środa, 19 września 2018

Wybraliśmy się na wystawę, a po wystawie postanowiliśmy połazić sobie po ulicach Londynu w poszukiwaniu nosorożców. Nosorożców ?! Otóż idea jest chlubna, bo chodzi o walkę z kłusownictwem i o ratowanie tych pięknych zwierzątek. Akcja ta (The Tusk Rhino Trail)  jest zorganizowana przez fundację Tusk, kuratorem tej instalacji artystycznej jest Chris Westbrook, a wzięli w niej udział znani artyści. Celem jest przybliżenie szerszej publiczności sprawy ochrony tych cudownych stworzeń. Nielegalny handel rogami nosorożca jest teraz czwartym co do wielkości przemysłem kryminalnym, wyprzedzanym tylko przez handel narkotykami, bronią i ludźmi. Wielu ludzi, rządy i sponsorzy są zaangażowani w tę walkę i choć odniesiono pierwsze sukcesy, to nadal należy ciężko pracować. Ta fundacja zajmuję się pracą u podstaw, m.in.  uświadamianiem i edukacją w Afryce i w krajach, do których te rogi są przemycane i skąd często pochodzą myśliwi szukający wrażeń i płacący słone sumy za polowania z dreszczykiem i trofea, którymi można zaimponować innym bogatym znajomym bez krzty wyobraźni czy honoru.

Mamy 21 rzeźb w różnych częściach Londynu, będą one stały do 22 września 2018 roku czyli do Dnia Nosorożca. Te unikatowe dzieła sztuki następnie pójdą na sprzedaż 9 października w słynnym domu aukcyjnym Christies. W tym samym tygodniu, nie przez przypadek, w Londynie odbędzie się Międzynarodowa Konferencja w sprawie Nielegalnego Handlu Fauną i Florą, zwłaszcza gatunkami zagrożonymi wyginięciem. Przyjadą tu różne ważne osobistości z różnych państw, aby podjąć decyzje w tej i innych sprawach ochrony przyrody.

W ten projekt artystyczny zaangażowali się ISPS Handa – międzynarodowa organizacja rodem z Japonii, promująca sport - głównie golf m.in. dla seniorów, kobiet i niewidomych; Land Rover i Pickfords - firma przewozowa –no bo trzeba było te dzieła jakoś na te miejsca po całym Londynie porozwozić.

Więcej informacji o tej organizacji znajdziecie na ich stronie www.tusk.org . Jest tam mapka, na której są te miejsca z nosorożcami zaznaczone, jest aplikacja na telefon i zapraszam do biegania i angażowania się w ten szczytny cel.

Oto co nam się udało znaleźć.

Rhino Eterno – numer 17 na mapie, artysta David March, lokalizacja przed Katedrą Św Pawła, sponsor Emso.

David jest znanym artystą, który robi wielkie instalacje artystyczne, używając niecodziennych przedmiotów jak wieszaki, czasopisma, opony. Tu zainspirował go Dzień Zmarłych w tradycji latynoamerykańskiej. David nam przypomina, że jeżeli nie zadbamy o te i inne zwierzaki, to wkrótce one znikną i będziemy tylko je pamiętać, że będziemy mieć Dzień Pamięci o nich. Jeżeli się nie opamiętamy, to nasze dusze są niewiele warte.

Rhino Eterno by David March

Marjorie – numer 18 na mapie, artysta Eileen Cooper, lokalizacja plac Paternoster obok Katedry Św Pawła, sponsor Saffery Champness LLP.

Eileen jest opisywana jako magiczna realistka, dająca swoim tematom kobiecą perspektywę, wplatając macierzyństwo, seks, życie i śmierć. Jej przekaz jest bardzo osobisty i dosadny. Stwierdza ona, że musimy dbać o rzeczy dla nas ważne. Kiedy malowała swojego nosorożca myślała o miłości i stracie. Gdy kogoś lub coś umrze lub zostanie zniszczone, nie możemy tego odzyskać.

Marjorie by Eileen Cooper

The Poppy Rhino – numer 19 na mapie, artysta Zhang Huan, lokalizacja – na południe od Katedry Św Pawła po drodze do Millenium Bridge, sponsor Standar Chartered.

Zhang jest artystą zaangażowanym politycznie, w swojej sztuce zajmuje się problemem tożsamości, spirytualizmu, wrażliwością i występkiem. Użył on tu czaszek, szukając inspiracji w kulturze Tybetu, a mają one nam przypominać o nieuchronności śmierci i przemijaniu rzeczy.

The Poppy Rhino by Zhang Huan

Freddie – numer 20 na mapie, artysta Glen Baxter, lokalizacja przy skrzyżowaniu Aldermanbury i Gresham St, obok kościoła St. Lawrence Jewry, sponsor Investec.

Glen to rysownik i karykaturzysta, słynny z absurdalnych rysunków, i mamy tu nosorożca w kamuflażu. 

Freddie by Glen Baxter

A.D.’s Rhino – numer 21 na mapie, artysta Adam Dant, lokalizacja przy stacji Bank, przy pomniku Jamesa Henrego Greathead, sponsor BlackRock.

Adam to rysownik znany z karykatur społecznych, politycznych itp. Jego inspiracja to Albrecht Durer i jego pierwsza ilustracja tego zwierzęcia z 1515 roku. Ta wizja oparta były na opisach i była uważana za właściwą prawie do końca XVIII wieku. Jego przesłanie też jest interesujące, bo taki wizerunek był wynikiem tego, że nie wiele osób widziało go na własne oczy. Chodzi o to, aby znów nie była to rzadkość, tym razem z powodu faktu, że my je wytrzebiliśmy.

A.D's Rhino by Adam Dant

Going, going gone – numer 15 na mapie, artysta Mauro Perruchetti, lokalizacja Covent Garden Piazza, sponsor 3D Eye. 

Ten rzeźbiarz specjalizujące się w obiektach z żywicy o różnych kształtach np. żelków, granatów w kształcie latających świnek. Jego idea jest to, że powinniśmy traktować dzikie zwierzęta jak te nasze domowe ulubienice i tak samo o nie dbać i kochać.

Going, going, gone by Mauro Perruchetti 

The Rainbosceros – numer 16 na mapie, artysta Patrick Hughes, lokalizacja Covent Garden przy punkcie informacyjnym, sponsor Autonomus.

Ten artysta lubi tęczę, bo symbolizuje ona nadzieję i optymizm, podkreśla on, że wszystkie kolory tęczy są ważne w naszym życiu. Tutaj czekaliśmy najdłużej, żeby zrobić fotkę. Najpierw dwie dziumdzie, jak to ja mówię, stały za nim i robiły sobie zdjęcia i selfie z bluszczem w tle, wyginały się i cmokały usteczkami przez 10 minut. Potem przyszła trochę podpita dwójka, paniusia cała na biało, prosto chyba z solarium, obwieszona tanią biżuterią, fanka markowych ciuszków i jej kolega w pantofelkach bez skarpetek. Paniusia wdrapała się na biednego nosorożca i udawała, że to rodeo, potem on też próbował, ale na szczęście pojawiła się ochrona i oszczędziła nam tego prostackiego przedstawienia.

The Rainbosceros by Patrick Hughes

St Sebastian – numer 11 na mapie, artysta Gavin Turk, lokalizacja to przed kościołem St Martin in the Fields, sponsor Pella Resources

To współczesny rzeźbiarz znany ze swojego ironicznego podejścia do autorstwa w sztuce. Jego prace zahaczają o problem tożsamości, lubi używać w swoich pracach przedmiotów codziennego użytku, maluje na brązowo obiekty wyrzucone przez ludzi. Ten jego nosorożec jest właśnie pomalowany na brąz, jak pomnik jakiegoś męczennika, czy mitologicznego zwierzęcia. Legendarny Róg jest złoty i świeci jak stopa św. Piotra w Watykanie, to właśnie ten róg jest przekleństwem tego zwierzęcia.


St Sebastian by Gavin Turk

Numer 12 na mapie, artysta Gerry McGovern, lokalizacja Plac Trafalgar przed Galerią Narodową bliżej pomnika króla Jerzego IV, sponsor Land Rover.

Gerry jest projektantem samochodów i pracuje dla Land Rovera i Jaguara. Uważa, że technologia daje możliwość przekształcenia biznesu i jedocześnie wzbogacenia ludzkiego życia. Pokrył swojego nosorożca chromem, bo to odbija światło i może być widziany z daleka. Chce przez to naświetlić problem kłusownictwa, a czerwony nos ma podkreślić absurdalność takich polowań gdzie piękne zwierzę jest mordowane dla stosunkowo małego rogu.

by  Gerry McGovern 

Hate’s Outta Date! – numer 10 na mapie, artysta Harland Miller, lokalizacja Plac Trafalgar przed Galerią Narodową bliżej wejścia do tzw. Sainsbury Wing, sponsor Justerini & Brooks Ltd.

Harland jest pisarzem i artystą urodzonym w Anglii w hrabstwie York, mieszkającym w różnych częściach świata, Berlin, Paryż, Nowy York, Nowy Orlean. Eksploruje on związki między tekstem a obrazem, łącząc różne aspekty popkultur, abstrakcji i symbolizmu ze słowami.

 

Hate's Outta Date! by Harland Miller

Spike , numer 9 na mapie, artysta Ronnie Wood, lokalizacja Carnaby Street przy muralu, sponsor DHL.

Ronnie Wood to muzyk, autor piosenek, znany z tego, że wchodzi w skład The Rolling Stones. Jego inspiracją było przekonanie, że te piękne prehistoryczne zwierzęta powinny być i żyć dla naszych przyszłych pokoleń. Starał się włączyć motywy afrykańskie, nie tylko krajobrazu, ale i flag krajów, w których one jeszcze występują. Ten jest naprawdę śliczny i z tych które widzieliśmy podobał nam się najbardziej.

Spike by Ronnie Wood

Fragile – numer 8 na mapie, artysta Dave White, lokalizacja New Bond Street na tyłach Akademii Sztuk Pięknych, sponsor Forevermark.

Dave jest artystą celebrującym kulturę popularną, zapoczątkował ruch tzw. „Sneaker Art.” Jego dzieło wygląda z daleka bardzo realistycznie, dopiero podchodząc bliżej, widzimy ślady farby. Ma to reprezentować kruchy balans między porządkiem a chaosem w przyrodzie i wpływie, jaki mamy na środowisko naturalne.

Fragile by Dave White 

Final Cuts – numer 7 na mapie, artysta Jonathan Yeo, lokalizacja New Bond Street na końcu za zieloną budką z kwiatkami, sponsor Perivoli Schools Trust.

Jonathan jest portrecistą i namalował takie osoby jak Dennis Hopper (aktor, reżyser), Erin O’Connor (modelka) Książe Filip (następca brytyjskiego tronu)  czy David Cameron (polityk). Znany jest z charakterystycznego, symbolicznego stylu z błyskotliwymi kolażami. Jego nosorożec jest podpisany jak rysunek dla rzeźnika np. mostek, karkówka, polędwica itp. Nazwa też jest prowokująca, bo jest to aluzja do robienia ostatnich np. zdjęć filmowych, ostatnich przygotowań, ale i do rzeźnictwa w tym bardzo negatywnym świetle. Mianem rzeźnika są często określani bezmyślni mordercy na wielką skale. Mamy więc ostatnią szansę, aby coś zrobić i powstrzymać rzeź tych majestatycznych zwierząt.

Final Cuts by Jonathan Yeo 

To był nas ostatni nosorożec, padaliśmy już z nóg po tych godzinach biegania najpierw po wystawie ( no może tam dystyngowanie chodziliśmy i staliśmy podziwiając eksponaty), a potem po Londynie z aparatami robiąc setki przysiadów przy pstrykaniu zdjęć. Zostało nam osiem i może uda mi się je zrobić przed 22 września, bo to ostatni dzień. Potem je zbierają i jadą do salonu Christies, gdzie będą czekać na aukcję.


Rano w środę się zerwałam w wolny dzień od pracy i stwierdziłam, że znajdę resztę nosorożców, ale udało mi się tylko z pięcioma, bo trzy pojechały na imprezę i wrócą później. No cóż,  dobre i to.

Numer 3 na mapie, artysta David Yarrow, lokalizacja Plac Księcia Yorku (Duke of York Square) przy Saatchi Galerii najbliższa stacja metra Sloane Square, sponsor Genesis Imaging

David to artysta – fotograf. Filantropia i ochrona zwierząt są dla niego bardzo ważne, jego pasją jest dokumentowanie świata zwierząt i ludzi w nowy i świeży sposób. Tu powierzchnia ciała tego nosorożca stała się sceną dla promowania wszystkich zagrożonych zwierząt, sam nosorożec też pewnie by tego chciał.

by David Yarrow 

Watch out – numer 2 na mapie, artysta Nancy Fouts, lokalizacja obok stacji South Kensington, po wyjściu z podziemi skręcić w lewo, sponsor Kabuto Noodles.

Nancy łączy surrealizm, dada i pop art, wiążąc przedmioty i idea pozornie dla sobie obce, a występujące w codziennym życiu. Przewraca znaczenia i użycie przedmiotów do góry nogami.

Watch out by Nancy Fouts 

Numer 1 na mapie, artysta Axel Scheffler, lokalizacja przy Pałacu Kensington, sponsor Artemis Investment Management LLP.

Axel jest ilustratorem książek, min. „The Gruffalo” Juli Donaldson. Ten nosorożec też został zainspirowany współpracą z Julią. Usłyszała ona o tzw. brzydkiej piątce i stworzyła opowieść w której to oni są bohaterami. Tak więc na nosorożcu jest antylopa gnu, guziec, hiena centkowana, marabut, sęp uszaty (temu wisi z dzioba but, mam nadzieję że jakiegoś kłusownika).

Są też mniejsze stworzonka: szpak, żuczek gnojarek, ryjoskoczek, rohatyniec i  jaszczurka. Przy tym sobie długo stałam i podziwiałam te malunki. Bardzo mi się podobał, może nawet bardziej niż numer 9 Ronniego Wooda.


 by Axel Scheffler 

Spectrum Rhino 2018 – numer 4 na mapie, artyści Nick i Rob Carter, lokalizacja przy Marble Arch (na placyku za łukiem), sponsor Nelsons.

Ta para to mąż i żona, lubią oni eksperymentować z fotografią i obalają tendencje, kreując nowoczesne dzieła zakręcone naokoło światła, koloru i kształtu. Można patrząc na tego nosorożca dostać oczopląsu. Kręgi mają symboliczne znaczenie, przedstawiają cykl życia – od urodzenia przez dorastanie, śmierć i reinkarnację.

