Blog > Komentarze do wpisu

Kundel czy papierówka czyli rozterki mola książkowego



 

Książki towarzyszyły mi w życiu od małego, moja mama sama lubiła czytać i mnie swoją pasją zaraziła, czytając mi bajki na dobranoc. Po jakimś czasie miałam już swoje ulubione. Z reguły były one długie. Moja mama miała nadzieję, że zasnę, gdy ona mi będzie czytać. Krótkie często się kończyły, zanim pogrążyłam się w śnie i wtedy chciałam jeszcze jedną. Miałam także swój sposób na długie wieczory z książką, otóż wplątywałam sobie paluszka w dziurkę od guzika w podomce mojej mamy, kombinując, że jak będzie odchodzić to mnie to obudzi. Moja mama też miała sposoby, skracała bajki, gdy widziała, że moje oczka już opadają.  Wtedy ja budziłam się stwierdzając „ ale Mamusiu zapomniałaś przeczytać o tym jak … „ no i moja biedna mama musiała wrócić na tę niechcący zapomnianą stronę. Najbardziej lubiłam bajki Natalii Gałczyńskiej „ O Wróżkach i Czarodziejach”, a z tego zbioru opowiadanie o Agnieszce skrawku nieba. Bajkę tę znałam tak dobrze, że kiedyś w przedszkolu jako 6-latka zostałam posadzona na stołeczku i opowiadałam ją młodszym dzieciom (pani przedszkolanka musiała się zająć z koleżanką dzieckiem, któremu coś się stało). Spowodowałam, że pod koniec wszystkie stały i krzyczały  „ludzie po tamtej stronie lasu są tacy sami jak my” tak głośno, że pani dyrektorka sprawdzała, co się tu działo. Do tej pory mama mi to przypomina.

Nie trzeba mnie było oczywiście poganiać do nauki czytania, i kiedy już zgłębiłam tę sztukę tajemną przekształcania znaczków na papierze w słowa i opowieści, to otwarł się dla mnie nowy świat. Książki były dla mnie ważne, kiedy była dostawa do księgarni, stawałam w kolejce, która czasem była niemal tak długa jak ta po papier toaletowy w sąsiednim papierniczym. Największą radość sprawiały mi wyjazdy do Warszawy do lekarza ortodonty, bo po niemiłej wizycie i kolejnej przymiarce lub wycisku na nowy aparat, wpadaliśmy do wielkiego antykwariatu i tam po prostu spędzałam długie godziny buszując wśród półek i polując na książki. Obsługa mnie zapamiętała, choć bywaliśmy tam tylko raz w miesiącu, po jakimś czasie zaczęli mi podsuwać różne książki.  To u nich poznałam i zadurzyłam się w przygodach Tomka Wilmowskiego i skompletowałam sobie prawie cały cykl o jego perypetiach. To tu pani mi poleciała inny cykl  Szklarskich „Złoto Gór Czarnych” (jeden z tomów czekał na mnie któregoś dnia w szufladzie).

Drugim rajem była oczywiście biblioteka, najpierw szkolna, potem publiczna. Panie w tej bibliotece nie tylko nam doradzały, ale i ułatwiały dostęp do lektur trudno osiągalnych. Byłam jedną z tych irytujących osób, które miały przeczytane nie tylko te lektury obowiązkowe, ale i te z listy zwanej uzupełniającą. Nigdy wtedy nie wymiękałam na widok grubości książki, czy potem na studiach na ilość artykułów i opracowań, czy innych publikacji, które mieliśmy sobie przyswoić. Miałyśmy ciekawy sposób wybierania książek w bibliotece, patrzyłyśmy na książki oceniając stopień zużycia, bo ona musiała być często czytana i mogła być fajna. Nie zawsze się to sprawdzało oczywiście. Choć miałyśmy dużo szczęścia, bo nie było wtedy tyle tandetnych harlekinowskich romansideł. To tak odkryłam Alejo Carpentiera, gdy znalazłam jego książkę „Podróż do źródeł czasu” patrząc na mocno zdezelowaną okładkę, popękany grzbiet i fakt, że była ona naprawiana. Zakochałam się w jego prozie. Nie pamiętam, kto był tłumaczem, ale czapki z głów dla tej osoby, bo kiedy znalazłam „Eksplozję w Katedrze” po angielsku, to się załamałam. Czytałam ją po polsku i mi się podobała, a ta po angielsku była taka drętwawa trochę.

