Blog > Komentarze do wpisu

War Horse - okropności wojny

Poszliśmy do kina, bo temat wydał nam się bardzo interesujący, filmy ze zwierzętami w roli głównej zawsze przyciągają uwagę. Pamiętam z dzieciństwa: Lessie, czy psa który jeździł koleją, czy naszego rodzimego psa Cywila albo Szarika ulubionego bohatera załogi 102, w literaturze też mieliśmy Łyska z pokładu Idy i Naszą Szkapę. To właśnie ukazując zwierzaki najlepiej opisuje się ludzki dramat, często zwierzęta noszą te cechy którym wymagamy od ludzi jak bohaterstwo, lojalność, wytrwałość czy szlachetność i stają się wzorem i inspiracją. Podobnie jest w tym przypadku.

Film ten jest adaptacją książki dla dzieci pod tym samym tytułem autorstwa Michaela Murpurgo. Autor mieszka w małej wiosce Iddesleigh w regionie zwanym Devon i tam w pubie przysłuchiwał się historii opowiadanej przez weteranów I Wojny Światowej, którzy pracowali z końmi lub służyli w kawalerii. W wiosce też pamiętano, że w czasie wojny przyjechali tam min. właśnie po konie. Tak narodził się pomysł napisania książki dla dzieci o okropieństwach pierwszej wojny światowej, opowiedzianej z punktu widzenia właśnie konia. Dodatkowym bodźcem była zaobserwowane wydarzenie na farmie. Przyjechały tam dzieci z Birmingham a wśród nich jąkający się chłopiec, który przez dwa lata do nikogo się nie odzywał. Zaprzyjaźnił się on z koniem i wieczorami z nim rozmawiał płynnie jego jąkanie znikało, a koń wydawał się słuchać zainteresowany z wyciągniętym łbem. Kolejna inspiracja to obraz F.W. Reeda z 1917 roku ukazujący atak kawalerii brytyjskiej na pozycje niemieckie i konie zaplątanie w druty kolczaste. Wszystko to nałożyło się na siebie i powstała opowieść o wojnie dla dzieci. Była ona popularna wśród czytelników i krytyków autor został wyróżniony drugą nagrodą w corocznym konkursie Whitebread Book Award. W 2007 została ona zaadoptowana i trafiła na deski teatru Narodowego w Londynie a trzy lata później na Broadway w Nowym Yorku. Opowieść ta stała się takim sukcesem, że turyści zaczęli przyjeżdżać do Iddesleigh gdzie mieszka autor i byli rozczarowani, gdy okazało się że w „village hall” - takim miejscu spotkań na wzór naszego domu kultur zmieszanym z remizą – nie było portretu Joeyego. W 2011 Murpurgo zamówił obraz u artysty „wizażysty końskiego” który pracował przy produkcji filmu Spielberga i tak oto mamy obraz przedstawiający tego bohaterskiego konia.

Joey from War Horse by Ali Bannister

Nie czytałam książki ani nie widziałam przedstawienia teatralnego, znajomi z pracy byli i mówili, że jest genialne. Film mi się podobał, dużo w nim okrucieństwa jak na opowieść dla dzieci, ale jest też bohaterstwo, lojalność, wierność i dobroć – może taki sposób ukazania wojny oczami zwierzęcia bardziej jest w stanie do nas przemówić, poruszyć dziecięce umysły i serca i utkwić w pamięci.

Głównym bohaterem jest koń, Joey, którego poznajemy, gdy rodzi się na łące i stawia pierwsze kroki, razem z nami ogląda to chłopiec Albert (Jeremz Irvine), który stara się zaprzyjaźnić ze źrebakiem. Nie może on uwierzyć, kiedy jego ojciec Ted (wspaniała rola Petera Mullana) któregoś dnia wraca do domu z targu z tym koniem – miał kupić zwierzę pociągowe do orania pola a nie takiego ładnego i delikatnego rumaka. Pole trzeba jednak zaorać, bo trzeba zapłacić czynsz za farmę i młody Albert podejmuje się zadania nauczenia konia chodzenia z pługiem, nie jest to łatwe, ale więź, jaka się wytworzyła miedzy człowiekiem a zwierzęciem spowodowała, że rzeczy niemożliwe stały się możliwe. Niestety biednemu zawsze wiatr w oczy wieje i gdy wybucha wojna ojciec Alberta jest zmuszony do sprzedaży wierzchowca do armii. Chłopiec jest załamany i stara się zaciągnąć do wojska, ale jest za młody, i wtedy kapitan kawalerii Nicholls (Tom Hiddleston) obiecuje mu że będzie się nim opiekował. Joey trafia do oddziału Kawalerii i zaprzyjaźnia się z czarnym rumakiem o imieniu Topthorn, razem trenują i razem idą do ataku, trafiają do „niewoli”, ale zostają przy życiu dzięki temu, że przeznaczono je do ciągnięcia wozów z rannymi. Ich losy splątują się z młodymi niemieckimi żołnierzami, chorą francuską dziewczynką i jej dziadkiem, a w końcu trafiają do artylerii niemieckiej gdzie ciągną ciężkie działa – jest to wyczerpujące i konie naokoło padają jak muchy, aż trudno uwierzyć, że można tę wyczerpującą pracę przetrwać.

Oczywiście jest to opowieść dla dzieci i musi się dobrze kończyć i Albert musi odnaleźć Joeyego a ten musi przeżyć te wszystkie okropieństwa wojny! Tego oczekujemy zapatrzeni w ekran i dlatego na końcu poleciały mi łzy po policzkach. Jest to piękna opowieść o przyjaźni, bohaterstwie, lojalności, sile przetrwania osadzona w lekcji historii, mamy tu wojnę w całym jej okrucieństwie. Okopy i czekanie na rozkaz, atak za atakiem i przedzieranie się przez pola usiane drutami kolczastymi, nowe technologie użycie gazów bojowych – gaz musztardowy, pojawiają się czołgi, rabunki na ludność cywilnej, wyjaśnione jest pojęcie ziemi niczyjej,- jest piękna scena, gdy jeden cel jednoczy na chwilę żołnierzy po obu wrogich stronach frontu. Albert, jako żołnierz w końcu jest w stanie zrozumieć swojego ojca weterana drugiej wojny burskiej odznaczonego medalem za odwagę na polu bitwy, wojna to krew, brud, cierpienie i bezradność.

Jest to epik, pięknie opowiedziany, jest tu humor i tragedia, i łzy mogą się zakręcić w oczach, co wrażliwszych. Piękna kinematografia to zasługa Janusza Kamińskiego a muzyka J.T Williamsa dodaje tu niezwykłej atmosfery. Zdecydowanie warto się na niego wybrać. Polecam.



poniedziałek, 05 marca 2012, edyta1972