Spectrum Rhino by Nick and Rob Carter 

Save – numer 14 na mapie, artysta Nick Gentry, lokalizacja na stacji kolejowej St Pancras International w holu głównym, przy pierwszych schodach do góry, przy pianinie i przy toaletach, sponsor William & Son.

Nick lubi używać w swojej twórczości starych materiałów technologicznych, które już wyszły z użycia, kreując dialog między procesami cyfrowymi a analogowymi. I tak więc używa on płyt kompaktowych, negatywów filmowych, kliszy rentgenowskich , kaset VHS, dyskietek itp. Eksploruje on pojęcie tożsamości zbiorowej, gdzie człowiek nie jest podmiotem, a środkiem transportu danego przekazu informacyjnego itp. Jego przekaz tutaj mówi o tym, jak bardzo dewastujemy świat i że powinniśmy żyć w jedności, szanować i troszczyć się o wszystko co skacze, fruwa, pływa i biega po tej planecie.


Save by Nick Gentry 

Jeżeli jesteście w Londynie lub będziecie do 22 września to polecam to polowanie, bo to fajna zabawa, ruch to zdrowie, a zakwasy przejdą po jakimś czasie . Mapki i detale są na stronie https://www.tuskrhinotrail.com , jest też link do aplikacji, z którą można sobie biegać i ich szukać. Wszystko jest za darmo, można wpłacić na konto organizacji lub wysłać text z datkiem.

poniedziałek, 17 września 2018

 

 Tym razem zapraszam was do muzeum Victorii i Alberta na niesamowitą wystawę o niezwykłej kobiecie. Frida Kahlo to jedna z ikon artystycznych pierwszej połowy ubiegłego wieku. Kobieta aktywna politycznie, poetka, malarka, kolekcjonerka, projektantka strojów, dekoratorka, oryginalna i nie bojąca się promować siebie. Craig McWilliam, jeden ze sponsorów wystawy wspomina, że można ją nazwać pierwszą „królową selfie”, bo większość jej malarstwa to autoportrety. Jej sztuka jest bardzo osobista, tak osobista, że stała się uniwersalna. Jest ona najsłynniejszą latynoską artystką, ikoną sztuki i mody. Frida stworzyła swój wizerunek, jak tworzy się dzieło sztuki. Andre Breton kreator surrealizmu opisał jej sztukę jako „wstążkę naokoło bomby”

  

 

Casa Azul – Błękitny Dom to jej dom rodzinny, w którym się urodziła, mieszkała jako dziecko, żyła i tworzyła z Diego Riverą i w którym umarła. Obecnie jest to muzeum, ale nadal wygląda jak dom, pełno tu zarówno jej, jak i jej męża, ich życia, ich kolekcji sztuki i rzemiosła, przedmiotów prekolumbijskich, lalek, zabawek i zdjęć, pełno tu książek o sztuce, anatomii, historii, nowele i poezja po hiszpańsku, angielsku i niemiecku. Może kiedyś uda mi się tam pojechać i zobaczyć to na własne oczy. To odnalezione skarby z tego domu można zobaczyć na tej wystawie.

Ta para została opisana wielokrotnie, ich życie, sztuka, ich małżeństwo, parę lat temu Salma Hayek i Alfred Molina przenieśli tę parę na srebrny ekran. Trzy lata po śmierci Fridy, 25 września 1957 roku ( parę miesięcy przed swoja własną śmiercią)  Diego pozostawił ich przyjaciółce i mentorce w opiece dwa muzea Fridy Kahlo i Anahuacalli (to drugie to stworzone przez niego w celu pokazania ich kolekcji zabytków sztuki prekolumbijskie). Jednym z warunków było zamknięcie jednej z łazienek i tego co tam zostało zgromadzone na 15 lat. Inna łazienka, piwnica, parę skrzyń i szaf, pudeł i komódek też zostało zapieczętowanych. Tu zatrzymał się czas na wiele lat.

W 2003 roku zebrał się komitet który zadecydował o otwarciu tych pomieszczeń, i jak się okazało największym problemem były małe fundusze. Samo skatalogowanie wszystkich przedmiotów zajęło 4 lata. Były tu dokumenty, 6500 zdjęć , dzieła sztuki, materiały do instalacji artystycznej, 300 przedmiotów garderoby, w tym akcesoria, obuwie, biżuteria, czasopisma, 30 szkiców, prezent od Pabla Picassa (kolczyk w kształcie ręki), nieznany obraz autorstwa Diego Rivery,…. Poszczególne przedmioty zostały poddane czyszczeniu i konserwacji, a część prac nadal trwa.

Ta wystawa to właśnie efekt tych nowych odkryć, to nowe spojrzenie na Fridę i jej życie, na jej niezwykłą osobowość, na kobietę, która stworzyła swój wizerunek opierając się na bogatej etnicznie historii Meksyku i niezwykłej wyobraźni. Kurator wystawy stwierdził, „że jej styl był tak silny jak i jej sztuka, że jej wizerunek oparty był na jej pochodzeniu etnicznym,  poglądach politycznych, jej niepełnosprawności ( efekt choroby polio i katastrofy transportowej), i jej sztuce.” Dla mnie to idealna symbioza między życiem i pracą, sztuką i życiem i zgadzam się ze stwierdzeniem, że jej styl był przedłużeniem jej sztuki. Tu nie było granicy między sztuką a życiem, między artystką a dziełem. Kobieta o niezmierzonej kreatywności, zdolności transformacji czegokolwiek się dotknęła w sztukę.

Frida ubierała się w folklorystyczne sukienki z regionu Tehuana. To był jej styl codzienny, świadczą o tym plamy po farbach, wypalone papierosami dziury, powyciągane nitki. Frida posiadała jadeitowy naszyjnik, paciorki pochodziły z wykopalisk i były w jej kolekcji, na jednym z nich były ślady zielonej farb. Była to prawdopodobnie próba dobrania koloru, bo ten naszyjnik jest na obrazie z 1933 roku „Self Portrait with a necklace” Nawet gipsowe gorsety w których spędzała dużo czasu po kolejnych operacjach jej mocno pokiereszowanego kręgosłupa, stały się platformami w jej warsztacie twórczym.

Gipsowy gorset pomalowany przez Fride

Magdalena Carmen Frida Kahlo y Calderon była interesującą mieszanką, jej tata to imigrant z Niemiec, fotograf Guillermo Kahlo, a mama Matilda Calderon y Gonzalez to mieszanka hiszpańsko indiańska. Frida zachorowała na polio w wieku 6 lat i efektem tego była krótsza i cieńsza prawa noga. Ojciec dbał o jej rozwój intelektualny, zachęcał do czytania, poznawania przyrody, filozofii, a także uprawiania sportów. Wkrótce dziewczynka stała się jego pomocnicą w pracowni fotograficznej. Jej marzeniem było zostać lekarzem i została przyjęta do elitarnej szkoły która dopiero niedawno zaczęła przyjmować dziewczęta, było ich 35 na 2000 uczniów. Uczyła się dobrze i pewnie by została wyśmienitą lekarką, gdyby 17 września 1925  nie wsiadła do autobusu w drodze do domu ze szkoły. Ten autobus zderzył się z tramwajem i wiele osób zginęło, a sama Frida bardzo ucierpiała. Miała 20 złamań, w tym parę żeber, obie nogi, obojczyk, a żelazna poręcz przebiła ją uszkadzając miednicę i macicę. Frida spędziła 3 miesiące w szpitalu i był to tylko jej pierwszy pobyt. W sumie przeszła 30 operacji, które miały jej poprawić mocno pokiereszowany kręgosłup. To wydarzenie diametralnie zmieniło kierunek w jakim udała się ta młoda kobieta. W czasie rekonwalescencji Frida wróciła do malarstwa i odnalazła się w sztuce.

Ten wypadek zmienił życie całej rodziny, rachunki medyczne spowodowały, że mocno nadwyrężone finanse rodziny jeszcze bardziej ucierpiały, oni tonęli w długach. Później Diego Rivera je uregulował i kiedy się pobrali w 1929 roku Casa Azul (Błękitny Dom) stał się własnością Pani Fridy Kahlo de Rivera.

Frida in April 1926 autor Guillermo Kahlo, fotka dla Diego

Na wystawie mamy wiele zdjęć autorstwa jej ojca, tych monumentalnych robionych na zamówienie rządu, mających pokazać nowoczesny Meksyk, ale i tych rodzinnych. Mamy tu małą uroczą Fridę w białych podkolanówkach, w sukieneczce, z dużą kokardą we włosach. Jest tu zdjęcie pamiątkowe z pierwszej komunii - mała dama, cała w bieli klęcząca nabożnie, na odwrocie jest dopisek od starszej Fridy: „idiotka”. Portrety Fridy i rodzinne, wykonane w studiu oraz zdjęcia plenerowe, Frida w białej sukni w fartuszku z papierosem w ręku i wielkich naszyjnikach przed studiem Diego Rivery.

Mamy też portret ślubny i informację o tym, że jej rodzice stwierdzili, że jest to związek „dove and an elephant” gołębicy i słonia i wiele osób przy tym zdjęciu szeptało, włącznie z moim ukochanym, że nie ma wątpliwości kogo tu opisali jako słonia. Biedny Diego.

Diego Rivera był słynnym i wziętym muralistą i po ślubie małżonkowie mieszkali w różnych miejscach w Meksyku i Stanach Zjednoczonych, gdzie Diego pracował. W 1937 roku w ich Błękitnym Domu znalazł schronienie Lew Trocki. Ostatecznie para wróciła na stare śmieci do Casa Azul w 1939 roku i tu uwili sobie swoje artystyczno-romantyczne gniazdko. Sam budynek został wielokrotnie przebudowany, zmieniono styl z francuskiego na inspirowany estetyką prekolumbijską. Dom ten się stał także domem kultury, bo tu spotykali się artyści, poeci, fotografowie, pisarze i śmietanka intelektualna, nie tylko Meksyku, ale i goście z Ameryki i Europy.

Jest tu plan domu stylizowany na plan architektoniczny, a wykony prze Fridę dla gości. Mamy w nim szkic informujący, gdzie jest jakie pomieszczenie, np. kuchnia, studio Fridy, studio Diega, jadalnia, łazienka, pokój służby itp., gdzie są drzewa i jakie to drzewa np. pomarańcza, morela, grant, gdzie są kaktusy, kwiatki, podpisane też są jej zwierzaki i pranie rozwieszone na sznurku. Urocze. Są zdjęcia Fridy zawsze pięknie i starannie ubranej z domu, w jej studiu przy pracy (a w tle jej obrazy), z ogrodu z jej zwierzakami. Przy zdjęciach z ogrodu dwie zwiedzające panie wymieniają się spostrzeżeniami i jedna mówi drugiej, że po wizycie w jej muzeum ona też powiesiła sobie oprawione lustra na swoim dziedzińcu, bo tak to się jej spodobało. Nie wiem czego jej bardzie pozazdrościłam w tym momencie, że była w Casa Azul, czy tego, że ma dom z dziedzińcem.

Wystawa jest dobrze zorganizowana i aż nie chce się z niej wychodzić. Mamy szansę poznać tę kobietę i jej świat. Mamy tu filmy pokazujące Meksyk w pierwszej połowie XX wieku, monumentalną stolicę, etnograficzne filmy przedstawiające stroje kobiece i sposoby ich noszenia. Film pokazujący Diego przy pracy i Fridę szkicująca, film z Trockim. Mamy jej przedmioty osobiste, ubiory, tuniki, spódnice, buty, protezę, kosmetyki, listy, biżuterią wykonaną prze nią z antycznych paciorków, biżuterię wykonaną dla niej, jej obrazy i dużo zdjęć. Możemy np. zobaczyć naszyjnik, który był na obrazie, a obok wisi fotka z artystką z tym obrazem w tle.

Największe wrażenie robi sala z jej ubraniami. Są one na specjalnie wykonanych manekinach, mają wyglądać jakby ona sama je nosiła dla nas.

Do niedawna uważano, że to Diego podsunął żonie etniczne stroje i że ona je nosiła dla niego. Diego ją namalował na muralu w Secretaria de Educacion Publica ( ministerstwie edukacji) w stolicy Meksyku, właśnie w takim ubraniu. Ona sama wielokrotnie malowała siebie w tych etnicznych strojach.

Self portrait 1948

Nowe odkrycie w ich domu podważyło tę teorię. Odnaleziono m.in. zdjęcia jej mamy w tradycyjnej sukni Tehuan. W ukrytej kolekcji było 16 bluzek i 25 spódnic, niektóre uszyte i spersonalizowane przez Fridę. W latach 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku wśród meksykańskiej elity intelektualnej panowała moda na stroje regionalne. Nosiły je m.in. Rosa Covarrbias i Alfa Henestrosa ( pierwsza była żoną i asystentką słynnego etnografa, druga pisarza, etnografa i polityka)  To właśnie podobno Alfa dała Fridzie pierwszą sukienkę z Tehuan. Byli oni przyjaciółmi Fridy i Diego. Dolores Olmeda podkreśla że Frida była bardzo konsekwentna w doborze swoich strojów. Każdy element był przemyślany, łącznie z kolorami wstążek we włosach, szminki i lakieru do paznokci. 

Jej styl ubierania to także zabieg ukrywający niepełnosprawność. Długie spódnice i luźne tuniki miały ukryć jej nogę, gorsety i stelaże podtrzymać kręgosłup. Frida sama dekorowała swoje buty kokardami, jedwabiem z motywami smoka i małymi dzwoneczkami – są one na wystawie. Prawy but miał wbudowaną platformę maskującą fakt, że prawa noga była krótsza.

Guatemalan coat, huipil and plain long skirt

Jej kolekcja to głównie stroje z Meksyku, z regionu Oaxaca na południu którego leży słynny Tehuan. Były tu też ubrania z Gwatemali, Chin, Ameryki i Europy. W czasie pobytu w Stanach Frida zachwycała się sklepikami w chińskiej dzielnicy, materiałami i dodatkami, przywiozła ich bardzo dużo ze sobą do Meksyku. W czasie pierwszej wizyty opisywała San Francisco jako piękne miasto, uwielbiała ocean, port i statki przybywające z całego świata.

