym. Generalnie przyjmuje się, że nie było on najlepszym monarchą, miał tendencje do okrucieństwa, był podejrzliwy i pamiętliwy. Jego osobowość świetnie ukazała wspomniana już Sharon Penman, skupię się  na tym przy okazji recenzji jej serii o Walii.

genealogical chronicles king john© British Library

Otóż tym razem baronowie mieli środki materialne i militarne, aby poważnie zagrozić panowaniu Króla Jana, ten nawet oddał swoje królestwo w opiekę papieżowi, co było niezwykle zgrabnym posunięciem politycznym. Baronowie zaś powoływali się na „chartery” przywileje i prawa koronacyjne królów Henryka I i Edwarda Wyznawcy (Edward the Confessor). Doszło do negocjacji i efektem których była umowa zawarta między rebeliantami a królem. Dokument ten znany jest jako Magna Carta i nie był ani pierwszym kodeksem praw, ani pierwszą próbą ograniczenia praw monarchy. Podobne umowy były zawiązywane w całej średniowiecznej Europie. Dokument ten został opatrzony pieczęcią królewską w miejscu dziś znanym jako Runnymede – jest tam pomniczek upamiętniający  to wydarzenie. Co jest warte zaznaczenie to fakt, że dokument ten nie został podpisany jak się często mylnie wyraża, a właśnie obwieszony pieczęcią czyli przypieczętowany. W Canterbury mają jedną z czterech zachowanych kopi (chodzi tu o odpis nie o kopie jak my to rozumiemy obecnie)  tego dokumentu właśnie z Wielką Pieczęcią Anglii.

Magna Carta Canterbury copy © British Library

Magna Carta zawierała 63 klauzule, z których do czasów obecnych tylko 3 nadal są w pewien sposób obowiązujące, reszta odeszła do lamusa lub została objęta odrębnymi dekretami itp.

W pierwszym punkcie stwierdzono niezawisłość i niezależność kościoła, to nadal obowiązuje. Gwarantowano też konsultacje w sprawie podnoszenia podatków, a aresztowani mieli prawo do sprawiedliwego procesu i sądu według obowiązujących praw (law of the land), a nie widzimisię królewskiego. Ciekawym punktem było stwierdzenie, że wdowy nie mogą zostać zmuszane do ponownego zamążpójścia, jeżeli nie życzą tego sobie, jednocześnie nie mogły poślubić nowego małżonka bez zgody króla lub możnego jeżeli żyły z dochodu ziem do nich należących. Nie chodziło tu o prawa kobiety, ale o utrzymanie kontroli nad ziemią i tworzenie koligacji majątkowych.

Gdyby król nie dotrzymał swoich zobowiązań baronowie mogli go ostrzec, że źle czyni, a potem ewentualnie użyć siły.

king john hunting © British Library

Żywot Magna Carty był bardzo krótki, a Król Jan wcale nie miał chyba zamiaru jej przestrzegać bowiem już we wrześniu papież wystawił bullę, w której uznał tę umowę za niezgodną z prawem i obłożył baronów ekskomuniką oraz zawiesił Arcybiskupa Canterbury Stephena Langtona. Król Jan zmarł rok później nadal walcząc z baronami, a władzę objął jego syn Henryk III który miał tylko 9 lat i to była druga szansa dla baronów i Magna Carty.

Nowe wersje zostały zatwierdzone aby zyskać poparcie baronów dla króla, a kolejni monarchowie -  Henryk III i Edward I mieli podobne problemy z możnymi. Kolejne wersje były szeroko upowszechniane, a najbardziej trwałym elementem tego dokumentu był fakt, że król jest objęty zasadami prawa i im podlegał. Zmieniały się zasady dotyczące podatku od odziedziczonego mienia, oczywiście stawki szły w dół. Decyzje o wysokości podatków nakładanych na poddanych miały być konsultowane z  baronami, potem do tego doszli jeszcze rycerze oraz rzemieślnicy i kupcy czyli elita miejska. Powoli rodził się parlament, a zwłaszcza jego niższa izba (gmin).

great seal king John eaton collage © British Library

W kolejnych gablotkach można było zobaczyć pierwszą wydrukowaną wersję Magna Carty w drukarni Richarda Pynsona, tłumaczenie na angielski przez Roberta Redmana wydane przez Georga Ferrersa. Nawet taki despota jak Henryk VIII użył jej w czasie swoich reform religijnych, zwłaszcza jej pierwszej klauzuli o niezawisłości Kościoła w Anglii, świetnie mu to pasowało, gdy odrywał się od Rzymu. Do tego dokumentu odwoływali się przeciwnicy reformacji i tak np. powołał się na nią Thomas Moore w czasie swojego procesu – niewiele mu to jednak pomogło.