Moje czytelnictwo osłabło, gdy przyjechałam do Wielkiej Brytanii, wynajmowane pokoje, mało miejsca, książki targane w walizkach z Polski i problemy z ilością rzeczy przy przeprowadzkach. Sytuacja się poprawiła gdy mój angielski stał się na tyle płynny, że mogłam sobie czytać książki w tym języku. Nadal kupowałam , choć oszczędnie bo nie miałam dużo miejsca, taki typowy pokój miał ma wyposażeniu zwykle łóżko i jakąś szafę na ubrania. Kiedy kupiłam sobie biurko, to takie, co to miało trochę półek i tam trzymałam moje drukowane skarby. Chyba dopiero moja ostatnia gospodyni miała w moim pokoju półki na książki, które ja dość szybko zaczęłam sobie zapełniać – pustki mnie irytowały.

Zapisałam się też do biblioteki i znów byłam w raju książkowym. Kiedy się od mojej ostatniej gospodyni wyprowadzałam, co by zamieszkać w wynajętym mieszkaniu z moim ukochanym, to już musieliśmy wynająć samochód dostawczy, no nie na same książki oczywiście, bo były też ubrania, biurko, laptop, radio, itp., W nowym mieszkaniu nasze kolekcje książek bardzo szybko zapełniły półki, które tam były. I znów targaliśmy je z Polski, kupowaliśmy no prawie bez umiaru… .

Teraz we własnych czterech kątach już dorobiliśmy się ścian z półkami na książki i zaczynamy myśleć gdzie by tu jeszcze dostawić kolejną „billy bookcase” z Ikei.

Książka towarzyszy mi każdego dnia, droga do i z pracy zajmuje mi około trzech godzin dziennie w publicznym transporcie i większość tego czasu spędzam z nosem w książce. Żałuję, że nie jest to podróż jednym pociągiem, bo tracę trochę czasu na przesiadkach, przechodzeniu z metra na kolej, wchodzeniu i schodzeniu ze schodów i przełażeniu przez bramki, łażeniu po peronach.

Nie mogę czytać w autobusie, zaczyna mnie męczyć choroba lokomocyjna, strasznie się nudziłam w czasie długich podróży autokarem. 

W samolocie to szybko zapadam w sen i nawet ,jak chcę czytać, to po dłuższej chwili robi się ze mnie kiwaczek, czasem, gdy długo czekamy w kolejce na pas startowy, to zasypiam zanim wystartujemy. Całe szczęście więc, że do pracy dojeżdżam pojazdami na szynach.

Postanowiłam sprawdzić, ile książek czytam rocznie i zaczęłam zapisywać te które przeczytałam i w 2017 było ich 54, 14 z nich było polskich autorów, 6 było tłumaczeń na polski, a reszta po angielsku. Najkrótsza to autorstwa M J Formana „Bomber Girls” o kobietach pilotach w RAFie w czasie II Wojny miała 67 stron, a najgrubsza D. Gabaldon „Written in my own Blood – Outlander book 8 „ miała 1296 stron. Trzy były kompletną stratą czasu i autorów sobie wpisałam na „czarną listę”.  Paru autorów odkryłam i stałam się ich fanką np. A Swinfen i jej detektywistyczne opowieści dziejące się w średniowiecznym Oxfordzie; R M Wegner i jego „Opowieści z Mekhańskiego Pogranicza” i teraz czekam na kolejne wychodzące części;H A Culley i jego cykl o Królach Northumbri z IX wieku. To są 54 recenzje które mi chodzą po głowie i może kiedyś się zbiorę, aby wam te książki przybliżyć i polecić.