Większość jej ubiorów była wykonana z lekkich materiałów, bawełny, jedwabiu. Dawały one jej odrobinę komfortu w czasie licznych rekonwalescencji w gipsowych pancerzach. Bogato zdobione stroje Tehuan pozwalały Fridzie na manipulowanie proporcjami swojego ciała. W pewnym sennie jej ubiór był jak zbroja. Składał się z trzech głównych elementów. Enagua – długa spódnica zebrana w pasie. Huipil – kwadratowa geometryczna bluzka. Fryzura stworzona ze splotów wstążek i kwiatów. Cała idea była po to, aby ściągnąć spojrzenie na górną część jej ciała na twarz i tułów. Geometryczne motywy na bluzkach sprawiały, że wyglądała ona na wyższą osobę, gdy siedziała, to nie marszczyły się w pasie i miała pełny komfort. Jej styl opierał się na tym trójkowym modelu, do którego włączała różne elementy i motywy europejskie i chińskie. Dodatkowym elementem jej strojów były szale rebozo, element, który pojawił się w czasach kolonialnych i stał się symbolem kobiecości. Jej styl to skomplikowany związek między modą a funkcjonalnością, ubiorem a tożsamością i wyrażaniem samego siebie. W niektórych częściach Meksyku rebozo jest prezentem od narzeczonego dla wybranki zamiast pierścionka. Państwo Rivera nie nosili obrączek, a Frida pierwszy raz nosi rebozo na zdjęciu ślubnym. Frida od tamtej pory prawie zawsze ma jakiś szal.

Cotton huipil with machine-embroidedred chaint stitch, printed cotton skirt with embroidery and holan(ruffle)

Lucienne Bloch słynna amerykańska muralistka często chodziła z Fridą na zakupy i wspomina, że miała ona dobre oko i zawsze wypatrzyła coś oryginalnego i pięknego. Stwierdziła, że „ leciała ona przez Nowojorskie domy towarowe jak tornado, a gdy znalazła tanią biżuterię potrafiła ją zmienić na fantastyczną „. Frida sama też robiła sobie biżuterię np. ten już wspomniany naszyjnik zrobiony z jadeitowych paciorków pochodzących z epoki Majów, inny z paciorków koralowych i srebrnych wotywnych talizmanów w kształcie nogi, czy zrobiony z obsydianowych ostrzy. Fotograf Gisele Freund wspominał, że ma tak dużo złotej indiańskiej biżuterii, że aż podzwania. Casables to małe złote dzwoneczki charakterystyczne dla prekolumbijskich kultur w różnych stronach Meksyku. Frida miała je wszywać w swoje ubrania, ktoś opisał, że tym dzwonieniem zagłuszyła orkiestrę w Meksykańskim Pałacu Kultury.  Miała też dużo srebrnej biżuterii wykonanej przez współczesnych artystów jubilerów jak Antonio Pineda, Hectora Aguilar czy Matyldę Poulat, koleżankę Diego z Akademii Sztuki. Poniżej jej dzieło, wykonany ze srebra, emalii, turkusu i koralu. Mamy tu symbol yin-yang i symbole etniczne.

Necklace by Matilde Poulat

Frida była dumna ze swoich zrośniętych brwi, nie poddała się presji Holywoodu i nie zredukowała ich do cienkich linii. Wręcz przeciwnie, wśród jej kosmetyków znaleziono ołówek Revlonu „ebony”, którym podkreślała ten swój znak rozpoznawczy. Podobnie robiły wspomniana już jej znajome Rosa Covarrubias i fotografka Tina Modotti. Frida nawet używała nawet francuskiego preparatu Talika, który miał wspomagać wzrost brwi i rzęs. Frida nie depilowała też swoich wąsików. Stwierdziła ona, że lubi swoje oczy i brwi, poza tym niczego w swojej twarzy nie lubi, do tego ma wąsy, i generalnie mam męską twarz. Dla mnie jednak była piękną kobietą.

Frida 1941 self portrait

W czasie pierwszej wizyty w San Francisco Frida została zauważona przez fotografów Edwarda Westona i Imogen Cunningham, ten pierwszy (Edward) wspomina, że „ludzie zatrzymywali się na jej widok, patrząc zadziwieni”. W 1937 roku wpadła w oko Nikolasowi Murrayowi pionierowi dwutonowej fotografii kolorowej. Jedne z najsłynniejszych jej fotografii są jego dziełem.

Frida on the bench by Nick Murray

Inna fotograf Lola Alvarez Bravo stwierdziła, że Frida” zawsze miała precyzyjny styl ubierania się, makijaż i fryzurę i zawsze to wyglądała naturalnie -”Robiąc sobie makijaż pracowała ona jak artystka i ważne dla niej było lustro”. Zostało to zauważone przez pionierów kosmetyki, takich jak Helena Rubinstain, która przesłała Fridzie puderniczkę z lusterkiem. Jej ulubioną firmą wydaje się być Revlon, w skarbach z Casa Azul był lakier Raven Red i szminka Everything Rosy .

Revlon make up

Circe Henestrosa (bratanica męża Alfy) napisała, że pracując nad jej garderobą, zwłaszcza tą nowo odkrytą, miała ona szanse na bardzo osobiste spojrzenie na tę kobietę, odkrycie i zrozumienie tego silnego charakteru w tak kruchym ciele. Miała ona wrażenie, że stoi z nią twarzą w twarz i właśnie takie wrażenie ma się na tej wystawie.

Gdy przechodzimy obok gablot, ukazujących jej pogarszające się zdrowie, kolejne operacje, gipsowe gorsety przez nią malowane, metalowe stelaże mające jej ułatwić życie, zdajemy sobie sprawę jakie ona pokonywała bariery, aby tworzyć i żyć. Ile wycierpiała w swoim życiu i słowa z jej listu „że już nie ma siły, ale musi trwać, bo Diego twierdzi, że on sobie bez niej nie poradzi” są w stanie wytoczyć łzy na policzki. W tym pomieszczeniu w jednej z gablot jest jej proteza, bo pod koniec życia straciła ona część prawej nogi. Nie jest to zwykła proteza, ale z pięknym czerwonym sznurowanym bucikiem, zdobionym wizerunkiem smoka.

Red boot

Nawet gipsowe gorsety stały się częścią jej wizerunku, była w nich fotografowana, malowała je i umieszczała na swoich obrazach.

Na wystawie było dużo młodych ludzi, więcej kobiet, duża mieszanka narodowościowa, słychać było włoski, francuski, hiszpański, ale i polski. Już w kolejce do wejścia przed nami stała inna młoda polska para. Frida to postać ponadczasowa, ponadnarodowa, była i jest idealnym przekładem bohemy artystycznej, niepowtarzalna, rebeliancka, zagadkowa. Postać kultowa, którą za wzór wzięły sobie m.in. feministki i inni artyści awangardowi , projektanci mody i tzw., pop-kultura. Nadal budzi ona sensację swoim enigmatycznym i przenikliwym spojrzeniem. Jej znakiem rozpoznawczym są zrośnięte brwi i barwne stroje Tehuan. Niezwykła kobieta pełna energii i wyobraźni. Zachęcam was do wybrania się na tę wystawę, jeżeli będziecie w najbliższym czasie w Londynie.

Frida with Olmec figurine 1939

Wystawa jest w Muzeum Victorii i Alberta w South Kensington do niedzieli 4 Listopada 2018.

Ceny biletów, jeżeli uda wam się je kupić, dla dorosłych £17. Bilety trzeba kupić z wyprzedzeniem, większość dni została już wyprzedana. Mała ilość biletów jest dopuszczana do sprzedaży każdego dnia, kto pierwszy ten lepszy. Nic dziwnego, jest to jedna z najlepszych wystaw ostatnich lat jakie mieliśmy w Londynie. To muzeum naprawdę robi świetne wystawy, byliśmy na paru i zawsze wychodziliśmy zachwyceni. Polecam.

Wpis został zilustrowany materiałami promocyjnymi muzeum Victorii i Alberta. 

wtorek, 04 września 2018

 

Znów poszliśmy się ukulturalniać i tym razem na wystawę do Tate Modern o Picassie. Nie jestem wielbicielką sztuki nowoczesnej, wolę tzw. starych mistrzów, więc może nie będzie to zbyt neutralna relacja. Nie jest to jedyna wystawa tego malarza, na której byłam, chyba prawie 10 lat temu Galeria Narodowa miała wystawę „Chalenging the Past” i muszę przyznać, że lepiej wspominam tamtą.

Wybrano rok 1932,  bo miał on być przełomowy dla malarza, który właśnie wkroczył w 50 rok swojego życia. W tym roku w lutym jego obraz „La Coiffure” z 1905 roku został sprzedany na aukcji za rekordową sumę  56 tysięcy franków. W czerwcu tego roku zorganizował wystawę retrospektywną swoich obrazów. Picasso wydaje się być w momencie, gdy nie wie co ze sobą zrobić w sensie artystycznym, szuka inspiracji, szuka nowych trendów itp. Ma żonę i syna, ale w jego życiu jest tajemnicza kochanka – 22-letnia Marie-Therese Walter.

Wystawa jest zorganizowana miesiącami i pokazane są wybrane obrazy z danego miesiąca, które są z pewnych względów szczególne.  Są krótkie notki wyjaśniające, co się wydarzyło artystycznie w danych miesiącach oraz w życiu Picassa i są obrazy to ilustrujące. Mamy też zdjęcia rodzinne, studyjne , fotografie posiadłości w Normandii, rachunki, listy i artykuły o artyście, katalogi z wystaw.

Nie byłam jednak tą wystawą zachwycona. Brakowało mi wielu rzeczy, np. kwestia wspomnianej już rekordowej sumy za jego obraz, fajnie by było, gdyby napisano dla porównania jakie były koszty życia w tym czasie, np. cena samochodu, cena bochenka chleba, butelki wina, przeciętna miesięczna pensja, coś do czego można by się było odnieść. Znalazłam różne strony i wyszło mi, że za te pieniądze można było kupić 2 konie lub 9 krów, wykwalifikowany rzemieślnik pracowałby na to przez 1969 dni, w dzisiejszej walucie było by to około 30tys funtów lub 37 tyś Euro. ( użyłam tych stron: https://www.insee.fr/fr/information/2417794 , i http://www.nationalarchives.gov.uk/currency-converter/#currency-result  https://www.paper-dragon.com/1939/exchange.html )

Trzeba jednak tego malarza podziwiać, bo z biednego imigranta stał się on ikoną malarstwa XX wieku, której nieźle się powodziło. W 1930 roku kupił sobie zameczek w Normandii w Boisgeloup, miał limuzynę z szoferem. Mój ukochany wspomniał, że ci biedni malarze, których ja lubię, to często ledwo przędli, mieli tabuny asystentów, malowali jeden obraz miesiącami, a ten tu smarował obraz za obrazem i dobrze na tym wychodził, miał sławę i pieniądze już za życia.

W pierwszym pomieszczeniu mamy obrazy jeszcze ze świąt Bożego Narodzenia roku poprzedniego. Co to musiały być za urocze święta, skoro mamy taki obraz jak  „Woman with Dagger” (Kobietę ze sztyletem), jak to opisują - surrealistyczna wizja kobiety zabijającej swoją rywalkę. Obraz ten ma symbolizować mocno nadwyrężone emocjonalnie małżeństwo z Olgą,. W tym samy dniu Pablo namalował portret kobiety w czerwonym fotelu, której twarz została zastąpiona sercem. To jego sekretna kochanka Marie-Therese Walter. Musiał być w niej naprawdę zakochany, bo stwierdził że „w sumie rzeczy to jest tylko miłość. Cokolwiek to może być.”

Początek roku to zawsze taki trochę nowy start no i Picasso zabrał się do roboty, bo w czerwcu miał przedstawić wystawę retrospektywną. Mamy tu serię portretów kobiety w fotelu, modelką była tajemniczy nowa kobieta w życiu artysty. Malowana z pamięci, bo ich romans był utrzymywany w tajemnicy. I tak mamy wizję kobietę w fotelu, dominuje tu ten czerwony, kobiety czytającej, muzykującej  ( kobieta z mandoliną), śpiącej i śniącej o czymś.


Reading, La Lecture 2 Stycznia 1992


Young Woman with Mandolin, Jeune Fille a la mandoline, 10 stycznia 1932.

Kształty kobiece są raczej symboliczne, rozmyte, przekształcają się z jednego w drugi, czasem nie wiadomo gdzie się kończy mebel, a zaczyna ciało, ale można w większości dostrzec główne atrybuty Marie Therese – jej nos i obcięte na pazia blond włosy.

Najwięcej ludzi się skupiało przed obrazem


The Dream, Le Reve, 24 Styczeń 1932

W tym obrazie mamy znów kobietę w czerwonym fotelu śpiącą sobie , tło mamy ciemne z geometrycznym motywem i podzielona na dwie części twarz , co staje się jego dość częstym zabiegiem artystycznym. Górna część to po prostu męski członek i nie jest to jedyny taki element na tej wystawie. Można się tu dopatrzeć męskich narządów w różnych miejscach na różnych obrazach i rzeźbach. Podobno chodzi tu o wyrażenie pragnienia pokonania separacji seksualnej.

W pewnym momencie mój ukochany stwierdził, że z niego to był taki trochę erotoman, który to gawędził pędzlem. Pokiwałam głową stojąc przed kolejnym obrazem.

W tych pomieszczeniach spodobał mi się obraz


Still Life at the Window, Nature morte a la fenetre, 18 styczeń 1932

Chyba dlatego, że jest taki spokojny, przy tych innych niezmiernie kolorowych nawet wypada trochę blado.

Chodziliśmy po tym pokoju i po chwili do mnie trafiło, że te obrazy przypominają mi plakaty - są płaskie. W tym towarzystwie bardzo się wyróżniały te które miały trochę głębi, a zostały namalowane na ciemnym tle.


Seated woman in a Red Armchair, Femme assie dans un fauteuil fouge, 30 styczeń 1932

Zameczek w Boisgeloup to była jego oaza, ucieczka od życia w mieście, tu miał dużo miejsca i powrócił do rzeźby, tu też obfotografował jego sztukę francusko-wegierski fotograf Brassai.


Bust of a Woman, Buste de gemme 1931 

Na początku marca mamy list jednego z marszandów sztuki (Daniela-Henryka Kahweilera) do poety, wielbiciela malarstwa Picassa M. Leirisa (Leirsa twierdził, że malarstwo padło, a Picasso to jedyny który może je reanimować). Daniel-Henryk nie był wielkim fanem Pabla, ale w owym liście jest jego nowymi obrazami zachwycony i przyznaje swojemu przyjacielowi rację w sprawie stanu malarstwa. Stwierdza on, że te obrazy


Nude in Black Armchair, Nu au fauteuil noi


i Nude, Green Leaves and Bust , Femme nue, feuilles et buste, 8 marca 1932

wydają się być namalowane przez satyra, który właśnie zabił kobietę. Dalej pisze, że to nie jest kubizm, ani  naturalizm, że jest to bez żadnej malarskiej sztuczki, ale że jest to bardzo żywe, erotyczne, przesycone erotyzmem giganta. ( no i wychodzi na to, że jednak erotoman i mój kochany to miał rację i nadaje się na marszanda sztuki). Następnie Daniel-Henry stwierdza, że to najlepsze co wyprodukował artysta w ostatnim czasie i dodał, że Pablo wspominał parę dni wcześniej, że chciałby malować jak ślepiec.