Magna Carta odżyła w czasach panowania dynastii Stuartów, za króla James I, a potem jego syna Charlesa I (Karol I), dzięki staraniom i działaniom prawnika i humanisty Edwarda Cooka. Gdy królowie zaczęli ograniczać swobody obywateli, narzucając swoje decyzje, on powołując się na Magna Cartę stanął naprzeciw monarchii w obronie prawa powszechnego. W pewnym momencie stracił pozycję i nawet przebywał w więzieniu. Właśnie za panowania Karola I konflikt między parlamentem, a królem panującym miłościwie z woli Boga się mocno zaostrzył. W 1628 roku Cook przedstawił w Parlamencie dokument „The Petition of Rights” , który opierał się na wyżej wspomnianym średniowiecznym dokumencie. Ostatecznie E. Cook wydał 13 tomów raportów o prawie i 4 tomy komentarzy znanych jako „Institutes of the Laws of England” i jest uznawany za twórcę podstaw tzw. „English liberties” (angielskich wolności i przywilejów). Co jest dziwne O. Cromwell nie był zbytnim miłośnikiem Magna Carty, chociaż był przeciwnikiem króla i przywódcą parlamentarzystów w czasie wojny domowej. Pod koniec XVII wieku otrzymujemy „The Bill of Rights” kolejny demokratyczny krok, w nim zawarta jest m.in. klauzula, że monarcha nie może zawiesić lub działać poza prawem, nakładać opłaty pieniężne bez zgody parlamentu, czy zbierać armię w czasie pokoju. Był ten dokument w gablotce to zobaczenia.

Oczywiście idee te przeniknęły do kolonii i pierwsze odnośniki do Magna Carty pojawiają się w dziele kwakra Williama Penna „The Frame of Government of Pennsylvania”, który był swego rodzaju przepisem na dobre zarządanie i był bardzo głęboko osadzony w tym starym dokumencie. Opierali się na niej też Banjamin Franklin, John Adams i Thomas Jefferson w czasie swoich prace nad deklaracją niepodległości. Można było obejrzeć na tej wystawie tzw. pierwszą wersję tej deklaracji, z notkami i propozycją zniesienia handlu niewolnikami. Kolejnym ważnym dokumentem był „United States Bill of Rights”, w którym odnoszono się do aresztu, procesu, bezstronności sędziów. Porównano też brytyjską wyboistą  drogę do demokracji z krwawą jatką w czasie Francuskiej Rewolucji.

 US bill of rights © British Library

Ostatnie pomieszczenia wystawy poświęcone były echom Magna Carty w innych dokumentach i deklaracjach m.in. w walce kobiet of równouprawnienie, w Deklaracji Praw Człowieka, o Magna Carcie  wspomniał Nelson Mandela w czasie swojej przemowy na procesie w Rivonii.

Jako ciekawostkę podam, że gdy w czasie II wojny światowej znani angielscy faszyści - Oswald i Diana Mosley, zostali zatrzymani prewencyjnie, to właśnie powołali się na Magna Cartę, a swoje zatrzymanie i uwięzienie bez procesu przedstawili jako atak na wolność. Odpowiedź rządu była: „to nie jest atak na swobody, ale jest to niezbędne działanie w celu utrzymania swobód”.

Tak ważny dokument pojawia się w edukacji, więc były różne pomoce edukacyjne, puzzle, książeczki dla dzieci itp. Na mnie największe wrażenie zrobiły filmiki CBBC z serii Horrible Histories. Przez resztę dnia chodziłam nucąc melodię z tej serii, która wpada ona w ucho i nie chce wypaść.