Tylko jedna z tych 54 książek ( D. Churchill „The Leopards of Normandy – Devil”)  była wydana na papierze, te od jakiegoś czasu nazywam papierówkami. A oto dlaczego.  

Otóż parę lat temu zażyczyłam sobie pod choinkę nową książkę Sharon Penman „Lionheart” o Ryszardzie Lwie Serce - dalsze części z cyklu o Plantagenetach. Tu są moje wpisy o trzech pierwszych częściach : „When Christ and His Saints Slept”  „Time and Chance” and  „ Devil’s Brood” . 

I to była książka w twardej oprawie i miała 594 strony maczkiem drukowane. Z koleżanką w pracy, też molem książkowym nazywamy takie egzemplarze papierówek - cegłówkami. No i ja z tą cegłówką codziennie do pracy, po schodach, po peronach, po pociągach i pisząc szczerze ręce mi opadały. Wtedy to mój ukochany zaczął mnie namawiać na kindla. Miał on swojego i zaoferował się, że mogę go sobie trochę poużywać i zobaczyć jak to jest. No i wzięłam do ręki ten jego elektroniczny nośnik książek i po prostu się w tym cudzie techniki zakochałam. Normalnie można sobie powiększyć literki, nie trzeba się już męczyć z maczkiem drukowanymi książkami.

No i po jakimś czasie, po wielkich moralnych męczarniach stwierdziłam, że może na urodziny to bym jednak chciała tego, jak to go nazywaliśmy po jednym z moich przejęzyczeń, „kundla”. Dostałam i nie żałuję, bo czytam więcej, nie muszę targać cegłówek, a na półkach mamy więcej miejsca na „papierówki”, na poważne publikacje, katalogi z wystaw, poradniki fotograficzne, opracowanie archeologiczne, historyczne, albumy różnego rodzaju i w sumie to chyba kupujemy więcej niż przedtem. Na ostatnie święta dostałam nowszy model, bardziej dotykowy i zapisałam się na tzw. „Kindle unlimited” – płacę miesięczną kwotę i wybieram sobie książki do czytania z ogromnej puli w zbiorach Amazona i nie tylko można też kupować i ściągać polskie książki.

No i muszę się przyznać, że kundel wygrywa, choć nie jest idealny, papierówki nadal są lepsze jako książki w ładnym wydaniu, z ilustracjami.

Zalety kundla to to, że jest lekki, można zmieniać wielkość i kształt czcionki, zakładki nie wypadają, można mieć na mim mnóstwo książek i jak się jedną skończy, to od razu można zaczynać drugą, nie czekając, aż się dojedzie do domu. Kupowanie książek jest łatwe, ściągnięcie trwa parę sekund, nikt nie wie co czytasz. Jak się kupi kundlowi okładkę, to nawet mamy ten odruch zamykania i otwierania książki.


Zalety papierówki: lepiej widoczne ilustracje, w uczeniu się łatwiej szukać czegoś przelatując przez strony, można jak się skończy, dać lub pożyczyć komuś, mogą dużo powiedzieć o właścicielu i jego zainteresowaniach.

Czytam bo lubię i choć przeniosłam się na kundla, to nadal książka ma dla mnie taką samą wartości, jak stare klasyczne papierówki. Może miałam trochę rozterek, bo wydawało mi się, że zdradzam książkę, ale przecież słowo pisane przeszło już wiele zmian, od kutego na kamieniu, rytego rylcem na tabletach, malowanego piórkiem na pergaminie, drukowanego na papierze do tego przekazywanego elektronicznie na ekranie.

I tak jak kino nie zabiło teatru, a telewizja kina, tak kundle i inne elektroniczne nośniki słowa pisanego nie zabiją książki, może wręcz przeciwnie, a i drzew się trochę uratuje.

środa, 11 kwietnia 2018, edyta1972

Polecane wpisy

Komentarze
2018/04/11 14:14:50
Jednym słowem - skundliłaś się :)
-
2018/04/11 22:28:39
ha ha no tak jakos wyszlo :)
-
2018/04/21 22:05:01
Świetny wpis, taki od siebie, gratuluję !
Flag Counter