Obrazy te mi się podobały, ta sama modelka i ten sam kwiatek, ale w oczy rzuca się ta czarność, naprawdę kolory lepiej wychodzą na tym czarnym tle.

Z tego okresu pochodzi też

Girl before a Mirror, Jeune Fille devant au miroir, 14 marca 1932

temat odbicia dość popularny w sztuce, który ja bardzo lubię.

W drugiej połowie marca artysta eksploruje ciemne strony podświadomości i pojawia się więcej abstrakcyjnych wersji kobiecego ciała. Jego wieloletni marchand P Rosenberg odmawia wystawienia ich w swojej galerii, stwierdzając, że „nie chce mieć w swojej galerii żadnych odbytów”.

Woman on the Beach, nu sur la plage 28 marca 1932

Kwiecień i maj to intensyfikacja pracy przed zbliżającą się wystawą retrospektywną i fascynacja ośmiornicami. Inspiracje podobno są we wczesnych dokumentalnych filmach Jeana Painleve, inne to japońska erotyka „shunga” i XIX malarz i rysownik Hokusai. 

Reclining Nude, memme nue couchee, 2 kwietnia 1932

Może to nawet trafne porównanie do kobiety, bo jesteśmy jak te ośmiornice, złapiemy, omamimy, przyssiemy się mackami i nie chcemy puścić.

Moją uwagę przykuł mały obrazek przedstawiający Boisegelup w deszczu z tęczą, bo był taki znów inny i pastelowy i radosny.


View of Boisegeloup 

W czerwcu nadeszła jego wystawa retrospektywna, taka wystawa za życia artysty to było coś niecodziennego. Picasso zdecydował się mieć całkowitą kontrolę nad doborem obrazów i wyglądem wystawy. Na pytanie jak ją przygotuje odpowiedział prowokująco – źle. Artysta pomieszał obrazy z różnych okresów swojego życia, nie dał dat, te tegoroczne rozprowadził wśród wcześniejszych, bo sztuka nie ma ani przeszłości ani przyszłości. Po tej wystawie jasne było, że w jego życiu pojawiła się nowa muza, chociaż dominujące miejsce zostało przeznaczone dla portretów jego rodziny i autoportretu z okresu tzw. Niebieskiego

 

Na otwarciu wystawy w Galeries Georges Petit zebrała się śmietanka towarzyska Paryża, ale zabrakło samego artysty który poszedł sobie w tym czasie do kina. Ciekawa jestem, na jaki poszedł film. Wystawa nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, wielu kolekcjonerów potraciło fortuny w czasie słynnego kryzysu i nie byli jeszcze gotowi na nowe nabytki.

Po wystawie Pablo nakupił płócien i pojechał do zameczku w Boisegeloup i malował znów nagie kobiety na plaży i w fotelach.

 

Reclining Nude, Nue couche, 19 czerwca 1932

Pablo także dużo szkicuje i tu mi się spodobał duży pełnometrażowy szkic


 Woman with Flower Writing, Femme a la fleur ecrivant, kwieceń 1932

Jest taki oszczędny w kresce taki minimalistyczny, a tak dużo przedstawia. Pablo stwierdza, że linia idzie w ślad za emocjami.

Potem wraca do swojego ulubionego tematu nagiej kobiety w fotelu i znów mamy ulubioną modelkę i chyba jednak ulubiony czerwony fotel z metalowymi ornamentami na obiciu. Zdjęcie rentgenowskie tego obrazu zdradza nam, że nie było żadnego szkicu przygotowawczego, a całość została prawdopodobnie wykonana w ciągu jednej szybkiej sesji malarskiej. Miał po prostu wenę twórczą i musiał to przelać jak najszybciej na płótno.

 

Nude Woman in a Red Armchair, Femme nuedans un fauteuil rouge, 27 lipca 1932

Co w tym obrazie jest genialne to to,  że mamy dwa wizerunki tej samej kobiety, jeden to profil, drugi to pełna twarz, a oba są tak wpasowane w siebie że tworzą całość. Muszę się przyznać, że im więcej na ten obraz patrzę tym bardziej on mi się podoba.

Jesień to czas gdy Picasso jest znów w swoim surrealistycznym żywiole. Wtedy też wyjeżdża do Zurichu na swoją wystawę w Kunsthouse. Psychiatra Karol Gustaw Jung napisał artykuł w którym stwierdza, że Picasso na problemy psychiczne i że podejrzewa on u niego schizofrenie.

Po powrocie do domu Pablo zaczął pracować nad serią wariacji na temat ołtarza Grunewalda  „Isenheim Alterpiece” przedstawiającego ukrzyżowanie. Jest ich dużo, są różne formy rysunku i malowane biało-czarne. Te ostatnie przypominają mi trochę to, co robiliśmy w szkole na plastyce, gdy używając świec, tuszu i czegoś do zdrapywania.

The Crucifixion, La Crucifixion, 19 września 1932

Pod koniec tej wystawy zauważyłam inny mały obrazek, ale przykuł moją uwagę bardziej niż wielkie płótna.


Composition with Butterfly, Composition au papillon, 15 września 1932

Breton w czasopiśmie “Minotaur” w eseju „Picasso in his Element” porównuje to dzieło właśnie do ukrzyżowania, zwracając uwagę na dwie figury i motyla permanentnie tkwiącego w śmierci. Liść i motyl tworzą opowieść o niewinności ukrywającej okrucieństwo. Według niego jest to także ukazanie związku Picassa ze światem zewnętrznym, jego badanie wielkiej niewiadomej, punktu w którym artysta styka się ze światem.

Na wystawie pełno było koneserów (czytaj snobów) Picassa, którzy chcąc zaimponować towarzyszącym im paniom, głośno chrząkali i wydawali inne odgłosy.

Na tej wystawie niewiele się nauczyłam, mój kochany kupił katalog i to niezłe źródło informacji.  Często obrazy były tylko podpisane i tyle, choć parę interesujących rzeczy było na audioguidzie, zwłaszcza kuratorów mówiących o technikach malarskich. On się nieźle napracował, aby te niektóre obrazy wyglądały na niedomalowane. To było ciekawe, ale jeżeli ktoś nie zapłacił dodatkowo za to, to tylko mógł chodzić i podziwiać.

Niedopracowana trochę i zmarnowana szansa na intersującą wystawę. Za mało o tym co się w tym roku wydarzyło, a działo się działo np. Hitler dostał obywatelstwo niemieckie, Amelia Earhart  jako pierwsza kobieta przeleciała samotnie prze Atlantyk, zabawka „yo-yo” została zarejestrowana, na ekrany trafił pierwszy film w technikolorze Walt Disneya „Flower and Trees”, Tate Galery została otworzona w Londynie, o tym i innym można się dowiedzieć z katalogu, ale nie z wystawy. Macie tu obrazy i zachwycajcie się takie odniosłam wrażenie. Na samym końcu katalogu była informacja, że cena wstępu na wystawę w Zurichu to 1.50 franka, cena katalogu to 5 franków a obejrzało ją około 34 tysięcy ludzi, z tego płacących było 14 tysięcy.

Podobały mi się cytaty na ścianach, zwłaszcza jeden „The work that  one does is a way of keeping a diary” ( Praca jaką wykonujemy jest naszym pamiętnikiem).

Wystawa jest w Tate Modern do 9 września.

Ceny biletów dość wygórowane

Dorośli £22

Ulgowe : £20.

Wpis jest ilustrowany materiałami prasowymi Tate Modern i własnymi zdjęciami, bo można było na tej wystawie robić zdjęcia.

środa, 08 sierpnia 2018

 

 

Kryminały to jeden z bardziej popularnych gatunków zarówno w literaturze, jak i na ekranie małym i dużym. Dla większości z nas takie imiona brzmią znajomo:  Sherlock Holmes, detektyw Herkules Poirot, Columbo, Bergerac, Kojak, Inspektor Clouseu, Inspector Barnaby z Morderstw w Midsomer, no i muszę tu wspomnieć naszego Borewicza z O7 zgłoś się. Większość czytających, czy oglądających próbuje rozwiązać zagadkę kryminalną razem z głównym bohaterem a nawet przed nim. Osobiście wolę takie powieści i filmy, gdzie nie wiemy kto jest winny i możemy pobawić się w detektywa. Ostatnio mamy prawdziwą eksplozję tego gatunku na małym ekranie. Za oceanem CSI ma wiele osobnych seriali dziejących się w różnych miastach, podobnie Law and Order i inne wojskowe służby śledcze, w Europie Brytyjczycy mają swoje Broadchurch, The Fall  i uwspółcześnionego Sherlocka Holmesa, Skandynawowie Wallandera , Duńczycy „The Bridge”.

Jednym z amerykańskich seriali bardzo u mnie w domu lubianym był „Detektyw w sutannie”, z siostrzyczką o polsko brzmiącym nazwisku, która pomagała księdzu Dowlingowi w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Obecnie mamy własnego polskiego Księdza Matusza, który zwalcza dzielnie zło w pięknym Sandomierzu. Kiedyś rozmawiałyśmy o naszych ulubionych detektywach w pracy i koleżanka wspomniała cykl powieści, przeniesionych także na mały ekran, autorstwa Ellis Peters (Edith Pargeter) o przygodach brata Cadfaela. Coś mi to świtało w głowie i jak przyszłam do domu to wspomniałam mojemu ukochanemu, który to od razu go znalazł i kupił mi pierwszą książkę na kindla. No i wpadłam w nałóg czytania i totalnie się zadurzyłam w tym czarującym braciszku zakonnym.

Nasz detektyw w habicie jest Walijczykiem, należy do zakonu benedyktynów św. Pawła i Piotra w Shrewsbury. Akcja tych opowieści dzieje się w czasie bardzo ciekawym w historii Anglii, w okresie tzw. Anarchii , w latach 1134-45, okresie wojny domowej między królem Stefanem z Blois a cesarzową Moud (Matyldą, matką Henryka II Plantageneta). Polecam powieści o tej epoce zarówno autorstwa Sharon Penman  „When Christ and His Saints Slept”,  jak i Kena Folleta ”Filary ziemi”.

Ale wróćmy do Cadfaela. Ktoś może zapytać - powieść detektywistyczna dziejąca się w średniowieczu!? Bez analiz krwi, pobierania linii papilarnych, sprawdzania nagrań z kamer itp. Jak to możliwe, że w ogóle rozwiązywano jakieś zagadki kryminalne. Trzeba było ruszyć głową i popisać się rozumem, być dobrym obserwatorem i taki właśnie jest brat Cadfael. Jest to bardzo ciekawa postać bowiem wstąpił on do zakonu w wieku około 40 lat. Miał za sobą burzliwe życie jako żeglarz i żołnierz walczący w Ziemi Świętej. Po takich przygodach pełnych niebezpieczeństw i zaglądaniu śmierci w oczy, postanowił spędzić resztę życia w ciszy i spokoju, służąc Bogu i pomagając ludziom. Jego życiowe doświadczenie, zdolność obserwacji, wiedza medyczna zdobyta na wielu polach bitewnych, znajomość ziół i umiejętność robienia mikstur są bardzo przydatne w jego klasztorze. Cadfael ma swój ogródek z ziółkami, szopę w której je suszy, uciera, przechowuje i wyrabia swoje balsamy, syropki i inne eliksiry.

Ma on bardzo otwarty umysł, jego poczucie sprawiedliwości i podejście do życia wydają się nam bardzo nowoczesne, a on sam tłumaczy to swoimi wieloma podróżami i zetknięciem się z różnymi kulturami. Ta nowoczesność nie jest jednak dziwna, bo przecież ludzie są różni, a to że ktoś się urodził w średniowieczu nie znaczy, że ma być zacofany, tak jak teraz mamy ludzi o poglądach naprawdę przestarzałych nie tylko o parę lat, ale nawet o parę wieków.

Opat klasztoru zna jego możliwości i wielokrotnie jest on proszony o konsultacje nie tyko medyczne ,ale i właśnie w sprawach skomplikowanych, kryminalnych, czy misjach dyplomatycznych. W chwili gdy poznajemy braciszka ma on już 55 lat, a to w średniowieczu wiek słuszny, ale nasz bohater nie gnuśnieje na zakonnej kuchni i dzielnie walczy o sprawiedliwości dla tych co nie mogą sami sią o nią upomnieć. Ja po prostu się zadurzyłam po uszy w tym detektywie w habicie, nie mogłam się oderwać od opowieści o jego przygodach. Jest 20 książek plus ostatnia książka z trzema opowiadaniami ukazująca nam moment, gdy postanowił on wstąpić do klasztoru,  zakończenie i pożegnanie z naszym bohaterem. Nawet znając książki słuchałam słuchowisk w radiu BBC, bo są one tak dobre, że nie można się od nich oderwać. Jest też serial telewizyjny o jego przygodach, w którym w rolę Cadfaela wcielił się Derek Jacobi.

Autorka nie tylko wspaniale konstruuje zagadkę kryminalną, daje nam też doskonałą okazję poznania życia w okresie średniowiecza. Jeżeli nawet znamy historię i ogólny zarys życia w tej epoce, to w tych książkach spotkamy  ludzi żyjących i pracujących na różnych szczeblach drabiny społecznej. Poznamy także różnice prawne i obyczajowe między Walią a Anglią.

Te opowieści kryminalne dobrze też przedstawiają ludzką mentalność, minęło parę setek lat i tak naprawdę to niewiele się zmieniło. Nadal zakochujemy się od pierwszego wejrzenia, poświęcamy się dla przyjaciół, płaczemy, śmiejemy się , żartujemy, śpiewamy. Czarne strony ludzkiego charakteru też nadal są: zazdrość, pycha, pazerność, uprzedzenia do obcych czy innych niż my, też pchają nas do czynienia zła.

Poznajemy trudne życie ludzi średniowiecza, nie ma służby zdrowia, wiedza medyczna jest dość skromna, nie ma antybiotyków, rentgena itp., a mała infekcja może być początkiem końca. Nie ma zapomóg i żadnego 500 +, nie pracujesz to nie jesz, chyba że ukradniesz, ale to się może też źle skończyć, nie ma emerytur ani chorobowego. Nie jest łatwo jeżeli nie ma się dobrego rzemiosła, ziemi, czy pochodzenia. Pozycja kobiety jest jeszcze bardziej skomplikowana, jedyna odrobina wolności jest wtedy, gdy jest się wdową. Ojciec, mąż, brat decydują o jej losie, nie jest ona osobą a przedmiotem, narzędziem, muzą trubadurów i siedliskiem grzechu i choć mamy także silne kobiety w średniowieczu, jak chociażby cesarzowa Maude. W tych powieściach mamy bardzo dobrze przedstawioną sytuację kobiet, są one nie tylko ofiarami zbrodni. Mamy silne i niezależne niewiasty z różnych kręgów społecznych, które w bardziej lub mnie udany sposób starają nie tylko przetrwać ale i wywalczyć sobie odrobinę szczęścia. Akcja cyklu dzieje się w czasie wojny domowej, niepewności politycznych, gdy życie było jeszcze bardziej  niebezpieczne. Mamy uchodźców uciekających z terenów objętych walkami, są oni zdani sami na siebie i dobroczynność innych ludzi. Stają się oni ofiarami rabusiów, których jest w takich sytuacjach pełno i często grasują oni w okolicy gnębiąc wszystkich starających się żyć i spokojnie pracować. Trudno jest utrzymać spokój i sprawiedliwość, szeryfowie i ich zastępcy mają ręce pełne roboty i taki Cadfael się bardzo przydaje.