Na końcu była też ściana z angielskim tłumaczeniem Magna Carty i obie kopie, dość nadgryzione przez ząb czasu.

kopia Magna Carty © British Library

Wystawa super, jak i inne organizowane przez Bibliotekę Brytyjską. Warto jest to tego budynku zaglądać i jak jesteście w Londynie to wpadać na ich wystawy, bo są dobrze przygotowane, ciekawe i mają wielgaśną kolekcję manuskryptów. Niektóre są za darmo, więc wpadajcie na ich stronę aby to sprawdzić. W tym roku przypada 400-na rocznica śmierci Shakespeare’a, więc będzie kolejna wielka wystawa.

Wpis został zilustrowany materiałami udostępnionymi przez dział prasowy Biblioteki Brytyjskiej. Images © British Library

sobota, 09 stycznia 2016

 

Zima to czas, gdy ciemności opanowują ziemię. Tej ciemności jest więcej im bardziej na północ się znajdujemy i chyba dlatego wszelkiego rodzaju światełka nas fascynują. Od listopada każda dzielnica, miasteczko, a nawet ulice jak Oxford Street miały uroczyste zapalanie światełek świątecznych i mrok zostawał ceremonialnie rozświetlony tysiącami lampek, z reguły guzik wciskała znana osoba, a tłum wydawał okrzyki zachwytu najczęściej w rodzaju: uuucha, lub wooow. Niektóre domy rozświetlano nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz. Po drodze do lokalnego supermarketu przechodziłam obok ogródka, w którym królowały świetliste pingwiny, bałwanki i niedźwiadki polarne itp. Takie światełka to atrakcja dla dzieciaków, których grupki gromadziły się zwłaszcza w czasie powrotów ze szkoły. Słyszałam jak mama mówiła maluchowi, że jeśli jutro też będzie grzeczny, to znowu tu przyjdą. Tuż przed Waterloo jest siedziba dużej firmy naprawczej (hydraulika itp.),  co roku ich dekoracje świetlne są coraz większe.  Mikołaj ze wszystkimi reniferami, śnieżki, bałwanki itp. Każdy patrzy przez okno, niektórzy dorośli ukradkiem.

Nic więc dziwnego, że różne atrakcje turystyczne wpadły na pomysł rozświetlenia mroku i zarobienia na tym dodatkowego grosza. Zima, zła pogoda i krótkie dni niezbyt przyciągają turystów, a przecież światełka wszyscy lubią.

 ©pysson

My już po raz trzeci wybraliśmy się do Kew Gardens – Ogrodów Botanicznych w Kew na ich imprezę światełkową. Pierwszy rok był taki sobie, gdyż chcieli przy okazji edukować dzieciaki. Niezbyt to się sprawdziło, bo my dorośli trochę byliśmy odstawieni na drugi tor. W ubiegłym roku było o wiele lepiej, podobnie w tym roku.

 

 

©pysson

 ©pysson

Niektóre motywy się powtarzały, niektóre zmieniono, wiele dodano i naprawdę fajnie się chodziło po ogrodach w nocy, zachwycając się światełkami, lampkami i ognikami. Był też chórek rozświetlonych krzaczków, zmieniający kolory według śpiewanych gam i nutek. Drzewka były specjalnie podświetlone, niektóre wyglądały jak z bajek  i wydawało się , że zaraz wstaną i  zapytają  – co się tak gapisz.

 

 

©pysson

Był też Mikołaj i grupka  artystów, która miała uprzyjemniać czas dzieciakom.

Na końcu trasy był pokaz światło i dźwięk, a tłem tego pokazu była wielka palmiarnia. Obejrzeliśmy dwa razy czekając na wielkie śnieżki i kulki. Było ciemno, więc dorośli mogli też rozdziawić usta z zachwytu i poddać się naszym pierwotnym instynktom. Bo to uwielbienie światła, ogników, cieni może mieć korzenie w dalekiej przeszłości, gdy nasi przodkowie siedzieli w jaskini przy ognisku, bezpieczni, ogrzani snując opowieści, wpatrując się w życiodajny ogień.

Oto parę fotek z tej imprezy tak na zachętę jakbyście się zastanawiali co można zobaczyć zimą w Londynie, Kew już skończyło te pokazy, ale Lumiere London już nadciąga.

 

©pysson



©pysson



©pysson

 

 ©pysson

 

 ©pysson

 

 ©pysson

 

 

 

Tagi: Kew Londyn
22:14, edyta1972 , Fotografia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Flag Counter