Co naprawdę lubię w tych powieściach, to tę subtelnie przedstawioną rzeczywistość. Postacie są pełnowymiarowe, różnorodne, mają proste i skomplikowane życie. Każdy bohater opowieści ma swoją własną osobowość, wartości, charakter i sposób patrzenia na świat. Każdy wątek jest pięknie osadzony w architekturze i przyrodzie, historycznych wydarzeniach. Autorka ma dar opowiadania, czuje się atmosferę średniowiecznego miasta, wsi itp. Mamy uroczo przedstawione życie w klasztorze, mnisi są bardzo różni, mamy karierowiczów, nawiedzonych, fanatyków, prostych i uczonych oraz tzw.  oblates czyli oddanych do klasztoru na sługi boże jako małe dzieci. Opat Rudulfus np. chce skończyć z tym zwyczajem. Każdy pełni jakąś funkcje w zakonie, ale i w opowieści.

Podobnie z mieszczanami, szlachtą i inną ludności zamieszkującą okolicę bliższą i dalszą. Mamy ludzi dobrych, prawych, ciężko pracujących, oraz okrutników, cwaniaczków bez honoru. Uczymy się dużo o podziale społecznym, czymś co jest nam obce, znamy to z książek i filmów. Mamy wyraźny podział ma warstwy - ludzi wolnych, mogą oni mieć własny kawałek ziemi, dzierżawić ją, być rzemieślnikami itp., mamy też ludzi określanych jako villein i jest to odpowiednik naszego chłopa pańszczyźnianego ( inne określenie to serf ). Jeżeli takiemu nieszczęśnikowi udało się uciec od pana i temu nie udało się go odnaleźć  przez rok i jeden dzień, to stawał się on wolnym człowiekiem.

Szlachta i mieszczanie też są podzielenie w zależności od umiejętności, powiązań rodzinnych itp. Pozycja społeczna kobiet jest też różna  w zależności od pochodzenia społecznego, ale i od narodowości, w Walii kobieta miała znacznie więcej praw i wolności niż jej rówieśniczka z Anglii. Podobnie z dziećmi z tzw. nieprawego łoża, np. w Walii mogli oni dziedziczyć po ojcu, jeżeli on ich uznał za swoje dzieci.

Poznajemy sposoby leczenia, pobierania nauk, przyuczania do zawodu, działania sprawiedliwości, jesteśmy na jarmarku, weselu, pielgrzymce,  oraz wojnie,. Jest tu dużo humoru , bo brat Cadfael ma bardzo praktyczne podejście do życia i świata i jego drobne dygresje i monologi zwłaszcza do św. Winfred są bardzo pocieszne.

Trochę wam opiszę parę książek tak na zachętę bez zdradzania większych szczegółów.

„A morbid taste for Bones” (Tejemnica świętych relikwii). Otóż opactwo w Shrewsbury trochę podupada, trzeba coś zrobić aby przyciągnąć pielgrzymów, bo to jest bardzo dobre źródło dochodów. Tak się świetnie złożyło, że jeden z mnichów miał proroczy sen wskazujący mu gdzie zdobyć święte relikwie. Zorganizowana zostaje wyprawa dyplomatyczna do sąsiedniej Walii bo tam jest święta, która chce być przeniesiona ze swojego zaniedbanego grobu w bardziej dostępne dla pielgrzymów miejsce. Święta może i chce się przenieść, ale lokalni mieszkańcy nie są tą perspektywą zachwyceni i kiedy główny opozycjonista zostaje znaleziony w lesie ze strzałą należącą do młodego Anglika zakochanego w córce zamordowanego sprawa wydaje się prosta. Nie dla Cadfaela, który to stara się poznać prawdę …

„One corpse to omany” (O jedno ciało za dużo). To druga z cyklu. Otóż król Stefan oblega zamek w Shrewsbury, a tymczasem Cadfael otrzymuje do pomocy przy ziołach nowego asystenta. W mieście pojawia się też piękna Aline Siward, której brat jest wśród obrońców zamku i szukający zajęcia rycerz Hugh Beringar. Kiedy zamek pada król jest wściekły, zwłaszcza, że dwóch obrońców się wymknęło i w złości skazuje wszystkich pozostałych 94 na śmierć. Opat wyprasza u króla pozwolenie na chrześcijański pochówek, a Cadfael znajduje 95 ciał czyli o jedno za dużo, ta dodatkowa osoba została uduszona. Był to giermek dowódcy zamku, który z pomocnikiem mieli wywieźć fundusze rebeliantów. Ktoś zdradził, ktoś zamordował i ktoś szuka skarbu. Król zezwala na śledztwo, bo nie chce by to jedno życie było na jego sumieniu. Cadfael po nitkach stara się dotrzeć do kłębka prawdy. Mamy tu wszystko co potrzeba na dobrą powieść kryminalno-przygodową: zdradę, niewiasty przebrane za chłopaków, pogonie konne i nawet tzw. trial by combat czyli pojedynek sądowy, w którym o winie i niewinności decydowały umiejętności walki z mieczem. Jak się czyta to aż trzyma się kciuki co by zwyciężyło dobro i sprawiedliwość. Nie muszę chyba dodawać, że nie można się od tej opowieści oderwać.

„Monks hood” ( polskie tytuły to „Obrońca w kapturze” i „Trujący lek”). To chyba jedna z moich ulubionych powieści z tego cyklu, słuchałam słuchowiska chyba ze trzy razy i zawsze mimo, że znam zakończenie nie mogłam się oderwać od radia. Autorka dostała za nią specjalną nagrodę - Srebrny Sztylet od Brytyjskiego Towarzystwa Pisarzy Kryminalnych.

Monks Hood znane też jako Wolf’s bane to po naszemu Tojad, roślina z rodziny jaskrowatych zwana też mordownikiem, bo jest trująca. Z tej rośliny Cadfael produkuje olej o właściwościach leczniczych, który stosuje do produkcji mazideł używanych do masażu. Ten olej jest jednak trujący, gdy ktoś go przez przypadek spożyje. Na terenie opactwa mieszka z rodziną Gervas Bonel, który obiecał swój majątek zakonowi w zamian za dożywotnią opiekę. Opat Heribert jest w Londynie na tzw. dywaniku i wszystkie sprawy zakonne, w tym podpisywanie nowych dokumentów i umów zostały zawieszone. Tymczasem przeor Robert rządzi w klasztorze. Otrzymał on prezent w postaci tłustego ptaka z rodziny kurowatych i zdecydował się nim podzielić z Bonelem, bo to taki ważny darczyńca, ma taką ważną darowiznę odpisać. Temu jednak ptak wyraźnie zaszkodził bo zachorował on i zmarł mimo wysiłków Edmunda medyka zakonu i Cadfaela zielarza. Cadfael zorientował się, że został on otruty, a trucizna została spreparowana z Tojada i prawdopodobnie pochodziła z jego składziku ziółek. Podejrzanych jest kilku, chłop pańszczyźniany, syn z nieprawego łoża, pasierb, a sprawę komplikuje jeszcze fakt, że wdowa po Bonelu to ukochana Cadfaela sprzed prawie 40 lat. Cadfael ma bardzo trudne zadanie, przedzierając się przez gąszcz do prawdy, a koniec naprawdę nas zadziwi, ale czy jednak?

„Saint Peter’s Fair” (Jarmark świętego Piotra). Jarmarki to ważne wydarzenia w życiu codziennym średniowiecznego społeczeństwa. Poznajemy zasady organizowania i funkcjonowania jarmarków. Wspomniany już jarmark jest organizowany przez klasztor i cały dochód ląduje w skrzyniach klasztornych, na dodatek mieszczanie muszą zamknąć swoje sklepy, aby nie robić jarmarkowi konkurencji. Jest to wieczna kość niezgody i provost prosi opata, aby część tegorocznych zarobków została przeznaczona na odbudowę miasta, które ucierpiało w czasie oblężenia przez wojska króla Stefana. Opat Rudulfus jednak odmawia.

Jarmark to nie tylko okazja do handlu, to raj dla drobnych złodziejaszków, ale i szpiegów. Nie zapominajmy, że jest to czas Anarchii i dwa obozy walczą o władzę. Pojawia się więc rękawicznik Euan z Shotwiek - człowiek earla Ranulfa, jeszcze niezadeklarowanego w żadnym obozie  i winiarczyk Tomasz z Brystolu pracujący dla Roberta z Gloucester, który był bratem z nieprawego łoża cesarzowej Maud i jej największym stronnikiem i strategiem militarnym. Tymczasem młodzieńcy z miasteczka przybywają na teren jarmarku, mając nadzieję, że przyjezdni kupcy i rzemieślnicy staną po ich stronie w sporze z klasztorem. W czasie gorącej dyskusji dochodzi do szarpaniny i po chwili do zamieszek. Kiedy potem odkryto ciało Tomasza zasztyletowanego i wrzuconego do wody,  syn provosta staje się głównych podejrzanym. Jest jeszcze piękna Emma, bratanica Tomasza i ona też może być w niebezpieczeństwie. Nie jest to tylko kryminał, ale i powieść szpiegowska, dużo się tu dzieje, akcja jest wartka. Cadfael nie daje się omamić i znów rozwiązuje zagadkę.

Czyta się te powieści z zapartym tchem, nie mogłam się doczekać na przerwę w pracy, żeby znów móc się zatopić w tym pięknie przedstawionym, malowanym słowami średniowiecznym świecie. Jest ich 21 plus zbiór trzech opowiadań (lata 1120,1135 i 39)  i namawiam was do sięgnięcia po te książki, każda jest pełna akcji, opisów życia społecznego, zwyczajów, dramatów i po każdej ma się ochotę na następną. Było mi bardzo smutno, gdy musiałam się pożegnać z bratem Cadfaelem.

Spodobał mi się pomysł kryminałów osadzonych w dawnych czasach i tak odkryłam siostrę Fidelmę autorstwa P. Tremayne z akcją w Irlandii i w Europie w VII wieku, Nicolasa Elyota sprzedawcę książek w XIV-wiecznym Oksfordzie, przeoryszę Eleanorę z Wynethorpe, walczącą o sprawiedliwość pod koniec XIII wieku. Może kiedyś o nich napiszę.

piątek, 03 sierpnia 2018

Ten wpis chodził mi po głowie od jakiegoś czasu. Zwiedzanie to naprawdę frajda ale kupowanie biletów może być czasem skomplikowane. Mam nadzieję że ten wpis trochę wam rozjaśni takie sytuacje.

W Wielkiej Brytanii atrakcje turystyczne, galerie, muzea działają na różnych zasadach, niektóre są utrzymywane przez państwo czy gminę i są za darmo np. Muzeum Brytyjskie, Galeria Narodowa  w Londynie ( British Museum, National Gallery). W tych instytucjach jednak trzeba płacić jeżeli idzie się na tzw.  wystawę okresową. Inne miejsca są za opłatą.

W większości muzeów i galerii są też duże skarbonki do których można wrzucić datek.

Są też atrakcje turystyczne głównie pałace, zamki, posiadłości szlachty czy burżuazji itp. , które są zarządzane przez fundację charytatywną, dla nas może to być dziwne, bowiem organizacja dobroczynna kojarzy nam się z pomaganiem biednym, chorym, osieroconym ludziom lub zwierzętom. Tu takie fundacje są tworzone do opieki nad miejscami historycznymi i mają wtedy status organizacji dobroczynnej. W końcu jednak czynią dobro patronując i chroniąc obiekty historyczne, przyrodnicze  i kulturalne. W tych miejsca płaci się za wstęp.

Płacąc za wstęp do muzeów, pałaców czy na wystawy macie parę opcji i są różnice w cenie.

Pierwsza różnica w cenie to kupowanie na miejscu w kasach biletowych (gate price – dosłownie cena na bramie) a kupowanie przez Internet (online price) , na stronie danej atrakcji. Często bilety kupione prze Internet, na stronie danego miejsca, które chcecie zwiedzić są tańsze, ale czasem jest doliczana opłata za transakcję tzw. booking fee. Jeżeli kupujecie przez Internet to sprawdzicie dobrze opcje dostarczenia biletu : collect on site – oznacza że bilet odbierzecie w kasach atrakcji, print at home  - oznacza że go wydrukujecie w domu – na telefonie może nie zadziałać i wtedy was będą odsyłać do kas,  E- ticket oznacza, że można go mieć na telefonie lub Ipadzie. Wybierzcie tę która wam będzie najbardziej odpowiadać. Jeżeli zapłaciliście a nie dostaliście potwierdzenia od atrakcji a tylko że transakcja się udała to sprawdźcie sobie folder ze spamem czy junk mail, bo ten email tam mógł utknąć. Jeżeli nadal nie macie potwierdzenia to skontaktujcie się z customer services danej atrakcji bo mógł być problem z waszą opłatą i oni jednak nie dostali pieniędzy i po prostu nie macie biletu.

Obie opcje internetowa na stronie danej atrakcji i ta w kasach biletowych mogą być jeszcze podzielone na dwa rodzaje, zwłaszcza jeżeli miejsce ma status organizacji charytatywnej. Ceny mogą być z darowizną ( with donation) i bez czyli standard, które to są tańsze. Jako klient możecie wybrać, więc popatrzcie sobie dokładnie na tablice z cenami, te bez darowizny są z reguły pisane mniejszymi literami. Powiedzcie jaki bilet chcecie lub pokażcie palcem.

Kategorie biletów – takie główne, najczęściej spotykane

Adult – Dorosły - to osoby z reguły od 16 do 59 roku życia, niektóre atrakcja dolny wiek mają inny 17 lub 18 lat.

Concessions – Ulgowe -  tu są kategorie np. Seniors – seniorzy czyli osoby w wieku 60 i więcej; student studenci z legitymacją ( zabierajcie legitymacje szkolne i studencie jeżeli nie wyrobiliście sobie międzynarodowej karty ISIC), w wielu miejscach osoby 16-18 mogą dostać też zniżkę nawet bez legitymacji, ale jest lepiej mieć jakiś dokument nawet w innym niż angielski języku, słowo student czy szkoła jest bardzo podobne w wielu językach.

Children – dzieci – z reguły do 15 roku życia, dolny wiek może być różny i zależy od atrakcji, w niektórych jest to 3 a w innych 5 lat. Sprawdźcie dokładnie przed kupieniem biletów. Może się też zdarzyć że od 12 roku życia będzie odrębna kategoria.

Family – Rodzina - to z reguły 2 dorosłych plus 2 lub 3 dzieci ( w zakresie wiekowym jakie w danej atrakcji jest opisywane jako dziecko) czyli np. dwoje rodziców po 50 siątce z 2 dzieci w wieku 20 lat nie będą się kwalifikować. Są atrakcje które mają kategorie: Family 1 adult czyli rodzina z jednym rodzicem plus 2 lub 3 dzieci. Jest to ukłon w stronę rodzin z jednym rodzicem samotnych matek, ojców, cioć czy wujków zabawiających dzieciaki; Family 2 adults – rodzina z dwoma dorosłymi. Żeby dostać bilet rodzinny nie trzeba być jednak rodziną mogą to być dwie koleżanki na wspólnym wyjściu z dzieciakami, stryjek z ciocią zabierających bratanków itp.

Group discount - Bilety grupowe – z reguły musi być określona liczba minimalna aby dostać zniżkę, bo kupuje się bilet grupowy np. minimum 15 osób. Zapłata musi być w jednej transakcji, więc trzeba pozbierać pieniążki przed i zapłacić razem, może być to gotówka lub karta, uwaga wiele instytucji odchodzi od akceptowania czeków w kasach biletowych. Jeżeli kupujecie bilety z wyprzedzeniem i wysyłacie np. czek pocztą to pamiętajcie że musi on się zrealizować zanim dostaniecie bilety. Poczekajcie na potwierdzenie ze czek został zrealizowany (cleared, cashed). Jeżeli w grupie są dzieci to muszą one być w czasie zwiedzania pod opieką dorosłych. Przewodnicy grupy też z reguły muszą płacić chyba że są zarejestrowanymi przewodnikami w UK czyli mają legitymacje z tzw. Blue Badge Tourst Guides, lub np. w Londynie – City of London Guides. Często jednak kierowca autokaru ma wejście za darmo, po tym jak udowodni, że jest kierowcą autokaru którym taka grupa przyjechała. Warto się zapytać w danej atrakcji.

Druga różnica w cenie może być spowodowana dniem czy porą roku w której chcemy zwiedzić atrakcję, czy pójść na wystawę. Niektóre miejsca kasują więcej gdy zwiedzamy w tzw. Peak Time czyli czas szczytu gdy są oni bardziej zajęcie, może to być weekend, wakacje, okres świąteczny, ferie szkolne itp. Sprawdźcie sobie bo może się okazać, że jak przyjdziecie w środę to zapłacicie mniej niż w sobotę.

Educational Visit  - Wycieczki szkolne -  to jest naprawdę gąszcz bo każda atrakcja ma swoje własne zasady. Jest jednak parę że tak można powiedzieć czy raczej napisać elementów wspólnych. To że jesteście na swojej wycieczce szkolnej wcale nie oznacza że wasza wizyta w danej atrakcji jest traktowana jako educational visit.

Taka wycieczka musi być zorganizowana – zarezerwowana dużo wcześniej ( in advance) w dziale edukacyjnym danej atrakcji  i musi być zapłacona wcześniej..  Bilety mogą być tańsze ale może być ograniczenie w tym co można zwiedzać i czas w jakim macie się pojawić. Przeczytajcie dokładnie warunki takiej wizyty, co można a czego nie można. Nie można z reguły zarezerwować takich wycieczek w czasie gdy w UK są wakacje, przerwy świąteczne czy semestralne. W czasie takich wycieczek nie można na terenie atrakcji puścić dzieci w tzw. samopas, muszą one być pod opieką dorosłych, takie są tu zasady. Jeżeli planujecie im dać czas wolny to najlepiej nie w czasie zwiedzania w atrakcjach turystycznych. Generalnie 10 dzieciaków powinno mieć 1 dorosłego, dzieci młodsze z reguły poniżej 7 roku życia 1 dorosły na 5 dzieci. Te informacje dostaniecie jak będziecie sobie organizować taką wycieczkę, mogą wam odmówić wstępu jeżeli nie będzie wystarczającej liczby dorosłych. Z reguły opiekunowie w takich wycieczkach szkolnych wchodzą za darmo lub ze zniżką. Uwaga ale taka wycieczka musi być zarezerwowana przez dział edukacyjny danej atrakcji z wyprzedzeniem. Jeżeli chcecie zorganizować taką wycieczkę to pogrzebcie po stronach internetowych i szukajcie : educational visit, learning and engagement, school trips itp.

Vouchers – czyli kupowanie biletów u pośredników. Wiele atrakcji oprócz tego że same sprzedają bilety ma też umowy z setkami pośredników, agentów i biur turystycznych organizujących ludziom wakacje. Możecie u nich kupić bilety do danych atrakcji bezpośrednio np. w hotelu, lub przez Internet często nawet możecie nie wiedzieć że kupujecie u pośrednika, przykładowi agenci: . 365 tickets, Golden Tours, Globus, viator, getyourguide, visitBritain, … Weście pod uwagę że płacicie pośrednikowi, czyli nie samej atrakcji i teoretycznie nie macie jeszcze biletu, tylko voucher – kupon potwierdzający że zapłaciliście pośrednikowi. Wydrukujcie sobie ten voucher, bo w wielu miejscach nie zadziała na telefonie, musi być wydrukowany. Szukajcie zdania „ Print this voucher”.

 Z tym voucherem musicie pójść do kas biletowych i dopiero wtedy wam wymienią to na bilet, nawet jeżeli agent się ogłaszał, że nie będziecie musieli stać w kolejkach. Wy zapłaciliście agentowi, on ma wasze pieniądze ,ale zapłaci danej atrakcji dopiero jak oni udowodnią że wy tam byliście, z reguły wysyłając im invoice z waszym voucherem.  Uwaga taki voucher nie jest gwarancją że wejdziecie do atrakcji, zdarza się że pośrednicy zalegają z płatnością za poprzednie tygodnie i atrakcja ma prawo odmówić realizacji waszego kuponu. Dlatego jeżeli można to unikajcie pośredników i kupujcie na stronie atrakcji, dodatkowo jeżeli kupicie u agenta to tylko część waszych pieniędzy zostanie przeznaczona dla danego miejsca, bo taki pośrednik też musi z czegoś żyć.

Online collection point – Punk odbioru biletów – jest dla tych co kupili bilety przez Internet ale na stronie danej atrakcji, a nie dla wszystkich co kupili bilet przez Internet, zwłaszcza jeżeli kupili bilet u pośrednika. Jeżeli na waszym papierku jest napisane This is not a ticket lub this is your booking confirmation to musicie odebrać bilet. Z reguły zapytają was o nazwisko pod jakim kupiliście bilet, każą potwierdzić adres. Dobrze jest mieć ze sobą kartę którą płaciliście.

Gift Aid – to taka inicjatywa rządowa która pozwala organizacjom charytatywnym na pozyskanie 25 pensów za każdego 1 funta jaki im podarowaliście. Miejsca turystyczne czyli pałace, zamki, siedziby szlacheckie itp., mają tu znów dwie opcje. Z oboma się spotkacie bo to zależy od atrakcji jak to jest realizowane.

Jedna opcja to ta z ceną z darowizną i standardową. Każdy może zapłacić cenę z darowizną ale tylko Brytyjscy podatnicy mogą dokonać Gift Aid. Jeżeli wybierzecie opcję „With donation” to sprzedający bilety może się was zapytać czy jesteście brytyjskimi podatnikami. (are you UK tax payer) jeżeli jesteście to możecie zadeklarować, że cała cena jest datkiem dobroczynnym i wtedy oni dostaną z każdego funta 25 pensów. Was to nic nie kosztuje a takie miejsce ma dodatkowe pieniądze na konserwacje i edukację, bo na to są te fundusze przeznaczane. Jeżeli się zgodzicie to musicie podać adres, bo to jest potrzebne do papierkowej roboty. Większość atrakcji turystycznych ma właśnie taki system.

Druga opcja to oferowanie możliwości powrotu do atrakcji przez rok, jeżeli się zrobi ten Gift Aid. Wtedy też trzeba to zarejestrować często w czasie kupowania biletu, trzeba się też podpisać i mieć ten bilet np. podstemplowany w czasie wizyty. Kiedy się chce ponownie przyjść trzeba przynieść ten bilet z deklaracją i jakiś dokument potwierdzający że jest się tą osobą która zadeklarowała Gift Aid np. foto ID i potwierdzenie adresu. Nazywa się to z reguły 1-year pass. Jeżeli atrakcja ma bilety na określone godziny to trzeba sobie zarezerwować to wcześniej. Ten jest mniej popularny.

Membership, Season Tickets, Friends of …– Bilety sezonowe. Wiele atrakcji ma jakiś system biletów wielokrotnego użycia. Są tego różne nazwy, kupuje się je z reguły na rok i przez ten rok ma się wstęp do atrakcji, lub na wystawy organizowane w danym muzeum lub galerii. Jeżeli mieszkacie w Londynie lub UK to możecie się takim biletom przyjrzeć, bo czasem się one bardzo opłacają. Takie bilety są imienne czyli są dla osoby która za niego zapłaciła, nie można ich pożyczać. Są różne kategorie Indywidualna, Joint ( dla dwóch osób) i rodzinne. Można zapłacić kartą, gotówką lub przez Direct Debit. Ta forma jest bardziej popularna w opłacaniu rachunków ( nie mylcie jej z tzw. Standing Order), Direct Debit to gdy za naszą zgodą instytucja może ustawić nam płatność regularną np. co miesiąc,  stałej lub zmiennej sumy prosto (direct) z naszego konta do ich. W przypadku biletów okresowych do atrakcji turystycznych jest to z reguły opłata coroczna. Czyli wasz bilet jest odnawiany automatycznie, jesteście o tym uprzedzani, z reguły dostaje się list z nową ceną i wtedy jak nie chcemy to możemy zrezygnować i trzeba wtedy skontaktować się ze swoim bankiem i skasować tą opłatę.( cancel direct debit)  

Jeżeli gdzieś byliście i wydaje się wam, że tam wrócicie to sprawdźcie czy nie mają opcji biletu rocznego, bo często to co już zapłaciliście może być potraktowane jako część tej rocznej opłaty (nazywane jest to upgrade) . Zasada jest taka, że trzeba tego dokonać albo tego samego dnia albo jest jakiś przedział czasowy. Warunkiem jest posiadanie biletu kupionego bezpośrednio w atrakcji, a nie u pośrednika, dlatego już wcześniej namawiałam was na omijanie pośredników. Dla wielu atrakcji nie ma znaczenia fakt że nie mieszkacie w UK, sprawdźcie to sobie. Jednak nie można zrobić Direct Debit jeżeli nie ma się konta w banku z brytyjskim adresem.

English Heritage i National Trust to dwie wielkie organizacje opiekujące się wieloma miejscami historycznymi i przyrodniczymi na wyspach. Niektóre z nich są za darmo dla wszystkich ale do większości trzeba kupić bilet, ale można zostać membersem i wtedy wchodzi się za darmo bo już się zapłaciło za kartę ( Membership – członkostwo). Jeżeli dużo zwiedzacie i mieszkacie w UK to jest to dobry pomysł. Nie chodzi tu tylko o te zaoszczędzone pieniądze na biletach wstępu, ale przyczyniacie się do ochrony, odbudowy wspaniałych miejsc nie tyko dziedzictwa Brytyjczyków bo przyroda i historia należy do nas wszystkich. ( te organizacje np. opiekują się Stonehenge, zamkiem w Dover )

Kolejna karta która może się wam przydać to National Art Pass, tu mamy wejścia za darmo lub zniżką do wielu miejsc muzeów,  galerii, wystaw okresowych. Art Fund to organizacja która pomaga już od 110 lat muzeom, galeriom, dokładając się do kupowania dzieł sztuki, organizowaniu wystaw, itd. i w ten sposób dając nam wszystkim możliwość podziwiania dorobku kulturowego, który inaczej byłby zamknięty gdzieś w prywatnej kolekcji lub sejfie w banku.  Ten pass chyba najwięcej mi dał satysfakcji przez lata, zawsze kiedy wyciągam mojego ukochanego na kolejną wystawę z tym pasem jest trochę taniej.

Większość z tych biletów sezonowych można kupić komuś jako prezent (gift), wtedy na karcie będzie jego imię. Jeżeli macie kogoś kto lubi sztukę, historię, lub przyrodę to może to być doskonały pomysł na prezent.

Mam nadzieję że ten wpis wam się przyda i będzie pomocny.

Miłego zwiedzania.

niedziela, 08 lipca 2018

 

Tym razem zapraszam Was do niezwykłego rezerwatu przyrody w wielkim mieście. Pomysłodawcą specjalnej ochrony mokradeł i rozlewisk wodnych był Peter Scott (1909 – 1989), o którym nic nie wiedziałam, a okazało się, że to bardzo ciekawa postać. Jego ojciec to Robert Falcon Scott , ten słynny oficer brytyjskiej marynarki wojennej, badacz Antarktydy, który zginął w czasie wyprawy na biegun południowy w 1912 roku. Historia tej wyprawy zasługuje na oddzielny wpis. Peter miał tylko 2 latka gdy jego ojciec zmarł, a Robert w swoim ostatnim liście do żony, artystki i rzeźbiarki Kathleen Bruce zasugerował, aby wzbudziła w synku zainteresowanie historią naturalną, jeśli to jest możliwe, bo to jest lepsze nisz gry ( miał tu chyba na myśli gry sportowe, a nie planszowe). Jego ojcem chrzestnym był J. M. Barrie autor Piotrusia Pana.

Peter studiował w Trinity College w Camebride, zaczynając w tzw. naukach naturalnych (m.in. biologia, chemia, geologia), ale ostatecznie zakończył edukację dyplomem z Historii Sztuki. Miał talent artystyczny po mamie i zaczął malować, jego tematami była przyroda, zwłaszcza ptaki. Był na tyle zamożny, że mógł oddać się całym sercem temu co lubił czyli polowaniu na ptaki wodne, żeglowaniu i jeździe na łyżwach. Musiał być dobrym żeglarzem, bo w 1936 roku reprezentował Wielką Brytanię na olimpiadzie w żeglarstwie i zdobył brązowy medal.

W czasie Drugiej Wojny służył w Marynarce Wojennej i tu wykorzystał swoje talenty malarskie,  przyczyniając się do stworzenia nowego typu kamuflażu okrętów opartego na pomysłach A. H. Thayera (countershading)  z czasów Pierwszej Wojny. W maju 1941 roku okręty na Północnym Atlantyku zostały pomalowane według jego pomysłu po tym jak testy wykazały, że przy pochmurnym niebie okręty tak zamaskowane podpływały o około 9,5 kilometra bliżej, niż okręty pomalowane na czarno. Ten kamuflaż był tak skuteczny, że niektóre okręty się zderzyły.

Po wojnie poświęcił się ochronie środowiska i zagrożonych gatunków. W 1946 roku stworzył Wildfowl and Wetlands Trust w Slimbridge jako centrum naukowe i ochrony gatunków oraz udostępnił je do zwiedzania. Prowadził wraz z rodziną program przyrodniczy dla BBC (1955-69) „Look”, który można by przetłumaczyć jako „Popatrz”. Był to pierwszy program przyrodniczy w brytyjskiej telewizji. W tym cyklu pokazano pierwszy kolorowy film o ptakach „Prywatne życiu zimorodków”, w którym był narratorem. Pomógł stworzyć tzw. czerwoną listę zagrożonych gatunków, stworzył logo WWF - słynną pandę i był współzałożycielem tej organizacji , uratował gęś „nene” tzw. bernikle hawajską od wyginięcia.

 

nene - bernikla hawajska 

Pracował dla BBC radia i telewizji i był prekursorem mojego ulubieńca D. Attenborough, pisał i ilustrował książki, został mistrzem Wielkiej Brytanii w szybownictwie, a to tylko część jego niezwykle bogatego życia. Niesamowita postać.  

Londyńskie centrum to jedno z dziewięciu takich ośrodków w Wielkiej Brytanii. Zostało ono otworzone w 2000 roku na terenie byłych wiktoriańskich zbiorników wodnych w Barns w Londyńskiej dzielnicy Richmond. Mamy tu 40 hektarów mokradeł, oazę dla wielu gatunków ptaków, pierwszy tego typu miejski projekt, szczerze mówiąc bardzo owocny pomysł.

Poszliśmy tam w pochmurny dzień i mimo pogody, była to bardzo udana wycieczka. Jest tu dużo do zobaczenie, są specjalne kryjówki-obserwatoria z okienkami i atlasami ptaków dla amatorów rozróżniania gatunków. To moje nowe niby hobby, zawsze lubiłam ptaki i teraz uczę się je rozpoznawać. To centrum to po prostu raj. Bardzo to miejsce polubiliśmy, można tu spędzić cały dzień i nadal mieć niedosyt wrażeń. Jeżeli lubicie fotografować przyrodę to jest to miejsce dla was, można sobie wyrobić bilet sezonowy i wpadać tu co chwilę.

Centrum jest podzielone na część z ptakami egzotycznymi chronionymi przed lisami płotem pod napięciem i resztę. Jest mnóstwo ścieżek spacerowych i tablic informacyjnych, kafejka i specjalne miejsce do zabawy dla małych odkrywców. Mamy parę fotek z naszej wyprawy i mamy nadzieję, że Was zachęcimy. Jeżeli kupicie bilety przez Internet to zaoszczędzicie 10%, a bilet można wykorzystać w ciągu 6 miesięcy. Jeżeli okaże się, że pogoda nie dopisała tego dnia którego chcecie iść, to można sobie odpuścić i przyjść innego. Uwaga bilet jest ważny na jedną wizytę, chyba że sobie wyrobicie ten sezonowy ( roczny).

Jak tu dojechać ?

Pociągiem lub metrem do stacji Barnes, Hamersmith, a potem autobusami 33, 72, 209 do przystanku Red Lion, a od tego pubu to już parę kroków.

Centrum jest otwarte :

w zimie ( 1 listopada do końca lutego) 9:30 do 4:30 ostatnie wejście godzinę przed zamknięciem

w lecie od 9:30  do 5:30 ostatnie wejście godzinę przed zamknięciem.

Zamknięte w święta Bożego Narodzenia.

Ceny biletów tutaj .

Polecamy

Oto parę fotek interesujących informacji z tej wycieczki.

Moorhen (gallinula, kokoszka ) to bardzo płochliwy ptak, zawsze ucieka, a tu nam się udało je sfotografować z małymi, biegającymi po liściach lilii wodnych. Najpierw myślałam, że to pisklak łyski, ale pojawiła się mama i to była kokoszka. W innej części mokradeł ptak ten brał kąpiel, wyraźnie się szykował na randkę.

 

małe kokoszki

kokoszka w kąpieli 

Indian Runner Duck ( anas platyrhynchos domesticus, biegus indyjski) to kaczka udomowiona w Indonezji 2000 lat temu. Rolnicy wpuszczali je między swoje uprawy, bo zjadały owady, ślimaki i chwasty. Nogi mają bardziej z tyłu tułowia, stoją przez to bardziej pionowe i dość szybko biegają.

 

biegus indyjski 

Emperor goose (Anser Canagicus chen canagica, snieżyca cesarska) to gąska, której stanowiska lęgowe znajdują się na Morzu Beringa, głównie na Alasce i Kamczatce. To ładna gęś, taka jakby posrebrzana z białą główką i tyłem szyi. Zanieczyszczenie środowiska i polowania spowodowały, że ich liczba spadła .

 

śnieżyca cersarska

Barnacle goose Branta Leucopsis to rodzina tzw. czarnych gęsi. Poprzednio zaliczano ją razem z Brant Goose do jednego gatunku, obecnie się je rozdziela. Nazwa ta powstała od staronordyckiego słowa Brandgas (burnt, black goose, czarna) i starogreckiego leukos (white, biały) and  opsis (face, twarz). Po naszemu to Bernikla białolica. W połowie XX wieku na Svalbardzie zostało tylko 300  gęsi i wtedy w 1957 roku do akcji włączył się właśnie Peter Scott, rozpoczynając program badawczy, który okazał się najdłużej działającym programem badań nad ptakami migrującymi. Centrum WWT w Solway Firth stało się zimowiskiem dla tych ptaków i uratowało je od wyginięcia.

 

bernikla białolica

Następna gąska w projekcie ratowania gatunków to Red Breasted Goose (Branta ruficollis, bernikla rdzawoszyja ), którą umieszczono na liście zagrożonych w 2007 roku. Liczba tych ptaków spadła z 90 000 na początku XXI wieku do 30 000. W projekcie tym bada się zachowania tych ptaków, uświadamia i propaguje potrzebę ochrony środowisk w jakich one żyją i pogodzenia tego z rozwojem gospodarczym. Życzę im powodzenie, bo jest to śliczny ptaszek. 

 

bernikal rdzawoszyja 

Nie tylko ptaki tu są pod opieką, można też popodglądać sobie parę wydr karłowatych ( asian short-clawed otters, wyderka orientalna, aonyx cinerea). To urocze zwierzątko zostało wpisane na listę gatunków tzw. podwyższonego ryzyka. Zanik mokradeł zamienianych na tereny uprawne, zanieczyszczenie środowiska i polowania spowodowały dramatyczny spadek ich liczebności. Tu, w tym centrum można posłuchać pogadanki o nich, popatrzeć jak się bawią, rywalizują między sobą, pływają i są karmione.

 

wyderka orientalna

Sand Martin (brzegówka zwyczajna, riparia riparia )  – tutaj mają swoje jamy lęgowe w skarpie (sand martin bank) , wisi tam kamera i można sobie je poobserwować, są to bardzo szybkie ptaki i nie jest im łatwo zrobić zdjęcie.

 

jamki w skarpie brzegówek zwyczajnych 

The smew, ( Bielaczek, Mergellus Albellus,) mały ale uroczy ptaszek, takie oczy w stylu pandy, a samiczka ma brązową czapeczkę.

 

bielaczki 


The Canvasback ( głowienka długodzioba, Aythya valisineria)

głowienka długodzioba

 Hooded merganser ( Lophodytes cucullatus, kapturnik)

kapturnik

 

 

Wooper swan ( cyngus cyngus, łabędz krzykliwy) ale nic nie krzyczał, cichy jakiś taki.

 

łabędz krzykliwy


Mute swans (cyngus olor, łabędz niemy) cała rodzina, i te na nas syczały bo miały małe, potem wlazły nam na ścieżkę i musieliśmy boczkiem prze trawę aby ich nie drażnić.

rodzinka łabędzi niemych 

łabędziątka 

Mandarin duck (aix galericulata, mandarynka) jest to bardzo ładny kolorowy ptaszek, pochodzi z Azji wschodniej, do Europy sprowadzona jako kaczka ozdobna przez kolekcjonerów. Uciekła z niewoli i można ją spotkać w paru miejscach w Anglii.

 

mandarynka 

Jest to kaczka nadrzewna skoligacona z amerykańską Wood Duck ( aix sponsa, karolinką)

 

karolinki 


Northern Lapwing, green plover, lapwing  (Vanellus vanellus, czajka zwyczajna), jest to pospolity ptak w Eurazji  ale objęty ścisłą ochroną, tracą one bowiem stanowiska lęgowe w wyniku osuszania mokradeł, a opryski chemiczne zabijają owady którymi one się żywią. Szkoda ich.

 

czajka zwyczajna


Northern pintail ( anas acuta, rożeniec zwyczajny) wędrowny ptak objęty ścisłą ochroną

 

rożeniec zwyczajny 

Laysan duck (anas laysanensis, krzyżówka białooka), endemiczna kaczka z Wysp Hawajskich. Ta kaczka prawie wyginęła, polowano na nie dla mięsa, dla sportu (nie mogę zrozumieć takiego określenia), dużo zginęło z głodu. W 1930 roku ostał się tylko jeden ptak, samiczka, a kiedy zniosła ona jajka okazało się, że są one zapłodnione i wykluły się małe kaczątka. To był ostatni dzwonek.

krzyżówka białooka 


Wetland Trust zajmuje się ochroną i odbudową populacji od lat 50-tych ubiegłego wieku. Dzielą się wiedzą ze swoich badań z kolegami z Ameryki, walka o ich ocalenie nadal trwa, huragany i susze w latach 90 znów je przetrzebiły, podobnie jak zatrucie jadem kiełbasianym 10 lat temu. Taka to niepozorna kaczuszka i takie ma ciężkie życie. Trzymamy za nią kciuki.

Coot (Fulica atra, łyska) było ich dużo z pisklętami w różnym wieku.


A na koniec śliczny mały ptaszek Robin (Erithacus rubecula, rudzik)


I to by było na tyle, mamy więcej zdjęć, ale nie jestem pewna , jakie ptaki na nich są. Mam nadzieję, że Was zachęcił ten wpis do wyprawy do tego lub innego centrum ochrony ptaków. Jest to niezwykle pouczająca przygoda, a podglądanie ptaków to naprawdę frajda. Trochę zazdroszczę Brytyjczykom, że mieli takiego wizjonera, jego idea trwa i się rozrasta, ale pracy nigdy im nie zabraknie.


środa, 11 kwietnia 2018



 

Książki towarzyszyły mi w życiu od małego, moja mama sama lubiła czytać i mnie swoją pasją zaraziła, czytając mi bajki na dobranoc. Po jakimś czasie miałam już swoje ulubione. Z reguły były one długie. Moja mama miała nadzieję, że zasnę, gdy ona mi będzie czytać. Krótkie często się kończyły, zanim pogrążyłam się w śnie i wtedy chciałam jeszcze jedną. Miałam także swój sposób na długie wieczory z książką, otóż wplątywałam sobie paluszka w dziurkę od guzika w podomce mojej mamy, kombinując, że jak będzie odchodzić to mnie to obudzi. Moja mama też miała sposoby, skracała bajki, gdy widziała, że moje oczka już opadają.  Wtedy ja budziłam się stwierdzając „ ale Mamusiu zapomniałaś przeczytać o tym jak … „ no i moja biedna mama musiała wrócić na tę niechcący zapomnianą stronę. Najbardziej lubiłam bajki Natalii Gałczyńskiej „ O Wróżkach i Czarodziejach”, a z tego zbioru opowiadanie o Agnieszce skrawku nieba. Bajkę tę znałam tak dobrze, że kiedyś w przedszkolu jako 6-latka zostałam posadzona na stołeczku i opowiadałam ją młodszym dzieciom (pani przedszkolanka musiała się zająć z koleżanką dzieckiem, któremu coś się stało). Spowodowałam, że pod koniec wszystkie stały i krzyczały  „ludzie po tamtej stronie lasu są tacy sami jak my” tak głośno, że pani dyrektorka sprawdzała, co się tu działo. Do tej pory mama mi to przypomina.

Nie trzeba mnie było oczywiście poganiać do nauki czytania, i kiedy już zgłębiłam tę sztukę tajemną przekształcania znaczków na papierze w słowa i opowieści, to otwarł się dla mnie nowy świat. Książki były dla mnie ważne, kiedy była dostawa do księgarni, stawałam w kolejce, która czasem była niemal tak długa jak ta po papier toaletowy w sąsiednim papierniczym. Największą radość sprawiały mi wyjazdy do Warszawy do lekarza ortodonty, bo po niemiłej wizycie i kolejnej przymiarce lub wycisku na nowy aparat, wpadaliśmy do wielkiego antykwariatu i tam po prostu spędzałam długie godziny buszując wśród półek i polując na książki. Obsługa mnie zapamiętała, choć bywaliśmy tam tylko raz w miesiącu, po jakimś czasie zaczęli mi podsuwać różne książki.  To u nich poznałam i zadurzyłam się w przygodach Tomka Wilmowskiego i skompletowałam sobie prawie cały cykl o jego perypetiach. To tu pani mi poleciała inny cykl  Szklarskich „Złoto Gór Czarnych” (jeden z tomów czekał na mnie któregoś dnia w szufladzie).

Drugim rajem była oczywiście biblioteka, najpierw szkolna, potem publiczna. Panie w tej bibliotece nie tylko nam doradzały, ale i ułatwiały dostęp do lektur trudno osiągalnych. Byłam jedną z tych irytujących osób, które miały przeczytane nie tylko te lektury obowiązkowe, ale i te z listy zwanej uzupełniającą. Nigdy wtedy nie wymiękałam na widok grubości książki, czy potem na studiach na ilość artykułów i opracowań, czy innych publikacji, które mieliśmy sobie przyswoić. Miałyśmy ciekawy sposób wybierania książek w bibliotece, patrzyłyśmy na książki oceniając stopień zużycia, bo ona musiała być często czytana i mogła być fajna. Nie zawsze się to sprawdzało oczywiście. Choć miałyśmy dużo szczęścia, bo nie było wtedy tyle tandetnych harlekinowskich romansideł. To tak odkryłam Alejo Carpentiera, gdy znalazłam jego książkę „Podróż do źródeł czasu” patrząc na mocno zdezelowaną okładkę, popękany grzbiet i fakt, że była ona naprawiana. Zakochałam się w jego prozie. Nie pamiętam, kto był tłumaczem, ale czapki z głów dla tej osoby, bo kiedy znalazłam „Eksplozję w Katedrze” po angielsku, to się załamałam. Czytałam ją po polsku i mi się podobała, a ta po angielsku była taka drętwawa trochę.

Moje czytelnictwo osłabło, gdy przyjechałam do Wielkiej Brytanii, wynajmowane pokoje, mało miejsca, książki targane w walizkach z Polski i problemy z ilością rzeczy przy przeprowadzkach. Sytuacja się poprawiła gdy mój angielski stał się na tyle płynny, że mogłam sobie czytać książki w tym języku. Nadal kupowałam , choć oszczędnie bo nie miałam dużo miejsca, taki typowy pokój miał ma wyposażeniu zwykle łóżko i jakąś szafę na ubrania. Kiedy kupiłam sobie biurko, to takie, co to miało trochę półek i tam trzymałam moje drukowane skarby. Chyba dopiero moja ostatnia gospodyni miała w moim pokoju półki na książki, które ja dość szybko zaczęłam sobie zapełniać – pustki mnie irytowały.

Zapisałam się też do biblioteki i znów byłam w raju książkowym. Kiedy się od mojej ostatniej gospodyni wyprowadzałam, co by zamieszkać w wynajętym mieszkaniu z moim ukochanym, to już musieliśmy wynająć samochód dostawczy, no nie na same książki oczywiście, bo były też ubrania, biurko, laptop, radio, itp., W nowym mieszkaniu nasze kolekcje książek bardzo szybko zapełniły półki, które tam były. I znów targaliśmy je z Polski, kupowaliśmy no prawie bez umiaru… .

Teraz we własnych czterech kątach już dorobiliśmy się ścian z półkami na książki i zaczynamy myśleć gdzie by tu jeszcze dostawić kolejną „billy bookcase” z Ikei.

Książka towarzyszy mi każdego dnia, droga do i z pracy zajmuje mi około trzech godzin dziennie w publicznym transporcie i większość tego czasu spędzam z nosem w książce. Żałuję, że nie jest to podróż jednym pociągiem, bo tracę trochę czasu na przesiadkach, przechodzeniu z metra na kolej, wchodzeniu i schodzeniu ze schodów i przełażeniu przez bramki, łażeniu po peronach.

Nie mogę czytać w autobusie, zaczyna mnie męczyć choroba lokomocyjna, strasznie się nudziłam w czasie długich podróży autokarem. 

W samolocie to szybko zapadam w sen i nawet ,jak chcę czytać, to po dłuższej chwili robi się ze mnie kiwaczek, czasem, gdy długo czekamy w kolejce na pas startowy, to zasypiam zanim wystartujemy. Całe szczęście więc, że do pracy dojeżdżam pojazdami na szynach.

Postanowiłam sprawdzić, ile książek czytam rocznie i zaczęłam zapisywać te które przeczytałam i w 2017 było ich 54, 14 z nich było polskich autorów, 6 było tłumaczeń na polski, a reszta po angielsku. Najkrótsza to autorstwa M J Formana „Bomber Girls” o kobietach pilotach w RAFie w czasie II Wojny miała 67 stron, a najgrubsza D. Gabaldon „Written in my own Blood – Outlander book 8 „ miała 1296 stron. Trzy były kompletną stratą czasu i autorów sobie wpisałam na „czarną listę”.  Paru autorów odkryłam i stałam się ich fanką np. A Swinfen i jej detektywistyczne opowieści dziejące się w średniowiecznym Oxfordzie; R M Wegner i jego „Opowieści z Mekhańskiego Pogranicza” i teraz czekam na kolejne wychodzące części;H A Culley i jego cykl o Królach Northumbri z IX wieku. To są 54 recenzje które mi chodzą po głowie i może kiedyś się zbiorę, aby wam te książki przybliżyć i polecić.

Tylko jedna z tych 54 książek ( D. Churchill „The Leopards of Normandy – Devil”)  była wydana na papierze, te od jakiegoś czasu nazywam papierówkami. A oto dlaczego.  

Otóż parę lat temu zażyczyłam sobie pod choinkę nową książkę Sharon Penman „Lionheart” o Ryszardzie Lwie Serce - dalsze części z cyklu o Plantagenetach. Tu są moje wpisy o trzech pierwszych częściach : „When Christ and His Saints Slept”  „Time and Chance” and  „ Devil’s Brood” . 

I to była książka w twardej oprawie i miała 594 strony maczkiem drukowane. Z koleżanką w pracy, też molem książkowym nazywamy takie egzemplarze papierówek - cegłówkami. No i ja z tą cegłówką codziennie do pracy, po schodach, po peronach, po pociągach i pisząc szczerze ręce mi opadały. Wtedy to mój ukochany zaczął mnie namawiać na kindla. Miał on swojego i zaoferował się, że mogę go sobie trochę poużywać i zobaczyć jak to jest. No i wzięłam do ręki ten jego elektroniczny nośnik książek i po prostu się w tym cudzie techniki zakochałam. Normalnie można sobie powiększyć literki, nie trzeba się już męczyć z maczkiem drukowanymi książkami.

No i po jakimś czasie, po wielkich moralnych męczarniach stwierdziłam, że może na urodziny to bym jednak chciała tego, jak to go nazywaliśmy po jednym z moich przejęzyczeń, „kundla”. Dostałam i nie żałuję, bo czytam więcej, nie muszę targać cegłówek, a na półkach mamy więcej miejsca na „papierówki”, na poważne publikacje, katalogi z wystaw, poradniki fotograficzne, opracowanie archeologiczne, historyczne, albumy różnego rodzaju i w sumie to chyba kupujemy więcej niż przedtem. Na ostatnie święta dostałam nowszy model, bardziej dotykowy i zapisałam się na tzw. „Kindle unlimited” – płacę miesięczną kwotę i wybieram sobie książki do czytania z ogromnej puli w zbiorach Amazona i nie tylko można też kupować i ściągać polskie książki.

No i muszę się przyznać, że kundel wygrywa, choć nie jest idealny, papierówki nadal są lepsze jako książki w ładnym wydaniu, z ilustracjami.

Zalety kundla to to, że jest lekki, można zmieniać wielkość i kształt czcionki, zakładki nie wypadają, można mieć na mim mnóstwo książek i jak się jedną skończy, to od razu można zaczynać drugą, nie czekając, aż się dojedzie do domu. Kupowanie książek jest łatwe, ściągnięcie trwa parę sekund, nikt nie wie co czytasz. Jak się kupi kundlowi okładkę, to nawet mamy ten odruch zamykania i otwierania książki.


Zalety papierówki: lepiej widoczne ilustracje, w uczeniu się łatwiej szukać czegoś przelatując przez strony, można jak się skończy, dać lub pożyczyć komuś, mogą dużo powiedzieć o właścicielu i jego zainteresowaniach.

Czytam bo lubię i choć przeniosłam się na kundla, to nadal książka ma dla mnie taką samą wartości, jak stare klasyczne papierówki. Może miałam trochę rozterek, bo wydawało mi się, że zdradzam książkę, ale przecież słowo pisane przeszło już wiele zmian, od kutego na kamieniu, rytego rylcem na tabletach, malowanego piórkiem na pergaminie, drukowanego na papierze do tego przekazywanego elektronicznie na ekranie.

I tak jak kino nie zabiło teatru, a telewizja kina, tak kundle i inne elektroniczne nośniki słowa pisanego nie zabiją książki, może wręcz przeciwnie, a i drzew się trochę uratuje.

wtorek, 03 kwietnia 2018

 

Pogoda nas nie rozpieszcza w tym roku więc poszliśmy sobie na spacer w poszukiwaniu wiosny. Jako miejsce naszych wysiłków w tropieniu owej ulotnej pory roku wybraliśmy sobie Ogrody Botaniczne w Kew.

Uzbrojeni w aparaty i odziani w ciepłe kurtki, dzielnie tropiliśmy wiosnę, a co znaleźliśmy, to obfotografowaliśmy … .  

Te tak skromnie pochylały główki 

Zawsze mnie zachwycają i są dla mnie jednym z pierwszych oznaków wiosny.

Potem dostrzegliśmy te śliczne pączki a roślinaka ta była podpisana jako Stachyurus praecox var. leucothrichus 

To drzewko było podpisane Hybrid Black Poplar populus x canadensis 

A to miało tabliczkę Cammon Hornbeam Carpinus Betulus

Rododendrony też już niesmiało się zaczęły rozwijać.


Magnolie  już pokazały co potrafią choć niektóre trochę ucierpiały w czasie ostatnich nawrotów zimy. Tu mała ciekawostka, otóż nazwa Magnolia pochodzi od nazwiska francuskiego botanika Pierra Magnol, który  jest uważany za ojca klasyfikacji roślin i koncepcji rodzinnej w owej klasyfikacji, publikując swoje wiekopomne dzieło w 1689 roku. 

Magnolia x Veitchii na jednej gałązce jeszcze w zimowym kubraczku, a na drugiej już gotowa na wielkie otwarcie. 


Magnolie wyglądają bardzo dostojnie w pączkach, kojarzą mi się ze świecznikami.

Magnolia x kobneri " Rasbery Fun" ,tak jakby niesmiało ten pączek się rozwijał. 


 

We dwoje zawsze raźniej 

Taka jakby potargana... .

Magnolia Tonia tej się chyba uda, ale na innej gałązce trochę ucierpiała. 

To jest ciekawy okaz, nazywa się ona Magnolia x Kewensis i jest mieszanką Magnoli Kobus i Sacifola, a została wyhodowana w 1938 roku tu własnie, w Kew.

 

A ta to nie wiem co było, ale ładnie się rozwijało.

Prunus Pendula

I jeszcze parę innych kwitnących zwiastunów 

 

 

 

 

I choć na kwiatku przcupnęła sobie trochę zźiębnięta mucha 

 

To wiosna chyba już idzie ….

 

sobota, 10 marca 2018

 

W tą niedzielę 10 marca w Wielkiej Brytanii obchodzona będzie Mothering Sunday – co jest w dość dużym uproszczeniu Dniem Matki. Jest to święto ruchome, bo wypada zawsze na trzy niedziele przed Wielkanocą. Choć obecnie ma ono bardzo świecką wymowę, to jest to święto o głębokich korzeniach chrześcijańskich. Otóż w zamierzchłych czasach w ten dzień wierni mieli odwiedzić swój „matczyny kościół”, a mógł to być kościół, w którym zostali oni ochrzczeni lub kościół parafialny lub katedra (matka wszystkich kościołów parafialnych). Stało się to pretekstem do spotkań rodzinnych, bo służba otrzymywała na ten dzień wolne, aby mogli uczestniczyć w tym powrocie do swojej „matki kościelnej” . Ktoś tu może wytknie, że przecież niedziela to dzień wolny od pracy -  może teraz to jest powszechne choć i tak wiele osób pracuje w weekendy. Z biegiem czasu zaczęto też honorować matki - rodzicielki z krwi i kości i otrzymywały one prezenty od najbliższych i przekształciło się to święto w Dzień Matki w naszym rozumieniu. Święto to podupadło i przestało być praktykowane i dopiero na początku ubiegłego wieku pojawił się ruch w USA z Anną Jarvis na czele, która nawoływała do wskrzeszenia tej tradycji. Pierwsze oficjalne świętowanie odbyło się w 1908 roku w kościele metodystów św Andrzeja w Grafton w Zachodniej Wirginii.  W 1914 roku prezydent W. Wilson podpisał proklamację deklarującą Dzień Matki (druga niedziela maja ) oficjalnym narodowym dniem honorującym wszystkie matki.

W Wielkiej Brytanii Cantance Penswick Smith wykreowała w 1921 roku Mothering Sunday Movement ( można powiedzieć  Ruch Matczynej Niedzieli) starając się o odnowienie tego święta.  W czasie II wojny światowej amerykańscy i kanadyjscy żołnierze mieli duży wpływ na popularyzację Dnia Matki.

Brytyjskie ruchy kupieckie dostrzegły w tym żyłę złota, no bo kto by nie poskąpił grosza dla uczczenia Dnia Matki. I tak religijny charakter tego święta został przekształcony i zaakceptowany nie tylko przez różne kościoły chrześcijańskie, ale i świeckie społeczeństwo. Więc tu na Wyspach świętowany jest ten dzień w trzecią niedzielę przed Wielkanocą ( która jest także 4 niedzielą postu) i tak dwa różne święta Mother’s Day i Mothering Sunday zlały się w jedno. Jest to dzień w którym Brytyjczycy wyciągają portfele i fundują swoim Mamom lunche, wyjścia na wystawy, obiady, kupują kwiaty, prezenty itd. Restauracje oferują specjalne menu i zestawy „ Matkowe”, atrakcje turystyczne mają specjalne punkty w programie np. Pałac w Hampton Court oferuje ”Florimanie” czyli szałowy pokaz bukietów kwiatkowych.

Oto kilka fotek z tej imprezy.


poniedziałek, 05 marca 2018

W Nowy Rok zerwaliśmy się skoro świt na tę paradę. Była to nasza pierwsza, choć mieszkamy w Londynie dość długo. W tym roku akurat wypadło nam obojgu wolne i stwierdziliśmy, że to sobie zobaczymy.

Wybraliśmy się wcześnie, aby zająć sobie dobre miejsca i poszliśmy na początek gdzie ona startowała. Pogada jak to w styczniu była nijaka no i to się odbiło trochę na paradzie. Długie czekanie, aż się coś ruszy potem nagle wszyscy biegiem, bo trzeba załatać dziurę. Kupa lokalnych amatorskich teatrzyków i kółek hobbystycznych oraz goście z różnych stron świata a także reprezentanci mniejszości narodowych. Dlaczego nas nie było – jakieś niedopatrzenie chyba, bo jest nas tu dużo i przecież mamy co pokazać np. smoka wawelskiego, lajkonika, sarmatów itp. Może następnym razem.

Nie było to wydarzenie roku i chyba nie stanie się to naszą noworoczną tradycją. Wybrałam parę fotek, oceńcie sami czy warto rano wstawać. 

Na starcie 

Karoca z ...

Kopciuszek i siostry

ostatnie instrukcje ...

replika samochochodu z popularnego serialu "Only fools and horses"  

parada_noworoczna11

odrobina Paryża w Londynie  

parada_noworoczna6

dzieciak dawały z siebie wszystko w chłodzie i kropiącym deszczu 

parada_noworoczna5

szanowni goście z za oceanu

goście z galaktyki far far away....


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32
Flag Counter